sobota, 1 kwietnia 2017

Seria zielnikowa - wisteria (glicynia).

Kolejny haft z zielnikowej serii zaprojektowanej przez Veronique Enginger - wisteria, znana także pod nazwą glicynia.




Trochę mi z tym wzorem zeszło... Najpierw było to całkiem przyjemne haftowanie, ale gdzieś w połowie dopadł mnie kryzys twórczy ;). 
No właśnie - twórczy. Czy to aby właściwe określenie? 

Problem polega na tym, że nagle znudziło mi się haftowanie krzyżykami. 
Owszem, powstają w tej technice fajne obrazki, ale tak naprawdę to jest działalność ODTWÓRCZA. Zero własnej kreatywności. Haftowanie według gotowego schematu, gdzie każdy krzyżyk i odcień muliny ma ściśle wyznaczone miejsce. Czynność z gatunku tych odmóżdżających, przy których dobrze się odpoczywa, a konieczność liczenia krzyżyków i pilnowania wzoru sprawia, że wielkie problemy tego świata oraz troski dnia powszedniego odpływają gdzieś w chwilowy niebyt. To wielka zaleta, ale z drugiej strony - zatęskniłam za tworzeniem czegoś własnego. 
Projektowanie wzorów xxx trochę mnie przerasta, a poza tym po prostu chciałabym spróbować innych technik hafciarskich. Na razie eksperymentuję, jak coś sensownego powstanie, to się pochwalę :).



Wracając do wisterii... Pierwotnie zamierzałam haftować na tkaninie w kolorze kremowym, zgodnie z projektem autorki wzoru, po namyśle wybrałam kolor ecru, ale szczerze mówiąc myślę teraz, że najbardziej odpowiednia byłaby spokojna kość słoniowa. Poza tym wszystko jest według legendy projektantki.
Haft na zdjęciach może nie prezentuje się rewelacyjnie, bo przeprasowany jest na razie tylko wstępnie i obfociłam go leżącego luzem. Na razie wszystkie zielniki czekają na wspólne oprawienie, a z tym to mi jeszcze chwilkę zejdzie :). Zmienił się pomysł co do miejsca ich powieszenia i w związku z tym muszę ponownie obmyśleć całą koncepcję ekspozycji.



W tym wzorze sporo jest tych beżowo-brązowych niby cieni, niby botanicznych rysunków, nadających całej serii szczególnego charakteru starych zielników. Generalnie, w porównaniu z irysem czy jaśminem, wisterię haftowało mi się gorzej, oczy mi się gubiły w plątaninie odcieni poszczególnych płatków. Przyśpieszenia dostałam w końcówce, po całkiem długiej przerwie w haftowaniu, bo pewnego pięknego poranka pomyślałam sobie, że jak się zaraz nie zbiorę w sobie i nie skończę tego haftu raz-dwa, to zamieni się w wiecznego UFOka. Tak więc zaparłam się i rzeczywiście poszło piorunem :).


Jakiś czas temu zapowiadałam haftowanie karczocha z serii zielnikowej i może bym gdzieś - równolegle ze wspomnianymi eksperymentami w innych technikach haftu - zmierzyła się z karczochem, ale się okazało, że mój schemat jest nieco sfatygowany i część oznaczeń jest nieczytelna. Tak więc karczocha chyba sobie zupełnie odpuszczę.


*****

niedziela, 26 lutego 2017

Aparatka.

Ten post będzie zupełnie nie na temat, którego można by się u mnie spodziewać. Ale... długo mnie nie było, mnóstwo rzeczy mnie zajmowało, hafty gdzieś tam pomiędzy, jakiś obrazek też powstał, ale jakoś nie mogłam się zabrać za napisanie czegoś na blogu. Przerwa, która miała być całkiem króciutka, wydłużyła się znowu okropnie... Więc postanowiłam w końcu zebrać się w sobie i napisać o tym, co mi akurat zaprząta myśli w tym momencie.
A zaprząta... stomatologia. A dokładniej -ortodoncja.

Otóż założono mi aparat ortodontyczny. Niby nic tam znowu takiego nadzwyczajnego, co drugi nastolatek nosi aparat, a i osobom w wieku pomaturalnym często się zdarza. Tylko że ja mam już własne dzieci w wieku pomaturalnym :).

Poniżej zdjęcie takiego aparatu, znalezione w internecie. U góry z zamkami tzw. estetycznymi, u dołu z metalowymi. Ja mam u dołu i u góry przeźroczyste zamki na zębach od jedynki do trójki, czyli to co widać przy normalnej rozmowie, a dalej są metalowe. Przeźroczyste są droższe, więc to od pacjenta (i zasobności portfela) zależy, ile będzie miał tych zamków tzw. estetycznych.

