niedziela, 28 maja 2017

Projekt: akwarele. 3. Lilak - mission possible.

Pod pierwszym postem rozpoczynającym mój "Projekt: akwarele" Tynka rzuciła mi wyzwanie: "czas na akwarelę LILAKA!". 
Chodził mi lilak (czyli bez) po głowie już znacznie wcześniej, ale wydawało mi się, że to temat dla mnie za trudny, przynajmniej teraz i w dającej się przewidzieć przyszłości.

Ale skoro rękawica została rzucona, to postanowiłam wziąć byka za rogi i rozpracować lilakowy temat. Jak to robiłam i co z tego w pierwszym podejściu wynikło, możecie przeczytać w poprzednim poście "Projekt: akwarele. 2. Przygotowania do malowania bzu".

Ostatecznie, w drugim podejściu, udało mi się osiągnąć taki oto dość blady efekt i od razu powiem, że dumna nie jestem, ale nie chciałam już tego obrazka i siebie razem z nim zamęczyć. Lepiej nie będzie, przynajmniej tym razem:




No więc jestem zadowolona tak raczej średnio, bo nie tak to miało wyglądać, widzę swoje błędy i niektóre można by na tym obrazku z pewnością jeszcze poprawić, wzmocnić kolory itd, ale to może za jakiś czas.
W sumie to jak na początki z akwarelą chyba nie jest najgorzej. Bez wyszedł mi chyba podobny do bzu, spędziłam trochę czasu przy miłym zajęciu, załapałam podstawy techniki akwarelowej, mam ochotę na dalszy ciąg tej przygody, tylko lilaki na razie sobie odpuszczę :).

Jak malowałam?
  1. Najpierw zrobiłam szkic ołówkiem. Po lekkim naszkicowaniu ogólnych zarysów gałązek, listków i konturów kwiatostanów - dorysowałam trochę szczegółów, pojedyncze kwiatuszki i pączki, zwłaszcza na obrzeżach kiści.
  2. Lekko podkolorowałam tło. Zwilżyłam wodą cały obszar, starając się wjechać pędzlem między naszkicowane płatki i listki i bardzo rozwodnioną farbą rozprowadziłam plamy kilku odcieni, pozwalając im swobodnie się rozlewać i mieszać.                                                                      

  3. Przy pomocy grubego pędzla zwilżyłam czystą wodą obszar kwiatostanów i nałożyłam delikatnie odrobinę wybranego fioletu, pozwalając farbie na swobodne i nierównomierne rozlanie się na mokrym obszarze.
  4. Cienkim pędzelkiem domalowałam szczegóły wychodzące poza pokryte już farbą plamy, czyli pojedyncze kwiatki i pączki na czubkach pędów i obrzeżach kiści.

  5. Podkreśliłam obrysy otwartych kwiatków, lub odwrotnie - ciemniejszą farbą malowałam płatki położone bardziej w cieniu. Używałam kilku różnych odcieni fioletów (na zdjęciach niestety tego nie widać) - o próbnikach pisałam w poprzednim poście. W sumie kwiatostany wyszły trochę za ciężkie, znowu przesadziłam z ilością farby.                                                                                  

  6. Liście malowałam podobnie, czyli najpierw zwilżyłam obszar wewnątrz konturu liścia, potem delikatnie nakładałam wybrane odcienie zieleni. Po wyschnięciu dostały drugą i czasem trzecią cienką warstwę farby w nieco innym odcieniu. Zaznaczałam przy tym żyłkowanie na listkach i domalowałam gałązki. Z zieleniami trochę kiepsko mi szło, nie mogłam utrafić w odpowiednie proporcje, raz mi wychodziły za bardzo turkusowe, raz zbyt kanarkowe,dlatego w sumie liście są takie trochę niedopracowane. Może kiedyś to poprawię.
  7. Na koniec podmalowałam jeszcze trochę tło i po wyschnięciu dorzuciłam kilka listków i kwiatków na drugim planie.
Tak to z grubsza wyglądało. Może moje zapiski i ogólne uwagi komuś się przydadzą na początku malowania, albo zachęcą do spróbowania :).

Jakie nauki ja sama wyciągnęłam z tego malowania?

  • malować akwarelami należy bez pośpiechu, bo błędy trudno usunąć lub poprawić;
  • nakładać farbę transparentną warstwą, bo lepiej dołożyć drugą warstwę, niż płakać nad za grubo położoną plamą (w ten sposób można też skorygować nieco kolor);
  • zawsze mieć pod ręką dodatkową kartkę na wypróbowanie nabranego koloru;
  • narzędzia są bardzo ważne, jakość (i grubość) pędzla robi różnicę, w planie mam więc zakup profesjonalnego grubego pędzla oraz cieniutkiego do detali;
  • muszę kupić płyn maskujący, do niektórych elementów bardzo by się tu przydał.
Czy warto było zaczynać drugi raz, od nowa, ten sam obrazek? Dzisiaj myślę, że tamten można było uratować. Przedtem jednak nastawiona byłam na bardzo delikatny, pastelowy efekt, a nieostrożne operowanie farbą przy liściach efekt ten zniweczyło. 
Przede wszystkim, skoro już zapaćkałam jakiś fragment za grubo położoną farbą i w dodatku w nieodpowiednim odcieniu, to należało najpierw zebrać ile się da tej farby - suchym pędzlem, chusteczką higieniczną, papierem toaletowym. Potem odczekać aż wyschnie. Potem nałożyć cienką warstwę odpowiedniego koloru.
Można było też pójść za ciosem i porażkę przekuć na sukces (no, umówmy się!) - całość potraktować bardziej zdecydowanymi kolorami i większą ilością warstw i też wyszło by pewnie nie najgorzej. 
Ale nic straconego, tamten niedokończony malunek mam nadal, może też kiedyś do niego wrócę i spróbuję poprawić :).



