sobota, 9 listopada 2019

"Zanim wyjedziesz w Bieszczady" Kozłowski, Scelina, Nóżka. A mogło być tak pięknie...

Któż z nas nie powiedział chociaż raz w życiu: "...a może by tak rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady..."?

Przypuszczam, że mniej więcej połowa dorosłej populacji naszego pięknego kraju. Nie wiem jak Wy, ale ja powtarzam to co najmniej raz na dwa tygodnie :). Czasem tylko tak dla żartu, a czasem jednak dość serio.
Więc było rzeczą oczywistą, że książkę pod tak znamiennym tytułem kupię i przeczytam (a przynajmniej spróbuję).

I chyba głównie o to chodziło pomysłodawcy tytułu. Żeby zanęcić takich potencjalnych wagabundów, współczesnych hippisów, bieszczadoholików, marzycieli znudzonych lub rozczarowanych dotychczasowym życiem, zmęczonych pracoholików szukających odskoczni w leśnej głuszy, opętanych bieszczadzkim mitem wariatów z artystycznymi duszami...



Wiele osób miało wielkie nadzieje związane z tą książką - czytałam kilka recenzji, które potwierdzają moje wrażenia. Oczekiwano wielkiego magicznego kotła, z którego wylewać się będą bieszczadzkie legendy, fascynujące historie współczesnych Robinsonów osiadłych w bieszczadzkiej głuszy... Zanim się ukazała, lokalne media trąbiły już, że to będzie hit na rynku czytelniczym. Podobno dwaj spośród autorów to najsłynniejsi leśnicy w Polsce. No ja akurat pierwszy raz o nich czytam, ale może po prostu taka mało social-mediowa jestem... Chociaż przyznaję, że na filmik z misiem Grzesiem, który nie chciał w zimie spać, natknęłam się kiedyś w sieci :). 
Opis redakcyjny zaś, to zapowiedź konfrontacji naszych wyobrażeń z obrazem prawdziwych Bieszczadów. Trudno odmówić sobie przyjemności sięgnięcia po taki rarytas...

Ale niestety treść książki nieco rozczarowuje. 


Sam początek nawet mnie ujął i zachęcił, bo Marcin Kozłowski opowiada we wstępie jak to za młodu wędrował po Bieszczadach: 
"Dobiegałem dwudziestki, kiedy kolega wyciągnął mnie na pierwszą wyprawę w Bieszczady. Zawsze miał zasadnicze podejście do górskich wędrówek: w grę wchodziły tylko plecaki i namiot. (...) Wyruszyliśmy autobusem do Krakowa, potem pociągiem do Zagórza, po Bieszczadach poruszaliśmy się autobusami i stopem. (...) To nie była wyszukana turystyka. Choć przeszliśmy całodniową trasę czerwonym szlakiem, żeby zaliczyć coś ambitnego. (...) To był krótki wyjazd. Został mi po nim smak niedokończonych wakacji. Nigdy się go nie pozbyłem."

Oczarował mnie ten fragment, bo słowo w słowo mogę to samo powtórzyć o sobie. Tak właśnie było. Kumpel wyciągnął mnie w Bieszczady - on zaprawiony w takich wyprawach harcerz, ja zupełnie zielona... Wędrowaliśmy autobusem i głównie autostopem, z plecakami i małym namiotem. Przez Solinę przeprawiliśmy się pożyczonym kajakiem, na kamieniu w ognisku piekliśmy ryby podarowane przez spotkanego wędkarza, menażki szorowaliśmy piaskiem, kąpaliśmy się o świcie w górskim strumieniu z lodowatą wodą. Przeszliśmy całodobowy czerwony szlak - myślałam, że tam umrę w połowie drogi :). Ale złapałam drugi oddech i po tym drugim oddechu, mimo bąbli na stopach, byłam już zakochana w tych górach i połoninach, widokach zapierających dech w piersiach. To były najpiękniejsze wakacje. Za krótkie. Pozostała mi na całe życie tęsknota za Bieszczadami.


Podobno w Bieszczady jedzie się tylko raz, potem się już tylko wraca.

Wracałam. Wiele lat później spędziłam tam dwa tygodnie z mężem i dziećmi. Kiedy miejscowym opowiadałam o tych moich pierwszych bieszczadzkich wyprawach, mówili: "Aaaa! To pani widziała jeszcze PRAWDZIWE Bieszczady!".
Mieszkaliśmy przy stadninie, obserwowaliśmy czaple siwe i inne ptaki, wędrowaliśmy po górach szukając śladów zniszczonych wiosek. Wśród gęstej puszczy wychodziliśmy na rozsłonecznioną polankę, z trawą po pas, a tam miliardy owadów, różnych pszczółek, trzmieli i innych bzykaczy, brzęczały niemal ogłuszająco! Znane mi z naszych łąk chwasty tam wyglądały jak zmutowane olbrzymy, jakby przeniesione z prehistorycznej puszczy gigantyczne kwiaty i paprocie. A w tym wszystkim stare jabłonki zdradzały miejsca, gdzie kiedyś stały domy...

Niestety niewiele jest kolorowych fotografii w tej książce.


Ale wróćmy do książki...

Po pierwszych 70 stronach byłam rozczarowana wręcz totalnie i zamierzałam rzucić ją w kąt. Przemogłam się jednak, przekartkowałam, żeby sprawdzić, czy tak samo będzie do końca. To, co zobaczyłam dalej, było tak niespójne z pierwszą częścią, że postanowiłam mimo wszystko przeczytać uczciwie do końca, żeby sobie wyrobić klarowny i obiektywny pogląd na całość.
Ostatecznie więc, po przebrnięciu przez wszystkie rozdziały, poziom mojego rozczarowania nieco się obniżył, ale wrażenia są takie sobie, a prawdę powiedziawszy - ambiwalentne ze wskazaniem na negację.

Bo z jednej strony - główny autor i redaktor, Maciej Kozłowski, starał się uczciwie odrobić zadanie domowe i zgromadził w związku z tym tony materiałów, przez które następnie się przekopał i ostatecznie próbował całą tę wiedzę upchnąć w swojej książce, podejmując przy tym nieśmiałe próby ożywienia akcji, wplatając rozmowy z leśnikami lub opisy tras, które przemierzał w drodze na te spotkania. Zadanie karkołomne, bo informacji jest ogrom (zwłaszcza że pan Kozłowski sięgnął setki lat wstecz) i sensowne wkomponowanie tego całego naboju w opowieść przeznaczoną dla tych, co zamierzają wyruszyć w Bieszczady, jest wielce skomplikowana operacją logistyczną. Pan Kozłowski nie jest z wykształcenia logistykiem, lecz kulturoznawcą, więc branża nie ta, literatem też nie jest, więc i talentu pisarskiego nieco zabrakło, no i generalnie troszkę się redaktor z tym wszystkim pogubił. W konsekwencji - gubi się czytelnik.

Z drugiej strony - trzeba docenić całą tę tytaniczną pracę nad historycznym materiałem źródłowym, bo faktycznie dostajemy mnóstwo obszernych informacji o tym, jak to z tymi Bieszczadami na przestrzeni niemal pół tysiąclecia było. Kulturoznawca jednak dopadłszy swojego ulubionego konika zagalopował się o kilka rozdziałów za daleko. W pewnym momencie rozważania historyczno-kulturowe straszliwie mnie znudziły i zaczęłam się zastanawiać dokąd właściwie autor zmierza i do kogo kieruje tę uczoną rozprawę. 
Syntetyczna wiedza historyczna owszem, ale po co mi aż tyle mało istotnych dzisiaj szczegółów, jeśli - dajmy na to - zamierzam rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady?