źródło

Poprawą wyglądu uzębienia byłam zainteresowana od czasu, kiedy zdałam własną maturę. Ale wtedy w moim mieście nie było ani jednego ortodonty z prawdziwego zdarzenia (dzisiaj jest ich chyba z piętnastu, w tym kilka specjalistycznych poradni z wszechstronnym wyposażeniem diagnostycznym). W tamtych czasach dentyści zajmowali się jedynie przygotowywaniem ruchomych (czyli zakładanych na noc) aparatów dla dzieci. Koło 18-tki leczenie się kończyło, poziom ówczesnej polskiej stomatologii nie pozwalał na kontynuację. Aparaty stałe były w sferze marzeń.

Tak więc gdzieś koło 20-tki usłyszałam, że na prostowanie moich zębów jest już za późno. Zaznaczam, że nie mam jakiegoś koszmarnego zgryzu, aczkolwiek jak na dzisiejsze standardy to do telewizji z takim uśmiechem raczej się nie nadaję :). Długo nie traciłam nadziei i co pewien czas kolejnych stomatologów pytałam o możliwość prostowania. I wciąż słyszałam tę samą odpowiedź, z której wynikało, że jestem za stara. I tak to trwało ze dwadzieścia lat. W końcu gdzieś koło 40tki doszłam do wniosku, że trzeba sobie odpuścić, skoro nie można, to nie można, trzeba przyjąć to do wiadomości i przestać o tym myśleć.
I kiedy ja już się z tym pogodziłam, nagle przy którejś wizycie ta sama dentystka, która 10 lat wcześniej powiedziała mi, że takim leciwym osobnikom zębów się już nie prostuje, powiada do mnie - a nie chciałaby pani tych zębów wyprostować?

No i w sumie to przez dłuższy czas to sama nie wiedziałam, czy mi się jeszcze chce z tym walczyć. Wyrzuciłam już przecież temat z głowy, a tu nagle co wizyta u dentysty, to mi mówią - a może by wyprostować?
Trochę to trwało, zanim do tematu ponownie dojrzałam, ale z kolei  - wiecie, jak to jest - tyle innych spraw na głowie, różne inwestycje i wydatki, które trochę ograniczały pole manewru, no i tak jakoś ogólnie nie mogłam się zmobilizować. Aż w końcu powiedziałam sobie - a  co tam, dzieci odchowane, w końcu zrobię coś dla siebie, trzeba się zebrać w sobie i podjąć męską decyzję. No i podjęłam.

Przed ostateczną decyzją szukałam informacji w internecie, trafiłam na kilka ciekawych miejsc z bardzo dokładnym opisem całej procedury, krok po kroku, z przeżyciami osób "zadrutowanych", ze szczegółami dotyczącymi specyfiki życia z aparatem na zębach. Opiszę więc jak to wszystko u mnie wyglądało, żeby mieć dokumentację dla siebie, ale może jeszcze kogoś to zainteresuje. 

Dzisiaj więc napiszę Wam o przygotowaniach, czyli o badaniach, zabiegach i innych sprawach organizacyjnych - przed założeniem aparatu. Zaznaczam, że opisuję tutaj swoje wrażenia i wiedzę zwykłego pacjenta, nie są to żadne tam fachowe opisy z medyczną terminologią, więc proszę się nie czepiać słówek :)

A było to tak...

