niedziela, 15 października 2017

Wariacje okołopiórkowe.

Piórka wciągnęły mnie z siłą wodospadu!
Narysowałam ich sporo, niektóre wzorowane na znalezionych prawdziwych piórach równie prawdziwych ptaków, inne takie trochę z wyobraźni, ale bez jakichś zupełnie odjechanych i fantastycznych odstępstw od natury. Powstały z tego różne kompozycje związane z tematem piórkowym: gniazdka, jajeczka i takie tam - w takim trochę graficzno-plakatowym stylu. Każdy rysunek wykonany jest czarnym cienkopisem 0,05mm (czyli cieniutkim) na białym brystolu formatu A3.


Uwielbiam rysunek - ołówkiem i tuszem. Dawniej do tuszu używałam piórka, ale teraz jest taki wybór cienkopisów, że pytanie może być tylko - jakie wybrać? Najczęściej używam takich z twardymi i bardzo cienkimi końcówkami. Piórka rysowałam cienkopisem 0,05 mm, mandale - ciut grubszym.




Hmmm... Ten rysunek fajnie wyglądał, dopóki oglądałam go na żywo, ale na zdjęciu widzę, że trochę za bardzo rozjechały się elementy kompozycji. Nawet się zastanawiam, czy go tak zostawić, czy podzielić na mniejsze - osobno obrazek z gniazdkiem i drugi na przykład z dwoma piórkami. Jeszcze to przemyślę. Z gniazdka jestem bardzo zadowolona, piórka też niczego sobie, ale całość jakoś nieszczególnie mnie zachwyca. Miało być tak plakatowo, ale może lepiej by wyglądała martwa natura z tymi elementami... Kiedyś spróbuję to tak właśnie narysować.

Wszystkie rysunki w formacie A3 (ok. 30x40cm)


To ja Wam teraz coś opowiem...

Jakoś pod koniec podstawówki (ośmioklasowej) zaczęłam chodzić na zajęcia plastyczne do domu kultury. 

Tak się złożyło, że trafiłam tam nie na początku roku szkolnego, tylko trochę później. Wszyscy pracowali już nad jakimś tematem i nie było sensu, żebym ich doganiała, więc pani kazała mi usiąść przy oknie i narysować ołówkiem drzewo, które rosło przed budynkiem. 
Była już zima, stare drzewo bez liści, tylko plątanina konarów...


Zawsze później, jak sobie tamten moment przypominałam, to nieodmiennie przychodził mi na myśl Wyspiański (i nie ma to żadnego związku z jego biografiami, które akurat czytam), który pod koniec życia był przykuty do łóżka i jedyne, co mógł z natury rysować, to był widok z okna na Kopiec Kościuszki. Powstał wtedy cały cykl pasteli z tym widokiem, w różnych porach roku. Robią na mnie raczej przygnębiające wrażenie, zwłaszcza te jesienno-zimowe, takie szaro-bure, z brudnym rozjeżdżonym śniegiem na drodze i gołymi konarami drzew...



Wyspiański - Widok z okna pracowni na kopiec Kościuszki

Wtedy, siedząc na parapecie okna w domu kultury, byłam mocno zdegustowana takim tematem, zadanym przez panią od plastyki. Chciałam malować farbami, miałam wizję kolorowych obrazów, a tu mam ołówkiem rysować suche badyle... 
Ale zabrałam się za to szkicowanie, najpierw bez przekonania, jednak w miarę pracy zaczynało mnie to wciągać. 
To był chyba mój pierwszy taki szkic z natury. Wyrysowałam i wycieniowałam całą koronę, rozczochrane konary, plątaninę gałęzi. Byłam bardzo dumna z tego rysunku, a pani od plastyki była zachwycona :).

Parę lat później, w klasie maturalnej, kiedy przymierzałam się do studiów na ASP (ostatecznie nie poszłam - opór rodziny był zbyt silny), pokazywałam swojej profesorce różne swoje obrazy i rysunki, a wśród nich znalazł się także stary rysunek z drzewem... Profesorka oglądała i komentowała obrazy, ale szczególnie ożywiła się przy tym rysunku. Powiedziała: "O, to! to jest najlepsze, takie twoje, to jesteś ty, rób to!".
Ja nie za bardzo wtedy to do siebie przyjęłam, bo pociągał mnie kolor, chciałam malować, a rysunek traktowałam tylko jako takie tam sobie ćwiczenie, albo roboczy szkic do obrazu. 

Dzisiaj dociera do mnie, że rysunek jednak zawsze był dla mnie odskocznią po średnio udanych obrazach. Z rysunków jestem częściej zadowolona niż z obrazów. Sam proces rysowania wywołuje często uśmiech na mojej twarzy. Malowanie nie daje mi takiej frajdy, bo rzadko jestem z rezultatów zadowolona.

Najbardziej lubię rysunek tuszem. 
Lubię wyraziste linie, kontrast głębokiej czerni na białym gładkim brystolu. 
Dlatego rysuję :).

No to jeszcze jeden rysunek z serii piórkowej:


Na tym z kolei rysunku jajeczka wyszły mi trochę metaliczne, za to bardzo mi się podobają te pasiaste pióra :).
Zastanawiałam się, czy dorysować cienie poszczególnych przedmiotów - obrazki byłyby wtedy "pełniejsze" - ostatecznie jednak zdecydowałam się zostawić to w taki sposób. 

A teraz tęsknię już za kolorami, wyciągnęłam stare pastele, na razie przypominam sobie tę technikę, robię małe wprawki... Zobaczymy, co z tego wyniknie :).


*****



niedziela, 8 października 2017

Książki o sztuce. "Ogień strzeżony".

Dzisiaj opowiem Wam o książce Lwa Kaltenbergha pod tytułem "Ogień strzeżony", z nieco mylącym podtytułem "Opowieść o Stanisławie Wyspiańskim". 

Co do treści - od razu zdradzę, że opisana w niej historia owszem ociera się o Wyspiańskiego, ale jest raczej fantazją autora na temat czasów i ludzi, wśród których żył i tworzył ten artysta, z dość pobieżnymi informacjami na temat samego Wyspiańskiego. Jego sławne nazwisko jest pretekstem do zgrabnie opowiedzianych przez autora historyjek - owszem, osadzonych w ówczesnych realiach i nawiązujących do rzeczywistych wydarzeń, ale niekoniecznie wiarygodnie udokumentowanych.

