piątek, 17 maja 2019

Majowe rysowanie - część 2.

O moim rysunkowym projekcie (wyzwaniu) można przeczytać w poprzednim wpisie: "Majowe rysowanie".  
Tam był pierwszy rysunek, a dzisiaj będzie mała relacja z kolejnych dni, chociaż sama nie wiem czy wypada pokazywać tak kiepskie zdjęcia... 

Tytułem wyjaśnienia... No cóż, materia sprzysięgła się przeciwko mnie, komputer ledwo daje jakieś niemrawe oznaki życia, aparat nie przeżył ostatniej zapaści, a telefon też najlepsze lata ma już dawno za sobą. Jakieś inwestycje w tym obszarze przewiduję dopiero gdzieś może za miesiąc, tak więc chwilowo jest jak jest i nie chcę się o tym rozwodzić, no ale obiecałam sukcesywne pokazywanie efektów mojego rysunkowego planu. Nie mogę niestety pokazać rysunków ołówkiem, bo w tych warunkach technicznych wyglądają na ekranie jak zamazane plamy. Większość rysowałam jednak cienkopisem, więc może uda się coś jako-tako zaprezentować ;).




No i od razu wyznam, że chociaż bez większego problemu udało mi się wykonać założony plan, czyli codziennie rysować przez minimum godzinę, to nie wszystkie efekty tego rysowania nadają się do prezentacji ;). Kilka szkiców poszło od razu do kosza, dwa rysunki dość nawet zaawansowane, ale nastąpił poważny problem techniczny... Okazało się mianowicie, że posiadam raptem cztery czarne cienkopisy o pożądanej grubości 0,05, ale kolejno zaczęły odmawiać współpracy... Dawno ich nie używałam, wydawało mi się, że przynajmniej trzy z nich to świeżynki, ale może podeschły od nieużywania, a może jednak kiedyś były w intensywnym użyciu, tylko mi się zapomniało? No w każdym razie we czwartek okazało się, że rysować za bardzo nie mam czym, nie było czasu na stacjonarne zakupy, internetowo zamówiłam, no ale wysyłka w piątek, to jak dobrze pójdzie najprędzej w poniedziałek odbiorę. Bazgram więc tylko ołówkiem wstępne szkice, bo docelowo rysunki chcę mieć w czarnym tuszu, czyli cienkopisie.
Ale do brzegu, czyli do rysunków :).

Temat katedry Notre Dame z poprzedniego wpisu pociągnęłam dalej. Było kilka rysunków roboczych, wersja od frontu zupełnie mi nie wyszła, kolejną zrobiłam więc znowu od tyłu, w nieco innym ujęciu niż poprzednią, ale wyszło gorzej niż w tej pierwszej wersji.

Rysunek w ogóle wygląda jak szybki szkic, ale kosztował mnie trochę pracy - najwięcej czasu zajął mi ołówkowy zarys, wiecie, zachowanie proporcji, perspektywy i tych wszystkich linii prostych. To są te elementy, które świetnie wychodzą architektom, ja natomiast zawsze mam z tym problem. 

No i spróbowałam narysować kilka detali - chimery i gargulce.
Czy dacie wiarę, że te słynne figury zdobiące gotycką katedrę, w większości zostały na niej umieszczone dopiero w XIX wieku, po części za sprawą znanej powieści Wiktora Hugo, któremu bardzo leżała na sercu sprawa odrestaurowania popadającej wówczas w ruinę świątyni...? 

Przyznam się Wam, że te pobieżne rysunki są czymś w rodzaju rozgrzewki przed nieco solidniejszym podjęciem tematu malowania fragmentów Katedry Notre Dame. To jest fascynująca budowla, z mnóstwem zaskakujących detali i mam nadzieję, że znajdę kiedyś czas na ich namalowanie. 
A to jest taki jeden ciekawy fragment, który chciałam narysować, ale nie znalazłam wystarczająco dobrych zdjęć ze zbliżeniami postaci:




Bardzo lubię ten fragment - to są figury apostołów, po trzech w każdym załamaniu dachu (tzw. koszu, tak się to chyba nazywa), jakby schodzących z góry na ziemię. Kiedy trwał pożar i waliła się iglica, zastanawiałam się, co się stało z tymi figurami... nie było wtedy tego dokładnie widać. One są chyba z jakiegoś stopu miedzi, sądząc po zielonkawym kolorze patyny - w pożarze mogły się nadtopić, tam było kilkaset stopni! No i potem zawalenie się tej iglicy mogło pociągnąć je za sobą...Szukałam później tej informacji i okazało się, że dosłownie chyba dwa dni przed pożarem figury apostołów zabrano do konserwacji :). Widziałam nawet ich zdjęcia - stały na paletach, z poodkręcanymi głowami.

