Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bolesławiec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bolesławiec. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 września 2026

Wesołe jest życie staruszka oraz globalna kicha na blogspocie.

Poważnie się zastanawiam, czy to już agonia bloggera na blogspocie? Coraz gorzej się dzieje, znikają przydatne funkcje, nie aktualizują się posty na listach czytelniczych, a teraz jeszcze spierniczyło się pisanie komentarzy, zarówno u siebie jak i u innych. I nie podpowiadajcie mi, żeby wyczyścić pamieć podręczną i inne takie bzdety, bo to wszystko już zrobiłam. I nic. Inni też mają ten problem, niektórzy nie, ale epidemia trwa i się rozlewa... Jak to elegancko określiła Teatru - chujnia z patatajnią. Kompromitacja informatycznego narybku bloggera. Albo celowe działanie, żeby się ludzie sami stąd wynieśli. No i szkoda, bo było fajnie, pierwszy blog założyłam właśnie na bloggerze jakieś ćwierć wieku temu i bardzo mi się tutaj w blogosferze spodobało. Ale jak widać nic nie jest wieczne, idą zmiany, nie zawsze na lepsze, niestety. No zobaczymy, może się odetka... W każdym razie informuję, że próbowałam pisać komentarze na kilku blogach oraz odpowiadać u siebie, niestety na razie nie da się ich opublikować.

Wspomniałam niedawno gdzie mieszkam, więc dzisiaj jako ilustracje zamieszczam kilka fotek domowych, żeby nie było wątpliwości. Wszystkie skorupy to oczywiście bolesławiecka ceramika.


na kuchennym stole

na kuchennym blacie

Zbieranina taka w różnych wzorach, jako pełny komplet jest tylko serwis herbaciany (i jeden jeszcze w całkiem innych wzorkach stoi zapakowany w pudle). Po różnych szafkach są jeszcze upchane pojedyncze kubki, filiżanki ze spodkami oraz półmiski i naczynia do zapiekania wyciągane na okazje imprezowe. To są solidne rzeczy, wytrzymujące spokojnie zarówno piekarnik jak i zmywarkę, ale dość ciężkie, więc na codzień tych dużych naczyń raczej nie używam.


O tym serwisie już kiedyś opowiadałam, jak to przypadkiem odkryłam go w pudle, o którym mąż mi tylko wspomniał, że dostał od kogoś jakąś ceramikę...


W zasadzie wszystkie bolesławieckie skorupy, jakie mam, dostaliśmy przy różnych okazjach, jakieś okolicznościowe podarki, pożegnania, uczczenia, podziękowania itp, czasem jakieś loterie charytatywne. Jeśli coś kupiłam, to dlatego, że sama dawałam w prezencie. Ale w planie dla siebie mam wazę na zupę, a w marzeniach cały serwis obiadowy, w upatrzony wzór z przewagą bieli i kobaltowymi kropeczkami. Oczywiście zawsze są ważniejsze rzeczy na liście zakupowej, a serwis za parę tysi spada na dalsze miejsce.

********


Jakiś czas temu Renata z bloga "Kalejdoskop Renaty" sporządziła listę swoich drobnych przyjemności, takich zwyczajnych, codziennych, które składają się na poczucie szczęścia. Wśród nich najzabawniejsze wydało mi się "Obudzenie się z bólem kręgosłupa, a nie z innym, poważniejszym problemem" :))). I tak sobie pomyślałam, że faktycznie, trzeba się cieszyć tym, co się ma i odczuwać wdzięczność, że nie jest gorzej. Warto czasem porównać się z tymi, co mają gorzej, a nie wzdychać, że inni mają lepiej. I bardzo podoba mi się hasło Teatralnej, że trzeba sobie robić święto każdego dnia. Bardzo słusznie. Oczywiście nie zawsze można poszaleć na maksa, ale przynajmniej wydłubać dla siebie rodzynki z tego tortu zwanego życiem.


Dobre życie nie oznacza luksusu.
Dobre życie oznacza, że nawet siedząc
na kamieniu, umiesz siedzieć radośnie.

Sadhguru

Młodość to stan umysłu. Oboje z mężem jesteśmy emerytami, w wieku więc dość słusznym, a jednak wszyscy dają nam "na wygląd" mniej lat niż mamy. To chyba w dużej mierze sprawa wewnętrznego światłą i spokoju, równowagi umysłowej, nastawienia do świata, życia, ludzi w ogóle i samych siebie w szczególności. A my mamy to nastawienie jak najbardziej pozytywne. Zwłaszcza do siebie i życia :))).


Przyjdzie taki czas,
gdy z uniesieniem
siebie powitasz, stojącego
u swego progu, w swoim lustrze
i uśmiechniecie się na powitanie
i powiesz, usiądź tu. Jedz.
Pokochasz nieznajomego, swoje byłe ja.
Podaj wino. Podaj chleb. Oddaj serce
swemu nieznanemu, porzuconemu,
sercu, co cię zawsze kochało.
Zdejmij z półki miłosne listy
fotografie, daremne bileciki,
zedrzyj z lustra swe odbicie.
Siądź. Świętuj własne życie.

(Derek Walcott, "Miłość po miłości")

Dzisiaj piszę tak trochę nieskładnie, co mi tam do głowy przyszło, bo różne tematy się zbierają i wiszą mi potem w zaczętych postach, więc dzisiaj to i owo wyrzucam od razu...