Żadnych odwołań do źródeł historycznych, poza chyba tylko jedną wzmianką i dwoma czy trzema fragmentami wyglądającymi jak cytaty z ówczesnych gazet bądź listów, ale bez przypisu, więc tak naprawdę to nie wiadomo... Żadnego słowa wstępnego czy posłowia, wyjaśniającego skąd Kaltenbergh czerpał informacje o treści niezliczonych rozmów swoich bohaterów, osób przecież w większości autentycznych. Wspomina natomiast w króciutkiej informacji przy notach biograficznych, że wiele postaci występuje pod fałszywymi nazwiskami, co nasuwa jednoznaczny wniosek, że autor wymyślił nie tylko ich nazwiska, ale i większość wypowiedzi. Przyznaje także, że jedna z głównych postaci występujących w książce jest w ogóle fikcyjna. Powoduje to mętlik w ocenie prawdziwości większości opisanych w książce zdarzeń i podważa autentyczność całej historii. Dla osoby słabo znającej twórczość Wyspiańskiego, nie umiejącej oddzielić prawdy od zmyśleń, cała ta książka staje się fikcją.

Źródło
Zdjęcie obwoluty z internetu - moja książka niestety już jej nie posiada. Na obwolucie narysowany pastelami autoportret Wyspiańskiego.

O książce "Ogień strzeżony" wspominałam już we wpisie poświęconym Toulouse-Lautrecowi (tutaj - klik). W końcowych akapitach umieściłam tam cytat z "Ognia strzeżonego". Dotyczy on Tuolouse-Lautreca, którego Wyspiański podziwiał i miał okazję poznać w czasie swojego pobytu w Paryżu. Fragment ten jest próbką kwiecistego, nieco afektowanego stylu, jakiego często używa Kaltenbergh w swoich opisach postaci i zdarzeń. Jeśli ktoś ma ochotę się z nim zapoznać, to proszę tam zerknąć. 

Język i styl pisarski Kaltenbergha są dość specyficzne. Akcja toczy się wartko, wiele jest nagłych zmian tematu, przeskakiwanie z wątku na wątek, mnóstwo obszernych wtrąceń wyobrażających tok myśli jednego czy drugiego bohatera, pomieszanych z opisami odautorskimi, przeplata się to z burzliwymi dialogami różnych osób. Literacko książka jest więc interesująca, wymaga od czytelnika skupienia i niekiedy pewnego wysiłku w nadążaniu za zwrotami w wizji autora.
Ale wróćmy do moich subiektywnych odczuć...

Po lekturze książek o Lautrecu, którym poświęciłam wcześniejsze wpisy książkowe - biografii autorstwa Julii Frey i bardziej może znanego "Moulin Rouge" Pierre'a La Mure'a, nasuwa mi się nieodparcie porównanie "Ognia strzeżonego" do "Moulin Rouge". 
Obie te książki to beletrystyka, w niewielkim tylko stopniu oparta na faktach z życia artystów, głównych bohaterów tych opowieści. I tak jak dość krytycznie (co do treści) odniosłam się do "Moulin Rouge", tak samo odbieram "Ogień strzeżony". 
Obie książki czyta się dość lekko, ale jeśli ktoś szuka prawdy historycznej, to raczej nie powinien mącić sobie w głowie czytaniem tych akurat pozycji. 

Z kolei dla czytelników mniej zainteresowanych konkretami z życia i twórczości Toulouse-Lautreca czy Wyspiańskiego, te książki mogą być całkiem przyjemną i interesującą lekturą, dającą pewne pojęcie o epoce i o tym, w jakich okolicznościach powstawały jedne z największych dzieł malarskich, a w przypadku Wyspiańskiego także teatralnych. 
Czyli - forma całkiem zgrabna, ale treść zaliczam do kategorii beletrystyki, a nie historii czy biografii.

Nieliczne w książce ilustracje są niestety tylko czarno-białe.

Ale przejdźmy do rzeczy, czyli do "Ognia strzeżonego". 
Książkę tę kupiłam wiele lat temu, w czasach chyba licealnych, kilka razy próbowałam ją przeczytać, ale jakoś mnie nie wciągała. Szukałam wtedy głównie opisów dzieł plastycznych stworzonych przez Wyspiańskiego - obrazów, rysunków, witraży, a nie wielostronicowych dysput ludzi z jego otoczenia, albo nawet zupełnie nie mających z nim nic wspólnego. W całości przeczytałam ją znacznie później, ale nie byłam zachwycona - interesujących mnie faktów z życia Wyspiańskiego znalazłam w niej jak na lekarstwo. Teraz ponownie ogarnęłam całość - i mimo upływu lat oraz mojego większego dystansu do takiej literatury, nadal książka mnie nie porywa, chociaż obiektywnie rzecz biorąc jest dobrze napisana.

Przede wszystkim - ogromna szkoda, że książka nie zawiera ani jednej barwnej ilustracji! A nieliczne czarno-białe nie dają zupełnie pojęcia o przepięknych dziełach artysty.
Ten post ilustruję więc zdjęciami obrazów Wyspiańskiego z internetu, podpisy podlinkowane do źródeł. 

Jeśli sięgnie po tę książkę ktoś mało znający dokonania Wyspiańskiego, to nie bardzo potrafię sobie wyobrazić, co z niej wyniesie. Jakiś mglisty zarys kontekstu jego twórczości, bardziej może w odniesieniu do napisanych przez niego sztuk teatralnych, ale co i jak malował - dla czytelnika pozostaje w większości mglistą tajemnicą. A mnie przecież - z uwagi choćby na profil mojego bloga - ten aspekt interesuje najbardziej.

Macierzyństwo - pastel, 1905r
Pomarudziłam, a teraz przejdźmy do konkretów. 
A konkrety są takie: na około 470 stron opowieści, przez pierwszych 100 stron Wyspiański pojawia się gdzieś mimochodem raptem kilka razy, potraktowany niemal jak statysta, postać trzecioplanowa. Dalej jest już trochę lepiej. 
Pierwsze skrzypce grają osoby nieznane historykom, a podobno inspirowane jakimiś rzeczywistymi osobami z tamtej epoki. Kto jednak był kim - można się jedynie domyślać. No i ten zupełnie zmyślony Fortunat de Vente, który (mam wrażenie) zajmuje w opowieści Kaltenbergha więcej miejsca niż Wyspiański. 

Historia opisana w "Ogniu strzeżonym" zaczyna się w pracowni ojca Stanisława - Franciszka Wyspiańskiego, rzeźbiarza. Do kręgu jego bliskich znajomych należy wielu znanych artystów, między innymi Jan Matejko, który zwrócił uwagę na talent Stanisława i zachęcił go do rysowania. Pojawiają się różne - prawdziwe i fikcyjne - osoby, toczą długie dyskusje o sztuce i kulturze, dające czytelnikowi pewne wyobrażenie o ówczesnych trendach, o epoce, o ludziach, których nazwiska i działania liczyły się wówczas w Krakowie, w Polsce i w Europie. Mamy więc przemycony w długich i czasem nieco skomplikowanych (bo naszpikowanych odniesieniami do zdarzeń historycznych, których autor nigdzie nie objaśnia) dialogach - zarys epoki. 

