czwartek, 13 sierpnia 2020

Pudełeczko na prezencik.

Tak zdrobniale napisałam w tytule "pudełeczko na prezencik" - no bo to faktycznie jest raczej maleństwo, miksera się w nim nie upchnie. 


Co zatem można do takiego pudełeczka włożyć? Oprócz jakiegoś drobiazgu z brylantem, ma się rozumieć :)))). Pomysłów może być milion, w zależności od tego kogo i z jakiej okazji chcemy obdarować, no tak dla przykładu:
  • dla rękodzielniczki - guziczki, niteczki, koraliczki, przydasie rozmaite;
  • dla dzieci - słodycze, jakieś gadżety typu magnesiki, ozdoby do włosów;
  • dla przyjaciół - własnoręcznie upieczone personalizowane pierniczki czy inne wytwory rąk własnych;
  • zmieści się nawet apaszka, krawat, czy para niezbyt grubych skarpetek :).

Wykonanie jest bardzo proste!


Ja sobie pomyślałam, że przygotuję kilka takich pudełeczek tak na wszelki wypadek, żeby mieć pod ręką. Czasem w ostatniej chwili potrzebuję ładnie opakować jakiś drobny upominek i wtedy panikuję, że nic odpowiedniego nie mam pod ręką. A do czasu pakowania prezentów pudełka mogą leżeć sobie w szufladzie "na płasko", nie zajmując dużo miejsca. Na razie mam dwa!




Oczywiście można sobie zrobić podobne "poduszkowe" pudełko w skali maxi, powiększając szablon. Pomysłodawczynią i autorką schematu, który można sobie pobrać o tutaj - klik! jest Danusia Popowicz, specjalistka od Zentangle. Danusia udostępnia również swoją grafikę, czyli jak ktoś zupełnie nie ma pomysłu na ozdobienie pudełka we własnym zakresie, to może sobie wydrukować wzór Danusi, potem wystarczy tylko wyciąć, skleić w jednym miejscu, pozaginać i już, gotowe, o takie pudełeczko:

źródło


U mnie pudełka są w mojej ulubionej ostatnio wersji, czyli czarny kartonik z wzorami narysowanymi złotym żelopisem. Zaletą zrobionych w ten sposób pudełeczek jest możliwość personalizacji, czyli ozdobienia motywami kojarzącymi się z obdarowywaną osobą, lub jej imieniem, albo nawet wypisaną dedykacją.




*****

Przy okazji chcę Wam zasygnalizować, że mój post o kocie z sardynką zainspirował Izę z bloga "Rękodzieło przy kawie". Iza wymyśliła ciekawą zabawę dla wszystkich, którzy cokolwiek w jakiejkolwiek technice tworzą, lub dopiero tworzyć zamierzają :). Pomysł jest w trakcie dopracowywania, ale już dzisiaj można się zapoznać z ogólnym zarysem - o tutaj: http://kicikicitata.blogspot.com/2020/08/nie.html

*****

czwartek, 6 sierpnia 2020

Prawo serii.

Jakoś tak mam, że jak mi wpadnie do głowy jeden pomysł na obrazek, to jeszcze zanim go skończę - już lęgnie się kolejny projekt w podobnym stylu i temacie. Przy trzecim czasem wena się kończy, ale bywa i tak, że ciągnie się to znacznie dłużej - vide moje złote mandale i zresztą - mandale w ogóle :).
No i takim to sposobem - po kocie z sardynką - powstał portrecik sympatycznego psiaka. Skorzystałam ze zdjęcia pieska znalezionego na Pintereście, a motylka dorysowałam "z głowy". W kolejce czekają jeszcze myszka i zając... i kto wie, co będzie dalej :).



W rysunku poeksperymentowałam z dwoma rodzajami, a właściwie markami kredek, no i szczerze mówiąc nie był to udany eksperyment. Ale czegoś się nauczyłam, dowiedziałam. Biała i żółta kredka pochodzą z innego zestawu niż reszta, no i to niestety widać w mocnym białym oświetleniu, a na zdjęciach szczególnie bije po oczach. Jak obrazek wisi na ścianie, w normalnym oświetleniu, to jakoś tego dziwnego efektu wybijającej na pierwszy plan żółci nie widać, na szczęście :). 
Poza tym okazało się, że te dwie kredki i całą reszta z tego zestawu są bardziej nawoskowane i źle się na nie nakłada kolejne warstwy innego koloru. 
Ale o moich kredkach i ich właściwościach opowiem innym razem, w jakimś "technicznym" poście :).

Tak było w trakcie pracy:

Na tym etapie dopiero zauważyłam zabawną, ale zupełnie przypadkową zbieżność - zarówno motylek, jak i piesek, mają podobne "umaszczenie" - czarne, białe i rudo-pomarańczowe plamy :))). Użyłam w zasadzie tych samych kolorów do obu stworzonek, pieskowi dodałam tylko więcej brązu.

*****

Dawno nie pisałam o moim domowym zwierzyńcu, a że jedna z blogowych koleżanek dopytywała niedawno co tam u futrzaków słychać, to proszę bardzo, garść najświeższych wiadomości w tym temacie. Zdjęć nie będzie, bo z tym moim kiepskim aparatem to nie będę się wygłupiać, a koty do pozowania cierpliwości nie mają za grosz... ;).

Zwierzolubni pewnie pamiętają, że jesienią zeszłego roku przygarnęliśmy dwie koteczki z sąsiedztwa. Cała historia jest opisana tutaj: "Basia i Balbinka, czyli demolka po kociemu". 

Od czasu urodzenia tych maluchów ich mama jest przez nas dokarmiana, a jak się wykryło, że kicia nie jest w kolejnej ciąży, jak podejrzewaliśmy, tylko się trochę utuczyła, to czym prędzej zawieźliśmy Szkrabcię do weterynarza na zabieg sterylizacji (za zgodą właściciela oczywiście, ale na nasz koszt). No i potem na tydzień wzięliśmy kotkę do nas, żeby ją obserwować do czasu zagojenia, bo z tym jej pańciem to różnie bywa, dopilnuje albo nie... 
Pańcio Szkrabci co prawda tęsknił za nią i dopytywał kiedy mu oddamy kota, tak więc widać, że jednak ma dobre serce, tyle że taki trochę nieogarnięty, wypić lubi czasem, zapomina o obowiązkach...

No w każdym razie - ciążom Szkrabci położyliśmy kres, natomiast do naszego domku wprowadziła się niedawno ostatnia z rodzeństwa, trzecia siostrzyczka Basi i Balbinki - Kocia (był jeszcze czwarty kotek, ale jakiś idiota go przejechał, jak małe kocięta chodziły jeszcze po okolicy z mamą...). Pisałam w tym wcześniejszym poście, że trzeciego kotka od Szkrabci przygarnął mój syn... no ale właśnie niedawno syn razem z dziewczyną i Kocią sprowadził nam się chwilowo do domu :). Nie będę Wam streszczać skomplikowanych historii mieszkaniowych, ale rezultat jest taki, że mamy teraz w domu pięć kotów - 15-letnią Czarnuszkę, 4-letnią Sabinkę i trzy siostrzyczki, które 1 sierpnia obchodziły swoje PIERWSZE URODZINKI :))) - Basię, Balbinkę i Kocię! Najważniejsza wiadomość jest taka, że maluchy się fajnie dogadują, Sabinka towarzystwo toleruje (z wzajemnością), niestety tylko Czarnuszka jest trochę przez całą bandę prześladowana i trzeba ją trochę izolować. Ale to już emerytka i najchętniej całe dni przesypia w jakimś zacisznym kąciku.

Basia to urocza, pręgowana rozrabiara i największa pieszczocha, Kocia bardziej nieśmiała, nieco jeszcze spłoszona nowym miejscem, ma najbardziej jedwabiste futerko z całej trójki, ciemnobrunatne w jaśniejsze plamki. No i introwertyczna, wręcz autystyczna Balbinka, przepiękna szylkretka w czarne i rude łaty, w białych pończoszkach i z zawsze zdziwionym wyrazem pyszczka, wielbicielka paróweczek z szynki, które trzeba jej skubać po kawałeczku i ekstra podawać na zawołanie :).