Przez ostatnie dwa tygodnie narysowałam oczywiście jeszcze kilka innych rzeczy, ale są już w innej stylistyce i z innymi motywami (nie katedra!) - pokażę je więc w kolejnym wpisie. 





No i kilka zdań o tym co było, jak mnie tutaj nie było. Dużo się działo w ostatnich miesiącach. Niektórzy z Was wiedzą, że w ciągu minionego roku musiałam pożegnać trójkę naszych futerkowych przyjaciół - dwie suczki: Misię i Muszkę, i kocurka Grubcia. 
A niedawno zaginął nasz młody kotek Rysio... 
Ale nie będę pisać o szczegółach tych smutnych historii, chyba mnie to przerasta...

Trochę dużo było tych przykrych przeżyć. Tego się nie robi człowiekowi, bo człowiek potem nie może się pozbierać i ogarnąć...

Ale wróćmy do teraźniejszości.

Jeśli chodzi o zwierzaki, to w gruncie rzeczy nie możemy narzekać na brak towarzystwa, bo oprócz naszych dwóch koteczek: Czarnuszki i Sabinki, odwiedzają nas koty z sąsiedztwa: Lucuś (czarny z białym krawacikiem i wybałuszonymi oczkami, nie ma jeszcze roku), Rudziaczek (ksywka robocza, bo nie wiemy jak się wabi), Czarnulek (też nazwa robocza) i Krówka (bo łaciaty czarno-biały). 
Lucuś włazi nam do domu przez taras i chodzi jak po swoim, Rudziaczek i Czarnulek kręcą się po podwórku od czasu do czasu, podejrzewam, że zalecają się do Sabinki, chociaż ona wysterylizowana, a Krówka jest moim ulubieńcem i powoli się oswaja, podchodzi coraz bliżej. Krówkę podejrzewam o bezdomność lub zaniedbanie przez właściciela, bo bywa dość utytłany w białych partiach futra, obwieszony kleszczami i najchętniej z całego towarzystwa zagląda do misek z jedzeniem. Mleczko wciąga bez ograniczeń, miękkie kocie karmy w dużych ilościach, nie gardzi różnymi mięsnymi okrawkami, przy których wybrzydzają nasze kotki, suchą karmę wcina mniej chętnie, ale też zawsze trochę zje. Już wie, że ja jestem ta człowieka, co daje jedzonko, więc czeka na mnie i nawet blisko już podchodzi, ale jeszcze nie pozwala się dotykać. Jestem jednak dobrej myśli :).

Oprócz dokarmiania okolicznych kotów zostawiamy też jedzenie dla jeża, bo się okazało, że lubi kocią karmę :).

W starym kompoście mieszkają u nas różne zwierzątka, a mianowicie jeże w dolnej partii, a w górnej - padalce. Jak doliczyć do tego ropuchy zasiedlające w okresie godów nasze oczko wodne, to już jest jasne, dlaczego w naszym ogrodzie nie ma ślimaków, mimo że nie używamy chemii :). 

Wracając do mieszkańców pryzmy kompostowej - padalce niestety bardzo interesują Sabinkę i od czasu do czasu trzeba kotu pogonić kota, ratując z kocich pazurów zesztywniałe ze strachu padalce. No niestety przyznam się Wam, że Sabinka jest kotką łowną i raz do roku zdarza się, że ratujemy z jej paszczy jakiegoś ptaszka. W ubiegłym roku był rudzik, w tym - pełzacz. Oba na szczęście przeżyły, oszołomione posiedziały dłuższą chwilę na tarasie i odfrunęły. Oczywiście mowa o ptaszkach przyniesionych przez naszą szylkretową bestię do domu. Bo co się w ogrodzie wyrabia jak nie widzimy, to nie do końca wiemy. W każdym razie dostała ostrą burę, może na jakiś czas zapamięta, że nie wolno. 
Nie wszystkie koty mają tak silne myśliwskie zapędy. I częściej kotki niż kocury. Sabinka niestety uwielbia polować i poluje na wszystko,co się rusza - żaby, motyle, muchy, zaczepia inne koty i psy... Po akcji z pełzaczem zapowiedziałam jej, że jeszcze jeden taki numer, to będę ją wypuszczać tylko w kagańcu :). Nie wiem, czy zrozumiała...

Jeże natomiast zorientowały się, że w starej altance, przerobionej na drewutnię, zostawiamy dla zaprzyjaźnionych kotów jedzonko, i od pewnego czasu, nie robiąc sobie nic z naszej i kociej obecności, rankiem i pod wieczór szorują jak po sznurku do miski z kocią karmą, jak do własnej stołówki. No i co wieczór muszę tam dosypywać coraz więcej żarełka... Parę dni temu obserwowaliśmy, jak pan jeż zalecał się do pani jeżowej, ona pofukiwała głośno, ale w końcu pozwoliła mu na bliższą komitywę :). Tym bardziej więc musimy dokarmiać, skoro prawdopodobnie jeżowa rodzinka się powiększy :)))).

