niedziela, 9 lutego 2020

Polskie Miasta w Zentangle (6) - Toruń.

A więc mamy szósty już odcinek wyzwania rysunkowego Polskie Miasta w Zentangle  i - Toruń!

A skoro Toruń - to...
  • Mikołaj Kopernik
  • pierniki
  • planetarium i obserwatorium
  • pierniki!
  • gotyckie zabytki w oszołamiającej liczbie
  • pierniki!
  • Krzyżacy i zamek krzyżacki
  • pierniki!!!
  • krzywa wieża
  • PIERNIKI!!!
...no dobra, pierniki pchają się pomiędzy wszelkie inne skojarzenia, bo wiadomo - przepyszne, miodowe, pachnące goździkami, cynamonem, imbirem, kardamonem, gałką muszkatołową i kto wie czym jeszcze... ach, mniam! Kto nie lubi pierników? - ja wręcz uwielbiam!

A jednak... pierwszym skojarzeniem z Toruniem był u mnie przecież Kopernik, którego kandydaturę do rangi symbolu miasta wspierają dodatkowo: obserwatorium astronomiczne i planetarium - których, bądźmy szczerzy, pewnie by bez Kopernika w ogóle tam nie było. Nawiasem mówiąc, w Toruniu bywałam kilka razy, głównie we wczesnej młodości, i najlepiej zapamiętałam nie pierniki, a właśnie wizyty w planetarium, wszystkie historie związane z Kopernikiem i astronomią, no i niesamowite, imponujące gotyckie budowle (w 1997r Zespół Staromiejski Torunia został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Naturalnego UNESCO).




Kopernika kojarzyłam od wczesnych lat dziecięcych także z obrazu Jana Matejki "Astronom Kopernik, czyli rozmowa z Bogiem". Reprodukcja tego obrazu była w dużym albumie poświęconym twórczości Jana Matejki, leżącym w moim domu rodzinnym. A że malarstwo fascynowało mnie od zawsze, to sobie często ten album oglądałam, czytałam opisy, a resztę objaśniał mi tato. Ten obraz jakoś szczególnie przyciągał moja uwagę, być może zainteresował mnie po pierwszej wizycie w planetarium...? Tego już dzisiaj dokładnie nie pamiętam.


I tak przyszła kolejna fascynacja - wszechświatem, kosmosem, astronomią. Nie, żebym jakoś szczególnie poświęciła się zgłębianiu tajników tych dyscyplin naukowych, ale są to dziedziny bliskie memu sercu, chętnie o nich czytam tu i ówdzie, oglądam programy popularnonaukowe typu "Jak działa wszechświat" czy inne tam "Tajemnice kosmosu", ciekawią mnie nowinki i odkrycia w tym zakresie. 
Nie będę tu jednak tego wątku rozwijać, ale to wszystko spowodowało, że pierniki przegrały z Kopernikiem w moim osobistym rankingu skojarzeń z Toruniem.

A jak Kopernik, to oczywiście jego dzieło "O obrotach sfer niebieskich", w którym opracował szczegółowo i udowodnił prawdziwość teorii heliocentrycznych Arystarcha i Seleukosa. Ponieważ w czasach Kopernika znano tylko 6 planet w naszym Układzie Słonecznym, to i na moim obrazku tyle się znalazło. Brakuje oczywiście Neptuna i Urana, których istnienie odkryto znacznie później.



Rysunek wykonany zgodnie z zasadami Zentangle czarnym cienkopisem na kartoniku 9x9cm, wycieniowany ołówkiem, a kolorów dodały kredki Polychromos. 


*****

Ale to nie koniec informacji o Toruniu, bo - jak wiecie - lubię trochę podrążyć :))). We wpisie o Kaliszu pisałam o budkach zakupionych przez miasto dla kotów wolno żyjących, a przy okazji Opola też była wzmianka o inicjatywach związanych z opieką nad kotami. Na stronie Torunia co prawda nie znalazłam informacji o kotach (może za mało szukałam), ale rzuciła mi się w oczy inna fajna akcja, w dodatku zorganizowana w ramach tzw. budżetu obywatelskiego. Mianowicie "Walentynki dla ptaszynki" czyli budki lęgowe dla ptaków:



W Toruniu każdy, kto w Walentynki przyniesie 30 sztuk plastikowych butelek, otrzyma budkę lęgową:
"W ramach akcji rozdanych zostanie łącznie 150 budek lęgowych o różnych średnicach otworów - 20 szt. dla jerzyków, 80 szt. dla drobnych ptaków, 50 szt. dla szpaków. Zgodnie z projektem, budki będą mogły zostać zamontowane przez mieszkańców na drzewach i budynkach (np. użyteczności publicznej) lub na działkach prywatnych." (źródło)


*****

A tutaj linki do moich poprzednich rysunków wyzwaniowych:



  • CHEŁMNO - tutaj też informacje o zasadach zabawy
  • CZECHOWICE-DZIEDZICE
  • KALISZ
  • KRAKÓW
  • OPOLE


  • Organizatorką wyzwania jest Danusia Popowicz - zapraszam na jej blog, gdzie znajdziecie szczegóły i zasady wyzwania oraz wiele inspiracji! Do wyzwania wciąż można się przyłączać, zabawa jest tak naprawdę bezterminowa :).




    W kolejnym tygodniu - WARSZAWA. I znowu - skojarzeń mnóstwo, co tu wybrać?

    *****

    niedziela, 2 lutego 2020

    Polskie Miasta w Zentangle (5) - Opole.

    Piąty tydzień wyzwania rysunkowego - Polskie Miasta w Zentangle.