*****

poniedziałek, 22 maja 2017

Projekt: akwarele. 2. Przygotowania do malowania bzu.

A miało być tak pięknie... Planowałam, że w miniony weekend wrzucę zdjęcia nowego obrazka z lilakiem, czyli bzem, w roli modela. Ale, jak to mówią - jak chcesz rozbawić Pana Boga, to opowiedz mu o swoich planach :). 



Obrazek nie wyszedł, dzisiaj zaczynam nową wersję i trochę mi z tym zejdzie, bo niestety mam w tym tygodniu nawał innych zajęć, a przy pierwszej wersji przekonałam się, że co nagle to po diable. Początkujący akwarelista nie może sobie pozwolić na pośpiech. W akwareli nie da się zamalować nieudanego fragmentu, takie rzeczy to tylko w olejach czy akrylach. Akwarele nie są, co do zasady, farbami kryjącymi, więc plamy brzydkiego koloru nie zakryjemy drugą, zwłaszcza jaśniejszą, plamą.

Przypominam, że w akwareli stawiam dopiero pierwsze kroki, więc sprawa nie była dla mnie taka prosta...
Zaczęłam od pooglądania w internetowych przestworzach dzieł wybitnych akwarelistów, żeby się zorientować jak można temat bzu potraktować.
Te drobniutkie kwiateczki w każdej kiści... jak ja to będę dziubdziać akwarelą, która na razie jest dla mnie dość trudnym medium? Generalnie, choć jestem pełna podziwu dla malarstwa botanicznego (odtwarzającego wiernie szczegóły roślin), to sama nie przepadam za malowaniem precyzyjnym, wolę większy rozmach, ujęcie bardziej impresjonistyczne niż realistyczne. Z drugiej strony - nie chodzi o to, żeby maźnąć tylko kilka plam fioletu wśród zieleni... trzeba się trochę bardziej postarać, żeby nie wyglądało to jak fioletowa wata cukrowa.

Najpierw przystąpiłam do tworzenia próbników, zależało mi szczególnie na zieleniach, bo - po pierwsze: w moim zestawie gotowych farbek są jakieś nienaturalne odcienie, a po drugie: chciałam uzyskać więcej kolorów zbliżonych do zieleni, żeby bogaty w listowie obrazek był ciekawszy i głębszy.

Pomocny był oczywiście wpis Agaty na blogu Się rysuje, którym posiłkowałam się już wcześniej tworząc koła barw.

Ale w tak zwanym międzyczasie trafiłam jeszcze - dzięki podpowiedzi blogowej koleżanki (dziękuję, Wandziu!) - na fantastyczną stronę pana Krzysztofa Kowalskiego - http://www.akwarelami.pl/. To kolejna skarbnica wiedzy na temat akwareli, technik malowania, mieszania farb itd. Autor, który maluje z mistrzowską precyzją botaniczne obrazy, pisze o sobie, że jest akwarelistą-amatorem i maluje tylko hobbystycznie (ha! obejrzyjcie jego prace!). Wyobraźcie sobie, że napisał i zilustrował aż dwa długie posty na temat uzyskiwania różnych odcieni zieleni! 
Przestudiowałam całość dokładnie, uzmysławiając sobie, że nawet nie jestem na początku drogi - ja dopiero stoję w kolejce po bilet!

Ale nic to, jak pisze pan Kowalski - 

"Maluj! Nie bój się spróbować! 
Każdy z nas był kiedyś na początku!"

Nie zrobiłam (na razie) aż tak dużo tych próbników z zieleniami, jak pokazał pan Kowalski, ale stworzyłam sobie na początek taki mój własny, bardzo podstawowy, projekt.
Wszystkie (cztery) gotowe zielenie z moich tubek, cztery żółcie i trzy niebieskości. Każdy kolor na poziomej i pionowej osi i następnie mieszanie każdego z każdym. Na zdjęciu kolory nieco przekłamane, niestety.



Może mieszanie ze sobą wszystkich żółci albo niebieskości wydaje się bezcelowe, ale chciałam być konsekwentna, a poza tym nigdy nie wiadomo, co się ujawni :). 

Dowiedziałam się - namacalnie, rzec można - które kolory są bardziej kryjące, a które mocno transparentne
Z testowanego zestawu kolorów wybitnie transparentne okazały się: przede wszystkim ultramaryna, zieleń Leaf Green i żółć Naples Yellow. Z kolei bardzo kryjące są: zieleń Hooker's Green i niebieski Care Lueum.
Warto więc poćwiczyć, żeby poznać właściwości i możliwości swoich farb :).