Dzień pierwszy

  • Wizyta rozpoznawcza, czyli wstępna konsultacja i zarys planu działania. Pani ortodontka obejrzała moje uzębienie, kazała się wyszczerzyć, szeroko uśmiechnąć itd, powiedziała, że potrzebne będą dwa aparaty - góra, a potem dół plus odbudowa kilku zębów. Najpierw zdjęcia, różne pomiary, potem dokładny plan leczenia i kosztorys. Jak się zdecyduję, to będziemy działać dalej. Powiedziałam, że ja już jestem zdecydowana. Polecany dla mnie aparat to aparat Damona, samoligaturujący, bez gumek-ligaturek. Od razu wiadomo, że koszt mały nie będzie, ale z grubsza jestem już zorientowana, kasa na ten cel odłożona :). Rozmawiamy o jednym z najlepszych rodzajów aparatów ortodontycznych i nowoczesnych metodach. Bez usuwania niektórych zębów, jak to robiono dawniej i co jeszcze czasem się praktykuje w przypadku tradycyjnych aparatów. W rezultacie całego zabiegu zmienia się układ zębów i kości, zmienia się profil, buzia się wypełnia, efekt jak po liftingu :). Ortodontka mówi mi o aparacie z przeźroczystymi zamkami, czyli niemal niewidocznymi, o które jednak trzeba dbać w szczególny sposób, mianowicie unikać jedzenia i picia pozostawiającego osady. Czyli odzwyczajamy się od siorbania kawy, herbaty, nawet herbatek ziołowych. Ostatecznie można je pić, ale przez rurkę. Oczywiście obowiązuje szczególna dbałość o higienę, bardzo staranne czyszczenie po każdym jedzeniu, jedzenie też nie będzie takie proste jak dotychczas... Dostaję kartkę z różnymi dokładnymi informacjami na ten temat. 
  • Idziemy na rentgen - asystentka zrobiła mi zdjęcia rtg - jednym aparatem pantomograficzne, potem innym - boczne i jeszcze zdjęcie stawów skroniowo-żuchwowych w rozwarciu czyli z rozdziawioną buzią. 
  • Następnie idziemy do innego gabinetu, gdzie będą robione wyciski. Do metalowej foremki w kształcie podkowy asystentka nakłada plastyczną masę, zakłada mi to najpierw na górne zęby, masa wyciśnięta zębami trochę wychodzi na podniebienie, co wywołuje u mnie odruch wymiotny. Jestem wrażliwa na takie smyranie po podniebieniu, zaraz zaczynam się dławić, a tu trzeba było chwilę odczekać, żeby się dobrze odcisnęło. Potem to samo z dolnymi zębami, ale tutaj już się obyło bez nieprzyjemnych doznań. Powstały więc takie jakby foremki, w których technik zrobi gipsowe odlewy mojego obecnego uzębienia. Mój krzywy zgryz doczeka się własnego pomnika :))). 
  • Za całą tę przyjemność (zdjęcia, konsultacja, wyciski) zapłaciłam łącznie 400 zł.  Założono mi kartotekę w komputerze i dostałam małą książeczkę, do której będzie wpisywany przebieg wizyt i planowane kolejne zabiegi, oraz kartkę z informacjami na temat życia z aparatem, czyli jakie zasady obowiązują, czego unikać itd. O tych wszystkich szczegółach będę pisać w kolejnych relacjach :).                                                                                                                                                      

Dzień drugi

  • Skaling i piaskowanie, czyli dokładne czyszczenie zębów z kamienia i wszelkich osadów. Mało przyjemne, trochę bolesne, ale da się wytrzymać. Ja nie cierpię znieczuleń, więc wolę się pomęczyć "na żywca". Asystentka stomatologiczna, nazywana tutaj w gabinecie higienistką, robi skaling, potem piaskowanie, na koniec sprawdza dokładność zabiegu specjalnym laserowym urządzeniem i w razie potrzeby poprawia. 
  • Potem higienistka ogląda dokładnie ząb po zębie specjalną kamerą doustną, która ujawnia ogniska próchnicy niewidoczne gołym okiem - i tam, gdzie jest coś do leczenia, robi od razu zdjęcie i zapisuje w komputerze. Powstaje mapa mojego uzębienia z zaznaczonymi istniejącymi wypełnieniami i miejscami do leczenia. Wiemy więc, co trzeba wyleczyć przed założeniem aparatu. 
  • Przy okazji ujawnia się także problem z parodontozą. Nie jest to dla mnie nowość, miałam już kłopoty z tą chorobą przyzębia, ale dzięki dobremu leczeniu na kilka lat miałam spokój. Ostatnio jednak sama czułam, że stan dziąseł trochę się pogorszył, raz na jakiś czas pojawiało się krwawienie przy myciu zębów. No więc umawiam się na kolejną wizytę w związku z parodontozą. 
  • Ale to nie koniec na dzisiaj, idę jeszcze do innego gabinetu, gdzie będą wykonywane badania stawów żuchwy, a konkretnie ich ruchomości. Zakładają mi na głowę dziwne ustrojstwo złożone z metalowych obręczy, prętów i śrub, podłączonych do komputera. Dostaję polecenia wykonywania różnych ruchów żuchwą: wysunięcie jak najdalej do przodu, następnie w prawo, w lewo i w dół czyli otwarcie buzi jak najszerzej. Każdy z ruchów powtarza się trzy razy, a jeśli jeden z wyników wyraźnie się różni od pozostałych, to powtarza się jeszcze czwarty raz. Ujawnia się, że lewy staw mam bardziej zablokowany. Sama to czuję, założona aparatura powoduje, że pacjent odczuwa takie rzeczy, na które przedtem nie zwracał uwagi. 
  • Skaling i laser kosztują mnie 250 zł. Za badanie stawów żuchwy - 100 zł.                                                                                                                                                                                      

