niedziela, 13 stycznia 2019

Czego się nie robi kotu?


Dzisiejsza opowiastka będzie o zwierzątkach, a tytuł, jak się zapewne domyślacie, nawiązuje do znanego wiersza naszej noblistki - Wisławy Szymborskiej. 

Na końcu tego wpisu jest ważna i pilna sprawa, więc jeśli ktoś nie chce czytać długich wywodów, to niech przynajmniej zajrzy na koniec posta, do ostatnich akapitów...
A jeśli post ukaże się z dziwnie nierównymi czcionkami, to sorry, ale coś blogger nie chciał współpracować i zmieniał mi samoistnie ich wielkość.

Co do wiersza - od razu wyjaśniam - nikt nie umarł, ale kot miał deprechę i to jest poważna sprawa, a potem doszły inne psychosomatyczne problemy futrzaków, ale jeszcze później wszystko szczęśliwie się skończyło i o tych historiach dzisiaj rzecz będzie... 


W poprzednim poście pisałam Wam, że przygarnęliśmy kolejne stworzonko - malutkiego, 2-miesięcznego kotka.

Późny grudniowy wieczór, droga za wsią gdzieś pod lasem, a tu siedzi takie małe coś jak wróbelek i się nie rusza. Dobrze, że męża coś tknęło, zatrzymał samochód i poszedł zobaczyć co też to takiego, bo może to były ostatnie chwile na ratunek. 

Sobota wieczór, weterynarza dostępnego nie było, kotek został więc ogrzany i na szczęście gdzieś po godzinie, jak nieco oprzytomniał, to nawet wypił odrobinkę mleczka, tak może łyżkę, co dawało nadzieję, że przynajmniej jakieś funkcje życiowe mają szansę na wznowienie działania. 
W niedzielę wypił jeszcze troszkę mleczka ale z jedzeniem coś nie szło. Pierwsze kupki były zielone jak trawa, bo też prawdopodobnie z głodu jadł ostatnio tylko trawę.

Zaczynał jednak dreptać po domu, stara suczka Muszka okazała radość z nowego lokatora, on też jakby się zastanawiał, czy to aby nie jego mamusia :). 

Po nasikaniu na podłogę został wsadzony do kuwety, ale w pierwszej chwili myślał, że ma tam spać i ułożył się w żwirku do drzemki. Szybko jednak załapał i następne sikanie było już prawidłowo do kuwety!

Mimo to jego stan bardzo nas martwił, przede wszystkim strasznie był zasmarkany jedno oczko jakby go w ogóle nie było, a oba zaropiałe. Do czasu wizyty u weta przemywaliśmy roztworem kwasu bornego i przynajmniej to zaropienie udało się opanować, jedno oczko zaczynało patrzeć na świat, ale kotek wyglądał jak szkielecik obciągnięty marnym futerkiem...


W niedzielny wieczór Muszka dostała do jedzenia mięso z kurczaka, a zaciekawiony kotek asystował jej, zaglądał włażąc pod pysk, aż się zestresowałam, że Mucha go kłapnie zębami, bo inne dorosłe koty zawsze odganiała groźnie warcząc i pokazując zęby. A tu - niespodzianka! Kiedy koteczek zaczął ją naśladować i próbował skubać mięsko, Muszka się odsunęła robiąc mu miejsce przy misce! Uznaliśmy, że ona nauczyła go jak się je mięso :). To już było pół sukcesu, bo skoro je, to z pomocą weterynarza jakoś się pewnie wykaraska z tego zabiedzenia!


Poznajcie Ryszarda! 


Tak prezentuje się dzisiaj - niestety jego ruchliwość nie korelowała z możliwościami mojego starożytnego aparatu, więc niezbyt ostro to wyszło:




Dlaczego takie imię? - w podstawówce miałam kolegę, takiego chudziaczka blondaska, największego w klasie rozrabiakę, no i to był Rysiek właśnie. Całkiem fajny kolega zresztą, do dzisiaj sympatycznie się witamy na ulicy i zawsze parę zdań zamienimy, co o tyle jest godne zaznaczenia, że nie ze wszystkimi z tamtych lat da się jakoś pogadać.