Jakie najważniejsze wnioski z tego mieszania? - otóż zadziwiła mnie ultramaryna. Do tej pory omijałam ten kolor szerokim łukiem i używałam go zupełnie wyjątkowo. W gruncie rzeczy moja niechęć do ultramaryny została mi zaszczepiona przez moją profesorkę z liceum, która nie znosiła tej barwy. 
Tymczasem przy okazji tworzenia próbnika z zieleniami przekonałam się, że najciekawsze odcienie powstały ze zmieszania każdej z żółci z ultramaryną właśnie.
Gotowe zielenie z tubek są bardzo nienaturalne, większość mieszanek też mnie nie zachwyciła jakoś szczególnie, natomiast z ultramaryny z żółciami powstały zarówno odcienie ciepłe, oliwkowe, jak i zielonkawe szarości, piękna paleta!

Oczywiście zielenie, które w ten sposób otrzymałam, można jeszcze modyfikować przez dodawanie każdego innego z posiadanych kolorów (czerwienie, fiolety itd, w różnych proporcjach), będzie dużo ciekawiej, ale to jeszcze przede mną, nie wszystko naraz :).

Ponieważ w planie było malowanie fioletowo-różowej odmiany bzu, to wypadało przetestować jeszcze odpowiednie kolory z moich tubek. Konkretny fiolet w tubce jest jeden i raczej mało podobny do mojego lilaka. Kolejny próbnik powstał więc z udziałem tegoż fioletu, dwóch odcieni niebieskiego i dwóch czerwieni. Efekt mnie satysfakcjonuje, uzyskałam kilka ciekawych odcieni fioletów, ciepłych i chłodnych, mniej i bardziej kryjących. Tu także ultramaryna okazała się bardzo przydatna :).



Zazwyczaj kiedy mam w perspektywie etap przygotowawczy, takie próby i przymiarki, to biję się z myślami i kombinuję czy aby na pewno nie dałoby się tego punktu pominąć. Jednak życie mnie nauczyło, że wysiłek włożony w przygotowania i czas na to poświęcony - zwracają się prawie zawsze z nawiązką.

Musiałam oczywiście w końcu zrobić jakieś podejście do tematu LILAKA.  Moje bzy niestety dość słabo kwitną po drastycznym przycięciu w ubiegłym roku, ale coś tam dało się z tego skomponować, trochę dodała wyobraźnia...
Najpierw powstał szkic i zaczęło się malowanie:


Przygotowania, czyli szukanie inspiracji, tworzenie próbników oraz szkic, zajęły mi w sumie kilka wieczorów. Samo malowanie szło dość sprawnie, ale zgubiła mnie pewność siebie gdzieś w połowie obrazka.
W momencie, kiedy wydawało mi się, że jestem na dobrej drodze, miałam spokojny podkład w delikatnych odcieniach zarówno zieleni jak i fioletów, wyłaniały się kwiatki całkiem podobne do bzu... nagle zrobiłam sobie takie coś (zdjęcie zupełnie nieostre, ale to z nerwów):



Na kilku dobrze wyglądających listkach wylądowała znienacka jakaś ostra odmiana kanarkowej oliwki, sama nie wiem jak to określić, w dodatku tak jakoś obficie tej farby nabrałam, fantazja mnie poniosła...
Masakra.
Próbowałam ratować sprawę na gorąco czyli na mokro, zebrać trochę farby, dodać innego odcienia, ale jadowity kolorek gryzł po oczach. Taka to właśnie cecha akwareli, że farby trzeba nanosić rozważnie, bo zamalować niedoróbki raczej się nie da. Obraz olejny można w całości przemalować, malować jedno na drugim, jasne na ciemnym itd i każda kolejna warstwa farby pokryje tę poprzednią. A tutaj niestety tak się nie da.
Rozpacz w kratkę.
Ale postanowiłam dać sobie chwilę, odczekać aż ta nieszczęsna farba wyschnie...
Potem delikatnie naniosłam na to odrobinę zielonkawej szarości... Jadowitość odrobinę się przytłumiła, ale liście wyglądały ciężko, widać było, że farba jest położona dość grubo, zupełnie nie pasowało to do reszty.

Tak że ten... bzu na razie nie ma. Dzisiaj wieczorem zacznę zabawę od nowa, mam nadzieję, że za kilka dni będzie już obrazek nadający się do pokazania, bo dzisiaj to chyba tylko szkic zdążę zrobić.

Mimo wszystko nie załamałam się totalnie, uważam to za dobrą naukę. Już wiem, że:

  • nie należy się śpieszyć, rozważnie dobierać kolory, 
  • lepiej nałożyć dwie cienkie warstwy jedna na drugą, niż paćnąć grubo farbą, bo tego się raczej nie da uratować,
  • mimo posiadanych próbników trzeba mieć pod ręką kartkę na pierwsze pociągnięcia każdą nabraną porcją nowej mieszanki farb - bo w zależności od proporcji uzyskuje się jednak zupełnie inne odcienie, co właśnie było jedną z przyczyn katastrofy z moim bzem..
I to by było na tyle. Po co więc jest ten post? Ku własnej pamięci i ku przestrodze - dla osób, które też dopiero zaczynają przygodę z akwarelą :).