I tak to dalej leci przez kolejne rozdziały. 
Stanisław Wyspiański pojawia się na chwilę i nagle znika na całe długie strony, ustępując miejsca innym postaciom i drobiazgowo opisanym historyjkom z życia osób zupełnie z Wyspiańskim nie mających nic wspólnego, nie wnoszącym nic albo prawie nic do opowieści o samym Wyspiańskim. Jest to zaledwie jakieś dalekie tło dla życia i twórczości artysty, tutaj wysunięte na pierwszy plan. Niektóre, całkiem długie, fragmenty z niedowierzaniem czytałam po dwa razy, żeby znaleźć jakiekolwiek powiązanie z Wyspiańskim. 
W sumie czyta się to dość przyjemnie, ot taka lekkopółśredniej wagi beletrystyka, ale ja szukam w książce śladów Wyspiańskiego, któremu jakoby autor poświęcił tę opowieść. 


Apollo - witraż

Pod koniec studiów Wyspiański wyjechał w artystyczną podróż po Europie, zatrzymując się na dłużej w ówczesnej Mekce artystów malarzy - Paryżu. Kaltenbergh dość sprawnie i ciekawie opisuje ten okres, w którym ukształtował się artystyczny światopogląd Wyspiańskiego i podwaliny jego własnego stylu plastycznego, dość odległego od szkoły Matejki. W tym paryskim okresie narodziła się w nim także wielka miłość do teatru, zaczęły powstawać pierwsze dramaty. Temu działowi twórczości Wyspiańskiego Kaltenbergh poświęca więcej uwagi. Bardzo szeroko opisuje proces powstawania sztuk teatralnych. "Warszawiance" i "Wyzwoleniu" poświęca niemal jedną trzecią część książki. Są to jednak w większości znowu rozmowy, dialogi z fikcyjnymi postaciami, przemyślenia Wyspiańskiego - nie wiadomo jednak na ile są to domysły i interpretacje autora, na ile zaś oparte na dokumentach fakty.


Portret artysty z żoną, pastel, 1904r

O życiu prywatnym Wyspiańskiego dowiadujemy się raczej niewiele, trochę przemyconych tu i ówdzie informacji. 
Jego małżeństwo z prostą chłopką, Teodorą Teofilą Pytkówną, jest potraktowane bardziej marginalnie niż małżeństwo Lucjana Rydla. Jednak to właśnie związek Rydla z Jadwigą Mikołajczykówną, córką zwykłego chłopa, został upamiętniony przez Wyspiańskiego w jego jednym z najważniejszych dramatów - "Weselu", być może dlatego większą wagę przywiązuje do niego autor opowieści. 
Dzieci Wyspiańskiego znamy doskonale z jego licznych, zachwycających pasteli, o których bardzo oszczędnie wspomina Kaltenbergh. Podobnie niewiele jest wzmianek o prześlicznych, secesyjnych rysunkach kwiatów, tak charakterystycznych dla Wyspiańskiego. A przecież nazywano go malarzem dzieci i kwiatów :). 


Dziewczynka z wazonem z kwiatami, pastel, 1902r

Mam wrażenie, że pan Kaltenbergh chwilami "nie czuje" sztuk plastycznych - ma problem z opisywaniem tej części twórczości Wyspiańskiego, jego obrazów, pasteli, polichromii, witraży, ilustracji. Owszem, dowiadujemy się co nieco na ten temat, ale ja mam stanowczo niedosyt informacji. Jest trochę szczegółów dotyczących prac nad polichromiami w Kościele Mariackim, przy których, na życzenie Matejki, Wyspiański pracował jako student, później u Franciszkanów, ale już o witrażach ledwie tylko gdzieś napomknięto. O projektowanych przez niego całych wnętrzach, kutych balustradach, meblach itd - bodaj ani słowa.

Niekiedy jednak autor ulega rozmarzeniu i bardzo plastycznie, z ogromną fantazją i rozmachem, przedstawia nam proces myślowy artysty, towarzyszący powstawaniu obrazów, fresków czy innych dzieł, podobnie jest w odniesieniu do dramatów. Dla zobrazowania sposobu opisywania przez Kaltenbergha twórczości malarskiej Wyspiańskiego przytoczę tutaj jeden z ciekawszych fragmentów, dotyczący polichromii u Franciszkanów (Wyspiański zaprojektował tam także przepiękne witraże):


"Wtedy właśnie treść dni wypełniły kwiaty. Ich widzenie nie jest sprawą tylko zewnętrznego dostrzegania kształtu. Kwiat przechodzi tajemnicze przemiany, jak każde życie. Od pączkowania poprzez owocowanie do uwiądu. Można się wedrzeć w tajemnice tego kołowrotu życia rośliny. Można odtworzyć walkę, którą pozornie słaby twór toczy o swoje zakwitnięcie, a potem - z nieuchronną koniecznością śmierci. Rzucanie tylko zewnętrznego wyglądu tego czy innego kwiatu na papier lub płótno byłoby pokrywaniem tragicznych treści retorycznymi frazesami. Trzeba znać strukturę, dostępną widzeniu, każdej cząstki tego żywego stworu.
Ważne jest, że owa przyjęta w świecie zwierzęcym hierarchia gatunków nie obowiązuje wśród roślin. Tylko w salonach i ich przybudówkach ma się pogardę dla kwiatów, którym odjęta jest pieszczotliwa i dbała opieka ręki ludzkiej. Mity i najstarsze klechdy, ornamenty najdawniejszych budowli, zdobniki wyniosłych monumentów i zapadłych w ziemię krypt, podobnie jak i pędzle, i rylce minionych piktorów, nie czyniły różnicy między polnym jaskrem a ogrodowym kosaćcem. Bogactwo ich mowy pozbawionej słowa, mowy barwy i samej doskonałości i wykroju płatków czy harmonii łodyg i uliścienia - to żywa opowieść ciągłego stawania się.
Są nazwy kwiatów niepokojące swoją dźwięczną muzyką imion. Nie wiadomo, ile w tych nazwach jest wyobraźni botaników, a ile tradycji podawanej z ust do ust w czasach, kiedy każde słowo miało wagę jedyna i niepowtarzalną. Kosaciec-iris, dzwonek pokrzywolistny, o dzwoniącej nazwie łacińskiej: Campanula trachelium. Bniec biały - kwiat skromny i nie otwarty - w botanicznej gwarze  wabi się pięknie: Melandrium album.
Dramat zaczyna się wtedy, kiedy wiatry albo przymrozki zwarzą, zeszkielecą łodygi i liście. Wtedy w górę - po to, żeby widzieć to dokładnie, trzeba się położyć na ziemi: z tej pozycji widać krzyk rozpaczających kikutów wzbijający się w firmament - wybucha protest przeciwko śmierci.
Tak, poprzez "zielnikowe" studia Stanisława rodzi się nowy upiór, wklęty w świat wegetatywnej ciszy. Przyjdzie czas, w którym najzwyklejsza stokłosa może nabrać symbolicznej wymowy cierpienia, buntu czy walki. Na razie zderzenia tragiczne - rozrostu, życia i śmierci - wśród zeschłych badyli i najbujniejszego, jeszcze nie przeczuwającego zagłady listowia, pomiędzy naiwnymi uśmiechami bratków czy kaczeńców majaczą ledwie dostrzegalne, a już obecne. Goniec katastrofy, która przyjdzie."