********


Przeczytałam gdzieś kiedyś uwagę na temat nauki języków, że nie ma sensu uczyć się jakiegoś języka (chyba chodziło o japoński), żeby raz w życiu pojechać na parę dni do tego kraju, gdzie prawdopodobnie i tak można się dogadać w bardziej powszechnym angielskim dajmy na to. No więc według mnie to jest tak, że sensem może być sama frajda z nauki. Ja się uczę włoskiego, chociaż nie jest pewne czy kiedykolwiek pojadę do Włoch, wcale nie planuję, a jak już pojadę to też pewnie na tydzień, może raz czy dwa w życiu. I nawet nie wiem, czy będę miała odwagę odezwać się po włosku :). Lubię uczyć się nowych rzeczy, włoski mi się spodobał bo jest dość łatwy, komuś może się podobać japoński czy chiński, bo trudny i chce mieć satysfakcję, że się nauczył takiego trudnego języka. A jaki jest sens w kolekcjonowaniu różnych dziwnych rzeczy? Jednym z dziwniejszych zbieractw jest dla mnie kolekcjonowanie magnesów na lodówkę. Po pierwsze lodówka oblepiona tymi magnesami wygląda moim zdaniem okropnie, równie dobrze można by ją upaćkać pisakami albo plasteliną, ja nie cierpię takiego ozdóbstwa. No a wielu ludziom się to podoba, jest przecież cały przemysł produkcji magnesów lodówkowych. Może to nie jest pragmatyczne, ale widocznie dla mnóstwa ludzi - przyjemne w jakimś sensie. A ja mam tak, że lubię się uczyć nowych rzeczy.

********


Praktykuję jogę. Sama. Nauczyłam się pół wieku temu. Nie lubię sal gimnastycznych, sportowych zajęć zbiorowych. Nie są to systematyczne sesje, ale staram się codziennie chociaż chwilkę przeznaczyć na jakieś ćwiczenia, choćby powitanie słońca, taki klasyk, oprócz tego joga twarzy i ćwiczenia szyi w wolnych chwilach. Nigdy nie byłam typem sportowca, nie lubię biegać, jeździć na rowerze, grać w jakieś gry zespołowe, skakać aerobikowo. Miałam w życiu krótki epizod gry w siatkówkę, nawet się wciągnęłam, ale to było w liceum - szkoła skupiała się na selekcji do reprezentacji, a ja wybitna w tym nie byłam, więc moja kariera siatkarska skończyła się po dwóch latach, a potem to już nie bardzo było gdzie i z kim grać. Zdecydowanie natomiast jestem chodziarzem, uwielbiam łazić, chodzić na krótsze spacery i długie wędrówki. Z mężem i jego psem chodzę więc codziennie na spacery, a właściwie to z naszym Dżemikiem trzeba powiedzieć, że na marszobiegi :). Przeważnie około godzinki. Dawniej chodziłam do i z pracy (około 1,5 km w jedną stronę, chyba że jeszcze zahaczyłam o punkty handlowe, to dużo więcej. Teraz do pracy już nie chodzę, więc idę do miasta z mojej wsi (osiedla za rzeką) - żeby się przejść, pod dowolnym pretekstem, po przysłowiową gazetę. Po drodze mam rzekę, więc czasem idę dłuższą drogą, wzdłuż rzeki od jednego mostu do drugiego i dopiero tam kieruję się do miasta. Pięknie tam zawsze było, mnóstwo zieleni, widoki, ptactwo wodne itd... Ostatnio trochę jest niestety plac budowy mocno rozgrzebany, bo powstał właśnie nowy most, a stary jest wyburzany i powstanie drugi równoległy, co ma rozładować wieczne korki w tym wąskim gardle. Na razie mamy ciągły armagedon, co chwila zmiana organizacji ruchu, a pieszo to całkiem można się w tym zaplątać i latać trzeba dookoła...


********

Wystawiłam na próbę kilka starszych obrazków na ArtMadam. Zobaczymy, przyglądam się jak to tam w ogóle działa, no szału nie ma. Nie wiem według jakiego algorytmu portal pokazuje rzeczy na pierwszych stronach, mam wrażenie że to jakieś zaprzyjaźnione osoby tam wystawiają, bo są promowane te same nazwiska/firmy od lat. Nowości szybko giną zasłonięte nowszymi nowościami, no bo jednak niektórzy tam hurtowo produkują i sprzedają. W kategorii obrazy długo tych moich prac w ogóle nie było, w końcu gdzieś tam się pojawiły, może ktoś musiał ręcznie korbką zakręcić... W każdym razie podpowiedź dla zainteresowanych: jak masz mało prac, to szybko tam zginiesz, warto sukcesywnie i często wstawiać coś nowego, to jest szansa, że jak ktoś zawiesi oko na jednym przedmiocie, to przy okazji zajrzy na pozostałe wystawiane przedmioty. Dużej nadziei z tym nie wiążę, bo nie produkuję taśmowo (ani arcydzieł, bądźmy szczerzy), na razie wypycham tylko zalegające po kątach obrazki, bo a nuż... Na olx i temu podobnych raczej nie planuję sprzedawać, liczę bardziej na kanały prywatne, bo tutaj zawsze zainteresowanie było, tylko że ja dotychczas nie chciałam bawić się w sprzedawanie. Daję sobie czas do końca września, jak się coś sprzeda na ArtMadam to pojadę z tym dalej, a jak nie, to sobie tę formę odpuszczę.

********

A co czytam? Dawno nie pisałam o książkach... Aktualna lektura to:

  • TERESA KOWALIK, PRZEMYSŁAW SŁOWIŃSKI - "Królewski dar. Co Polska i Polacy dali światu" - część I "Wynalazcy, odkrywcy. badacze". Wyd. Zona Zero Sp. z o.o., Warszawa 2020r, s. 590.


Przeglądam i czytam z tego to co mnie akurat zaciekawi. Są to notki o ponad stu naszych rodakach ze świata nauki, konstruktorach i wynalazcach. Wielu nazwisk nie kojarzyłam do tej pory, a okazuje się, że bez nich świat wyglądałby inaczej. Bardzo ciekawie napisane krótkie opowiadania zawierające zarówno dane biograficzne bohaterów książki, jak i opis najważniejszych ich dokonań oraz często - interesujące anegdoty z życia.

