niedziela, 13 stycznia 2019

Czego się nie robi kotu?


Dzisiejsza opowiastka będzie o zwierzątkach, a tytuł, jak się zapewne domyślacie, nawiązuje do znanego wiersza naszej noblistki - Wisławy Szymborskiej. 

Na końcu tego wpisu jest ważna i pilna sprawa, więc jeśli ktoś nie chce czytać długich wywodów, to niech przynajmniej zajrzy na koniec posta, do ostatnich akapitów...
A jeśli post ukaże się z dziwnie nierównymi czcionkami, to sorry, ale coś blogger nie chciał współpracować i zmieniał mi samoistnie ich wielkość.

Co do wiersza - od razu wyjaśniam - nikt nie umarł, ale kot miał deprechę i to jest poważna sprawa, a potem doszły inne psychosomatyczne problemy futrzaków, ale jeszcze później wszystko szczęśliwie się skończyło i o tych historiach dzisiaj rzecz będzie... 


W poprzednim poście pisałam Wam, że przygarnęliśmy kolejne stworzonko - malutkiego, 2-miesięcznego kotka.

Późny grudniowy wieczór, droga za wsią gdzieś pod lasem, a tu siedzi takie małe coś jak wróbelek i się nie rusza. Dobrze, że męża coś tknęło, zatrzymał samochód i poszedł zobaczyć co też to takiego, bo może to były ostatnie chwile na ratunek. 

Sobota wieczór, weterynarza dostępnego nie było, kotek został więc ogrzany i na szczęście gdzieś po godzinie, jak nieco oprzytomniał, to nawet wypił odrobinkę mleczka, tak może łyżkę, co dawało nadzieję, że przynajmniej jakieś funkcje życiowe mają szansę na wznowienie działania. 
W niedzielę wypił jeszcze troszkę mleczka ale z jedzeniem coś nie szło. Pierwsze kupki były zielone jak trawa, bo też prawdopodobnie z głodu jadł ostatnio tylko trawę.

Zaczynał jednak dreptać po domu, stara suczka Muszka okazała radość z nowego lokatora, on też jakby się zastanawiał, czy to aby nie jego mamusia :). 

Po nasikaniu na podłogę został wsadzony do kuwety, ale w pierwszej chwili myślał, że ma tam spać i ułożył się w żwirku do drzemki. Szybko jednak załapał i następne sikanie było już prawidłowo do kuwety!

Mimo to jego stan bardzo nas martwił, przede wszystkim strasznie był zasmarkany jedno oczko jakby go w ogóle nie było, a oba zaropiałe. Do czasu wizyty u weta przemywaliśmy roztworem kwasu bornego i przynajmniej to zaropienie udało się opanować, jedno oczko zaczynało patrzeć na świat, ale kotek wyglądał jak szkielecik obciągnięty marnym futerkiem...


W niedzielny wieczór Muszka dostała do jedzenia mięso z kurczaka, a zaciekawiony kotek asystował jej, zaglądał włażąc pod pysk, aż się zestresowałam, że Mucha go kłapnie zębami, bo inne dorosłe koty zawsze odganiała groźnie warcząc i pokazując zęby. A tu - niespodzianka! Kiedy koteczek zaczął ją naśladować i próbował skubać mięsko, Muszka się odsunęła robiąc mu miejsce przy misce! Uznaliśmy, że ona nauczyła go jak się je mięso :). To już było pół sukcesu, bo skoro je, to z pomocą weterynarza jakoś się pewnie wykaraska z tego zabiedzenia!


Poznajcie Ryszarda! 


Tak prezentuje się dzisiaj - niestety jego ruchliwość nie korelowała z możliwościami mojego starożytnego aparatu, więc niezbyt ostro to wyszło:




Dlaczego takie imię? - w podstawówce miałam kolegę, takiego chudziaczka blondaska, największego w klasie rozrabiakę, no i to był Rysiek właśnie. Całkiem fajny kolega zresztą, do dzisiaj sympatycznie się witamy na ulicy i zawsze parę zdań zamienimy, co o tyle jest godne zaznaczenia, że nie ze wszystkimi z tamtych lat da się jakoś pogadać.

A tak wyglądał nasz Rysio w pierwszej dobie po uratowaniu życia (marne zdjęcie zrobione odruchowo, marnym telefonem, bo nikt wtedy nie myślał o sesjach fotograficznych) - kupka kosteczek, mieszcząca się w garści, ważąca tyle co wróbelek:





Po dwóch tygodniach (telefon i sztuczne światło) - zaczynał przypominać kotka:






Na dobrym wikcie ze szkielecika przeobraził się w ciągu kilku dni najpierw w balonik na cieniutkich nóżkach i z ogonkiem jak sznurówka, a potem szybko w całkiem zgrabnego kocurka, który obecnie dokazuje po całym domu. Istny wulkan energii, żywiołek!

Dwa pierwsze tygodnie jechał na antybiotykach, bo był strasznie zagrypiony, obsmarkany i zaropiały. Po tygodniu najważniejsze było, że apetyt mu dopisuje, dobry humor też, czyli kryzys zażegnany. 

Jedno oczko niestety nie wygląda dobrze, a w zasadzie to prawie w ogóle nie wygląda, zdegenerowane prawdopodobnie na skutek silnego stanu zapalnego. Czasem tam trochę nim łypnie, ale wydaje się, że nic nim nie widzi. Za jakiś czas, jak się maluch wzmocni, obejrzy go jeszcze weterynarz albo nawet okulista i powie, czy da się jeszcze coś z tym oczkiem zrobić, ale raczej nie robimy sobie nadziei. Małemu to chyba specjalnie nie przeszkadza, rozrabia, łapie kocie wędki z piórek, gania za kulkami z folii aluminiowej (wiadomo, że to najlepsza zabawka!) - kulek jest już pewnie z milion pod kanapą, ale łatwiej zrobić nową, niż odsuwać co pięć minut kanapę. Tylko folii trzeba dokupić parę rolek :).

Próbowałam zrobić mu zdjęcie tak, żeby było widać oba oczka, ale z taką iskierką to prawie niewykonalne :).






Ale to nie koniec historii z Ryśkiem! 

Bo się narobiło komplikacji.
A otóż! 
Pierwsza rzecz - to reakcja naszych kotek (mamy 13-letnią Lucynkę vel Czarnuszkę oraz 2,5-letnią Sabinkę). Nowy lokator, wiadomo - najpierw nieufność podszyta lekkim niepokojem itp. Normalne. Ale się okazało, że Sabinka wpadła w straszną panikę. Bała się podochodzić, robiła wielkie oczy, puszyła się gulgotała, syczała i parskała, a jak tylko mały ruszał w jej stronę, to ona dawała dyla jak najdalej od niego. Na początku trochę nas to śmieszyło, bo dotychczas Sabinka to była największa rozrabiara w okolicy, ustawiała koty i psy, wszystkie zwierzaki zaczepiała, mówiliśmy, że Sabinka rządzi na dzielni :). Aż tu bach! - przyszedł maciupeńki koteczek i Sabinka wymiękła! 

