sobota, 22 lipca 2017

Łąka.

Miało być o czym innym, ale ta łąka mnie uwiodła... :)
Po prostu nie mogę się oprzeć malowaniu kolejnych akwarelek z łąkowymi chwastami, polnymi kwiatami, zielskiem rozmaitym...
Różnie mi to wychodzi, powstało też w międzyczasie kilka innych tematycznie obrazków, niestety zdjęcia to nie jest moja mocna strona, a z braku czasu muszę zabawę z fotografią odłożyć na późniejszy termin. Dzisiaj więc tylko pojedyncza zajawka tego, co mnie ostatnio zachwyca i najbardziej zajmuje, jeśli chodzi o malowanie.



Polne kwiaty, łąkowe chwasty - to niewyczerpane źródło inspiracji do malowania i eksperymentowania z techniką akwarelową. Zostawiam Was dzisiaj z tą jedną akwarelką, ale obiecuję, że w kolejnym poście będzie i więcej obrazków i dłuższa opowieść :).

*****

piątek, 7 lipca 2017

Dmuchawce. Solone i pod wpływem.

Dmuchawce to bardzo wdzięczny temat dla malarza. Widziałam wiele obrazów z przekwitającymi mleczami, w najróżniejszych technikach a nawet kolorystyce - postanowiłam więc też odrobinkę poeksperymentować. 

Pamiętacie moja pierwszą akwarelkę z mniszkiem? Zaraz po jej namalowaniu zaczęłam myśleć o dmuchawcach i pierwsza moja wizja to były duże puchate bąble na tle kolorowej łąki, w promieniach słońca. Kombinowałam - jak uzyskać efekt tej puchatości? Czytając tu i ówdzie o technikach malarskich stosowanych w akwareli spotkałam się między innymi z ciekawymi rezultatami użycia zwykłej soli kuchennej. I od razu pomyślałam, że to idealny sposób na moje puchate kule!

Jak uzyskać taki efekt? Na podmalowane tło (całkiem mokre) od razu sypiemy sól, w miejscach, w których chcemy tą kolorową mokrą warstwę usunąć. Po prostu sól wchłania wodę razem z farbą. Potem wystarczy odczekać aż całość podeschnie i strzepnąć sól.  

w realu kolory są nieco żywsze, zwłaszcza czerwienie i żółcie

Jeśli rozsypiemy na kolorowej mokrej plamie pojedyncze grube kryształki soli, to możemy uzyskać białe kropeczki udające np. gwiazdy albo płatki śniegu. Nieco większe kupki soli na błękitnym tle pomogą nam wydobyć z jednolitej powierzchni białe obłoki. Możliwości jest mnóstwo. Ja miałam akurat pod ręką tylko miałką sól, ale w tym wypadku była odpowiednia do usunięcia farby z większej okrągłej powierzchni. 
Potem domalowałam środki, troszkę pręcików nasionek, liście itd.
Trochę chyba bajkowo wyszedł mi ten posolony obrazek :).



Druga wersja powstała pod wpływem. Nie, nie upiłam się na okoliczność malowania :). Wpłynął na mnie post Ani o malowaniu w plenerze, ilustrowany piękną akwarelą z dmuchawcami, Natchnął mnie do działania. Zabrałam sprzęt, farby, i ruszyłam w plener! No, daleko nie poszłam, bo tylko dwa kroki za płot :). Nie mam odpowiedniego wyposażenia do zabrania wszystkich malarskich przydasiów na dalszy spacer, a z własnego okna dostrzegłam kawałek dzikiej przyrody, w której uchowało się jeszcze kilka przekwitających mleczy.




Dmuchawce były dosłownie trzy, bo o tej porze większość mleczy już rozsiała swoje nasionka, ale wokół rosły inne chabazie, słonko świeciło dość ostro, wyglądając przez dziury między ciężkimi chmurami zwiastującymi nadchodzącą burzę, wiatr rozwiewał trawy i można było poczuć tę naturę wszystkimi zmysłami...

Naprawdę, malowanie w plenerze to zupełnie inna bajka niż tworzenie w pracowni!

Dmuchawce na potrzeby obrazka sklonowałam, żeby było ciekawiej. Malowałam pośpiesznie, żeby zdążyć przed burzą i w sumie dość impresjonistycznie - bardziej wrażeniami i emocjami niesionymi przez wiatr i podgrzewanymi przez słońce, niż rozumem, mędrca szkiełkiem i okiem ;).


Roślinki są więc może średnio realistyczne, ale o taki efekt mi chodziło. Lekkie, swobodne malowanie, bez wdawania się w botaniczne szczególiki.
Powyższa akwarelka jest mocno inspirowana obrazkiem Ani, bo ta kolorystyka była bardzo odpowiednia do pogody w dniu, w którym malowałam - burze przeplatane upalnym słońcem, ołowiane niebo poprzecinane słonecznymi kaskadami.
Często korzystam ze zdjęć obrazów innych malarzy - nie kopiuję, bo to już wyższa szkoła jazdy, ale próbuję odtworzyć jakiś efekt, który mi się tam spodobał. W ten sposób się uczę, zdobywam doświadczenia, a przy okazji dokonuję różnych własnych odkryć i wynalazków :). 

