poniedziałek, 29 maja 2017

Projekt: akwarele. 3. Lilak - mission possible.

Pod pierwszym postem rozpoczynającym mój "Projekt: akwarele" Tynka rzuciła mi wyzwanie: "czas na akwarelę LILAKA!". 
Chodził mi lilak (czyli bez) po głowie już znacznie wcześniej, ale wydawało mi się, że to temat dla mnie za trudny, przynajmniej teraz i w dającej się przewidzieć przyszłości.

Ale skoro rękawica została rzucona, to postanowiłam wziąć byka za rogi i rozpracować lilakowy temat. Jak to robiłam i co z tego w pierwszym podejściu wynikło, możecie przeczytać w poprzednim poście "Projekt: akwarele. 2. Przygotowania do malowania bzu".

Ostatecznie, w drugim podejściu, udało mi się osiągnąć taki oto dość blady efekt i od razu powiem, że dumna nie jestem, ale nie chciałam już tego obrazka i siebie razem z nim zamęczyć. Lepiej nie będzie, przynajmniej tym razem:




No więc jestem zadowolona tak raczej średnio, bo nie tak to miało wyglądać, widzę swoje błędy i niektóre można by na tym obrazku z pewnością jeszcze poprawić, wzmocnić kolory itd, ale to może za jakiś czas.
W sumie to jak na początki z akwarelą chyba nie jest najgorzej. Bez wyszedł mi chyba podobny do bzu, spędziłam trochę czasu przy miłym zajęciu, załapałam podstawy techniki akwarelowej, mam ochotę na dalszy ciąg tej przygody, tylko lilaki na razie sobie odpuszczę :).

Jak malowałam?
  1. Najpierw zrobiłam szkic ołówkiem. Po lekkim naszkicowaniu ogólnych zarysów gałązek, listków i konturów kwiatostanów - dorysowałam trochę szczegółów, pojedyncze kwiatuszki i pączki, zwłaszcza na obrzeżach kiści.
  2. Lekko podkolorowałam tło. Zwilżyłam wodą cały obszar, starając się wjechać pędzlem między naszkicowane płatki i listki i bardzo rozwodnioną farbą rozprowadziłam plamy kilku odcieni, pozwalając im swobodnie się rozlewać i mieszać.                                                                      

  3. Przy pomocy grubego pędzla zwilżyłam czystą wodą obszar kwiatostanów i nałożyłam delikatnie odrobinę wybranego fioletu, pozwalając farbie na swobodne i nierównomierne rozlanie się na mokrym obszarze.
  4. Cienkim pędzelkiem domalowałam szczegóły wychodzące poza pokryte już farbą plamy, czyli pojedyncze kwiatki i pączki na czubkach pędów i obrzeżach kiści.

  5. Podkreśliłam obrysy otwartych kwiatków, lub odwrotnie - ciemniejszą farbą malowałam płatki położone bardziej w cieniu. Używałam kilku różnych odcieni fioletów (na zdjęciach niestety tego nie widać) - o próbnikach pisałam w poprzednim poście. W sumie kwiatostany wyszły trochę za ciężkie, znowu przesadziłam z ilością farby.                                                                                  

  6. Liście malowałam podobnie, czyli najpierw zwilżyłam obszar wewnątrz konturu liścia, potem delikatnie nakładałam wybrane odcienie zieleni. Po wyschnięciu dostały drugą i czasem trzecią cienką warstwę farby w nieco innym odcieniu. Zaznaczałam przy tym żyłkowanie na listkach i domalowałam gałązki. Z zieleniami trochę kiepsko mi szło, nie mogłam utrafić w odpowiednie proporcje, raz mi wychodziły za bardzo turkusowe, raz zbyt kanarkowe,dlatego w sumie liście są takie trochę niedopracowane. Może kiedyś to poprawię.
  7. Na koniec podmalowałam jeszcze trochę tło i po wyschnięciu dorzuciłam kilka listków i kwiatków na drugim planie.
Tak to z grubsza wyglądało. Może moje zapiski i ogólne uwagi komuś się przydadzą na początku malowania, albo zachęcą do spróbowania :).

Jakie nauki ja sama wyciągnęłam z tego malowania?