Nasze koty są wychodzące, Basia i Balbinka już od wiosny są wypuszczane i w zasadzie mają tyle atrakcji w ogrodzie, że wracają do domu tylko na jedzonko. Po dwóch tygodniach aklimatyzacji w nowym miejscu dołączyła do nich także Kocia. Z reguły nawet na noc zostają na dworze. Zamknięte w domu domagają się wypuszczenia tak natarczywie, że zawsze w końcu ktoś nawet w środku nocy otwiera im drzwi. W ogrodzie jest altanka i coś w rodzaju gospodarczego pawilonu, gdzie w razie deszczu mogą się schować, mają tam różne schowki i specjalne, ocieplone miejsca do spania. Wydaje się nam, że są szczęśliwe :).




poniedziałek, 27 lipca 2020

A jednak...

No i co ja zrobię, jak mnie do tych mandali tak ciągnie z siłą wodospadu (czy jak to tam było w reklamie...)? 


Wiem, że tego nie widać, ale to naprawdę złoty żelopis na czarnym tle :)


Jakiś czas temu (na wiosnę, a może jeszcze wcześniej?!) obiecałam, że pokażę Wam komplet dziewięciu moich złotych mandali w oprawie i zawieszonych w miejscu docelowym. Jednakowoż przez pandemię i siedzenie w domu (poza chodzeniem do pracy od czasu do czasu) to się jednak rozleniwiłam trochę i oprawianie obrazków spadło z listy zadań na odległe miejsce. A jak już w końcu miałam się za nie zabrać (i nawet przyszły już zamówione passe-partotut i ramki), to jedną mandalę wyprosiła pewna znajoma miła osóbka...:). No i komplet się zdekompletował. Co mnie zresztą specjalnie nie zmartwiło, bo jak wyciągnęłam te obrazki w celu wspólnego przejrzenia, to mi się zamarzyło znowu rysowanie kolejnych mandalek :))). Więc sobie narysowałam! A co! A nawet może jeszcze narysuję... no, może już nie mandale, ale ten złoty żelopis na czarnym papierze bardzo mnie nęci :)))). Pomysły już są, ale jak zwykle problem jest z deficytem wolnego czasu ;(.

W każdym razie... 9 mandali jest, ale wciąż w takim oto "surowym" stanie:

Upsss, dziewiąta mandala nie załapała się w kadrze...

Rysunek wykonany złotym żelopisem na czarnym papierze, rozmiar 30x30 cm.
Jeśli ktoś chciałby sobie pooglądać wszystkie te mandale i poczytać historię ich powstawania, to są w tych wpisach:

numer 1 - "Na bogato" - to ta właśnie mandala poszła w dobre ręce :)

numer 2 - "Idź złoto do złota"

numer 3 - "Złota trójka"

numer 4 - "To jeszcze nie koniec złotej serii"

numer 5 i 6 - "Dwa złotka do kolekcji"

numer 7, 8 i 9 - "Tak powstają gwiazdy i pustynne róże"


*****

Izolacja społeczna związana z pandemią odbiła się mocno na mojej aktywności wszelakiej, nie da się ukryć... Chociaż na początku trzymałam się całkiem nieźle. Niezależnie od konieczności pójścia do roboty lub dla odmiany wolnego dnia (a w zasadzie - zgodnie z pandemicznym grafikiem w mojej firmie - wolnych prawie dwóch tygodni na miesiąc), starałam się żyć w rytmie "roboczym", czyli wstawać rano o tej samej porze, zabierać się do jakiegoś działania zaraz po śniadaniu itd. 
Owszem, korzyść jest taka, że sporo udało się zrobić w zaniedbanym już nieco ogrodzie i lekko ruszyć z remontem domu, ale poza tym, szczerze mówiąc, to cała masa spraw pozostała nietkniętych. Na spacery przez jakiś czas nie wolno było chodzić, więc się tak ogólnie "zastałam", a nawet, niestety, urosłam o jakieś trzy kilo... ekhm... Od razu śpieszę donieść, że wracam już do poprzedniego rozmiaru :). Ale... wbrew sobie powoli zaczęłam wpadać w jakiś marazm, wszystko zwolniło obroty... 

Z jednej strony - całkiem mi się podobał ten zwolniony rytm życia, ale zwolniłam na tyle, że blog się zakurzył i nie chciało mi się go odpalać. Swoim zwyczajem różne rzeczy wrzucałam do postów roboczych, ale zabrakło weny na dopracowanie choćby jednego wpisu, tak żeby dało się opublikować.

Z drugiej strony - wiele spraw w moim życiu przyśpieszyło, praca zdalna przyniosła sporo nowych wyzwań, pojawiły się pomysły biznesowe, w życiu rodzinnym pozytywne zawirowania... Można powiedzieć: dzieje się! Tak więc nie do końca może wpadłam w czarną dziurę, tylko zmieniły się priorytety. 
Jest też światełko w tunelu w sprawach twórczych, bo - jak widać powyżej i w poprzednim wpisie z "kredkowym" kotkiem - uruchomiłam warsztat plastyczny i coś tam powoli znowu działam :).

Wracając do moich mandali... niedawno przemiły komentarz, naszpikowany cudownymi komplementami, pod jednym z wcześniejszych "mandalowych" postów napisała Monika z bloga "Igła i nitka" :). No więc ja Wam chcę powiedzieć, że jednym z ważnych źródeł moich inspiracji i natchnień przy rysowaniu mandali jest właśnie Monika i jej genialne hafty. Pozwolę sobie tutaj jeden z nich wkleić, na zachętę dla oglądaczy, zajrzyjcie na ten kolorowy blog :).


źródło

Pewnie porównując moje monochromatyczne, czarne lub złote rysunki z bajecznie kolorowymi haftami Moniki nie dostrzeżecie szczególnego podobieństwa. Ale tak bywa, że od inspiracji do własnego wykonania droga bywa długa i bardzo pokrętna :). Zresztą spójrzcie - ta haftowana torba... czy nie podobna do moich mandalowych rysunków?!


źródło
Mandalami nie zamierzam Was jednak znowu zamęczać, w kolejnym wpisie będzie chyba jakiś "kredkowy" zwierzaczek, bo teraz mnie ten temat wciągnął :). 



*****

niedziela, 19 lipca 2020

Kot z sardynką w trzech odsłonach.

Od dawna wiedziałam, że tego kota muszę (no po prostu MUSZĘ bo się uduszę!) kiedyś narysować! I zaraz Wam opowiem jego historię (obrazka, nie kota).



Otóż błąkając się po internetach trafiam czasem na jakieś inspirujące zdjęcie, które zapisuję sobie z myślą, że może kiedyś coś na jego podstawie stworzę. Narysuję, namaluję... I tak właśnie było z tym oto zdjęciem przesympatycznego kocura, niestety nie wiem przez kogo wykonanym:



Tak mi się to kocisko spodobało, że zdjęcie natychmiast sobie zapisałam i wrzuciłam w przepastne głębie mojego komputera, powiększając kolekcję fotograficznych terrabajtów rozsadzających już dysk twardy wiekowego sprzętu. 

No i kto wie, może kot-złodziejaszek o wyglądzie podwórkowego zakapiora zaginąłby gdzieś tam w tych komputerowych czeluściach, jak tysiące innych inspiracji, gdybym jakiś czas później nie natrafiła na fantastyczny blog młodziutkiej artystki  Zosi Brzezińskiej (tutaj - klik!) . 

Tak się złożyło, że Zosia narysowała kota. 
TEGO właśnie kota! 

I oto jest obrazek Zosi, wykonany tuszem i kredkami akwarelowymi:

źródło

Czyż ta interpretacja nie jest fantastyczna?! Ja jestem zachwycona! Bardzo mi się podoba ten wyrazisty kolor sardynki i rozczochrane futro kota :). 
Zachęcam Was do zaglądania na blog Zosi, to bardzo młoda ale szalenie utalentowana dziewczyna. Jej obrazy, ilustracje i fotografie są naprawdę wysokiej klasy! 

Zarówno oryginalne zdjęcie kota z sardynką, jak i obrazek Zosi, tak mnie zauroczyły, że teraz to już obowiązkowo musiałam (no rozumiecie - musiałam!) stworzyć swoją wersję. Wygrzebałam na swoim komputerze to niesamowite zdjęcie, do tego co tam miałam - pastele, kredki, cienkopis, metaliczne farbki Kuretake Gansai, nawet kropka złotego żelopisu się przydała.

Kolory są bardziej wyraziste w realu, a tło w pięknym, ciepłym, delikatnym beżu papieru Clairefontaine, dedykowanego do akwareli.