Fragment polichromii z kościoła Franciszkanów - bratki

Tak wygląda opis pracy Wyspiańskiego przy polichromiach u Franciszkanów - a raczej tak wyobraża sobie Kaltenbergh to, co myślał i czuł wówczas artysta. Jak konkretnie ta praca wyglądała - nic. W tym momencie autor wtrąca króciutki zarys historii kościoła Franciszkanów, po czym zgrabnie, acz nieco nagle, przeskakuje do innych tematów.

Rozdziały poświęcone pracy Wyspiańskiego nad dramatami wyglądają podobnie - jest to w przeważającej mierze zapis rozmów i myśli, nieco mniej faktów. Wprowadzenie fikcyjnych osób jest zabiegiem mającym na celu urozmaicenie tych dialogów i pokazanie w szerszym kontekście okoliczności kulturalnych, politycznych i towarzyskich, w jakich Wyspiański projektował i realizował swoje artystyczne wizje. 
Napisane z pasją i dużą wyobraźnią. 
W sumie - dobra książka, dla mnie tylko za mało konkretów.

Nie traktujcie tego wpisu jak obiektywną recenzję - to raczej moja bardzo osobista, subiektywna opinia o książce, w której szukałam interesujących informacji o plastycznej twórczości Wyspiańskiego. Jeśli nie macie takich oczekiwań, to książkę mogę polecić jako całkiem fajne czytadło o średnim stopniu trudności, przybliżające nieco epokę i dość ogólnie - twórczość Stanisława Wyspiańskiego. 

Ja natomiast za jakiś czas napiszę Wam o innej, bardzo interesującej książce, może mniej fantazyjnie, ale bardziej rzetelnie opisującej życie i twórczość tego artysty.


*****

środa, 4 października 2017

Piórka.

Coś mi się zdaje, że po okresie "mandalowym" mam teraz fazę na piórka :).
Co prawda to dopiero jeden obrazek, ale miałam przy jego rysowaniu taką frajdę, że już powstają kolejne.



Tutaj nie musiałam już tak cierpliwie i ostrożnie jak przy mandalach powtarzać dokładnie tych samych elementów i pilnować symetrii. Obejrzałam sobie kilka znalezionych piór oraz piórka z kociej "wędki" :))), dodałam odrobinę fantazji i całkiem sprawnie wykonałam ten obrazek :). Sama przyjemność! 

Jedna mandala 30x30cm, gęsto zapełniona drobnymi elementami, powstaje czasem nawet przez 2-3 wieczory. Samo rysowanie siatki wymaga cierpliwości i dużej precyzji, bo na niej opiera się później cała misterna układanka. Następnie rysowanie elementów mandali - to też mrówcza praca, bo jeden błąd może zepsuć cały obrazek. Lubię je rysować, ale wymagają dużego skupienia i uwagi. Poza tym robię sobie w trakcie ich rysowania przerwy, żeby przemyśleć dalsze etapy pracy, spojrzeć świeżym okiem na to co już zrobiłam. Tak czy owak to jest kilka godzin pracy. Mam już pomysły na nieco mniej "ambitne", takie jednowieczorowe, mandale, ale dotychczas starałam się zapełnić niemal każdy milimetr i nie używać ciągle tych samych elementów, więc praca była iście benedyktyńska :).



Natomiast piórka... nie zależało mi na realistycznym podobieństwie do piór konkretnych ptaków. 
Piórka miały wyglądać po prostu jak... piórka :))). 

Z grubsza więc narysowałam ołówkiem kontury i potem wystarczyło za pomocą cienkopisu zapełnić te kontury duuuużą ilością równoległych kreseczek i - już, piórka gotowe! Jak widzicie - poszłam na łatwiznę i wszystkie są jednokolorowe, co ułatwiało sprawę. Tylko przy jednym zaszalałam i zrobiłam biały pasek. W sumie około półtorej godzinki bezstresowego rysowania, od koncepcji do finalnego efektu :).

Podobają mi się takie "rozczochrane" piórka - zainspirowane tymi z kociej wędki, mocno już przez kotki sponiewieranymi :).


Za to widzę, że moje zdjęcia coraz gorzej wychodzą... muszę nad tym popracować.

Ale na razie biorę się za kolejne rysunki! Będą piórka i okołopiórkowe wariacje, mam kilka pomysłów :).
Miały być co prawda plenerowe akwarele, niestety wrzesień nie rozpieszczał nas ładną pogodą i nieliczne słoneczne dni poświęciłam na prace ogródkowe, bo otoczenie domu wołało już  o pomstę do nieba. Co prawda dalej woła, ale teraz już trochę jakby mniej. 
Mam nadzieję, że październik przyniesie nam jeszcze trochę słonecznej i ciepłej złotej polskiej jesieni i da mi okazję do malowania na łące :))). 

W kolejnych obrazkach z piórkami spróbuję pokombinować z kolorami i wzorkami. To znaczy na razie będzie nadal czarno-biało, ale z jakimiś cętkami, paseczkami itd. A później pewnie przyjdzie czas na piórka akwarelowe :).



*****

sobota, 30 września 2017

Książki o sztuce. "Moulin Rouge".

Mola książkowego poznaje się między innymi po tym, jak zaczyna czytać książkę. 
A zaczyna zazwyczaj od końca. 

Czyta więc najpierw zakończenie, potem jeszcze kilka kolejnych stron przed zakończeniem, następnie liczne i całkiem długie fragmenty ze środka, spis treści, bada zawartość przypisów, studiuje obwolutę, zagląda pod nią, czyta dedykacje i słowo wstępne, ogląda ilustracje i czyta sąsiadujący z nimi tekst. 
Tradycjonalista nie korzystający z elektronicznych wynalazków jeszcze obwąchuje (ach, ten rozkoszny zapach farby drukarskiej!), głaszcze strony i waży tom w dłoni. 

Potem wpada w trans i czyta. 
Czyta, aż przeczyta. 
Czyta przed zaśnięciem (i często zamiast zaśnięcia), po przebudzeniu, w łazience, przy śniadaniu, w tramwaju (mole książkowe zazwyczaj wybierają komunikację publiczną zamiast własnego środka lokomocji, żeby móc czytać). Czyta po kryjomu w pracy czy na wykładach, w kolejce do lekarza i urzędu... 