  • malować akwarelami należy bez pośpiechu, bo błędy trudno usunąć lub poprawić;
  • nakładać farbę transparentną warstwą, bo lepiej dołożyć drugą warstwę, niż płakać nad za grubo położoną plamą (w ten sposób można też skorygować nieco kolor);
  • zawsze mieć pod ręką dodatkową kartkę na wypróbowanie nabranego koloru;
  • narzędzia są bardzo ważne, jakość (i grubość) pędzla robi różnicę, w planie mam więc zakup profesjonalnego grubego pędzla oraz cieniutkiego do detali;
  • muszę kupić płyn maskujący, do niektórych elementów bardzo by się tu przydał.
Czy warto było zaczynać drugi raz, od nowa, ten sam obrazek? Dzisiaj myślę, że tamten można było uratować. Przedtem jednak nastawiona byłam na bardzo delikatny, pastelowy efekt, a nieostrożne operowanie farbą przy liściach efekt ten zniweczyło. 
Przede wszystkim, skoro już zapaćkałam jakiś fragment za grubo położoną farbą i w dodatku w nieodpowiednim odcieniu, to należało najpierw zebrać ile się da tej farby - suchym pędzlem, chusteczką higieniczną, papierem toaletowym. Potem odczekać aż wyschnie. Potem nałożyć cienką warstwę odpowiedniego koloru.
Można było też pójść za ciosem i porażkę przekuć na sukces (no, umówmy się!) - całość potraktować bardziej zdecydowanymi kolorami i większą ilością warstw i też wyszło by pewnie nie najgorzej. 
Ale nic straconego, tamten niedokończony malunek mam nadal, może też kiedyś do niego wrócę i spróbuję poprawić :).




*****

poniedziałek, 22 maja 2017

Projekt: akwarele. 2. Przygotowania do malowania bzu.

A miało być tak pięknie... Planowałam, że w miniony weekend wrzucę zdjęcia nowego obrazka z lilakiem, czyli bzem, w roli modela. Ale, jak to mówią - jak chcesz rozbawić Pana Boga, to opowiedz mu o swoich planach :). 



Obrazek nie wyszedł, dzisiaj zaczynam nową wersję i trochę mi z tym zejdzie, bo niestety mam w tym tygodniu nawał innych zajęć, a przy pierwszej wersji przekonałam się, że co nagle to po diable. Początkujący akwarelista nie może sobie pozwolić na pośpiech. W akwareli nie da się zamalować nieudanego fragmentu, takie rzeczy to tylko w olejach czy akrylach. Akwarele nie są, co do zasady, farbami kryjącymi, więc plamy brzydkiego koloru nie zakryjemy drugą, zwłaszcza jaśniejszą, plamą.

Przypominam, że w akwareli stawiam dopiero pierwsze kroki, więc sprawa nie była dla mnie taka prosta...
Zaczęłam od pooglądania w internetowych przestworzach dzieł wybitnych akwarelistów, żeby się zorientować jak można temat bzu potraktować.
Te drobniutkie kwiateczki w każdej kiści... jak ja to będę dziubdziać akwarelą, która na razie jest dla mnie dość trudnym medium? Generalnie, choć jestem pełna podziwu dla malarstwa botanicznego (odtwarzającego wiernie szczegóły roślin), to sama nie przepadam za malowaniem precyzyjnym, wolę większy rozmach, ujęcie bardziej impresjonistyczne niż realistyczne. Z drugiej strony - nie chodzi o to, żeby maźnąć tylko kilka plam fioletu wśród zieleni... trzeba się trochę bardziej postarać, żeby nie wyglądało to jak fioletowa wata cukrowa.

Najpierw przystąpiłam do tworzenia próbników, zależało mi szczególnie na zieleniach, bo - po pierwsze: w moim zestawie gotowych farbek są jakieś nienaturalne odcienie, a po drugie: chciałam uzyskać więcej kolorów zbliżonych do zieleni, żeby bogaty w listowie obrazek był ciekawszy i głębszy.

Pomocny był oczywiście wpis Agaty na blogu Się rysuje, którym posiłkowałam się już wcześniej tworząc koła barw.

