niedziela, 9 października 2016

Dyniowy czas.

Trochę mnie tu nie było... Sporo się działo, czas zleciał niepostrzeżenie... Wpadam na chwilkę, żeby dać znak, że żyję i blog istnieje :). Mam nadzieję, że wkrótce będę miała więcej czasu na nieco staranniejsze zajmowanie się blogiem.

Najpierw o haftach. Od razu się przyznam: wisteria nie ukończona leży w szufladzie i jakoś mi do niej nie śpieszno, karczoch w ogóle nie tknięty. Nawet nie będę się tłumaczyć - blokada hafciarska, tak mi się jakoś porobiło i już. Z tym że problem dotyczy tylko zielników, może chwilowo mi się przejadły...
Dostałam natomiast weny w temacie małych zabawnych hafcików i taki oto wzorek wygrzebałam z moich zbiorów, całkiem na czasie (w tle moje wrzośce):



W tym roku po raz pierwszy wyhodowałam w ogrodzie własne dynie - głównie hokkaido, ale mam też kilka sztuk jakiejś większej, o nie znanej mi nazwie. W ogóle dynie poznałam zaledwie jakieś trzy lata temu, wcześniej ani w moim domu rodzinnym ani u znajomych nikt się dyniami nie zajadał. Postanowiłam spróbować zachęcona entuzjastycznymi opiniami na blogach kulinarnych, gdzie znalazłam też mnóstwo wspaniałych przepisów, zarówno na dania słodkie jak i wytrawne. Od pierwszego razu jestem wielbicielką dyń! Są niezwykle uniwersalne, można je przyrządzać na wiele sposobów, doskonale się przechowują, a w uprawie są niezwykle bezproblemowe. 



Ponieważ słodyczy raczej unikam, to dynie do tej pory wykorzystywałam głównie do przygotowywania zup w najprzeróżniejszych wariacjach oraz placków - na słono, ostro, z przeróżnymi sosami i dipami. Zdarzyło mi się także - w ramach eksperymentów - zrobić trochę konfitur dyniowych i chutney. Dzisiaj jednak postanowiłam zaspokoić potrzeby reszty rodziny i przygotowałam z dyni ciasto, które okazało się rewelacją kulinarną i zniknęło z talerza tak szybko, że ledwo zdążyłam jakieś zdjęcie pstryknąć :).

Przepis na ciasto gdzieś przeczytałam, ale nie mając wówczas możliwości zapisania odtwarzam go tak trochę na wyczucie. Uprzedzam, że ciasto konsystencją i wilgotnością przypomina sernik, więc badanie patyczkiem stopnia upieczenia raczej nie ma sensu. Powinno być podawane po schłodzeniu w lodówce, ale moja rodzina nie była w stanie wytrzymać tak długo, więc dyniowy "sernik" został podany jeszcze na ciepło. 

A zatem przepis na BARDZO ŁATWE I PRZEPYSZNE CIASTO DYNIOWE.

Składniki:

  • średnia dynia hokkaido, po usunięciu pestek i włókien pokrojona w kostkę razem ze skórą;
  • cytryna - sok i starta skórka (można użyć pomarańczy, ale ja wolę cytrynę);
  • pół szklanki kwaśnej śmietany;
  • około 50g masła;
  • 4 jajka;
  • wanilia lub jej substytut, oczywiście najlepsze jest wyskrobane wnętrze jednej laski prawdziwej wanilii;
  • 2/3 szklanki cukru (moje szklanki mają pojemność ok. 200ml);
  • 1 i 1/3 szklanki mąki - może być kukurydziana lub pszenna, ja zwykle daję po połowie;
  • dwie-trzy łyżki miodu.
Proporcje są na średnią tortownicę. Produkty wyjmujemy z lodówki, żeby miały jednakową temperaturę, co zapobiegnie powstaniu zakalca.
Dynię przygotowujemy jak kto woli - gotując lub piekąc w piekarniku. Upieczona ma bardziej wyrazisty smak. Pierwszy sposób: dusimy pod przykryciem z odrobiną wody i sokiem z cytryny (lub pomarańczy). Jak  już zmięknie to jeszcze w razie potrzeby odparowujemy i zostawiamy do lekkiego przestygnięcia. Drugi sposób: pokrojoną na kilka kawałków (oczywiście pozbawioną ziaren) upiec i potem zmiksować z cytryną.
Piekarnik nastawiamy na 180 stopni.
Dynię blendujemy z masłem, skórką z cytryny i wanilią na jednolity mus.
Ubijamy jajka na dość sztywną pianę. Najlepiej ubić najpierw białka z odrobiną soli i potem dodać żółtka.
Mus dyniowy miksujemy kolejno dodając cukier, miód, śmietanę, jaja i mąkę.
Ciasto wlewamy do odpowiednio przygotowanej foremki i pieczemy około 50 minut. Następnie ciasto studzimy powoli, tzn. przy uchylonych drzwiczkach piekarnika. Na koniec powinniśmy je jeszcze schłodzić w lodówce. Zapach jednak rozchodzi się taki, że moi domownicy stanowczo zażądali poczęstunku nie czekając na przepisowe wystygnięcie. Polałam zatem całość rozpuszczoną czekoladą (najbardziej pasuje tu gorzka!), zdołałam jeszcze wyrwać na chwilę talerz z rąk łasuchów i cyknąć pośpiesznie fotkę - wybaczcie więc tę mało finezyjną aranżację :). 