    Chyba wszyscy w Polsce znają Opole jako stolicę polskiej piosenki, z amfiteatrem, corocznym festiwalem i muzeum polskiej piosenki. Nawet na oficjalnej stronie miasta nie znalazłam innych równie atrakcyjnych, a przynajmniej odpowiednio wyeksponowanych tematów. Nigdy w Opolu nie byłam, więc kojarzy mi się głównie z tym festiwalem. Wam się jakoś inaczej kojarzy? Może nielicznym. Opolanie, zdaje się, też żyją trochę przytłoczeni tą festiwalową legendą, bo niczym więcej mnie nie próbowali zaskoczyć czy zaciekawić. Jak by nie patrzeć - od ponad pół wieku kręci się tam sporo wokół tej imprezy o ogólnopolskim zasięgu. 

    W Wikipedii jest mnóstwo encyklopedycznych informacji, z których oczywiście dowiadujemy się, że miasto ma mnóstwo atrakcji - zabytki, imprezy kulturalne (koncerty, festiwal filmów offowych itp), bogata fauna i flora (ZOO), zakłady przemysłowe, uczelnie itd, itp. Ale przeglądając to i inne źródła w internecie nie natrafiłam na jakiś szczególny punkt zaczepienia, nic mnie nie porwało. 

    Samo miasto na swojej oficjalnej stronie internetowej niestety też nie podsuwa niczego oryginalnego, co mogłabym wykorzystać w wyzwaniu, tak jak na przykład koty w Kaliszu :). Tak na marginesie - oczywiście w Opolu też jest realizowany program opieki nad zwierzętami bezdomnymi, ponieważ jest to ustawowy obowiązek gmin, jednak znalazłam tylko informacje o programie do roku 2019 (tutaj). Plan na rok 2020 ma być znany do końca marca. Ciekawe. Nie będę komentować. Przejdźmy dalej.

    Zapraszając do zwiedzania miasto Opole wymienia 10 głównych atrakcji:
    1. Wieża Piastowska;
    2. Muzeum Polskiej Piosenki i Amfiteatr Tysiąclecia;
    3. ZOO;
    4. Rynek z pomnikiem Kazimierza I Opolskiego;
    5. Opolska Wenecja (kamienice nad Młynówką);
    6. Muzeum Wsi Opolskiej;
    7. Zamek Górny;
    8. Wzgórze Uniwersyteckie;
    9. Staw Zamkowy z grającą fontanną;
    10. Kamienica Czynszowa z wystawą wnętrz mieszczańskich.
    opolska Wenecja - zdjęcie ze strony www.ruszajwdroge.pl

    Ciekawa strona dla zainteresowanych zwiedzaniem Opola - trochę pomysłów, informacji i sporo pięknych zdjęć: - https://www.ruszajwdroge.pl/2017/10/co-zobaczyc-w-Opolu-11-pomyslow.html

    No i cóż, hmmm... ja nadal myślę o moim wyzwaniu rysunkowym. Może wycieczka byłaby przyjemna, ale tego rodzaju informacje z internetu to na razie za mało, żeby mnie jakoś szczególnie zaciekawić. Takie (lub podobne) atrakcje są w każdym dużym mieście, a niektóre to nawet w małym ;). W zasadzie powinnam więc narysować coś festiwalowo-piosenkowego.

    Tutaj parę słów przypomnienia. Wyzwanie "Polskie Miasta w Zentangle" nie jest konkursem na oryginalność, w ogóle nie jest konkursem, tylko zabawą, w której chodzi o przedstawienie w formie rysunku w stylu Zentangle czegokolwiek, co nam się kojarzy z danym miastem. Uczymy się rysować w tym stylu, poznajemy zasady Zentangle, to jest główny cel wyzwania. Jaki symbol wybierzemy - to już sprawa drugorzędna, a to, że ja się rozpisuję i opowiadam o miastach, to wynika wyłącznie z mojej potrzeby pisania. Lekkość pióra bywa męcząca :))).

    A zatem - nie chodzi tu bynajmniej o zaskoczenie widza oryginalnością swoich skojarzeń, jak najbardziej można pójść po linii najmniejszego oporu i rysować to, co pierwsze przychodzi na myśl, albo to, co wszyscy rysują, byle było w miarę możliwości jak najbardziej zgodne ze stylem Zentangle.

    Są w naszym wyzwaniu miasta, które mniej lub bardziej znam, widziałam, zwiedzałam, trochę pomieszkiwałam (Kraków, Wrocław, Toruń, Warszawa, Zielona Góra), mam więc z nimi pewne swoje osobiste skojarzenia (oprócz tych powszechnie znanych), ale są takie, jak choćby Chełmno czy Kalisz, o których musiałam trochę poczytać w internecie. Kalisz kojarzył mi się z Calisią, ale jak się okazało - to nieco przebrzmiała sprawa, za to w trakcie poszukiwania informacji zachwyciła mnie akcja z kocimi domkami, więc narysowałam koty. 

    Natomiast w przypadku Opola festiwal piosenki się wręcz narzuca, parę rzeczy o tym mieście wiem, ale to wydarzenie przebija wszystko - nawet w Wikipedii Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki nazwano "imprezą flagową miasta Opole". Próbowałam znaleźć coś jeszcze innego, bo skoro tyle już się dowiedziałam o innych miastach, to może i Opole mnie czymś zadziwi, zaciekawi...? No niestety, ani nie zadziwiło, ani nie zaciekawiło.

    Ale! Wspomniałam niedawno, we wpisie z rysunkiem związanym z Krakowem, że poza festiwalem piosenki nie mam innych istotnych skojarzeń z Opolem - wtedy właśnie Sady-Sana przypomniała mi o kolorowych lamach, które stoją tu i ówdzie w Opolu i mają przypominać o festiwalu filmowym znanym jako Opolskie Lamy. 