Dla przykładu - dzisiaj moją uwagę przykuły opowieści o Patku i o Banachu.

Stefan Banach (1892-1945) - podobno najwybitniejszy polski matematyk. Z trudem zdał maturę, ukończył tylko dwa lata studiów. Ale w 30. roku życia był już profesorem uniwersytetu i matematykiem o światowej sławie. Ciekawa jest historia jak do tego doszło... Otóż pewnego pięknego dnia, siedząc na ławce na krakowskich plantach, dyskutował z kolegą o całce Lebesgue'a. Przechodzący obok matematyk Hugon Steinhaus zaintrygowany tak niecodziennym tematem zasłyszanej rozmowy zatrzymał się i zapoznał z dyskutantami. Banach pomógł Stenhausowi rozwiązać pewien problem matematyczny, nad którym tamten od dawna się biedził, no i tak nawiązała się współpraca obu panów. W roku 1920 Banach otrzymał na politechnice lwowskiej, gdzie zatrudniony był Steinhaus, stanowisko asystenta, a rok później uzyskał tytuł doktora. To ostatnie też miało dość niecodzienny przebieg. Otóż Banach, namawiany przez współpracowników do napisania pracy doktorskiej, bronił się przed tym mówiąc, że jeszcze nic wielkiego nie osiągnął, więc o czym tu pisać. Jednak jego zwierzchnicy mieli inne zdanie na ten temat, jeden z nich w końcu opracował wszystkie dokonania Banacha, co uznano za doskonałą pracę doktorską. Pewnego dnia Banacha zaczepił ktoś na korytarzu uczelnianym i poprosił, żeby zaszedł na chwilę do dziekanatu, bo są tam jacyś ludzie, którzy mają pewne problemy matematyczne, a on z pewnością mógłby im je doskonale wyjaśnić. Tak więc Banach poszedł do dziekanatu i chętnie odpowiedział na wszystkie pytania, nie mając pojęcia, że właśnie zdał egzamin doktorski przed komisją sprowadzoną specjalnie na tę okoliczność z Warszawy.

Rok 1922, w którym praca doktorska Banacha została opublikowana, uważa się za datę przełomową w historii matematyki XX wieku. Ugruntowane w tej publikacji podstawy analizy funkcjonalnej stały się fundamentem dalszego rozwoju matematyki i nauk przyrodniczych, a w szczególności fizyki. Wiele pojęć i metod przez niego stworzonych i opracowanych znalazło zastosowanie w fizyce kwantowej. Był jednym z twórców tzw. lwowskiej szkoły matematycznej. W opowieści o Banachu autorzy przytaczają jeszcze więcej niezwykłych szczegółów, ciekawostek i dykteryjek. Bardzo ciekawa historia.

Antoni Patek (1811-1877) to z kolei postać bardziej znana, chociaż może nie wszyscy zdają sobie sprawę, że to właśnie nasz rodak stworzył markę, która ponad 150 lat od jego śmierci uważana jest za producenta najbardziej ekskluzywnych zegarków na świecie. W młodości brał udział w powstaniu listopadowym, następnie organizował szlak ewakuacyjny powstańców z Prus do Francji, gdzie na pewien czas osiedlił się i pracował jako zecer, potem w Szwajcarii handlował winem i likierami, a także uczył się malarstwa, ostatecznie zaś wylądował w Genewie i zajął się tam zegarmistrzostwem. Początkowo kupował gotowe mechanizmy i robił dla nich artystyczne koperty, sprzedając następnie z odpowiednim zyskiem. Mając 28 lat wraz z innym weteranem powstania, Franciszkiem Czapkiem, przy najdroższej ulicy w Genewie otworzył manufakturę zegarmistrzowską. Aby wejść na szwajcarski rynek, słynący z najwyższej jakości zegarków, musieli być lepsi od najlepszych. Początkowo wyspecjalizowali się w zegarkach kieszonkowych, których mechanizmy były wytwarzane z największą precyzją, a koperty ozdabiane miniaturami, najczęściej o charakterze patriotycznym lub religijnym. Odbiorcami byli przeważnie polscy emigranci. Jeden z tych zegarków, w srebrnej kopercie z białym orłem, kupił Adam Mickiewicz. Dwa lata po uruchomieniu manufaktury, wspólnicy wprowadzili na rynek pierwszy zegarek z niezależnym sekundnikiem. Po kilku latach wspólnicy jednak rozeszli się, ponieważ mieli inne wizje dalszego rozwoju firmy. Patek stawiał na nowoczesne rozwiązania, zatrudniał uzdolnionych zegarmistrzów, którzy wprowadzili sporo nowych pomysłów i wynalazków. Podczas wystawy przemysłowej w Paryżu w roku 1844 Patek poznał Adriena Philippe'a, który także miał na koncie kilka wynalazków rewolucjonizujących mechanizmy zegarowe. Wspólnie przystąpili do realizowania wielkich ambicji - robienia zegarków nowoczesnych, najlepszych, najpiękniejszych i najbardziej funkcjonalnych. W 1851 powstała spółka Patek Philippe & Cie, która istnieje do dziś.