Ostatecznie przecież - książka ma tytuł "Zanim wyjedziesz w Bieszczady", a nie na przykład - "Wszystko, czego chciałbyś dowiedzieć się o Bieszczadach".
Nie oczekuję drogowskazów, czy spisu knajp i innych miejsc użyteczności publicznej, ale chcę się dowiedzieć, jak teraz się tam żyje, kogo spotkam itd. Bieszczady to głównie przyroda, więc rozdziały stricte przyrodnicze doceniam, ale tam są też ludzie, jakaś społeczność... W książce trochę tego mało. Nawet stanowczo za mało. 

W dodatku narrator nie może się zdecydować na jedną spójną koncepcję. Przez kilka rozdziałów mamy uczone wywody wymieszane niekiedy z mało ekscytującymi fragmentami z dawnej prasy, chwilami autorowi udaje się znaleźć nieco więcej materiału na jeden temat, więc rozwodzi się a to o bieszczadzkich drogach i szlakach kupieckich od czasów średniowiecza, a to o religijnych zawirowaniach, mieszaniu się Hucułów, Bojków i Łemków, o budowie Muzeum Budownictwa Ludowego w latach 50-tych, o komunistycznych urzędnikach. 
W te wynotowane skrupulatnie ze stosów zgromadzonej literatury wiadomości wjeżdża nagle obszerny rozdział z życiorysem pana Nóżki, kolejny z życiorysem pana Sceliny, między tym pojawiają się rozmowy z obu panami o stworzonej przez nich popularnej stronie nadleśnictwa w Baligrodzie, odrębny rozdział szczegółowo wylicza drzewostan. 

Niektóre kawałki czyta się z przyjemnością. 
Niektóre.
Wszystko to jest za mało ze sobą powiązane, brak jakiegoś fajnego spoiwa, żeby ulepić wciągającą całość. No i czasem jest trochę nudno.


Szata graficzna jest kolejną słabą stroną tej pozycji. Przy takiej dbałości o dobry tytuł, reklamę i solidną twardą okładkę, można było nieco bardziej się wysilić kompletując fotografie bieszczadzkiej przyrody. Bo tak naprawdę przyroda jest największym skarbem Bieszczadów. I są setki świetnych fotografów, którzy robią cudowne zdjęcia bieszczadzkim połoninom we wszystkich porach roku, dzikim potokom, trawom i owadom... 

A tu mamy raptem tylko kilka barwnych fotografii i trochę czarno-białych, wcale nie jakichś wybitnych. Zaczynam podejrzewać, że twórcy tej książki tak ukochali ten zakątek Polski, że zapragnęli zniechęcić wszystkich, którzy jeszcze się wahają czy rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady...

Nawet reprodukcja pięknego, barwnego obrazu - niestety tylko black&white

Moje oczekiwania związane z tą książką zderzyły się z opowieścią naszpikowaną wiedzą historyczną, ale pozbawioną polotu. Trudno ją zakwalifikować jednoznacznie - ani to podręcznik, ani przewodnik, ani zbiór esejów, ot - taki patchwork sklejony z różnych tematów, ale jakby bez planu. 
Poza tym - mimo wielu interesujących informacji - zabrakło tam bieszczadzkiej magii. Ona w Bieszczadach jest. Ale opowiedzieć o niej nie każdy potrafi.


W Bieszczadach mieszka wielu interesujących ludzi, o kilku z nich wspomniano na łamach książki, jednak ten temat został potraktowany marginalnie, a wolałabym poczytać więcej o tym, jak dzisiaj żyją tam normalni ludzie. Niekoniecznie drwale czy smolarze, bo o nich napisano już tomy i nakręcono kilka seriali, taka moda ostatnio panuje. Ale gdzie są ci zwyczajni ludzie, którzy uwierzyli legendom, rzucili wszystko i wyjechali w Bieszczady? Niektórzy z nich piszą o tym książki, mają swoje strony w internecie. I potrafią o tym pięknym miejscu pisać magicznie.
Autorom książki "Zanim wyjedziesz w Bieszczady" zabrakło jednak tej literackiej wizji lub talentu. A szkoda. To był dobry pomysł, dobry tytuł... ale z całą resztą to już jakoś nie za bardzo wyszło. 

*****

czwartek, 31 października 2019

Zakładki są jak czipsy, a czasem nawet jak cukierki.

Pierwsza część tytułu to jest oczywiście parafraza znanego powiedzonka o kotach, które są jak czipsy - na jednym nigdy się nie kończy :). 

Zanim jednak przejdę do zakładek (i małej niespodzianki, czyli cukierków z drugiej części tytułowego zdania), to jeszcze dwa słowa na temat gdzie byłam jak mnie nie było, bo od poprzedniego wpisu za moment miną dwa miesiące. 

W sumie to nic nowego - praca, wyjazd na urlop, jesienne ogarnianie ogrodu, dokarmianie okolicznych kotów, w domu mały remoncik i duże po nim sprzątanie, ot - życie :). 
Ale tak całkiem o blogu nie zapomniałam, w tak zwanym międzyczasie próbowałam dopracować jakąś część wersji roboczych nowych postów. Szło mi jednak jak po grudzie, z różnych powodów. Trochę w tym było niemocy twórczej, a czasem nadmiar emocji przy trudniejszych tematach - człowiekowi się wydaje, że ma tyle do przekazania, a jak trzeba przelać myśli na papier, to już nie jest to takie proste... Zwłaszcza, że milion spraw odrywa co chwila od warsztatu twórczego czy komputera... 
Poza tym wciąż mam dylemat - czy trzymać się konsekwentnie zaplanowanej na początku tematyki (rękodzieło, obrazki, sztuka, trochę kotów), czy pisać o wszystkim, co mi tam w duszy zagra? 
Nie zamierzam pisać o polityce, ale już na przykład o klimacie, ekologii, to i owszem, chyba w końcu zacznę te tematy poruszać, przynajmniej od czasu do czasu...
Chyba częściej pojawią się także jakieś książkowe recenzje. Prawda jest taka, że lubię je pisać, a że książek czytam dość sporo, więc co mi szkodzi podzielić się wrażeniami z lektury :). Będzie to jednak tylko margines mojej blogowej działalności. Ekhm... jakiej działalności, jak mnie tu ostatnio prawie nie ma?! No plan jest taki, że to się wkrótce zmieni i blog ruszy z kopyta :).

Ale wróćmy do rzeczywistości - dzisiaj bez rewelacji, pokażę Wam mój zakładkowy urobek, bo to jest kontynuacja poprzednich wpisów, a nowości będą w kolejnych postach.

Niespodziewanie dla mnie samej spodobało mi się tworzenie zakładek, a konkretniej rzecz ujmując - takich małych form rysunkowych w stylu nawiązującym do Zentangle. Dodatkowo zdopingowały mnie pokazane niedawno przez Wandę jej zakładki (tutaj - klik!). Podpatrzyłam kilka elementów i proszę bardzo, sama nie wiem kiedy narobiło mi się tych zakładek o tyle:




Może nie jest to ilość hurtowa, ale i tak nie sądziłam, że tyle tego się namnoży.

Pomysł z motywem tulipanów podpatrzyłam właśnie u Wandzi, tak mi się ten projekt spodobał, że właściwie to odgapiłam bezczelnie wszystkie elementy - kwiaty, liście i te kuleczki pomiędzy listowiem, chociaż starałam się nie skopiować całego rysunku identycznie. Rozgrzeszam się tylko tym, że Wandzia także zainspirowała się rysunkiem znalezionym w internecie. Miałam pomysł na kolejne motywy kwiatowe, ale ostatecznie udało mi się jakoś sensownie zaprojektować i narysować tylko taką konwaliową:




Pewnie niektórzy z Was pamiętają, że lubię rysować mandale, więc kilka zakładek zawiera ich fragmenty. Jakby ktoś chciał sobie pooglądać moje wcześniejsze posty z mandalami w rozmiarze A3, to są tutaj (klik) - pod etykietą "mandale".