Może by się to powoli poukładało, wydawało się, że panika Sabinki nieco osłabła... Ale zaraz po tygodniu Pańcio wziął i wyjechał na parę dni. Syn też na wyjeździe, zostałam sama z tym szpitalem zwierzęcym, bo inne zwierzaki też zaczęły niedomagać, a ja przecież pracuję, więc kołowrót miałam przez tydzień straszny, każde z osobna wymagało szczególnej opieki. No i zaraz po wyjeździe Pańcia Sabinka zniknęła! Nie dość, że w domu szpital zwierzęcy, to jeszcze poszukiwania zaginionego kota... Znalazłam ją trzeciego dnia, ale była jakaś bardzo niewyraźna, osłabiona i zestresowana, nie chciała jeść...


Muszka w tym czasie też miała bardzo kiepskie dni. Osłabła ostatnio, ona ma takie kryzysy od czasu do czasu, że już-już wydaje się, że to jej ostatnie chwile... Psinka ma prawie 16 lat, więc to na ludzkie lata ponad setka! 

Jest u nas od dwóch lat i nie znamy dokładnie jej historii zdrowia, ale od pierwszej wizyty u weta dajemy jej leki, które mają wspomagać jej osłabione serduszko oraz diuretyki, które mają pomóc usunąć wodę z płuc. Czasem jednak jest bardzo słaba i nie może stanąć na tylne łapki, a jak już stanie, to cała drży a łapki się rozjeżdżają. Na spacerki już wtedy nie daje rady chodzić, więc trzeba ją wynosić na rękach do ogrodu na siku. Wynieść i wnieść, bo jest kilka schodków. Najweselej jest jak pada deszcz, że o mokrym śniegu nie wspomnę, jest ciemny wieczór albo świt zimowy, schodki śliskie i mokre, człowiek w kapciach i piżamie, bo nie ma czasu na ubieranie jak pies piszczy, zresztą ubierajcie się tak osiem razy na dobę, w tym ze trzy razy w porze nocnej... No masakra... W nocy Mucha kaszle i charczy... w dzień zresztą też, tylko w nocy dla nas jest to bardziej uciążliwe.

Mały Rysiek zasmarkany, anemiczny (mówię tu o czasie tydzień po jego przybyciu), szukający mamy, ciepła i miłości, biegający co chwila do miseczki z jedzonkiem - wiadomo, wymaga opieki.


Czarnuszka, nasza najstarsza koteczka, mająca na pieńku z prześladującą ją Sabinką, dodatkowo wystraszona nowym lokatorem... Każdym kotem trzeba więc było opiekować się oddzielnie. Starsze koty są wychodzące, więc trzeba było prosić, żeby w tym stresie chciały jednak przychodzić na jedzonko i spanko do domu.


No i w tym zamieszaniu, w stanie jakiegoś chyba amoku, zapomnieliśmy o środkach bezpieczeństwa. Kociarze wiedzą doskonale, co to jest tzw. koci katar. No. A przecież u nas też były już takie przypadki, więc co nam mózgi zamąciło, że nie odizolowaliśmy małego Rysia od reszty kotów zaraz na początku...? W sumie wstyd pisać o własnym gapiostwie, ale może ku przestrodze...


Daruję Wam resztę szczegółów i perturbacji ze zwierzakami, w każdym razie starsze koty zaraziły się tym katarem, na szczęście dość szybko pierwsze objawy (ślinienie, brak łaknienia, czerwony język i nieprzyjemny zapach z pyszczka) obudziły nas z zaćmienia umysłowego, popędziliśmy do weta po lekarstwa i koty błyskawicznie wyszły z kryzysu zdrowotnego. Przy okazji Muszka została przebadana, wet zaordynował nowe leki i Mucha odżyła, w każdym razie odzyskała siły i przestała kaszleć i dusić się.


Minęło około półtora miesiąca od czasu przybycia Rysia. Młody zwiększył masę tak na oko z pięć razy, futerko mu się pięknie zagęściło, wyrasta na ślicznego, zgrabnego kocurka i rozrabia jak szalony po całym domu. O jego trudnym dzieciństwie przypomina nam tylko zapadnięty jeden oczodół.






Z czasem koty się ze sobą oswoiły, może nie ma wielkiej przyjaźni, ale jak Rysiek zaczepia Sabinkę, to ona odnosi się do niego z wyrozumiałością starszej ciotki. Czasem nawet sama go zaczepia z pewną dozą sympatii i potem ganiają się i przewracają.

Muszka chyba lubi Ryśka, ale on jest już dla niej zanadto męczący. Wyobraźcie sobie: 100-letnia schorowana babcia i szalony trzylatek z ADHD :).

Dobra, a teraz poważniejsze sprawy. Rysiek ma już dom, ale nie wszystkim tak się poszczęściło.



Koty wolno żyjące.


Polecam Wam do wnikliwego przeczytania bardzo ciekawy wpis na temat kotów wolno żyjących i bezdomnych u Ani z bloga Aniamaluje. 
Do Ani trafiłam przez przypadek, sądząc, że chodzi o malowanie obrazków :). To raczej blog urodowo-lifestylowy, ale Ania porusza wiele ważnych społecznie tematów, także tych trudnych i kontrowersyjnych, pisze bardzo interesująco i podaje linki do sprawdzonych źródeł. 
We wpisie pt. Nie uchylasz kotom okienka w piwnicy bo?" pisze o kotach wolno żyjących i formach pomocy dla tych pożytecznych zwierząt.

Pozwolę sobie zacytować za Anią: 


Koty wolno żyjące to zwierzęta dzikie, które w myśl art. 21 ustawy z dnia 21 sierpnia 1997 r. o ochronie zwierząt (Dz. U. z 2003, Nr 106, poz. 1002 z późn. zm.)stanowią dobro ogólnonarodowe i powinny mieć zapewnione warunki rozwoju i swobodnego bytu. Stanowią one stały element ekosystemu miejskiego, a ich obecność w budynkach w zdecydowany i naturalny sposób zapobiega obecności i rozmnażaniu się gryzoni (myszy i szczurów), które mogą być potencjalnym źródłem niebezpiecznych chorób. Koty wolno żyjące nie są zwierzętami bezdomnymi, w związku z tym, nie wolno ich wyłapywać, wywozić ani utrudniać im bytowania w danym miejscu.



Za Anią również podaję link do strony zawierającej wiele ciekawych informacji o uregulowaniach prawnych statusu kota wolno żyjącego: https://www.facebook.com/notes/towarzystwo-opieki-nad-zwierzetami


- a poniżej wklejam grafikę z tejże strony:





Pomóż bezdomnym i dzikim zwierzętom!


A teraz jeszcze bardziej konkretnie. Potrzebna jest pomoc. Ta pomoc jest potrzebna w zasadzie nieustająco, bo zawsze gdzieś są jakieś potrzebujące jej zwierzaki, ale to, że nie jesteśmy w stanie zbawić ani w pojedynkę, ani od razu, całego świata, nie zwalnia nas od obowiązku choćby spróbowania i dołożenia przynajmniej jednej cegiełki/złotówki.

Możemy pomóc na przykład temu kotkowi, potrąconemu przez jakiegoś durnia w samochodzie:



Kotek jest po operacji, ale czeka go długie leczenie i rehabilitacja, no i nowy, przyjazny dom.

