wtorek, 15 sierpnia 2017

Dzwonki

To jest druga, a właściwie to chyba nawet trzecia wersja dzwonków. Rosną niedaleko naszego domu pod wysokimi drzewami, wśród rzadkich i raczej suchych traw. Miało więc być dość blado, słomkowo-żółto i jasnofioletowo. Zdjęcie trochę przekłamuje (i tradycyjnie już "zniebieszcza") kolory, ale w realu co do kolorystyki obrazka nie mam zastrzeżeń.



Oczywiście to kolejny efekt wycieczek z Muszką :).

Na zdjęciu widzę, że dół powinnam trochę poprawić, bo jest jakiś rozmazany... Domaluję tam trochę trawek.



Pierwsza wersja wyglądała nieco inaczej i kilka razy próbowałam ją zmienić. Pierwotnie kwiaty były tylko po prawej stronie, po lewej miały być trawy, ale coś mi z nimi nie wychodziło i był moment, kiedy chciałam obrazek wyrzucić. 
No bo teoretycznie akwareli przemalować raczej się nie da, to nie są farby kryjące. Pół biedy, jeśli chcemy na jasnych elementach namalować coś ciemnym kolorem i dobieramy farbę kryjącą (bo niektóre kolory akwareli są zupełnie transparentne, inne zaś bardziej kryjące). Natomiast jeśli nasmarowaliśmy już coś ciemnym kolorem, to żadna inna akwarela tego nie zamaluje.

Ale!!! Jest taka okoliczność, kiedy da się z tym coś zrobić!

Mianowicie nasz obrazek musi być namalowany na papierze o gramaturze minimum 300g, czyli grubym, solidnym. Wówczas bierzemy nasz nieudany bohomaz pod kran i przy pomocy pędzla lub gąbki wymywamy całą farbę z rejonu wymagającego poprawki.

Co też uczyniłam :). Wymyłam za mocno wymalowane chaszcze po lewej stronie obrazka i zrobiłam je delikatniej. Niestety nie wpadłam na pomysł, żeby uwiecznić fotograficznie tę operację. 
Domalowałam więc trawki po lewej, ale całość jakoś nie trzymała się kupy. Idąc za ciosem znowu spróbowałam triku z wymywaniem, ale tak bardziej miejscowo. Niestety, papier nie jest w stanie wytrzymać takiego traktowania raz za razem, więc musiałam robić to delikatniej i utknęłam z tymi operacjami w takim oto momencie:


Na dole zaznaczyłam dwa miejsca, gdzie po raz drugi próbowałam coś wymyć, jak widać z marnym skutkiem. U góry natomiast (w czerwonym kółku ta ciemnoniebieska kreska udająca trawkę) widać efekt pierwszego wymywania, kiedy - w ferworze szorowania pod kranem  - niechcący zagięłam w tym miejscu kartkę i doszło do przerwania wierzchniej warstwy papieru. Zamaskowałam to malując w tym miejscu jakąś trawkę i obok podobną. Udało się to jakoś uratować, ale to był sygnał ostrzegawczy, że papier to jednak dość delikatna materia.
Przy drugim wymywaniu papier zaczął się lekko ścierać i musiałam przerwać tę hydroterapię. Obrazek przeleżał w takim stanie prawie tydzień i w końcu uznałam, że nie mam ochoty z nim walczyć. Zrobiłam jeszcze taką przymiarkę z przypadkowym passe-partout, zastanawiając się, czy by nie wykroić z całego obrazka w formacie A3 mniejszego - A4. Tak by to wyglądało:



Mimo wszystko jednak widać było niedoróbki i brzydkie rozmazane plamy, i nie miałam ochoty na dalszą walkę. Ostatecznie więc wzięłam nową kartkę, dla ułatwienia posłużyłam się pierwszym obrazkiem dla przygotowania szkicu, i namalowałam całość od nowa. No i jest tak:



Teraz mam zaczęte maki i chabry, więc w kolejnych postach pozostanę przy łąkowych tematach :).