Pozostałe wzory to inspiracja Zentangle, zaczerpnięta z bloga Denimix.pl, w tym dwa to niemal wierne kopie z pomysłów opracowanych przez Danusię. Rysując je traktowałam to jako naukę i polecam taki sposób każdemu, kto chciałby nauczyć się rysować Zentangle, czy cokolwiek innego. Od wieków młodzi adepci malarstwa uczyli się zaczynając od kopiowania dzieł mistrzów! A Danusia Popowicz na swoim blogu, Fb i IG zachęca do naśladownictwa i podpowiada jak się zabrać za rysowanie w stylu Zentangle.



Jak widać z rysowaniem bardziej mi ostatnio po drodze niż z malowaniem. Kolejne rysunki pokażę w najbliższym czasie - i nie będą to już zakładki! Różne pozaczynane projekty też są bardziej rysunkowe, nawet jeśli zdarza mi się łączyć techniki. 


Wróćmy do zakładek. Produkuję je w ilościach dla mnie samej niespodziewanych - bo przecież dopiero co opowiadałam, że nie lubię używać zakładek, bo nawet te niezbyt grube przeszkadzają mi bardziej niż pomagają... A tu proszę - zakładki sypią się jak z rogu obfitości! Więc żeby je jakoś sensownie zagospodarować, a przy okazji jakoś zrekompensować Wam te przydługie przerwy w mojej obecności na blogu, postanowiłam zorganizować małą rozdawajkę czyli tzw. CANDY :). 



W charakterze cukierków wystąpią dwa komplety: każdy zawiera książkę, o której ostatnio pisałam - "Sen winowajcy" Gustawa Strukowskiego, oraz zestaw losowo wybranych pięciu zakładek z widocznych powyżej. Oryginały zostały przeze mnie narysowane czarnym cienkopisem na białym brystolu i wycieniowane ołówkiem, mają rozmiary ok. 5,5 x 18 cm. W każdym zestawie zakładkowym znajdzie się jedna kwiatowa, jedna lub dwie z mandalami i pozostałe w stylu Zentangle. Ponieważ oryginalne rysunki, z uwagi na użycie ołówka, szybko uległyby zniszczeniu, więc w zestawach prezentowych będą zalaminowane wysokiej jakości wydruki laserowe zeskanowanych oryginałów.



Nie wiem kogo tym upominkiem mogłabym uszczęśliwić - więc jeśli ktoś ma ochotę na taki zestaw, to proszę tylko zgłosić to w komentarzu, czekam do 30 listopada

Jeśli zgłoszą się więcej niż dwie osoby, to wybiorę spośród nich albo metodą na chybił trafił, albo według własnego widzimisię, albo... się zobaczy. 
Jednym słowem - to nie jest konkurs z zasadami, tylko cukierki bez zasad. Rzec by można - kwaśne cukierki :). 
Nic więcej nie trzeba robić, zostawać obserwatorem, linkować, ogłaszać na swoim blogu itp, ale jakby ktoś bardzo chciał zwyczajem blogowym zamieścić u siebie banerek, to proszę bardzo:



I to by było ode mnie tyle w temacie halloweenowym :). Czyli w zasadzie taki Wam temat zastępczy podrzucam, bo Halloween to ja raczej nie obchodzę. Wśród moich znajomych też jakoś się ten zwyczaj nie przyjął. 
A jak tam u Was? Mam nadzieję, że nie kupowaliście plastikowych strojów i dekoracji na tę okazję?!


*****

niedziela, 8 września 2019

Całkiem inna książka - Gustaw Strukowski "Sen winowajcy".

Miało być o czymś innym, szczerze mówiąc w ogóle nie planowałam pisania o kryminałach... Ale ta książka jest tak niezwykła, że po prostu musiałam podzielić się z Wami wrażeniami z jej lektury.



Książka, o której chcę Wam opowiedzieć, jest - jak zaznaczyłam w tytule posta - całkiem inna, nie tylko z punktu widzenia tematyki mojego bloga (bo do tej pory pisałam tutaj tylko o książkach o sztuce, a nawet jeszcze ściślej - o biografiach malarzy). To jest książka doprawdy wyjatkowa, zaskakująca, nieszablonowa w wielu aspektach. 


Dostałam ją w prezencie od kogoś znajomego i - prawdę powiedziawszy - sięgnęłam po nią bez szczególnego przekonania, bo w zasadzie to nic mnie do niej nie przekonywało: ani okładka, ani tytuł, ani nieznane nazwisko. Teraz, po lekturze, mogę już zdradzić, że wszystkie te elementy wprowadzają - zamierzoną lub nie - dezorientację. Opakowanie nie ma zbyt wiele wspólnego z zawartością, trochę jakby brylant włożono do zwykłego tekturowego pudełka.

Ale wiecie, jak to jest - dostaje się książkę  w prezencie, to się jej w zęby nie zagląda, czy jak to tam było. Potem może się zdarzyć, że darczyńca zapyta za jakiś czas od niechcenia, czy książka się podobała, a tu zonk! - wyleciało z pamięci, że się ją gdzieś tam kiedyś wrzuciło na ostatnią półkę. 

Zatem, żeby nie było, zabrałam się za czytanie od razu. 
I jak zaczęłam, tak w tej samej pozycji na kanapie po kilku godzinkach ją skończyłam.

Pierwsze dwie strony ogarnęłam z lekkim dystansem i nieco wątpiącym nastawieniem, czy dobrnę do końca, ale zaraz potem mnie wessało :). 
Przyjemność płynęła z samego procesu czytania, delektowania się oryginalnym, eleganckim stylem, starannie budowanymi zdaniami i zupełnie nietypową narracją. Zaskakujące novum wśród nowomodnej fali prostackiej literatury. 

Niby dość klasyczny kryminał, z niezbyt skomplikowaną na pozór fabułą, która rozwija się niespiesznie, żeby na koniec wystrzelić niespodziewanym rozwiązaniem. Jest zbrodnia, potem druga, dochodzenie, pojawia się nowy trop, jest też piękna kobieta... Równolegle biegnie drugi ważny (a może nawet główny) wątek - życie prywatne i moralne rozterki dwóch prowadzących tę sprawę policjantów, zawodowo partnerów, a prywatnie przyjaciół, pomimo zależności służbowej i różnicy wieku. Coś dla wielbicieli kryminałów i zarazem dla pasjonatów literatury obyczajowej.

Aby przybliżyć Wam nieco fabułę, pozwolę sobie zaczerpnąć cytat z opisu na okładce:

"Nikodem Czerniak, zniszczony nałogiem alkoholowym podkomisarz, i Adam Smoleń, jego czterdziestoletni partner z Wydziału Kryminalnego Komendy w Bolesławcu, zostają wezwani do mieszkania, w którym znaleziono zwłoki młodej kobiety. Wszystko wskazuje na nieszczęśliwy wypadek, jednak pół roku później dochodzi do morderstwa, które rzuca zupełnie nowe światło na tę, wydawałoby się, rutynową sprawę. Porzucone w lesie ciało bezdomnego w podeszłym wieku może być kluczem do wytropienia seryjnego zabójcy grasującego w Bolesławcu... Co łączy te dwie, zupełnie różne, ofiary? Czy demony przeszłości pozwolą podkomisarzowi na trzeźwą ocenę sytuacji? Być może rozwiązanie tajemniczych morderstw znajduje się bliżej, niż ktokolwiek byłby skłonny przypuszczać..."