Pomocy potrzebują też inne zwierzęta - zajrzyjcie tam, proszę:


Pilna sprawa - ogólnopolska zbiórka dla 30 schronisk kończy się za 2 dni, a potrzeba jeszcze około 5 tys. zł dla bezdomnych zwierzaków:




*****


niedziela, 2 grudnia 2018

Powiew orientu znad Tamizy.


Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało - inspiracją do tego obrazka była pamiątka z Londynu , a może z Liverpoolu... z Anglii w każdym razie. Pamiątka, swoją drogą, też raczej nietypowa, jak na angielskie skojarzenia :).



Zaraz to wszystko wyjaśnię, tylko najpierw znowu kilka słów na temat mojej słabej aktywności blogowej.

W poprzednim wpisie wspominałam już o naszych zmartwieniach i kłopotach ze zwierzaczkami. Od wiosny dwójkę (psa Misię i kota Grubcia) musieliśmy pochować w przydomowym ogródku... Teraz mamy urwanie głowy z naszą starowinką, suczką Muszką - opieka na okrągło, lekarstwa, podtykanie smakołyków, wynoszenie na rękach do ogrodu, nieprzespane noce, bo pies się dusi i krztusi, wizyty u weterynarza, czasem nieplanowane awaryjne sprzątanie, zwłaszcza jak przychodzimy z pracy... i tak dalej. Z niepokojem obserwujemy jej coraz gorszą kondycję, pojawia się lekki niedowład tylnych łapek, chciałaby chodzić na spacerki, a nie daje rady...

Jakby mało było zamieszania z naszym zwierzyńcem, przybył nam właśnie jeszcze jeden lokator - mały zabiedzony kotek, taki koci szkielecik, który siedział wczoraj późnym wieczorem na środku drogi gdzieś między polem a lasem i nie miał siły uciekać, zresztą chyba na oba oczka nic nie widział... Teraz jedno oczko już na nas patrzy, ale drugie jakieś zapadnięte i czerwone - na razie tylko przemywamy, jutro weterynarz obejrzy... Kupy robił zielone, jakby jadł trawę, dzisiaj po podkarmieniu wygląda to już lepiej... no mamy co robić, w każdym razie. A w domu są jeszcze dwa dorosłe koty, które niezbyt się nawzajem lubią

Do tego doszły ostatnio problemy zdrowotne naszych rodziców - nie będę tego wątku rozwijać, ale jak się tak spiętrzy parę spraw, to człowiek nie wie w co ręce najpierw wsadzić. Tak więc blog zawsze spada na koniec listy zadań. W tej sytuacji wciąż nie mogę się zebrać i ogarnąć wszystkiego, co chciałabym pokazać i opowiedzieć. Zaczęłam pisać kilka postów i wiszą takie niedokończone kopie robocze, za które ciężko mi się zabrać. Obrazki też pozaczynane czekają na wenę i odrobinę spokoju...

No więc dzisiaj pokazuję to co akurat najświeższe, bo jakoś najłatwiej mi tak z marszu napisać i pokazać co ostatnio stworzyłam, choć nie jest to najlepsza z moich prac plastycznych minionego roku :). Ale dość gadania, jedziemy z tym koksem!


Co można przywieźć z Anglii? - no jak to co, wiadomo - słonie!


Otóż dziecię moje wybrało się czas jakiś temu na wakacyjną wyprawę do Anglii - w bogatym planie było odwiedzanie mieszkających tam znajomych, zwiedzanie kraju wzdłuż i wszerz itd. No i z tej wyprawy przywiózł synek rodzicom suweniry: tata dostał, a jakże, zacną flaszeczkę whisky, a mamunia, z braku lepszego pomysłu, słoniki, bo synkowi się spodobały, a mama przecież kiedyś taką małą kolekcję słoników miała. No fakt, nawet gdzieś tam w jednym z pudeł nadal mieszkają. Nie, żebym była jakąś szczególną wielbicielką takich figurek, ale tak jakoś same te słonie przybywały do domu przy różnych okazjach i przez pewien czas stały gromadnie na półeczce.



No w każdym razie może słonie nie za bardzo się kojarzą tak od razu z  Anglią, ale jak się tak zastanowić i wejrzeć w głąb historii brytyjskiego kolonializmu... no przecież Indie na przykład... nieprawdaż? I te tutaj słonie najwyraźniej indyjskie są, sądząc po ozdobach, czaprakach w hinduskie ornamenty itd. To trochę jak z tą angielską herbatą, co nigdy w Anglii nie rosła.

Tak więc sprawę słoni przywiezionych z Anglii uważam za wyjaśnioną :). 
Tak czy inaczej - te angielsko-indyjskie słonie natchnęły mnie do namalowania obrazka w orientalnym klimacie, a zanim skończyłam jeden, to przyszedł mi do głowy pomysł na drugi (czeka na dokończenie) i coś mi się wydaje, że na tym jeszcze nie koniec, choć może w nieco innej stylistyce :). 




Od pomysłu do realizacji - motyw, paleta barw, technika.


Przy pierwszym obrazku był pewien mały kryzys zaraz na początku, bo moja wizja chyba nie do końca była dla mnie samej jasna. Najpierw myślałam o tym, żeby utrzymać go w tonacji słoników, a z drugiej strony nie chciałam, żeby to było tak całkiem monochromatyczne. I miało być tylko malowane akwarelą, dość swobodnie, jasny kwiat lotosu i rozmyta w tle mandala.

Ledwo zaczęłam, a już miałam ochotę wywalić to w cholerę do kosza. Jakoś te akwarelowe rozmycia przestały do mnie przemawiać, uznałam, że jednak trzeba wprowadzić trochę ładu i precyzji. I wtedy wpadłam na pomysł, żeby włączyć rysunek cienkopisem w kolorze sepii. No i zaczęło to jakoś wyglądać, żałowałam tylko użycia żółci w centralnej części mandali. Wymywanie nie było do końca skuteczne, więc musiałam to zaakceptować i wykorzystać lub ukryć w dalszej części pracy. Chyba jednak za bardzo nie widać, czyli udało się ukryć :). 

Kolory na zdjęciach oczywiście niezupełnie takie jak w realu. Użyłam tylko dwóch barw: ultramaryny i umbry palonej.

Mały przegląd jak to leciało...











Jak to zwykle bywa - najtrudniejsze są początki. Trochę się spinałam, wahałam między różnymi pomysłami i koncepcjami, nie byłam przekonana, że idę w dobrym kierunku i że w ogóle coś z tego wyjdzie. Ale ostatecznie jestem poniekąd zadowolona (tak 7/10 powiedzmy) z efektu, wyszło co prawda zupełnie inaczej, niż to sobie na początku wyobrażałam, ale też może być :).



MOTYWY - mandala, lotos, a w tle - joga.


Chętnie sięgam po motywy kojarzące się z Indiami, z daleką Azją. Mandale już u mnie widzieliście (posty z etykietą "mandala" - klik), więc wiadomo, że lubię je rysować i malować.  na pewno jakieś jeszcze będą, może w innych odsłonach barwnych?