Rysunek zasadniczo wykonany jest kredkami. Rybka została pociągnięta po całości farbką Kuretake Gansai w odcieniu białego złota, co daje perłowy efekt, a jednocześnie widoczne są kolory nałożone w pierwszej warstwie. Oko ryby z refleksem złotego żelopisu, bliki w kocich oczach to biały żelopis. Same źrenice zrobione czarnym cienkopisem. Biały żelopis "zrobił" też wibrysy kocura.

Opisuję to tak dokładnie, bo wiem, że na tych kiepskich fotach słabo to widać. Nadal działam starym aparatem, komputer co prawda wreszcie doczekał się wymiany, ale dopiero go oswajam i z programem do obróbki zdjęć trzeba jeszcze poczekać.
Co do aparatu natomiast, to uznałam, że lepiej będzie zainwestować w dobrego smartfona, bo telefon też się sypie, a fotografia moją pasją raczej nie będzie, więc do celów dokumentacyjnych jakiś "szajsung", czy coś w tym guście, powinien wystarczyć.

Wracając do kota z sardynką - w procesie tworzenia udział wzięli:
  • kredki Polychromos
  • czarny cienkopis 
  • złoty żelopis 
  • biały żelopis
  • suche pastele (konkretnie jedna sztuka, biała, na pyszczku)
  • metaliczne farbki Kuretake Gansai
  • papier akwarelowy Clairefontaine 
Rozmiar obrazka - A4. Zdjęcie poniżej miało udokumentować perłową powłokę na rybich łuskach, ale chyba średnio to widać ;).





*****



sobota, 11 kwietnia 2020

Książki w moim życiu - część 3.

Część pierwsza tego cyklu zaczyna się rozrastać - poprzedni post był de facto aneksem czy uzupełnieniem do części pierwszej, w której pisałam o moich ulubionych książkach z czasów wczesnej młodości (orientacyjnie - podstawówka i liceum). "Aneks" dotyczył książek tzw. dziewczyńskich i jakoś tak wyszło, że napisałam tam więcej o książce, za którą nie przepadam, niż o tych, które lubię. Dzisiaj będzie aneks numer dwa, o książkach przygodowych i podróżniczych. 
Swoją drogą - grzebiąc wczoraj w biblioteczce odnalazłam gdzieś w drugim rzędzie książek takie pozycje, które by pasowały do aneksu numer jeden, a pisząc go o nich zapomniałam. No ale trudno, wszystkiego nie ogarnę :).

Tak jak to było w poprzednich częściach tej opowieści - na pewno nie wspomnę tutaj o wszystkich książkach, jakie przeczytałam. Po pierwsze - bo wielu już nie pamiętam, po drugie - nawet jak pamiętam, to nie o wszystkich warto wspominać, po trzecie - gdybym chciała napisać o wszystkich książkach, jakie w życiu przeczytałam, a przy tym jeszcze o każdej wspomnieć choć kilka zdań, to by się zrobiła tasiemcowa powieść, której nikt nie chciałby czytać, bo ileż można. 

Nie mam pojęcia, ile tych książek w moim życiu było... Z całą pewnością kilka tysięcy, nie licząc podręczników i zupełnie pomijając "powtórki" czyli czytanie po wielokroć tych samych tomów. W domu mam około 2 tysięcy książek, z których przeczytałam prawie wszystkie (nie wszystkie lektury mojego męża mnie pasjonują, więc je omijam). A przecież to tylko jakiś ułamek tego, co przeczytałam. Bo jest jeszcze druga nieco mniejsza biblioteka u rodziców, tam też wszystko zaliczyłam, a większość tytułów nie pokrywa się z moimi zbiorami. No i była cała masa książek pożyczanych i pewna ilość zaczytanych do końca, czyli dokumentnie zniszczonych przez kilka pokoleń i ostatecznie wyrzuconych. Niektóre odkupiłam w nowych wydaniach :). Tak że spokojnie mogę szacować mój czytelniczy dorobek na tych parę tysięcy. Zatem nie sposób tutaj o tym wszystkim pisać szczegółowo, dlatego też z grubsza jedynie naświetlam obszar, jaki mnie w literaturze na różnych etapach życia pasjonował.

Jeśli ktoś ma ochotę przeczytać tę historię od początku, to zapraszam:

Jak już wcześniej wspominałam, na etapie szkoły podstawowej, a później średniej, bardziej niż romansowe historie nastolatków interesowały mnie - przyroda i przygoda. Romanse wolałam przeżywać w realu :). No nie powiem, czasem i jakąś romantyczną historię przeczytałam, o kilku wspomniałam w poprzednim wpisie, ale największą pasją była wtedy literatura podróżnicza i przygodowa. 




Nie pamiętam jakiegoś szczególnego przełomu czy kamienia milowego, od którego się to zaczęło. Mniej więcej w piątej klasie czytałam na przykład książki Marka Twaina o przygodach Tomka Sawyera, czy Henryka Sienkiewicza "W pustyni i w puszczy". 

Gdzieś na ten czas przypadło też spotkanie z "Podróżami Guliwera" Jonathana Swifta - w tej książce największe wrażenie zrobiła na mnie ostatnia część "Podróż do kraju Houyhnhnmów" i wspomnienie o niej towarzyszy  mi do dzisiaj, kiedy mam do czynienia z końmi.  Jeśli ktoś nie czytał i ma tylko jakieś mgliste skojarzenia o spotkaniu Guliwera z olbrzymami i karzełkami, to na zachętę polecam zapoznanie się z opisem w Wikipedii (tutaj), a następnie sięgnięcie po tę książkę. Nie jest to typowo podróżnicza opowieść, bo krainy są wymyślone, a głównym zamysłem autora była parodia i krytyka ówczesnego angielskiego społeczeństwa, ale mając lat 12 byłam zafascynowana głównie niezwykłością tych przygód. Przewijał się tam także motyw morskich podróży, który później także wielokrotnie przyciągał mnie jak magnes do rozmaitych książek.



Jedną z tych pierwszych pozycji osnutych na morskich motywach była książka Rudyarda Kiplinga "Kapitanowie zuchy". Pewnie bardziej znana jest tego autora "Księga dżungli", ale dla mnie o wiele bardziej fascynująca jest ta pierwsza historia, opowiadająca szczegółowo o pracy zwykłych rybaków w czasie wielotygodniowych połowów. Na pokład ich kutra trafia rozbitek - rozpuszczony syn milionera. Z konieczności musi przystosować się do ciężkich warunków życia, w jakie niespodziewanie wrzucił go los. Stopniowo z wątłego maminsynka przeobraża się w odpowiedzialnego członka załogi. Uwielbiam takie opowieści o prostym i trudnym życiu, o ciężkiej ustawicznej pracy, która przynosi satysfakcję i jakiś happy end, o kształtowaniu charakteru :). Książka generalnie przeznaczona dla młodzieży, z interesującym motywem przewodnim, ale niektórych czytelników może zmęczyć szczegółowe opisywanie codziennych rybackich czynności. Dla mnie to była jednak możliwość przeżycia w wyobraźni prawdziwej morskiej przygody :). Budujący jest także proces przeobrażania lalusia w wilka morskiego. Przeczytałam z zapartym tchem i wielokrotnie do tej pozycji wracałam, zawsze z taką samą przyjemnością.

Kiplinga "Księgę dżungli" oczywiście też przeczytałam, ale jakoś mnie nie porwała. 
Bardziej fascynowały mnie przygody opisywane przez Jacka Londona, w sporej części oparte na jego osobistych przeżyciach z barwnego życiorysu: "Biały Kieł", "Zew krwi"... Większość jego książek czytałam korzystając jeszcze z biblioteczki mojego taty, w mojej znalazłam tylko "Wilka morskiego", chociaż powinno być tych pozycji więcej. No cóż, mój małżonek lubi pożyczać książki znajomym i później jakoś i on i oni zapominają, że co pożyczone to trzeba zwrócić.




Z biblioteki mojego taty pamiętam (bo czytałam je niemal na okrągło) genialne książki Jamesa Curwooda - "Włóczęgi północy", "Szara wilczyca" (zaczytywałam się nią!), "Łowcy wilków","Łowcy złota"...