A tak wyglądał nasz Rysio w pierwszej dobie po uratowaniu życia (marne zdjęcie zrobione odruchowo, marnym telefonem, bo nikt wtedy nie myślał o sesjach fotograficznych) - kupka kosteczek, mieszcząca się w garści, ważąca tyle co wróbelek:





Po dwóch tygodniach (telefon i sztuczne światło) - zaczynał przypominać kotka:






Na dobrym wikcie ze szkielecika przeobraził się w ciągu kilku dni najpierw w balonik na cieniutkich nóżkach i z ogonkiem jak sznurówka, a potem szybko w całkiem zgrabnego kocurka, który obecnie dokazuje po całym domu. Istny wulkan energii, żywiołek!

Dwa pierwsze tygodnie jechał na antybiotykach, bo był strasznie zagrypiony, obsmarkany i zaropiały. Po tygodniu najważniejsze było, że apetyt mu dopisuje, dobry humor też, czyli kryzys zażegnany. 

Jedno oczko niestety nie wygląda dobrze, a w zasadzie to prawie w ogóle nie wygląda, zdegenerowane prawdopodobnie na skutek silnego stanu zapalnego. Czasem tam trochę nim łypnie, ale wydaje się, że nic nim nie widzi. Za jakiś czas, jak się maluch wzmocni, obejrzy go jeszcze weterynarz albo nawet okulista i powie, czy da się jeszcze coś z tym oczkiem zrobić, ale raczej nie robimy sobie nadziei. Małemu to chyba specjalnie nie przeszkadza, rozrabia, łapie kocie wędki z piórek, gania za kulkami z folii aluminiowej (wiadomo, że to najlepsza zabawka!) - kulek jest już pewnie z milion pod kanapą, ale łatwiej zrobić nową, niż odsuwać co pięć minut kanapę. Tylko folii trzeba dokupić parę rolek :).

Próbowałam zrobić mu zdjęcie tak, żeby było widać oba oczka, ale z taką iskierką to prawie niewykonalne :).






Ale to nie koniec historii z Ryśkiem! 

Bo się narobiło komplikacji.
A otóż! 
Pierwsza rzecz - to reakcja naszych kotek (mamy 13-letnią Lucynkę vel Czarnuszkę oraz 2,5-letnią Sabinkę). Nowy lokator, wiadomo - najpierw nieufność podszyta lekkim niepokojem itp. Normalne. Ale się okazało, że Sabinka wpadła w straszną panikę. Bała się podochodzić, robiła wielkie oczy, puszyła się gulgotała, syczała i parskała, a jak tylko mały ruszał w jej stronę, to ona dawała dyla jak najdalej od niego. Na początku trochę nas to śmieszyło, bo dotychczas Sabinka to była największa rozrabiara w okolicy, ustawiała koty i psy, wszystkie zwierzaki zaczepiała, mówiliśmy, że Sabinka rządzi na dzielni :). Aż tu bach! - przyszedł maciupeńki koteczek i Sabinka wymiękła! 

Może by się to powoli poukładało, wydawało się, że panika Sabinki nieco osłabła... Ale zaraz po tygodniu Pańcio wziął i wyjechał na parę dni. Syn też na wyjeździe, zostałam sama z tym szpitalem zwierzęcym, bo inne zwierzaki też zaczęły niedomagać, a ja przecież pracuję, więc kołowrót miałam przez tydzień straszny, każde z osobna wymagało szczególnej opieki. No i zaraz po wyjeździe Pańcia Sabinka zniknęła! Nie dość, że w domu szpital zwierzęcy, to jeszcze poszukiwania zaginionego kota... Znalazłam ją trzeciego dnia, ale była jakaś bardzo niewyraźna, osłabiona i zestresowana, nie chciała jeść...


Muszka w tym czasie też miała bardzo kiepskie dni. Osłabła ostatnio, ona ma takie kryzysy od czasu do czasu, że już-już wydaje się, że to jej ostatnie chwile... Psinka ma prawie 16 lat, więc to na ludzkie lata ponad setka! 