Ale skąd w ogóle te tematy u mnie? 
Dawno temu, gdzieś koło matury, zainteresowała mnie joga. W tamtym czasie to był mało znany temat, nie było szkół jogi (no, może gdzieś w stolicy, ale nie w powiatowym miasteczku), nawet literatury odpowiedniej nie można było zdobyć, a przypominam, że młodość moja to epoka krzemu łupanego, czyli przedinternetowa. Więc joga była objawieniem, czymś dotychczas zupełnie mi nieznanym. No i wsiąkłam w ten nowy świat, przeorganizowałam swoje życie, starałam się uporządkować swoje wnętrze - umysł i duszę, uprawiałam asany, przeszłam na wegetarianizm. Zachwyciła mnie filozofia związana z jogą. 
Wszystko to było może mało uporządkowane i niezbyt głębokie, ale do dzisiaj pozostał mi jakiś sentyment do różnych hinduistycznych i buddyjskich symboli, do kultury i sztuki orientu. Do tematu jogi i wegetarianizmu pewnie jeszcze kiedyś tu powrócę, ale dzisiaj zajmijmy się obrazkami :).


MANDALA.


Pokazywałam Wam już moje czarno-białe rysowane cienkopisem mandale, więc wiecie, że ten motyw nie jest u mnie nowy. 
Mandale kojarzą się nam głównie z Tybetem, ale wywodzą się z Indii, więc znajdują swoje miejsce zarówno w hinduizmie jak i buddyzmie. Tworzenie mandali jest rodzajem medytacji, a jej ostateczny kształt odzwierciedla stan wewnętrzny jej twórcy.

Mandala buddyjska jest rodzajem diagramu łączącego koło z kwadratem, gdzie koło symbolizuje niebo, zewnętrzność i nieskończoność, a kwadrat - cztery strony świata i to wszystko, co jest wewnętrzne i połączone z człowiekiem. Obie figury są harmonijnie połączone, a ich środkiem jest jeden punkt, który symbolizuje człowieka jako środek całego otaczającego go świata, a zarazem oznacza początek i koniec wszystkiego. Mandala pokazuje wiec, jak chaos może osiągnąć harmonijną formę.

Tworzenie mandali (zazwyczaj z drobnego kolorowego piasku) trwa wiele godzin i kończy się jej uroczystym zniszczeniem, co odpowiada zamkniętemu kręgowi życia i śmierci, gdzie koniec jest początkiem nowego, a wszystko jest przemijalne.

LOTOS.


Lotos - kwiat święty w hinduizmie i buddyzmie, narodowy kwiat Indii. Symbolizuje odrodzenie oraz czystość ciała i umysłu. 

Lotos jest rośliną nie tylko cudownej piękności, ale w wielu innych aspektach rzeczywiście niezwykłą. Znalezione niedawno nasiona lotosu sprzed 2 tysięcy lat miały nadal zdolność rozwoju - posiane zakiełkowały i zakwitły! Wszystkie części tej rośliny są jadalne i mają wiele cennych dla naszego zdrowia właściwości. Chcę Wam jednak przytoczyć tutaj dwie ciekawostki innego rodzaju.

Lotos rośnie w wodzie i w stanie naturalnym jest to bardzo często nie żadne tam krystalicznie czyste jezioro, ale najzwyklejsze, błotniste bajoro. Kwiaty lotosu, pięknie rozwinięte w ciągu dnia, na noc zamykają się, łodygi się pochylają i cały kwiat zanurza się w wodzie (czy tam błocie). Rano natomiast, kiedy słońce zaczyna wschodzić, kwiaty znowu podnoszą się z wody i otwierają swoje kielichy. Są przy tym nieskazitelnie czyste, niezależnie od tego w jak zabagnionym bajorku chowały się na noc. Te szczególne właściwości samooczyszczania ma cała roślina, czyli jej łodyga, liście i kwiaty. Zawdzięcza to specjalnej strukturze i pokryciu powierzchni woskowymi kryształkami. Woda z brudem spływa po roślinie, a właściwie toczy się kropelkami, jak rtęć. Liść umazany smołą czy innym paskudztwem wystarczy polać wodą, żeby znowu był czysty. Duże liście lotosu wykorzystuje się więc na przykład do pakowania różnych produktów, ponieważ nic nie jest w stanie ich zabrudzić. Nowoczesne technologie wzorowane na tych hydrofobowych właściwościach umożliwiają produkcję różnych materiałów, na przykład tkanin czy dachówek - z tak zwanym efektem lotosu.

Druga ciekawostka dotyczy produkcji herbaty lotosowej. Jest to herbata rzadko spotykana i dość droga, ponieważ proces jej wytwarzania jest bardzo żmudny. Robi się ją w ten sposób, że listki zielonej herbaty wkłada się na noc do rosnących (żywych) kwiatów lotosu. Jak wcześniej wspomniałam, kwiat wraz ze zmierzchem zamyka się i chowa do wody. w tym czasie listki herbaty nabierają aromatu lotosu, nasiąkają jego olejkami. Proces ten powtarza się kilka razy. Dla uzyskania kilograma herbaty lotosowej potrzeba około 1000 kwiatów lotosu.

Trochę odbiegłam od głównego wątku, ale ta roślina jest naprawdę fascynująca! Jeśli macie ochotę poczytać więcej o lotosie, to polecam ten artykuł - jest tam sporo informacji kulinarnych i o właściwościach leczniczych lotosu :) https://podroze.onet.pl/ciekawe/niezwykle-wlasciwosci-swietego-kwiatu-lotosu/j34bwc0

*****

Miałam tu jeszcze wrzucić drugi obrazek w podobnym klimacie, który powstawał niemal równolegle, ale zawirowania życiowe na razie nie pozwoliły mi na jego dokończenie. Zatem - żeby kolejna przerwa w blogowaniu nie trwała znowu jakąś niezliczoną ilość miesięcy - prezentuję dzisiaj tę jedną akwarelkę, z nadzieją, że wkrótce znowu tu wpadnę :).



Akwarela, cienkopis, rozmiar A3.

sobota, 27 października 2018

Bazgrołki.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że po tak długiej nieobecności nie wypada publikować innych wiadomości niż własny nekrolog albo zaproszenie na ślub...

No, akurat nic z tych rzeczy nie zaszło :)))
...ale ponieważ okazuje się, że jeszcze nie wszyscy w blogosferze o mnie zapomnieli, a nawet, o dziwo, w tej przydługiej przerwie parę duszyczek dołączyło do stałego grona moich miłych gości, to zebrałam się w sobie i postanowiłam w końcu odkurzyć nieco ten blog. 

W domu i pracy sporo się działo, czego rezultatem była ta dłuuuuuga cisza na blogu. No i w dużej części trochę smutne to były sprawy... Nie chcę Was zanudzać, ale - z drugiej strony - wypada chyba napisać kilka zdań wyjaśnienia.

Tak na marginesie - jedną z przyczyn odwlekania powrotu na blog jest brak odpowiedniego sprzętu fotograficznego. Ta kwestia zawsze była słabym elementem mojego blogowania, bo - trzeba to sobie jasno powiedzieć - ani ja nie jestem pasjonatką fotografowania, ani blog nie jest sprawą priorytetową w moim życiu. Toteż zakup porządnego aparatu spada wciąż na dość odległe miejsce listy zakupowej. 