W tym samym mniej więcej czasie (5-6 klasa podstawówki) nastała moda na Indian. Leciała wtedy w kinie cała seria filmów o Winnetou, w oparciu o powieści Karola Maya - "Winnetou", "Winnetou i Apanaczi", "Winnetou i Old Shatterhand", "Skarb w Srebrnym Jeziorze" "Złoto Apaczów" i jeszcze kilka innych, a w czasopiśmie dla młodszych nastolatków był cykl rozmaitych artykułów o historii, kulturze i zwyczajach indiańskich, zachęcających do organizowania zabaw w Indian. Wyjaśniano tam na przykład co to było kipu, czyli pismo węzełkowe Inków, pokazywano jak zbudować tipi, wykonać różne ozdoby w stylu indiańskim itd. Co tydzień jakiś nowy temat. 



Byłam tym wszystkim tak zafascynowana, że nawet w pewnym momencie miałam takie ciche marzenie, żeby się jakimś cudownym zbiegiem okoliczności okazało, że w moich żyłach płynie choćby kropla indiańskiej krwi :). Na moje nieszczęście od dziecka byłam blondynką, więc uroda w tym przypadku nie była moim sprzymierzeńcem...

Sięgnęłam więc po beletrystykę o Indianach, ale drążyłam temat dalej i na fali tej fascynacji nabyłam poważniejszą, popularnonaukową pozycję "Księga Indian" Ewy Lips. Badaczka, która wielokrotnie wyprawiała się w rejony zamieszkiwane obecnie lub dawniej przez Indian pólnocnoamerykańskich, opisała drobiazgowo kolejne etapy życia Indianina, wraz z rozmaitymi obrzędami, zwyczajami, ich historię i kulturę. Ta książka towarzyszyła mi przez kilka lat nieustannie - po pierwszym przeczytaniu od deski do deski zaglądałam do niej wielokrotnie, przypominając sobie różne szczegóły, porównując z innymi książkami o Indianach, które wówczas czytałam. 
Nie pamiętam już jak i kiedy trafiłam na pierwsze informacje o wielkich indiańskich cywilizacjach Ameryki Południowej i Środkowej - Azteków (rejon obecnego Meksyku), Inków (obecnie Peru), ale dalej poszłam tym tropem i do dzisiaj pozostała mi fascynacja tajemnicami wysoko rozwiniętych starożytnych cywilizacji z całego świata. Nie omieszkam kiedyś o tym opowiedzieć :).



Jakoś w tym czasie wpadły mi w ręce książki typowo podróżnicze. Wielu tytułów nie pamiętam, ale mam do dzisiaj niektóre z tych ulubionych, jak choćby "Safari Mingi" Wacława Korabiewicza, czy "Ryby śpiewają w Ukajali" Arkadego Fiedlera. Pisząc ten post przeczytałam po raz setny tę ostatnią książkę, o wyprawie autora do Amazonii. Niezwykle lekko napisana, fascynująca opowieść o samej podróży, o spotykanych ludziach, o niesamowitej przyrodzie, z umiejętnie wplecionymi wątkami historycznymi, przybliżającymi czytelnikowi niezwykłe dzieje plemion zamieszkujących ten tajemniczy rejon. Wyprawę do Amazonii Fiedler odbył w 1933 roku, blisko 90 lat temu! Była to więc zupełnie inna rzeka, zupełnie inna puszcza, zupełnie inne realia i ludzie...
Przeczytałam sporo jego książek, głównie tych podróżniczych,  ale także znakomity "Dywizjon 303" i beletrystyczne książki dla młodzieży na motywach zaczerpniętych z wielu podróży ("Mały bizon","Wyspa Robinsona"itd). Niektóre z tych książek jeszcze mam, jak widać - mocno zużytych od częstego czytania :). Niektóre pochodzą z młodzieńczego księgozbioru mojego męża. Kilka chyba zniknęło, albo nie dokopałam się do nich... Mam teraz takie mocne postanowienie, że jak się ta koronawirusowa apokalipsa skończy, to muszę uzupełnić księgozbiór o te brakujące pozycje Fiedlera. 



Chyba pod koniec podstawówki przyszła kolej na zauroczenie książkami Juliusza Verne'a - "20000 mil podmorskiej żeglugi" czytałam z zapartym tchem i ledwo skończyłam, to za chwilę czytałam ponownie i tak jeszcze wiele razy... Niesamowity świat fauny i flory oceanicznych głębin, a do tego niezwykłe wynalazki kapitana Nemo, w jakie zaopatrzył swoją podwodną twierdzę - Nautilusa... Byłam tym wszystkim oczarowana, marzyłam, żeby przeżyć taką podróż :). Zachwycona tą książką sięgałam kolejno po inne opowieści Verne'a - "Dzieci kapitana Granta",  "W 80 dni dookoła świata", "Tajemnicza wyspa", "Gwiazda Południa", "Podróż do wnętrza Ziemi" itd.  Ulubioną do dzisiaj pozostała książka "20000 mil podmorskiej żeglugi" i zaraz po niej - "Dzieci kapitana Granta" i "W 80 dni dookoła świata".


Już w szkole podstawowej miałam skłonność do poszukiwania w książkach prawdy, lubiłam opowieści oparte na autentycznych wydarzeniach, z wątkami biograficznymi. Wyszperałam teraz z półek w mojej biblioteczce na przykład jedną z moich ulubionych tego typu - książkę Adama Majewskiego "Wojna, ludzie i medycyna". Autor był lekarzem chirurgiem w czasie II wojny światowej. Jak pisze wielu recenzentów - ta książka powinna znaleźć się w spisie lektur szkolnych, zamiast wielu miałkich nowomodnych dyrdymałów. Brutalnie i szczerze, choć jednocześnie ze sporą dawką humoru, autor opisuje codzienne perypetie lekarza wojennego, a zarazem obserwacje dotyczące stosunków panujących w armii, postaw zarówno bohaterskich, jak i zwykłych szwindli, zdrad i tchórzostwa. Naprawdę fascynująca historia.


Wspomniałam wcześniej o zainteresowaniu starożytnymi kulturami, wielkimi cywilizacjami, które zakiełkowało we mnie także już na etapie szkoły podstawowej, wybuchło wręcz w liceum i tak mi to jakoś zostało do dzisiaj :). Jeden wątek to były kultury indiańskie - Aztekowie, Inkowie, ale zaraz później pochłonęła mnie historia sztuki, ze szczególnym uwzględnieniem sztuki i kultury Starożytnego Wschodu. Nie będę tego tematu rozwijać, bo to jest taki konik, który mnie ponosi, jak już go dosiądę :). Opowiem o tym przy okazji książek o sztuce.

Natomiast w liceum bodajże, w ramach przerabiania lektur obowiązkowych, męczyliśmy się z "Iliadą" i "Odyseją" - pomijając temat, to forma tych dzieł jest dla mnie niestrawna. Zupełnie nie mogłam się wczuć w fabułę i przeżycia głównych postaci. Ale niedługo potem trafiła w moje ręce genialna pozycja "Sen o Troi" Heinricha Stolla - powieść o życiu Henryka Schliemanna, odkrywcy Troi i Myken. Niewiarygodna, a jednak prawdziwa historia chłopca, który - oczarowany dziełami Homera - swoją wczesną fascynację kulturą i historią antycznej Grecji realizował przez całe życie z konsekwencją i uporem graniczącymi z szaleństwem. Jego pasja, ciężka praca i długie lata starań i wyrzeczeń, zaowocowały odkryciami archeologicznymi, które wprawiły w osłupienie cały naukowy świat. Książka popularnonaukowa, łącząca dużą dawkę informacji historycznych z barwnie opowiedzianą biografią genialnego, choć kontrowersyjnego odkrywcy. Pasjonująca lektura! To także jedna z tych książek, do których lubię wracać co jakiś czas i czytam znowu z wypiekami na twarzy :).

Mogłabym jeszcze długo wymieniać książki, które w czasach szkolnych zapadły mi w pamięć. Była wtedy taka świetna seria książek "Złoty Liść", miałam z niej sporo pozycji, a do ulubionych należały: "Paziowie króla Zygmunta" Antoniny Domańskiej, "Pigularz" Wacława Gąsiorowskiego (w późniejszych latach przyszła kolej na jego poważniejsze książki), "Wspomnienia niebieskiego mundurka" Wiktora Gomulickiego, "Ze wspomnień Samowara" Benedykta Hertza...

Obawiam się, że trochę Was zanudziłam tymi książkowymi wspominkami, więc na razie będzie przerwa. A jako przerywnik postaram się w kolejnym wpisie wrzucić jakieś moje nowe obrazki, bo się parę zebrało :).

*****

wtorek, 31 marca 2020

Książki w moim życiu - część 2.

Do początku tej opowieści odsyłam tutaj (klik!) - Książki w moim życiu - część 1.