Dzisiaj przekwitłych mleczy już chyba nigdzie nie ma, ale tak fajnie mi się je malowało, że chyba nieraz jeszcze wrócę do tego tematu, posiłkując się zdjęciami z natury i własną wyobraźnią, no i eksperymentując z różnymi technikami :).

Ciekawa jestem, która wersja moich dmuchawców bardziej Wam się podoba?

*****

sobota, 1 lipca 2017

Efekt Muchy.


Niedawno pojawiła się u nas Mucha. Właściwie Muszka. A konkretnie - pies wszystkich ras, lat 14, a więc psia staruszka. Pałętała się po dobrych ludziach od czasu śmierci jej właścicieli. Ktoś w końcu musiał tę bidę przygarnąć na stałe... i tak jakoś wyszło, że my przygarnęliśmy. Bo już tak mamy, że przygarniamy. No i jest. 



Na marginesie dodam, że w domu są już trzy koty i jeden duży pies. W sumie oprócz jednej rocznej koteczki to sami emeryci. Same znajdy lub potomstwo znajd.
Całe to towarzystwo przyzwyczaiło się do naszego trybu życia. Rano zamieszanie, karmienie, koty z reguły idą na dwór na cały dzień (teoretycznie, bo po szesnaście razy zachodzą w ciągu dnia do domu po jedzonko i żeby uciąć sobie spokojną drzemkę). Pies w zimie zostaje w domu, w lecie woli na dworze, śpi sobie w altance albo gdzie tam chce. Późnym popołudniem państwo wracają z pracy, całe towarzystwo kłębi się w oczekiwaniu na jedzonko i potem pańcia ogarnia chatę, a pan drzemie na kanapie albo ogląda jakieś bzdury w telewizji. Jak jest ciepło, to drzwi na taras są cały czas otwarte i zwierzaki chodzą sobie gdzie chcą, to znaczy koty po okolicy, a pies po ogrodzie.


No i nagle pojawiła się Muszka. Myśleliśmy - staruszka, to i mało kłopotu z nią będzie. Na początku trochę była zestresowana, piszczała, nie wiedzieliśmy o co jej chodzi, może coś boli, może jedzenie nie takie... Pewnie tęskniła za swoim państwem, domem itd, nie czuła się u nas pewnie, bo już trzy domy przejściowe zmieniła... Poszliśmy do weterynarza, dał tabletki na robaki, powiedział że serduszko słabe, ale ogólnie pies zdrowy. Kombinowaliśmy - może spacer? - ale na początku nie bardzo chciała chodzić, myśleliśmy sobie - starsi państwo mieszkali w bloku, pewnie tylko z pieskiem na siku wychodzili i tyle. Ale minęły trzy tygodnie, Muszka już się oswoiła z otoczeniem, z drugim psem dogadują się, o kotach już wie, że nie wolno na nie szczekać, cieszy się jak przychodzimy z pracy. Ale wieczorem piszczy i czasem wyje.... Aż pewnego dnia mąż wyszedł przed dom na chwilę, furtka została otwarta... patrzymy, a tu Muszka pędzi przed siebie po ulicy! Mąż skoczył po smycz i popędził za nią... Długo ich nie było... A kiedy wrócili, mąż powiada: Muszka jest spacerowiczką! Musimy z nią chodzić na spacery!


No i chodzimy. W sumie to ja się bardzo cieszę, bo trochę nieruchawi się zrobiliśmy, mąż nigdy zresztą za bardzo chodzić nie lubił, a ostatnio ciągle mówi, że musi schudnąć... Więc teraz nie ma wymówki. 
No a jak tu z jednym psem pójść, a drugiego zostawić? Więc chodzimy oboje - ja biorę na smycz Muszkę, bo mała, a mąż Miśkę, bo duża :). Miśka też się bardzo cieszy - jak tylko zaczynamy wkładać buty, to oba psy robią taki radosny harmider, że uszy puchną :).

Parę kroków za naszym domem jest trochę nieużytków, na których dawniej były pola, teraz planowana jest rozbudowa naszego osiedla. Na razie jest przepiękna łąka, rosną drzewa, trochę starych lip i dębów, sporo rozmaitych samosiejek. Dawniej często tam chodziliśmy z dziećmi, ale dzieci już dorosłe, mąż jako się rzekło woli poskakać po boisku niż spacerować, ja w pojedynkę nie lubię się szwendać... Zresztą ja jestem kociarą, a pies to była zawsze "działka" męża. Teraz Muszka zrewolucjonizowała nasze życie, no i ja też musiałam się przystosować :).