*****



środa, 2 sierpnia 2017

Łąkowe zauroczenie.


Jeszcze mi z tą łąką nie przeszło :). Dzisiaj kolejny obrazek z tej serii - obiecałam pokazać więcej, ale... jedna akwarelka przestała mi się podobać i uznałam, że świat nie powinien jej oglądać, inne są zupełnie niefotogeniczne, przynajmniej w moim wykonaniu. Nad dwiema na razie dumam, bo nie mogę się zdecydować, czy je unicestwić, czy może podrasować. Może nawet w kolejnym wpisie pokażę z czym mam problem i ewentualnie coś mi doradzicie...?

No a dzisiaj rumianki. Nasza łączka jest dość zróżnicowana jeśli chodzi o rodzaj gleby, nasłonecznienie i nawodnienie. Są obszary zupełnie wysuszone, gdzie trawy szeleszczą i nasionka się sypią, ale są też fragmenty podmokłe, gdzie roślinność bujnie się rozwija. Tutaj starałam się uchwycić rumiankowy zagajniczek wśród zielonych jeszcze traw.
Zdjęcie niestety wypadło dość blado i nie potrafię tego lepiej uchwycić.


fragment

Bogactwo łąkowej roślinności zachwycało mnie od najmłodszych lat. Kiedy dzisiaj chodzimy na spacery z psami po okolicznych nieużytkach, zachwaszczonych, zarośniętych istną dżunglą kwitnącego obficie polnego kwiecia, natychmiast nachodzą mnie wspomnienia z okresu, kiedy byłam małą dziewczynką... 

Mieszkaliśmy wtedy co prawda w kamienicy, ale na obrzeżach miasta i dosłownie po drugiej stronie ulicy było dobrych parę hektarów porośniętych rozmaitym zielskiem, płynął nawet niewielki strumyczek, więc roślinność była niezwykle bujna. Chodziłam tam z koleżankami pobawić się, poleżeć na kocyku, nazbierać kwiatków i pleść wianki. Potrafiłam siedzieć tam godzinami i obserwować życie tego łąkowego mikroświata - robaczki i żuczki rozmaite, kwiatuszki przedziwne, trawki najprzeróżniejsze. 

Każda roślinka była inna, kwiatki we wszystkich kolorach tęczy, a każdy inaczej zbudowany, ten miał pięć płatków ząbkowanych, tamten cztery okrągłe i całą poduszkę pręcików, inny dzwoneczki, jeszcze inny wyglądał jak pomponik... Jedna trawka miała słodką łodyżkę, którą można było zjeść, inna - srebrzyste serduszka poruszające się przy najlżejszym dotknięciu, albo złote kłosy czy miedziane miotełki... Takie obserwacje sprawiały mi ogromną przyjemność... i szczerze mówiąc do dzisiaj mi to zostało :).

obrazek w całości


*****

sobota, 22 lipca 2017

Łąka.

Miało być o czym innym, ale ta łąka mnie uwiodła... :)
Po prostu nie mogę się oprzeć malowaniu kolejnych akwarelek z łąkowymi chwastami, polnymi kwiatami, zielskiem rozmaitym...
Różnie mi to wychodzi, powstało też w międzyczasie kilka innych tematycznie obrazków, niestety zdjęcia to nie jest moja mocna strona, a z braku czasu muszę zabawę z fotografią odłożyć na późniejszy termin. Dzisiaj więc tylko pojedyncza zajawka tego, co mnie ostatnio zachwyca i najbardziej zajmuje, jeśli chodzi o malowanie.



Polne kwiaty, łąkowe chwasty - to niewyczerpane źródło inspiracji do malowania i eksperymentowania z techniką akwarelową. Zostawiam Was dzisiaj z tą jedną akwarelką, ale obiecuję, że w kolejnym poście będzie i więcej obrazków i dłuższa opowieść :).