W tej sytuacji zawieszenie bloga wkrótce musiałabym uznać za trwałe zamknięcie... A zwyczajnie stęskniłam się za blogosferą, no i chciałam dać znać, że żyję :).
Tak że ten... z jakości zdjęć więcej tłumaczyć się nie będę, licząc na Waszą wyrozumiałość jeszcze przez pewien czas. 




A zatem - co się działo przez ostatnich 10 miesięcy?


Czas pożegnań. Choroby naszych czworonogów.


Większość zmartwień i problemów wiązała się ze zdrowiem naszych futrzastych ulubieńców. 

  • Stan na początku roku: dwa psy (duży i mały, obie suczki staruszki) i trzy koty (dwoje staruszków i jedna młoda wariatka).
  • Stan obecny: jeden pies i dwa koty.

MISIA.


Na wiosnę mieliśmy ogromne zmartwienie - zachorowała nasza ukochana psinka Misia, członek rodziny od prawie 13 lat, wielki pies o jeszcze większym, anielskim sercu. 
Choroba w pewnym momencie szybko się rozwinęła i niestety w końcu Misia odeszła za Tęczowy Most... 

W sumie jej choroba trwała kilka miesięcy i dla mnie to nie był dobry czas ani na prowadzenie bloga, ani na malowanie obrazków...


MUSZKA.


Mamy jeszcze drugą psinkę, staruszkę Muszkę, o której pisałam jakiś czas temu w kontekście łąkowych inspiracji do akwarelowych obrazków. Przygarnęliśmy ją rok temu, ale to już psia emerytka (blisko 16 lat na psim karku to nie przelewki!). Muszka ledwie zipie, ale na spacery się wyrywa i robi taki jazgot około 18tej, że czujemy się sterroryzowani i deszcz czy upał, na krótki spacerek trzeba wyskoczyć. W dodatku musimy iść oboje z  mężem. Kiedy ja sama próbuję z nią wyjść, to Mucha tuż za progiem zarywa się nogami w grunt i piszczy niesamowicie, wywołując pańcia z domu. Tak że musimy iść całym stadem :). 

Coraz częściej jednak bywają gorsze dni, Muszka traci siły, dusi się, kaszle (powiększone serce i płyn w płucach) i wtedy w zasadzie cały czas po pracy poświęcamy pieskowi, dyżurujemy razem z mężem albo na zmianę. Trzeba z nią rozmawiać, głaskać, podsuwać smakołyki. Dostaje między innymi diuretyki (leki moczopędne), więc często musi wychodzić na dwór na siku (w nocy też kilka razy). Czasem nie ma siły sama zejść po schodkach do ogrodu - wtedy wynosimy ją na rękach. Jak ma ochotę poleżeć w altance, to zawsze któreś z nas też tam siedzi, żeby w razie czego zanieść ją do domu, albo przypilnować, żeby nie wpadła do oczka wodnego, z którego lubi pić wodę. Pomimo wysiłków naszych i weterynarzy - jej stan jest jednak coraz gorszy...


GRUBCIO.


We wrześniu spadł na nas kolejny cios - nagle zaniemógł Grubcio, nasz kochany, przesympatyczny kocur, dawniej dzikus piwnicznego pochodzenia, na stare lata wielki domator. Grubcio dożył w świetnej formie całkiem poważnego wieku 13 lat, co jak na kota domowo-podwórkowego jest niezłym wynikiem. 

I nagle, nie wiadomo dlaczego, zrobił się bardzo słaby, nie chciał jeść, ciężko oddychał... Dziwnie to wyglądało, początkowo myśleliśmy, że się czymś lekko struł, ale po dwóch dniach nie było poprawy, więc zabraliśmy go do weterynarza. Okazało się, że w płucach jest płyn, Grubcio oddycha tylko szczytami. Lekka gorączka... i nic więcej. Żadnych oznak jakiegoś wypadku czy innej poważniejszej infekcji. Grubcio dostał więc trzy zastrzyki, jakieś sterydy przeciwzapalne i coś tam jeszcze, i po trzech dniach mieliśmy wrócić do kontroli. 
W domu nieco się ożywił, nawet zjadł trochę smakołyków... Niestety, nocy już nie przeżył. 



*****

Oprócz tego mieliśmy na głowach sporo kłopotów innego rodzaju. Po odchowaniu dzieci przyszedł na czas na zajmowanie się rodzicami... No taka jest kolej rzeczy. 

Lato z kolei wiązało się z dość intensywnymi pracami porządkowymi, bo ogród zarósł nam niemożebnie. Trzeba było usunąć trochę nadmiernie rozrośniętych drzew i krzewów, zmienić rozkład i rodzaj nasadzeń, ponieważ stopniowo rezygnujemy z ozdobnych iglaków i trawnika - na rzecz pożytecznych drzewek i krzewów owocowych oraz grządek warzywnych. To wymagało jednak ogromu pracy, a przecież oboje z mężem pracujemy zawodowo i to dość intensywnie.


*****

W takich warunkach trudno jest skupić się nad obrazkami. Z drugiej strony - obiecywałam sobie, że będę więcej malować i rysować... 



Rysunkowe ćwiczenia, czyli "artysto - twórz, nie gadaj!".


...in progress...


Lubię w malowaniu się "zatracić", nie odrywać się co chwila do różnych spraw, a przy tym nie cierpię jak mi ktoś przez ramię zagląda. Potrzebuję więc do tego ciszy i spokoju. Ostatnio jednak wszechświat mi nie sprzyjał... 
Stąd wziął się pomysł na takie małe, "niezobowiązujące" formy, znakomite do realizacji w tych dniach, kiedy nie mogę zbyt wiele czasu na malunki poświęcić. 
Lepiej rysować/malować cokolwiek, niż nic. Zawsze to jakieś ćwiczenie. I nawet jak w trakcie rysowania muszę przerwać, to bez większego żalu, że coś mnie wybija z rytmu i że wena twórcza odleci. No najwyżej w międzyczasie przyjdzie mi jakiś nowy pomysł na dokończenie rysunku :).

Wspominałam już wielokrotnie, że jedną z moich ulubionych technik jest rysunek - uwielbiam zwłaszcza ten kontrast: głęboka czerń tuszu na śnieżnej bieli papieru! 
Ale tematyka co pewien czas się zmienia. 

Jakiś czas temu pokazywałam Wam moje mandale b&w - jeśli macie ochotę je obejrzeć, to są w postach z etykietą "mandala"

Był też okres... nazwijmy go "ptasi", z piórkami i gniazdkami (posty z etykietą "piórka").

Czasem więc tak sobie bez planu zwyczajnie skrobię tym cienkopisem, nic spektakularnego, jakieś abstrakcyjne bazgrołki, co mi tam do głowy przyjdzie. Niekiedy zainspirowane rysunkami znalezionymi na Pintereście, modne ostatnio zentangle i temu podobne. Polecam każdemu, kto szuka łatwego sposobu na odstresowanie, oderwanie myśli od codziennych problemików. Nie są potrzebne żadne szczególne zdolności plastyczne, bazgrać w końcu każdy jakoś tam potrafi, a obrazki nie muszą przypominać niczego realnego.

Takie bazgrołki są całkiem dobrą formą ćwiczenia ręki, a także cierpliwości i systematyczności w rysowaniu. Czyli tego, czego przez ostatnie miesiące stanowczo mi brakowało. 
Nie wiąże się to także z większą inwestycją w materiały plastyczne. Wystarczy pisak i papier. Ja wykorzystałam czarny cienkopis Sakura Micron 005 i zwyczajny papier do drukarki.