Poszliśmy więc na pierwszy spacer z psami na tę łąkę, a tam... takie bogactwo kwiatów rozmaitych, że ja już zapomniałam, że takie w ogóle na świecie są! 



Muszka pruła przed siebie jak motorek, więc ledwo nadążałam coś tam po drodze zrywać, ale uzbierałam pośpiesznie mały bukiecik, takie tam chabazie przecudne, no i w rezultacie powstała też taka akwarelka - efekt Muchy :). 



Krwawnik gdzieś mi się tam zawieruszył, bo zapomniałam zrobić mu miejsce na początku malowania, a w akwareli białe musi być od razu zaplanowane, ale resztę kwiecia jakoś udało mi się na obrazku umieścić. 
Bukiet szybko więdnie, polne kwiaty lubią wolność i zerwane nie cieszą zbyt długo naszych oczu. Czasem aż szkoda ich do wazonu... Pozostanie jednak akwarelka :).




*****

środa, 14 czerwca 2017

Do trzech razy sztuka.

Trochę przynudzam tym tematem, ale akwarela z lilakiem nie dawała mi spokoju. Musiałam się z nią zmierzyć po raz kolejny. I może - a raczej na pewno - nie ostatni. Znowu nie wyszło tak jak chciałam i mniej więcej wiem jaka powinna być kolejna wersja. 
Może zostawię to do przyszłego roku, jak bzy znowu zakwitną, a ja się więcej nauczę... a może lepiej robić to na gorąco, póki mam to wszystko w głowie...? Zobaczymy. Z tym, że teraz bazuję już tylko na poprzednim rysunku i ewentualnie wspomagam się fotografiami, ale to nie to samo, co malowanie z natury.

Powstają równolegle inne obrazki, a raczej akwarelowe wprawki na temat innych kwiatków, bo tak się jakoś florystycznie zafiksowałam... Do następnego wpisu wybiorę coś z tego zbiorku i zaprezentuję moje kolejne porażki akwarelowe z kwieciem rozmaitym w roli modeli :).

Ale wracając do nieszczęsnego bzu - tym razem prezentuje się tak:


Zdjęcie niestety trochę przekłamane kolorystycznie i bledsze niż w realu, no i ujawniło się lekkie pofalowanie papieru u góry. Maluję co prawda na papierze o gramaturze 300 i przed malowaniem moczę go i napinam, a jednak trochę się faluje. W przyszłości planuję kupno papieru w bloku klejonym z każdej strony, to podobno gwarantuje, że kartki nie będą się odkształcać pod wpływem wody.
Przemyślałam też kwestię pędzli - najpierw myślałam o dokupieniu cieniutkiego pędzelka do detali, ale skoro chcę malować bardziej zamaszyście, to powinnam raczej oswoić się z pędzlami szerokimi, grubymi. Jeśli zatem będę planować zakupy, to w pierwszej kolejności pomyślę o grubym, profesjonalnym pędzlu...

Jako się rzekło, nadal bazuję na pierwszym szkicu, ale trochę go podrasowałam, tak że w sumie to nie jest ten sam bukiecik co na początku, tylko wariacja na jego temat :). No i malowanie takie bardziej z pamięci, niż z natury, ale czas bzów już przeminął, a ja koniecznie chciałam jeszcze raz namalować ten obrazek.

Co do kwestii techniczno-artystycznych... Nadal niestety mam skłonność do dziubdziania szczególików i to mnie martwi. Bo zmierzam w kierunku swobodnego malowania rozlewającymi się na mokrym papierze plamami kolorów. Kiedyś pokażę Wam dzieła światowej sławy akwarelistów, którzy mnie inspirują...

Co prawda podziwiam malarstwo tzw. botaniczne za perfekcyjny realizm, za wierną naturze szczegółowość, ale sama nie chcę malować w taki sposób, bo nie o taki efekt mi chodzi. Nad tym będę więc pracować.
Zresztą - pewnie kiedyś spróbuję bardziej szczegółowego malowania, bo to jest tak jak z malarstwem czy inną sztuką w ogóle: najpierw trzeba się nauczyć malować "książkowo", a potem dopiero tworzyć swoje wizje :). Coś tam już może umiem, mam trochę podstaw malarsko-rysunkowych, ale warto czasem wrócić do tych początków, zwłaszcza jak się miało baaardzo długą przerwę w malowaniu.

Już po opublikowaniu tego wpisu podkusiło mnie, żeby jeszcze parę plamek dodać tu i ówdzie... Nie wiem, czy to jest zauważalne, ale w realu obrazek nabrał nieco więcej wyrazistości :). Poniżej ta ostateczna (chyba) wersja:


Następnym razem będą też jakieś malowane kwiatki, ale już nie lilaki :)))

*****

poniedziałek, 29 maja 2017

Projekt: akwarele. 3. Lilak - mission possible.