Ja czytam często przy sprzątaniu, zwłaszcza jak się zapędzę z mopem w rejon biblioteczki, chociaż nie tylko, bo u nas książki są dosłownie wszędzie. Biorę do ręki książkę, żeby ją odkurzyć albo przełożyć, ale ponieważ mam wewnętrzny przymus czytania wszystkiego, co jest napisane, to zahaczam wzrokiem... i już jestem zatopiona! Zastygam w niewygodnej pozie, w pół ruchu w trakcie odkurzania i czytam, aż zdrętwieję, albo w kuchni coś się zacznie przypalać.


Tak właśnie zaczęłam czytać "Moulin Rouge" Pierre La Mure'a. To znaczy akurat nie przy sprzątaniu, bo sięgnęłam po tę książkę świadomie, kiedy po napisaniu posta pt. "Książki o sztuce. " Henri de Toulouse-Lautrec. Biografia" przeczytałam komentarz jednej z moich Czytelniczek wspominający książkę "Moulin Rouge". 
W pierwszej chwili wydawało mi się, że tylko o niej słyszałam, ale potem coś mi zaświtało, że chyba jednak mam ją w biblioteczce. A jakże! Przyniósł ją kiedyś mąż w ramach koleżeńskiej wymiany, postawił na półce, miałam akurat coś innego w czytaniu i potem jakoś mi to umknęło. A ponieważ podtytuł głosi, że jest to powieść o życiu Henryka Toulouse-Lautreca, będąc świeżo po lekturze jego biografii - postanowiłam przeczytać "Moulin Rouge" - trochę dla porównania, a trochę z ciekawości - co też tam jeszcze literacka fikcja dorzuci do faktów.

I oczywiście zaczęłam od końca. W książce brak jest jakichkolwiek not, źródeł itd, co od razu wzbudziło moją nieufność co do jej wiarygodności, zaczęłam zatem ją badać metodą mola książkowego: najpierw przeczytałam końcowe zdania, w których opisane są ostatnie minuty życia genialnego malarza. 
Pamiętajcie, że jestem świeżo po niedawno wydanej i solidnie udokumentowanej (między innymi ogromną ilością listów artysty i jego najbliższych) biografii Toulouse-Lautreca, więc do "Moulin Rouge", napisanego pół wieku wcześniej, podchodzę uzbrojona w solidną dawkę rzetelnej wiedzy o życiu artysty.

No i przeleciawszy wzrokiem ostatnią stronę nabrałam od razu przekonania, że autor mniejszą wagę przykłada do prawdy historycznej, do udokumentowanych faktów, a więcej do emocji i budowania dramaturgii. Umiejętnie gra na uczuciach czytelnika, używa patetycznych opisów dla zobrazowania miotających bohaterami (domniemanych) uczuć i dość ckliwie opisuje scenę pożegnania Henriego z najbliższymi. 
Nie przesądzam jeszcze wartości całej książki, ale moja nieufność rośnie...

Sentymentalna scena z udziałem ojca to raczej wymysł La Murre'a. Rodzice malarza owszem byli przy tym obecni, ale cała reszta najprawdopodobniej jest już fantazją pisarza.

To przekonanie opieram o biografię autorstwa Julii Frey, w której wielokrotnie cytowane są listy i inne dokumenty, z których wyłania się zupełnie inny obraz stosunków między ojcem i synem. U La Murre'a ojciec przychodzi do umierającego Henri'ego w poczuciu winy i prosi go o wybaczenie, chce się również pojednać z żoną, a syn jakoby marzy o tym, żeby jego rodzice ponownie się połączyli. Tymczasem zarówno w biografii Julii Frey, jak i w innych źródłach, czytamy, że ojciec owszem przyjechał, ale przejawiał zniecierpliwienie sytuacją, zaś ostatnie zdanie Henriego pod jego adresem brzmiało: "Stary dureń". 
Alfons Toulouse-Lautrec był niezbyt dojrzałym emocjonalnie i społecznie człowiekiem - jego życie to nieustające zabawy, polowania i towarzyskie spotkania. Od czasu choroby syna - poza krótkimi okresami - nie mieszkał z żoną, ale prawdopodobnie nie był też związany na serio z inną kobietą, bo życie w związku, odpowiedzialność za drugą osobę, zupełnie go przerastało. Nie mógł się pogodzić z tym, że jego syn jest kaleką i nie będzie nigdy towarzyszem jego eskapad i zabaw. Toteż uciekał od niego w swój świat koni, sokołów, teatrów i rautów. 

Przeczytawszy opis sceny śmierci Henriego zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle warto czytać tę książkę, bo zrobię sobie wodę z mózgu. Ale... co tam, dopóki nie przeczytam całości, nie powinnam jej oceniać.

Przeczytałam zatem - i po lekturze całości muszę przyznać, że książka jest świetnie napisana, mimo że w wielu sprawach mija się z prawdą. W zgrabnie ułożonym scenariuszu suche fakty z twórczego życia artysty są gęsto przekładane rozbudowanymi wątkami emocjonalnymi, dotyczącymi wrażliwej psychiki młodego, doświadczonego przez los człowieka. Trudno się tą książką znudzić, natomiast jeśli czytelnik chce się dowiedzieć czegoś o życiu i twórczości Lautreca, to raczej nie z tej książki.

La Mure pobieżnie przeskakuje przez okres dzieciństwa swojego bohatera, kiedy to kształtowała się jego osobowość, zainteresowania i stosunek do rodziców, był to zarazem trudny okres pierwszych symptomów genetycznej choroby (jego rodzice byli blisko spokrewnieni ze sobą), kolejne złamania kości, operacje i długie, beznadziejne leczenie. Bardzo szczegółowo opisała to Julia Frey i już tylko po porównaniu pewnych scen, choćby kolejnych wypadków Henriego, można się zorientować, że La Mure niezbyt dokładnie przestudiował dokumenty i sporo od siebie dołożył. Pomija także skomplikowane relacje rodziców Henriego i rolę ojca, który po prostu uciekł od problemów. Te braki nie umniejszają jednak literackiej wartości książki. 

Skupiając się zatem na dorosłości, główny nacisk autor kładzie na związki Henriego z kobietami - najpierw z matką, potem z gospodynią domu, w którym miał pracownię, a przez jakiś czas także mieszkał, oraz z zaprzyjaźnionymi artystkami kabaretów i prostytutkami. Znacznie mniej dowiemy o się o jego malarstwie, o tym jak powstawały jego obrazy, kogo przedstawiały itd. Owszem, dość wyraźnie zaznaczone są najważniejsze wydarzenia w twórczości Toulouse-Lautreca, nauka w pracowniach ówczesnych mistrzów, odrzucenie obrazu przez paryski Salon, co było wówczas czymś w rodzaju pasowania na artystę malarza, następnie jego słynny afisz dla "Moulin Rouge", który przyniósł mu sławę, w końcu pierwsze wielkie wystawy, wreszcie przyznanie Legii Honorowej i ukoronowanie twórczości - przyjęcie jego obrazów do Luwru. Przewijają się w tym wszystkim liczne nazwiska znanych malarzy, których w takiej obfitości wydała tamta epoka (Degas, Cezanne, Van Gogh, Gauguin, Pizarro itd), a z którymi Toulouse-Lautrec znał się dość dobrze, z niektórymi nawet przyjaźnił.