*****

niedziela, 26 czerwca 2016

Seria zielnikowa - jaśmin.

Plan był inny, miałam zabrać się za karczocha, chodzi mi on cały czas po głowie, ale kiedy zaczęłam przeglądać posiadany zasób mulinek, okazało się, że do karczocha muszę zamówić większość kolorów, a do jaśminu mam wszystkie i nawet odpowiednią kanwę. A że weekend akurat się zaczynał i na zamówienie trzeba by poczekać parę dni, to zabrałam się za jaśmin.



Wydawało mi się, że haftowanie tych drobnych płateczków będzie uciążliwe, ale poszło całkiem sprawnie i bez pomyłek. Znacznie bardziej dał mi w kość oset z poprzedniego posta :).
Na zdjęciach cały obrazek niestety wygląda dość blado, w rzeczywistości tkanina jest jasnobeżowa, kwiaty białe z błękitnym podcieniowaniem i kremowymi akcentami - dość dobrze kontrastują z tym tłem. Mój aparat ma niestety tendencję do "zniebieszczania".



Dla porównania położyłam obok siebie trzy dotychczas wyhaftowane "zielniki": jaśmin na tkaninie beżowej, irys na ecru i oset na kości słoniowej. W tym zestawieniu kolory jaśminu wypadły nieco bardziej realistycznie:



Co teraz wrzucić na tamborek z zaplanowanej serii? 
Znowu się waham - karczoch, który już po raz drugi wypadł z kolejki, czy może jednak wisteria, która też mnie kusi od pewnego czasu? Poza tym wisteria (glicynia) swoją "strukturą" przypomina mi nieco jaśmin - mam na myśli te drobne płatki w powtarzalnych kolorach, które przedtem mnie przerażały, a teraz już wiem, że haftuje się je całkiem przyjemnie :). Biję się z myślami, ale już coś tak czuję przez skórę, że karczoch będzie musiał poczekać...



*****

niedziela, 5 czerwca 2016

Seria zielnikowa - oset.

Czas najwyższy zaprezentować ukończony jakiś czas temu haft ze znanej serii zielnikowej zaprojektowanej przez Veronique Enginger. Kolory na zdjęciach nieco przekłamane (haftowałam na aidzie w kolorze kości słoniowej).


 Popularnie nazywany niebieskim ostem, ale właściwie to jedna z odmian rośliny o mało znanej nazwie przegorzan. To jedno ze znalezionych w internecie zdjęć, najbardziej przypominające "oset" z haftu:

źródło
W pewnym momencie trochę się zniechęciłam do tego wzoru, bo w trakcie wyszywania nie wszystkie kolory mi się podobały. Patrząc na ostateczny efekt jestem zadowolona, całość mi się bardzo podoba, ale haftując drugi raz zmieniłabym na pewno jeden z kolorów, dość zjadliwy turkus, który moim zdaniem jest zbyt jaskrawy i nie pasuje do sąsiadujących odcieni. Ale drugiego razu na pewno nie będzie :).


Najbardziej namęczyłam się przy tej najeżonej kulce, gdzie co krzyżyk to inny kolor. Jak mi się raz coś pomieszało, to potem ciężko było "spasować" wzór, tak żeby oset był podobny do ostu. Wprawne oko dojrzy te kiksy, ale ogólnie obrazek wygląda fajnie i w towarzystwie irysa (o którym było w tym poście) świetnie się prezentuje :). W planie mam wyhaftowanie całej kolekcji w tonacji niebiesko-fioletowo-białej, czyli będzie jeszcze wisteria, karczoch, jaśmin i być może hortensja w wersji niebieskiej. 