Pod pierwszym postem rozpoczynającym mój "Projekt: akwarele" Tynka rzuciła mi wyzwanie: "czas na akwarelę LILAKA!". 
Chodził mi lilak (czyli bez) po głowie już znacznie wcześniej, ale wydawało mi się, że to temat dla mnie za trudny, przynajmniej teraz i w dającej się przewidzieć przyszłości.

Ale skoro rękawica została rzucona, to postanowiłam wziąć byka za rogi i rozpracować lilakowy temat. Jak to robiłam i co z tego w pierwszym podejściu wynikło, możecie przeczytać w poprzednim poście "Projekt: akwarele. 2. Przygotowania do malowania bzu".

Ostatecznie, w drugim podejściu, udało mi się osiągnąć taki oto dość blady efekt i od razu powiem, że dumna nie jestem, ale nie chciałam już tego obrazka i siebie razem z nim zamęczyć. Lepiej nie będzie, przynajmniej tym razem:




No więc jestem zadowolona tak raczej średnio, bo nie tak to miało wyglądać, widzę swoje błędy i niektóre można by na tym obrazku z pewnością jeszcze poprawić, wzmocnić kolory itd, ale to może za jakiś czas.
W sumie to jak na początki z akwarelą chyba nie jest najgorzej. Bez wyszedł mi chyba podobny do bzu, spędziłam trochę czasu przy miłym zajęciu, załapałam podstawy techniki akwarelowej, mam ochotę na dalszy ciąg tej przygody, tylko lilaki na razie sobie odpuszczę :).

Jak malowałam?
  1. Najpierw zrobiłam szkic ołówkiem. Po lekkim naszkicowaniu ogólnych zarysów gałązek, listków i konturów kwiatostanów - dorysowałam trochę szczegółów, pojedyncze kwiatuszki i pączki, zwłaszcza na obrzeżach kiści.
  2. Lekko podkolorowałam tło. Zwilżyłam wodą cały obszar, starając się wjechać pędzlem między naszkicowane płatki i listki i bardzo rozwodnioną farbą rozprowadziłam plamy kilku odcieni, pozwalając im swobodnie się rozlewać i mieszać.                                                                      

  3. Przy pomocy grubego pędzla zwilżyłam czystą wodą obszar kwiatostanów i nałożyłam delikatnie odrobinę wybranego fioletu, pozwalając farbie na swobodne i nierównomierne rozlanie się na mokrym obszarze.
  4. Cienkim pędzelkiem domalowałam szczegóły wychodzące poza pokryte już farbą plamy, czyli pojedyncze kwiatki i pączki na czubkach pędów i obrzeżach kiści.

  5. Podkreśliłam obrysy otwartych kwiatków, lub odwrotnie - ciemniejszą farbą malowałam płatki położone bardziej w cieniu. Używałam kilku różnych odcieni fioletów (na zdjęciach niestety tego nie widać) - o próbnikach pisałam w poprzednim poście. W sumie kwiatostany wyszły trochę za ciężkie, znowu przesadziłam z ilością farby.                                                                                  

  6. Liście malowałam podobnie, czyli najpierw zwilżyłam obszar wewnątrz konturu liścia, potem delikatnie nakładałam wybrane odcienie zieleni. Po wyschnięciu dostały drugą i czasem trzecią cienką warstwę farby w nieco innym odcieniu. Zaznaczałam przy tym żyłkowanie na listkach i domalowałam gałązki. Z zieleniami trochę kiepsko mi szło, nie mogłam utrafić w odpowiednie proporcje, raz mi wychodziły za bardzo turkusowe, raz zbyt kanarkowe,dlatego w sumie liście są takie trochę niedopracowane. Może kiedyś to poprawię.
  7. Na koniec podmalowałam jeszcze trochę tło i po wyschnięciu dorzuciłam kilka listków i kwiatków na drugim planie.
Tak to z grubsza wyglądało. Może moje zapiski i ogólne uwagi komuś się przydadzą na początku malowania, albo zachęcą do spróbowania :).

Jakie nauki ja sama wyciągnęłam z tego malowania?

  • malować akwarelami należy bez pośpiechu, bo błędy trudno usunąć lub poprawić;
  • nakładać farbę transparentną warstwą, bo lepiej dołożyć drugą warstwę, niż płakać nad za grubo położoną plamą (w ten sposób można też skorygować nieco kolor);
  • zawsze mieć pod ręką dodatkową kartkę na wypróbowanie nabranego koloru;
  • narzędzia są bardzo ważne, jakość (i grubość) pędzla robi różnicę, w planie mam więc zakup profesjonalnego grubego pędzla oraz cieniutkiego do detali;
  • muszę kupić płyn maskujący, do niektórych elementów bardzo by się tu przydał.
Czy warto było zaczynać drugi raz, od nowa, ten sam obrazek? Dzisiaj myślę, że tamten można było uratować. Przedtem jednak nastawiona byłam na bardzo delikatny, pastelowy efekt, a nieostrożne operowanie farbą przy liściach efekt ten zniweczyło. 
Przede wszystkim, skoro już zapaćkałam jakiś fragment za grubo położoną farbą i w dodatku w nieodpowiednim odcieniu, to należało najpierw zebrać ile się da tej farby - suchym pędzlem, chusteczką higieniczną, papierem toaletowym. Potem odczekać aż wyschnie. Potem nałożyć cienką warstwę odpowiedniego koloru.
Można było też pójść za ciosem i porażkę przekuć na sukces (no, umówmy się!) - całość potraktować bardziej zdecydowanymi kolorami i większą ilością warstw i też wyszło by pewnie nie najgorzej. 
Ale nic straconego, tamten niedokończony malunek mam nadal, może też kiedyś do niego wrócę i spróbuję poprawić :).