Toulouse-Lautrec - Portret Vincenta van Gogha (pastel)
Główna część książki to jednak opowieść o kobietach w życiu Lautreca, a szczególnie o dwóch kochankach - Marie Charlet oraz Myriam... Ta pierwsza była w rzeczywistości prostytutką, z którą istotnie Toulouse-Lautrec miał jakieś kontakty, ale z pewnością nie był to aż tak zażyły związek, jak przedstawia to La Mure, zaś druga - prawdopodobnie w ogóle nie istniała. Ani w biografii Frey ani w innych źródłach imię Myriam w ogóle się nie pojawia.
"Moulin Rouge" to opowieść romantyczna, bardzo rozbudowana w warstwie emocjonalnej: długie rozmowy z kochankami i przyjaciółmi, przejmujący opis przemyśleń i cierpień głównego bohatera...
Niestety większość dialogów i wewnętrznych rozterek Henriego nie ma nawet minimalnego oparcia w rzeczywistych wydarzeniach i powstała jedynie w wyobraźni autora. 

Książka La Mure'a jest jednak doskonałym dopełnieniem biografii pióra Julii Frey. 
La Mure rozwija przed czytelnikiem wspaniały, niezwykle plastyczny i poruszający obraz - zarówno epoki, jak i samego Toulouse-Lautreca. Zawiera co prawda sporo zmyślonych scen, one jednak budują ciepły wizerunek uczuciowego artysty, dają pojęcie o tym, co w biografii pióra Julii Frey jest ledwo zaznaczone - że jego fizyczna ułomność utrudniała mu stworzenie normalnego związku z kobietą. 
Szukał uczucia, bliskości, jak każdy normalny człowiek. Był przecież niezwykle miły, sympatyczny, towarzyski, wesoły, zarazem bardzo inteligentny, bogaty i utalentowany, szybko także stał się sławny... A jednak kalectwo bywa niekiedy przeszkodą nie do pokonania.

Wbrew moim pierwszym obawom książka nie epatuje nadmiernie ckliwym sentymentalizmem, chociaż chyba chętniej ją przeczytają kobiety niż mężczyźni :). 
Świetnie, lekko napisana, nie przytłacza ani zbyt drobiazgowym roztrząsaniem emocjonalnych przeżyć Henriego, ani natłokiem nazwisk artystów czy szczegółów procesów malarskich bądź litograficznych. Te dwa obszary są wyważone i dobrze się uzupełniają. 
Całkiem dobra beletrystyka, smutna i wzruszająca - pozycja doskonała nie tylko dla fanów malarstwa, można ją po prostu potraktować jak nieco romantyczną, choć raczej niewesołą, powieść obyczajową, a przy okazji dowiedzieć się co nieco o życiu i twórczości jednego z najznakomitszych malarzy końca XIX wieku.


*****

środa, 27 września 2017

Mandala do kompletu.

Ta mandala powstała niejako z rozpędu, zaraz po tej, której dałam drugą szansę (tutaj - klik). Miałam rozłożone na stole cienkopisy, brystol itd, a że pogoda nie sprzyjała moim planom związanym z malowaniem w plenerze, to tak jakoś samo wyszło... :))). 
Tym samym na razie mój apetyt na mandale został zaspokojony, tak więc tej jesieni nie będę Was już więcej mandalami zanudzać.



Mam więc cztery mandale w tym samym formacie 30x30cm - mam zamiar oprawić je w jednakowe ramki i powiesić jako komplet na jednej ścianie w układzie - dwie u góry i dwie pod nimi. Kwadratowe ramki w rozmiarze 40x40 nie leżą w każdym sklepie, więc muszę zorganizować eskapadę do pobliskiej metropolii, gdzie są wszystkomające sklepy na "I" oraz na "LM". A że chwilowo wolny czas w deficycie, to chwilę mi z tym zejdzie. Znalazłam co prawda coś niby odpowiedniego w internecie, ale zdjęcia nie były zbyt przekonujące, wolę to obejrzeć "na żywo". Tak że galowa prezentacja oprawionego kompletu nastąpi inną razą.

Ponieważ wiele osób pisze mi, że rysowanie takiej mandali wydaje się im bardzo skomplikowane i wymagające wielkiej cierpliwości i precyzji, pokażę jeszcze zdjęcia w trakcie pracy nad tą najnowszą mandalą. 

Jak zacząć i jak przygotować sobie siatkę roboczą, pisałam w poście "Mandale" (klik). Potrzebny jest brystol, ołówek, cyrkiel i linijka, przydaje się też kątomierz. Tak wyglądała moja siatka z zaczętymi już pierwszymi konturami głównych elementów:


Czyli na samym początku wyznaczamy środek kartki, obmyślamy na ile części chcemy dzielić naszą mandalę, zaznaczamy (najlepiej kątomierzem) te odcinki i rysujemy pokrojony torcik: najpierw linie przecinające się w środku kartki, wyznaczające równe części torcika, i w końcu dużo koncentrycznych okręgów - im więcej, tym lepiej, najwyżej wszystkich nie wykorzystamy i wymażemy potem gumką.

Zdjęcia robione w różnym oświetleniu, bo rysowałam ją w kilku etapach, trochę po południu przy oknie, trochę wieczorem przy lampie.





Jeśli chcemy mieć mandalę o strukturze łuskowej, to na kilku okręgach opieramy małe "bąble", czyli cząstki okręgów - przyda się trochę wyobraźni i podstawowych wiadomości z geometrii.
A potem to już można rysować co tam do głowy nam przyjdzie, jakieś kreski, kółka, kwiatki, zygzaczki, co kto lubi. Ważne jest tylko, żeby taki sam element umieszczać na obwodzie wybranego okręgu w równych odstępach i symetrycznie do wszystkich wyznaczonych osi. Czyli w każdym kawałku "torcika" musi być to samo. 







Można metodycznie rysować elementy po kolei na przykład od środka, zapełniając kolejne okręgi, albo skakać po całej mandali raz tu raz tam, pamiętając tylko o zasadzie: jak w jednym kawałku torcika narysowała/em dajmy na to gwiazdkę, to ona musi się powtórzyć w każdym kawałku torcika na tym samym poziomie czyli na linii tego samego okręgu. I już. 