Nie chcę tutaj rozwodzić się nad treścią książki, żeby nie psuć Wam przyjemności czytania - bądź co bądź to przecież kryminał jest :). Jednak to, co szczególnie mnie oczarowało od pierwszych stron, to oryginalny, urzekający, niezwykły styl debiutującego pisarza o pseudonimie literackim Gustaw Strukowski. To nie jest książka pisana "pod publiczkę", według schematów z jakichś kursów pisania powieści... Podobno takie kursy istnieją, i to widać, bo teraz prawie wszyscy piszą niemal identycznie, powtarzalne są konstrukcje, stylistyka, te same chwyty pisarskie. Aż się czasem odechciewa czytać nowe książki. Aż tu nagle pojawia się jeździec znikąd, Gustaw Strukowski, i zaskakuje nowym pomysłem na powieść, czaruje przepięknym stylem i starannym językiem, pokazuje, że można pisać pięknie i ciekawie zarazem. Gdzie się podziali tacy pisarze? Wydawało mi się, że już wyginęli - co najmniej w poprzednim pokoleniu.

Autor kieruje swoją opowieść do inteligentnego czytelnika, często zwraca się do niego wprost, jakby nawiązując dialog, nić porozumienia. Wtrąca swoje dygresje i opinie, odcinając się niekiedy od postępków lub toku myślenia swoich bohaterów. Bardzo ciekawy, rzadko stosowany obecnie zabieg literacki, szalenie ujmujący. Autor bierze czytelnika pod włos, uwodzi, flirtuje z jego intelektem, dając dyskretnie do zrozumienia, że traktuje go jak wytrawnego znawcę zarówno klasycznej literatury (liczne cytaty i aluzje), jak i ludzkiej natury. Nie pamiętam, kiedy się z czymś takim spotkałam we współczesnej prozie. 

 
Nie ulega wątpliwości, że ta oryginalna pozycja wprowadza nowy trend we współczesnej literaturze ostatnich lat, jest świeżym powiewem wśród sztampowych książczydeł zalewających rynek. Mimo skromnej objętości, pozostawiającej pewien niedosyt - "Sen winowajcy" uważam za bardzo wartościową książkę, taki zaskakujący rarytas pełen uroczych smaczków,  zabawy słowem, nieoczywistych skojarzeń, sprawiający ogromną radość płynącą z czytania dobrze napisanej historii. Z pewnością zadowoli wytrawnego czytelnika, poszukującego naprawdę dobrej literatury, starannie dopracowanej stylistycznie i językowo, niezbyt ciężkiej, ale wymagającej pewnego wysiłku intelektualnego w odczytywaniu inteligentnych aluzji i podtekstów.

Do drobiazgów zawsze można się przyczepić, ale czuje się w tej książce ogromny potencjał autora. To z pewnością debiut szalenie udany, zbiera już zresztą pierwsze entuzjastyczne recenzje. Mam nadzieję, że "Sen winowajcy" to dopiero początek literackiej kariery Gustawa Strukowskiego. Z ogromną przyjemnością sięgnę po jego kolejne dzieła :).


***** 

A u mnie "na warsztacie" - jak widać, ciąg dalszy zakładek, o których tworzeniu jeszcze miesiąc temu nawet nie myślałam. Co ja z nimi będę robić, to jeszcze tak dokładnie nie wiem, ale pewien pomysł już mi świta i pewnie wkrótce się nim z Wami podzielę :).



*****


sobota, 17 sierpnia 2019

O książkach bez książek, czyli - zakładki.

Planowałam pokazać nieco inne obrazki, ale pod ostatnim postem o książkowych rytuałach, rozwinął się w komentarzach wątek zakładek... no i jakoś tak samo wyszło... :). 
Wspominałam w tamtym wpisie, że nie lubię zakładać książek niczym grubszym od kartki papieru. Ale lubię zakładki - jako małe formy plastyczne, na przykład rysunkowe :). I lubię takie małe rysunki tworzyć, co z kolei można zobaczyć we wpisie o Zentangle - tutaj, klik!


Wiele razy chodziły mi po głowie pomysły zaprojektowania kilku zakładek, może ekslibrisów... Ale potem przychodziła refleksja, że przecież ich nie wykorzystam, no bo, jako się rzekło, nie lubię, bo grube, zawadzają mi bardziej niż pomagają. 

Ostatecznie zakładkę mogę zrobić na zwykłej kartce papieru, żeby zachować wygodną dla mnie grubość, czy tam raczej cienkość :) - ale szybko by się zużyła, zniszczyła. Może więc szkoda fatygi? 



Ekslibris zaś, pomijając fakt, że to już znacznie trudniejsza forma dodatku do książki, z założenia wymagająca pewnego dopasowania do właściciela, nie do końca godzi się z moją zasadą nie doklejania niczego do książek. Nawet dedykacje wpisuję na osobnych kartkach, włożonych luzem do książki. 
I wreszcie - książki są u mnie, w moim domu, i raczej nigdzie się nie wybierają, więc po co je podpisywać, znakować ekslibrisem? 
No taka wredota ze mnie, że nie cierpię nikomu pożyczać nic z mojego księgozbioru. To działa zresztą także w drugą stronę, to znaczy nie lubię korzystać z cudzych rzeczy i dotyczy to także książek. Czytam recenzje i opinie, wybieram interesującą mnie pozycję i zazwyczaj, o ile jest dostępna... kupuję. No trochę tych książek w związku z tym w domu jest :). Mąż natomiast korzysta namiętnie z bibliotek i koleżeńskich zbiorów, czasem więc zdarzy mi się też coś z tych pożyczonych dzieł przeczytać. Jak dzieło jest interesujące - moje pragnienie posiadania tego skarbu zwykle doprowadza i tak do zakupienia własnego egzemplarza.

Ale do brzegu...

Zakładanie książek to jedno, a tworzenie zakładek to drugie. No to stworzyłam :).

I proszę bardzo, tak to leciało:


Od biedy można to zrobić na zwykłej kartce z drukarki, a żeby nieco życie temu dziełu przedłużyć - nakleić na nieco grubszą kartkę kolorowego papieru i ewentualnie jeszcze np. polakierować preparatem do dekupażu, albo nawet zalaminować. Ponieważ jednak zrobiłam te zakładki na użytek własny, to darowałam sobie te "wzmacniacze", żeby jeszcze bardziej zakładek nie pogrubiać i nie usztywniać, bo strasznie by mnie to w książce wnerwiało.



Forma najprostsza z możliwych, rysunki wykonane moim ulubionym narzędziem, czyli cienkopisem, na kartce z bloku technicznego, linijka przydała się tylko do wyznaczenia wielkości i kształtu zakładek, potem szkic ołówkiem i ostatecznie rysowanie cienkopisem. Można sobie od razu powycinać prostokąty zakładek, ale mnie się tak lepiej rysuje, na większej kartce. I jak widać - nie rysowałam każdej po kolei od początku do końca, tylko raz trochę jednej, raz drugiej, co tam mi akurat w duszy zagrało :).

Ostateczny szlif rysunkom nadaje cieniowanie ołówkiem. Dzięki temu zabiegowi rysunek nabiera głębi, przestrzenności,życia :).