Ale w tak zwanym międzyczasie trafiłam jeszcze - dzięki podpowiedzi blogowej koleżanki (dziękuję, Wandziu!) - na fantastyczną stronę pana Krzysztofa Kowalskiego - http://www.akwarelami.pl/. To kolejna skarbnica wiedzy na temat akwareli, technik malowania, mieszania farb itd. Autor, który maluje z mistrzowską precyzją botaniczne obrazy, pisze o sobie, że jest akwarelistą-amatorem i maluje tylko hobbystycznie (ha! obejrzyjcie jego prace!). Wyobraźcie sobie, że napisał i zilustrował aż dwa długie posty na temat uzyskiwania różnych odcieni zieleni! 
Przestudiowałam całość dokładnie, uzmysławiając sobie, że nawet nie jestem na początku drogi - ja dopiero stoję w kolejce po bilet!

Ale nic to, jak pisze pan Kowalski - 

"Maluj! Nie bój się spróbować! 
Każdy z nas był kiedyś na początku!"

Nie zrobiłam (na razie) aż tak dużo tych próbników z zieleniami, jak pokazał pan Kowalski, ale stworzyłam sobie na początek taki mój własny, bardzo podstawowy, projekt.
Wszystkie (cztery) gotowe zielenie z moich tubek, cztery żółcie i trzy niebieskości. Każdy kolor na poziomej i pionowej osi i następnie mieszanie każdego z każdym. Na zdjęciu kolory nieco przekłamane, niestety.



Może mieszanie ze sobą wszystkich żółci albo niebieskości wydaje się bezcelowe, ale chciałam być konsekwentna, a poza tym nigdy nie wiadomo, co się ujawni :). 

Dowiedziałam się - namacalnie, rzec można - które kolory są bardziej kryjące, a które mocno transparentne
Z testowanego zestawu kolorów wybitnie transparentne okazały się: przede wszystkim ultramaryna, zieleń Leaf Green i żółć Naples Yellow. Z kolei bardzo kryjące są: zieleń Hooker's Green i niebieski Care Lueum.
Warto więc poćwiczyć, żeby poznać właściwości i możliwości swoich farb :).

Jakie najważniejsze wnioski z tego mieszania? - otóż zadziwiła mnie ultramaryna. Do tej pory omijałam ten kolor szerokim łukiem i używałam go zupełnie wyjątkowo. W gruncie rzeczy moja niechęć do ultramaryny została mi zaszczepiona przez moją profesorkę z liceum, która nie znosiła tej barwy. 
Tymczasem przy okazji tworzenia próbnika z zieleniami przekonałam się, że najciekawsze odcienie powstały ze zmieszania każdej z żółci z ultramaryną właśnie.
Gotowe zielenie z tubek są bardzo nienaturalne, większość mieszanek też mnie nie zachwyciła jakoś szczególnie, natomiast z ultramaryny z żółciami powstały zarówno odcienie ciepłe, oliwkowe, jak i zielonkawe szarości, piękna paleta!

Oczywiście zielenie, które w ten sposób otrzymałam, można jeszcze modyfikować przez dodawanie każdego innego z posiadanych kolorów (czerwienie, fiolety itd, w różnych proporcjach), będzie dużo ciekawiej, ale to jeszcze przede mną, nie wszystko naraz :).

Ponieważ w planie było malowanie fioletowo-różowej odmiany bzu, to wypadało przetestować jeszcze odpowiednie kolory z moich tubek. Konkretny fiolet w tubce jest jeden i raczej mało podobny do mojego lilaka. Kolejny próbnik powstał więc z udziałem tegoż fioletu, dwóch odcieni niebieskiego i dwóch czerwieni. Efekt mnie satysfakcjonuje, uzyskałam kilka ciekawych odcieni fioletów, ciepłych i chłodnych, mniej i bardziej kryjących. Tu także ultramaryna okazała się bardzo przydatna :).



Zazwyczaj kiedy mam w perspektywie etap przygotowawczy, takie próby i przymiarki, to biję się z myślami i kombinuję czy aby na pewno nie dałoby się tego punktu pominąć. Jednak życie mnie nauczyło, że wysiłek włożony w przygotowania i czas na to poświęcony - zwracają się prawie zawsze z nawiązką.