Jest u nas od dwóch lat i nie znamy dokładnie jej historii zdrowia, ale od pierwszej wizyty u weta dajemy jej leki, które mają wspomagać jej osłabione serduszko oraz diuretyki, które mają pomóc usunąć wodę z płuc. Czasem jednak jest bardzo słaba i nie może stanąć na tylne łapki, a jak już stanie, to cała drży a łapki się rozjeżdżają. Na spacerki już wtedy nie daje rady chodzić, więc trzeba ją wynosić na rękach do ogrodu na siku. Wynieść i wnieść, bo jest kilka schodków. Najweselej jest jak pada deszcz, że o mokrym śniegu nie wspomnę, jest ciemny wieczór albo świt zimowy, schodki śliskie i mokre, człowiek w kapciach i piżamie, bo nie ma czasu na ubieranie jak pies piszczy, zresztą ubierajcie się tak osiem razy na dobę, w tym ze trzy razy w porze nocnej... No masakra... W nocy Mucha kaszle i charczy... w dzień zresztą też, tylko w nocy dla nas jest to bardziej uciążliwe.

Mały Rysiek zasmarkany, anemiczny (mówię tu o czasie tydzień po jego przybyciu), szukający mamy, ciepła i miłości, biegający co chwila do miseczki z jedzonkiem - wiadomo, wymaga opieki.


Czarnuszka, nasza najstarsza koteczka, mająca na pieńku z prześladującą ją Sabinką, dodatkowo wystraszona nowym lokatorem... Każdym kotem trzeba więc było opiekować się oddzielnie. Starsze koty są wychodzące, więc trzeba było prosić, żeby w tym stresie chciały jednak przychodzić na jedzonko i spanko do domu.


No i w tym zamieszaniu, w stanie jakiegoś chyba amoku, zapomnieliśmy o środkach bezpieczeństwa. Kociarze wiedzą doskonale, co to jest tzw. koci katar. No. A przecież u nas też były już takie przypadki, więc co nam mózgi zamąciło, że nie odizolowaliśmy małego Rysia od reszty kotów zaraz na początku...? W sumie wstyd pisać o własnym gapiostwie, ale może ku przestrodze...


Daruję Wam resztę szczegółów i perturbacji ze zwierzakami, w każdym razie starsze koty zaraziły się tym katarem, na szczęście dość szybko pierwsze objawy (ślinienie, brak łaknienia, czerwony język i nieprzyjemny zapach z pyszczka) obudziły nas z zaćmienia umysłowego, popędziliśmy do weta po lekarstwa i koty błyskawicznie wyszły z kryzysu zdrowotnego. Przy okazji Muszka została przebadana, wet zaordynował nowe leki i Mucha odżyła, w każdym razie odzyskała siły i przestała kaszleć i dusić się.


Minęło około półtora miesiąca od czasu przybycia Rysia. Młody zwiększył masę tak na oko z pięć razy, futerko mu się pięknie zagęściło, wyrasta na ślicznego, zgrabnego kocurka i rozrabia jak szalony po całym domu. O jego trudnym dzieciństwie przypomina nam tylko zapadnięty jeden oczodół.






Z czasem koty się ze sobą oswoiły, może nie ma wielkiej przyjaźni, ale jak Rysiek zaczepia Sabinkę, to ona odnosi się do niego z wyrozumiałością starszej ciotki. Czasem nawet sama go zaczepia z pewną dozą sympatii i potem ganiają się i przewracają.

Muszka chyba lubi Ryśka, ale on jest już dla niej zanadto męczący. Wyobraźcie sobie: 100-letnia schorowana babcia i szalony trzylatek z ADHD :).

Dobra, a teraz poważniejsze sprawy. Rysiek ma już dom, ale nie wszystkim tak się poszczęściło.



Koty wolno żyjące.


Polecam Wam do wnikliwego przeczytania bardzo ciekawy wpis na temat kotów wolno żyjących i bezdomnych u Ani z bloga Aniamaluje. 
Do Ani trafiłam przez przypadek, sądząc, że chodzi o malowanie obrazków :). To raczej blog urodowo-lifestylowy, ale Ania porusza wiele ważnych społecznie tematów, także tych trudnych i kontrowersyjnych, pisze bardzo interesująco i podaje linki do sprawdzonych źródeł. 
We wpisie pt. Nie uchylasz kotom okienka w piwnicy bo?" pisze o kotach wolno żyjących i formach pomocy dla tych pożytecznych zwierząt.

Pozwolę sobie zacytować za Anią: 


Koty wolno żyjące to zwierzęta dzikie, które w myśl art. 21 ustawy z dnia 21 sierpnia 1997 r. o ochronie zwierząt (Dz. U. z 2003, Nr 106, poz. 1002 z późn. zm.)stanowią dobro ogólnonarodowe i powinny mieć zapewnione warunki rozwoju i swobodnego bytu. Stanowią one stały element ekosystemu miejskiego, a ich obecność w budynkach w zdecydowany i naturalny sposób zapobiega obecności i rozmnażaniu się gryzoni (myszy i szczurów), które mogą być potencjalnym źródłem niebezpiecznych chorób. Koty wolno żyjące nie są zwierzętami bezdomnymi, w związku z tym, nie wolno ich wyłapywać, wywozić ani utrudniać im bytowania w danym miejscu.