*****

piątek, 7 lipca 2017

Dmuchawce. Solone i pod wpływem.

Dmuchawce to bardzo wdzięczny temat dla malarza. Widziałam wiele obrazów z przekwitającymi mleczami, w najróżniejszych technikach a nawet kolorystyce - postanowiłam więc też odrobinkę poeksperymentować. 

Pamiętacie moja pierwszą akwarelkę z mniszkiem? Zaraz po jej namalowaniu zaczęłam myśleć o dmuchawcach i pierwsza moja wizja to były duże puchate bąble na tle kolorowej łąki, w promieniach słońca. Kombinowałam - jak uzyskać efekt tej puchatości? Czytając tu i ówdzie o technikach malarskich stosowanych w akwareli spotkałam się między innymi z ciekawymi rezultatami użycia zwykłej soli kuchennej. I od razu pomyślałam, że to idealny sposób na moje puchate kule!

Jak uzyskać taki efekt? Na podmalowane tło (całkiem mokre) od razu sypiemy sól, w miejscach, w których chcemy tą kolorową mokrą warstwę usunąć. Po prostu sól wchłania wodę razem z farbą. Potem wystarczy odczekać aż całość podeschnie i strzepnąć sól.  

w realu kolory są nieco żywsze, zwłaszcza czerwienie i żółcie

Jeśli rozsypiemy na kolorowej mokrej plamie pojedyncze grube kryształki soli, to możemy uzyskać białe kropeczki udające np. gwiazdy albo płatki śniegu. Nieco większe kupki soli na błękitnym tle pomogą nam wydobyć z jednolitej powierzchni białe obłoki. Możliwości jest mnóstwo. Ja miałam akurat pod ręką tylko miałką sól, ale w tym wypadku była odpowiednia do usunięcia farby z większej okrągłej powierzchni. 
Potem domalowałam środki, troszkę pręcików nasionek, liście itd.
Trochę chyba bajkowo wyszedł mi ten posolony obrazek :).



Druga wersja powstała pod wpływem. Nie, nie upiłam się na okoliczność malowania :). Wpłynął na mnie post Ani o malowaniu w plenerze, ilustrowany piękną akwarelą z dmuchawcami, Natchnął mnie do działania. Zabrałam sprzęt, farby, i ruszyłam w plener! No, daleko nie poszłam, bo tylko dwa kroki za płot :). Nie mam odpowiedniego wyposażenia do zabrania wszystkich malarskich przydasiów na dalszy spacer, a z własnego okna dostrzegłam kawałek dzikiej przyrody, w której uchowało się jeszcze kilka przekwitających mleczy.




Dmuchawce były dosłownie trzy, bo o tej porze większość mleczy już rozsiała swoje nasionka, ale wokół rosły inne chabazie, słonko świeciło dość ostro, wyglądając przez dziury między ciężkimi chmurami zwiastującymi nadchodzącą burzę, wiatr rozwiewał trawy i można było poczuć tę naturę wszystkimi zmysłami...

Naprawdę, malowanie w plenerze to zupełnie inna bajka niż tworzenie w pracowni!

Dmuchawce na potrzeby obrazka sklonowałam, żeby było ciekawiej. Malowałam pośpiesznie, żeby zdążyć przed burzą i w sumie dość impresjonistycznie - bardziej wrażeniami i emocjami niesionymi przez wiatr i podgrzewanymi przez słońce, niż rozumem, mędrca szkiełkiem i okiem ;).


Roślinki są więc może średnio realistyczne, ale o taki efekt mi chodziło. Lekkie, swobodne malowanie, bez wdawania się w botaniczne szczególiki.
Powyższa akwarelka jest mocno inspirowana obrazkiem Ani, bo ta kolorystyka była bardzo odpowiednia do pogody w dniu, w którym malowałam - burze przeplatane upalnym słońcem, ołowiane niebo poprzecinane słonecznymi kaskadami.
Często korzystam ze zdjęć obrazów innych malarzy - nie kopiuję, bo to już wyższa szkoła jazdy, ale próbuję odtworzyć jakiś efekt, który mi się tam spodobał. W ten sposób się uczę, zdobywam doświadczenia, a przy okazji dokonuję różnych własnych odkryć i wynalazków :). 