Pomysł zmałpowany od Danusi, o której blogu "Sztuka inspirowana Zentangle" wspominałam we wpisie czerwcowym (klik!). A tutaj link do ślicznych zakładek w stylu Zentangle, z dokładną instrukcją wykonania - http://www.denimix.pl/2019/04/jak-zrobic-zakadke-do-ksiazki-krok-po.html  ten wpis zawiera ponadto linki do innych inspirujących wpisów z zakładkami. 
Jak łatwo zauważyć, moja zakładka numer dwa powstała niemal dokładnie według instrukcji Danusi. Dorysowałam tylko coś w rodzaju siatki na samej górze, w tle serduszka. W ostatniej zakładce też wyraźnie widać inspirację zaczerpniętą z bloga Denimix. 

Warto czasem skorzystać z takiego pomocnego wpisu "krok-po-kroku", albo nawet skopiować (oczywiście wyłącznie na własny użytek) czyjś dobry projekt, bo jego samodzielne wykonywanie pomaga "załapać" o co w tym chodzi i łatwiej jest później samemu coś w tym stylu stworzyć, a później to już samo jakoś tak leci... :)))). 
Przyznam się Wam, że zaczynając przygodę z Zentangle myślałam, że to będzie raczej taki jednorazowy eksperyment. A tymczasem coraz bardziej mi się to podoba i przychodzą mi do głowy kolejne pomysły zainspirowane tą sztuką.


Zabawa z zakładkami była przednia, pewnie do tego pomysłu jeszcze wrócę :). Chociaż tak po cichu przyznam się Wam, że swoje książki będę zakładać raczej tymi paseczkami, które mi zostały po wycięciu zakładek :))))). 

Pomyślałam sobie jednak, że mam przecież zaprzyjaźnionych książkoholików i to mógłby być fajny dodatek do prezentów imieninowych na przykład. Kupiona książka plus własnoręcznie wykonana zakładka - wysiłek niewielki, a obdarowanemu być może będzie miło, że poza zamówieniem książki z kanapy przez internet trochę się wysiliłam, poświęciłam odrobinę czasu na prezent od serca.
Tak więc zakładki jeszcze się na moim blogu pojawią :).


*****


środa, 31 lipca 2019

Książkowe rytuały.

No i proszę, lipiec zleciał, a u mnie ostatni wpis jeszcze z czerwca... 
No to rzutem na taśmę, żeby się na lipiec załapać ;))) - post, który przygotowałam chyba z pół roku temu i miałam go rozwinąć, ale w tych upałach weny brak... 
Przyznam się Wam szczerze, że takich zaczętych wersji roboczych mam już... 35! Serio. Niektóre nawet z obrazkami i dość rozbudowane, ale w większości to tylko jako zapis pomysłu, inspiracji. Przychodzi mi coś do głowy, wrzucam więc takie luźne myśli do kolejnego roboczego posta, potem czasem coś dorzucam... 
Ale w tym upiornym klimacie po prostu nie mam siły tego ogarnąć. Po pracy jestem w domu około 16-17tej, a chatę i ogród też trzeba ogarnąć, zwierzaki też domagają się uwagi...

Dzisiaj wpis bez obrazków, natomiast ponieważ planuję wrócić do rozpoczętego jakiś czas temu mojego malutkiego cyklu książkowego, pomyślałam, że wrzucę tu kilka... hmm... ciekawostek(?) w tym temacie.


Jakiś czas temu była taka międzyblogowa zabawa, w której trzeba było odpowiedzieć na 11 pytań dotyczących naszych zwyczajów związanych z czytaniem książek. Odpowiadałam wówczas na te pytania na moim starym, nie istniejącym już obecnie blogu, pytania mi zostały w archiwum, odpowiedzi nieco zaktualizowałam :).


1. Czy masz ulubione miejsce do czytania w domu?


W zasadzie może być dowolne miejsce, byle w miarę ustronne, czyli żeby mi nikt nie przeszkadzał, nie ryczał telewizor, no i z dobrym światłem. Zazwyczaj czas na czytanie mam wieczorem, więc najchętniej czytam w sypialni albo na sofie w tzw. salonie, gdzie rozkładam się w pozycji półleżącej, z lampą za głową, nogi ugięte w kolanach i książka oparta na udach. W marzeniach wyobrażam sobie nieco bardziej wyrafinowane umeblowanie kącika do czytania, ale warunków na takie specjalne miejsce nie mam, a poza tym jak zatapiam się w lekturze, to już takie drobiazgi jak sofa czy szezlong, kocyk czy kominek itp., nie są istotne.


2.  Zakładka czy świstek papieru?


Coś pomiędzy :). Ale raczej świstek niż gruba ozdobna zakładka. Na ogół są to jakieś małe karteczki, takie z bloczków do notowania, z braku laku zdarza się czasem jakiś uszarpany kawalątek gazety czy paragon. Może być wizytówka albo ulotka. Przy ciekawej lekturze te wszystkie dodatki są nieistotne.

W każdym razie nie znoszę, jak w książce tkwi cokolwiek grubszego niż kartka papieru. Żadnych długopisów czy ołówków! Już raczej zamknę książkę bez zakładania czymkolwiek. W końcu nie jest tak trudno znaleźć miejsce, gdzie się skończyło czytać.

Nie rozumiem w ogóle idei ozdobnych, sztywnych i grubych zakładek - np. drewnianych (!) - w życiu bym nie wpadła na to, żeby wsadzać do książki deseczkę!, albo haftowanych, uszytych z dwóch warstw tkaniny i jeszcze jakiegoś usztywniającego wkładu. I żebyśmy się dobrze zrozumieli - nie neguję ich urody, lecz nie widzę użyteczności. Widuję takie zakładki, często się nawet zachwycam ich wyglądem, ciekawym projektem i starannym wykonaniem, naprawdę bywają piękne, ale zupełnie nie wyobrażam sobie, żebym miała coś tak grubego wkładać do książki. Tak że tego typu zakładki dla mnie to są tylko śliczne, ale niestety bezużyteczne gadżety. 

Swoją drogą - czasem tak sobie myślę, że mogłabym zaprojektować i zrobić kilka zakładek, podobnie zresztą jak ekslibris, fajnie by było :). Nie tyle do używania, co dla samej frajdy ich tworzenia, jak kółeczka Zentangle z poprzedniego wpisu. 

Bardzo lubię książki z wklejoną tasiemką do zakładania, ale taki gadżet mają tylko niektóre, porządnie wydane książki w twardych okładkach.


3. Umiesz przerwać lekturę w dowolnym miejscu, czy musisz doczytać do końca strony/rozdziału itd?


No cóż, bywają sytuacje, kiedy muszę przerwać czytanie w najciekawszym miejscu i wcale nie zionę żądzą mordu z tego powodu, ale na ogół raczej staram się doczytać przynajmniej do końca jakiegoś wątku. Były jednak takie czasy w moim życiu, kiedy oderwanie mnie od książki groziło (odrywającemu) utratą zdrowia lub życia.


4. Czy jesz lub pijesz przy czytaniu?


Jak jem, to nie zajmuję się innymi rzeczami, nie jadam ani przy telewizji, ani przy czytaniu - to są zasady dotyczące zdrowego odżywiania.

Ale... w czasach licealno-studenckich bywało inaczej, ponieważ wtedy czytałam w zasadzie bez przerwy, więc owszem jadłam w czasie czytania. Oprócz łączenia czytania z jedzeniem podstawowych posiłków, uwielbiałam brać sobie "do książki" ulubione przekąski: jabłka, albo mleko z lodówki plus słoik z miodem - do słoika z miodem wlewałam zimne mleko i jadłam to łyżką do zupy. Na jedno posiedzenie czytelnicze na ogół szło około 1/4 słoika (litrowego!) miodu i litr zimnego mleka. Pycha! Do dzisiaj lubię to połączenie, może to taka namiastka lodów, które też uwielbiam? W tamtych czasach jabłka kupowało się u nas skrzynkami, a u znajomego pszczelarza mieliśmy rabat za zakupy hurtowe :). Dużo się zresztą do dzisiaj nie zmieniło w tej kwestii.