*****

piątek, 3 maja 2019

Majowe rysowanie.

Pojawiające się z nastaniem wiosny wyzwania rysunkowe odrobinę zmobilizowały mnie do ruszenia z własnym projektem, którego głównym celem jest wyrobienie sobie nawyku codziennego tworzenia. 
No bo w jakiś marazm twórczy popadłam... 
Coś tam czasem rysuję i maluję, ale najczęściej w połowie albo pod koniec pracy dochodzę do wniosku, że to wszystko jest do bani, no i dzieło ląduje w koszu na śmieci. Co prawda w ostatnich miesiącach sporo spraw skutecznie przeszkadzało mi w systematycznym, codziennym malowaniu, ale teraz to wymówek tak za bardzo nie mam, zwyczajnie wypadłam z rytmu i nie mogę się twórczo ogarnąć.


Plan więc był taki, że przez cały maj będę codziennie rysować, żeby tam nie wiem co. Nie chodziło mi o to, żeby codziennie wyprodukować skończony obrazek, ale żeby codziennie poświęcić minimum godzinę na rysowanie. 
Dlaczego akurat godzinę? Bo jakiś reżim jednak musiałam sobie narzucić. Postanowienie typu "codziennie coś narysuję" zwykle się kończy na postawieniu dwóch kresek albo tylko przerzuceniu z kąta w kąt kartek papieru w poszukiwaniu weny. A przez godzinę to jednak coś konkretnego można już narysować. 

Zatem uzbrojona w papiery różnego rodzaju, cienkopisy i ołówki, przystąpiłam do działania :).

Jeśli chodzi o tematykę, to co prawda zwykle ciągnie mnie do motywów przyrodniczych, zwłaszcza roślinnych. Mam jednak na swoim koncie także parę dość udanych wedut, których rysowanie i malowanie (dość dawno temu) sprawiło mi dużo przyjemności. Postanowiłam więc poćwiczyć trochę rysowanie rozmaitych budowli i detali architektonicznych - z natury i ze zdjęć. Tak się złożyło, że tuż przed pożarem katedry Notre Dame w Paryżu, szperając po Pintereście w poszukiwaniu inspiracji, zapisałam sobie kilkanaście zdjęć tej właśnie fantastycznej katedry. Więc jakoś tak siłą rzeczy motyw pierwszych rysunków w moim osobistym wyzwaniu sam się nasunął.



Temu akurat rysunkowi poświęciłam na pewno znacznie więcej czasu niż zaplanowane minimum, łącznie ze wstępnym szkicem - dwa dni. Pierwszy dzień to tenże szkic, który kosztował mnie sporo czasu i zdrowia, no i drugiego dnia cienkopis i detale, to też z różnymi przerwami (kolacja, herbatka, kawałek filmu w tv itd) - cały kolejny wieczór. Ale jestem z niego bardzo zadowolona. Katedra najbardziej mi się podoba właśnie w tym ujęciu, od tyłu, z tymi łukowymi przyporami.

Jak już wspominałam we wcześniejszych wpisach "rysunkowych" - bardzo lubię rysować czarnym cienkopisem na białym brystolu. Dlatego wybór narzędzi i techniki też był dość oczywisty.

Zaczęłam 1 maja i zamierzam utrzymać tempo codziennego rysowania minimum przez cały ten miesiąc. Czy wszystko będzie się nadawało do prezentacji? - no nie wiem, najwyżej pokażę Wam tylko to, co mi się w miarę jakoś uda :). Dzisiaj wrzucam tu pierwszy rysunek wraz z deklaracją systematycznego tworzenia, żeby się jakoś bardziej zmobilizować. No i przy okazji odkurzyć blog :).

A za tydzień (mam nadzieję) oprócz rysunków opowiem co się u mnie ostatnio działo.

sobota, 16 lutego 2019

Książki o sztuce. "Degas i jego świat".

Pewnie każdy, kto jakoś kojarzy nazwisko Degas, rozpoznaje przede wszystkim jego delikatne, pełne światła i lekkości pastele ze scenami z prób baletowych. Ale Degas to nie tylko pastele z baletnicami i kąpiącymi się kobietami. Wśród jego dzieł mnóstwo jest obrazów olejnych, namalował wiele portretów i scen z wyścigów konnych, stworzył także całkiem sporo grafik i rzeźb.




To jeden z moich ulubionych twórców, więc od czasu do czasu lubię sięgnąć po lekturę, w której znajduję jakieś informacje o jego życiu i dziełach. Książka Jean-Paul Crespelle'a "Degas i jego świat" to ciekawie napisana biografia - niestety niezbyt obficie zilustrowana reprodukcjami (zdjęcia w tym poście pochodzą z internetu). No ale ważniejsze w tym przypadku są fakty z życia artysty.

