niedziela, 26 lutego 2017

Aparatka.

Ten post będzie zupełnie nie na temat, którego można by się u mnie spodziewać. Ale... długo mnie nie było, mnóstwo rzeczy mnie zajmowało, hafty gdzieś tam pomiędzy, jakiś obrazek też powstał, ale jakoś nie mogłam się zabrać za napisanie czegoś na blogu. Przerwa, która miała być całkiem króciutka, wydłużyła się znowu okropnie... Więc postanowiłam w końcu zebrać się w sobie i napisać o tym, co mi akurat zaprząta myśli w tym momencie.
A zaprząta... stomatologia. A dokładniej -ortodoncja.

Otóż założono mi aparat ortodontyczny. Niby nic tam znowu takiego nadzwyczajnego, co drugi nastolatek nosi aparat, a i osobom w wieku pomaturalnym często się zdarza. Tylko że ja mam już własne dzieci w wieku pomaturalnym :).

Poniżej zdjęcie takiego aparatu, znalezione w internecie. U góry z zamkami tzw. estetycznymi, u dołu z metalowymi. Ja mam u dołu i u góry przeźroczyste zamki na zębach od jedynki do trójki, czyli to co widać przy normalnej rozmowie, a dalej są metalowe. Przeźroczyste są droższe, więc to od pacjenta (i zasobności portfela) zależy, ile będzie miał tych zamków tzw. estetycznych.

źródło

Poprawą wyglądu uzębienia byłam zainteresowana od czasu, kiedy zdałam własną maturę. Ale wtedy w moim mieście nie było ani jednego ortodonty z prawdziwego zdarzenia (dzisiaj jest ich chyba z piętnastu, w tym kilka specjalistycznych poradni z wszechstronnym wyposażeniem diagnostycznym). W tamtych czasach dentyści zajmowali się jedynie przygotowywaniem ruchomych (czyli zakładanych na noc) aparatów dla dzieci. Koło 18-tki leczenie się kończyło, poziom ówczesnej polskiej stomatologii nie pozwalał na kontynuację. Aparaty stałe były w sferze marzeń.

Tak więc gdzieś koło 20-tki usłyszałam, że na prostowanie moich zębów jest już za późno. Zaznaczam, że nie mam jakiegoś koszmarnego zgryzu, aczkolwiek jak na dzisiejsze standardy to do telewizji z takim uśmiechem raczej się nie nadaję :). Długo nie traciłam nadziei i co pewien czas kolejnych stomatologów pytałam o możliwość prostowania. I wciąż słyszałam tę samą odpowiedź, z której wynikało, że jestem za stara. I tak to trwało ze dwadzieścia lat. W końcu gdzieś koło 40tki doszłam do wniosku, że trzeba sobie odpuścić, skoro nie można, to nie można, trzeba przyjąć to do wiadomości i przestać o tym myśleć.
I kiedy ja już się z tym pogodziłam, nagle przy którejś wizycie ta sama dentystka, która 10 lat wcześniej powiedziała mi, że takim leciwym osobnikom zębów się już nie prostuje, powiada do mnie - a nie chciałaby pani tych zębów wyprostować?

No i w sumie to przez dłuższy czas to sama nie wiedziałam, czy mi się jeszcze chce z tym walczyć. Wyrzuciłam już przecież temat z głowy, a tu nagle co wizyta u dentysty, to mi mówią - a może by wyprostować?
Trochę to trwało, zanim do tematu ponownie dojrzałam, ale z kolei  - wiecie, jak to jest - tyle innych spraw na głowie, różne inwestycje i wydatki, które trochę ograniczały pole manewru, no i tak jakoś ogólnie nie mogłam się zmobilizować. Aż w końcu powiedziałam sobie - a  co tam, dzieci odchowane, w końcu zrobię coś dla siebie, trzeba się zebrać w sobie i podjąć męską decyzję. No i podjęłam.

Przed ostateczną decyzją szukałam informacji w internecie, trafiłam na kilka ciekawych miejsc z bardzo dokładnym opisem całej procedury, krok po kroku, z przeżyciami osób "zadrutowanych", ze szczegółami dotyczącymi specyfiki życia z aparatem na zębach. Opiszę więc jak to wszystko u mnie wyglądało, żeby mieć dokumentację dla siebie, ale może jeszcze kogoś to zainteresuje. 