*****

poniedziałek, 22 maja 2017

Projekt: akwarele. 2. Przygotowania do malowania bzu.

A miało być tak pięknie... Planowałam, że w miniony weekend wrzucę zdjęcia nowego obrazka z lilakiem, czyli bzem, w roli modela. Ale, jak to mówią - jak chcesz rozbawić Pana Boga, to opowiedz mu o swoich planach :). 



Obrazek nie wyszedł, dzisiaj zaczynam nową wersję i trochę mi z tym zejdzie, bo niestety mam w tym tygodniu nawał innych zajęć, a przy pierwszej wersji przekonałam się, że co nagle to po diable. Początkujący akwarelista nie może sobie pozwolić na pośpiech. W akwareli nie da się zamalować nieudanego fragmentu, takie rzeczy to tylko w olejach czy akrylach. Akwarele nie są, co do zasady, farbami kryjącymi, więc plamy brzydkiego koloru nie zakryjemy drugą, zwłaszcza jaśniejszą, plamą.

Przypominam, że w akwareli stawiam dopiero pierwsze kroki, więc sprawa nie była dla mnie taka prosta...
Zaczęłam od pooglądania w internetowych przestworzach dzieł wybitnych akwarelistów, żeby się zorientować jak można temat bzu potraktować.
Te drobniutkie kwiateczki w każdej kiści... jak ja to będę dziubdziać akwarelą, która na razie jest dla mnie dość trudnym medium? Generalnie, choć jestem pełna podziwu dla malarstwa botanicznego (odtwarzającego wiernie szczegóły roślin), to sama nie przepadam za malowaniem precyzyjnym, wolę większy rozmach, ujęcie bardziej impresjonistyczne niż realistyczne. Z drugiej strony - nie chodzi o to, żeby maźnąć tylko kilka plam fioletu wśród zieleni... trzeba się trochę bardziej postarać, żeby nie wyglądało to jak fioletowa wata cukrowa.

Najpierw przystąpiłam do tworzenia próbników, zależało mi szczególnie na zieleniach, bo - po pierwsze: w moim zestawie gotowych farbek są jakieś nienaturalne odcienie, a po drugie: chciałam uzyskać więcej kolorów zbliżonych do zieleni, żeby bogaty w listowie obrazek był ciekawszy i głębszy.

Pomocny był oczywiście wpis Agaty na blogu Się rysuje, którym posiłkowałam się już wcześniej tworząc koła barw.

Ale w tak zwanym międzyczasie trafiłam jeszcze - dzięki podpowiedzi blogowej koleżanki (dziękuję, Wandziu!) - na fantastyczną stronę pana Krzysztofa Kowalskiego - http://www.akwarelami.pl/. To kolejna skarbnica wiedzy na temat akwareli, technik malowania, mieszania farb itd. Autor, który maluje z mistrzowską precyzją botaniczne obrazy, pisze o sobie, że jest akwarelistą-amatorem i maluje tylko hobbystycznie (ha! obejrzyjcie jego prace!). Wyobraźcie sobie, że napisał i zilustrował aż dwa długie posty na temat uzyskiwania różnych odcieni zieleni! 
Przestudiowałam całość dokładnie, uzmysławiając sobie, że nawet nie jestem na początku drogi - ja dopiero stoję w kolejce po bilet!

Ale nic to, jak pisze pan Kowalski - 

"Maluj! Nie bój się spróbować! 
Każdy z nas był kiedyś na początku!"

Nie zrobiłam (na razie) aż tak dużo tych próbników z zieleniami, jak pokazał pan Kowalski, ale stworzyłam sobie na początek taki mój własny, bardzo podstawowy, projekt.
Wszystkie (cztery) gotowe zielenie z moich tubek, cztery żółcie i trzy niebieskości. Każdy kolor na poziomej i pionowej osi i następnie mieszanie każdego z każdym. Na zdjęciu kolory nieco przekłamane, niestety.



Może mieszanie ze sobą wszystkich żółci albo niebieskości wydaje się bezcelowe, ale chciałam być konsekwentna, a poza tym nigdy nie wiadomo, co się ujawni :). 