Autor podjął się zadania dość trudnego, ponieważ chcąc ustalić jakim naprawdę człowiekiem był Degas, musiał przekopać się przez mnóstwo sprzecznych dokumentów i autentycznych wspomnień, wśród których wymieszane są zarówno entuzjastyczne pochwały egzaltowanych pochlebców, jak i równie emocjonalne oszczerstwa jego przeciwników. Jak jednak zauważa J.P.Crespelle - przeciwników Degasa łączyło jedno: zostali kiedyś przez niego źle potraktowani, co zapewne wiele wyjaśnia. Generalnie przeważa opinia, iż Degas był człowiekiem niezwykle wrażliwym, dobrym i szlachetnym, przywiązanym do swojej rodziny, a jednocześnie oddanym bezgranicznie swojej pasji, jaką była sztuka.




Degas, mimo że pochodził z zamożnej rodziny i dość szybko stał się znanym artystą, był jednak człowiekiem skromnym, nie wyróżniającym się wyglądem, strojem, ani nie dbającym o rozgłos.
W jego żyłach płynęła krew francuska, neapolitańska i kreolska, przodkowie - ród de Gas - pochodzili z arystokracji i wielkiej burżuazji. Kiedy Edgar postanowił utrzymywać się z malowania obrazów, uznał, że powinien zaniechać używania partykuły "de" i skrócił swoje nazwisko do Degas. Jego ojciec był bankierem i pragnął dla syna kariery prawniczej, jednak szybko uległ pragnieniom potomka i zgodził się na to, aby ten poświęcił się malarstwu.

Młody Degas uczył się więc malarstwa zarówno w Paryżu jak i we Włoszech, gdzie początkowo zafascynowała go twórczość Ingresa i Delacroix. Malował więc sceny historyczne a także portrety krewnych. 
Na dalszą drogę artystyczną ukierunkowało go spotkanie z Manetem, a później liczne kontakty z twórcami hołdującymi nowym trendom i eksperymentom artystycznym, jak Monet, Renoir, Sisley i inni z tego kręgu. 
Pierwsza wystawa, w której wziął udział Degas, miała miejsce w 1874 roku. Uznano ją za początek nowego nurtu w malarstwie, nazwanego impresjonizmem. Degas nie uważał się jednak za impresjonistę, przede wszystkim nie interesowało go malarstwo plenerowe, tworzył zawsze w pracowni i na ogół tematem jego prac były sceny rodzajowe z kawiarni, koncertów, przy sztucznym oświetleniu, z udziałem tancerek, modystek, praczek.


Degasa kojarzymy zazwyczaj z jego pełnymi ekspresji i wibrujących kolorów pastelami. Wśród wybitnych pastelistów w dziejach sztuki zajmuje bez wątpienia jedno z czołowych miejsc. Jednak sam Degas uważał się głównie za rysownika, a przez pierwsze ćwierć wieku swojego artystycznego życia malował przede wszystkim obrazy olejne. Do sięgnięcia po pastele skłoniły go nasilające się problemy ze wzrokiem, a także możliwość szybkiego wykonywania pełnych studiów modeli. Obraz olejny wymaga znacznie dłuższego czasu - zarówno na przygotowanie podłoża, jak i malowanie i werniksowanie (czas potrzebny na schnięcie kolejnych warstw to czasem kilka dni, a niekiedy nawet - miesięcy!). Pastelem w czasie jednej sesji można osiągnąć to, co w oleju trwałoby kilka tygodni!




Eksperymenty Degasa z pastelami zaciekawią pewnie te osoby, które same próbują tej techniki, więc pozwolę sobie przytoczyć tutaj trochę takich technicznych szczegółów:

  • Degas osiągał w pastelu efekt lawowania poprzez zraszanie rysunku gorącą wodą i dalszą obróbkę twardym pędzlem;
  • tło pokrywał specjalnie przygotowanym dla niego przez zaprzyjaźnionego malarza-chemika utrwalaczem, a następnie wielokrotnie powtarzał warstwy rysunku i utrwalacza;
  • do pasteli Degas dodawał akcenty węgla, gwaszu, a nawet farb olejnych;
  • niektóre pastele przygotowywał na kalce, którą następnie naklejało się na bristol, co wymagało współpracy specjalisty znającego tę technikę;
  • wiele pasteli Degas wykonał na monotypiach, wykorzystując w różny sposób technikę druku do przygotowania tła dla pasteli.