Dzisiaj więc napiszę Wam o przygotowaniach, czyli o badaniach, zabiegach i innych sprawach organizacyjnych - przed założeniem aparatu. Zaznaczam, że opisuję tutaj swoje wrażenia i wiedzę zwykłego pacjenta, nie są to żadne tam fachowe opisy z medyczną terminologią, więc proszę się nie czepiać słówek :)

A było to tak...

Dzień pierwszy

  • Wizyta rozpoznawcza, czyli wstępna konsultacja i zarys planu działania. Pani ortodontka obejrzała moje uzębienie, kazała się wyszczerzyć, szeroko uśmiechnąć itd, powiedziała, że potrzebne będą dwa aparaty - góra, a potem dół plus odbudowa kilku zębów. Najpierw zdjęcia, różne pomiary, potem dokładny plan leczenia i kosztorys. Jak się zdecyduję, to będziemy działać dalej. Powiedziałam, że ja już jestem zdecydowana. Polecany dla mnie aparat to aparat Damona, samoligaturujący, bez gumek-ligaturek. Od razu wiadomo, że koszt mały nie będzie, ale z grubsza jestem już zorientowana, kasa na ten cel odłożona :). Rozmawiamy o jednym z najlepszych rodzajów aparatów ortodontycznych i nowoczesnych metodach. Bez usuwania niektórych zębów, jak to robiono dawniej i co jeszcze czasem się praktykuje w przypadku tradycyjnych aparatów. W rezultacie całego zabiegu zmienia się układ zębów i kości, zmienia się profil, buzia się wypełnia, efekt jak po liftingu :). Ortodontka mówi mi o aparacie z przeźroczystymi zamkami, czyli niemal niewidocznymi, o które jednak trzeba dbać w szczególny sposób, mianowicie unikać jedzenia i picia pozostawiającego osady. Czyli odzwyczajamy się od siorbania kawy, herbaty, nawet herbatek ziołowych. Ostatecznie można je pić, ale przez rurkę. Oczywiście obowiązuje szczególna dbałość o higienę, bardzo staranne czyszczenie po każdym jedzeniu, jedzenie też nie będzie takie proste jak dotychczas... Dostaję kartkę z różnymi dokładnymi informacjami na ten temat. 
  • Idziemy na rentgen - asystentka zrobiła mi zdjęcia rtg - jednym aparatem pantomograficzne, potem innym - boczne i jeszcze zdjęcie stawów skroniowo-żuchwowych w rozwarciu czyli z rozdziawioną buzią. 
  • Następnie idziemy do innego gabinetu, gdzie będą robione wyciski. Do metalowej foremki w kształcie podkowy asystentka nakłada plastyczną masę, zakłada mi to najpierw na górne zęby, masa wyciśnięta zębami trochę wychodzi na podniebienie, co wywołuje u mnie odruch wymiotny. Jestem wrażliwa na takie smyranie po podniebieniu, zaraz zaczynam się dławić, a tu trzeba było chwilę odczekać, żeby się dobrze odcisnęło. Potem to samo z dolnymi zębami, ale tutaj już się obyło bez nieprzyjemnych doznań. Powstały więc takie jakby foremki, w których technik zrobi gipsowe odlewy mojego obecnego uzębienia. Mój krzywy zgryz doczeka się własnego pomnika :))). 
  • Za całą tę przyjemność (zdjęcia, konsultacja, wyciski) zapłaciłam łącznie 400 zł.  Założono mi kartotekę w komputerze i dostałam małą książeczkę, do której będzie wpisywany przebieg wizyt i planowane kolejne zabiegi, oraz kartkę z informacjami na temat życia z aparatem, czyli jakie zasady obowiązują, czego unikać itd. O tych wszystkich szczegółach będę pisać w kolejnych relacjach :).                                                                                                                                                      