Dowiedziałam się - namacalnie, rzec można - które kolory są bardziej kryjące, a które mocno transparentne
Z testowanego zestawu kolorów wybitnie transparentne okazały się: przede wszystkim ultramaryna, zieleń Leaf Green i żółć Naples Yellow. Z kolei bardzo kryjące są: zieleń Hooker's Green i niebieski Care Lueum.
Warto więc poćwiczyć, żeby poznać właściwości i możliwości swoich farb :).

Jakie najważniejsze wnioski z tego mieszania? - otóż zadziwiła mnie ultramaryna. Do tej pory omijałam ten kolor szerokim łukiem i używałam go zupełnie wyjątkowo. W gruncie rzeczy moja niechęć do ultramaryny została mi zaszczepiona przez moją profesorkę z liceum, która nie znosiła tej barwy. 
Tymczasem przy okazji tworzenia próbnika z zieleniami przekonałam się, że najciekawsze odcienie powstały ze zmieszania każdej z żółci z ultramaryną właśnie.
Gotowe zielenie z tubek są bardzo nienaturalne, większość mieszanek też mnie nie zachwyciła jakoś szczególnie, natomiast z ultramaryny z żółciami powstały zarówno odcienie ciepłe, oliwkowe, jak i zielonkawe szarości, piękna paleta!

Oczywiście zielenie, które w ten sposób otrzymałam, można jeszcze modyfikować przez dodawanie każdego innego z posiadanych kolorów (czerwienie, fiolety itd, w różnych proporcjach), będzie dużo ciekawiej, ale to jeszcze przede mną, nie wszystko naraz :).

Ponieważ w planie było malowanie fioletowo-różowej odmiany bzu, to wypadało przetestować jeszcze odpowiednie kolory z moich tubek. Konkretny fiolet w tubce jest jeden i raczej mało podobny do mojego lilaka. Kolejny próbnik powstał więc z udziałem tegoż fioletu, dwóch odcieni niebieskiego i dwóch czerwieni. Efekt mnie satysfakcjonuje, uzyskałam kilka ciekawych odcieni fioletów, ciepłych i chłodnych, mniej i bardziej kryjących. Tu także ultramaryna okazała się bardzo przydatna :).



Zazwyczaj kiedy mam w perspektywie etap przygotowawczy, takie próby i przymiarki, to biję się z myślami i kombinuję czy aby na pewno nie dałoby się tego punktu pominąć. Jednak życie mnie nauczyło, że wysiłek włożony w przygotowania i czas na to poświęcony - zwracają się prawie zawsze z nawiązką.

Musiałam oczywiście w końcu zrobić jakieś podejście do tematu LILAKA.  Moje bzy niestety dość słabo kwitną po drastycznym przycięciu w ubiegłym roku, ale coś tam dało się z tego skomponować, trochę dodała wyobraźnia...
Najpierw powstał szkic i zaczęło się malowanie:


Przygotowania, czyli szukanie inspiracji, tworzenie próbników oraz szkic, zajęły mi w sumie kilka wieczorów. Samo malowanie szło dość sprawnie, ale zgubiła mnie pewność siebie gdzieś w połowie obrazka.
W momencie, kiedy wydawało mi się, że jestem na dobrej drodze, miałam spokojny podkład w delikatnych odcieniach zarówno zieleni jak i fioletów, wyłaniały się kwiatki całkiem podobne do bzu... nagle zrobiłam sobie takie coś (zdjęcie zupełnie nieostre, ale to z nerwów):



Na kilku dobrze wyglądających listkach wylądowała znienacka jakaś ostra odmiana kanarkowej oliwki, sama nie wiem jak to określić, w dodatku tak jakoś obficie tej farby nabrałam, fantazja mnie poniosła...
Masakra.
Próbowałam ratować sprawę na gorąco czyli na mokro, zebrać trochę farby, dodać innego odcienia, ale jadowity kolorek gryzł po oczach. Taka to właśnie cecha akwareli, że farby trzeba nanosić rozważnie, bo zamalować niedoróbki raczej się nie da. Obraz olejny można w całości przemalować, malować jedno na drugim, jasne na ciemnym itd i każda kolejna warstwa farby pokryje tę poprzednią. A tutaj niestety tak się nie da.
Rozpacz w kratkę.
Ale postanowiłam dać sobie chwilę, odczekać aż ta nieszczęsna farba wyschnie...
Potem delikatnie naniosłam na to odrobinę zielonkawej szarości... Jadowitość odrobinę się przytłumiła, ale liście wyglądały ciężko, widać było, że farba jest położona dość grubo, zupełnie nie pasowało to do reszty.

Tak że ten... bzu na razie nie ma. Dzisiaj wieczorem zacznę zabawę od nowa, mam nadzieję, że za kilka dni będzie już obrazek nadający się do pokazania, bo dzisiaj to chyba tylko szkic zdążę zrobić.