Szczerze mówiąc - nie sądziłam, że ta historyjka kogoś zaciekawi, toteż bardzo miło zaskoczyło mnie ciepłe jej przyjęcie :). Myślę, że przyczyniła się do tego epidemia i przymus siedzenia w domu. Człowiek się nudzi i czyta takie tam różne dyrdymałki... Sama sporo czasu spędziłam w ostatnich dniach na przeczesywaniu internetu, miałam po prostu na to więcej czasu niż zwykle. 

Ogólnonarodowa kwarantanna dopiero się rozkręca, więc jest szansa, że dalszy ciąg moich książkowych historyjek znajdzie czytelników :).
W zasadzie planowałam napisać jeszcze tylko tę drugą i zarazem ostatnią część, na tym miał być koniec. Ale wiele osób pisało, że opowiadanie o moich książkach z dzieciństwa poruszyło w nich sentymentalne, wzruszające wspomnienia... bo te same książki były w ich domach, bo przypomniały im się ich własne ulubione lektury z młodości... Opowiadaliście w komentarzach o swoich ukochanych książkach i bohaterach, napisaliście wiele ciepłych słów, dziękując za ten post. A ja bardzo Wam dziękuję za tak ciepłe, przemiłe słowa i za to, że dzielicie się ze mną swoimi wspomnieniami :). 

W tej sytuacji pomyślałam sobie, że dopiszę jeszcze aneks do tej pierwszej części. 
Zamiast przeskakiwać od razu do poważnych aspektów dojrzałego, dorosłego czytelnictwa, jak miałam to w planie, zatrzymam się jeszcze przy tych młodzieńczych lekturach, do których ja także wracam z ogromną sympatią i wzruszeniem. Może nawet będą dwa aneksy... 
Dzisiaj - o literaturze "dziewczyńskiej" :).

Prawdę powiedziawszy to dużo tego nie ma, w podstawówce czy liceum typowych książek dla dziewcząt jakoś specjalnie nie wybierałam. Książki, którymi zachwycały się koleżanki, niekoniecznie trafiały w mój gust. Tak jak pisałam w pierwszej części - dość szybko polubiłam litearturę przygodową i podróżniczą, a od początku ogólniaka z wielkim zapałem czytałam poważną klasykę, która moim rówieśnikom wydawała się nudna i niezrozumiała. No taka była ze mnie dziwaczka. Oni chodzili na dyskoteki, a ja malowałam obrazki i czytałam książki.

To teraz kilka słów napiszę o sobie.  
W głębi duszy jestem romantyczką i marzycielką, jestem bardzo empatyczna, wrażliwa, uczuciowa, szczera, nie lubię plotek i intryg, zawsze miałam bujną wyobraźnię, lubię przyrodę, jestem optymistką, dla której zawsze szklanka jest do połowy pełna, cieszę się drobiazgami, niewiele mi potrzeba do szczęścia. 
Czyż nie jestem podobna do Ani Shirley?! ;)  




W komentarzach pod poprzednim wpisem pojawił się wątek "Ani z Zielonego Wzgórza", która dla wielu czytelniczek była ukochaną powieścią w czasach pierwszej, a niekiedy i drugiej młodości. Na starym, nieistniejącym już blogu, pisywałam także dość często o książkach i pamiętam, że temat tej bohaterki także wzbudzał sporo emocji. 
Daleka jestem od krytykowania książek Lucy Montgomery, są całkiem zgrabnie napisane, ale nie podzielam w pełni zachwytu licznej rzeszy jej wielbicielek. Postaram się to wytłumaczyć, po części pisałam już o tym w odpowiedziach na komentarze. 

Od razu zaznaczam, że nie chcę nikogo do niczego przekonywać, tylko wyjaśniam dlaczego nie należę do fanklubu Ani.

Moje pierwsze zetknięcie z "Anią z Zielonego Wzgórza" to nie była książka, lecz kiepskie, w moim odczuciu, przedstawienie teatralne, na które poszliśmy z połową szkoły. Nie pamiętam, która to była klasa, może czwarta albo piąta. 

Scena była obrotowa, z dość topornych desek, podzielona na trzy części, obracała się jakoś tak, że za każdym razem bardziej nas frapowało czy się to wszystko nie rozleci, bądź zatnie - niż akcja, gra aktorów i scenografia - bardzo zresztą umowna i uboga. Taka jakaś toporna koncepcja prostego wiejskiego życia prawdopodobnie...

Anię grała dorosła aktorka - dla oglądających to przedstawienie dzieci wrażenie było więc takie, że wszyscy aktorzy byli jednakowo starzy i chwilami trudno było się połapać, które kobiety to dzieci, a które - dorośli. 
I dlaczego ta kobieta zachowuje się tak dziecinnie.  I ta pretensjonalna egzaltacja w sposobie wypowiadania się, paplania bezsensowna... 

Tutaj przypomnę, że opowieść o Ani zaczyna się w zasadzie od jej narodzin, ale przyjmując za bardziej istotny moment pojawienia się głównej bohaterki na Zielonym Wzgórzu, to miała ona wtedy 11 lat, a pod koniec chyba 16. Ja miałam, oglądając to, 12 czy 13 lat, i trzeba dodać, że nie znałam wcześniej treści książki. Patrząc na scenę trudno było wbić sobie do głowy, że oglądamy małą dziewczynkę czy nastolatkę. 

Przedstawienie, siłą rzeczy, było okrojoną mocno wersją powieściowego pierwowzoru, reżyser skupił się na kilku oderwanych wątkach, więc nie znając kontekstu chwilami traciłam orientację w nagłych przeskokach akcji. Jakoś z tego wszystkiego można było się zorientować, że Ania miała dobre serce, ale przy tym wydawała mi się nieco fajtłapowata, oderwana od rzeczywistości i denerwująco gadatliwa, a chwilami niezrozumiale agresywna. 
Nie podobało mi się to wszystko kompletnie. 

Po takim doświadczeniu miałam negatywne nastawienie do książki i kiedy trzeba było ją przeczytać, a potem omawiać na lekcji, nie mogłam pojąć zachwytu nauczycielki i z trudem przebrnęłam przez lekturę. Miałam w wyobraźni tę kobietę, która zachowywała się jak nawiedzona dzidzia-piernik, leżała w łóżku w majtasach z falbanami i paplała górnolotnie lecz bez sensu, jak nakręcona. Marzycielstwo mi nie przeszkadza, ale oderwanie od rzeczywistości połączone z egzaltacją i wybuchowym charakterem to nie są cechy, które mogłabym polubić, więc Ania Shirley nie zyskała mojej sympatii.

Do różnych książek z młodości wracam po latach, bo ciekawi mnie, jak z perspektywy lat i życiowych doświadczeń będę odbierać ten sam tekst. Przeżywam w związku z tym najróżniejsze zaskoczenia i rozczarowania - zarówno pozytywne jak i negatywne. Gdzieś koło 30-tki będąc, przeczytałam więc ponownie także "Anię z Zielonego Wzgórza" i nawet dwie kolejne części. Na więcej nie miałam ochoty, nie wciągnęłam się na tyle w akcję, żeby śledzić dalsze losy bohaterki.

Nie przeczę - czytało się dość gładko, zwłaszcza drugą i trzecią część, bo historia jest spójna, dobrze napisana, ale na pewno więcej do tej powieści nie wrócę, nie zapadła w moje serce i nie ciekawi mnie co było dalej. 

Wypowiedzi małej Ani, które tak podobają się wielu czytelniczkom, raczej mnie irytują, a w najlepszym razie bawią i nawet się dziwię, że tak egzaltowana osóbka bujająca nieustannie w obłokach staje się potem, w kolejnych częściach książki, tak jakoś ni z tego, ni z owego, całkiem "ogarniętą" kobietą. Być może jej górnolotny sposób mówienia, wnikliwe obserwacje otoczenia, filozoficzne rozważania itd, świadczą o jej ogromnej wrażliwości, ale bardziej chyba po prostu o skłonności do fantazjowania.