*****

Oczywiście powstało też trochę akwarelek, próbowałam też wrócić do malarstwa olejnego, to i owo muszę jeszcze dokończyć albo poprawić - stopniowo będę te "arcydzieła" ujawniać :).

Wkrótce pokażę moje eksperymenty rysunkowe z nowymi technikami, które próbuję okiełznać. Może do tego czasu uporam się z problemem aparatu i uda się cyknąć nieco lepsze fotki.
Planuję też stopniowo wprowadzać nieco większą rozmaitość tematyczną, bo sporo kwestii ciśnie się na klawiaturę... Z pisaniem zresztą idzie mi nieco lepiej niż z fotografowaniem :). 

*****



sobota, 30 grudnia 2017

Konie i książki.

Miała być krótka przerwa, a się przeciągnęła, że hohoho! 
Drobna kontuzja, która sama w sobie jedynie na krótko wyłączyła mnie z aktywności blogowej i ogólnie życiowej, niespodziewanie wywołała istną lawinę zdarzeń. Nazbierało się zaległości przeróżnych co niemiara, a zanim je ogarnęłam, to się pojawiły kolejne złośliwości losu, tudzież inne michałki... no co ja Wam będę opowiadać... 
Wpadłam w pętlę zadłużenia, rzec można, oczywiście zadłużenia w sensie brakującego czasu!

W każdym razie - stokrotnie przepraszam moich przemiłych stałych Gości za nieobecność na blogu, za niebywanie u Was, za brak kontaktu... za całokształt. 

Na nowe wpisy niestety zabrakło mi czasu... a po trosze i weny, bo zupełnie mnie pochłonęły pozablogowe wydarzenia i obowiązki. Starałam się przynajmniej zaglądać na Wasze blogi i odpowiadać (choć niekiedy z poślizgiem czasowym) na Wasze komentarze i e-maile. Jeśli gdzieś coś mi umknęło, to biję się w piersi - mea culpa! - i obiecuję poprawę! 
Niestety na większą aktywność na blogu, w postaci nowych i systematycznych wpisów, chwilowo nie mogę sobie pozwolić. Po okołoświątecznych zawirowaniach (rodzinna Wigilia, jak zawsze, u mnie!) mam teraz na głowie rewolucję organizacyjno-informatyczną w firmie i coroczne spiętrzenie czarnej roboty na przełomie roku... Styczeń na moim blogu będzie z pewnością dość jałowy...
Kilku osobom winna jestem jeszcze realizację pewnych obietnic, ale sorry, przed Nowym Rokiem nie byłam w stanie tego ogarnąć. Ale pamiętam! Kochani, proszę o jeszcze odrobinę cierpliwości :).


W ramach zastępczych tematów chciałam wrzucić znowu jeden z kilku przygotowanych wcześniej postów książkowych o słynnych malarzach... 
Zawahałam się jednak, bo nie było moim zamiarem prowadzenie bloga o takim profilu, to się tak urodziło na marginesie. Z drugiej strony jednak, książki były w moim życiu zawsze niezwykle ważne. 
Odkopałam nawet wpisy ze starego bloga, na którym były hafty, a w pewnym momencie pojawił się cały cykl postów o książkach. 
Tamten blog dawno został unicestwiony, ale teksty mam i trochę mi szkoda, że są gdzieś upchnięte w archiwum komputera, który od pewnego czasu zdradza oznaki agonii... Jak padnie całkiem na amen, to i teksty umrą wraz z nim. 
No i tak sobie pomyślałam, że od czasu do czasu wrzucę tutaj coś z tego książkowego archiwum, czyli będzie o książkach - nie tylko z zakresu sztuk pięknych.

To na razie tyle w tym temacie, tak tytułem zapowiedzi...



A teraz rysuneczki, żeby post nie był całkiem bez obrazków :).
Konie zawsze lubiłam malować i rysować. Dzisiaj pokażę Wam dwa archiwalne szkice tuszem. Moje obrazki i rysunki z końmi w roli głównej zwykle są inspirowane zdjęciami własnymi lub z internetu. Bezpośrednio z natury robię co najwyżej bardzo pobieżne ołówkowe szkice, a właściwe rysunki czy obrazy powstają później w domu. 
Zresztą czasami maluję w ogóle z pamięci, albo z wyobraźni... 
Ostatnio czytałam biografię Degasa (tak, tak, oczywiście za jakiś czas będzie o tym osobny wpis!) - on także w plenerze robił tylko szkice, a najczęściej obywał się w ogóle bez takich przygotowań i malował wszystko z pamięci, w pracowni. Był doskonałym obserwatorem i zapamiętywał mnóstwo szczegółów ze swoich wycieczek. 
Tak że... ekhmmm...  mam coś wspólnego z Degasem, przynajmniej ten jeden punkt :))).

A zatem, bez zbędnego gadania, proszę bardzo, oto konik namalowany tuszem kreślarskim przy pomocy pędzelka, format A4, inspiracją było zdjęcie znalezione dość dawno temu w internecie, ale niestety nie zapisałam sobie źródła.


I młodziutki konik według mojego zdjęcia, malutki (format "pocztówkowy") rysunek piórkiem (stalówką maczaną w tuszu):



PS. 
Na koniec mam jeszcze takie pytanko techniczne do użytkowników blogspota: jak wyedytować stary post i po wprowadzeniu poprawek zapisać go tak, żeby pokazywał się pod starą (pierwotną) datą, a nie aktualną? Kiedyś dawno temu była taka opcja, a teraz post po powtórnej edycji wyskakuje mi na początku, z aktualną datą. Pomyślałam sobie niedawno, że mogłabym uzupełnić dotychczasowe posty książkowe o porządne notki bibliograficzne, ale nie chciałabym, żeby mi się wszystkie nagle pojawiły jako nowe... Pomoże ktoś...?



*****


Kochani, 
życzę Wam, żeby Nowy Rok przyniósł każdemu i każdej z Was
 samo dobro, spokój w duszy, miłość w sercu i szczęście w domu, 
przyjaznych ludzi wokół, 
piękne marzenia i mnóstwo radosnych zdarzeń :).


*****

sobota, 11 listopada 2017

Książki o sztuce. "Rozmowy z Picassem".

Ten post, przygotowany kilka tygodni temu, leżał sobie spokojnie w "poczekalni" i zamierzałam opublikować go znacznie później, może za miesiąc, bo ostatnio sporo było tych książkowych i nie chciałam Was zanudzać. Jednak sprawy się pokomplikowały, albowiem uległam niewielkiej, ale bardzo uciążliwej kontuzji, która utrudnia mi posługiwanie się prawą ręką, a co za tym idzie - pisanie, rysowanie i inne czynności życiowe. Z tego powodu na blogu zaczął się robić mały zastój, a że rehabilitacja jeszcze trochę potrwa, to jako temat zastępczy postanowiłam wykorzystać tę opowieść o kolejnym znanym artyście. Mam nadzieję, że wkrótce wrócę tu w lepszej formie i z bardziej "twórczymi" postami :).