Oryginalne ornamenty zdobiące zegarki były wytwarzane przez samego Patka. Artystyczne wykończenie wraz z doskonałą, nowoczesną technologią, okazały się najlepszą receptą na sukces. Na Wielkiej Wystawie Światowej w Londynie w 1851 roku firma Patek Philippe & Cie odniosła spektakularny sukces, otrzymując złoty medal za swoje wyroby. Przypieczętowała ten sukces królowa brytyjska Wiktoria, kupując zegarek z kwiatowym wzorem z diamentów i nosząc go później jako broszkę przypiętą do sukni. Po tych sukcesach firma Patka stała się ulubioną manufakturą zegarmistrzowską w kręgach arystokracji. Eksluzywne zegarki, pełniące zarazem rolę biżuterii i podkreślające bogactwo i pozycję społeczną właściciela, stały się towarem bardzo pożądanym przez milionerów i koronowane głowy. Patek tę modę wykorzystał, dostosowując podaż do popytu. najdroższy niejubilerski zegarek świata został wykonany w 1933 roku dla pewnego bankiera. W 1999 roku został sprzedany na aukcji Sotheby's za 24 miliony dolarów. Praca nad nim trwała 8 lat. Tłem dla wskazówek jest zmieniająca się codziennie mapa nieba widzianego w danym dniu nad nowojorskim Central Parkiem. Zegarek wygrywa melodię londyńskiego BigBena, użyto w nim 920 komponentów oraz 24-karatowe złoto. A w Genewie znajduje się muzeum firmy Patek Philippe, gdzie na czterech kondygnacjach zgromadzono około 2 tysięcy zegarków i innych eksponatów.

To tylko dwa przykłady, a opowieści jest około setki. Bardzo ciekawa książka, polecam :).

********

piątek, 21 sierpnia 2026

Skorupy.

źródło


To już 32. Bolesławieckie Święto Ceramiki. Podobno największy festiwal rzemiosła w Polsce. Program obejmuje przede wszystkim targi ceramiki, w tym głównie stoiska lokalnych fabryk i manufaktur. Najwięksi producenci to Zakłady Ceramiczne "Bolesławiec" i "Ceramika Artystyczna" (de facto w obu tych fabrykach produkcja opiera się w bardzo dużej mierze na pracy ręcznej, zwłaszcza w zakresie zdobienia, czyli malowania i stempelkowania wyrobów) oraz Manufaktura. Oprócz nich w Bolesławcu i okolicach działa około 40 mniejszych zakładów wytwarzających charakterystyczne naczynia ceramiczne dekorowane tradycyjnymi kobaltowymi wzorami stempelkowymi oraz malowane ręcznie w inne wzory. W czasie święta prezentują swoje wyroby (nie tylko ceramiczne) także rzemieślnicy spoza regionu, również goście zagraniczni, łącznie około 100 wystawców/sprzedawców. A odwiedzający i kupujący to też goście z całego świata.

(pogrubione w tekście nazwy zakładów i wydarzeń w większości są podlinkowane, można sobie więc doczytać trochę szczegółów)


W programie 32. Bolesławieckiego Święta Ceramiki  (19-23 sierpnia 2026r) najważniejsze punkty, poza targami ceramiki, to:

  • wystawa poplenerowa 61. Międzynarodowego Pleneru Ceramiczno-Rzeźbiarskiego,
  • wernisaż wystawy "Nowe wzornictwo w ceramice bolesławieckiej",
  • pokazy toczenia na kole garncarskim,
  • Miasteczko Teatru Glina Da - malowanie leiwem glinianym, występy artystów, konkursy i animacje,
  • Bolesławiecka Parada z Miłości do Gliny Teatr Glina Da Ci Skrzydła prowadzona przez Papę Bogdana Nowaka (niegdyś znana jako Gliniada, ale zaistniał spór co do praw do tej nazwy, więc oficjalnie używana jest taka bardziej skomplikowana, a i tak wszyscy mówią o gliniadzie);
  • tradycyjny Bieg po Ceramiczną Filiżankę (po schodach 8-piętrowego biurowca urzędu miasta)
  • wystawa Jubileusz 80-lecia Zakładów Ceramicznych "Bolesławiec" w nowym Muzeum Ceramiki


A o co chodzi z tą bolesławiecką ceramiką? W Polsce nie jest popularna, ale jest hitem eksportowym, który podbija świat, niezwykle pożądanym towarem szczególnie w USA i Japonii, ale także w Niemczech, Kanadzie, Korei Pd. 70% produkcji ceramiki bolesławieckiej trafia na eksport do 30 krajów jako produkt premium. Największy producent ręcznie dekorowanej ceramiki - Ceramika Artystyczna - zatrudnia blisko 400 osób i generuje ponad 50 mln zł przychodu rocznie. Niewiele mniejsze są Zakłady Ceramiczne "Bolesławiec", które otrzymały nagrodę Dolnośląskiego Gryfa w kategorii Ambasador Dolnego Śląska. A łącznie zakładów wytwarzających tradycyjną ceramikę jest w Bolesławcu i okolicach ponad 40! Japończycy piszą o tej ceramice książki, nagrywają filmy, japońscy influenserzy przyjeżdżają, żeby pokazać się na tle stempelkowych naczyń. A bolesławieccy ceramicy produkują dla nich 20-elementowe zestawy do sushi zdobione stempelkami. Bolesławieckie wyroby prezentował w swoim ekskluzywnym katalogu Robert Redford, amerykańskie sklepy internetowe sprzedają je jako "polish pottery" w oszołamiających cenach.

(większość zdjęć z oficjalnej strony Urzędu Miasta B-c oraz lokalnych portali informacyjnych)






Ceramika bolesławiecka jest ręcznie malowana, unikalna, trwała i praktyczna (nie straszna jej zmywarka, mikrofalówka czy piekarnik). Pokazuje, jak rzemiosło i autentyczność mogą być globalnym biznesem w erze zalewu masowej i taniej produkcji z Azji. 

Tradycja miasta ceramiki sięga XVI wieku, kiedy to działała już pierwsza garncarnia, zaś w 1897 roku powstała Królewska Ceramiczna Szkoła Zawodowa. A dlaczego akurat tutaj? Bo wokół Bolesławca są ogromne pokłady kaolinu - białej, bardzo delikatnej glinki porcelanowej (skład: kaolinit z domieszką kwarcu i miki). 