Kiedy ten drugi raz czytałam historię Ani Shirley, bardziej skupiłam się na tym, co spowodowało, że Ania tak dziwacznie się zachowywała. Przyczyną było jej trudne dzieciństwo, wzorowane zresztą na osobistych doświadczeniach autorki. Bardzo wcześnie straciła rodziców, nie czuła się kochana, już w dzieciństwie musiała pracować (!). Tak naprawdę to cała historia małej Ani jest istną martyrologią. Wszystko tam jest przygnębiające, mnożą się kary i prześladowania. Ucieczką od koszmarów codzienności było więc dla niej fantazjowanie, wymyślanie nieistniejących przyjaciółek, udawanie, że sama jest kimś innym, dorabianie wymyślnych nazw zwyczajnym rzeczom. Chodząc z głową w chmurach trochę się w tym wszystkim gubiła, była nieustannie rozkojarzona i w efekcie wpadała nieustannie w kłopoty.

Kiedy myślę o zachowaniu małej Ani Shirley, przypominają mi się niektóre dzieci z domu dziecka, z którymi miałam styczność głównie na wakacyjnych koloniach organizowanych przez zakład, w którym pracował mój tato. Firma zawsze fundowała wyjazd także dla jakiejś grupy podopiecznych z domu dziecka. I te dzieci, skądinąd całkiem fajne, opowiadały niestworzone historie o swoich fantastycznych, kochających i bardzo zamożnych rodzicach. Najczęściej były to opowiadania o tym, że zaraz po tych koloniach mama czy tata zabiorą ich na wczasy do Bułgarii, która była wówczas szczytem marzeń i niebywałym luksusem, kupią im także mnóstwo wspaniałych prezentów, bo zresztą przecież zawsze tak robią, i w zasadzie to wszystko w ich życiu wydawało się cudowne i bajkowe. Jak w fantazjach Ani Shirley. Nie podważałam nigdy tych opowieści, ale było to tak grubymi nićmi szyte, że słuchałam z niedowierzaniem i smutkiem, bo nawet jak miałam 10 lat, to zdawałam sobie sprawę, że w domu dziecka nie jest się na chwilę i przez przypadek, i że to wszystko są tylko marzenia...

Dokładnie tak samo było z Anią Shirley. Jeśli ktoś jest oburzony tym co tutaj napisałam, proponuję przeczytać nietypową recenzję "Ani z Zielonego Wzgórza" - tutaj: http://ardeeda.pl/historia-ani-shirley-nie-jest-optymistyczna-avonlea-mroczne-te-ksiazki-sa-smetne/ . Autorka recenzji szczerze i brutalnie punktuje wszystkie te przerażające kwestie, o których tak naprawdę opowiada książka, a wiele osób o nich zapomina: niewolniczą pracę małego dziecka, odrzucenie, osamotnienie, brak miłości i akceptacji, prześladowania, wyśmiewanie, krytykowanie, wymyślne kary, poniżanie... Z tym wszystkim musiała się zmierzyć mała dziewczynka, a później nastolatka! Zarówno dorośli w tej książce, jak i jej rówieśnicy, w znakomitej większości to jej prześladowcy - ludzie okrutni i podli. Jak można czytać taką książkę z przyjemnością? Mnie bolało serce. Męczę się, czytając takie historie, dlatego też odrzucało mnie od tej książki. Ja widziałam tam przede wszystkim smutne dzieciństwo i wyobcowanie dziewczynki, która od tego wszystkiego dostaje rozdwojenia jaźni. 
Może jestem nadwrażliwa...

Jednak współczucie dla emocjonalnych i takich zwyczajnych, życiowych  problemów Ani Shirley, dla jej osamotnienia i zagubienia, nie wzbudziło we mnie sympatii dla tej dziewczynki, a jedynie współczucie. Nie znając przyczyn jej dziwacznego zachowania - nie chciałabym jej mieć za przyjaciółkę. Jest jaka jest, ale to nie moja bajka. Boję się ludzi nadmiernie fantazjujących i bezustannie paplających, wydają mi się nieszczerzy, podejrzani, dziwni, może chorzy, niezrównoważeni... no w każdym razie coś z nimi jest nie tak.

W drugiej części następuje nagły skok poziomu intelektualnego Ani, jej równowaga psychiczna wraca do normy, a za tym nadchodzi totalna zmiana w zachowaniu.  Ale co się stało to się nie odstanie, za tamtą dziewczynką z pierwszej części nie przepadam. Dla mnie Ania z części pierwszej i ta z kolejnych - to dwie zupełnie inne osoby.

Dalsze losy Ani, opisane w kolejnych częściach jej historii, napisane są z zupełnie odmienioną koncepcją postaci. Ania jest nagle całkiem inną osobą. Dorosłą, dojrzałą emocjonalnie, inteligentną, rozsądną i odpowiedzialną. Trochę to zaskakujące, tak za jednym pstryknięciem... no, ale może w życiu też tak bywa? Może tak było z Lucy Montgomery? Niektórzy ludzie doroślejąc wyrastają także z dziecięcych lęków, zmieniają się totalnie. W każdym razie pierwsza i kolejne części "Ani" to książki w zupełnie innym duchu i przeznaczone dla zupełnie innych odbiorców. 
Część drugą i trzecią akceptuję. Pierwszej, niestety, nadal - nie.


Ale dajmy spokój Ani z Zielonego Wzgórza, bo miałam pisać o książkach, które w młodości lubiłam. Teraz będzie krótko i treściwie :).

W nurcie literatury, która określam jako "dziewczyńską", jako jedne z pierwszych, poza bajkami o królewnach, pojawiły się na przykład: "Mania Lazurek" Hanny Januszewskiej, "Małgosia kontra Małgosia" Ewy Nowackiej, "Godzina pąsowej róży" Marii Kruger, książki Kornela Makuszyńskiego - jak choćby "Awantura o Basię" czy "Szaleństwa panny Ewy". Takie historyjki związane z dziewczynami, ale przede wszystkim albo awanturnicze, albo nieco magiczne, z przenoszeniem się w czasie. Tak naprawdę więc nie miało znaczenia, czy głównym bohaterem jest chłopak czy dziewczyna. 
Oczywiście takich książek była cała masa, bo czytałam wszystko, co mi wpadło w ręce, ale wielu tytułów i autorów po prostu w tej chwili nie pamiętam. Niektóre poprzypominały mi się, bo mam je w swojej biblioteczce. Nawet odłożyłam sobie niektóre, żeby zaraz przeczytać ponownie :). 


Książki Makuszyńskiego na tym zdjęciu to już nowsze wydania, które kupiłam dla moich dzieci.

Pod koniec mojej podstawówki z takich poważniejszych książek o miłości jedną z najbardziej znanych stała się Ericha Segala "Love story", której rozgłos przyniosła ekranizacja. Z kina wszyscy wychodzili zaryczani... no, wszystkie dziewczyny, bo chłopaki tylko dyskretnie pociągali nosami ;). Krótka, prosta, piękna opowieść o zwyczajnej miłości dwojga młodych ludzi, których dzieli wszystko, zakończona w najmniej spodziewanym momencie w sposób rozrywający serce... Ale takich książek napisano tak niewiele....




Generalnie nie szukałam w książkach tematyki związanej z młodzieńczymi problemikami miłosnymi, bo miałam ich nadmiar w realnym życiu. Na brak wielbicieli nie narzekałam, chociaż oczywiście moje życie uczuciowe nie było samymi różami usłane, bo nawet jak dziesięciu chłopaków się we mnie kochało, to ja akurat miałam słabość do tego jedenastego, co nie bardzo zwracał na mnie uwagę. Tak że parę razy serce miałam zranione, ale nie roztrząsałam takich kwestii z koleżankami, nie paplałam z nimi kto z kim i dlaczego, nie gadałam z nimi jakoś specjalnie o kieckach, kosmetykach i tak dalej. Ja w ogóle w młodości byłam mało wylewna. W każdym razie zawsze miałam mnóstwo kolegów, z dziewczynami tych przyjaźni było niewiele... może za to były bardziej szczere i trwałe...

W połowie podstawówki czytywałam już namiętnie całkiem poważne, "dorosłe" książki, ewentualnie z tak zwanych młodzieżowych - podróżniczo-przygodowe, których do typowo dziewczęcych nie da się zakwalifikować. 

Gdzieś na początku ogólniaka trochę uwagi poświęciłam poezji, ale była to raczej chwilowa słabość. Została mi sympatia do utworów Staffa czy Gałczyńskiego, później polubiłam Pawlikowską-Jasnorzewską, Szymborską i Twardowskiego, ale to nieliczne wyjątki. Generalnie nie jestem fanką poezji.