Za Anią również podaję link do strony zawierającej wiele ciekawych informacji o uregulowaniach prawnych statusu kota wolno żyjącego: https://www.facebook.com/notes/towarzystwo-opieki-nad-zwierzetami


- a poniżej wklejam grafikę z tejże strony:





Pomóż bezdomnym i dzikim zwierzętom!


A teraz jeszcze bardziej konkretnie. Potrzebna jest pomoc. Ta pomoc jest potrzebna w zasadzie nieustająco, bo zawsze gdzieś są jakieś potrzebujące jej zwierzaki, ale to, że nie jesteśmy w stanie zbawić ani w pojedynkę, ani od razu, całego świata, nie zwalnia nas od obowiązku choćby spróbowania i dołożenia przynajmniej jednej cegiełki/złotówki.

Możemy pomóc na przykład temu kotkowi, potrąconemu przez jakiegoś durnia w samochodzie:



Kotek jest po operacji, ale czeka go długie leczenie i rehabilitacja, no i nowy, przyjazny dom.

Pomocy potrzebują też inne zwierzęta - zajrzyjcie tam, proszę:


Pilna sprawa - ogólnopolska zbiórka dla 30 schronisk kończy się za 2 dni, a potrzeba jeszcze około 5 tys. zł dla bezdomnych zwierzaków:




*****


59 komentarzy:

  1. Jesteście kochani Małgosiu z ta miłością do zwierząt :) Chwała Wam za to. Ja nie jestem specjalistką od kotków (chociaż kocham wszystko co żyje i nie jest pająkiem), bo mamy psa. Kot był u nas kiedyś i to nie jeden, ale ze względu na ogromną alergię naszej przyjaciółki, po śmierci tamtych, już nie mamy. A psa kochamy ogromną miłością jak dziecko. Z pozdrowieniami Pola :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak nie kochać zwierzaków? One kochają nas bezwarunkowo, ufają nam, są wierne i oddane. Czasem trudniej znaleźć przyjaciół wśród ludzi, niż wśród zwierząt...
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  2. Dziękuję Ci bardo za informację o Franiu.
    Opisujesz bardzo ciekawe historie o zwierzętach,
    nie ma większej przyjemności jak uratuje się życie ,
    a potem taki kot czy pies czuje się dobrze i pięknie wygląda.
    Głaski dla Twoich zwierzaczków, dużo głasków ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, jak się takiemu zwierzaczkowi uratuje życie, to człowiekowi serce rośnie i świat wydaje się piękniejszy! A ile radości i życia takie stworzonko wnosi do domu!
      Serdeczności dla Ciebie, Krysiu, i dla Twoich podopiecznych :).

      Usuń
  3. Masz ogromne serce i chwała Ci za to. Ja pomagam jak mogę. Choć sama przez alergię nie mogę mieć w domu zwierzaków...
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie każdy ma możliwość przygarniania takich nieszczęśników, liczy się dobre serce i czasem jakakolwiek pomoc, czy to w formie finansowej, czy choćby nagłaśniania takich pomocowych akcji.
      Pozdrawiam serdecznie znad filiżanki herbaty :).