Tutaj trzeba dodać, że Degasa interesowały rozmaite techniki graficzne, wykonał wiele monotypii, litografii i miedziorytów. 
A ponadto - różne formy ceramiczne i rzeźby. 
Najbardziej znaną rzeźbą Degasa jest niewątpliwie "Mała czternastoletnia tancerka" wykonana z wosku (popularny wówczas materiał, niestety bardzo nietrwały), z użyciem prawdziwych włosów i tkanin (spódniczka z tiulu, gorset i wstążka we włosach). Jedyna rzeźba pokazana za życia Degasa, na wystawie w 1881 roku.



Rzeźba wywołała skandal - publiczność i krytycy nie byli jeszcze wówczas przygotowani na taki realizm! Degas nie upiększył rysów swojej modelki, dziewczyny pochodzącej z niższych warstw społecznych i nie grzeszącej delikatnością urody. Przedstawił ją w niedbałej, niezbyt wdzięcznej pozie w chwili odpoczynku w przerwie zajęć. No i do tego te prawdziwe dodatki - włosy i tkaniny!

Degas wyprzedził swoją epokę - dopiero pojawienie się w sztuce nurtu zwanego hiperrealizmem wzbudziło zainteresowanie "Tancerką". Po jego śmierci woskową rzeźbę powielono w ponad 20 kopiach z brązu. W roku 2000 jedną z tych kopii sprzedano w londyńskim Sotheby's za blisko 19 milionów dolarów, a 15 lat później jej cena na aukcji w tym samym miejscu wzrosła już do 25 milionów dolarów.

Jeśli uważnie przyjrzymy się obrazom Degasa, to zauważymy, że - chociaż często malował kobiety, to głównym tematem jego dzieł nie było nigdy piękno kobiecego ciała. Interesowało go raczej przedstawienie ruchu, a kobiety jako takie niezbyt go interesowały, co miało odbicie w jego życiu osobistym - w zasadzie nic nie wiadomo o jakimś jego bliższym stałym związku z jakąkolwiek kobietą, nawet uważa się, że kobiet nie lubił, a ich uroda nie robiła na nim wrażenia. 
Malując czy rysując tancerki obserwował przede wszystkim ich ruchy, gesty. Większość obrazów pokazuje je - nie w pięknie ułożonych tanecznych pozach - ale w zwykłych sytuacjach w czasie prób, kiedy rozciągają się, poprawiają baletki, odpoczywają w niedbałych pozycjach. Podobnie kobiety myjące się czy czeszące, praczki, prasowaczki, bez różnicy - narysowane w niezgrabnych pozach, w codziennych sytuacjach, nie upozowane, jakby podglądane przez dziurkę od klucza.



Degas był otwarty na nowinki zarówno w sztuce jak i w technice, z powodzeniem próbował swoich sił na przykład w fotografii. Wiele jego obrazów wygląda podobnie jak reportażowe fotografie, dość często nietypowo skadrowane. Potrafił uchwycić w pastelu najistotniejszy motyw, charakter postaci i nastrój chwili. Zupełnie nie przejmował się przy tym kanonem kompozycji, a i tak uwaga widza kierowała się na najważniejsze elementy.

Nie przepadał za pejzażem i nigdy nie malował w plenerze, ale był niezwykle spostrzegawczym obserwatorem i w swojej pracowni z drobiazgową dokładnością odtwarzał sceny widziane w czasie przejażdżek po mieście lub na wyścigach konnych.



Był człowiekiem pełnym sprzeczności, samotnikiem otoczonym przez tłumy pochlebców i zajadłych krytyków. Na pozór gburowaty i złośliwy, potrafił otoczyć opieką wielu młodych artystów, a dla zubożałych nagle braci oddał niemal cały majątek, skazując siebie samego na skromne życie przez długie lata. 

Książkę "Degas i jego życie" czytałam kilka razy. Dla wielbicieli twórczości tego niezwykłego artysty to pozycja, którą z pełnym przekonaniem mogę polecić. Napisana lekko, z pasją, przez biografa, który - starając się o obiektywizm - oddał jednak całe swoje serce aby nie tylko dać świadectwo prawdzie o artystycznej spuściźnie Degasa, ale także aby odkryć i przybliżyć nam duszę artysty, jego wrażliwość i pasję, której poświęcił całe swoje życie.

*****


No i cóż... po tej pasjonującej lekturze wyciągnęłam moje stare pastele... hmmm... może coś z tego będzie...?

******





niedziela, 13 stycznia 2019

Czego się nie robi kotu?


Dzisiejsza opowiastka będzie o zwierzątkach, a tytuł, jak się zapewne domyślacie, nawiązuje do znanego wiersza naszej noblistki - Wisławy Szymborskiej. 

Na końcu tego wpisu jest ważna i pilna sprawa, więc jeśli ktoś nie chce czytać długich wywodów, to niech przynajmniej zajrzy na koniec posta, do ostatnich akapitów...
A jeśli post ukaże się z dziwnie nierównymi czcionkami, to sorry, ale coś blogger nie chciał współpracować i zmieniał mi samoistnie ich wielkość.