Musiałam oczywiście w końcu zrobić jakieś podejście do tematu LILAKA.  Moje bzy niestety dość słabo kwitną po drastycznym przycięciu w ubiegłym roku, ale coś tam dało się z tego skomponować, trochę dodała wyobraźnia...
Najpierw powstał szkic i zaczęło się malowanie:


Przygotowania, czyli szukanie inspiracji, tworzenie próbników oraz szkic, zajęły mi w sumie kilka wieczorów. Samo malowanie szło dość sprawnie, ale zgubiła mnie pewność siebie gdzieś w połowie obrazka.
W momencie, kiedy wydawało mi się, że jestem na dobrej drodze, miałam spokojny podkład w delikatnych odcieniach zarówno zieleni jak i fioletów, wyłaniały się kwiatki całkiem podobne do bzu... nagle zrobiłam sobie takie coś (zdjęcie zupełnie nieostre, ale to z nerwów):



Na kilku dobrze wyglądających listkach wylądowała znienacka jakaś ostra odmiana kanarkowej oliwki, sama nie wiem jak to określić, w dodatku tak jakoś obficie tej farby nabrałam, fantazja mnie poniosła...
Masakra.
Próbowałam ratować sprawę na gorąco czyli na mokro, zebrać trochę farby, dodać innego odcienia, ale jadowity kolorek gryzł po oczach. Taka to właśnie cecha akwareli, że farby trzeba nanosić rozważnie, bo zamalować niedoróbki raczej się nie da. Obraz olejny można w całości przemalować, malować jedno na drugim, jasne na ciemnym itd i każda kolejna warstwa farby pokryje tę poprzednią. A tutaj niestety tak się nie da.
Rozpacz w kratkę.
Ale postanowiłam dać sobie chwilę, odczekać aż ta nieszczęsna farba wyschnie...
Potem delikatnie naniosłam na to odrobinę zielonkawej szarości... Jadowitość odrobinę się przytłumiła, ale liście wyglądały ciężko, widać było, że farba jest położona dość grubo, zupełnie nie pasowało to do reszty.

Tak że ten... bzu na razie nie ma. Dzisiaj wieczorem zacznę zabawę od nowa, mam nadzieję, że za kilka dni będzie już obrazek nadający się do pokazania, bo dzisiaj to chyba tylko szkic zdążę zrobić.

Mimo wszystko nie załamałam się totalnie, uważam to za dobrą naukę. Już wiem, że:

  • nie należy się śpieszyć, rozważnie dobierać kolory, 
  • lepiej nałożyć dwie cienkie warstwy jedna na drugą, niż paćnąć grubo farbą, bo tego się raczej nie da uratować,
  • mimo posiadanych próbników trzeba mieć pod ręką kartkę na pierwsze pociągnięcia każdą nabraną porcją nowej mieszanki farb - bo w zależności od proporcji uzyskuje się jednak zupełnie inne odcienie, co właśnie było jedną z przyczyn katastrofy z moim bzem..
I to by było na tyle. Po co więc jest ten post? Ku własnej pamięci i ku przestrodze - dla osób, które też dopiero zaczynają przygodę z akwarelą :).

*****


sobota, 13 maja 2017

Mandale.

Mandalę sobie machnęłam. Pierwszą w życiu!
Najpierw jedną...


A zaraz potem następną... i będą kolejne :)))) 
Sorry za jakość zdjęć, ale lepiej na razie nie będzie, taki mamy klimat...



Zaraz o mandalach opowiem, ale najpierw kilka słów tytułem zagajenia...

Może na to nie wygląda, ale w zasadzie ta radosna twórczość jest ćwiczeniem w ramach projektu AKWARELE, o którym pisałam w poprzednim poście.

Jak obiecałam, tak zrobiłam, czyli dzień po przygotowaniu kół barw oraz namalowaniu chwasta, zabrałam się ochoczo do malowania, za cel obrawszy sobie tym razem bratki z mojego ogrodu. 
Hmmm.... Nie myślcie, że pokażę to arcydzieło - kompletna porażka. Obrazek zresztą (zaraz po przeprowadzeniu autokrytyki) posłużył mi za pole ćwiczebne do maziania farbkami na różne sposoby. 