Dzień trzeci

  • Dzisiaj asystentka stomatologiczna robi mi kiretaż - zamknięty, bo stan mojego przyzębia nie był tragiczny (przy tragicznym robi się kiretaż otwarty i naprawdę nie chcecie wiedzieć na czym to polega). Wymagał jednak przygotowania do zakładania aparatu, chodzi bowiem o wzmocnienie tkanek dziąseł i zębów. Konkretnie kiretaż to jest zabieg mający na celu wyczyszczenie kieszonek zębowych i korzeni zębów z wszelkich zanieczyszczeń oraz czynników zapalnych. Jakieś 10 czy 12 lat temu miałam robiony taki zabieg, ale zupełnie inną metodą. Wtedy było to wykonywane ręcznie, dentystka skrobała mi te korzenie jakimiś skrobakiem, byłam przy tym porządnie znieczulona, a później jakiś czas jeszcze trochę pobolewało. Za pół dolnego łuku zapłaciłam wtedy jakieś siedem stów i trwało to chyba godzinę. Było co prawda nadzwyczajnie skuteczne na wiele lat i szczerze ten zabieg polecam wszystkim zmagającym się z parodontozą. Tym razem zabieg trwał pół godziny - na wszystkich zębach i obyło się bez znieczulenia, a zaraz po zabiegu nic nie bolało, czyli nie zostałam tak pokiereszowana jak poprzednim razem. Mój mąż na pewno bez całkowitej narkozy nie wytrzymałby. Tak że kwestia czy to zabieg bardzo bolesny czy nie - jest rzeczą względną :). Kiretaż jest robiony czymś co dawało wrażenie jakiejś wolnoobrotowej szlifierki stomatologicznej. Czyli końcówka zamiast wiertła miała coś ścierająco-szlifującego. No cóż, zabieg nieprzyjemny, porównywalny z borowaniem na wolnych obrotach, ale pod linią dziąseł i na wszystkich zębach. Chwilami było całkiem znośnie, ale momentami, w newralgicznych miejscach, świeczki stawały mi w oczach. No ale dało się przeżyć, znieczulenia nie chciałam. Na koniec zabiegu nakłada się jeszcze żel z fluorem
  • Dla niezorientowanych dodam jeszcze, że jeśli wydaje się Wam, że taki drastycznie wyglądający z tego opisu zabieg robi się osobom, którym zęby się całkiem rozchwiały i wypadają samoczynnie, to jesteście w błędzie. Przed pierwszym takim zabiegiem nie zdawałam sobie sprawy, że mam parodontozę. Ot, czasem dziąsła krwawiły przy szorowaniu, ale myślałam, że to z powodu dość energicznego poruszania twardą szczoteczką. A nie każdy dentysta zajmuje się parodontozą i nie każdy zwróci Wam na to uwagę. Z doświadczenia wiem, że warto chodzić do dobrych poradni stomatologicznych, w których pacjenta traktuje się kompleksowo, wykonuje się nie tylko zlecone leczenie konkretnego zęba, ale także bada się dokładnie pod kątem różnych nieprawidłowości. Na przykład dzięki badaniom stawów żuchwy można wykryć, a następnie wyleczyć, przyczyny dolegliwości, których normalnie nie kojarzymy ze stomatologią - szumy w uszach, nawracające bóle uszu, migreny itd. 
  • Ale wracamy do mojego zabiegu - płacę 800 zł (cena - 400 zł za każdy pełny łuk) i dostaję zalecenie stosowania przez 30 dni kuracji wzmacniającej dziąsła: rano kapsułka Capivit A+E, w południe witamina C 500mg, która ma przygotować środowisko do przyjęcia wieczornej tabletki do ssania z koenzymem Q10. I dodatkowo jeszcze Omega 3. Te witaminki i suplementy to koszt około 70 zł.                                                     