5. Wielozadaniowość. Muzyka, telewizja w trakcie lektury?


Jak książka jest ciekawa, to nie lubię, jak mnie coś rozprasza. 
Natomiast jak książka nie jest ciekawa... to po co ją w ogóle czytać? 
Oczywiście muzyka może gdzieś tam w tle sobie lecieć, ale taka nieabsorbująca i niegłośna, najlepiej instrumentalna, albo w niezrozumiałym dla mnie języku :).


6. Jedna książka naraz czy kilka?


To zależy, ale na ogół jedna. 
Nie łączę czytania dwóch książek beletrystycznych, ale zdarza mi się, choć rzadko,  mieć w czytaniu jednocześnie beletrystykę i coś z literatury fachowej (biznes, ekonomia, zarządzanie itp), albo dokumentalno-historycznej, popularnonaukowej, esejów itp. Czasem biorę do ręki kolejną książkę, kiedy jestem przy końcu czytania innej, ale zwykle tylko przeglądam i kładę na podręcznym stoliku, żeby była w pogotowiu, jak skończę bieżącą lekturę. 

Nie lubię mieć rzeczy pozaczynanych, nieukończonych, rozgrzebanych. Moje posty robocze to doprawdy wyjątek i służą raczej jako szufladki do gromadzenia pomysłów :).
Kiedy zdarzy mi się mieć jednocześnie kilka zaczętych pozycji, to czuję się nieco sfrustrowana, że nie ogarnęłam jednego zadania i mam teraz do ogarnięcia kilka, czyli bałagan. To chyba wiele o mnie mówi :).


7. Czytasz w domu, czy wszędzie?


W domu, a na urlopie w hotelu, czyli raczej w miejscach zacisznych i z dobrym oświetleniem. Nie lubię czytać w samochodzie albo w plenerze. Dawniej dużo jeździłam pociągami, to tam owszem czytałam książki, żeby się czymś zająć w podróży, ale nie czułam się z tym komfortowo.


8. Czytasz głośno, czy po cichu?


Głośno? W sensie, że sobie samej z użyciem strun głosowych? 

Tak czytają chyba tylko dzieci, które się uczą czytać, albo osoby, które w ogóle mają jakiś problem z czytaniem i muszą sobie "przepowiadać" widziany tekst, żeby trafił do mózgu? 
Nie wiem, o co w tym chodzi, nie czytałam nigdy w życiu na głos sama do siebie. Głośno czytałam tylko moim dzieciom, jak były małe. 

Czytam bardzo szybko i jakieś mruczenie jest dla mnie tylko stratą czasu. Nie czytam sylabami, ani wyrazami, na ogół nawet nie zdaniami. Nie będę się w to zagłębiać, ale czytam naprawdę SZYBKO.

Nie lubię też jak ktoś mi czyta, bo sama przeczytałabym znacznie szybciej. Z tego też powodu nie lubię audiobooków. Męczy mnie czekanie na koniec zdania, w tym czasie przeleciałabym już wzrokiem pół strony.


9. Zerkasz w nieprzeczytane części książki? Przeskakujesz strony?


Jasne! 
Zdarza się, że jakaś książka nie przekonuje mnie do siebie, ale np. słyszałam o niej dobre opinie, więc czytam kawałki z różnych miejsc, gdzieś daję się wciągnąć akcji, i tak zdarza mi się fragmentami - czasem w odwrotnej kolejności, czyli od końca do początku - przeczytać całą książkę :). W kryminałach lubię wiedzieć kto zabił, w romansach - czy on się z nią ożenił itd :). Bardziej mnie pasjonuje droga bohaterów do finału, niż sam konkretny efekt finalny.


10. Łamiesz grzbiet książki, czy wolisz, żeby pozostał jak nowy?


Do książek mam stosunek dość nabożny, więc staram się ich nie niszczyć, nie kładę ich byle gdzie, nie odkładam rozłożonych w czytanym miejscu grzbietem do góry, nie zaginam rogów. Ale jeśli książka jest źle sklejona, tzn. nie rozkłada się samoczynnie, bo ma zbyt sztywny grzbiet, czyli jest bublem, to owszem łamię, bo ważniejszy jest komfort przy czytaniu. Ale w myślach przeklinam producenta takiego egzemplarza. 


11. Piszesz w książkach?


Nigdy w życiu! Nawet w czasie studiów używałam do zakreślania w podręcznikach jedynie ołówka i po sesji wymazywałam wszystkie notatki gumką. Wiem, wiem, ewenement na skalę światową, ale tak już mam :).


*****

I to by było na tyle, coś tam o mnie można się z tego dowiedzieć :). A może ktoś z Was, Kochani, miałby ochotę napisać o sobie coś podobnego? Chętnie przeczytałabym Wasze odpowiedzi na te pytania.


Obiecuję, że w kolejnym poście będą obrazki!


*****

niedziela, 30 czerwca 2019

30 dni Zentangle.

Kiedy kończyłam mój mały projekt pod roboczym tytułem "Majowe rysowanie" - akurat w ostatnim dniu maja na blogu "Sztuka inspirowana Zentangle" pojawiło się zaproszenie do podjęcia wyzwania pod nazwą "30 dni Zentangle". Pomyślałam, że skoro zaczyna się czerwiec, to może być fajny pomysł na kontynuowanie codziennego rysowania w kolejnym miesiącu. 


Lubię wszelkie tego typu graficzne rysunki, które ja nazywam bazgrołkami (tutaj możecie zobaczyć próbki moich bazgrołków -  Bazgrołki ), a z których jakąś część ktoś kiedyś postanowił wyodrębnić, usystematyzować, podnieść do rangi sztuki, opatentować i nazwać "Zentangle".

No więc co to takiego to Zentangle? 
Znacie to pewnie - nudna lekcja, wykład, czy zebranie w firmie, albo nawet chwila zadumy w domu, pod ręką kawałek kartki i długopis, no i odruchowo zaczynamy coś tam bazgrolić, jakieś esy-floresy, albo zamazujemy różnymi zygzakami kratki itd. Mnie się czasem zdarzało zarysować tak całą kartkę. 
Może to jest z pozoru bazgrolenie całkiem bezmyślne, ale - paradoksalnie - wielu osobom pomaga właśnie zebrać myśli, skupić się nad czymś, poukładać sobie coś w głowie. Albo odstresować się, wyluzować, oderwać od problemów. W każdym razie bazgranie ma potwierdzone naukowo działanie terapeutyczne. Podobno też z rodzaju tych bazgrołów można odszyfrować wiele informacji o naszej osobowości. Ale nie będę się w to zagłębiać.

Znaleźli się w każdym razie ludzie, którzy postanowili ogarnąć bardziej temat, zebrali i opatentowali całą masę takich bazgrołów, nazywając je "Zentangle" - łącząc w tym dwa wyrazy "ZEN" i "TANGLE". Jak się okazuje, biznes można zrobić na wszystkim, nawet na szkolnych bazgrołach :). I w żadnym razie nie piszę tego złośliwie, raczej z przychylnym rozbawieniem, no bo kto komu bronił zrobić to samo? Oni po prostu byli pierwsi :). Pozbierali takie wzorki, oszlifowali dodając czasem coś od siebie, opracowali "technologie" rysowania każdego z nich, ponazywali, skatalogowali. Nie da się ukryć, że to trochę wysiłku wymagało. Potem zaczęło to pączkować, czyli pojawiły się kursy rysowania Zentangle... Ale znowu zbaczam z tematu...