No i oczywiście nikt nie powiedział, że to musi być narysowane tak jak u mnie czarnym cienkopisem. Można kolorowymi pisakami albo kredkami, ma być wesoło i przyjemnie :).





Życzę Wam miłej zabawy przy tworzeniu własnych mandal! A ja idę szukać słońca, żeby pomalować trochę w plenerze :).

*****

środa, 20 września 2017

Książki o sztuce. "Henri Toulouse-Lautrec. Biografia".

Na wielu blogach funkcjonują rozmaite książkowe wyzwania i cyklicznie pojawiające się posty o książkach. Chętnie je czytam, bo dzięki temu dowiaduję się o interesujących - a niekoniecznie głośno reklamowanych - pozycjach. Pomyślałam,  że może warto też od czasu do czasu podzielić się z Wami informacją o ciekawej książce, którą właśnie przeczytałam. 

Raczej nie planuję zasypywać Was recenzjami wszystkiego, co się przewija przez mój czytelniczy kącik, ani nie sądzę, żeby udało mi się systematycznie tworzyć jakieś ciekawe czytelniczo wpisy. Niedawno jednak zajrzałam do archiwum jednego z moich starych blogów i jest tam długi post "książkowy", który skłonił mnie do pewnych refleksji i pomyślałam, że wrócę do tamtego tematu... ale to innym razem :). 


Dzisiaj będzie o jednej konkretnej książce. 
Od czasu do czasu trafia mi w ręce interesująca pozycja z zakresu moich zainteresowań malarskich. No i właśnie jestem świeżo po pasjonującej lekturze biografii genialnego artysty - Henriego Toulouse-Lautreca.

Mój ulubiony okres w malarstwie - schyłek XIX wieku, twórcze poszukiwania, rodzące się nowe nurty - impresjonizm, kubizm, fowizm... No i ten dyskretny urok dekadencji, fin de siecle, magiczna belle epoque, i osławiona paryska bohema z niezliczoną ilością nazwisk niesamowitych artystów...

I wśród nich on, jeden z moich ulubionych malarzy, najukochańszy obok Modiglianiego i Degasa - Henri Toulouse-Lautrec...
Ale dopiero kiedy zaczęłam czytać jego biografię, napisaną z niezwykłą wręcz wnikliwością przez Julię Frey, zrozumiałam kim był ten artysta i co wyrażał poprzez swoją sztukę. I chyba pokochałam go jeszcze bardziej :).

Bo - szczerze mówiąc - lubiłam go tak trochę... wybiórczo. 

Niektóre obrazy uwielbiałam, inne tak średnio, podobnie z plakatami, których Lautrec stworzył całe mnóstwo, natomiast rysunki i litograficzne ilustracje zupełnie do mnie nie przemawiały, niektóre wręcz wydawały mi się nieudolnymi, przypadkowymi i czasem obrzydliwymi bohomazami. Jego życie właściwie też znałam nieco fragmentarycznie.

H. T.-L. "Toaleta"
Zupełnie inaczej jednak zaczyna się patrzeć na działalność człowieka, którego dobrze poznamy. A dzięki niezwykle wnikliwej, ale zarazem lekko napisanej, biografii pióra Julii Frey ten niezwykły człowiek, wielki artysta - uwięziony w małym, schorowanym ciele - staje się czytelnikowi bardzo bliski. Czy go polubimy, to inna sprawa, ale książka jest niezwykle prawdziwa: oparta na ogromnej ilości odnalezionych listów - zarówno samego artysty jak i jego najbliższych, odnosząca się do zachowanych w wielkiej obfitości źródeł pisanych. To nie jest beletrystyka, lecz dokument, jednak czyta się go jednym tchem - ja w każdym razie nie mogłam się od tej książki oderwać. 

Dla mnie ciekawe też było to, co zwykle bywa przemilczane albo koloryzowane - otóż autorka tej biografii odczarowuje mit o cudownej belle epoque, pokazuje ten świat ze wszystkimi jego troskami, problemami, brudami...


Toulouse-Lautrec w swojej pracowni, z modelką - zdjęcie zksiażki

Henri Marie Raymond de Montfa wicehrabia de Toulouse-Lautrec, (1864-1901) arystokrata, a zarazem - z własnego wyboru - mieszkaniec osławionej Montmartre, dzielnicy artystów i bandziorów, burdeli i kabaretów, sam stał się legendą tego miejsca. Wybitny malarz, postimpresjonista, prekursor nowoczesnej sztuki plakatu, genialnie umiejący uchwycić osobowość i charakterystyczne cechy swoich modeli... Pomimo kalectwa i brzydoty był człowiekiem nie tylko bardzo inteligentnym i kulturalnym, ale i bardzo towarzyskim, ciepłym, wesołym, dowcipnym i powszechnie lubianym. 


malował najczęściej prostytutki i tancerki

Szalenie interesujące są zarówno wątki dotyczące jego prac nad litografiami, ale i skomplikowane związki z kobietami, zmagania z własnym kalectwem i chorobami, które jednak nie przeszkodziły mu pozostawić ogromnej malarskiej spuścizny... Doliczono się 275 akwarel jego pędzla, 369 grafik (litografii, plakatów), 737 obrazów i około 5 tysięcy rysunków!

Malował najczęściej ludzi, wśród których żył - prostytutki, tancerki z kabaretów... Rozsławił Moulin Rouge swoimi oryginalnymi plakatami, które dzięki nowatorskim technikom a zwłaszcza nietypowemu ujęciu tematu, stały się artystyczną sensacją i przyniosły mu niemal natychmiastową sławę - a miał wówczas raptem 27 lat!


Jeden z jego plakatów zapowiadający występ tancerki La Goulue w Moulin Rouge

Jego liczne obrazy i litografie stanowią artystyczną kronika życia, obyczajowości, kultury paryskiej, a zwłaszcza Montmartre'u tamtych czasów. 
Zmarł umęczony chorobami i alkoholizmem w wieku niespełna 37 lat.

Dzisiaj jego obrazy i plakaty osiągają zawrotne sumy. Najdroższym sprzedanym obrazem Toulouse-Lautreca jest "Praczka", którą w 2005r na aukcji kupił prywatny kolekcjoner za 22,4 mln dolarów!


"Praczka"

I kilka cytatów z recenzji:

"Najobszerniejsza jak dotąd biografia genialnego artysty, a przede wszystkim fascynująca opowieść o barwnym, choć krótkim i pełnym cierpienia życiu Henriego de Toulouse-Lautreca, który jak nikt inny ucieleśniał ducha belle époque. Na podstawie przeszło tysiąca nieznanych wcześniej listów artysty i własnych wieloletnich badań autorka stworzyła portret daleki od stereotypowych wyobrażeń." 