Ujawniły się podczas tego eksperymentu następujące problemy:
  1. mam nawyki z malowania gęstymi i kryjącymi farbami olejnymi, co przekłada się na skłonność do podobnego nabierania na pędzel dużej ilości słabo rozwodnionej akwareli - efekt nie jest taki, o jaki chodziło, a chodziło o uzyskanie lekkości, światła i powietrza na obrazku;
  2. objawił się ewidentny brak wprawy, a szczególnie pewności ręki - jak się całymi latami tylko gadało o malowaniu, zamiast malować, to wiadomo... 
I co z tymi fantami zrobić? A otóż proszę bardzo, mam już program naprawczy:
  • Malować, malować, jeszcze raz - malować! Akwarelami, ma się rozumieć. Cokolwiek, żeby się z tą akwarelową materią oswajać. W ramach tego na pewno będę kontynuować tworzenie próbników (jak w poprzednim poście) według wskazówek Agaty z bloga sierysuje
  • Spróbuję kopiować prace dobrych akwarelistów - jak się uczyć, to od najlepszych. W sieci są zresztą różne filmiki i tutoriale, w których pokazane jest malowanie konkretnego obrazka krok po kroku. Uważam, że na początek to świetna nauka.
  • Nie tylko malować, ale i rysować, w ramach ćwiczenia oka i ręki. Cokolwiek i czymkolwiek. Stąd też ta mandala, ale o niej za chwilę.
  • Pisać. RĘCZNIE! A dokładniej - kaligrafować i ogólnie ćwiczyć ładne pismo. Świetne ćwiczenie! Na razie nie będę tutaj tej kwestii rozwijać, do tematu wrócę innym razem.
No i to są właśnie przyczyny powstania mojej mandali. I powiem Wam - bardzo to jest wciągające i na pewno sporo tych mandali jeszcze narysuję a zapewne także namaluję :). 



  • MANDALA - sanskrycki termin oznaczający "centrum i wszystko to, co wokół". Buddyjscy mnisi tworzą z kolorowego piasku mandale, w których harmonijnie łączy się symbol koła (niebo, transcedencja, nieskończoność, zewnętrzność) z kwadratem (cztery strony świata, człowiek i ziemia,wnętrze), a następnie uroczyście je niszczą. Ogólnie rzecz biorąc diagram mandali ukazuje jak chaos może przyjąć harmonijną formę.

Jeśli kogoś ciekawi ta tematyka - polecam ten wpis http://www.nowaswiadomosc.pl/344-co-to-jest-mandala.html . Znajdziecie tam dokładne wskazówki na temat jak należy tworzyć prawdziwą mandalę. 

U nas rysowanie (malowanie) mandali, z reguły uproszczonej do formy koła, traktuje się jako zajęcie terapeutyczne, uspokajające, wyciszające.

Zawsze podobały mi się mandale i gdzieś tam w mglistych planach miałam ich rysowanie. Lubię takie symetryczne, uporządkowane wzorki :). No i jest to dobry sposób na trenowanie precyzyjnego rysowania.
A zatem, do dzieła!


Moje materiały:
  • brystol w rozmiarze A3 - moja mandala ma średnicę ok.30cm, 
  • ołówek, linijka, kątomierz i cyrkiel - do narysowania siatki,
  • czarne cienkopisy: Derwent Graphik line master 0,05 oraz Faber Castell PITT artist pen F.
Najpierw narysowałam siatkę pomocniczą. To ona pomoże nam uzyskać symetrię i harmonię. Oczywiście mistrzowie mogą się bez tego obyć, ale nie przesadzajmy, z siatką jest prościej. 
  • Wyznaczamy środek kartki, a przy pomocy kątomierza zaznaczamy wybraną ilość wycinków koła. Można kombinować cyrklem, jak ktoś lubi, ale kątomierzem idzie szybciej. Ja zaznaczałam co 10 stopni. 
  • Potem łączymy przy pomocy linijki i ołówka punkty naprzeciwległe, dla kontroli sprawdzając czy linijka przebiega nam przez środek. Wyszło mi 18 kawałków "torcika". Może być mniej, może być więcej, trzeba się też zastanowić czy wolimy parzystą czy nieparzystą ilość tych kawałków, ale wygodniej chyba z parzystą.
  • Inny sposób to przycięcie kartki do rozmiarów kwadratu, narysowanie przekątnych, które wyznaczą nam środek siatki, zaznaczenie punktami na dwóch sąsiednich bokach równych odcinków i następnie rysowanie linii prostych przechodzących przez te punkty i przez środek. 
  • Następnie cyrklem kreślimy sporo koncentrycznych okręgów, dość gęsto, żeby łatwiej rysowało się wzorki.