Dzień czwarty 

(piąty, szósty i jeszcze kilka, oczywiście nie dzień po dniu, tylko z przerwami).
  • Leczenie wykrytych ognisk próchnicy oraz wymiana niektórych starych wypełnień na nowe Zęby mam nierówne, ale generalnie zdrowe, to znaczy na bieżąco leczone. Tak mi się w każdym razie wydawało... O święta naiwności!  Do tej pory moje zęby były oglądane tylko okiem dentysty, co najwyżej czasem rentgenem, a tutaj stomatolog wspomógł się kamerą z laserem wykrywającym to, czego ludzkie oko nie jest w stanie zobaczyć. Szczerze mówiąc, to byłam w lekkim szoku, kiedy w 10 miesięcy od ostatniej wizyty u dentysty, po której niby wszystko było ok, nagle się okazało, że "podejrzanych" jest 12 zębów!!! Masakra. Na ekranie, w dużym powiększeniu i w specjalnym podświetleniu, moje białe na pozór zęby wyglądały jak robaczywe! Najlepiej widać tę różnicę na moich dolnych piątkach, które były parę, no może 6-7 lat temu leczone, pięknie wypełnione, wyglądały jak zdrowe, jednolicie białe zęby. Sama sobie mogę je dokładnie zobaczyć w lusterku, to wiem o czym mówię. A tymczasem aparat pokazał czarną obwódkę na granicy zęba i wypełnienia. Oglądam to na ekranie w dużym powiększeniu, wygląda okropnie, aż trudno uwierzyć! Lekarz mi tłumaczy, że to mikronowa szczelinka i w tej chwili to jeszcze nie jest nic groźnego, ale jest już sygnał, że coś tam się zaczyna dziać. Jaka więc moja decyzja - leczymy czy na razie zostawiamy? Jestem tym widokiem nieco przerażona, więc myślę - co mi tam, robimy wszystko, po co czekać pół roku aż będzie widoczne gołym okiem. Tak więc w sumie nazbierało się tych zębów do leczenia albo wymiany starych wypełnień dość sporo.  Ktoś mi później powiedział, że to takie wyciąganie kasy od pacjenta. Ale na ekranie widziałam różnicę między tym dawno temu wypełnianym zębem, a tym zrobionym dwa dni temu. Coś jest na rzeczy, widać wyraźnie, że ten nowy jest cały bialutki, a stary niestety nie jest w stanie idealnym. Wolę wyleczyć od razu. Uczula mnie to w każdym razie na kwestię higieny jamy ustnej, powoli zaczynam mieć na tym punkcie obsesję. Polecam każdemu obejrzenie swoich zębów okiem takiej kamery. Taki mały horrorek. U mnie automatycznie wpłynęło to na wydłużenie czasu mycia zębów i rozszerzenie tej czynności na stałe o dodatkowe zabiegi, do tej pory dość często pomijane - a to z lenistwa, a to z pośpiechu... Mam na myśli nitkowanie, używanie specjalnych czyścików, irygatora stomatologicznego itd.
  • Za jedną wizytę z borowaniem i plombowaniem, trwającą prawie godzinę, płacę po 150-170 zł. Czasem umawiam się na podwójną sesję, wtedy robimy za jednym zamachem dwa zęby. Pan doktor robi na mnie dobre wrażenie, działa spokojnie, delikatnie, na ogół nic mnie nie boli, a że znieczuleń nie lubię, więc dość spokojnie daję radę na żywca. Każdy zabieg trochę trwa, ale ząb jest pięknie wyrzeźbiony i wygładzony, tak że prawie nic nie trzeba poprawiać. 

W tak zwanym międzyczasie zaczynam przyjmować zalecone witaminki i inne preparaty na dziąsła, no i powoli przestawiam się na białą dietę. Czyli na początek rezygnuję z drugiej kawy i całkowicie z herbaty na rzecz wody - samej albo z miodem i cytryną, odmawiam wypicia proponowanego soku z aronii, zaczynam się zastanawiać nad marchewką, bo podobno też okropnie barwi, nie jem czerwonych winogron i buraczków do obiadu... Kawę rano muszę wypić, żeby jakoś funkcjonować, ale że i tak jej nie lubię, to bez problemu wysiorbuję ją przez rurkę, nigdy nie piłam kawy dla przyjemności, żeby się nią delektować, tak więc nie mam z tym problemu.

Bardziej przykładam się do szorowania zębów, robię to dłużej i dokładniej, niż dotąd bywało... Wiecie, jak to jest, człowiekowi się wydaje, że ma na wszystko mało czasu, że musi gdzieś lecieć bo coś tam pilnego czeka... No to teraz zwalniam. Czas na higienę jamy ustnej mam zaplanowany, wiem że muszę przeznaczyć na to minimum spokojnych pięć minut. Trzy razy dziennie, po głównych posiłkach. Nie chodzi o to, żeby mocno szorować, tylko żeby robić to dokładnie, wyczyścić każdy zakamarek. Raptem kilka minut dłużej. Chyba warto.
Jak długo myjecie zęby? Minutę? Dwie? Większość ludzi robi to w 30, max 60 sekund. To za mało. Potem się dziwimy, że mamy kamień na zębach i próchnicę.
Przy myciu zębów używam teraz jeszcze dodatkowych akcesoriów... ale o szczegółach napiszę w innym poście, żeby Was tu jednorazowo nie zanudzić.