      Usuń
  4. Oj, widzę że przeszliście ciężkie chwile i z maluchem i całym stadem. Dobrze że sytuacja opanowana i idzie ku lepszemu :-)
    Maluch cudowny, metamorfoza niebywała ♥
    O Franiu czytałam już u Krysi ...
    Co do kotów wolnożyjących jestem na bieżąco od lat ...;-)
    Dobrze że jest coraz więcej osób które nagłaśniają te sprawy ;-)
    Pozdrawiam ciepło i głaski dla footerek ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się czasem dziwię, że niektórzy ludzie, deklarujący miłość do zwierząt, nie znają podstawowych zasad pomocy tym zwierzętom, a czasem nawet nieświadomie im szkodzą. Sama całe życie się uczę, więc korzystam czasem z bloga, żeby o pewnych sprawach inni też się dowiedzieli, wzięli sobie do serca.
      Co do moich zwierzaczków, to faktycznie z nowym rokiem przemiany są wprost fantastyczne, Rysio szaleje po całym domu (czekam na moment, kiedy nauczy się wskakiwać na wyższe meble, to będzie armageddon!), Sabinka już się bawi z Ryśkiem, Muszka całkiem raźnie zbiera się znowu na spacerki, Czarnuszka tylko trochę tym wszystkim oszołomiona, ale też nastrój jej się poprawił.
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
    2. Mnie dziwi, że są tacy co nawet jak wiedzą co trzeba robić, to tego nie robią.
      Są oporni na wiedzę i choćbyś stanęła na rzęsach to nie wykastruje swoich zwierząt, nie będzie leczć i nie dba czy wypadnie z okna czy nie :/
      Ale kocha i to ma wystarczyć !
      Nasze ludzkie przyjaźnie pokończyły się przez takie podejście. Bo ile można tłumaczyć ?

      Usuń
    3. Masz rację, najgorsza jest ta odporność na wiedzę. No bo ja też nie jestem alfa i omegą, i popełniam błędy, ale jak mnie ktoś próbuje oświecić, to przynajmniej staram się zgłębić temat, żeby dotrzeć do prawdy. W tej chwili przyszły mi do głowy różne sytuacje, w których na skutek niewiedzy czy braku wyobraźni naraziliśmy nasze zwierzaki na niebezpieczeństwo... To były nasze pierwsze lata z futrzakami - wyciągnęliśmy nauki na resztę życia. Kiedyś napiszę o tym jakiś post. Teraz jest internet i ta wiedza jest bardziej dostępna, trzeba ją tylko stosować.

      Usuń
    4. Mnie się już zdarzyło popełnić wpis o tym co zaniedbaliśmy i czego nas to nauczyło - Osiatkuj okna i balkon
      Sorry za spam ;-)

      Usuń
    5. Spamuj, spamuj, lubię z Tobą pogawędzić :). Wiem, że sporo pisałaś o zabezpieczeniach okien i balkonów, może też coś o tym napiszę, żeby ktoś jeszcze przeczytał... i będą przykłady z naszego życia (niestety). Teraz u nas jest trochę inaczej, bo mieszkamy w domku i koty wychodzą na dwór, więc mają mniejszą skłonność do ucieczek przez okna. Mamy jednak we krwi pilnowanie, żeby uchylać tylko te okna, które są zabezpieczone, albo do których koty nie mają żadnego dostępu.

      Usuń
    6. Chętnie poczytam o Twoich doświadczeniach, choć też wolałabym żeby złych nie było ...:(
      Pozdrawiam ciepło !

      Usuń
    7. Powiem Ci, że to ciężka sprawa, o niektórych rzeczach człowiek wolałby nie pamiętać, no ale gdyby ktoś mnie wcześniej uświadomił, to też bym pewnie tych błędów nie popełniła, więc chyba trzeba napisać... niech inni się ustrzegą.

      Usuń
  5. Niesamowita historia z Ryśkiem :) Miał maluch dużo, dużo szczęścia ...
    Problemy i zmartwienia potrafią przygnieść, a choroby to już w ogóle i nie ważne, czy choruje człowiek, czy zwierzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, mało jest rzeczy tak ważnych jak zdrowie. Dlatego cieszy nas ogromnie poprawa zdrowia wszystkich naszych czworonożnych podopiecznych :).
      Pozdrawiam gorąco!

      Usuń
  6. Dużo zdrowia dla Rysia ,Muszki i reszty. Z małym kotełkiem kiedyś przechodziłam to samo+wystające glisty. Tak był słaby ,ze lekarz czekał jak trochę odzyje,żeby zwalczyć robale. Niestety z kotką rezydentką nigdy się nie polubili. Nie pomogły feromony i in .cuda.
    U mnie są tylko przgarnięte zwierza-dwa psy i kot.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy za życzenia zdrowia - Waszej gromadce także życzymy zdrówka i dobrych nastrojów!
      Pozdrawiamy cieplutko!