Do tej części pracy (rysowanie siatki) warto się przyłożyć i wykonać ją starannie. Każde nieprecyzyjne przesunięcie linii powoduje, że wzór będzie się nam lekko rozjeżdżał. U mnie zresztą też nie wyszło idealnie.

Siatka gotowa, można puścić wodze fantazji i tworzyć! Rysujemy wzorki jakie nam wyobraźnia podpowiada, pamiętając, żeby powtarzały się symetrycznie.
Rysujemy...


...rysujemy...


Można od razu ze wszystkimi szczególikami, ale chyba łatwiej jest najpierw zrobić ogólny zarys, a potem dorysowywać detale, pogrubiać albo zamalowywać linie i pola. Ja lubię czerń tuszu na białym papierze, ale oczywiście można poszaleć z kolorami.



Gdzieś w połowie wydawało mi się, że wychodzi beznadziejnie... W niektórych miejscach brakowało mi pomysłu jak zapełnić puste pola, żeby jakoś sensownie to wyglądało. 
Ale na tym polega urok mandali, że dopiero po skończeniu całej pracy z chaosu wyłania się harmonijna całość :). 

W sumie jestem z mojego dzieła zadowolona :). Rysowanie tej mandali zajęło mi prawie pół dnia z małymi przerwami, ale było to szalenie przyjemne zajęcie. Polecam każdemu, zwłaszcza jako lekarstwo na stresy, zmęczenie, złą pogodę i zły nastrój :).



Będąc w mandalowym transie i korzystając ze szczęśliwej okoliczności, że małżonek wyjechał na szkolenie (czytaj: chata wolna, facet nie absorbuje, sprzątania jakoś nagle mniej, w sumie kupa wolnego czasu), natychmiast zabrałam się za tworzenie następnej mandali :)))

Początek jak poprzednio - siatka. Tym razem tylko 12 kawałków torcika:


 Ta siatka została nieco zmodyfikowana przez dorysowanie licznych "bąbli":



Bąble dorysowałam przy pomocy cyrkla, podobnie można narysować inne kształty posługując się rozmaitymi przyborami kreślarskimi.


Już na etapie rysowania wzorów cienkopisem do zdjęcia przyłożyłam jeszcze na chwilę kątomierz, żeby pokazać miejsce, w którym wcześniej ołówkiem dorysowałam bąblowi dzióbek. Też można zrobić to cyrklem, ale łatwiej jest przyłożyć kątomierz czy cokolwiek z zaokrąglonym brzegiem, szklankę czy coś podobnego:


Coraz więcej szczególików...


I po kolejnym wieczorze druga mandala gotowa:


Podsumowanie tego eksperymentu: super zabawa, uruchamia się kreatywność i wyobraźnia, w efekcie powstaje fajny obrazek :), jednocześnie konieczność skupienia powoduje skutki uboczne w postaci totalnego resetu psychicznego (codzienne problemy ulatują gdzieś w niebyt), no i co najważniejsze - osiągnięty cel w postaci treningu ręki i oka. Każda kolejna linia wychodzi ładniej, równiej, bardziej płynnie. A o to przecież w tym ćwiczeniu chodziło :). 


Rysowanie mandali będę kontynuować, ale w kolejnym tygodniu planuję nieco inne ćwiczenia i może w następnym wpisie pokażę jakiś sensowny obrazek akwarelowy :).

*****







sobota, 6 maja 2017

Projekt: akwarele. 1. Koło kolorów.

Malować lubiłam od zawsze. 
I wciąż powtarzam, że to moje ulubione zajęcie. Ale tak szczerze powiedziawszy, to maluję coraz rzadziej. Wiecie, jak to jest - praca, rodzina, dom itd... Gdzieś z tyłu głowy tkwi we mnie przekonanie, że malowanie to taka moja fanaberia, bo są przecież sprawy ważniejsze, którymi powinnam się zająć w pierwszej kolejności. Jednak, po zastanowieniu, stwierdzam, że w zasadzie to tych arcyważnych spraw jest jakby coraz mniej. Dzieci odchowane, prowadzenie własnej firmy nie wymaga ode mnie już takiego zaangażowania jak dawniej, porządkiem w domu przestałam się aż tak bardzo przejmować (tzn. staram się ogarniać na bieżąco, ale nie latam od rana do wieczora z mopem w garści), ogród - no cóż, to było marzenie męża, a nie moje, więc też przestałam cierpieć, że chwasty rosną, skoro jemu to nie przeszkadza. 