Odzwyczajam się także od jedzenia potraw wymagających mocnego rozgryzania, które mogłoby powodować np. szarpnięcie drutu i odklejenie zamka, wbijanie się fragmentów jedzenia w elementy zamków itp. Ugryzienie jabłka nie będzie już taką prostą sprawą... Czyli oprócz diety białej, będzie także przez jakiś czas dieta bezzębna :). 

*****

Ależ się rozpisałam! W najbliższym czasie opowiem o pierwszych tygodniach życia "za drutami" czyli z aparatem na zębach.

A w międzyczasie może się zmobilizuję i pokażę kilka swoich wytworków hafciarskich i malarsko-rysunkowych, bo temat aparatu ortodontycznego chyba nie jest szczególnie atrakcyjny :))).

    wtorek, 20 grudnia 2016

    W świątecznym nastroju.

    Ten rok zdecydowanie nie służył mojej blogowej działalności. Ale że obfitował w wiele innych cudownych zdarzeń, to - szczerze mówiąc - nie mam zbyt wielkich wyrzutów sumienia :). Jednak moim miłym czytelnikom, a zwłaszcza stałym obserwatorom, którzy pomimo mojej przedłużającej się nieobecności wytrwale czekali na kolejne posty, winna jestem przeprosiny. Kochani, wybaczcie, obiecuję poprawę w nowym roku!

    A w ramach tych przeprosin prezentuję świąteczny obrazek, który był bardzo miłą i szybką robótką przez kilka jesienno-zimowych wieczorów.



    Wyhaftowałam go podwójną nitką muliny w kolorze ecru. Nie zdążyłam go jeszcze oprawić, bo dopiero dzisiaj upolowałam odpowiednią kwadratową ramkę, a czeka mnie lepienie sporej ilości uszek (na razie zostaną zamrożone). Grzyby już przygotowane, tak że rozumiecie, uszka to priorytet, z ramką zmierzę się może jutro. 

    Oprawiam hafty samodzielnie, zazwyczaj daję passe-partout z tkaniny naciągniętej na tekturkę, ale tym razem chcę wykorzystać gotowe kartonowe passe-partout w kolorze takim jak użyta mulina. 



    Ten uroczy obrazek to Quaker de Noel, czyli Świąteczny Sampler, od Jardin Prive, a autorką wzoru jest Nathalie Cichon.





    Życzę Wam wszystkim wesołych Świąt i wszystkiego co najlepsze w nadchodzącym roku! Niech się spełniają marzenia :).

    *****




    niedziela, 9 października 2016

    Dyniowy czas.

    Trochę mnie tu nie było... Sporo się działo, czas zleciał niepostrzeżenie... Wpadam na chwilkę, żeby dać znak, że żyję i blog istnieje :). Mam nadzieję, że wkrótce będę miała więcej czasu na nieco staranniejsze zajmowanie się blogiem.

    Najpierw o haftach. Od razu się przyznam: wisteria nie ukończona leży w szufladzie i jakoś mi do niej nie śpieszno, karczoch w ogóle nie tknięty. Nawet nie będę się tłumaczyć - blokada hafciarska, tak mi się jakoś porobiło i już. Z tym że problem dotyczy tylko zielników, może chwilowo mi się przejadły...
    Dostałam natomiast weny w temacie małych zabawnych hafcików i taki oto wzorek wygrzebałam z moich zbiorów, całkiem na czasie (w tle moje wrzośce):



    W tym roku po raz pierwszy wyhodowałam w ogrodzie własne dynie - głównie hokkaido, ale mam też kilka sztuk jakiejś większej, o nie znanej mi nazwie. W ogóle dynie poznałam zaledwie jakieś trzy lata temu, wcześniej ani w moim domu rodzinnym ani u znajomych nikt się dyniami nie zajadał. Postanowiłam spróbować zachęcona entuzjastycznymi opiniami na blogach kulinarnych, gdzie znalazłam też mnóstwo wspaniałych przepisów, zarówno na dania słodkie jak i wytrawne. Od pierwszego razu jestem wielbicielką dyń! Są niezwykle uniwersalne, można je przyrządzać na wiele sposobów, doskonale się przechowują, a w uprawie są niezwykle bezproblemowe. 