*****


sobota, 13 maja 2017

Mandale.

Mandalę sobie machnęłam. Pierwszą w życiu!
Najpierw jedną...


A zaraz potem następną... i będą kolejne :)))) 
Sorry za jakość zdjęć, ale lepiej na razie nie będzie, taki mamy klimat...



Zaraz o mandalach opowiem, ale najpierw kilka słów tytułem zagajenia...

Może na to nie wygląda, ale w zasadzie ta radosna twórczość jest ćwiczeniem w ramach projektu AKWARELE, o którym pisałam w poprzednim poście.

Jak obiecałam, tak zrobiłam, czyli dzień po przygotowaniu kół barw oraz namalowaniu chwasta, zabrałam się ochoczo do malowania, za cel obrawszy sobie tym razem bratki z mojego ogrodu. 
Hmmm.... Nie myślcie, że pokażę to arcydzieło - kompletna porażka. Obrazek zresztą (zaraz po przeprowadzeniu autokrytyki) posłużył mi za pole ćwiczebne do maziania farbkami na różne sposoby. 

Ujawniły się podczas tego eksperymentu następujące problemy:
  1. mam nawyki z malowania gęstymi i kryjącymi farbami olejnymi, co przekłada się na skłonność do podobnego nabierania na pędzel dużej ilości słabo rozwodnionej akwareli - efekt nie jest taki, o jaki chodziło, a chodziło o uzyskanie lekkości, światła i powietrza na obrazku;
  2. objawił się ewidentny brak wprawy, a szczególnie pewności ręki - jak się całymi latami tylko gadało o malowaniu, zamiast malować, to wiadomo... 
I co z tymi fantami zrobić? A otóż proszę bardzo, mam już program naprawczy:
  • Malować, malować, jeszcze raz - malować! Akwarelami, ma się rozumieć. Cokolwiek, żeby się z tą akwarelową materią oswajać. W ramach tego na pewno będę kontynuować tworzenie próbników (jak w poprzednim poście) według wskazówek Agaty z bloga sierysuje
  • Spróbuję kopiować prace dobrych akwarelistów - jak się uczyć, to od najlepszych. W sieci są zresztą różne filmiki i tutoriale, w których pokazane jest malowanie konkretnego obrazka krok po kroku. Uważam, że na początek to świetna nauka.
  • Nie tylko malować, ale i rysować, w ramach ćwiczenia oka i ręki. Cokolwiek i czymkolwiek. Stąd też ta mandala, ale o niej za chwilę.
  • Pisać. RĘCZNIE! A dokładniej - kaligrafować i ogólnie ćwiczyć ładne pismo. Świetne ćwiczenie! Na razie nie będę tutaj tej kwestii rozwijać, do tematu wrócę innym razem.
No i to są właśnie przyczyny powstania mojej mandali. I powiem Wam - bardzo to jest wciągające i na pewno sporo tych mandali jeszcze narysuję a zapewne także namaluję :). 



  • MANDALA - sanskrycki termin oznaczający "centrum i wszystko to, co wokół". Buddyjscy mnisi tworzą z kolorowego piasku mandale, w których harmonijnie łączy się symbol koła (niebo, transcedencja, nieskończoność, zewnętrzność) z kwadratem (cztery strony świata, człowiek i ziemia,wnętrze), a następnie uroczyście je niszczą. Ogólnie rzecz biorąc diagram mandali ukazuje jak chaos może przyjąć harmonijną formę.

Jeśli kogoś ciekawi ta tematyka - polecam ten wpis http://www.nowaswiadomosc.pl/344-co-to-jest-mandala.html . Znajdziecie tam dokładne wskazówki na temat jak należy tworzyć prawdziwą mandalę. 

U nas rysowanie (malowanie) mandali, z reguły uproszczonej do formy koła, traktuje się jako zajęcie terapeutyczne, uspokajające, wyciszające.

Zawsze podobały mi się mandale i gdzieś tam w mglistych planach miałam ich rysowanie. Lubię takie symetryczne, uporządkowane wzorki :). No i jest to dobry sposób na trenowanie precyzyjnego rysowania.
A zatem, do dzieła!


Moje materiały:
  • brystol w rozmiarze A3 - moja mandala ma średnicę ok.30cm, 
  • ołówek, linijka, kątomierz i cyrkiel - do narysowania siatki,
  • czarne cienkopisy: Derwent Graphik line master 0,05 oraz Faber Castell PITT artist pen F.
Najpierw narysowałam siatkę pomocniczą. To ona pomoże nam uzyskać symetrię i harmonię. Oczywiście mistrzowie mogą się bez tego obyć, ale nie przesadzajmy, z siatką jest prościej. 
  • Wyznaczamy środek kartki, a przy pomocy kątomierza zaznaczamy wybraną ilość wycinków koła. Można kombinować cyrklem, jak ktoś lubi, ale kątomierzem idzie szybciej. Ja zaznaczałam co 10 stopni. 
  • Potem łączymy przy pomocy linijki i ołówka punkty naprzeciwległe, dla kontroli sprawdzając czy linijka przebiega nam przez środek. Wyszło mi 18 kawałków "torcika". Może być mniej, może być więcej, trzeba się też zastanowić czy wolimy parzystą czy nieparzystą ilość tych kawałków, ale wygodniej chyba z parzystą.
  • Inny sposób to przycięcie kartki do rozmiarów kwadratu, narysowanie przekątnych, które wyznaczą nam środek siatki, zaznaczenie punktami na dwóch sąsiednich bokach równych odcinków i następnie rysowanie linii prostych przechodzących przez te punkty i przez środek. 
  • Następnie cyrklem kreślimy sporo koncentrycznych okręgów, dość gęsto, żeby łatwiej rysowało się wzorki.