Co do wiersza - od razu wyjaśniam - nikt nie umarł, ale kot miał deprechę i to jest poważna sprawa, a potem doszły inne psychosomatyczne problemy futrzaków, ale jeszcze później wszystko szczęśliwie się skończyło i o tych historiach dzisiaj rzecz będzie... 


W poprzednim poście pisałam Wam, że przygarnęliśmy kolejne stworzonko - malutkiego, 2-miesięcznego kotka.

Późny grudniowy wieczór, droga za wsią gdzieś pod lasem, a tu siedzi takie małe coś jak wróbelek i się nie rusza. Dobrze, że męża coś tknęło, zatrzymał samochód i poszedł zobaczyć co też to takiego, bo może to były ostatnie chwile na ratunek. 

Sobota wieczór, weterynarza dostępnego nie było, kotek został więc ogrzany i na szczęście gdzieś po godzinie, jak nieco oprzytomniał, to nawet wypił odrobinkę mleczka, tak może łyżkę, co dawało nadzieję, że przynajmniej jakieś funkcje życiowe mają szansę na wznowienie działania. 
W niedzielę wypił jeszcze troszkę mleczka ale z jedzeniem coś nie szło. Pierwsze kupki były zielone jak trawa, bo też prawdopodobnie z głodu jadł ostatnio tylko trawę.

Zaczynał jednak dreptać po domu, stara suczka Muszka okazała radość z nowego lokatora, on też jakby się zastanawiał, czy to aby nie jego mamusia :). 

Po nasikaniu na podłogę został wsadzony do kuwety, ale w pierwszej chwili myślał, że ma tam spać i ułożył się w żwirku do drzemki. Szybko jednak załapał i następne sikanie było już prawidłowo do kuwety!

Mimo to jego stan bardzo nas martwił, przede wszystkim strasznie był zasmarkany jedno oczko jakby go w ogóle nie było, a oba zaropiałe. Do czasu wizyty u weta przemywaliśmy roztworem kwasu bornego i przynajmniej to zaropienie udało się opanować, jedno oczko zaczynało patrzeć na świat, ale kotek wyglądał jak szkielecik obciągnięty marnym futerkiem...


W niedzielny wieczór Muszka dostała do jedzenia mięso z kurczaka, a zaciekawiony kotek asystował jej, zaglądał włażąc pod pysk, aż się zestresowałam, że Mucha go kłapnie zębami, bo inne dorosłe koty zawsze odganiała groźnie warcząc i pokazując zęby. A tu - niespodzianka! Kiedy koteczek zaczął ją naśladować i próbował skubać mięsko, Muszka się odsunęła robiąc mu miejsce przy misce! Uznaliśmy, że ona nauczyła go jak się je mięso :). To już było pół sukcesu, bo skoro je, to z pomocą weterynarza jakoś się pewnie wykaraska z tego zabiedzenia!


Poznajcie Ryszarda! 


Tak prezentuje się dzisiaj - niestety jego ruchliwość nie korelowała z możliwościami mojego starożytnego aparatu, więc niezbyt ostro to wyszło:




Dlaczego takie imię? - w podstawówce miałam kolegę, takiego chudziaczka blondaska, największego w klasie rozrabiakę, no i to był Rysiek właśnie. Całkiem fajny kolega zresztą, do dzisiaj sympatycznie się witamy na ulicy i zawsze parę zdań zamienimy, co o tyle jest godne zaznaczenia, że nie ze wszystkimi z tamtych lat da się jakoś pogadać.

A tak wyglądał nasz Rysio w pierwszej dobie po uratowaniu życia (marne zdjęcie zrobione odruchowo, marnym telefonem, bo nikt wtedy nie myślał o sesjach fotograficznych) - kupka kosteczek, mieszcząca się w garści, ważąca tyle co wróbelek:





Po dwóch tygodniach (telefon i sztuczne światło) - zaczynał przypominać kotka:






Na dobrym wikcie ze szkielecika przeobraził się w ciągu kilku dni najpierw w balonik na cieniutkich nóżkach i z ogonkiem jak sznurówka, a potem szybko w całkiem zgrabnego kocurka, który obecnie dokazuje po całym domu. Istny wulkan energii, żywiołek!

Dwa pierwsze tygodnie jechał na antybiotykach, bo był strasznie zagrypiony, obsmarkany i zaropiały. Po tygodniu najważniejsze było, że apetyt mu dopisuje, dobry humor też, czyli kryzys zażegnany. 