Dzisiaj przekwitłych mleczy już chyba nigdzie nie ma, ale tak fajnie mi się je malowało, że chyba nieraz jeszcze wrócę do tego tematu, posiłkując się zdjęciami z natury i własną wyobraźnią, no i eksperymentując z różnymi technikami :).

Ciekawa jestem, która wersja moich dmuchawców bardziej Wam się podoba?

*****

sobota, 1 lipca 2017

Efekt Muchy.


Niedawno pojawiła się u nas Mucha. Właściwie Muszka. A konkretnie - pies wszystkich ras, lat 14, a więc psia staruszka. Pałętała się po dobrych ludziach od czasu śmierci jej właścicieli. Ktoś w końcu musiał tę bidę przygarnąć na stałe... i tak jakoś wyszło, że my przygarnęliśmy. Bo już tak mamy, że przygarniamy. No i jest. 



Na marginesie dodam, że w domu są już trzy koty i jeden duży pies. W sumie oprócz jednej rocznej koteczki to sami emeryci. Same znajdy lub potomstwo znajd.
Całe to towarzystwo przyzwyczaiło się do naszego trybu życia. Rano zamieszanie, karmienie, koty z reguły idą na dwór na cały dzień (teoretycznie, bo po szesnaście razy zachodzą w ciągu dnia do domu po jedzonko i żeby uciąć sobie spokojną drzemkę). Pies w zimie zostaje w domu, w lecie woli na dworze, śpi sobie w altance albo gdzie tam chce. Późnym popołudniem państwo wracają z pracy, całe towarzystwo kłębi się w oczekiwaniu na jedzonko i potem pańcia ogarnia chatę, a pan drzemie na kanapie albo ogląda jakieś bzdury w telewizji. Jak jest ciepło, to drzwi na taras są cały czas otwarte i zwierzaki chodzą sobie gdzie chcą, to znaczy koty po okolicy, a pies po ogrodzie.


No i nagle pojawiła się Muszka. Myśleliśmy - staruszka, to i mało kłopotu z nią będzie. Na początku trochę była zestresowana, piszczała, nie wiedzieliśmy o co jej chodzi, może coś boli, może jedzenie nie takie... Pewnie tęskniła za swoim państwem, domem itd, nie czuła się u nas pewnie, bo już trzy domy przejściowe zmieniła... Poszliśmy do weterynarza, dał tabletki na robaki, powiedział że serduszko słabe, ale ogólnie pies zdrowy. Kombinowaliśmy - może spacer? - ale na początku nie bardzo chciała chodzić, myśleliśmy sobie - starsi państwo mieszkali w bloku, pewnie tylko z pieskiem na siku wychodzili i tyle. Ale minęły trzy tygodnie, Muszka już się oswoiła z otoczeniem, z drugim psem dogadują się, o kotach już wie, że nie wolno na nie szczekać, cieszy się jak przychodzimy z pracy. Ale wieczorem piszczy i czasem wyje.... Aż pewnego dnia mąż wyszedł przed dom na chwilę, furtka została otwarta... patrzymy, a tu Muszka pędzi przed siebie po ulicy! Mąż skoczył po smycz i popędził za nią... Długo ich nie było... A kiedy wrócili, mąż powiada: Muszka jest spacerowiczką! Musimy z nią chodzić na spacery!