Kaolin ma ph zbliżone do skóry i nie powoduje uczuleń, dlatego stosuje się go także w kosmetyce. Stąd pomysł Papy Nowaka na malowanie się gliną (a dokładniej - leiwem, czyli taką płynną postacią tej glinki), co dało impuls do Parady z Miłości do Gliny, do której każdy może się przyłączyć. Na miejscu chętni smarują się i natryskują leiwem, można dostać kostium do przebrania, a na koniec spłukać z siebie glinę (zdjęcia poniżej z poprzedniej parady, ze strony Teatru Glina Da na Fb)



w poprzednich latach w ramach parady odbywały się nawet autentyczne śluby "glinoludów":


pomysłodawca parady - Papa glinolud Bogdan Nowak na swoim wehikule:





Obecnie działające zakłady produkujące ceramikę, także te największe, to de facto manufaktury. Każde naczynie malowane jest ręcznie za pomocą stempelków gąbkowych i pędzla. Doliczono się 700 różnych form i 3000 wzorów. Główny trzon załóg stanowią artyści-dekoratorzy, projektanci wzorów, specjaliści od wypalania w wysokich temperaturach.





Ceramikę można kupić na głównym targu urządzonym w Rynku oraz w stałych sklepach fabrycznych głównych producentów w różnych punktach miasta. Główne ulice z takimi sklepami to Kościuszki (tamże największe fabryki) i Zgorzelecka.

(fot. bolec.info.pl)






Na Święcie Ceramiki oprócz targów związanych z ceramiką odbywają się też oczywiście przeróżne koncerty, warsztaty, plenery, wystawy, pokazy, animacje, giełda staroci, punkty gastronomiczne - wiadomka. 

O tegorocznym plenerze ceramicznym:

Tematem 62. edycji pleneru jest SUBLIME – pojęcie obecne w historii sztuki od XVIII wieku, opisujące doświadczenie wzniosłości, które pojawia się pomiędzy zachwytem a niepokojem, pomiędzy pięknem a poczuciem niepewności wobec tego, co większe od nas. Współcześnie idea sublime nabiera nowego znaczenia: w świecie nadprodukcji obrazów i przedmiotów wzniosłość przestaje być monumentalna, a zaczyna ujawniać się w subtelnych momentach przemiany, w procesie, w kruchości materii.

W kontekście ceramiki temat ten odnosi się do doświadczenia pracy z gliną, ogniem i czasem – materiałami, które zawsze niosą w sobie element nieprzewidywalności. Wypał ceramiczny staje się tu metaforą transformacji: momentem, w którym materia przekracza swoje pierwotne granice.

Plener SUBLIME zaprosił artystów do indywidualnej interpretacji tego pojęcia poprzez realizacje powstające w bolesławieckiej ceramice – z wykorzystaniem lokalnego materiału, jego historii oraz procesów produkcyjnych jako przestrzeni refleksji i twórczej przemiany.


Równolegle trwają obchody 80-lecia przybycia w okolice Bolesławca reemigrantów z byłej Jugosławii. Mieszka tutaj mnóstwo ludzi z jakimiś korzeniami lub co najmniej tradycjami przywiezionymi z Chorwacji, Bośni, Serbii, małżeństwa polsko-chorwackie. W ciągu roku z przydomowych ogródków słychać bałkańskie śpiewy, latem odbywają się festy bałkańskie, w wielu domach i restauracjach przyjęła się na stałe kuchnia bałkańska. 

...oraz 25-lecie współpracy powiatu bolesławieckiego z niemieckim powiatem siegburgskim. Siegburg nie jest miastem wybranym do tej współpracy przypadkowo. Tak się składa, że największa grupa niemieckich przesiedleńców z Bolesławca trafiła właśnie tam.

No ale, umówmy się, dla publiki, turystów i mediów, najważniejsze jest teraz Święto Ceramiki. Nawet cukiernie wyprodukowały okolicznościowe słodkości:



O Bolesławcu jeszcze czasem opowiem. Bo to moje miasto, tutaj mieszkam :).

poniedziałek, 1 grudnia 2025

Blogowanie i grudniowe święta.

Śnieg u nas krótko był, ale się zbył, szaro się zrobiło, na szczęście słoneczko zagląda, więc nie jest jakoś szczególnie ponuro. Największym kłopotem jest błoto, nosi się do domu, bo Dżemik biega w tę i z powrotem rozemocjonowany i jak wpada do domu to trudno nad tym zapanować. Z trawnika przez te jego galopady niewiele zostało, zobaczymy czy trawa na wiosnę odbije, czy trzeba będzie dosiewać. O Dżemiku będzie jeszcze pod koniec wpisu ;).

Ostatnio rozmyślam nad pewnymi (kolejnymi) zmianami w mojej aktywności internetowej, a konkretnie rozważam założenie sobie kont na IG i FB (chociaż nie raz się zarzekałam, że nigdy więcej). Ale tak na marginesie - właśnie zauważyłam, że w listopadzie minęło 10 lat mojego bloga :). Z tym, że jest to mój trzeci już blog, a pierwszy założyłam chyba ze 20 lat temu, dokładnie nie pamiętam. Zaczęłam od bloga typowo robótkowego - najpierw długo były hafty, potem dzierganie na drutach. Potem trochę mnie znudziło - zarówno hafty i druty, jak samo blogowanie, więc blog zamknęłam. Potem był kolejny, gdzie był misz-masz robótkowo-obrazkowo-książkowy. Ten blog mam zapisany w archiwum, tamten pierwszy całkiem skasowałam...