O klasyce w literaturze najpewniej jeszcze wielokrotnie będę Wam przynudzać, więc żeby się tutaj nie rozpisywać nadmiernie, wspomnę tylko krótko o kilku pozycjach z gatunku tzw. literatury kobiecej (a przynajmniej tak mi się wydaje), które poznałam gdzieś w czasach licealnych i później wielokrotnie do nich wracałam - te akurat pamiętam i w większości posiadam:
  • "Dewajtis" Marii Rodziewiczówny, książka ukochana jeszcze przez moją babcię! a polecona mi przez mamę; 
  • tej samej autorki "Między ustami a brzegiem pucharu", "Wrzos";
  • Heleny Mniszkówny "Trędowata";
  • "Pamiętnik pani Hanki" Tadeusza Dołęgi-Mostowicza;
  • książki Jane Austen, na czele z "Rozważną i romantyczną", "Dumą i uprzedzeniem", "Emmą"...;
  • "Dama kameliowa" Alexandra Dumas'a (syna);
  • książki starszego Alexandra Dumas'a, czyli ojca - generalnie uwielbiam wszystkie i większość z nich można zaliczyć do tych typowo "kobiecych";
  • Honore de Balzac - i znowu mnóstwo książek, do których nieustannie wracam z wielką sympatią: "Eugenia Grandet", "Kuzynka Bietka", "Kobieta trzydziestoletnia", "Blaski i nędze życia kurtyzany"...
  • "Lalka" Bolesława Prusa;
  • Gustave Flaubert "Pani Bovary"...
...żadne tam Nory Roberts, Danielle Steel, czy L.E.James (brrr!) - co prawda to trochę późniejsza epoka niż moja wczesna edukacja, ale tego typu literatura nigdy nie była w moim guście. Coś tam czasem przeczytałam, zazwyczaj z polecenia koleżanek, ale żebym sama szukała takich czytadeł, to nie, zdecydowanie nie. Nie krytykuję, niech tam sobie czyta kto chce, mnie to zupełnie nie porywa. Z ówczesnych modnych autorów literatury tzw. młodzieżowej, moje koleżanki uwielbiały na przykład Siesicką, ja owszem czytałam, na przykład takie książki jak "Zapałka na zakręcie", "Fotoplastykon", "Zapach rumianku", "Urszula", "Kiedy to się zaczyna" - ale przeczytałam i zapomniałam. Bez większych emocji. Podobnie wielu innych autorów, których już nie pamiętam.

Na pewno pominęłam wiele nazwisk i tytułów, ale o tych ważniejszych dla mnie wspomniałam. Jak widać chyba po tym krótkim zestawieniu - lubię literaturę klasyczną. Będziemy do tego wracać :). Ale najpierw w kolejnej części rzecz będzie o książkach podróżniczych i przygodowych. Chociaż... i tutaj bez klasyki się nie obejdzie :).


*****
CDN...

czwartek, 26 marca 2020

Książki w moim życiu - część 1.

Ten wpis zaczął powstawać już jakiś czas temu - z nieco inną koncepcją i wizją. Ale wizja stopniowo się zmieniała, tekst rozrastał się w sposób niekontrolowany, niektóre fragmenty zaczynały niemal żyć własnym życiem i przemieniać się w odrębne opowieści. Próbowałam więc ten nadmierny rozrost ukrócić, wyrzucając różne kawałki i nazbyt obszerne dygresje. W końcu uznałam, że powinnam zacząć od nowa. Ale zapał mi minął... a wielokrotnie przerabiany post pozostał, zawieruszony gdzieś wśród innych wersji roboczych, których zawsze trochę mam pozapisywanych. 

W dobie powszechnej kwarantanny pomyślałam sobie, że chociaż to pewnie nie jest jakaś szczególnie pasjonująca historia, to może ktoś znudzony odosobnieniem szuka takich opowieści, ot tak, żeby cokolwiek poczytać, oderwać myśli od koronawirusa, braku maseczek ochronnych i wyczerpujących się zapasów żwirku dla kota. No to zapraszam, będzie o książkach, poopowiadam Wam trochę jak to z nimi było w moim życiu. Dzisiaj będzie o wczesnej młodości :).

Oczywiście nie pisałabym o książkach, gdyby nie były ważną częścią mojego życia.
Bezsprzecznie od zawsze byłam molem książkowym, czytałam zawsze i wszędzie... 

Pierwsze wspomnienia związane z samodzielnie przeczytaną książką to nieco sfatygowany elementarz Falskiego, podarowany mi przez nieco starszą kuzynkę. Ten na zdjęciu to już mój własny egzemplarz, który nosiłam w tornistrze do szkoły, obecnie też już sfatygowany, bo i sporo czasu upłynęło, i moi synkowie też pobierali z niego pierwsze domowe nauki czytania (w szkole dostali już oczywiście całkiem inne podręczniki).



... i rzut oka do środka, gdzie widać przykłady pisma, jakim uczyliśmy się wówczas pisać:


Na marginesie dodam, że w pierwszej klasie miałam nauczycielkę starej daty, która uczyła nas pisać pismem kaligraficznym, przy pomocy obsadki ze stalówką maczaną w atramencie. Taką stalówką można było "wyciągnąć" piękne literki ze zmienną grubością linii - zazwyczaj linia idąca pionowo jest grubsza, a pozioma i skośna - cieniutka. To widać na tej otwartej stronie elementarza. 
Pisanie tradycyjną stalówką wymusza większą staranność. 
Pod koniec pierwszej klasy przeprowadziliśmy się do innego miasta. W nowej szkole pisało się tak zwanym wiecznym piórem, a zaraz potem weszły w użycie długopisy, którymi można pisać o wiele szybciej... co skłania do bazgrolenia, niestety. 
Ale nie o pisaniu miało być, tylko o czytaniu... :).


Nauczyłam się czytać zanim poszłam do szkoły, w pierwszej klasie całkiem płynnie czytałam sobie różne bajki. Kiedy pod koniec pierwszej klasy trafiłam do szpitala na kilka tygodni, nie wzięłam ze sobą lalek, tylko książki z cudownymi opowieściami Ewy Szelburg-Zarembiny "Przez różową szybkę", bajki Brzechwy z przepięknymi ilustracjami Szancera, "Plastusiowy pamiętnik" i coś tam jeszcze do czytania. Zawsze wolałam czytać, niż bawić się z koleżankami. I w sumie to do dzisiaj tak mi zostało :))).



Tu znowu mała dygresja. Spójrzcie, jakie tam były piękne ilustracje - uwielbiałam te urodziwe, bajeczne, pełne magii, roślinek, ptaszków, drobiażdżków, esów-floresów, rysunki pana Szancera! Nawet tylko te czarno-białe, nawet drukowane w tej ówczesnej kiepskiej technologii!







Kiedy w czasie wakacji kupowało się podręczniki do kolejnej klasy, nie mogłam się od nich oderwać, czytałam od deski do deski wszystkie po kolei, zwłaszcza te do polskiego oraz lektury, ale geografię, przyrodę i temu podobne też! Ciekawiło mnie wszystko co ludzie wymyślili i co napisali. Czytałam gazety, które kupował mój tato, czasopisma w poczekalni u dentysty, różne afisze, napisy na opakowaniach wszystkiego... Szperałam po domowej bibliotece i próbowałam czytać wszystko, co tam było. 
Czytając tak dużo wyrobiłam sobie umiejętność szybkiego czytania - nie czytam słowo po słowie, lecz "omiatam" wzrokiem fragmenty tekstu i to wystarczy, żeby mózg przyswoił treść. Oczywiście jeśli czytam tekst naukowy, z którego muszę zrozumieć jakąś tajemną do tej pory wiedzę, albo wbić sobie do głowy szczegółowe przepisy prawne, to muszę się nieco bardziej skupić. Ale czytanie beletrystyki idzie mi piorunem. Z jednej strony to zaleta, bo oszczędzam czas, ale z drugiej - nie macie pojęcia jak szybko te książki się kończą! :))). Książka, którą mój mąż czyta przez tydzień lub dwa, mnie wystarcza na jeden wieczór. To nie zawsze jest dobre.

Moi rodzice sporo czytali, zwłaszcza tato, który był prawdziwym molem książkowym. Jeśli znacie książkę "Przyślę panu list i klucz" - przezabawną historię rodzinki uzależnionej od czytania - to podobnie wyglądało to w moim domu. Książki były najważniejsze. No cóż, były to czasy, kiedy w telewizji były dwa programy, a o internecie jeszcze się nikomu nie śniło. Książki były więc wszędzie i wciąż się o nich rozmawiało. 