Znowu sięgnęłam do mojej prywatnej biblioteczki, na półkę z nieco zakurzonymi już książkami o słynnych malarzach... Tym razem wybrałam "Rozmowy z Picassem", której autorem jest Brassai (z dwiema kropeczkami nad "i"), znany fotograf, o którym za chwilę powiemy sobie kilka słów...

Po raz pierwszy czytałam tę książkę w czasach licealnych i chyba później do niej już nie wracałam. Nie jestem, a zwłaszcza - nie byłam, fanką kubizmu... Interesując się malarstwem znałam oczywiście mniej więcej dorobek malarski Picassa, ale prawie nic nie wiedziałam o jego rzeźbach, a w tej książce mowa jest głównie o rzeźbach właśnie, więc wówczas jakoś mnie to specjalnie nie wciągnęło. 
Tym razem jednak czytało mi się tę historię wspaniale! Do pewnych rzeczy może trzeba po prostu dojrzeć :). 


Brassai i Picasso (źródło)
A kiedy już ją przeczytałam, zaczęłam szukać w internecie źródeł, które powiedziałyby mi więcej o przyjaźni Picassa z Brassaiem. Przyznam się Wam, że wcześniej nie miałam pojęcia jakiej miary fotografem był Brassai...

I wtedy... zaczęłam czytać tę książkę od nowa. 
Tak więc w ciągu dwóch tygodni przeczytałam ją dwa razy - za pierwszym razem poznając głównie Picassa, za drugim - skupiając się na Brassaim.

A zatem - zajmijmy się książką. 
Jak już wspomniałam, autorem "Rozmów z Picassem" jest fotografik węgierskiego pochodzenia, Gyula Halasz, znany jako Brassai. Jest to autentyczny zapis rozmów tych dwóch twórców z lat od 1943 do 1947 i po długiej przerwie jeszcze z lat 1961-1962, opracowany na podstawie skrupulatnie prowadzonych na bieżąco przez Brassaia notatek, opatrzonych dokładnymi datami i wzbogaconymi o późniejsze uwagi, liczne dygresje i retrospekcje.

Postać autora książki jest może odrobinę mniej fascynująca, niż głównego bohatera, ale na pewno warto wspomnieć o nim kilka zdań. 
Brassai (1899-1984) uznawany jest za jednego z najważniejszych artystów fotografów w historii, a jego uliczne fotografie o rozpoznawalnym stylu stanowią uznany kanon street photo. Bardzo chętnie fotografował sceny z ulic Paryża, zwłaszcza w nocy lub we mgle, wykorzystując ciekawe efekty świateł latarń czy samochodów. 


fot. Brassai - źródło 
Bohaterami jego zdjęć bardzo często byli przedstawiciele tzw. półświatka - transwestyci, kloszardzi, prostytutki... 
Zainteresowanym polecam ciekawy artykuł na jego temat: 
 https://fotodinoza.blogspot.com/2016/09/dugie-cienie-brassaia.html

W połowie lat 20-tych rozpoczął pracę jako dziennikarz magazynu artystycznego "Minotaur", który zlecił mu przygotowanie serii fotografii kilku znanych już wówczas artystów - surrealistów Dalego i Elouarda, oraz Picassa. Twórczości, a konkretnie mniej znanym wówczas rzeźbom Picassa, miało być poświęconych około 30 stron. Była to praca dość długa i żmudna, ponieważ - pamiętajmy - blisko sto lat temu technika fotograficzna nie była tak zaawansowana jak obecnie. Ponadto Brassai podchodził do swojego zadania rzetelnie - starał się dobrze poznać artystę, towarzyszył mu przy pracy, rozmawiali na różne tematy, spotykali się w różnych sytuacjach. Spotkania z Picassem przerodziły się w długoletnią współpracę i zażyłość. 

W swojej książce Brassai opisuje okres pracy nad fotografiami dla czasopisma, a następnie trwające kilka lat przygotowywanie fotograficznej dokumentacji artystycznej do albumu z rzeźbami Picassa. Wspomina oczywiście także o pewnych własnych dokonaniach artystycznych, ale robi to niejako na marginesie i z dużą dozą skromności. Napomyka więc o rysunkach, które podobały się Picassowi i dzięki jego znajomościom ostatecznie zostały zaprezentowane na wystawie, a także o wspólnej z Picassem pracy przy oprawie dekoratorskiej pewnego przedstawienia teatralnego i baletu. Są to jednak drobne wzmianki, a pierwsze skrzypce gra w całej opowieści Picasso. 


Jedna z rzeźb Picassa, fot.Brassai - żródło
Przejdźmy jednak do zasadniczej treści książki. Dzięki szczegółowym zapiskom Brassaia możemy poznać Picassa (1881-1973) dość blisko, nie tylko jako wielkiego twórcę, prekursora kubizmu, ale także jako zwyczajnego człowieka, z jego przeróżnymi wadami i zaletami, codziennymi zwyczajami, charakterystycznymi zachowaniami, przyzwyczajeniami itd.

Brassai tak wspomina pierwsze zetknięcie z Picassem, artystą będącym już wówczas znanym, światowej klasy twórcą: 
"Emocja mieszała się z czymś w rodzaju trwogi, bo też miał w tej epoce reputację nieprzystępnego. (...) Żywy Picasso, jakiego miałem przed sobą, zatarł ów obraz i wszystkie moje obawy: prosty człowiek, bez afektacji, pychy, bez pozy. Jego naturalność i miłe obejście od razu wróciły mi dobre samopoczucie". 
W miarę czytania ze stron książki wyłania się więc stopniowo umiejętnie nakreślony nie tylko artystyczny, ale też psychologiczno-socjologiczny portret Picassa. 

Między zapis dialogów z Picassem i rozmów z innymi twórcami, wydawcami, marszandami, Brassai wplótł wiele ciekawych obserwacji ówczesnego świata sztuki a także esencjonalne wzmianki o otoczeniu, w jakim tworzył Picasso. Dla kogoś, kto nie ma uporządkowanej wiedzy o kierunkach w malarstwie, które tak intensywnie tworzyły się i mieszały w okresie przełomu XIX/XX wieku aż do połowy wieku XX, te wszystkie impresjonizmy, fowizmy, kubizm, surrealizm itd, kto, kiedy, jak i dlaczego - ta książka jest świetną pozycją, wyjaśniającą i porządkującą ten artystyczny tygiel. Brassai z wielką zręcznością, bez zanudzania czytelnika, w dość syntetycznej, ale bardzo przystępnej formie, wplecionej między opowieści o konkretnych spotkaniach i rozmowach, zarysowuje przed nami logiczny ciąg zdarzeń, które ukształtowały kolejne artystyczne ruchy tego okresu, opisuje interesująco ich główne założenia, porządkuje je historycznie, a nawet geograficznie. Wschód Paryża z Montmartre i Montparnasse to była kolebka impresjonizmu i fowizmu, stopniowo marszandzi i nowe pokolenia artystów przenosili się bardziej na zachód, gdzie narodził się kubizm i surrealizm. 