      Usuń
  7. Jaaaaaaa..... Obecnie mam już trzy (zaczęłam od jednej kotki 13 lat temu) później (11 lat temu) wzięłam schroniskową bidę a na wakacjach przyplątało się kocie nieszczęście. Chore, odwodnione srające chude zarobaczone i ze świerzbowcem ale pewne siebie. Wlazło maleństwo przez oczko w siatce, przelazło zdziwionemu owczarkowi niemieckiemu pod łapami i oznajmiło że że będzie u nas mieszkać kładąc się na kanapie. Psica zakochała się w maleństwie (czego nie można powiedzieć o starych kotach ) pilnowała i chodziła krok w krok za maluchem. Kocina była odizolowana a stare i tak złapały świerzbowca . Miała kocina kroplówkę i wet nie dawał szans, a jednak,,, We wrześniu opuściła nas psica (niewiele ponad 10 lat) tak ryczałam że zapuchłam i wyglądałam na oba oczy jak twój Rysiek :(( Dziś kotka demoluje dom, nauczyła się wychodzić, jak w porę jej nie wpuścimy to skacze po oknie a ja powoli dojrzewam do psa :) żywioł Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Człowiek durny myśli, że rządzi swoim życiem i światem, a tu guzik! - przypałęta się takie kocie zabiedzone maleństwo i ten uporządkowany świat wywraca się nagle do góry nogami, a człek nie posiada się ze szczęścia :). Pożegnania są zawsze bardzo trudne... U nas przez około 30 lat za Tęczowy Most odeszło już kilka psów i spora gromadka kotów - i przy kolejnych wcale nie jest łatwiej...
      Pozdrawiamy serdecznie całą Waszą gromadkę :).

      Usuń
    2. Dzięki :) fajnie napisałaś .Masz rację - mały kot wywraca cały świat do góry nogami

      Usuń
  8. Masz dobre serce. Zwierzęta i świat przyrody - bez niego byśmy chyba wszyscy otępieli w ciężkiej depresji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się tak dobrze zastanowić, to by nas wtedy w ogóle nie było... Ale to prawda, obcowanie z przyrodą ma na nas zbawienny wpływ, a zajmowanie się zwierzętami wyciąga ludzi z ciężkich depresji :).

      Usuń
  9. Z mizernego Rysia wyrósł piękny kocurek Ryszard. Chwała Wam za takie podejście do zwierzaków. U nas każdy kot ma miejsce. Mamy teraz tylko jednego kocurka , którego wykastrowalismy. Obecnie nie oddala się od domu i nie chodzi po wsi . pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My też kastrujemy koty, dla ich dobra przede wszystkim. Ryśka ta operacja czeka mniej więcej za miesiąc. Nasze koty wychodzą z domu, ale też trzymają się w pobliżu, przygód szukają na własnym podwórku :). Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  10. Wzruszyłam się czytając całą tę historię! Kiedy słyszy się o takich przypadkach, to aż serce się w człowieku raduje, że są jeszcze na tym świecie dobrzy ludzie, którym nieobojętny jest los zwierząt! Kocurek miał dużo szczęścia trafiając w Wasze ręce. Taki zmarnowany, zmarznięty, wychudzony... Sam by sobie nie poradził, a ktoś inny pewnie by nawet nie zwrócił na niego uwagi. Po zdjęciach widać, że zwierzak ma się dużo lepiej! Oby energii mu nie brakowało! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Energia go wprost rozsadza! Chyba nie mieliśmy jeszcze aż tak żywiołowego psotnika! Daje nam mnóstwo radości, ale też oczy trzeba mieć dookoła głowy, bo wszędzie go pełno i przemieszcza się z prędkością światła :). A przy tym bardzo przytulaśny :)))

      Usuń
  11. Rysiek miał szczęście, że trafił na takich cudownych ludzi. Teraz chłopak ma raj na ziemi i wielką kochająca rodzinę. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To my dzięki Ryśkowi mamy raj na ziemi :). Uśmiechy nie schodzą nam z twarzy, jak patrzymy co wyprawia ten mały rozrabiaka :).
      Pozdrawiam gorąco!