*****


sobota, 21 maja 2016

Bratki.

Hafcik z bratkami może nie jest jakimś szczególnie wybitnym dziełem, ale prezentuję go, żeby przerwać moją przydługą nieobecność na blogu. Rozliczne życiowe obowiązki oderwały mnie ostatnio od blogowania... A zatem bratki - te wyhaftowane to chyba bratki polne, a pozują w towarzystwie bratków ogrodowych z mojej rabatki.


Hafcik powstał z myślą o wykonaniu jakiegoś drobiazgu na Dzień Matki - prawdopodobnie ozdobi wieczko pudełka, ale w grę wchodzi także po prostu obrazek.
Z tej serii wyhaftowałam jeszcze dwa kwiatowe obrazeczki:


Krokusy są niestety do bani - w realu wyglądają co prawda troszkę lepiej, jednak wyszły okropnie mdło i blado, chociaż użyłam kolorów według legendy. Może na ciemnej kanwie prezentowałyby się ładniej, ale już trudno, wyszło jak wyszło.

Żonkile są fajne, a w sumie nie mam pomysłu co z nimi zrobić... może więc po prostu na prezent oprawię wszystkie te trzy haftowane obrazki? Mama ma altankę na działce, takie obrazki fajnie by tam wyglądały :).


Hafciki prościutkie i malutkie, rzadko haftuję takie siermiężne obrazki, ale te bratki tak mnie jakoś same skusiły :))). A reszta to już tak z rozpędu... Zapowiadany oset z serii zielnikowej trochę dał mi w kość, bo okazało się, że wzór mam trochę rozmazany w dość istotnej części i sporo się namęczyłam, żeby to rozczytać, a potem wyhaftować. Do końca niewiele już brakuje, ale potrzebowałam łatwej i szybkiej odskoczni, te małe kwiatuszki świetnie się nadawały.


*****


piątek, 1 kwietnia 2016

Nożyczki

Nożyczki są dla hafciarek nie tylko przydatnym akcesorium, ale często także miłym gadżetem, piękną zabawką i ozdobą kącika robótkowego. Niektóre pasjonatki hafciarstwa są posiadaczkami imponujących, liczących dziesiątki sztuk, kolekcji nożyczek.
Gdzież mi się tam równać z nimi...



Zbieractwo, czy inaczej mówiąc - kolekcjonerstwo, nie było nigdy moim hobby w żadnej dziedzinie. Generalnie nie mam skłonności do chomikozy, ale... czasem ulegam urokowi pięknych przedmiotów i sporadycznie zdarza mi się kupić coś, co niekoniecznie jest mi akurat niezbędnie potrzebne, ale jest po prostu... ładne :).

Na początku hafciarskiej przygody posługiwałam się zwykłymi nożyczkami do paznokci, bo były poręczne, ostre, no i po prostu - miałam je już w domu, kiedy zabierałam się za mój pierwszy haft. Całkiem dobrze mi służyły i spokojnie mogę polecić to rozwiązanie początkującym albo oszczędnym hafciarkom. 
W pewnym momencie jednak haftowanie stało się moim hobby, spędzałam przy tamborku wiele godzin, i na tym etapie uznałam, że trzeba zainwestować w profesjonalny osprzęt :).
I oto są te moje pierwsze nożyczki, które kupiłam specjalnie do haftu:




Drugie nożyczki wpadły mi do internetowego koszyka trochę pod wpływem serii postów na hafciarskich blogach, gdzie dziewczyny chwaliły się swoimi kolekcjami nożyczek. Poniekąd więc wirus zbieractwa przez moment mnie musnął :). Byłam wtedy zakochana w hafcie, miałam kilka równolegle pozaczynanych obrazków na tamborkach, i uznałam, że chyba po prostu wypada mieć więcej niż jedną parę nożyczek :)))




Kolejne uśmiechały się do mnie w czasie, kiedy haftowałam akurat bardzo ozdobne wzorki z rozmaitymi błyskotkami i jakoś mi te złote nożyczki same się wprosiły do koszyczka zakupowego:



W tle zdjęć widać fragmenty aktualnie haftowanego przeze mnie niebieskiego ostu ze znanej serii "zielnikowej" :).
I w zasadzie jeśli chodzi o typowo hafciarskie nożyczki, to byłoby na tyle, raptem trzy sztuki.




Nie czuję potrzeby powiększania tego zbiorku, ale kto wie... :).
Na razie wszystkie trzy pary dobrze mi służą, nadal są bardzo ostre, chociaż zdarza mi się ciąć nimi nie tylko nitki muliny.