Do tej części pracy (rysowanie siatki) warto się przyłożyć i wykonać ją starannie. Każde nieprecyzyjne przesunięcie linii powoduje, że wzór będzie się nam lekko rozjeżdżał. U mnie zresztą też nie wyszło idealnie.

Siatka gotowa, można puścić wodze fantazji i tworzyć! Rysujemy wzorki jakie nam wyobraźnia podpowiada, pamiętając, żeby powtarzały się symetrycznie.
Rysujemy...


...rysujemy...


Można od razu ze wszystkimi szczególikami, ale chyba łatwiej jest najpierw zrobić ogólny zarys, a potem dorysowywać detale, pogrubiać albo zamalowywać linie i pola. Ja lubię czerń tuszu na białym papierze, ale oczywiście można poszaleć z kolorami.



Gdzieś w połowie wydawało mi się, że wychodzi beznadziejnie... W niektórych miejscach brakowało mi pomysłu jak zapełnić puste pola, żeby jakoś sensownie to wyglądało. 
Ale na tym polega urok mandali, że dopiero po skończeniu całej pracy z chaosu wyłania się harmonijna całość :). 

W sumie jestem z mojego dzieła zadowolona :). Rysowanie tej mandali zajęło mi prawie pół dnia z małymi przerwami, ale było to szalenie przyjemne zajęcie. Polecam każdemu, zwłaszcza jako lekarstwo na stresy, zmęczenie, złą pogodę i zły nastrój :).



Będąc w mandalowym transie i korzystając ze szczęśliwej okoliczności, że małżonek wyjechał na szkolenie (czytaj: chata wolna, facet nie absorbuje, sprzątania jakoś nagle mniej, w sumie kupa wolnego czasu), natychmiast zabrałam się za tworzenie następnej mandali :)))

Początek jak poprzednio - siatka. Tym razem tylko 12 kawałków torcika:


 Ta siatka została nieco zmodyfikowana przez dorysowanie licznych "bąbli":



Bąble dorysowałam przy pomocy cyrkla, podobnie można narysować inne kształty posługując się rozmaitymi przyborami kreślarskimi.


Już na etapie rysowania wzorów cienkopisem do zdjęcia przyłożyłam jeszcze na chwilę kątomierz, żeby pokazać miejsce, w którym wcześniej ołówkiem dorysowałam bąblowi dzióbek. Też można zrobić to cyrklem, ale łatwiej jest przyłożyć kątomierz czy cokolwiek z zaokrąglonym brzegiem, szklankę czy coś podobnego:


Coraz więcej szczególików...


I po kolejnym wieczorze druga mandala gotowa:


Podsumowanie tego eksperymentu: super zabawa, uruchamia się kreatywność i wyobraźnia, w efekcie powstaje fajny obrazek :), jednocześnie konieczność skupienia powoduje skutki uboczne w postaci totalnego resetu psychicznego (codzienne problemy ulatują gdzieś w niebyt), no i co najważniejsze - osiągnięty cel w postaci treningu ręki i oka. Każda kolejna linia wychodzi ładniej, równiej, bardziej płynnie. A o to przecież w tym ćwiczeniu chodziło :). 


Rysowanie mandali będę kontynuować, ale w kolejnym tygodniu planuję nieco inne ćwiczenia i może w następnym wpisie pokażę jakiś sensowny obrazek akwarelowy :).

*****







sobota, 6 maja 2017

Projekt: akwarele. 1. Koło kolorów.

Malować lubiłam od zawsze. 
I wciąż powtarzam, że to moje ulubione zajęcie. Ale tak szczerze powiedziawszy, to maluję coraz rzadziej. Wiecie, jak to jest - praca, rodzina, dom itd... Gdzieś z tyłu głowy tkwi we mnie przekonanie, że malowanie to taka moja fanaberia, bo są przecież sprawy ważniejsze, którymi powinnam się zająć w pierwszej kolejności. Jednak, po zastanowieniu, stwierdzam, że w zasadzie to tych arcyważnych spraw jest jakby coraz mniej. Dzieci odchowane, prowadzenie własnej firmy nie wymaga ode mnie już takiego zaangażowania jak dawniej, porządkiem w domu przestałam się aż tak bardzo przejmować (tzn. staram się ogarniać na bieżąco, ale nie latam od rana do wieczora z mopem w garści), ogród - no cóż, to było marzenie męża, a nie moje, więc też przestałam cierpieć, że chwasty rosną, skoro jemu to nie przeszkadza. 