    Dopiero po jej komentarzu przypomniałam sobie, że faktycznie o opolskich lamach słyszałam, nawet pamiętam, że w momencie narodzin tej nazwy słyszałam o tym w radio - miało to jakiś związek z narodzoną właśnie lamą w opolskim ZOO - i rozmawialiśmy z mężem o tym, że fajna lokalna inicjatywa młodych ludzi... Potem gdzieś mi się te lamy w pamięci zatarły, bo kinomanką nie jestem i tego typu przeglądy filmowe raczej mnie nie interesują. Ale jak widać czasoprzestrzeń uległa zagięciu, wszystko się zazębiło, poprzypominało, trzeba było tylko uzupełnić sobie wiedzę o tych kolorowych lamach. Tak po prawdzie okazało się, że jakoś specjalnie dużo ich nie ma i trzeba trochę poszperać, żeby znaleźć takie na przykład foto:


    źródło
    Sporo też trzeba się natrudzić, żeby znaleźć jakąś ciekawą historię tego wydarzenia. Jeśli ktoś ciekaw szczegółów powstania festiwalu i tej dość oryginalnej nazwy "Opolskie Lamy", to tutaj jest link do artykułu na ten temat: http://www.bibliotekarzopolski.pl/bo73-22.html

    Ostatecznie więc poszłam na łatwiznę i narysowałam filmową lamę w szaliczku z nutkami i klawiaturą, nawiązującym do festiwalu piosenki. I chciałam dodać, bo nie wiem, czy rozpoznacie, bo mi to średnio wyszło, że sweterek lamy jest z motywem mającym udawać starodawną taśmę filmową ;).



    Rysunek wykonany zgodnie z zasadami Zentangle czarnym cienkopisem na kartoniku 9x9cm.

    Tutaj można obejrzeć moje poprzednie rysunki wyzwaniowe:
    ...a ponieważ to już półmetek zabawy, to z tej okazji jeszcze zdjęcie zbiorowe:



    Bardzo się cieszę, że dołączają do nas kolejne osoby, całą serię zentanglowych rysunków pokazała już Amyszka na blogu Kotyszki, a niedawno przyłączyła się także Mięta - tutaj jej pierwszy rysunek wyzwaniowy (klik).

    Szczegóły i zasady wyzwania - na blogu Danusi Popowicz DENIMIX.PL.

    W kolejnym tygodniu - TORUŃ. Hmmm - ciekawe, czy kojarzycie tak samo jak ja :))). No to się przekonamy w następnym wyzwaniowym odcinku!


    *****

    A na deser moja Basia w posterylkowym kubraczku. Jej siostrzyczka Balbinka, po konsultacji z weterynarzem, zabieg ma odroczony, bo jest koteczką nieco autystyczną, lękliwą i ogólnie nieco delikatniejszą od Basi. Basia pierwszego dnia była trochę zdziwiona tym oprzyrządowaniem i chodziła dość ostrożnie, ale teraz już bryka razem z Balbinką.



    *****

    środa, 29 stycznia 2020

    Tak powstają gwiazdy i pustynne róże.

    Ostatnio serwuję Wam taki przekładaniec - złote mandale (pod etykietą żelopis można je wszystkie obejrzeć) na przemian z wyzwaniowym Zentangle (posty z etykietą #zentanglechallengepl)
    No ale wyzwanie ma swoje prawa, przynajmniej raz w tygodniu trzeba pokazać kolejny rysunek, a złote mandale schodzą z taśmy, bo najpierw samo tak jakoś leciało, a potem powstał plan zapełnienia tymi obrazkami sporej ściany ziejącej pustką.

    Tak jak przypuszczałam - najpierw mnie ta złota seria wciągnęła z siłą wodospadu i z dziką radością rzucałam się do rysowania kolejnych mandalowych obrazków. Miałam przy tym mnóstwo pomysłów na kolejne. Ale już przy ósmym zapał mocno osłabł, a jak sobie jeszcze pomyślałam, że zgodnie z planem MUSZĘ narysować jeszcze dziewiąty, to już mi się całkiem odechciało. 

    Najchętniej rysowałabym coś całkiem innego... i nie ukrywam, że nawet coś tam sobie w międzyczasie bazgrałam - a to kredkami, a to olejami, ale towarzyszyły mi wyrzuty sumienia, że zaniedbuję coś, co miało być raz-dwa skończone i zapełniać pustą połać ścienną nad schodami. 
    No ale w końcu projekt zakończony, powstały ostatnie 3 egzemplarze do mojej 9-elementowej instalacji. Pokażę je po kolei tak, jak powstawały.

    Najpierw mandala dość minimalistyczna (w porównaniu z większością poprzedniczek):




    Kolejna dla odmiany mocno rozczochrana, z roboczą nazwą "pustynna róża". Tak mi się to skojarzyło z kłębkiem "roślinnego czegoś" niesionego przez wiatr wraz z piaskiem stepu czy innej pustyni. 



    Potem poszukałam sobie w internecie i się okazało, że pustynna róża to zupełnie inna roślina, natomiast te kuliste badyle turlające się z wiatrem na westernach, to tzw. tumbleweed, czyli "biegacze",


    Ale chyba przyznacie mi rację, że do mandali bardziej pasuje nieco tajemniczo i romantycznie brzmiąca nazwa "pustynna róża" niż jakiś tam "biegacz" :))).


    No i ta nieszczęsna ostatnia mandala, do której zabierałam się z pustką w głowie, a która ostatecznie całkiem nie najgorzej chyba wyszła.
    Najpierw usiadłam nad czarnym kwadratem papieru z pewną niechęcią i bez pomysłu... 
    Potem, nadal bez jakiejkolwiek wizji, zaczęłam jak zawsze - od wyznaczenia środka i narysowania kilku koncentrycznych okręgów i osi symetrii. 
    Następnie przy pomocy cyrkla narysowałam kilka łuków, które zaraz pociągnęłam żelopisem, żeby mieć jakiś punkt wyjścia do dalszej pracy:



    No i na tym etapie to już nic mnie nie powstrzyma, po prostu czuję krew!