Wszelkiego rodzaju bazgrołki, doodle, tangle, kolorowanki i temu podobne rysunkowe zabawy, cieszą się coraz większym zainteresowaniem, a nie każdy jest na tyle kreatywny, żeby samemu sobie wymyślić jakieś wzory do bazgrania czy kolorowania. Dobrze więc się stało, że są takie miejsca w sieci, gdzie można znaleźć wszelkie informacje na te tematy, podpowiedzi - jak się zabrać za takie twórcze bazgranie, co do tego jest potrzebne, jak zacząć, a nawet mnóstwo gotowych wzorów, które można wprost wykorzystać, albo się nimi inspirować. 
Ale do brzegu...

Danusia zaproponowała zaprojektowaną przez siebie planszę podzieloną na 30 pól, z których każde codziennie należy po kolei zapełniać wzorami Zentangle.
Ja jednak chciałam, żeby to były oddzielne pola, nie połączone w jednolity patchworkowy panel, ale jednocześnie żeby tworzyły jakąś spójną całość. Wymyśliłam więc sobie własną planszę, na kartce brystolu formatu A3, z uporządkowanymi okręgami jednakowej wielkości. Swoją drogą - myślałam, że jestem oryginalna, ale jak później szukałam w sieci wzorów, to się okazało, że podobne plansze z kółeczkami zapełnionymi splotami Zentangle inni już dawno wymyślili :).


Kółeczka są niewielkie, po około 4,8 centymetra średnicy - pięć rzędów i sześć kolumn, czyli 30 sztuk, po jednym polu na każdy dzień czerwca. 
Najpierw narysowałam te kółka przy pomocy tradycyjnego cyrkla z ołówkowym rysikiem, a potem kolejno zaczęłam zapełniać pola wzorami, przy okazji rysując już cienkopisem "odręcznie" obwód każdego kółeczka. Ze dwa razy jednak ręka mi drgnęła i linia wyszła o włos poza obwód kółka, co niestety psuje efekt... Przetrząsnęłam więc dom i znalazłam taki oto wyrafinowany sprzęt do odrysowania idealnych kółek o średnicy 4,8cm:





Ale wracając do meritum... W tej zabawie/wyzwaniu chodziło o to, żeby nauczyć się rysowania według zasad Zentangle, wypróbować wzory opracowane przez twórców tej techniki, ewentualnie się nimi zainspirować, no i codziennie rysować, cokolwiek rysować! Takie malutkie kółeczko to doprawdy absolutne minimum rysowania, które można zrealizować nawet przy bardzo napiętym grafiku innych zadań i nawet jak się bardzo nie chce! 

Część moich kółeczek na planszy zawiera klasyczne wzory Zentangle, ale są też takie tylko nimi inspirowane lub z małymi modyfikacjami, a niektóre rysowałam w ogóle "z głowy".
Zentangle to są konkretne, licencjonowane wzory, do każdego z nich jest opracowana instrukcja rysowania. Są wśród nich sploty o różnym stopniu trudności, niektóre wbrew pozorom wymagają naprawdę dużej precyzji, skupienia przy rysowaniu i pewnej ręki, a czasem nawet warto wspomóc się ekierką czy cyrklem. Większość jednak to prościzna i każdy może je machnąć dosłownie w pięć minut. No i oczywiście można podejść do wyzwania z jeszcze większym luzem i tylko się zainspirować wzorami Zentangle, tworząc własne sploty.
Pomocny wpis, z objaśnieniami i linkami do klasycznych wzorów Zentangle:  http://www.denimix.pl/2018/08/wzory-zentangle.html

Rysując pierwsze kółka miałam wątpliwości, czy to będzie się jakoś prezentować, niektóre wzory wyglądają mało ciekawie narysowane tylko pisakiem. Całą robotę robi jednak cieniowanie ołówkiem - dodaje głębi, nadaje "połysku", sploty zaczynają "żyć". To jak backstitche w hafcie :). Mdły haft ożywa, kiedy wyszyje się kontury - hafciarki wiedzą doskonale, o czym mowa :).

W każdym razie - to była całkiem fajna zabawa. Jeśli macie ochotę na rysowanie takich wzorków, do których nie są potrzebne jakieś szczególne predyspozycje i talenty plastyczne, ani profesjonalne materiały i przybory, to ta zabawa jest właśnie dla Was! Wystarczy kartka papieru i jakiś pisak, długopis czy ołówek - i do dzieła!



Więcej szczegółowych informacji o Zentangle oraz bardzo interesujące inspiracje na ten temat znajdziecie na blogu Danusi - http://www.denimix.pl/ .


*****

Na koniec jeszcze news ogrodowy: 

Dzisiaj w słońcu było chyba z 50 stopni, a z oczka wodnego zaczęły już wyłazić pierwsze maciupcie żabiątka czy może ropuszątka, mniejsze od kijanek, z których się "wylęgły", no tak w sumie wielkości małej muchy... Mnóstwo ich jest! Za stawem i kawałkiem trawy jest ścieżka z kostki betonowej i te mikroskopijne żabcie zanim gdzieś przekicały w cień, to po prostu zaczęły się tam żywcem przysmażać i zasychać! Musieliśmy więc polewać ścieżkę wodą, najpierw z węża, potem drobnym zraszaczem. Ależ żabki miały używanie :))). A przy okazji zleciało się mnóstwo motyli, pszczół i innych owadów, które chciały się napić wody. 
Jeśli macie ogród, pamiętajcie o jego mieszkańcach w taki upał!

sobota, 22 czerwca 2019

Majowe konie b&w i słów kilka o kotach.

Te rysunki powstały w maju, w ramach mojego planu codziennego rysowania. 
To jest ostatnia, czwarta część tego, co udało mi się stworzyć w tamtym miesiącu i co zarazem w miarę nadaje się do pokazania - bo chciałabym jednak udokumentować, że faktycznie to codzienne majowe rysowanie było, chociaż nie codziennie powstawał pełny rysunek, a ja nie wyrabiałam się z przygotowywaniem postów :). 
Generalnie jestem permanentnie w totalnym niedoczasie, zwłaszcza jeśli chodzi o prowadzenie bloga - to zawsze jakoś spada na koniec listy priorytetów, niestety...





Rysunek według zdjęcia znalezionego w internecie, czarny cienkopis, biały brystol A3.

Oprócz tego, co Wam zaprezentowałam w tym krótkim majowym cyklu (rozciagniętym prawie na dwa miesiące!), zrobiłam też sporo ołówkowych szkiców, na bazie których dopiero powstaną jakieś bardziej konkretne rysunki, ale wobec marnej jakości zdjęć nie ma sensu ich pokazywać, bo niewiele będzie widać .

Powstało jeszcze kilka innych obrazków, ale jedne, chociaż kompletne, zupełnie nie zasługują na upublicznienie, inne zaś są w fazie zaawansowania tak mniej więcej w granicach od 25 do 50%. Pokażę, jak skończę, ale to już nie będzie pod majowym szyldem :). W każdym razie miesiąc był pracowity, rysowanie weszło mi w krew, no i o to chodziło!

Tak się złożyło, że zrobiła się z tego mała seria b&w, ale te zaczęte rysunki, o których wyżej wspomniałam, to już akurat nieco inna kolorystyka i pewna nowość - połączenie różnych technik. Czy coś z tego wyjdzie, to się dopiero okaże.

A dzisiaj - konie! Te dwa rysunki pokazuję bez dodatkowego komentarza, bo chcę dzisiaj coś więcej napisać o moich kotach (bo obiecałam, i bo kociarze czekają na takie wieści), a na konie przyjdzie jeszcze czas, na pewno będzie jakiś post tylko o nich :).