Moja pierwsza akwarelka :)

Moim marzeniem zawsze było malowanie. Dopóki byłam mała, to owszem, było fajnie, rodzice zapisywali mnie na zajęcia plastyczne, kupowali farbki itd. Ale gdzieś na etapie liceum zaczęło się: "a z czego ty będziesz żyła", "a co to za zawód - artystka" itd. Bo ja twardo chciałam iść na studia w akademii sztuk pięknych, na ukochane malarstwo. I podobno miałam talent i duże szanse na indeks. Okazało się jednak, że byłam za słaba psychicznie, żeby walczyć z takimi przeciwnościami, brakowało mi wsparcia bliskich. Mama w ogóle zagroziła odcięciem funduszy, w razie gdybym poszła na ASP, awantur było co niemiara.

Ostatecznie podłamałam się i zrezygnowałam z marzeń. 
Od razu Wam powiem: nigdy tego nie róbcie! 

Jak powiedział Mark Twain: "Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj...".

Więc dzisiaj, kiedy do emerytury coraz bliżej, żeby nie żałować do końca życia - postanowiłam przestać odkładać to malowanie na jakiś lepszy czas. Bo jak nie teraz, to kiedy?

I nagle, chociaż przez prawie całe życie maluję farbami olejnymi (tzn. wtedy, kiedy już w ogóle maluję), tym razem wzięłam "na warsztat" akwarele. Naszło mnie to niespodziewanie po zachłyśnięciu się przepięknymi akwarelami światowych mistrzów, znalezionymi przypadkiem w czasie buszowania po Pintereście w poszukiwaniu nieco innych inspiracji.
Ostateczną decyzję podjęłam po przestudiowaniu wielu blogów akwarelistów, z kursikami, poradnikami i licznymi wskazówkami na temat "jak malować akwarelami". 

Na początek najbardziej dla mnie przydatny okazał się blog Agaty http://sierysuje.pl/ , na którym znalazłam mnóstwo porządnie opracowanych porad dla początkujących akwarelistów.

A ponieważ wiele razy obiecywałam sobie, że będę systematycznie malować, a potem gdzieś się te postanowienia gubiły między superważnymi sprawami (jak pranie, sprzątanie, bezmyślne oglądanie tv itd.) - tym razem ogłaszam to wszem i wobec, żeby się bardziej mobilizować. I plan jest konkretny: codziennie coś maluję albo rysuję i dwa razy w miesiącu wrzucam na blog - no, może nie wszystkie koszmarki, ale wybrane próbki lub ukończone prace i zdaję Wam relację z moich malarskich postępów.

A zatem - rusza mój osobisty projekt AKWARELE.


MATERIAŁY I NARZĘDZIA.




Farby, które mam, to całkiem spory jak na naukę zestaw 24 kolorów w tubkach, marki Daler Rowney. Dobra firma, zapewne więc jakość farb też bez zarzutu. Takie akurat farby mam i nie ma co dyskutować, na początek wystarczą z całą pewnością. 
Co prawda przy bliższym przestudiowaniu palety kolorów okazało się, że nie ma w niej paru podstawowych w odcieniach, od których chciałabym zacząć mieszanie kolorów, ale nie wybrzydzajmy, będę sobie radzić z tym co mam.



Pędzle. Przejrzałam zbiór tego co posiadam i wybrałam do nauki okrągłe:
  • nr 2 - Winsor&Newton;
  • nr 8 - Lefranc&Bourgeois;
  • nr 10 - Lefranc&Bourgeois;
  • nr 10 - Goya (rozmiar jak wyżej, ale chcę je porównać)
  • nr 18 - Goya,
  • i płaski nr 10 Winsor&Newton.

Mam jeszcze spory arsenał innych pędzli, ale zabawę z nimi zostawiam na później. Na razie bardziej będę się skupiać na samych farbach, ich właściwościach i możliwościach.

Papier. Posiadam porządny blok papieru akwarelowego A3 firmy Daler Rowney, o gramaturze 300g. Najpierw pomyślałam, że na pierwsze próby i wprawki raczej go szkoda, więc będę używać kartek ze zwykłych szkolnych bloków rysunkowych i technicznych. Ale po namyśle doszłam do wniosku, że jednak farby inaczej się zachowują na różnych papierach, więc skoro docelowo zamierzam malować na porządnym papierze akwarelowym, to odżałuję i do ćwiczeń też użyję tego samego papieru. Oczywiście zaraz będę musiała go dokupić, bo co to jest jeden blok...

Inne: ołówki do wstępnych szkiców oraz cienkopisy Drewent i Micron 0,05mm do ewentualnych konturów (bo nie zawsze będą mi one potrzebne). Kubki z wodą, płyta (podkładka) i taśma malarska do przyklejania kartek na czas malowania, paletka.

W przyszłości przyda się jeszcze spryskiwacz i na pewno kupię płyn maskujący, ale to już będzie wyższa szkoła jazdy, na razie wystarczy to co mam.

Pokazałam Wam jakich materiałów i narzędzi będę używać, natomiast nie zamierzam robić tu wykładu na temat ich jakości, przydatności itp ani przeprowadzać testów i analiz porównawczych, ponieważ moje doświadczenie w tej materii jest bliskie zeru. Zainteresowani takimi pogłębionymi badaniami bez problemu znajdą w sieci odpowiednie źródła.

No to - do roboty!


OSWAJANIE FARBEK - PRÓBNIKI.