    Ponieważ słodyczy raczej unikam, to dynie do tej pory wykorzystywałam głównie do przygotowywania zup w najprzeróżniejszych wariacjach oraz placków - na słono, ostro, z przeróżnymi sosami i dipami. Zdarzyło mi się także - w ramach eksperymentów - zrobić trochę konfitur dyniowych i chutney. Dzisiaj jednak postanowiłam zaspokoić potrzeby reszty rodziny i przygotowałam z dyni ciasto, które okazało się rewelacją kulinarną i zniknęło z talerza tak szybko, że ledwo zdążyłam jakieś zdjęcie pstryknąć :).

    Przepis na ciasto gdzieś przeczytałam, ale nie mając wówczas możliwości zapisania odtwarzam go tak trochę na wyczucie. Uprzedzam, że ciasto konsystencją i wilgotnością przypomina sernik, więc badanie patyczkiem stopnia upieczenia raczej nie ma sensu. Powinno być podawane po schłodzeniu w lodówce, ale moja rodzina nie była w stanie wytrzymać tak długo, więc dyniowy "sernik" został podany jeszcze na ciepło. 

    A zatem przepis na BARDZO ŁATWE I PRZEPYSZNE CIASTO DYNIOWE.

    Składniki:

    • średnia dynia hokkaido, po usunięciu pestek i włókien pokrojona w kostkę razem ze skórą;
    • cytryna - sok i starta skórka (można użyć pomarańczy, ale ja wolę cytrynę);
    • pół szklanki kwaśnej śmietany;
    • około 50g masła;
    • 4 jajka;
    • wanilia lub jej substytut, oczywiście najlepsze jest wyskrobane wnętrze jednej laski prawdziwej wanilii;
    • 2/3 szklanki cukru (moje szklanki mają pojemność ok. 200ml);
    • 1 i 1/3 szklanki mąki - może być kukurydziana lub pszenna, ja zwykle daję po połowie;
    • dwie-trzy łyżki miodu.
    Proporcje są na średnią tortownicę. Produkty wyjmujemy z lodówki, żeby miały jednakową temperaturę, co zapobiegnie powstaniu zakalca.
    Dynię przygotowujemy jak kto woli - gotując lub piekąc w piekarniku. Upieczona ma bardziej wyrazisty smak. Pierwszy sposób: dusimy pod przykryciem z odrobiną wody i sokiem z cytryny (lub pomarańczy). Jak  już zmięknie to jeszcze w razie potrzeby odparowujemy i zostawiamy do lekkiego przestygnięcia. Drugi sposób: pokrojoną na kilka kawałków (oczywiście pozbawioną ziaren) upiec i potem zmiksować z cytryną.
    Piekarnik nastawiamy na 180 stopni.
    Dynię blendujemy z masłem, skórką z cytryny i wanilią na jednolity mus.
    Ubijamy jajka na dość sztywną pianę. Najlepiej ubić najpierw białka z odrobiną soli i potem dodać żółtka.
    Mus dyniowy miksujemy kolejno dodając cukier, miód, śmietanę, jaja i mąkę.
    Ciasto wlewamy do odpowiednio przygotowanej foremki i pieczemy około 50 minut. Następnie ciasto studzimy powoli, tzn. przy uchylonych drzwiczkach piekarnika. Na koniec powinniśmy je jeszcze schłodzić w lodówce. Zapach jednak rozchodzi się taki, że moi domownicy stanowczo zażądali poczęstunku nie czekając na przepisowe wystygnięcie. Polałam zatem całość rozpuszczoną czekoladą (najbardziej pasuje tu gorzka!), zdołałam jeszcze wyrwać na chwilę talerz z rąk łasuchów i cyknąć pośpiesznie fotkę - wybaczcie więc tę mało finezyjną aranżację :). 


    *****

    niedziela, 26 czerwca 2016

    Seria zielnikowa - jaśmin.

    Plan był inny, miałam zabrać się za karczocha, chodzi mi on cały czas po głowie, ale kiedy zaczęłam przeglądać posiadany zasób mulinek, okazało się, że do karczocha muszę zamówić większość kolorów, a do jaśminu mam wszystkie i nawet odpowiednią kanwę. A że weekend akurat się zaczynał i na zamówienie trzeba by poczekać parę dni, to zabrałam się za jaśmin.



    Wydawało mi się, że haftowanie tych drobnych płateczków będzie uciążliwe, ale poszło całkiem sprawnie i bez pomyłek. Znacznie bardziej dał mi w kość oset z poprzedniego posta :).
    Na zdjęciach cały obrazek niestety wygląda dość blado, w rzeczywistości tkanina jest jasnobeżowa, kwiaty białe z błękitnym podcieniowaniem i kremowymi akcentami - dość dobrze kontrastują z tym tłem. Mój aparat ma niestety tendencję do "zniebieszczania".