No i tak trochę à propos tych rozmyślań nasunął mi się temat, który był też niedawno poruszany na kilku znanych mi blogach: kontakty i relacje internetowe. Przez wiele osób uznawane są za powierzchowne, takie trochę na pokaz, udawane, nieszczere i nieco sztuczne. Nasze blogowe środowisko to jednak odrobinę inna sfera niż większość mediów społecznościowych, ograniczających się do krótkich i szybkich komunikatów. Niektórzy twierdzą co prawda, że blogosfera jest anachroniczna, widać to zresztą po stopniowym zaniku tradycyjnych blogów od paru lat. Ale właśnie tutaj, na blogach, budujemy całkiem fajne i bliskie relacje z innymi uczestnikami - blogerami i czytelnikami. Tutaj czas płynie nieco wolniej, wpisy i komentarze są obszerniejsze, a to sprzyja budowaniu bliższych emocjonalnych więzi. To trochę jak różnica między pogawędką ze znajomymi w kawiarni, a pośpieszną wymianą komunikatów o zdrowiu i pogodzie w tramwaju. Facebook kojarzy mi się ze słupem ogłoszeniowym w ruchliwym miejscu - ogłoszenia i afisze co chwila naklejane jedne na drugich, mało kto studiuje je szczegółowo i z namysłem.

Jako introwertyczka cenię sobie kontakty internetowe za pewien luz i zarazem jednak za możliwość utrzymania lekkiego dystansu. Nie lubię wchodzić w bardzo bliskie relacje z osobami, które znam krótko, nie angażuję się łatwo w przyjaźnie, nie rozmawiam z każdym o wszystkim. Chronię swoją prywatność, piszę na blogu o moich zwierzakach czy ogródku, o literaturze czy moich obrazkach, ale bardzo rzadko napomykam o rodzinie, nie pisałam dotąd nic o mojej pracy, nie wdaję się w dyskusje polityczne, a w zasadzie to - chyba w żadne, zwłaszcza o cięższym gatunku, że tak to ujmę. Z powyższych powodów nie mam konta na Fb (miałam, nie podobało mi się), nie mam WhatsAppa i temu podobnych komunikatorów i zabieraczy czasu. Nie odczuwam potrzeby brania udziału w życiu innych osób, sama zawracam im głowę tylko jak jest to niezbędne. Potrafię zająć się sobą i nie nudzę się, bo nudzą się tylko nudni ludzie. Żebym została dobrze zrozumiana - nie jestem odszczepieńcem, pustelnicą, eremitką, mam grono blogowych koleżanek, z którymi utrzymuję stały kontakt, jak jest taka potrzeba to angażuję się tu i ówdzie w pomoc itp., ale generalnie - zachowuję umiar w aktywności towarzyskiej. Może za to - zawarte bliższe relacje bardziej szanuję i są to więzy mocniejsze i trwalsze.

Blog jest miejscem publicznym, ogólnie dostępnym, a że nie mam skłonności do ekshibicjonizmu, to nie wszystko dla wszystkich - taką mam zasadę, w realnym życiu zresztą też. Natomiast jako czytelniczka zaglądam na rozmaite blogi, wybieram te, których zawartość mi odpowiada, na niektórych się udzielam i komentuję, inne tylko czytam i to też niekoniecznie systematycznie. Jeśli nie zgadzam się z autorem, to rzadko angażuję się w dyskusje, o niektórych tematach w ogóle nie rozmawiam w necie, bo nie wydaje mi się, żeby blog był odpowiednim miejscem do poważnych i głębokich dysput na tematy zasadnicze, przekonywania kogoś o diametralnie odmiennych poglądach do swoich racji. Zresztą, po paru doświadczeniach, kiedy nawet próbowałam włączyć się do dyskusji (w różnym czasie i na bardzo różne tematy), utwierdziłam się w tym przekonaniu. Za mało czasu, za mało miejsca itd., a jak jeszcze włączy się kilka osób, to robi się chaos, ciężko czasem się przebić i wyczerpująco uzasadnić swoje stanowisko. Nie mam przekonania, że wszystko wiem najlepiej, a nawet jak na jakiś temat wiem, to wcale nie muszę nikogo o tym przekonywać. A po drugie - stresów i napięć mam dosyć w pracy, a tutaj ma być fajna odskocznia. Jestem, jak to się teraz modnie określa, osobą wysoko wrażliwą, więc często odczuwam przebodźcowanie, potrzebuję wtedy ciszy i spokoju, oderwania się od codziennego zgiełku.

Blog jest dla mnie miejscem na relaks, odpoczynek, miłe spędzanie czasu. O polityce czy kwestiach ekonomicznych czytam i dyskutuję w innych miejscach, dawniej nawet byłam bardzo zaangażowana, teraz jest pora na wyciszenie. Ja w ogóle oddzielam takie rzeczy - praca to praca, dom to dom, blog ma określone przeze mnie swoje przeznaczenie. Ja mam naprawdę ciekawe życie i nie na każdym odcinku muszę być nadaktywna. Tutaj ma być miło, taka emocjonalna strefa SPA :). Najchętniej więc zaglądam na blogi kociarzy i innych zwierzolubów, pasjonatów ogrodnictwa (chociaż sama słabo się na tym znam, ale lubię czytać opowieści ogrodnicze), no i rozmaitych twórców, plastyków, rękodzielników itd. A czasem trafi się ktoś, kto po prostu swoją opowieścią mnie urzeknie, zaciekawi, no i buduje się jakiś rodzaj przywiązania i sympatia. Odwiedzam też chętnie blogi wszechstronne, prowadzone przez osoby lubiące zarówno literaturę, podróże, gotowanie, jak i majsterkowanie czy inne aktywności - i po prostu interesująco o tym opowiadające. Rzadko powstaje z tego jakaś bliższa relacja na gruncie pozablogowym, ale z czasem zaczynam traktować taką osobę jak kogoś realnie znajomego, przeżywam jej emocje, radości i smutki, ciekawi mnie dalszy ciąg jakiegoś opisywanego wydarzenia, martwię się, jeśli ten ktoś znika, nie daje znaku życia. 

I - żeby nie było, że jakaś wredna jędza ze mnie - oczywiście to moje dystansowanie się od pewnych spraw nie ma nic wspólnego z sympatią lub jej brakiem, bo - nawet pomimo braku silnych więzi - bardzo lubię wiele osób, zarówno moich czytelników, jak i blogerów, do których sama zaglądam. Trochę to wszystko skomplikowane, a na pewno nie zero-jedynkowe. 