Dzień drugi

  • Skaling i piaskowanie, czyli dokładne czyszczenie zębów z kamienia i wszelkich osadów. Mało przyjemne, trochę bolesne, ale da się wytrzymać. Ja nie cierpię znieczuleń, więc wolę się pomęczyć "na żywca". Asystentka stomatologiczna, nazywana tutaj w gabinecie higienistką, robi skaling, potem piaskowanie, na koniec sprawdza dokładność zabiegu specjalnym laserowym urządzeniem i w razie potrzeby poprawia. 
  • Potem higienistka ogląda dokładnie ząb po zębie specjalną kamerą doustną, która ujawnia ogniska próchnicy niewidoczne gołym okiem - i tam, gdzie jest coś do leczenia, robi od razu zdjęcie i zapisuje w komputerze. Powstaje mapa mojego uzębienia z zaznaczonymi istniejącymi wypełnieniami i miejscami do leczenia. Wiemy więc, co trzeba wyleczyć przed założeniem aparatu. 
  • Przy okazji ujawnia się także problem z parodontozą. Nie jest to dla mnie nowość, miałam już kłopoty z tą chorobą przyzębia, ale dzięki dobremu leczeniu na kilka lat miałam spokój. Ostatnio jednak sama czułam, że stan dziąseł trochę się pogorszył, raz na jakiś czas pojawiało się krwawienie przy myciu zębów. No więc umawiam się na kolejną wizytę w związku z parodontozą. 
  • Ale to nie koniec na dzisiaj, idę jeszcze do innego gabinetu, gdzie będą wykonywane badania stawów żuchwy, a konkretnie ich ruchomości. Zakładają mi na głowę dziwne ustrojstwo złożone z metalowych obręczy, prętów i śrub, podłączonych do komputera. Dostaję polecenia wykonywania różnych ruchów żuchwą: wysunięcie jak najdalej do przodu, następnie w prawo, w lewo i w dół czyli otwarcie buzi jak najszerzej. Każdy z ruchów powtarza się trzy razy, a jeśli jeden z wyników wyraźnie się różni od pozostałych, to powtarza się jeszcze czwarty raz. Ujawnia się, że lewy staw mam bardziej zablokowany. Sama to czuję, założona aparatura powoduje, że pacjent odczuwa takie rzeczy, na które przedtem nie zwracał uwagi. 
  • Skaling i laser kosztują mnie 250 zł. Za badanie stawów żuchwy - 100 zł.                                                                                                                                                                                      

Dzień trzeci

  • Dzisiaj asystentka stomatologiczna robi mi kiretaż - zamknięty, bo stan mojego przyzębia nie był tragiczny (przy tragicznym robi się kiretaż otwarty i naprawdę nie chcecie wiedzieć na czym to polega). Wymagał jednak przygotowania do zakładania aparatu, chodzi bowiem o wzmocnienie tkanek dziąseł i zębów. Konkretnie kiretaż to jest zabieg mający na celu wyczyszczenie kieszonek zębowych i korzeni zębów z wszelkich zanieczyszczeń oraz czynników zapalnych. Jakieś 10 czy 12 lat temu miałam robiony taki zabieg, ale zupełnie inną metodą. Wtedy było to wykonywane ręcznie, dentystka skrobała mi te korzenie jakimiś skrobakiem, byłam przy tym porządnie znieczulona, a później jakiś czas jeszcze trochę pobolewało. Za pół dolnego łuku zapłaciłam wtedy jakieś siedem stów i trwało to chyba godzinę. Było co prawda nadzwyczajnie skuteczne na wiele lat i szczerze ten zabieg polecam wszystkim zmagającym się z parodontozą. Tym razem zabieg trwał pół godziny - na wszystkich zębach i obyło się bez znieczulenia, a zaraz po zabiegu nic nie bolało, czyli nie zostałam tak pokiereszowana jak poprzednim razem. Mój mąż na pewno bez całkowitej narkozy nie wytrzymałby. Tak że kwestia czy to zabieg bardzo bolesny czy nie - jest rzeczą względną :). Kiretaż jest robiony czymś co dawało wrażenie jakiejś wolnoobrotowej szlifierki stomatologicznej. Czyli końcówka zamiast wiertła miała coś ścierająco-szlifującego. No cóż, zabieg nieprzyjemny, porównywalny z borowaniem na wolnych obrotach, ale pod linią dziąseł i na wszystkich zębach. Chwilami było całkiem znośnie, ale momentami, w newralgicznych miejscach, świeczki stawały mi w oczach. No ale dało się przeżyć, znieczulenia nie chciałam. Na koniec zabiegu nakłada się jeszcze żel z fluorem
  • Dla niezorientowanych dodam jeszcze, że jeśli wydaje się Wam, że taki drastycznie wyglądający z tego opisu zabieg robi się osobom, którym zęby się całkiem rozchwiały i wypadają samoczynnie, to jesteście w błędzie. Przed pierwszym takim zabiegiem nie zdawałam sobie sprawy, że mam parodontozę. Ot, czasem dziąsła krwawiły przy szorowaniu, ale myślałam, że to z powodu dość energicznego poruszania twardą szczoteczką. A nie każdy dentysta zajmuje się parodontozą i nie każdy zwróci Wam na to uwagę. Z doświadczenia wiem, że warto chodzić do dobrych poradni stomatologicznych, w których pacjenta traktuje się kompleksowo, wykonuje się nie tylko zlecone leczenie konkretnego zęba, ale także bada się dokładnie pod kątem różnych nieprawidłowości. Na przykład dzięki badaniom stawów żuchwy można wykryć, a następnie wyleczyć, przyczyny dolegliwości, których normalnie nie kojarzymy ze stomatologią - szumy w uszach, nawracające bóle uszu, migreny itd. 
  • Ale wracamy do mojego zabiegu - płacę 800 zł (cena - 400 zł za każdy pełny łuk) i dostaję zalecenie stosowania przez 30 dni kuracji wzmacniającej dziąsła: rano kapsułka Capivit A+E, w południe witamina C 500mg, która ma przygotować środowisko do przyjęcia wieczornej tabletki do ssania z koenzymem Q10. I dodatkowo jeszcze Omega 3. Te witaminki i suplementy to koszt około 70 zł.                                                     