Czas na bliższe zapoznanie się z możliwościami moich akwarelek. 
Posłużyłam się bardzo pomocnym postem Agaty http://sierysuje.pl/akwarele-mieszanie-kolorow/ .

moje koła kolorów

Najpierw zrobiłam koła kolorów z kilku zestawów kolorów podstawowych. Kolory podstawowe to: niebieski, czerwony i żółty. Ponieważ mam w sumie aż 24 kolory farb, to znalazło się wśród nich po kilka rodzajów niebieskości, czerwieni i żółci, dlatego koła są trzy. Oczywiście mogłoby powstać ich więcej, bo możliwych konfiguracji jest mnóstwo.

W drugim kroku zmieszałam ze sobą sąsiadujące kolory, otrzymując kolory pochodne:
  • żółty + czerwony = pomarańczowy
  • czerwony + niebieski = fioletowy
  • niebieski + żółty = zielony.
Trzeci krok to połączenie każdego koloru pochodnego z kolorem podstawowym, co poszerza zestaw barw o kolejne odcienie.

W ten sposób z trzech kolorów podstawowych otrzymuje się całą paletę, a przecież możliwości łączenia i mieszania ze sobą jest duuuużo więcej, bo można używać ich w różnych proporcjach. 

Poniżej kolejne etapy tworzenia kół kolorów:

1. Wybór kolorów podstawowych - po trzy niebieskie, czerwone i żółte.


2. Rysowanie schematów - jeśli nie zapomniało się podstawowych zasad geometrii, to robi się je migiem przy pomocy cyrkla i linijki :)


3. Najpierw kolory podstawowe z wybranego zestawu, potem mieszanie...


4. Tadaaammmm! Mam trzy koła kolorów, obok każdego wpisałam nazwy użytych farbek:


Nie wiem, czy widać różnice, bo aparat mam dość marny, a jeszcze każdy monitor inaczej oddaje barwy, ale ja te różnice wyraźnie widzę. 
Ze zmieszania czerwieni z niebieskim tylko w trzecim kole udało mi się uzyskać dość ciekawy śliwkowy fiolet, w pierwszych dwóch wyszedł mi raczej brąz.
Natomiast w drugim kole powstały fajne oliwkowe zielenie ze zmieszania żółci z niebieskim. W pierwszym kole uzyskałam coś w rodzaju wiosennej zieleni, a w trzecim - zieleń malachitowo-szmaragdową.


Mieszanie kolorów okazało się być fajną zabawą :). Oczywiście od razu chciałam namalować coś bardziej konkretnego. Wybrałam drugie koło kolorów i tymi trzema farbkami namalowałam taki oto mniszek pospolity, rosnący sobie wesoło w moim ogrodzie. Pańcia maluje, a chwasty rosną!



I tym optymistycznie wiosennym akcentem żegnam Was, Kochani, do następnego malowania :)

*****



sobota, 1 kwietnia 2017

Seria zielnikowa - wisteria (glicynia).

Kolejny haft z zielnikowej serii zaprojektowanej przez Veronique Enginger - wisteria, znana także pod nazwą glicynia.




Trochę mi z tym wzorem zeszło... Najpierw było to całkiem przyjemne haftowanie, ale gdzieś w połowie dopadł mnie kryzys twórczy ;). 
No właśnie - twórczy. Czy to aby właściwe określenie? 

Problem polega na tym, że nagle znudziło mi się haftowanie krzyżykami. 
Owszem, powstają w tej technice fajne obrazki, ale tak naprawdę to jest działalność ODTWÓRCZA. Zero własnej kreatywności. Haftowanie według gotowego schematu, gdzie każdy krzyżyk i odcień muliny ma ściśle wyznaczone miejsce. Czynność z gatunku tych odmóżdżających, przy których dobrze się odpoczywa, a konieczność liczenia krzyżyków i pilnowania wzoru sprawia, że wielkie problemy tego świata oraz troski dnia powszedniego odpływają gdzieś w chwilowy niebyt. To wielka zaleta, ale z drugiej strony - zatęskniłam za tworzeniem czegoś własnego. 
Projektowanie wzorów xxx trochę mnie przerasta, a poza tym po prostu chciałabym spróbować innych technik hafciarskich. Na razie eksperymentuję, jak coś sensownego powstanie, to się pochwalę :).



Wracając do wisterii... Pierwotnie zamierzałam haftować na tkaninie w kolorze kremowym, zgodnie z projektem autorki wzoru, po namyśle wybrałam kolor ecru, ale szczerze mówiąc myślę teraz, że najbardziej odpowiednia byłaby spokojna kość słoniowa. Poza tym wszystko jest według legendy projektantki.
Haft na zdjęciach może nie prezentuje się rewelacyjnie, bo przeprasowany jest na razie tylko wstępnie i obfociłam go leżącego luzem. Na razie wszystkie zielniki czekają na wspólne oprawienie, a z tym to mi jeszcze chwilkę zejdzie :). Zmienił się pomysł co do miejsca ich powieszenia i w związku z tym muszę ponownie obmyśleć całą koncepcję ekspozycji.