Mam jednak jeszcze dwie pary ciekawych nożyczek, które chciałabym Wam pokazać.




Wersja siermiężna, dobra np. do przycinania sznureczków czy innych drobnych elementów w trakcie majsterkowania - ostrza dość solidne, otwierają się i zamykają swobodnie, ale do precyzyjnych wycinanek raczej się nie nadają:


I wersja pałacowa, z mojego punktu widzenia bardziej ozdobna niż przydatna, bo do haftu te nożyczki są zbyt ciężkie i mało precyzyjne, ostrza są potężne, tzn. grube, mocne i solidne, jakiś sznur czy nawet drucik można nimi spokojnie ciachnąć, ale bałabym się nawet zbliżyć z nimi do haftowanego obrazka... Jednak do innego rękodzieła być może bardziej się nadają... no i fajnie wyglądają :))) :




I ponownie cały mój mały zbiorek w komplecie, dla porównania wielkości ostrzy i uchwytów:




Inspiracją do napisania tego posta było ogłoszone przez Elę z bloga Made-by-Ela wymiankowe candy. Proponowane przez Elę nożyczki są przepiękne i pewnie gdybym się na takie natknęła, to uległabym pokusie, żeby je kupić... Jednak na wymianę żadnych z moich nożyczek nie poświecę... bo wszystkie te, które mam, bardzo lubię :).



*****


czwartek, 24 marca 2016

Seria zielnikowa - irys.

W założeniu to miał być głównie blog plastyczno-malarsko-rysunkowy.
Wszelkie inne dłubaninki, którym z przyjemnością oddaję się w wolnym czasie, miały być jedynie dodatkiem, wrzucanym na bloga od czasu do czasu.
Tak się jednak złożyło, że akurat nastał u mnie dobry moment na haftowanie, więc tym tematem będę się z Wami dzielić w najbliższym czasie.


Otóż bliska rodzina postanowiła osiedlić się na wsi, w starym, blisko 200-letnim domu... i powstało zapotrzebowanie na rozmaite dekoracje do tegoż domostwa. 
A ja dawno już chciałam przymierzyć się do serii "zielnikowej", dobrze znanej hafciarkom :).
Ponieważ kolorystyka obrazków do wiejskiego domku ma być dość stonowana, w kierunku brązów, zieleni, błękitów i ewentualnie fioletów, a z wykluczeniem czerwieni, różu oraz ostrej żółci, to wybór stał się dość oczywisty. W grę wchodzi zatem irys, wisteria, niebieski oset, może karczoch... widziałam też gdzieś niebieską wersję hortensji... a, jeszcze jaśmin być może zostanie zaakceptowany :).


Nie wiem, czy uda mi się to wszystko wyhaftować, ale początek już został zrobiony - mam irysa!
Haftowane zielniki zawisną prawdopodobnie w ogrodzie zimowym, na ścianie w jego zacienionej części (hafty blakną w pełnym słońcu!). Nie wiem jeszcze jak ostatecznie zostanie to wnętrze urządzone, więc na razie haft jest nieoprawiony.


Jak widać haftuję na aidzie, bo od pewnego czasu wzrok szybko mi się męczy podczas haftowania na lnie. Żeby nie odmawiać sobie całkiem tej przyjemności, przerzuciłam się na "łatwiejszą w obsłudze" aidę :).


*****



piątek, 11 marca 2016

Hafcik mimochodem.

Ten hafcik powstał jakoś tak przypadkowo, przy okazji porządków w nieco zapomnianych hafciarskich przydasiach i wydrukowanych niegdyś schematach. Nawet nie kojarzę, skąd ten wzorek mam. 
Dawniej haftowałam dość sporo, od jakiegoś czasu jednak zupełnie mnie nie ciągnęło do tej przyjemności. Aż tu nagle zabrałam się za segregację nieprzebranych ilości wzorów - najpierw wyczyściłam pękający w szwach dysk komputera, potem przyszła kolej na segregator zapełniony wydrukami... No i kiedy wzięłam do ręki ten oto prosty schemacik, poczułam, że po prostu MUSZĘ go teraz i natychmiast wyhaftować! I oto jest:


Hafcik powstał błyskawicznie, na kawałeczku aidy 18ct, cieniowaną muliną DMC kolor 4145.
Fajna robótka na jeden wieczór :)
Teraz tylko zastanawiam się jak go wykorzystać, i nawet coś mi już chodzi po głowie...

A dla zainteresowanych schemat:


*****