Mimo wszystko nie załamałam się totalnie, uważam to za dobrą naukę. Już wiem, że:

  • nie należy się śpieszyć, rozważnie dobierać kolory, 
  • lepiej nałożyć dwie cienkie warstwy jedna na drugą, niż paćnąć grubo farbą, bo tego się raczej nie da uratować,
  • mimo posiadanych próbników trzeba mieć pod ręką kartkę na pierwsze pociągnięcia każdą nabraną porcją nowej mieszanki farb - bo w zależności od proporcji uzyskuje się jednak zupełnie inne odcienie, co właśnie było jedną z przyczyn katastrofy z moim bzem..
I to by było na tyle. Po co więc jest ten post? Ku własnej pamięci i ku przestrodze - dla osób, które też dopiero zaczynają przygodę z akwarelą :).

*****


sobota, 13 maja 2017

Mandale.

Mandalę sobie machnęłam. Pierwszą w życiu!
Najpierw jedną...


A zaraz potem następną... i będą kolejne :)))) 
Sorry za jakość zdjęć, ale lepiej na razie nie będzie, taki mamy klimat...



Zaraz o mandalach opowiem, ale najpierw kilka słów tytułem zagajenia...

Może na to nie wygląda, ale w zasadzie ta radosna twórczość jest ćwiczeniem w ramach projektu AKWARELE, o którym pisałam w poprzednim poście.

Jak obiecałam, tak zrobiłam, czyli dzień po przygotowaniu kół barw oraz namalowaniu chwasta, zabrałam się ochoczo do malowania, za cel obrawszy sobie tym razem bratki z mojego ogrodu. 
Hmmm.... Nie myślcie, że pokażę to arcydzieło - kompletna porażka. Obrazek zresztą (zaraz po przeprowadzeniu autokrytyki) posłużył mi za pole ćwiczebne do maziania farbkami na różne sposoby. 

Ujawniły się podczas tego eksperymentu następujące problemy:
  1. mam nawyki z malowania gęstymi i kryjącymi farbami olejnymi, co przekłada się na skłonność do podobnego nabierania na pędzel dużej ilości słabo rozwodnionej akwareli - efekt nie jest taki, o jaki chodziło, a chodziło o uzyskanie lekkości, światła i powietrza na obrazku;
  2. objawił się ewidentny brak wprawy, a szczególnie pewności ręki - jak się całymi latami tylko gadało o malowaniu, zamiast malować, to wiadomo... 
I co z tymi fantami zrobić? A otóż proszę bardzo, mam już program naprawczy:
  • Malować, malować, jeszcze raz - malować! Akwarelami, ma się rozumieć. Cokolwiek, żeby się z tą akwarelową materią oswajać. W ramach tego na pewno będę kontynuować tworzenie próbników (jak w poprzednim poście) według wskazówek Agaty z bloga sierysuje
  • Spróbuję kopiować prace dobrych akwarelistów - jak się uczyć, to od najlepszych. W sieci są zresztą różne filmiki i tutoriale, w których pokazane jest malowanie konkretnego obrazka krok po kroku. Uważam, że na początek to świetna nauka.
  • Nie tylko malować, ale i rysować, w ramach ćwiczenia oka i ręki. Cokolwiek i czymkolwiek. Stąd też ta mandala, ale o niej za chwilę.
  • Pisać. RĘCZNIE! A dokładniej - kaligrafować i ogólnie ćwiczyć ładne pismo. Świetne ćwiczenie! Na razie nie będę tutaj tej kwestii rozwijać, do tematu wrócę innym razem.
No i to są właśnie przyczyny powstania mojej mandali. I powiem Wam - bardzo to jest wciągające i na pewno sporo tych mandali jeszcze narysuję a zapewne także namaluję :). 



  • MANDALA - sanskrycki termin oznaczający "centrum i wszystko to, co wokół". Buddyjscy mnisi tworzą z kolorowego piasku mandale, w których harmonijnie łączy się symbol koła (niebo, transcedencja, nieskończoność, zewnętrzność) z kwadratem (cztery strony świata, człowiek i ziemia,wnętrze), a następnie uroczyście je niszczą. Ogólnie rzecz biorąc diagram mandali ukazuje jak chaos może przyjąć harmonijną formę.

Jeśli kogoś ciekawi ta tematyka - polecam ten wpis http://www.nowaswiadomosc.pl/344-co-to-jest-mandala.html . Znajdziecie tam dokładne wskazówki na temat jak należy tworzyć prawdziwą mandalę. 

U nas rysowanie (malowanie) mandali, z reguły uproszczonej do formy koła, traktuje się jako zajęcie terapeutyczne, uspokajające, wyciszające.

Zawsze podobały mi się mandale i gdzieś tam w mglistych planach miałam ich rysowanie. Lubię takie symetryczne, uporządkowane wzorki :). No i jest to dobry sposób na trenowanie precyzyjnego rysowania.
A zatem, do dzieła!