Jedno oczko niestety nie wygląda dobrze, a w zasadzie to prawie w ogóle nie wygląda, zdegenerowane prawdopodobnie na skutek silnego stanu zapalnego. Czasem tam trochę nim łypnie, ale wydaje się, że nic nim nie widzi. Za jakiś czas, jak się maluch wzmocni, obejrzy go jeszcze weterynarz albo nawet okulista i powie, czy da się jeszcze coś z tym oczkiem zrobić, ale raczej nie robimy sobie nadziei. Małemu to chyba specjalnie nie przeszkadza, rozrabia, łapie kocie wędki z piórek, gania za kulkami z folii aluminiowej (wiadomo, że to najlepsza zabawka!) - kulek jest już pewnie z milion pod kanapą, ale łatwiej zrobić nową, niż odsuwać co pięć minut kanapę. Tylko folii trzeba dokupić parę rolek :).

Próbowałam zrobić mu zdjęcie tak, żeby było widać oba oczka, ale z taką iskierką to prawie niewykonalne :).






Ale to nie koniec historii z Ryśkiem! 

Bo się narobiło komplikacji.
A otóż! 
Pierwsza rzecz - to reakcja naszych kotek (mamy 13-letnią Lucynkę vel Czarnuszkę oraz 2,5-letnią Sabinkę). Nowy lokator, wiadomo - najpierw nieufność podszyta lekkim niepokojem itp. Normalne. Ale się okazało, że Sabinka wpadła w straszną panikę. Bała się podochodzić, robiła wielkie oczy, puszyła się gulgotała, syczała i parskała, a jak tylko mały ruszał w jej stronę, to ona dawała dyla jak najdalej od niego. Na początku trochę nas to śmieszyło, bo dotychczas Sabinka to była największa rozrabiara w okolicy, ustawiała koty i psy, wszystkie zwierzaki zaczepiała, mówiliśmy, że Sabinka rządzi na dzielni :). Aż tu bach! - przyszedł maciupeńki koteczek i Sabinka wymiękła! 

Może by się to powoli poukładało, wydawało się, że panika Sabinki nieco osłabła... Ale zaraz po tygodniu Pańcio wziął i wyjechał na parę dni. Syn też na wyjeździe, zostałam sama z tym szpitalem zwierzęcym, bo inne zwierzaki też zaczęły niedomagać, a ja przecież pracuję, więc kołowrót miałam przez tydzień straszny, każde z osobna wymagało szczególnej opieki. No i zaraz po wyjeździe Pańcia Sabinka zniknęła! Nie dość, że w domu szpital zwierzęcy, to jeszcze poszukiwania zaginionego kota... Znalazłam ją trzeciego dnia, ale była jakaś bardzo niewyraźna, osłabiona i zestresowana, nie chciała jeść...


Muszka w tym czasie też miała bardzo kiepskie dni. Osłabła ostatnio, ona ma takie kryzysy od czasu do czasu, że już-już wydaje się, że to jej ostatnie chwile... Psinka ma prawie 16 lat, więc to na ludzkie lata ponad setka! 

Jest u nas od dwóch lat i nie znamy dokładnie jej historii zdrowia, ale od pierwszej wizyty u weta dajemy jej leki, które mają wspomagać jej osłabione serduszko oraz diuretyki, które mają pomóc usunąć wodę z płuc. Czasem jednak jest bardzo słaba i nie może stanąć na tylne łapki, a jak już stanie, to cała drży a łapki się rozjeżdżają. Na spacerki już wtedy nie daje rady chodzić, więc trzeba ją wynosić na rękach do ogrodu na siku. Wynieść i wnieść, bo jest kilka schodków. Najweselej jest jak pada deszcz, że o mokrym śniegu nie wspomnę, jest ciemny wieczór albo świt zimowy, schodki śliskie i mokre, człowiek w kapciach i piżamie, bo nie ma czasu na ubieranie jak pies piszczy, zresztą ubierajcie się tak osiem razy na dobę, w tym ze trzy razy w porze nocnej... No masakra... W nocy Mucha kaszle i charczy... w dzień zresztą też, tylko w nocy dla nas jest to bardziej uciążliwe.

Mały Rysiek zasmarkany, anemiczny (mówię tu o czasie tydzień po jego przybyciu), szukający mamy, ciepła i miłości, biegający co chwila do miseczki z jedzonkiem - wiadomo, wymaga opieki.


Czarnuszka, nasza najstarsza koteczka, mająca na pieńku z prześladującą ją Sabinką, dodatkowo wystraszona nowym lokatorem... Każdym kotem trzeba więc było opiekować się oddzielnie. Starsze koty są wychodzące, więc trzeba było prosić, żeby w tym stresie chciały jednak przychodzić na jedzonko i spanko do domu.