Z domu wyniosłam szacunek do książek. Nie niszczę ich, nie kładę byle jak i byle gdzie. Nie pożyczam nikomu i awanturuję się jak mój mąż pożycza, bo co piąta nie wraca. Sama też wolę kupić niż wypożyczyć, bo po prostu lubię książki mieć, wiedzieć że są, stoją na półce w biblioteczce i nigdzie ich nie muszę oddawać. Dlatego nie należę do żadnej biblioteki. Nie jestem typem chomika, ale z książkami, nawet nieco nadgryzionymi zębem czasu, ciężko mi się rozstać :).

W latach wczesnej młodości pochłaniałam książki przede wszystkim działające na moją wyobraźnię, leciałam za akcją, nie zwracając uwagi na to, jak książka jest napisana, co tam jeszcze poza głównym wątkiem się dzieje. Podstawówka to były najpierw bajki... ukochane przeze mnie "Klechdy sezamowe" Leśmiana, "Gałązka z drzewa słońca" Ficowskiego...
...a później literatura tzw. młodzieżowa, no i lektury. Uwielbiałam Niziurskiego - jego "Siódme wtajemniczenie" czytałam ze sto razy, a "Sposób na Alcybiadesa" chyba z pięćdziesiąt. Lubiłam takie historie o szkolnych łobuzach :).




Tuż za Niziurskim plasują się: Nienacki, Bahdaj, Minkowski, Twain i wielu innych... Lubiłam książki przygodowe, bardziej niż jakieś na przykład romansowe historie o młodzieńczych sympatiach i uczuciowych zawirowaniach. 




Gdzieś koło piątej czy szóstej klasy zafascynowały mnie książki podróżnicze, ze szczególnym uwzględnieniem wszystkiego, co wiązało się z Indianami. 
Zaczęło się od "W pustyni i w puszczy" i zaraz potem wyżej widocznej książki Brandysa o podróżach po Afryce, potem wpadł mi w ręce Fiedler... Z Afryki przeniosłam się z nim do Amazonii, no i wtedy pochłonęły mnie opowieści o Indianach, jakoś równolegle z lecącym w kinie "Winnetou" odgrywanym przez Pierra Brice'a, w którym kochałam się - jak połowa moich koleżanek :). Zainteresowały mnie indiańskie zwyczaje, kultura i historia, potem zaczęłam sięgać szerzej i dalej aż do Inków, Majów i Azteków. Historia starożytnych wielkich cywilizacji pasjonuje mnie do dzisiaj. 

Później przyszedł czas na fantastykę, której jakoś chyba za wiele wtedy nie było, ale na przykład Lema czytałam wszystko co dopadłam. Niestety tego autora jakoś nie znalazłam w swoich archiwalnych zbiorach, możliwe, że został "zaczytany" do cna :).


W liceum trafiła mi się ambitna profesorka-polonistka, która realizowała program szczegółowo, dręcząc nas niezliczonymi wypracowaniami zadawanymi do napisania w domu. A lektury - wiadomo, w sporej części są kompletnie od czapy, mało kto lubi je czytać, a już na pewno nie wszystkie. Pisać w sumie lubiłam, ale jak się trafiła jakaś nudna kobyła, którą należało przeanalizować w wypracowaniu, to doprawdy, aż taka ambitna nie byłam i próbowałam czasem iść na skróty. 
Miałam o rok starszego kumpla, również mola książkowego i świetnego polonistę... No i przy którejś tam lekturze zgadaliśmy się, że mam zadane, a czytać mi się tego nie chce, on miał rok wcześniej podobny temat wypracowania i zeszyt (z licznymi piątkami - szóstek w owych czasach nie było) owszem nadal posiada. No to mi ten zeszyt pożyczył. Przypominam, że to była epoka przedinternetowa :).

Nie zżynałam na żywca, pisałam po swojemu, ale było łatwiej, bo miałam już podany na tacy jakiś wątek, na którym mogłam bazować, nawet jak nie doczytałam całej lektury, albo nie za bardzo chciało mi się o niej myśleć. Jakiś czas później znowu skorzystałam z pomocy naukowej kolegi, ale za trzecim razem powiedział: tak się dalej nie bawimy. Masz tu różne opracowania, masz lekturę i podręcznik, siadaj nad tym i sama kombinuj.
No i wiecie, wsiadł mi na ambicję. Głupio mi się zrobiło, że on sobie myśli, że ja nie potrafię...

No i tak się zaczęło. 
Czytałam te wszystkie durne lektury, czy mi się podobały czy nie, analizowałam, pisałam wielostronicowe rozprawki, w których dyskutowałam sama ze sobą i przy okazji podważałam opinie autorytetów polonistycznych, a którymi to rozprawkami moja profesorka była niezmiennie oczarowana. Znaczy się - było dobrze, sprawy poszły we właściwym kierunku.

Kolejny etap to były przygotowania do olimpiady polonistycznej, na którą zostałam wytypowana (sama wyrywna nie byłam, nigdy nie miałam problemu z przerostem ambicji). Dostałam listę około 100 książek polskich i zagranicznych - do wnikliwego przeczytania. To było coś w rodzaju ówczesnego kanonu literatury, podobnego jak funkcjonujące obecnie listy 100 książek, które należy przeczytać, tworzone na przykład przez BBC czy nasz Empik. 

Byłam bliska załamki, bo na liście lektur obowiązujących na olimpiadę były okropne kobyły, tytuły, których nie miałam ochoty dogłębnie poznawać, wielu pozycji nie miałam jeszcze w ręku, a czasu zostało nie tak wiele. Ale się zawzięłam i wszystkie te książki przeczytałam, wmawiając sobie, że są tego warte. Zaznaczam, że trzeba było czytać ze zrozumieniem... 
Najbardziej byłam dumna z przeczytania "Ulissesa", bo nudny jest przeraźliwie - i powtarzam to nadal, po piątym już chyba przeczytaniu tego dzieła :). Co ileś tam lat próbuję zrewidować swój pogląd na temat "Ulissesa", ale to po prostu nieświeży zabytek epoki i kropka. Nie znajduję w nim ani przyjemności, a ni nauki płynącej z tej lektury. Był objawieniem w swoich czasach, ale dzisiaj nie warto po niego sięgać.

Ostatecznie z powodu choroby na olimpiadę nie pojechałam, ale moje nastawienie do literatury zaczęło się zmieniać. Rzec można: dojrzewałam literacko, czy raczej - czytelniczo :).

I wkrótce nastąpił trzeci ważny moment w tym oswajaniu z literaturą. Otóż razu pewnego - nadal jesteśmy w liceum, nadal ten sam kumpel, pasjonat literatury, muzyki i teatru - przychodzi do mnie do domu... Gadamy o tym i owym... Często rozmawialiśmy o książkach... No i on wyciąga z kieszeni jakiś tomik i mówi, że "odkrył" Szekspira i że jest nim zachwycony.
Szekspir?!
W ramach przygotowań do olimpiady musiałam przeczytać bodajże "Hamleta" i "Króla Leara" -  ale do zachwytu było mi daleko. Szczerze mówiąc najbardziej męczyły mnie rytm i rymy - nie lubię takiej formy, tracę w tym sens zdania. 
No i poza tym - my tacy młodzi i nowocześni, zbuntowani, a tu nagle Szekspir! I wiecie co? - na dobitkę "Romeo i Julia"! Myślałam, że to żart! Ale nie - on otwiera książkę i czyta fragmenty, mówi do mnie - "słyszysz, jak on to pięknie opisał?"




O matko moja... świat mi się przewrócił! Ówże kolega imponował mi tak ogólnie swoją wiedzą, chyba się zresztą trochę w nim podkochiwałam...;). Ambitnie pożyczyłam więc od niego tego "Romea i Julię". Czytałam i usiłowałam zagłębiać się w słowa i zdania, szukałam tego mistrzostwa... i wiecie co? - znalazłam! Przekonałam się, że to nie jest tylko jakaś ckliwa historyjka miłosna. Że to jest wspaniała opowieść o ludziach, o ich emocjach, namiętnościach i lękach, że jest tam mnóstwo genialnych socjologiczno-psychologicznych obserwacji i ponadczasowych myśli, które do dzisiaj pamiętam :).
Potem pożyczyłam "Makbeta", potem ponownie przeczytałam dzieła Szekspira z olimpiadowej listy, ale tym razem byłam nimi oczarowana. Zmienił się mój sposób myślenia o literaturze. 



*****
CDN...