No i chodzimy. W sumie to ja się bardzo cieszę, bo trochę nieruchawi się zrobiliśmy, mąż nigdy zresztą za bardzo chodzić nie lubił, a ostatnio ciągle mówi, że musi schudnąć... Więc teraz nie ma wymówki. 
No a jak tu z jednym psem pójść, a drugiego zostawić? Więc chodzimy oboje - ja biorę na smycz Muszkę, bo mała, a mąż Miśkę, bo duża :). Miśka też się bardzo cieszy - jak tylko zaczynamy wkładać buty, to oba psy robią taki radosny harmider, że uszy puchną :).

Parę kroków za naszym domem jest trochę nieużytków, na których dawniej były pola, teraz planowana jest rozbudowa naszego osiedla. Na razie jest przepiękna łąka, rosną drzewa, trochę starych lip i dębów, sporo rozmaitych samosiejek. Dawniej często tam chodziliśmy z dziećmi, ale dzieci już dorosłe, mąż jako się rzekło woli poskakać po boisku niż spacerować, ja w pojedynkę nie lubię się szwendać... Zresztą ja jestem kociarą, a pies to była zawsze "działka" męża. Teraz Muszka zrewolucjonizowała nasze życie, no i ja też musiałam się przystosować :).

Poszliśmy więc na pierwszy spacer z psami na tę łąkę, a tam... takie bogactwo kwiatów rozmaitych, że ja już zapomniałam, że takie w ogóle na świecie są! 



Muszka pruła przed siebie jak motorek, więc ledwo nadążałam coś tam po drodze zrywać, ale uzbierałam pośpiesznie mały bukiecik, takie tam chabazie przecudne, no i w rezultacie powstała też taka akwarelka - efekt Muchy :). 



Krwawnik gdzieś mi się tam zawieruszył, bo zapomniałam zrobić mu miejsce na początku malowania, a w akwareli białe musi być od razu zaplanowane, ale resztę kwiecia jakoś udało mi się na obrazku umieścić. 
Bukiet szybko więdnie, polne kwiaty lubią wolność i zerwane nie cieszą zbyt długo naszych oczu. Czasem aż szkoda ich do wazonu... Pozostanie jednak akwarelka :).




*****

środa, 14 czerwca 2017

Do trzech razy sztuka.

Trochę przynudzam tym tematem, ale akwarela z lilakiem nie dawała mi spokoju. Musiałam się z nią zmierzyć po raz kolejny. I może - a raczej na pewno - nie ostatni. Znowu nie wyszło tak jak chciałam i mniej więcej wiem jaka powinna być kolejna wersja. 
Może zostawię to do przyszłego roku, jak bzy znowu zakwitną, a ja się więcej nauczę... a może lepiej robić to na gorąco, póki mam to wszystko w głowie...? Zobaczymy. Z tym, że teraz bazuję już tylko na poprzednim rysunku i ewentualnie wspomagam się fotografiami, ale to nie to samo, co malowanie z natury.

Powstają równolegle inne obrazki, a raczej akwarelowe wprawki na temat innych kwiatków, bo tak się jakoś florystycznie zafiksowałam... Do następnego wpisu wybiorę coś z tego zbiorku i zaprezentuję moje kolejne porażki akwarelowe z kwieciem rozmaitym w roli modeli :).

Ale wracając do nieszczęsnego bzu - tym razem prezentuje się tak:


Zdjęcie niestety trochę przekłamane kolorystycznie i bledsze niż w realu, no i ujawniło się lekkie pofalowanie papieru u góry. Maluję co prawda na papierze o gramaturze 300 i przed malowaniem moczę go i napinam, a jednak trochę się faluje. W przyszłości planuję kupno papieru w bloku klejonym z każdej strony, to podobno gwarantuje, że kartki nie będą się odkształcać pod wpływem wody.
Przemyślałam też kwestię pędzli - najpierw myślałam o dokupieniu cieniutkiego pędzelka do detali, ale skoro chcę malować bardziej zamaszyście, to powinnam raczej oswoić się z pędzlami szerokimi, grubymi. Jeśli zatem będę planować zakupy, to w pierwszej kolejności pomyślę o grubym, profesjonalnym pędzlu...