Jak porównuję te relacje z tymi, które mam w "prawdziwym" życiu, to różnice są niewielkie. W realu też nie mam psiapsiółek od serca, z którymi spotykałabym się kilka razy w tygodniu na plotki, nie wydzwaniam ustawicznie do nikogo z bzdetami, żeby wypytywać co robi i opowiadać co gotuję na obiad albo jaki ciuch właśnie kupiłam itd. I nie lubię, jak ktoś mnie próbuje osaczyć swoją nadaktywnością i narzucającą się taką powierzchowną niby-przyjaźnią. Miło, jeśli ktoś o mnie pamięta, ale tak bez przesady i oczekiwań ponad moje chęci. Owszem, jest grupka bliskich znajomych, z którymi spotykamy się częściej, wiemy co się u nich dzieje, wspieramy się, przeżywamy wspólnie rozmaite sprawy, ale u nas to mój mąż jest specjalistą od utrzymywania codziennych i bliskich kontaktów, ja się udzielam znacznie mniej. On - gaduła z ADHD, po spotkaniach ze znajomymi czasem pyta mnie "a co tam u nich właściwie...?" - bo mój mąż nie ma trybu słuchania, ciągle gada, a ja przeciwnie, zgodnie z zaleceniem Sokratesa, więcej słucham niż mówię ;). Trochę się pewnie to i owo zmieni, jak zamknę firmę i wreszcie będę miała więcej czasu i pewnie też więcej chęci na spotkania z ludźmi (teraz mam ich sporo w pracy, a to też są często relacje zawodowo-prywatne). 

Mam już konkretne plany społecznych aktywności emeryckich, w tym także internetowych, stopniowo Wam o nich opowiem, jak coś się zacznie krystalizować. Planuję m.in. uaktywnić moje zapomniane nieco konto na portalu "Lubimy czytać"... Pewne zdarzenie dało mi sygnał, że wszechświat tego ode mnie oczekuje :) - opowieść o tym będzie wkrótce. No i w związku z tym wszystkim rozważam też tego nieszczęsnego fejsbuka, którego tak nie lubiłam. Zmian zresztą stopniowo będzie więcej...

********

Obiecałam ostatnio wrzucić zestaw grudniowych świąt, żeby można było interesująco zapełnić sobie miesiąc. We wcześniejszym wpisie były okazje listopadowe, tam było więcej tych kulinarnych, ale i w grudniu coś się znajdzie, chociaż zagęszczenie okazji w zasadzie dopiero gdzieś od połowy miesiąca.

Nietypowe święta w grudniu:

  • 2 grudnia -  Dzień Placków 
  • 3 grudnia -  Światowy Dzień Majsterkowicza
  • 4 grudnia -  Światowy Dzień Ochrony Dzikich Zwierząt
  • 4 grudnia -  Dzień Kostki do Gry
  • 5 grudnia -  Dzień Sztucznego Futra
  • 5 grudnia -  Światowy Dzień Gleby
  • 6 grudnia -  Dzień Anioła
  • 9 grudnia -  Międzynarodowy Dzień Medycyny Weterynaryjnej (kwiatek dla ulubionego weta?)
  • 9 grudnia -  Dzień Lamy
  • 10 grudnia - Międzynarodowy Dzień Praw Zwierząt
  • 11 grudnia - Dzień Tanga
  • 11 grudnia - Międzynarodowy Dzień Gór
  • 12 grudnia - Dzień Guzika
  • 12 grudnia - Dzień Gwiazdy Betlejemskiej (Poinsecji)
  • 13 grudnia - Światowy Dzień Skrzypiec
  • 14 grudnia - Dzień Małpy
  • 14 grudnia - Międzynarodowy Dzień Palenia Świec
  • 15 grudnia - Dzień Herbaty
  • 16 grudnia - Dzień Polewania Wszystkiego Czekoladą
  • 17 grudnia - Dzień Bez Przekleństw
  • 17 grudnia - Ogólnopolski Dzień Rozmów Twarzą w Twarz
  • 17 grudnia - Dzień Syropu Klonowego
  • 18 grudnia - Dzień Pieczonego Prosiaka
  • 19 grudnia - Dzień Wiecznie Zielonych Roślin
  • 19 grudnia - Dzień Owsianej Babeczki
  • 20 grudnia - Dzień Ryby
  • 20 grudnia - Dzień Sangrii
  • 21 grudnia - Dzień Orgazmu
  • 21 grudnia - Światowy Dzień Pozdrawiania Brunetek
  • 22 grudnia - Dzień Piernika
  • 24 grudnia - Dzień Raju
  • 24 grudnia - Dzień Ajerkoniaku
  • 26 grudnia - Dzień Cukrowej Laski
  • 27 grudnia - Dzień Keksa 
  • 28 grudnia - Międzynarodowy Dzień Pocałunku
  • 28 grudnia - Dzień Gry w Karty
  • 30 grudnia - Dzień Serka Wiejskiego
  • 31 grudnia - Dzień Bez Bielizny
  • 31 grudnia - Sylwester

Wyróżniłam pogrubieniem święta "spożywcze" (oprócz tak oczywistych jak Boże Narodzenie czy Sylwester). Ale inne okazje też można wykorzystać do dobrej zabawy.