    Fajnie to wygląda? Czy tylko ja się tym jaram? Mnie się ogromnie podoba, nie że samo w sobie cudowne, ale że to jest już jakiś konkret do rozwijania kolejnych pomysłów :).
    Uwielbiam takie zabawy z cyrklem, wykreślanie ciekawych form przy jego pomocy. W szkole geometria była jednym z moich najulubieńszych przedmiotów :). 
    Ten rysunek powyżej zajął mi nie więcej niż 10 minut, a jakie daje teraz pole do popisu dla wyobraźni! W tym momencie kreatywność się odblokowuje i dalej to już bez pomocy narzędzi, wyłącznie żelopisem, samo się dzieje :))). I po godzince (z przerwami na suszenie i odganianie kotów) tak wyszło:



    Ta mandala skojarzyła mi się z rozbłyskiem gwiazdy i otrzymała nazwę "supernowa" - co też nie jest ściśle tym, co definiuje wikipedia, ale tak mi się podoba - moja gwiazda, to sobie ją nazwę jak zechcę :))).

    No i tym sposobem jest już cały komplet 9 sztuk.
    Zanim je wszystkie oprawię i zawieszę w docelowym miejscu, to jeszcze trochę potrwa, nawet się jeszcze nie przymierzyłam do wyszukania passe-partout i ramek. Totalny brak czasu, w pracy gorący okres, po pracy nie bardzo mam siłę na cokolwiek, a przecież chatę trzeba ogarnąć, koty.... 
    No właśnie - zaplanowana była sterylka Basi i Balbinki na pierwszy tydzień lutego (to prawdopodobnie około pół roku życia adoptowanych koteczek) a tu w piatkowy wieczór przed weekendem Basia dostała rujowego amoku! Masakra. Żeby jakoś przeżyć i kotu ulżyć, dawaliśmy jej ziołowe tabletki na uspokojenie z walerianą. Z końcem weekendu przeszło jak nożem uciął.
    A tak mnie coś ostatnio męczyło, czy by nie przyspieszyć troszeczkę tego zabiegu...Zawsze lepiej przeprowadzić kastrację czy sterylizację przed pierwszą rują. No cóż....

    No dobra, ale wracajmy do mandali. jako się rzekło oprawianie i wieszanie musi jeszcze trochę poczekać, więc na razie tylko taka oto prowizoryczna prezentacja kompletu na podłodze, żeby było widać, że jest 9 sztuk. Oczywiście jakość zdjęcia do bani, no cóż... 
    Te najjaśniejsze elementy leżały bezpośrednio pod lampą. W zależności od oświetlenia to wszystko całkiem inaczej wygląda, no bo to jest jednak metaliczny żelopis, więc odbija światło mniej lub bardziej.




    Każdy rysunek ma wymiary 30x30cm i jest wykonany złotym żelopisem. Po oprawieniu będzie to razem miało około 1,5 na 1,5m.


    Jak już zawisną tam gdzie trzeba i w pełnej gali, to nie omieszkam zdać relacji, może na ścianie uda mi się zrobić lepsze foty :).


    Mam jeszcze tylko zagwozdkę co do oprawy. myślę o dwóch opcjach: czarne passepartout ze złotym przekrojem plus wąska prosta ramka z jasnego (bukowego) drewna, albo beżowe/piaskowe/miodowe passepartout plus czarna wąska prosta ramka. Tłem jest biała ściana (cała klatka schodowa pomalowana na biało, z bardzo jasnym światłem) - czarne passepartout wyeksponuje bardziej same rysunki, natomiast z beżowym pp i czarną ramką cała kompozycja będzie chyba ciekawsza. Sama nie wiem...

    No i na razie to ja mam tej mandalowej złotej serii serdecznie dosyć. Żelopis jest fajny, złoto na czarnym jest fajne, na pewno do siebie wrócimy, ale ileż można - na razie musimy od siebie troszeczkę odpocząć. 

    Tymczasem zatęskniłam za kolorami, wyciągnęłam kredki i pastele... 
    Niedokończony obraz olejny też czeka na sztaludze na wenę...
    Hmmm... zobaczymy...

    poniedziałek, 27 stycznia 2020

    Polskie Miasta w Zentangle (4) - Kraków.

    Czwarty tydzień rysunkowego wyzwania Polskie Miasta w Zentangle. Tym razem mieliśmy za zadanie narysować w stylu Zentangle skojarzenia związane z Krakowem. 



    Wydawać by się mogło - cóż prostszego? Przecież każdy wie coś o Krakowie, czasem wydaje się, że nawet sporo, skojarzenia też nasuwają się same: Wawel, Kościół Mariacki, hejnał, smok wawelski, Sukiennice, Lajkonik, Kopiec Kościuszki, planty, "zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz, zaczarowany koń"..., gród królewski, miasto nauk i sztuk wszelakich, mekka poetów i malarzy... wymieniać można długo, takie oczywiste oczywistości, nieprawdaż? Zadanie z pozoru więc banalne. 
    Ale jak trzeba przystąpić do pracy i tak konkretnie wybrać jakiś symbol Krakowa i jeszcze ująć go w malutkim zentanglowym rysuneczku... to już nie ma lekko.
    • Wawel - widzę go w kolorach i namalowany z rozmachem na dużym formacie, tutaj ten mikro-formacik, czarny cienkopis...  jakoś niespecjalnie;
    • smok - bo ja wiem... czy nie będzie ciut banalny? - chociaż pole do popisu dawałby największe;
    • Lajkonik - nigdy go na żywo nie widziałam, ale też nie jestem fanką tego tworu i mimo, iż znam legendę, to wydaje mi się nieco kiczowaty;
    • hejnał - ...no może trąbka...? jakoś ubogo...
    • planty - zentanglowe drzewa w wersji mini niekoniecznie oddadzą magiczną atmosferę;
    • zaczarowana dorożka - czy ktoś to jeszcze kojarzy...?
    • krakowskie szopki??? - eee, nie... tam efekt robi feeria kolorów.
    No jakoś nic mi nie pasowało do wyzwania. Ale był jeden motyw, który cały czas widziałam oczyma duszy, wracał do mnie za każdym razem, kiedy zaczynałam się zastanawiać, jak ugryźć ten Kraków w wyzwaniu...