Dzień czwarty 

(piąty, szósty i jeszcze kilka, oczywiście nie dzień po dniu, tylko z przerwami).
  • Leczenie wykrytych ognisk próchnicy oraz wymiana niektórych starych wypełnień na nowe Zęby mam nierówne, ale generalnie zdrowe, to znaczy na bieżąco leczone. Tak mi się w każdym razie wydawało... O święta naiwności!  Do tej pory moje zęby były oglądane tylko okiem dentysty, co najwyżej czasem rentgenem, a tutaj stomatolog wspomógł się kamerą z laserem wykrywającym to, czego ludzkie oko nie jest w stanie zobaczyć. Szczerze mówiąc, to byłam w lekkim szoku, kiedy w 10 miesięcy od ostatniej wizyty u dentysty, po której niby wszystko było ok, nagle się okazało, że "podejrzanych" jest 12 zębów!!! Masakra. Na ekranie, w dużym powiększeniu i w specjalnym podświetleniu, moje białe na pozór zęby wyglądały jak robaczywe! Najlepiej widać tę różnicę na moich dolnych piątkach, które były parę, no może 6-7 lat temu leczone, pięknie wypełnione, wyglądały jak zdrowe, jednolicie białe zęby. Sama sobie mogę je dokładnie zobaczyć w lusterku, to wiem o czym mówię. A tymczasem aparat pokazał czarną obwódkę na granicy zęba i wypełnienia. Oglądam to na ekranie w dużym powiększeniu, wygląda okropnie, aż trudno uwierzyć! Lekarz mi tłumaczy, że to mikronowa szczelinka i w tej chwili to jeszcze nie jest nic groźnego, ale jest już sygnał, że coś tam się zaczyna dziać. Jaka więc moja decyzja - leczymy czy na razie zostawiamy? Jestem tym widokiem nieco przerażona, więc myślę - co mi tam, robimy wszystko, po co czekać pół roku aż będzie widoczne gołym okiem. Tak więc w sumie nazbierało się tych zębów do leczenia albo wymiany starych wypełnień dość sporo.  Ktoś mi później powiedział, że to takie wyciąganie kasy od pacjenta. Ale na ekranie widziałam różnicę między tym dawno temu wypełnianym zębem, a tym zrobionym dwa dni temu. Coś jest na rzeczy, widać wyraźnie, że ten nowy jest cały bialutki, a stary niestety nie jest w stanie idealnym. Wolę wyleczyć od razu. Uczula mnie to w każdym razie na kwestię higieny jamy ustnej, powoli zaczynam mieć na tym punkcie obsesję. Polecam każdemu obejrzenie swoich zębów okiem takiej kamery. Taki mały horrorek. U mnie automatycznie wpłynęło to na wydłużenie czasu mycia zębów i rozszerzenie tej czynności na stałe o dodatkowe zabiegi, do tej pory dość często pomijane - a to z lenistwa, a to z pośpiechu... Mam na myśli nitkowanie, używanie specjalnych czyścików, irygatora stomatologicznego itd.
  • Za jedną wizytę z borowaniem i plombowaniem, trwającą prawie godzinę, płacę po 150-170 zł. Czasem umawiam się na podwójną sesję, wtedy robimy za jednym zamachem dwa zęby. Pan doktor robi na mnie dobre wrażenie, działa spokojnie, delikatnie, na ogół nic mnie nie boli, a że znieczuleń nie lubię, więc dość spokojnie daję radę na żywca. Każdy zabieg trochę trwa, ale ząb jest pięknie wyrzeźbiony i wygładzony, tak że prawie nic nie trzeba poprawiać. 