    Dla porównania położyłam obok siebie trzy dotychczas wyhaftowane "zielniki": jaśmin na tkaninie beżowej, irys na ecru i oset na kości słoniowej. W tym zestawieniu kolory jaśminu wypadły nieco bardziej realistycznie:



    Co teraz wrzucić na tamborek z zaplanowanej serii? 
    Znowu się waham - karczoch, który już po raz drugi wypadł z kolejki, czy może jednak wisteria, która też mnie kusi od pewnego czasu? Poza tym wisteria (glicynia) swoją "strukturą" przypomina mi nieco jaśmin - mam na myśli te drobne płatki w powtarzalnych kolorach, które przedtem mnie przerażały, a teraz już wiem, że haftuje się je całkiem przyjemnie :). Biję się z myślami, ale już coś tak czuję przez skórę, że karczoch będzie musiał poczekać...



    *****

    niedziela, 5 czerwca 2016

    Seria zielnikowa - oset.

    Czas najwyższy zaprezentować ukończony jakiś czas temu haft ze znanej serii zielnikowej zaprojektowanej przez Veronique Enginger. Kolory na zdjęciach nieco przekłamane (haftowałam na aidzie w kolorze kości słoniowej).


     Popularnie nazywany niebieskim ostem, ale właściwie to jedna z odmian rośliny o mało znanej nazwie przegorzan. To jedno ze znalezionych w internecie zdjęć, najbardziej przypominające "oset" z haftu:

    źródło
    W pewnym momencie trochę się zniechęciłam do tego wzoru, bo w trakcie wyszywania nie wszystkie kolory mi się podobały. Patrząc na ostateczny efekt jestem zadowolona, całość mi się bardzo podoba, ale haftując drugi raz zmieniłabym na pewno jeden z kolorów, dość zjadliwy turkus, który moim zdaniem jest zbyt jaskrawy i nie pasuje do sąsiadujących odcieni. Ale drugiego razu na pewno nie będzie :).


    Najbardziej namęczyłam się przy tej najeżonej kulce, gdzie co krzyżyk to inny kolor. Jak mi się raz coś pomieszało, to potem ciężko było "spasować" wzór, tak żeby oset był podobny do ostu. Wprawne oko dojrzy te kiksy, ale ogólnie obrazek wygląda fajnie i w towarzystwie irysa (o którym było w tym poście) świetnie się prezentuje :). W planie mam wyhaftowanie całej kolekcji w tonacji niebiesko-fioletowo-białej, czyli będzie jeszcze wisteria, karczoch, jaśmin i być może hortensja w wersji niebieskiej. 


    *****


    sobota, 21 maja 2016

    Bratki.

    Hafcik z bratkami może nie jest jakimś szczególnie wybitnym dziełem, ale prezentuję go, żeby przerwać moją przydługą nieobecność na blogu. Rozliczne życiowe obowiązki oderwały mnie ostatnio od blogowania... A zatem bratki - te wyhaftowane to chyba bratki polne, a pozują w towarzystwie bratków ogrodowych z mojej rabatki.


    Hafcik powstał z myślą o wykonaniu jakiegoś drobiazgu na Dzień Matki - prawdopodobnie ozdobi wieczko pudełka, ale w grę wchodzi także po prostu obrazek.
    Z tej serii wyhaftowałam jeszcze dwa kwiatowe obrazeczki:


    Krokusy są niestety do bani - w realu wyglądają co prawda troszkę lepiej, jednak wyszły okropnie mdło i blado, chociaż użyłam kolorów według legendy. Może na ciemnej kanwie prezentowałyby się ładniej, ale już trudno, wyszło jak wyszło.

    Żonkile są fajne, a w sumie nie mam pomysłu co z nimi zrobić... może więc po prostu na prezent oprawię wszystkie te trzy haftowane obrazki? Mama ma altankę na działce, takie obrazki fajnie by tam wyglądały :).


    Hafciki prościutkie i malutkie, rzadko haftuję takie siermiężne obrazki, ale te bratki tak mnie jakoś same skusiły :))). A reszta to już tak z rozpędu... Zapowiadany oset z serii zielnikowej trochę dał mi w kość, bo okazało się, że wzór mam trochę rozmazany w dość istotnej części i sporo się namęczyłam, żeby to rozczytać, a potem wyhaftować. Do końca niewiele już brakuje, ale potrzebowałam łatwej i szybkiej odskoczni, te małe kwiatuszki świetnie się nadawały.


    *****