No i w tym zamieszaniu, w stanie jakiegoś chyba amoku, zapomnieliśmy o środkach bezpieczeństwa. Kociarze wiedzą doskonale, co to jest tzw. koci katar. No. A przecież u nas też były już takie przypadki, więc co nam mózgi zamąciło, że nie odizolowaliśmy małego Rysia od reszty kotów zaraz na początku...? W sumie wstyd pisać o własnym gapiostwie, ale może ku przestrodze...


Daruję Wam resztę szczegółów i perturbacji ze zwierzakami, w każdym razie starsze koty zaraziły się tym katarem, na szczęście dość szybko pierwsze objawy (ślinienie, brak łaknienia, czerwony język i nieprzyjemny zapach z pyszczka) obudziły nas z zaćmienia umysłowego, popędziliśmy do weta po lekarstwa i koty błyskawicznie wyszły z kryzysu zdrowotnego. Przy okazji Muszka została przebadana, wet zaordynował nowe leki i Mucha odżyła, w każdym razie odzyskała siły i przestała kaszleć i dusić się.


Minęło około półtora miesiąca od czasu przybycia Rysia. Młody zwiększył masę tak na oko z pięć razy, futerko mu się pięknie zagęściło, wyrasta na ślicznego, zgrabnego kocurka i rozrabia jak szalony po całym domu. O jego trudnym dzieciństwie przypomina nam tylko zapadnięty jeden oczodół.






Z czasem koty się ze sobą oswoiły, może nie ma wielkiej przyjaźni, ale jak Rysiek zaczepia Sabinkę, to ona odnosi się do niego z wyrozumiałością starszej ciotki. Czasem nawet sama go zaczepia z pewną dozą sympatii i potem ganiają się i przewracają.

Muszka chyba lubi Ryśka, ale on jest już dla niej zanadto męczący. Wyobraźcie sobie: 100-letnia schorowana babcia i szalony trzylatek z ADHD :).

Dobra, a teraz poważniejsze sprawy. Rysiek ma już dom, ale nie wszystkim tak się poszczęściło.



Koty wolno żyjące.


Polecam Wam do wnikliwego przeczytania bardzo ciekawy wpis na temat kotów wolno żyjących i bezdomnych u Ani z bloga Aniamaluje. 
Do Ani trafiłam przez przypadek, sądząc, że chodzi o malowanie obrazków :). To raczej blog urodowo-lifestylowy, ale Ania porusza wiele ważnych społecznie tematów, także tych trudnych i kontrowersyjnych, pisze bardzo interesująco i podaje linki do sprawdzonych źródeł. 
We wpisie pt. Nie uchylasz kotom okienka w piwnicy bo?" pisze o kotach wolno żyjących i formach pomocy dla tych pożytecznych zwierząt.

Pozwolę sobie zacytować za Anią: 


Koty wolno żyjące to zwierzęta dzikie, które w myśl art. 21 ustawy z dnia 21 sierpnia 1997 r. o ochronie zwierząt (Dz. U. z 2003, Nr 106, poz. 1002 z późn. zm.)stanowią dobro ogólnonarodowe i powinny mieć zapewnione warunki rozwoju i swobodnego bytu. Stanowią one stały element ekosystemu miejskiego, a ich obecność w budynkach w zdecydowany i naturalny sposób zapobiega obecności i rozmnażaniu się gryzoni (myszy i szczurów), które mogą być potencjalnym źródłem niebezpiecznych chorób. Koty wolno żyjące nie są zwierzętami bezdomnymi, w związku z tym, nie wolno ich wyłapywać, wywozić ani utrudniać im bytowania w danym miejscu.



Za Anią również podaję link do strony zawierającej wiele ciekawych informacji o uregulowaniach prawnych statusu kota wolno żyjącego: https://www.facebook.com/notes/towarzystwo-opieki-nad-zwierzetami


- a poniżej wklejam grafikę z tejże strony:





Pomóż bezdomnym i dzikim zwierzętom!


A teraz jeszcze bardziej konkretnie. Potrzebna jest pomoc. Ta pomoc jest potrzebna w zasadzie nieustająco, bo zawsze gdzieś są jakieś potrzebujące jej zwierzaki, ale to, że nie jesteśmy w stanie zbawić ani w pojedynkę, ani od razu, całego świata, nie zwalnia nas od obowiązku choćby spróbowania i dołożenia przynajmniej jednej cegiełki/złotówki.

Możemy pomóc na przykład temu kotkowi, potrąconemu przez jakiegoś durnia w samochodzie:



Kotek jest po operacji, ale czeka go długie leczenie i rehabilitacja, no i nowy, przyjazny dom.

Pomocy potrzebują też inne zwierzęta - zajrzyjcie tam, proszę:


Pilna sprawa - ogólnopolska zbiórka dla 30 schronisk kończy się za 2 dni, a potrzeba jeszcze około 5 tys. zł dla bezdomnych zwierzaków:




*****