W tak zwanym międzyczasie zaczynam przyjmować zalecone witaminki i inne preparaty na dziąsła, no i powoli przestawiam się na białą dietę. Czyli na początek rezygnuję z drugiej kawy i całkowicie z herbaty na rzecz wody - samej albo z miodem i cytryną, odmawiam wypicia proponowanego soku z aronii, zaczynam się zastanawiać nad marchewką, bo podobno też okropnie barwi, nie jem czerwonych winogron i buraczków do obiadu... Kawę rano muszę wypić, żeby jakoś funkcjonować, ale że i tak jej nie lubię, to bez problemu wysiorbuję ją przez rurkę, nigdy nie piłam kawy dla przyjemności, żeby się nią delektować, tak więc nie mam z tym problemu.

Bardziej przykładam się do szorowania zębów, robię to dłużej i dokładniej, niż dotąd bywało... Wiecie, jak to jest, człowiekowi się wydaje, że ma na wszystko mało czasu, że musi gdzieś lecieć bo coś tam pilnego czeka... No to teraz zwalniam. Czas na higienę jamy ustnej mam zaplanowany, wiem że muszę przeznaczyć na to minimum spokojnych pięć minut. Trzy razy dziennie, po głównych posiłkach. Nie chodzi o to, żeby mocno szorować, tylko żeby robić to dokładnie, wyczyścić każdy zakamarek. Raptem kilka minut dłużej. Chyba warto.
Jak długo myjecie zęby? Minutę? Dwie? Większość ludzi robi to w 30, max 60 sekund. To za mało. Potem się dziwimy, że mamy kamień na zębach i próchnicę.
Przy myciu zębów używam teraz jeszcze dodatkowych akcesoriów... ale o szczegółach napiszę w innym poście, żeby Was tu jednorazowo nie zanudzić.

Odzwyczajam się także od jedzenia potraw wymagających mocnego rozgryzania, które mogłoby powodować np. szarpnięcie drutu i odklejenie zamka, wbijanie się fragmentów jedzenia w elementy zamków itp. Ugryzienie jabłka nie będzie już taką prostą sprawą... Czyli oprócz diety białej, będzie także przez jakiś czas dieta bezzębna :). 

*****

Ależ się rozpisałam! W najbliższym czasie opowiem o pierwszych tygodniach życia "za drutami" czyli z aparatem na zębach.

A w międzyczasie może się zmobilizuję i pokażę kilka swoich wytworków hafciarskich i malarsko-rysunkowych, bo temat aparatu ortodontycznego chyba nie jest szczególnie atrakcyjny :))).

    4 komentarze:

    1. Jestem bardzo przewrażliwiona na punkcie paradontozy. W mojej rodzinie to choroba w każdym pokoleniu. Pytam dentysty co którąś wizytę, czy mam objawy, on mnie uspokaja i zaleca zdjęcie kamienia i to wszystko. Może jednak poczytam więcej o kiretażu. Dzięki za informację.

      OdpowiedzUsuń
      Odpowiedzi
      1. Moja mama leczyła się wiele lat bez skutku, dopiero jak ją namówiłam na kiretaż, to choroba ustąpiła i już od kilku lat nie ma po niej śladu. Naprawdę bardzo skuteczna metoda :)

        Usuń
    2. Odechciało mi się aparatu ! A kiretaż mnie przeraża !Świetnie , że zamieściłaś tak obszerne informacje :)

      OdpowiedzUsuń
      Odpowiedzi
      1. Kiretaż jest bardzo skuteczną metodą w leczeniu parodontozy. Jeśli ktoś ma problem z tą chorobą, to powinien się zastanowić,czy naprawdę chce ją wyleczyć. Pasty i żele stomatologiczne dają tylko nieznaczną i bardzo krótkotrwała poprawę, a po dłuższym stosowaniu po prostu przestają być skuteczne. Ja tam wolę raz na 10 lat pocierpieć przez pół godziny, niż udawać, że coś z tym robię i w końcu zacząć tracić zęby (bo taki może być skutek niewyleczonej parodontozy).
        Co do aparatu... Zębów nie da się wyprostować jednym machnięciem czarodziejskiej wróżki. To proces wymagający od pacjenta sporej samodyscypliny i cierpliwości, ogromnej dbałości o higienę, zmiany zwyczajów kulinarnych itd. Jeśli ktoś uważa, że nie podoła takim wymaganiom, to powinien sobie odpuścić. Aparat nosi się zazwyczaj około dwóch lat. No i koszt nie jest mały.

        Usuń