Moje materiały:
  • brystol w rozmiarze A3 - moja mandala ma średnicę ok.30cm, 
  • ołówek, linijka, kątomierz i cyrkiel - do narysowania siatki,
  • czarne cienkopisy: Derwent Graphik line master 0,05 oraz Faber Castell PITT artist pen F.
Najpierw narysowałam siatkę pomocniczą. To ona pomoże nam uzyskać symetrię i harmonię. Oczywiście mistrzowie mogą się bez tego obyć, ale nie przesadzajmy, z siatką jest prościej. 
  • Wyznaczamy środek kartki, a przy pomocy kątomierza zaznaczamy wybraną ilość wycinków koła. Można kombinować cyrklem, jak ktoś lubi, ale kątomierzem idzie szybciej. Ja zaznaczałam co 10 stopni. 
  • Potem łączymy przy pomocy linijki i ołówka punkty naprzeciwległe, dla kontroli sprawdzając czy linijka przebiega nam przez środek. Wyszło mi 18 kawałków "torcika". Może być mniej, może być więcej, trzeba się też zastanowić czy wolimy parzystą czy nieparzystą ilość tych kawałków, ale wygodniej chyba z parzystą.
  • Inny sposób to przycięcie kartki do rozmiarów kwadratu, narysowanie przekątnych, które wyznaczą nam środek siatki, zaznaczenie punktami na dwóch sąsiednich bokach równych odcinków i następnie rysowanie linii prostych przechodzących przez te punkty i przez środek. 
  • Następnie cyrklem kreślimy sporo koncentrycznych okręgów, dość gęsto, żeby łatwiej rysowało się wzorki.


Do tej części pracy (rysowanie siatki) warto się przyłożyć i wykonać ją starannie. Każde nieprecyzyjne przesunięcie linii powoduje, że wzór będzie się nam lekko rozjeżdżał. U mnie zresztą też nie wyszło idealnie.

Siatka gotowa, można puścić wodze fantazji i tworzyć! Rysujemy wzorki jakie nam wyobraźnia podpowiada, pamiętając, żeby powtarzały się symetrycznie.
Rysujemy...


...rysujemy...


Można od razu ze wszystkimi szczególikami, ale chyba łatwiej jest najpierw zrobić ogólny zarys, a potem dorysowywać detale, pogrubiać albo zamalowywać linie i pola. Ja lubię czerń tuszu na białym papierze, ale oczywiście można poszaleć z kolorami.



Gdzieś w połowie wydawało mi się, że wychodzi beznadziejnie... W niektórych miejscach brakowało mi pomysłu jak zapełnić puste pola, żeby jakoś sensownie to wyglądało. 
Ale na tym polega urok mandali, że dopiero po skończeniu całej pracy z chaosu wyłania się harmonijna całość :). 

W sumie jestem z mojego dzieła zadowolona :). Rysowanie tej mandali zajęło mi prawie pół dnia z małymi przerwami, ale było to szalenie przyjemne zajęcie. Polecam każdemu, zwłaszcza jako lekarstwo na stresy, zmęczenie, złą pogodę i zły nastrój :).



Będąc w mandalowym transie i korzystając ze szczęśliwej okoliczności, że małżonek wyjechał na szkolenie (czytaj: chata wolna, facet nie absorbuje, sprzątania jakoś nagle mniej, w sumie kupa wolnego czasu), natychmiast zabrałam się za tworzenie następnej mandali :)))

Początek jak poprzednio - siatka. Tym razem tylko 12 kawałków torcika:


 Ta siatka została nieco zmodyfikowana przez dorysowanie licznych "bąbli":



Bąble dorysowałam przy pomocy cyrkla, podobnie można narysować inne kształty posługując się rozmaitymi przyborami kreślarskimi.


Już na etapie rysowania wzorów cienkopisem do zdjęcia przyłożyłam jeszcze na chwilę kątomierz, żeby pokazać miejsce, w którym wcześniej ołówkiem dorysowałam bąblowi dzióbek. Też można zrobić to cyrklem, ale łatwiej jest przyłożyć kątomierz czy cokolwiek z zaokrąglonym brzegiem, szklankę czy coś podobnego:


Coraz więcej szczególików...


I po kolejnym wieczorze druga mandala gotowa:


Podsumowanie tego eksperymentu: super zabawa, uruchamia się kreatywność i wyobraźnia, w efekcie powstaje fajny obrazek :), jednocześnie konieczność skupienia powoduje skutki uboczne w postaci totalnego resetu psychicznego (codzienne problemy ulatują gdzieś w niebyt), no i co najważniejsze - osiągnięty cel w postaci treningu ręki i oka. Każda kolejna linia wychodzi ładniej, równiej, bardziej płynnie. A o to przecież w tym ćwiczeniu chodziło :). 


Rysowanie mandali będę kontynuować, ale w kolejnym tygodniu planuję nieco inne ćwiczenia i może w następnym wpisie pokażę jakiś sensowny obrazek akwarelowy :).

*****