Ponieważ najbliżej jest Dzień Placków, to wyjaśnię trochę o co chodzi. Otóż nam się to kojarzy w pierwszej kolejności z plackami ziemniaczanymi. Ale Święto Placków Ziemniaczanych było 13 listopada! Natomiast tutaj chodzi o różnego rodzaju placki z ciasta, smażone na głębokim tłuszczu. Co kraj to obyczaj, więc na świecie wersji jest wiele, czasem jest to znane nam doskonale ciasto drożdżowe z mąki pszennej, czasem z jakiegoś innego rodzaju mąki, najczęściej z nadzieniem - mięsnym, owocowym czy jeszcze jakimś innym. Zalicza się do tego także każdy rodzaj tempury, czyli cokolwiek jadalnego zanurzonego w cieście i usmażone na głębokim tłuszczu. U nas chyba najbardziej popularne są racuchy, czyli ciasto zbliżone do naleśnikowego, wymieszane z pokrojonymi jabłkami i oczywiście usmażone.



dzisiaj do herbaty ciasteczka z różnymi nasionkami i orzechami,
 ale we wtorek będą już porządne racuchy!


Nawiązując do powyższego zdjęcia rozwinę temat i jako ciekawostkę opowiem Wam jeszcze o tym oto ciekawym znalezisku:


Jakiś czas temu zamarzył mi się serwis do herbaty z bolesławieckiej ceramiki. Dawniej mi się ta ceramika zupełnie nie podobała, ale człowiekowi się zmienia na stare lata... I tak stopniowo, od niechęci, doszłam do etapu pożądania :). No ale wiadomo, to kupę kasy kosztuje, a herbatę w końcu przecież mam w czym pić, a nawet i gościom bardziej elegancko podawać, więc chociaż chodziło to za mną, to traktowałam temat raczej jako fanaberię, którą zrealizuję może jak wygram w Lotto (z tym że nie gram, więc trochę by było trudno). No i któregoś dnia, robiąc porządki w graciarni mojego męża, trafiłam na jakieś duże i ciężkie pudło, zawinięte dodatkowo w folię, trudno było ot tak zajrzeć. Zapytałam męża co tam jest, on na to, że nie wie, to chyba pudło po ekspresie do kawy, a co tam jest to sam już nie pamięta, pewnie jakieś rupiecie. Pominę tu dalsze dywagacje i domysły, w końcu zaczęłam to rozwijać, bo może kupa śmieci do wywalenia, no i się okazało, że to cały, przepiękny serwis herbaciany z Bolesławca, w moje ulubione stempelki i pawie oczka! Duża patera, dzbanek z podgrzewaczem, mlecznik, cukierniczka, 6 filiżanek z podstawkami i talerzyki deserowe. No cudo! Prawie w szoku byłam. Ech, ci faceci... Mąż dostał to dawno temu od kontrahenta na koniec dobrej współpracy, ale pomyślał sobie, że zostawi pakunek tak jak jest, bo w domu chyba to niepotrzebne, a może się nam kiedyś przyda na jakiś prezent dla kogoś... no i w końcu kompletnie o tym zapomniał. Coś mi tam wtedy nawet  mimochodem wspomniał, że dostał jakąś ceramikę, no ale wiecie - JAKĄŚ ceramikę, hmmm... No, naprawdę...

O Bolesławcu będzie tu jeszcze coś kiedyś na blogu, a o całkiem innym marzeniu, które się też dość zaskakująco niedawno w pewnym sensie zaczęło spełniać, opowiem już wkrótce...

********

A już całkiem na koniec tego wpisu pewna historyjka z życia zwierząt i zupełnie nieudane zdjęcie Dżemika z wielbicielką:




Cyknęłam to pośpiesznie z balkonu, ale psy były w ciągłym ruchu i nie mogłam ich sensownie złapać. Próba zbliżenia się na poziomie ogrodu skutkowała paniczną ucieczką wielbicielki, więc tylko tak mi się udało, oczywiście niewiele tam widać, ale chciałam Wam pokazać skalę. Na zdjęciu widoczne są dwie plamy - ta duża to oczywiście Dżemik, a ta mała przed jego pyskiem to wielbicielka, zwana przez nas Pipcią.

Sytuacja jest trochę irytująca, a trochę zabawna. Pipcia mieszka kilka domów dalej, ale jako malutki piesek biegający po podwórku, łatwo ucieka przez jakąkolwiek dziurę. Teraz ma prawdopodobnie cieczkę, bo pod jej domem wysiaduje ciągle zakochany biały pies średniej wielkości. Ale Pipcia Białego nie chce, natomiast zakochała się nie wiedzieć czemu w Dżemiku. I nagle zaczęła się pojawiać w naszym obejściu. A za nią - biały kawaler. Pipcia to nic, Dżemikowi nawet przypadła do gustu i ucieszył się taką niespodziewaną atrakcją, ale rywala już nie zniósł, no i zaczęły się awantury. Nasze ogrodzenie nie jest jakieś super szczelne ze względu na koty, żeby mogły swobodnie wchodzić i wychodzić. A Pipcia jest wielkości kota, więc bez problemu przechodzi pod siatką albo między tralkami. Nie wiedzieliśmy tylko, jakim cudem ten dość spory biały pies do nas wchodzi, ale wiecie - miłość nie zna granic. Jak  zrobił się jazgot w ogrodzie i mąż poszedł na interwencję, to okazało się, że Biały to niezły zawodnik - po prostu wskoczył na siatkę, po niej wdrapał się do góry i przeskoczył na drugą stronę. Prawdopodobnie tak samo wskakuje do nas. Jak Białego nie ma, to Dżemik z Pipcią bawią się, biegają po ogrodzie. Afera się robi jak pojawia się Biały, a niestety nie wiadomo czyj to pies. Dzisiaj na szczęście już go nie widziałam, może znalazł sobie bardziej chętną koleżankę :). No ale w tym miłosnym amoku psy całkiem nam zdewastowały pół ogrodu, zwłaszcza trawnik...

********

Jak pewnie zauważyliście - pojawiam się teraz trochę częściej na blogu, w grudniu na pewno będzie jeszcze kilka wpisów. Najbliższy zapewne o książkach, trochę innych niż zwykle tu opisuję.

********