Też według zdjęcia z internetu, czarny cienkopis, biały brystol A4.


I to by było chwilowo na tyle w temacie rysunków. 
Jak się zapewne domyślacie, do prezentacji trochę mnie zniechęca jakość zdjęć, ale w kwestii aparatu jeszcze przez jakąś chwilę nic się nie wydarzy, bo inne inwestycje, jak to zwykle bywa, nieco przekroczyły planowany budżet :). Ale co się odwlecze, to nie uciecze!

Tymczasem więc nieco wiadomości o naszych futrzakach.

Sabinka ma nową ksywkę Ptaszkożerczyni. Chyba nie muszę wyjaśniać etymologii, niestety... Po cichu przyznam się Wam, że w chwilach szczytowej irytacji nazywam ją też Rudą Francą. Bo faktem jest, że charakterek ma dość wredny. Nie znosi Czarnuszki, która jest już emerytką i należą jej się szczególne przywileje, a zwłaszcza święty spokój. A Sabina ją prześladuje. Poza tym opstrykuje nam cały dom jak kocur - na szczęście nie śmierdzi to jak kocurze "pstryki", ale tym trudniej na bieżąco wyśledzić miejsca "oznakowane". Łowi ptaszki, motyle, żaby, padalce... I tak dalej... Oczywiście później udaje niewiniątko, ładuje się pańciowi do łóżka i domaga pieszczot.

Zrobienie zdjęć moim futrzastym łobuzom graniczy z cudem, bo albo ich nie ma, albo jak już wpadną do domu, to są w ciągłym ruchu, a jak się chce zrobić fotkę, to natychmiast dopadają człowieka i badają organoleptycznie, co też to za ustrojstwo państwo mają...

Moim dogorywającym sprzętem udało mi się w końcu jakoś cyknąć nowego mieszkańca naszego domku, Rudzika, zwanego też czasem Toffikiem (z aparatu pańcia z kolei nie dało się przerzucić fotek do mojego komputera, no techniczna klapa na całej linii). Oto Rudzik na swoich ulubionych miejscówkach:






Jak wszystkim kociarzom wiadomo, to nie człowiek wybiera kota, tylko kot wybiera sobie człowieka. Najlepszym przykładem jest Rudzik. Kręcił się po okolicy, zachodził do nas coraz częściej, aż w końcu wpakował się do mieszkania i nie dał się przepędzić. Prawdopodobnie na jego decyzji o osiedleniu zaważyła ilość oraz różnorodność pokarmu wystawianego dla takich przybłęd na tarasie i w altance :))).

Rudzik jest przemiłym kotkiem, bardzo przytulaśnym, ale obawiamy się złego wpływu Sabinki, bo jakoś podejrzanie przypadli sobie oboje do serca. Ona już go uczy różnych sztuczek, łazikują razem po okolicy, ostatnio działając we dwójkę wyczaili jak można wdrapać się na dach domu i dostać się do środka przez otwarty balkon na pierwszym piętrze. Tym sposobem padł ostatni bastion, w którym mogła się przed tą bandą skryć Czarnuszka. 

Wczoraj tak rozrabiali we dwójkę nad oczkiem wodnym, że Sabinka wpadła do wody i musiała się suszyć, na szczęście w tym upale po kwadransie było po sprawie. Dla wyjaśnienia dodam, że oczko jest co prawda spore i na środku dość głębokie, ale przy brzegach jest płytko, więc zagrożenia dla życia  kotów nie ma, już prędzej dla ryb, bo skubańce (koty, znaczy się) próbują na nie polować i już zdarzało się, że znajdowaliśmy rybę wywleczoną na brzeg.

Co najgorsze, a w zasadzie najbardziej uciążliwe - przyuważyłam Rudzika w chwili pstrykania na ścianę (w domu!) w miejscu ulubionym przez Sabinę. Tak czy owak - szykujemy się do kastracji, bo Rudzik tak na oko ma blisko rok i czas już najwyższy. Pańcio co prawda próbował okazać męską solidarność i zwlekał z tą decyzją, do chwili aż Rudzik napstrykał mu na teczkę i coś tam jeszcze. Chyba miarka się przebrała...

A wracając do Rudzika... Tak go sobie kiedyś obserwowałam, jak rozwalał się na fotelu, ale coś mu tak lisio z pyszczka patrzyło... i zaczęłam podejrzewać, że on jakieś podwójne życie prowadzi... Bo generalnie od paru tygodni już u nas mieszka, ale ze dwa razy zniknął na całą noc, a czasem po południu Sabinka przychodziła, a rudzielca nie było widać parę godzin...

Kiedy jeszcze chodziliśmy z Muszką na spacery, widywaliśmy podobnego, rudego kotka w pobliżu jednego z sąsiedzkich domów - mieszka tam starsza pani, rzadko się pojawia, ale przypuszczaliśmy, że może to jej kot, albo go tylko dokarmia... A może to jeden z kotów, które się urodziły u innego sąsiada, naprzeciwko tej pani... Ale że on nie za bardzo o nie dbał, dokarmiała je jeszcze inna litościwa dusza, paru maluchom znalazła nowe domy... Tak za bardzo nie dociekaliśmy wówczas, kto z sąsiadów które koty posiada, bo kręci się tych futrzaków pełno w okolicy, my sami mamy zawsze kilka zwierząt, wszystkich nie przygarniemy, a na zabiedzone nie wyglądały.

Jak Rudzik nagle zaczął do nas się wprowadzać, pytaliśmy sąsiadów, czyj to kot, ale nikt się nie przyznał.

Ale wątpliwości mi się jakoś w duszy zalęgły... I pewnego razu, kiedy wyszłam na balkon, zobaczyłam jak Rudzik z naszego domu szoruje przez ogród na ulicę, a potem dalej - dryp-dryp-dryp - zdecydowanym marszem, omijając dwa domy, prosto do domu tej starszej pani... przelazł przez dziurę w siatce i zniknął w gąszczu ogrodu. 
No i się wykryło! Rudzik był kotkiem dokarmianym przez tę panią, ale nie traktowała go jako swojego kota domowego, nie pozwoliła rozwalać się na piernatach, wystawiała tylko miseczkę z jedzeniem od czasu do czasu, dlatego postanowił zamieszkać u nas. Ale do dawnej dokarmiaczki nadal wyskakuje, żeby sprawdzić czy nie ma tam czegoś pysznego, tak jak człowiek do miłej knajpki na rogu :).

My też mieliśmy kiedyś takiego kotka, co po pewnym czasie wybrał sobie inny dom. U nas było wtedy tych kotów ze czternaście, a koty to jednak nie są istoty stadne, więc jeden z tych podrośniętych zaczął wędrować po okolicy i tak wypatrzył sobie domek, w którym mieszkały dwie starsze panie. I po pewnym czasie nasz Dyzio miał już obróżkę, utuczył się jak pączek w maśle i dobrze mu się w tym nowym domku działo, ale od czasu do czasu wpadał do nas "na jednego" czyli na jakieś ekstra frykasy, które mu mój stęskniony za Dyziem mąż skwapliwie wynosił. Od jakichś dwóch lat Dyzio już do nas nie zagląda, ale miałby teraz chyba ze 20 lat... Pewnie spaceruje już gdzieś za Tęczowym Mostem... I tak miał długie i fajne życie :).

****

Kochani, w tym miesiącu mam znowu swój mały rysunkowy projekcik związany z codziennym rysowaniem, ale to jest coś zupełnie innego i pokażę całość w pierwszych dniach lipca. Powstają też nowe prace w innych technikach, więc może uda mi się jeszcze coś wrzucić na blog w tym miesiącu :).