Moja pierwsza akwarelka :)

Moim marzeniem zawsze było malowanie. Dopóki byłam mała, to owszem, było fajnie, rodzice zapisywali mnie na zajęcia plastyczne, kupowali farbki itd. Ale gdzieś na etapie liceum zaczęło się: "a z czego ty będziesz żyła", "a co to za zawód - artystka" itd. Bo ja twardo chciałam iść na studia w akademii sztuk pięknych, na ukochane malarstwo. I podobno miałam talent i duże szanse na indeks. Okazało się jednak, że byłam za słaba psychicznie, żeby walczyć z takimi przeciwnościami, brakowało mi wsparcia bliskich. Mama w ogóle zagroziła odcięciem funduszy, w razie gdybym poszła na ASP, awantur było co niemiara.

Ostatecznie podłamałam się i zrezygnowałam z marzeń. 
Od razu Wam powiem: nigdy tego nie róbcie! 

Jak powiedział Mark Twain: "Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj...".

Więc dzisiaj, kiedy do emerytury coraz bliżej, żeby nie żałować do końca życia - postanowiłam przestać odkładać to malowanie na jakiś lepszy czas. Bo jak nie teraz, to kiedy?

I nagle, chociaż przez prawie całe życie maluję farbami olejnymi (tzn. wtedy, kiedy już w ogóle maluję), tym razem wzięłam "na warsztat" akwarele. Naszło mnie to niespodziewanie po zachłyśnięciu się przepięknymi akwarelami światowych mistrzów, znalezionymi przypadkiem w czasie buszowania po Pintereście w poszukiwaniu nieco innych inspiracji.
Ostateczną decyzję podjęłam po przestudiowaniu wielu blogów akwarelistów, z kursikami, poradnikami i licznymi wskazówkami na temat "jak malować akwarelami". 

Na początek najbardziej dla mnie przydatny okazał się blog Agaty http://sierysuje.pl/ , na którym znalazłam mnóstwo porządnie opracowanych porad dla początkujących akwarelistów.

A ponieważ wiele razy obiecywałam sobie, że będę systematycznie malować, a potem gdzieś się te postanowienia gubiły między superważnymi sprawami (jak pranie, sprzątanie, bezmyślne oglądanie tv itd.) - tym razem ogłaszam to wszem i wobec, żeby się bardziej mobilizować. I plan jest konkretny: codziennie coś maluję albo rysuję i dwa razy w miesiącu wrzucam na blog - no, może nie wszystkie koszmarki, ale wybrane próbki lub ukończone prace i zdaję Wam relację z moich malarskich postępów.

A zatem - rusza mój osobisty projekt AKWARELE.


MATERIAŁY I NARZĘDZIA.




Farby, które mam, to całkiem spory jak na naukę zestaw 24 kolorów w tubkach, marki Daler Rowney. Dobra firma, zapewne więc jakość farb też bez zarzutu. Takie akurat farby mam i nie ma co dyskutować, na początek wystarczą z całą pewnością. 
Co prawda przy bliższym przestudiowaniu palety kolorów okazało się, że nie ma w niej paru podstawowych w odcieniach, od których chciałabym zacząć mieszanie kolorów, ale nie wybrzydzajmy, będę sobie radzić z tym co mam.



Pędzle. Przejrzałam zbiór tego co posiadam i wybrałam do nauki okrągłe:
  • nr 2 - Winsor&Newton;
  • nr 8 - Lefranc&Bourgeois;
  • nr 10 - Lefranc&Bourgeois;
  • nr 10 - Goya (rozmiar jak wyżej, ale chcę je porównać)
  • nr 18 - Goya,
  • i płaski nr 10 Winsor&Newton.

Mam jeszcze spory arsenał innych pędzli, ale zabawę z nimi zostawiam na później. Na razie bardziej będę się skupiać na samych farbach, ich właściwościach i możliwościach.