    Kraków to moja niespełniona miłość :). Nie doszukujcie się podtekstów, nie chodzi o jakieś romansowe historie z mojego życia, tylko o zauroczenie miastem. Skąd mi się to wzięło, to nie bardzo sama potrafię wytłumaczyć, ale sądzę, że praprzyczyną jest moja nieco romantyczna i artystyczna dusza. 
    Od dziecka lubiłam malować i rysować, pod koniec podstawówki ugruntowało się już we mnie postanowienie, że będę malarką. No ale życie, a konkretnie rodzice, a jeszcze precyzyjniej - mama, skorygowała te plany. Miałam mieć konkretny zawód, a nie jakieś tam fiu-bździu faramuszki, artystką mi się zachciało być, phi! a z czego ty dziewczyno, żyć będziesz?! 
    Tak więc prace przygotowane na egzamin wstępny w krakowskiej Akademii sztuk Pięknych zostały w domu, a moje życie poszło innymi torami.
    I jak to mówił Mark Twain:


    "Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś,
     niż tego, co zrobiłeś. 
    Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. 
    Złap w żagle pomyślne wiatry. 
    Podróżuj, śnij, odkrywaj."


    Wtedy jednak nie odwiązałam, nie opuściłam, nie złapałam pomyślnych wiatrów... I oczywiście - żałuję.
    Nie podcinajcie dzieciom skrzydeł. Jeśli mają jakąś pasję - pozwólcie im ją rozwijać!

    No dobra, ale nie o tym miało być, tylko o Krakowie.
    Nie mieszkając w Krakowie nie myślę o nim jako mieście zasnutym czadem z obwarzankowych gmin. Myślę o plantach z obrazów Wyspiańskiego (niektórzy twierdzą, że to pic na wodę, ale ja tam spacerowałam i czułam tę magię), o zaczarowanej dorożce Gałczyńskiego, o przepięknym widoku na wawelskie wzgórze z zamkiem i urzekającą Kaplicą Zygmuntowską... Niespełnione marzenie o studiach na ASP pozostawiło mi jednak sentyment do Krakowa. Ode mnie kawał drogi, ale wielokrotnie miałam okazję tam być. Mój tato studiował na AGH, Kraków znał doskonale, był więc moim pierwszym przewodnikiem :).

    Pierwszy obraz związany z Krakowem namalowałam jakoś zaraz po maturze. Był na nim maleńki kościółek świętego Wojciecha. Nie Wawel, nie Sukiennice, nie Kościół Mariacki, ale ta stojąca na środku Rynku, ale stosunkowo mało obfotografowana, opisywana i mniej niż inne krakowskie zabytki znana świątynka.




    Historia tej maleńkiej świątyni sięga początków naszej polskiej historii. Św. Wojciech zginął śmiercią męczeńską w roku 997, a jego kanonizacja nastąpiła już dwa lata później. Pierwszy kościół pod jego wezwaniem mógł zatem powstać już na przełomie X i XI w. Usytuowano go przy drodze prowadzącej na wzgórze wawelskie, nieopodal „źródełka św. Wojciecha”. To właśnie w tym miejscu nauczać miał podróżujący z Węgier do Prus, na misje wśród pogan, bp Wojciech Sławnikowic.
    Najstarsze pisane wzmianki o kościele pochodzą z XVI w., a istnienie w tym miejscu budowli potwierdziły prowadzone w XIX i XX w. badania architektury i prace archeologiczne. Pierwsza świątynia (X-XI w.), drewniana, składała się z małego prezbiterium, nawy oraz przedsionka; kolejna budowla – nabudowana na poprzedniej w 2. poł. XI w.  – posiadała również drewnianą podłogę. Z tego okresu pochodzą też ślady cmentarza odnalezione w pobliżu kościoła. Kamienną budowlę, na bazie dwóch poprzednich, postawiono na przełomie X i XI w., a następnie, w XII w. przebudowano i to właśnie te romańskie mury podziwiamy do dnia dzisiejszego. (źródło)
    Warto wspomnieć, że kościół powstał, zanim pojawiły się choćby zarysy Rynku czy ulicy Grodzkiej. Od tamtych czasów (około tysiąc lat!) poziom otaczającego świątynię placu - obecnie płyty głównej Rynku, podniósł się aż o 4 metry!

    Mam jakiś sentyment do tej niepozornej budowli, podoba mi się jej zwarta bryła, prostota, minimalizm, skromność :). Stoi na Rynku, w sąsiedztwie wspaniałego Kościoła Mariackiego i słynnych Sukiennic, a jednak to ona właśnie budzi moje ciepłe uczucia, przyciąga wzrok. 

    No i niby prosto, a jednak nie od razu wiedziałam, jak to ująć w wersji zentanglowej.
    Najpierw zrobiłam taki schematyczny rysunek:



    Potem trochę go jeszcze uprościłam:


    No i w końcu pozostało mi już tylko wypełnić kontury wzorami w stylu Zentangle:


    Rysunek wykonany czarnym cienkopisem, wycieniowany ołówkiem, na kartoniku 9x9cm.

    A tutaj poprzednie rysunki wyzwaniowe:

    W kolejnym tygodniu czeka nas rysowanie skojarzeń z OPOLEM. Hmmm... festiwal? To oczywiste, ale co jeszcze? Macie inne pomysły?

    A jeśli ktoś jeszcze chciałby się przyłączyć do zabawy (można na blogu lub Instagramie), to zapraszam serdecznie - szczegóły opisałam w tym poście: Polskie Miasta w Zentangle (1) - Chełmno. Pomysłodawczynią i organizatorką jest Danusia Popowicz - tutaj, na blogu DENIMIX, znajdziecie opis zasad wyzwania: Polskie wyzwanie Zentangle.