Jako się rzekło, nadal bazuję na pierwszym szkicu, ale trochę go podrasowałam, tak że w sumie to nie jest ten sam bukiecik co na początku, tylko wariacja na jego temat :). No i malowanie takie bardziej z pamięci, niż z natury, ale czas bzów już przeminął, a ja koniecznie chciałam jeszcze raz namalować ten obrazek.

Co do kwestii techniczno-artystycznych... Nadal niestety mam skłonność do dziubdziania szczególików i to mnie martwi. Bo zmierzam w kierunku swobodnego malowania rozlewającymi się na mokrym papierze plamami kolorów. Kiedyś pokażę Wam dzieła światowej sławy akwarelistów, którzy mnie inspirują...

Co prawda podziwiam malarstwo tzw. botaniczne za perfekcyjny realizm, za wierną naturze szczegółowość, ale sama nie chcę malować w taki sposób, bo nie o taki efekt mi chodzi. Nad tym będę więc pracować.
Zresztą - pewnie kiedyś spróbuję bardziej szczegółowego malowania, bo to jest tak jak z malarstwem czy inną sztuką w ogóle: najpierw trzeba się nauczyć malować "książkowo", a potem dopiero tworzyć swoje wizje :). Coś tam już może umiem, mam trochę podstaw malarsko-rysunkowych, ale warto czasem wrócić do tych początków, zwłaszcza jak się miało baaardzo długą przerwę w malowaniu.

Już po opublikowaniu tego wpisu podkusiło mnie, żeby jeszcze parę plamek dodać tu i ówdzie... Nie wiem, czy to jest zauważalne, ale w realu obrazek nabrał nieco więcej wyrazistości :). Poniżej ta ostateczna (chyba) wersja:


Następnym razem będą też jakieś malowane kwiatki, ale już nie lilaki :)))

*****

poniedziałek, 29 maja 2017

Projekt: akwarele. 3. Lilak - mission possible.

Pod pierwszym postem rozpoczynającym mój "Projekt: akwarele" Tynka rzuciła mi wyzwanie: "czas na akwarelę LILAKA!". 
Chodził mi lilak (czyli bez) po głowie już znacznie wcześniej, ale wydawało mi się, że to temat dla mnie za trudny, przynajmniej teraz i w dającej się przewidzieć przyszłości.

Ale skoro rękawica została rzucona, to postanowiłam wziąć byka za rogi i rozpracować lilakowy temat. Jak to robiłam i co z tego w pierwszym podejściu wynikło, możecie przeczytać w poprzednim poście "Projekt: akwarele. 2. Przygotowania do malowania bzu".

Ostatecznie, w drugim podejściu, udało mi się osiągnąć taki oto dość blady efekt i od razu powiem, że dumna nie jestem, ale nie chciałam już tego obrazka i siebie razem z nim zamęczyć. Lepiej nie będzie, przynajmniej tym razem:




No więc jestem zadowolona tak raczej średnio, bo nie tak to miało wyglądać, widzę swoje błędy i niektóre można by na tym obrazku z pewnością jeszcze poprawić, wzmocnić kolory itd, ale to może za jakiś czas.
W sumie to jak na początki z akwarelą chyba nie jest najgorzej. Bez wyszedł mi chyba podobny do bzu, spędziłam trochę czasu przy miłym zajęciu, załapałam podstawy techniki akwarelowej, mam ochotę na dalszy ciąg tej przygody, tylko lilaki na razie sobie odpuszczę :).