Papier. Posiadam porządny blok papieru akwarelowego A3 firmy Daler Rowney, o gramaturze 300g. Najpierw pomyślałam, że na pierwsze próby i wprawki raczej go szkoda, więc będę używać kartek ze zwykłych szkolnych bloków rysunkowych i technicznych. Ale po namyśle doszłam do wniosku, że jednak farby inaczej się zachowują na różnych papierach, więc skoro docelowo zamierzam malować na porządnym papierze akwarelowym, to odżałuję i do ćwiczeń też użyję tego samego papieru. Oczywiście zaraz będę musiała go dokupić, bo co to jest jeden blok...

Inne: ołówki do wstępnych szkiców oraz cienkopisy Drewent i Micron 0,05mm do ewentualnych konturów (bo nie zawsze będą mi one potrzebne). Kubki z wodą, płyta (podkładka) i taśma malarska do przyklejania kartek na czas malowania, paletka.

W przyszłości przyda się jeszcze spryskiwacz i na pewno kupię płyn maskujący, ale to już będzie wyższa szkoła jazdy, na razie wystarczy to co mam.

Pokazałam Wam jakich materiałów i narzędzi będę używać, natomiast nie zamierzam robić tu wykładu na temat ich jakości, przydatności itp ani przeprowadzać testów i analiz porównawczych, ponieważ moje doświadczenie w tej materii jest bliskie zeru. Zainteresowani takimi pogłębionymi badaniami bez problemu znajdą w sieci odpowiednie źródła.

No to - do roboty!


OSWAJANIE FARBEK - PRÓBNIKI.

Czas na bliższe zapoznanie się z możliwościami moich akwarelek. 
Posłużyłam się bardzo pomocnym postem Agaty http://sierysuje.pl/akwarele-mieszanie-kolorow/ .

moje koła kolorów

Najpierw zrobiłam koła kolorów z kilku zestawów kolorów podstawowych. Kolory podstawowe to: niebieski, czerwony i żółty. Ponieważ mam w sumie aż 24 kolory farb, to znalazło się wśród nich po kilka rodzajów niebieskości, czerwieni i żółci, dlatego koła są trzy. Oczywiście mogłoby powstać ich więcej, bo możliwych konfiguracji jest mnóstwo.

W drugim kroku zmieszałam ze sobą sąsiadujące kolory, otrzymując kolory pochodne:
  • żółty + czerwony = pomarańczowy
  • czerwony + niebieski = fioletowy
  • niebieski + żółty = zielony.
Trzeci krok to połączenie każdego koloru pochodnego z kolorem podstawowym, co poszerza zestaw barw o kolejne odcienie.

W ten sposób z trzech kolorów podstawowych otrzymuje się całą paletę, a przecież możliwości łączenia i mieszania ze sobą jest duuuużo więcej, bo można używać ich w różnych proporcjach. 

Poniżej kolejne etapy tworzenia kół kolorów:

1. Wybór kolorów podstawowych - po trzy niebieskie, czerwone i żółte.


2. Rysowanie schematów - jeśli nie zapomniało się podstawowych zasad geometrii, to robi się je migiem przy pomocy cyrkla i linijki :)


3. Najpierw kolory podstawowe z wybranego zestawu, potem mieszanie...


4. Tadaaammmm! Mam trzy koła kolorów, obok każdego wpisałam nazwy użytych farbek:


Nie wiem, czy widać różnice, bo aparat mam dość marny, a jeszcze każdy monitor inaczej oddaje barwy, ale ja te różnice wyraźnie widzę. 
Ze zmieszania czerwieni z niebieskim tylko w trzecim kole udało mi się uzyskać dość ciekawy śliwkowy fiolet, w pierwszych dwóch wyszedł mi raczej brąz.
Natomiast w drugim kole powstały fajne oliwkowe zielenie ze zmieszania żółci z niebieskim. W pierwszym kole uzyskałam coś w rodzaju wiosennej zieleni, a w trzecim - zieleń malachitowo-szmaragdową.


Mieszanie kolorów okazało się być fajną zabawą :). Oczywiście od razu chciałam namalować coś bardziej konkretnego. Wybrałam drugie koło kolorów i tymi trzema farbkami namalowałam taki oto mniszek pospolity, rosnący sobie wesoło w moim ogrodzie. Pańcia maluje, a chwasty rosną!



I tym optymistycznie wiosennym akcentem żegnam Was, Kochani, do następnego malowania :)

*****