"Julia Frey bohaterem swojej monumentalnej pracy czyni nie tylko Henry’iego, ale także jego sztukę. Analizuje jego dzieła, opowiada o okolicznościach ich powstania, klasyfikuje je do różnych gatunków i przytacza opinie różnych krytyków na ich temat. Książka zawiera kolorowe reprodukcje wielu obrazów oraz mnóstwo czarnobiałych zdjęć plakatów, grafik, szkiców. Pełna też jest pamiątek rodzinnych – zdjęć Lautreca i jego najbliższych. Staje się tym samym cudownym kompendium wiedzy o malarzu. Skarbem, który doceni każdy miłośnik jego sztuki. Nie mogę jednak w tym miejscu nie dodać, że ta książka tak naprawdę sprawi przyjemność wszystkim, którzy po nią sięgną. Henri Toulouse-Lautrec wiódł niezwykłe życie, przyjaźnił się z wybitnymi ludźmi i, parafrazując Pratchetta, żył w ciekawych czasach."

Najtrafniej chyba jednak ujął to wszystko autor z "Apollo Magazine" (cytat z obwoluty książki):
"Ta znakomita książka jest już biografią ostateczną". 

Nic dodać, nic ująć.

Henri Toulouse-Lautrec - zdjęcie z książki
Ale, ale...

Kiedy już napisałam ten post, trafiłam na ciekawy artykuł (http://niezlasztuka.net/o-sztuce/monika-sliwinska-wyspianski-dopoki-starczy-zycia/) ... nie, nie, nie o Lautrecu, ale o Stanisławie Wyspiańskim. Są to właściwie obszerne fragmenty z książki Moniki Śliwińskiej "Wyspiański. Dopóki starczy życia".

Te fragmenty tak mnie zaciekawiły, że postanowiłam kupić tę pozycję, ale przypomniałam też sobie, że mam gdzieś we własnej biblioteczce książkę o Wyspiańskim - Lwa Kaltenbergha "Ogień strzeżony" z podtytułem "Opowieść o Stanisławie Wyspiańskim". Jest to baaardzo mocno zbeletryzowana opowieść, w jakimś stopniu oparta oczywiście na faktach i dokumentach, ale mocno podkoloryzowana fantazją autora. Nie przepadam za takimi książkami, wolę konkrety, chcę się dowiedzieć jak było naprawdę a nie - jak się wydaje pisarzowi. "Ogień strzeżony" kupiłam będąc młodym dziewczęciem i jak pamiętam - nieszczególnie mnie ta opowieść wciągnęła. Na stare lata jednak człowiekowi się sporo w głowie zmienia, postanowiłam więc jeszcze raz po nią sięgnąć, zanim kupię książkę pani Śliwińskiej.

No więc otworzyłam ówże "Ogień strzeżony" na przypadkowej stronie, i - tadaaam! - proszę bardzo: trafiam na moment, w którym Wyspiański osiedla się w Paryżu, ówczesnej Mekce malarzy, gdzie oczywiście trafia na Montmartre a tam do Moulin Rouge, gdzie występuje Yvette Guilbert, która "została muzą tego właśnie Toulouse-Lautreca, którego twórczość jest pieśnią nad pieśniami potępionego kształtu świata" (cytat z tejże książki).

H. T.-L. "Yvette Guilbert"



Nie mogę się oprzeć chęci podzielenia się z Wami dłuższym cytatem z opisem twórczości Lautreca, który zarazem świetnie oddaje niezwykle kwiecisty i zawiły styl pisarski Kaltenbergha:

"(...) ten dekadencki  esteta z cynicznym, wiedzącym uśmiechem na wargach odtwarzał z lubieżną łapczywością więdnące piękno rozkładu, czady samozniszczenia, stargane i łamane formy zniszczeń i unicestwienia. 
Z bezwstydną ciekawością anatoma, opętany przez zaprawioną rozpaczą ironię, kładł pod mikroskop budzące obrzydzenie i grozę wyniki dokonywanej przez siebie analizy.
Toulouse-Lautrec: bywalec, habitue nowomodnych barów amerykańskich, szynków, gdzie podają absynt barwiony piołunem, niechlujnie destylowany spirytus, półciemnych "sal tanecznych" (...). 
Ten uważnie patrzący przez szkła binokli kaleka (...) o nogach dziecka przy tułowiu i głowie dorosłego mężczyzny, zna jak nikt groteskę seksualizmu, Jest nią opętany w tej samej mierze, jak przez demona alkoholu. 
Wielbiciel piosenki Montmartre'u, autor plakatów na jej temat (...), ten Goya dekadenckiego Paryża rysuje jak diabeł. 
Nie można się oderwać od jego kompozycji, mających za temat ponure kloaki miłości, cyrk, kabaret, kulisy baletu."

I na koniec fragment z (jakoby) przemyśleniami Wyspiańskiego, który przybliża powody, dla których Wyspiański - pastelista, zwolennik sztuki dekoratywnej,  pragnął poznać Toulouse-Lautreca:

"I - co pobudza najbardziej wyobraźnię - przecie ten człowiek lubuje się w pastelu, Pracuje nim tak samo lekko, jak litograficznym ołówkiem. (...) 
Co za fenomenalna orgia wyrazu w rzucanej zaledwie dostrzegalnymi ruchami kresce! 
Jaki ślepiec krytyczny może odnosić dzisiejszego Toulouse-Lautreca do impresjonistów? Niewątpliwie, nauczył się od nich ogromnie wiele. Zgoda. 
Ale dziś - to świadomie syntetyzujący w skrótach płaszczyznowych i konturowych wyraziciel dekoratywności obrazu, malarskiej wizji, jej najistotniejszej funkcji."

Wiecie co? - uwielbiam takie konfrontacje różnych ujęć, porównanie tego samego tematu w interpretacji różnych autorów. Kiedyś, na etapie fascynacji Szekspirem, czytywałam porównawczo  jego dzieła w przekładach różnych autorów :). 

Tak więc bardzo mnie ucieszył ten fragment o Lautrecu znaleziony tak znienacka w książce o Wyspiańskim. Zbieg okoliczności i jednocześnie zderzenie dwóch zupełnie odmiennych ujęć tej samej postaci. Julia Fray opracowała pasjonującą i zarazem rzetelną biografię Toulouse-Lautreca., napisaną z dużym rozmachem i lekkością, ale niemal w każdym zdaniu opartą na dokumentach. Biorę inną książkę, żeby poczytać o innym malarzu, a znajduję znowu Lautreca, tym razem przedstawionego niezwykle barwnie i soczyście, choć moim zdaniem rażąco przesadnie i nazbyt... diabolicznie :).  Kaltenbergha trochę poniosła bujna wyobraźnia.

No i wreszcie sam ten fakt, że Wyspiański spotkał się z Lautrekiem... Co prawda to było dość przelotne spotkanie, ale fajnie mi się to połączyło, te dwie książki, ci dwaj artyści, takie continuum :).
okładka książki 

*****