Pracując w redakcji "Minotaure" Brassai znalazł się w ośrodku surrealistów, gdzie poznał wszystkich znaczących twórców tego nurtu, zarówno malarzy jak i poetów. Sympatyzując z surrealistami, z czasem nabrał jednak pewnego dystansu, nie ze wszystkimi ich poglądami na sztukę zgadzał się bez zastrzeżeń, wielu nie akceptował zupełnie. I w tym czasie pojawiła się okazja do poznania Picassa, twórcy kubizmu, artystycznie konkurującego z surrealistami. Interesujące są te fragmenty, w których autor porusza kwestie relacji Picassa z innymi wielkimi twórcami, na przykład z Dalim, którego od początku Picasso traktował jak obiecującego młodego artystę, wielokrotnie mu pomagał, za co Dali odpłacał mu później śmieszną megalomańską nienawiścią, podszytą zazdrością o sławę. 

Warto może też wspomnieć, że na wczesną twórczość Picassa ogromny wpływ mieli postimpresjoniści, z Henrim Toulouse-Lautrekiem na czele (o książkach o H.T.-L. pisałam w tych postach: tutaj i tutaj). Natomiast w późniejszym okresie - Cezanne, o którym tak mówił:
"Czy ja znam Cezanne'a! Ależ on był moim jedynym i wyłącznym mistrzem! Może pan sobie wyobrazić, jak się wpatrywałem w jego obrazy... Studiowałem je całe lat... Cezanne! Był dla nas wszystkich ojcem. To on nad nami czuwał."
W książce znajdziemy również wzmiankę Picassa o pierwszym spotkaniu z Gertrudą Stein, która stała się pierwszą kolekcjonerką jego dzieł, a niekiedy ratowała finanse prekursora kubizmu (tutaj mój post o G. Stein).


Brassai bardzo ciekawie opowiada o głównych założeniach i istocie kubizmu, co wyjaśnia zarazem zainteresowanie Picassa rzeźbą:
"Kubizm powstawał w oparciu o Ingresa i Cezanne'a, z myślą o zdynamizowanej plastyczności i jako reakcja na impresjonizm, który psuł bryłę, zacierał masywność ciał w barwnych plamach i świetlnych wibracjach. Dzieło Picassa wyraża naturalną skłonność artysty do pełni kształtu. Kubizm wywoływał silne wrażenie obracającej się rzeźby i ukazywał równoczesność jej rozmaitych aspektów". 


Rzeźba Picassa w brązie, fot. Brassai (źródło)
Brassai pisze to wszystko niezwykle lekko, ze sprawnością i wyczuciem pasjonata, który doskonale rozumie temat, o którym się wypowiada. Od uwag natury ogólnej i teoretycznej szybko przechodzi do scenek z życia, spotkań z Picassem, jego rodziną i przyjaciółmi, przytacza fragmenty rozmów. Opisuje zdarzenia zarówno z życia artystycznego Picassa, jak i zwykłe, codzienne, domowe sytuacje. Opowiada o zwyczajach artysty, jego przyzwyczajeniach i cechach charakteru, przez wiele lat śledzi jego drogę artystyczną, zapisuje opinie Picassa o innych twórcach, o sztuce w ogóle.

W czasie wojny Picasso, chociaż mógł wyjechać do dowolnego zakątka świata, bo miał i pieniądze i wielu przyjaciół, pozostał jednak w Paryżu. Było to wielką pociechą i moralnym wsparciem dla innych jego paryskich znajomych. W tym czasie nadal rzeźbi i maluje, przeżywa zauroczenia kolejnymi kobietami... Brassai przytacza historię znajomości Picassa z 20-letnią dziewczyną, początkującą malarką, zachwyconą twórczością wielkiego mistrza. Jednak chociaż zafascynowany Picasso ulega jej urokowi, to - jak twierdzi Brassai: "Dla niego przygoda miłosna nigdy nie byłą celem samym w sobie, tylko bodźcem dla jego siły twórczej (...)."

Artystyczna spuścizna Picassa to około 30 tysięcy dzieł (!) - obrazów, rysunków, rzeźb. Był twórcą niesłychanie pracowitym, całe jego życie było podporządkowane twórczości. Nawet w formie rozrywki rzeźbił w małych kamykach wyrzuconych przez morze, tworzył miniaturowe rzeźby z papieru, eksperymentował z różnymi narzędziami malarskimi.
Miał szczególny stosunek do pieniędzy, nie lubił nimi płacić, wolał dawać w zamian swoje obrazy, nawet jeśli ich wartość przewyższała wartość tego, co kupił. 
Brassai cytuje jego słowa w trakcie rozmowy o ewentualnym chwilowym porzucaniu sztuki na rzecz innych, bardziej intratnych zajęć:
"Gdy się ma coś do powiedzenia, do wyrażenia, najmniejsza zależność staje się po pewnym czasie nie do zniesienia... Trzeba mieć odwagę uznać swój zawód i wykonywać go. Tak zwany "drugi zawód" to zawracanie głowy! Ja sam byłem nieraz goły, a jednak zawsze potrafiłem się oprzeć pokusie zarabiania inaczej niż pędzlem... (...) Chodziło mi o to, aby żyć z malarstwa... Na początku nie sprzedawałem drogo, ale sprzedawałem... Rysunki i obrazy opuszczały pracownię... A tylko to się liczy..."

Mam wrażenie, że rzeźby Picassa nie są tak znane jak jego obrazy. Mimo więc, że książka Brassaia dotyczy głównie rzeźb, to pozwolę sobie wkleić tutaj zdjęcie jednego z najsłynniejszych, a zarazem najwcześniejszych obrazów Picassa - "Panny z Avignon": Picasso namalował je mając 26 lat i tym samym dał początek epoce kubizmu.

źródło
Ten obraz zapoczątkował także trwającą kilkadziesiąt lat przyjaźń i współpracę Picassa ze znanym marszandem Danielem Henrym Kahnweilerem. Brassai w swojej ksiażce przytacza także fragmenty swoich rozmów z Kahnweilerem. 
Warto wspomnieć, że kiedy Kahnweiler po raz pierwszy zobaczył świeżo ukończone dzieło Picassa "Panny z Avignon", miał zaledwie 23 lata, rzucił właśnie dopiero co rozpoczętą pracę w należącym do rodziny domu maklerskim i zamierzał zająć się handlem dziełami sztuki. Obraz Picassa zrobił na nim tak wielkie wrażenie, że natychmiast zdecydował się z góry zakupić wszystko, cokolwiek Picasso namaluje, za wyjątkiem pięciu obrazów rocznie, zastrzeżonych dla malarza. Wyobrażacie sobie? - dwóch chłopaków, młody malarz i początkujący marszand z wynajętą mikroskopijną galeryjką, postanowili, że zawładną rynkiem sztuki! I tak też się stało :).

Podsumowując: książka pasjonująca, wielowątkowa, przedstawiająca nie tylko wnikliwy i autentyczny portret Picassa, ale także kręgi artystyczne ówczesnego Paryża, przybliżająca wiele postaci świata sztuki. Brassai z wyczuciem artysty i literackim talentem opisuje zdarzenia, których był naocznym świadkiem. Wielka szkoda, że w książce nie ma żadnych ilustracji - dzieł Picassa czy fotografii Brassaia. Dla pasjonatów malarstwa czy historii sztuki pozycja ze wszech miar godna polecenia, a myślę że z wielką przyjemnością przeczytają ją także osoby zainteresowane historią nowoczesnej fotografii.

*****