    *****

    wtorek, 21 stycznia 2020

    Polskie Miasta w Zentangle (3) - Kalisz.

    Tym razem to chyba odjechałam dość daleko - zarówno od oczywistych skojarzeń z miastem Kalisz, jak i od stylu Zentangle. 

    Ale ja to wszystko zaraz Wam wytłumaczę... :)




    Kalisz...hmmm... no co ja właściwie wiem o tym mieście? 
    Tak sobie rozmyślałam, patrząc na kolejne zadanie w wyzwaniu rysunkowym POLSKIE MIASTA W ZENTANGLENic szczególnego nie przychodziło mi do głowy, oczywiście poza fabryką pianin i fortepianów, ale może o czymś istotnym jeszcze nie wiem...?

    Coś mi tam majaczyło, że Kalisz jest jednym z najstarszych miast w Polsce, że miał duże znaczenie polityczne, gospodarcze, religijne i kulturalne przez wiele wieków... takie tam, wiecie, szkolno-podręcznikowe oczywistości, bez wyraźnych i ekscytujących symboli godnych uwiecznienia w zentanglowym obrazku ;).
    Z historii najnowszej, to wiadomo - wspomniane fortepiany "Calisia"... Chociaż, jak się okazało, moje wiadomości były nieco przeterminowane i w sumie dobrze, że się tym zainteresowałam, bo mało brakowało, a rysowałabym "w ciemno" fortepian... 

    Wikipedia podaje informacje o kaliskiej Fabryce Fortepianów i Pianin istniejącej od roku 1878 (jako Fabryka Fortepianów i Pianin Arnold Fibiger), znacjonalizowanej oczywiście tuż po II wojnie światowej, aż do 2007, kiedy to - po doprowadzeniu do upadku przez państwową Unitrę - zakład został sprzedany prywatnej spółce polsko-chińskiej. Ta z kolei stopniowo przeniosła produkcję do Chin. Wikipedia: Produkowane przez Calisia International fortepiany i pianina zachowują pełne odwzorowanie tradycji wzornictwa instrumentów Calisia. (polecam lekturę całego artykułu, zwłaszcza o przed- i powojennych, do lat 60-tych, dziejach fabryki).

    Zatem "CALISIA" już nie istnieje.

    Co ciekawe - i zauważa to wprost autor tekstu w Wikipedii - fabryka przetrwała dwie wojny światowe, w czasach PRLu została nawet rozbudowana, a wykończyła ją dopiero "wolna Polska" końca drugiego tysiąclecia.

    Poszukując informacji o dalszych losach "Calisii" trafiłam na dość świeży artykuł z 2019r (link), gdzie z entuzjazmem donoszono, iż budynek fabryki doczekał się wskrzeszenia z popiołów. Kawałek Wam zacytuję (tutaj też polecam lekturę całości, to naprawdę interesująca historia):
    Paradoksalnie czasy wolnej Polski, po 1989 roku, to już dla fabryki fortepianów nieuchronna katastrofa, pokaz przerażającej nieudolności i trwonienia ponad stuletniego dorobku tej wyjątkowej firmy. W 2000 roku fabrykę wykupiła Unitra, która siedem lat później doprowadziła do bankructwa i zakończenia produkcji instrumentów muzycznych. Po 134 latach produkcji. Przy całkowitej indolencji władz miejskich budynki rozszabrowano. Mógł do nich wejść każdy, kto chciał, i wynieść, co chciał. Dokumenty z dziesiątków lat działania firmy walały się po podłogach. Na koniec przehandlowano logo firmy. Teraz pod tą markę podszywają się instrumenty robione w Chinach. Miejscy politycy tworzyli kosmiczne plany zagospodarowania fabrycznych ruin tylko na chwilę – przed kolejnymi wyborami. Władze Kalisza w sposób haniebny potraktowały Calisię, ikonę tego miasta. Wydawało się, że już nic nie powstrzyma ostatecznej katastrofy tego wyjątkowego zabytku i wspaniałej pamiątki naszego dziedzictwa.
    W 2015 roku stał się cud. W smutną historię zrujnowanego zabytku wkroczył Marek Antczak i jego syn Marcin, przedstawiciele kolejnej rodziny kaliskich przedsiębiorców budowlanych. Firma Antczak za 3 miliony 675 tysięcy złotych zakupiła zrujnowane budynki fabryki fortepianów i w cztery lata zamieniła je w kompleks hotelowy, biurowy i usługowy. 

    Oczywiście artykuł jest reklamą nowego obiektu hotelowo-usługowego "Calisia One", w który łącznie wpompowano ponad 50 milionów złotych, ale co racja to racja. 
    Trzeba też przyznać, że nowi właściciele obiektu starają się zachować ducha starej fabryki - odrestaurowano pięknie sporą część pomieszczeń, a także jeden z wielkich fortepianów koncertowych z roku 1955, sprowadzony z jednej ze szkół w Grudziądzu, gdzie przez ostatnie lata tylko zawadzał jako bezużyteczny eksponat..., a który stoi obecnie w jednej z sal "Calisia One" i od czasu do czasu można posłuchać granych na nim koncertów. Renowacji instrumentu dokonali panowie Sylwester i Łukasz Kowalczyk:




    Wiecie jednak, co mnie w tym wszystkim zastanawia? 
    Otóż fabrykę wpisano do rejestru zabytków w 1991 roku. Jaka była rola nadzoru konserwatorskiego nad tym zabytkiem w czasie, kiedy na oczach wszystkich rozszabrowywano cały majątek? 
    To jest temat, z którym wielokrotnie się spotykałam - zabytek wpisany do rejestru, uczciwy człowiek chcąc go wyremontować musi się ścierać z bzdurnymi nieraz wymaganiami konserwatora, ale jak złodzieje rozkradają i niszczą, to konserwator spokojnie się przygląda.   Niech mi to ktoś wytłumaczy, bo ja tego polskiego fenomenu nie pojmuję...