Jak malowałam?
  1. Najpierw zrobiłam szkic ołówkiem. Po lekkim naszkicowaniu ogólnych zarysów gałązek, listków i konturów kwiatostanów - dorysowałam trochę szczegółów, pojedyncze kwiatuszki i pączki, zwłaszcza na obrzeżach kiści.
  2. Lekko podkolorowałam tło. Zwilżyłam wodą cały obszar, starając się wjechać pędzlem między naszkicowane płatki i listki i bardzo rozwodnioną farbą rozprowadziłam plamy kilku odcieni, pozwalając im swobodnie się rozlewać i mieszać.                                                                      

  3. Przy pomocy grubego pędzla zwilżyłam czystą wodą obszar kwiatostanów i nałożyłam delikatnie odrobinę wybranego fioletu, pozwalając farbie na swobodne i nierównomierne rozlanie się na mokrym obszarze.
  4. Cienkim pędzelkiem domalowałam szczegóły wychodzące poza pokryte już farbą plamy, czyli pojedyncze kwiatki i pączki na czubkach pędów i obrzeżach kiści.

  5. Podkreśliłam obrysy otwartych kwiatków, lub odwrotnie - ciemniejszą farbą malowałam płatki położone bardziej w cieniu. Używałam kilku różnych odcieni fioletów (na zdjęciach niestety tego nie widać) - o próbnikach pisałam w poprzednim poście. W sumie kwiatostany wyszły trochę za ciężkie, znowu przesadziłam z ilością farby.                                                                                  

  6. Liście malowałam podobnie, czyli najpierw zwilżyłam obszar wewnątrz konturu liścia, potem delikatnie nakładałam wybrane odcienie zieleni. Po wyschnięciu dostały drugą i czasem trzecią cienką warstwę farby w nieco innym odcieniu. Zaznaczałam przy tym żyłkowanie na listkach i domalowałam gałązki. Z zieleniami trochę kiepsko mi szło, nie mogłam utrafić w odpowiednie proporcje, raz mi wychodziły za bardzo turkusowe, raz zbyt kanarkowe,dlatego w sumie liście są takie trochę niedopracowane. Może kiedyś to poprawię.
  7. Na koniec podmalowałam jeszcze trochę tło i po wyschnięciu dorzuciłam kilka listków i kwiatków na drugim planie.
Tak to z grubsza wyglądało. Może moje zapiski i ogólne uwagi komuś się przydadzą na początku malowania, albo zachęcą do spróbowania :).

Jakie nauki ja sama wyciągnęłam z tego malowania?

  • malować akwarelami należy bez pośpiechu, bo błędy trudno usunąć lub poprawić;
  • nakładać farbę transparentną warstwą, bo lepiej dołożyć drugą warstwę, niż płakać nad za grubo położoną plamą (w ten sposób można też skorygować nieco kolor);
  • zawsze mieć pod ręką dodatkową kartkę na wypróbowanie nabranego koloru;
  • narzędzia są bardzo ważne, jakość (i grubość) pędzla robi różnicę, w planie mam więc zakup profesjonalnego grubego pędzla oraz cieniutkiego do detali;
  • muszę kupić płyn maskujący, do niektórych elementów bardzo by się tu przydał.
Czy warto było zaczynać drugi raz, od nowa, ten sam obrazek? Dzisiaj myślę, że tamten można było uratować. Przedtem jednak nastawiona byłam na bardzo delikatny, pastelowy efekt, a nieostrożne operowanie farbą przy liściach efekt ten zniweczyło. 
Przede wszystkim, skoro już zapaćkałam jakiś fragment za grubo położoną farbą i w dodatku w nieodpowiednim odcieniu, to należało najpierw zebrać ile się da tej farby - suchym pędzlem, chusteczką higieniczną, papierem toaletowym. Potem odczekać aż wyschnie. Potem nałożyć cienką warstwę odpowiedniego koloru.
Można było też pójść za ciosem i porażkę przekuć na sukces (no, umówmy się!) - całość potraktować bardziej zdecydowanymi kolorami i większą ilością warstw i też wyszło by pewnie nie najgorzej. 
Ale nic straconego, tamten niedokończony malunek mam nadal, może też kiedyś do niego wrócę i spróbuję poprawić :).




*****