      Usuń
  12. hejka!

    wspaniale że uratowaliście Rysia! brawo dla was! ja karmię dzikie koty w Emiratach gdzie się da. Zawsze wożę ze sobą kocie jedzonko suche w samochodzie i jak widzę jakąś bidę to jej daję :)

    odpowiadając na Twoje pytania u mnie : malowanie było z mojej strony akcją jednorazową, ale w Dubaju jest to raz w tygodniu, różne firmy organizują różnie, ale wg mnie się nie opłaca, wolę w domu malować ze swoich zapasów i nie w takim tempie gdzie mnie ręka boli bo trzeba się spieszyć... a mąż jest fizjoterapeutą i chciał otworzyć coś własnego no i teraz ma ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja czasem wzdycham do malowania w jakiejś pracowni, pod okiem doświadczonej osoby, parę razy próbowałam, ale zawsze coś mi nie pasuje, albo tematyka (na konkursy), albo towarzystwo, albo opiekun nie potrafi nawiązać fajnej relacji z uczestnikami...
      Gratulacje dla Twojego męża - super sprawa, spełnić swoje pragnienia! Z tego chyba wynika, że zapuszczacie tam korzenie na stałe?

      Usuń
  13. Wspaniale ,że okazaliście Ryśkowi tyle serca,koty doskonale wiedzą gdzie zahaczyć się:D,prowadzi je jakiś siódmy zmysł. Znam również problem kotów wolno żyjących,ale nagłośniania nigdy za dużo.
    Serdeczności zostawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest... niektórzy z moich znajomych nigdy takich kocich biedaków nie spotykają (albo nie dostrzegają?) - a ja niemal co roku mam nowego futrzanego lokatora.
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  14. Cześć, Rysiu! :) Masz ogromne szczęście, że trafiłeś do tak kochającej rodziny! :) pozdrowienia dla Ciebie i wszystkiego dobrego! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rysio odwzajemnia życzenia i serdecznie pozdrawia! - a przynajmniej tak zrozumiałam z jego mruczenia i ruchów ogonkiem :)))

      Usuń
  15. I co z tym oczkiem? Bywa tak,ze maluszki lapia kocoa grype i pierwsze co to oczka ropieja i wchodzi w nie stan zapalny. Antybiotyki w kropelkach pewnie by pomogly. Sliczny jest. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Antybiotyk był zaraz od pierwszej wizyty u weta, ale niestety było już chyba za późno, bo to jedno oczko pozostało zapadnięte, jego w zasadzie już nie było w momencie jak kotek został znaleziony. Była bardzo słaba nadzieja na uratowanie, bo drugie też było takie ledwo-ledwo, no ale to były tylko takie nasze pobożne życzenia. Na szczęście Rysiowi to w ogóle nie przeszkadza, energia go rozsadza, łapie wszystkie uciekające zabawki, piórka i kulki, a więc jego spostrzegawczość oceniamy na szóstkę :).

      Usuń
  16. Już widzę że swoja babka jesteś :). Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  17. Rysiek miał niewyobrażalne szczęście, że stanęliście na jego drodze :)tak, jak każdy kot, którego ktoś ratuje. Ja jestem wielką kociarą, i jakbym mogła to do tej 15 krotnej -kociej czeredy wzięłabym kolejne, ale już z tymi mam urwanie głowy :), Zycze Ci samych wspaniałych chwil z tym kocim piratem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To my mieliśmy szczęście! Rysio wniósł do naszego domu mnóstwo radości :). Pozostałe koty też go polubiły, Sabinka się z nim chętnie bawi, stara suczka Muszka sypia z nim na wspólnym posłaniu... Jest oczywiście z nimi sporo kłopotów i zamieszania, ale nie wyobrażamy już sobie życia bez tych futrzastych rozrabiaków :).
      Dziękuję za miłe słowa i pozdrawiam najserdeczniej!

      Usuń
  18. Byłam niemal pewna, że zostawiłam swój ślad. Sorry.
    Małgosiu bardzo Was podziwiam. Wszystkim zwierzakom dajecie cudowny dom, mnóstwo miłości, czasu i poświęcenia.
    Kocham Twoje cudowne posty. Mam nadzieję, że kiedyś pojawią się jako książka. To będzie na 100% bestseller.
    Bardzo serdecznie Cię pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żartujesz sobie, Lusiu kochana :))) - lubię pisać, ale książki to z tego na pewno nie będzie.
      A zwierzaczki to nasza rodzina, nie wyobrażamy sobie życia bez nich :).
      Dziękuję, że zawsze tutaj zaglądasz, pozdrawiam Cię serdecznie!