    W całej tej historii wspaniałej fabryki bardzo mnie poruszył wątek byłego właściciela Gustawa Arnolda Fibigera III (zdaje się wnuka założyciela), który po wojnie - pozbawiony już wszelkich praw majątkowych, nadal poświęcał czas, zdrowie i pieniądze, aby zakład nadal produkował doskonałej jakości fortepiany i pianina. Najpierw kierował fabryką, ale w końcu zepchnięto go do kanciapy, gdzie do końca projektował i pracował nad ukochanymi instrumentami.


    FORTEPIAN FIBIGERA


    Ale wracając do wyzwania rysunkowego...

    Z tego wszystkiego nie wynikało więc nic konkretnego, co by można było uznać za nadający się do narysowania symbol miasta - fortepian odpadł w przedbiegach... Potrzebowałam dowiedzieć się czegoś więcej o Kaliszu. 

    A jak człowiek czegoś nie wie, to co robi? Woła na pomoc Wujka Google. Ale Wikipedia rzuca suche fakty, więc ja wolę zajrzeć na oficjalną stronę miasta, żeby się zorientować czym chcą i mogą się pochwalić szerszej publice kaliszanie.

    No więc klikam ja sobie, proszę ja Was, o tutaj - https://www.kalisz.pl/
    Chwilkę szperam - i co mi się rzuca w oczy?

    Kociarze! uwaga! patrzcie! Toż to przecież kocie domki!

    źródło

    Wstawiam tu cały fragment ze strony internetowej Kalisza, bo to szalenie budujące, no i piękny przykład dla innych:


    "Kolejnych 40 budek - w tym 20 pojedynczych i 20 podwójnych - dla wolno żyjących kotów zostało zakupionych przez Miasto Kalisz. Jesienią minionego roku w mieście rozstawiono 40 domków. Ocieplone, solidnie wykonane drewniane domki pomogą kotom przetrwać zimę.
    Aby otrzymać budkę należy zgłosić się do ratusza, do Wydziału Gospodarki Komunalnej i Ochrony Środowiska i wypełnić odpowiedni wniosek – po nowo dostarczone zapraszamy po 7 stycznia. Wolno bytujące koty są także dokarmiane. Obecnie blisko 90 karmicieli otrzymuje z Urzędu Miasta miesięcznie blisko 3 kilogramy karmy suchej i 2 puszki karmy mokrej miesięcznie."
    Od razu wyjaśniam, że odkryłam to zaraz na początku rysunkowego wyzwania, czyli prawie trzy tygodnie temu, więc dzisiaj już na pewno kotki te domki dostały!

    No więc powiem Wam tak: przy tej akcji dla wolno żyjących kotów, to cała reszta - piękna historia szacownego grodu oraz pianina i fortepiany, mają dla mnie mniejsze znaczenie. Serce mi urosło na widok tych pięknych kocich domków i informacji o armii karmicieli uzbrojonych w fundowaną przez miasto karmę (dwie puszki na głowę to może trochę mało, ale zawsze to jakieś wsparcie)! Postanowiłam więc uczcić Kalisz trochę może nietypowo, bo rysunkiem ze szczęśliwymi kotkami :). A za sprawą tego wyzwania na zawsze pewnie zapamiętam, że Kalisz jest miastem przyjaznym dla kotów!




    Rysunek wykonany zgodnie z zasadami Zentangle czarnym cienkopisem, wycieniowany ołówkiem, na kartoniku 9x9cm. 
    Co do stylu... no nie wiem, czy udało mi się zachować podobieństwo do Zentangle? 
    Natomiast żeby zrobić jakiś ukłon pod adresem fortepianowej historii miasta - jeden kotek ma ogonek we wzór klawiatury :).

    No i wyszło jak to zwykle u mnie - dużo do czytania, mało do oglądania...

    Moja Balbinka w każdym razie zaakceptowała kocią gromadkę:




    A tutaj moje poprzednie wyzwaniowe rysunki:

    W następnym tygodniu tematem ma być KRAKÓW. No, tutaj to ja skojarzeń mam mnóstwo, bez szperania po internetach, ale gorzej będzie z ich narysowaniem...


    *****

    sobota, 18 stycznia 2020

    Dwa złotka do kolekcji.

    No rozkręciłam się z tymi mandalami :). Te dwie machnęłam jakoś tak raz-dwa w jeden wieczór... no dobra, popołudnie i wieczór. Jedyne, co spowalnia ich tworzenie, to fakt, że żel nie wysycha na papierze tak błyskawicznie jak cienkopis, więc muszę uważać i czasem robić małe przerwy, żeby sobie niechcący nie rozmazać rysunku.


    Najpierw była ta (numer pięć):



    I zaraz potem ta (numer sześć):



    Jak wspominałam niedawno - ma ich być sztuk dziewięć, żeby na ścianie można było utworzyć z nich kwadratową kompozycję 3 sztuki na 3. Mam już sześć, czyli jak nic się nie wydarzy, to za chwilę machnę pozostałe trzy i będzie komplecik :). Tylko co ja będę rysować jak skończę już ten zestaw?! Mandalowanie stało się niemal nałogiem, kończę jedną i już mam w głowie wizję kolejnej :). 



    ostatnie cztery sztuki

    Ale spoko, są już nowe pomysły! Na razie czeka mnie jeszcze oprawienie mandalek. Największym problemem będą passe-partout's w odpowiednim kolorze. Wiem, jakie mają być, ale jeszcze trzeba je znaleźć :). A potem karkołomna operacja zawieszania 9 obrazków 3 metry nad schodami... Obrazki nie będą bardzo ciężkie, więc pomyślałam o taśmie montażowej, bo uniknie się kombinacji z wierceniem. Jeszcze w ten sposób niczego nie zawieszałam, więc nie mam pewności czy to się sprawdzi, no ale zobaczymy...


    jest 6 sztuk!
    Informacyjnie przypominam dane techniczne: rysunek złotym żelopisem firmy Sakura na czarnym papierze firmy Canson 160g, rozmiar każdego rysunku 30x30cm.

    A ponieważ czasem ktoś pyta czy używam jakichś narzędzi, to wyjaśniam: w przypadku mandali zawsze najpierw wyznaczam środek kwadratowej kartki (przy pomocy linijki), a następnie cyrklem rysuję kilka koncentrycznych okręgów, które będą stanowić bazę konstrukcyjną, coś w rodzaju siatki, na której będę budować mandalę. Zazwyczaj wyznaczam też ołówkiem, przy pomocy linijki i cyrkla lub kątomierza, jakieś przekątne, lub promienie w określonych odstępach (np. co 30 albo 45 stopni), albo cyrklem rysuję dodatkowe łuki, w zależności od wizji, jaką mam na temat ogólnego zarysu mandali. Potem te główne linie pociągam żelopisem.

    Nigdy nie mam dokładnego planu - jak ma ta mandala wyglądać, z ilu części "tortu" będzie się składać, jakie będą na niej elementy, czy będzie miała charakter roślinny, orientalny czy geometryczny itd. To się dzieje w trakcie, na bieżąco, jak mam już narzędzia w ręce i zaczynam stawiać pierwsze linie :). Drobne elementy wypełniające łuki i okręgi rysuję już od razu żelopisem odręcznie, powtarzając każdy symetrycznie i starając się, żeby były w miarę do siebie podobne :). Ale jak się przyjrzycie, to dostrzeżecie wiele odstępstw, to nie jest idealne odwzorowanie. 

    Sztuczka polega na iluzji - jeśli są zachowane główne podziały (na koncentryczne okręgi i promieniste kawałki "tortu"), to te drobiazgi się gubią i nie widać aż tak dokładnie, że w jednej ćwiartce listek jest ciut większy niż w drugiej, albo że zmieściło się o jedna kropkę mniej niż w innym kawałku.

    Jak rysować siatkę pomocniczą pokazywałam i wyjaśniałam w tym wpisie: MANDALE. W tych żelopisowych złotych mandalach nie używałam kątomierza i siatki nie są tak gęste :).



    *****


    czwartek, 16 stycznia 2020

    Polskie Miasta w Zentangle (2) - Czechowice-Dziedzice.

    Drugi tydzień wyzwania rysunkowego Polskie Miasta w Zentangle - tym razem rysujemy skojarzenia związane z miastem Czechowice-Dziedzice. O szczegółach wyzwania pisałam tutaj (klik!).



    W pierwszym tygodniu, kiedy mieliśmy "zadane" Chełmno - nie miałam pojęcia, co to za miasto, i jak "ugryźć" temat w rysunku. Musiałam sporo poszperać w internecie, żeby się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy o tym mieście. Natomiast Czechowice-Dziedzice od razu błysnęły mi w pamięci przemysłem i kopalnią węgla kamiennego - miałam to wbite gdzieś jeszcze z lekcji geografii. No i jeszcze zapałki, ale jakoś nie miałam wizji rysowania zapałek. Powstało więc moje zentanglowe wyobrażenie szybu kopalnianego :).

    Na wszelki wypadek poszperałam jeszcze w internecie, bo od moich szkolnych lat minęła epoka, świat poszedł do przodu, kto wie, co tam w tych Czechowicach-Dziedzicach się dzieje?
    Ale research nie przyniósł żadnych rewelacji. 

    Świat może gdzieś tam poszedł do przodu i przestawił się na odnawialne źródła energii, ale w Cz-Dz, w nierentownej kopalni, nadal wydobywa się węgiel na potrzeby gospodarstw domowych i naszych przestarzałych elektrowni. Jedyna pociecha, że podobno węgiel z tamtejszej kopalni "Sielsia" jest stosunkowo dobrej jakości, czyli wysokokaloryczny i z małą ilością siarki i innych zanieczyszczeń, a tym samym spalanie emituje ociupinkę mniej smogowego paskudztwa. Nie winię za ten stan rzeczy samych czechowiczan-dziedziczan, to ich chleb, ale gdyby włodarze miasta, powiatu, a i ci na samej górze, 20 lat temu zaczęli kombinować, jak zapewnić inną pracę dla tych 1600 osób w tym rejonie, które dzisiaj walczą o utrzymanie swojego zatrudnienia w kopalni, to dzisiaj sytuacja mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. W tym czasie powstało w Polsce mnóstwo nowych (i nowoczesnych!) fabryk, infrastruktura logistyczna, czy szereg innych firm - ale tylko tam, gdzie ludzie byli otwarci na nowe myślenie, na zmiany. Wiem, bo w mojej okolicy też są choćby strefy ekonomiczne i tak właśnie się dzieje - powstało mnóstwo nowych miejsc pracy, ludzie przyjeżdżają z całej Polski, a nawet z zagranicy. Planowanie długofalowe to jednak nie jest jeszcze u nas coś oczywistego.

    By Krzysztof Kwaśny - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=17831547

    Pomarudziłam trochę, ale wróćmy do zabawy rysunkowej. Tak więc w tym przypadku skojarzenie było oczywiste, ale gorzej było z przedstawieniem tego skojarzenia na małym kartoniku. Trochę się nakombinowałam nad wymyśleniem symbolu i potem przerobieniem go na zentanglowy styl.



    Rysunek wykonany zgodnie z zasadami Zentangle czarnym cienkopisem (i wycieniowany ołówkiem) na kartoniku 9x9cm.

    Poprzedni rysunek wyzwaniowy:


    A za chwilę nowe zadanie - w przyszłym tygodniu będziemy rysować nasze skojarzenia z KALISZEM.


    ****