      Usuń
  19. Wyobraziłam sobie, jak Twój mąż zatrzymał auto, wyszedł z niego i podszedł do takiego malutkiego stworzonka... w jego ramionach. Jesteście dobrymi ludźmi. Rysiek miał wiele szczęścia, oby dobro, które go spotkało zminimalizuje choć trochę wspomnienia.
    Ale jak czytam, o tym, że się nudzicie, pomyśleć nie można :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to prawda, atrakcji nam nie brakuje :))). Rysio rośnie jak na drożdżach, jest bardzo "wysportowany" i właśnie opanował sztukę wskakiwania na szafki kuchenne i komody wprost z odbicia z podłogi, więc zaczyna się istny armagedon, bo wszystko zrzuca... Na szczęście zwierzaki już się ze sobą oswoiły, nawet się razem bawią, i można je wszystkie w domu zostawić, jak idziemy do pracy, bez obawy, że się pozagryzają.
      A o zwierzakach, które w różnych okolicznościach kiedyś przygarnęliśmy, to chyba osobny post napiszę :).
      Pozdrawiam Cię serdecznie!

      Usuń
    2. O, koniecznie, z przyjemnością poczytam :)

      Usuń
  20. Wzruszyła mnie Twoja opowieść o Ryśku(też lubię to imię). Całej Rodzince życzę pomyślności, radości i zdrowia. Ukłony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rysio jest wspaniałym kotkiem, bardzo żywiołowym, a zarazem przytulaśnym, jest też coraz ładniejszy, ale zawsze serce mi się ściska kiedy patrzę w jego jedno wielkie i śliczne oczko, a obok drugie - którego nie ma... Strasznie to przykre, co takie zwierzaki spotyka, bo gdzieś ktoś kiedyś czegoś zaniedbał... nawet nie chcę sobie wyobrażać, co się stało z jego rodzeństwem...
      Dziękuję za serdeczności, wzajemnie posyłam Ci gorące pozdrowienia i życzenia wszystkiego co najlepsze!

      Usuń
  21. Piękne maleństwo! Dziękuję Wam za to, że go uratowaliście i daliście ciepły kochający dom! Tak bardzo mi smutno kiedy wiem ile tych cudownych stworzeń nie ma swoich ludzi a tak bardzo zasługują na szczęście i miłość.
    Mam nadzieję, że socjalizacja pójdzie gładko, starszym kotom może to chwilkę zająć, ale czas jest tutaj przyjacielem.
    Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedna ze starszych kotek już się bawi z Rysiem, najstarsza przestała na niego fukać, ale trzyma się z daleka od tego młodego szaleńca, bo jest seniorką-rezydentką, nie zadaje się z młodzieżą i lubi święty spokój :). Nasza wiekowa suczka Muszka nie nadąża za nim, ale pogodnie znosi jego zaczepki, ale on też jakoś bardzo jej się nie narzuca. Tak więc towarzystwo się dogaduje, każdy zna swoje miejsce i prawa w stadzie. Najbardziej nas cieszy, że różne choróbska naszych podopiecznych ustąpiły.
      Dziękuję Ci za wszystkie miłe słowa i pozdrawiam z całego serca!

      Usuń
  22. W końcu trafiłam! Udostępniam te zbiórki, gdzie się da! :)
    Piekny kociak!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. Bardzo się cieszę!
      2. Super!
      3. Piękny i uroczy, a przy tym wulkan energii!
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  23. Piękna historia i Twoje wielkie serce. :) Sama wiem ile radości daje przygarniecie takiego kochanego i niestety często chorego kociaka. A pomyśleć, że kiedyś niezbyt lubiłam koty. :D Moja Luna to zmieniła. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Danusiu, ja wciąż powtarzam, że nie chcę mieć więcej zwierząt, bo nie da się ukryć, że one bardzo nas absorbują, bałaganią i dezorganizują nam życie, ale - z drugiej strony - ileż dają nam radości! No i co jakiś czas kolejny nieszczęśnik po prostu staje na mojej drodze a ja nie potrafię go zostawić losowi. A potem, jak już u nas jest, to wszyscy domownicy mimowolnie oddają całe serca kolejnemu futrzastemu członkowi rodziny.
      Pozdrawiam Cię serdecznie!

      Usuń
  24. Gosiu masz wielkie serce naprawdę. Dzięki Tobie Rysiowi nie braknie niczego. Wspaniała opowieść .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rysio nas całkiem zawojował - jest wspaniałym, ślicznym kotkiem, bardzo ruchliwym i towarzyskim, wszędzie go pełno, no trudno nie kochać takiego rozkosznego psotnika :).

      Usuń