W tym wzorze sporo jest tych beżowo-brązowych niby cieni, niby botanicznych rysunków, nadających całej serii szczególnego charakteru starych zielników. Generalnie, w porównaniu z irysem czy jaśminem, wisterię haftowało mi się gorzej, oczy mi się gubiły w plątaninie odcieni poszczególnych płatków. Przyśpieszenia dostałam w końcówce, po całkiem długiej przerwie w haftowaniu, bo pewnego pięknego poranka pomyślałam sobie, że jak się zaraz nie zbiorę w sobie i nie skończę tego haftu raz-dwa, to zamieni się w wiecznego UFOka. Tak więc zaparłam się i rzeczywiście poszło piorunem :).


Jakiś czas temu zapowiadałam haftowanie karczocha z serii zielnikowej i może bym gdzieś - równolegle ze wspomnianymi eksperymentami w innych technikach haftu - zmierzyła się z karczochem, ale się okazało, że mój schemat jest nieco sfatygowany i część oznaczeń jest nieczytelna. Tak więc karczocha chyba sobie zupełnie odpuszczę.


*****

niedziela, 26 lutego 2017

Aparatka.

Ten post będzie zupełnie nie na temat, którego można by się u mnie spodziewać. Ale... długo mnie nie było, mnóstwo rzeczy mnie zajmowało, hafty gdzieś tam pomiędzy, jakiś obrazek też powstał, ale jakoś nie mogłam się zabrać za napisanie czegoś na blogu. Przerwa, która miała być całkiem króciutka, wydłużyła się znowu okropnie... Więc postanowiłam w końcu zebrać się w sobie i napisać o tym, co mi akurat zaprząta myśli w tym momencie.
A zaprząta... stomatologia. A dokładniej -ortodoncja.

Otóż założono mi aparat ortodontyczny. Niby nic tam znowu takiego nadzwyczajnego, co drugi nastolatek nosi aparat, a i osobom w wieku pomaturalnym często się zdarza. Tylko że ja mam już własne dzieci w wieku pomaturalnym :).

Poniżej zdjęcie takiego aparatu, znalezione w internecie. U góry z zamkami tzw. estetycznymi, u dołu z metalowymi. Ja mam u dołu i u góry przeźroczyste zamki na zębach od jedynki do trójki, czyli to co widać przy normalnej rozmowie, a dalej są metalowe. Przeźroczyste są droższe, więc to od pacjenta (i zasobności portfela) zależy, ile będzie miał tych zamków tzw. estetycznych.

źródło

Poprawą wyglądu uzębienia byłam zainteresowana od czasu, kiedy zdałam własną maturę. Ale wtedy w moim mieście nie było ani jednego ortodonty z prawdziwego zdarzenia (dzisiaj jest ich chyba z piętnastu, w tym kilka specjalistycznych poradni z wszechstronnym wyposażeniem diagnostycznym). W tamtych czasach dentyści zajmowali się jedynie przygotowywaniem ruchomych (czyli zakładanych na noc) aparatów dla dzieci. Koło 18-tki leczenie się kończyło, poziom ówczesnej polskiej stomatologii nie pozwalał na kontynuację. Aparaty stałe były w sferze marzeń.

Tak więc gdzieś koło 20-tki usłyszałam, że na prostowanie moich zębów jest już za późno. Zaznaczam, że nie mam jakiegoś koszmarnego zgryzu, aczkolwiek jak na dzisiejsze standardy to do telewizji z takim uśmiechem raczej się nie nadaję :). Długo nie traciłam nadziei i co pewien czas kolejnych stomatologów pytałam o możliwość prostowania. I wciąż słyszałam tę samą odpowiedź, z której wynikało, że jestem za stara. I tak to trwało ze dwadzieścia lat. W końcu gdzieś koło 40tki doszłam do wniosku, że trzeba sobie odpuścić, skoro nie można, to nie można, trzeba przyjąć to do wiadomości i przestać o tym myśleć.
I kiedy ja już się z tym pogodziłam, nagle przy którejś wizycie ta sama dentystka, która 10 lat wcześniej powiedziała mi, że takim leciwym osobnikom zębów się już nie prostuje, powiada do mnie - a nie chciałaby pani tych zębów wyprostować?

No i w sumie to przez dłuższy czas to sama nie wiedziałam, czy mi się jeszcze chce z tym walczyć. Wyrzuciłam już przecież temat z głowy, a tu nagle co wizyta u dentysty, to mi mówią - a może by wyprostować?
Trochę to trwało, zanim do tematu ponownie dojrzałam, ale z kolei  - wiecie, jak to jest - tyle innych spraw na głowie, różne inwestycje i wydatki, które trochę ograniczały pole manewru, no i tak jakoś ogólnie nie mogłam się zmobilizować. Aż w końcu powiedziałam sobie - a  co tam, dzieci odchowane, w końcu zrobię coś dla siebie, trzeba się zebrać w sobie i podjąć męską decyzję. No i podjęłam.

Przed ostateczną decyzją szukałam informacji w internecie, trafiłam na kilka ciekawych miejsc z bardzo dokładnym opisem całej procedury, krok po kroku, z przeżyciami osób "zadrutowanych", ze szczegółami dotyczącymi specyfiki życia z aparatem na zębach. Opiszę więc jak to wszystko u mnie wyglądało, żeby mieć dokumentację dla siebie, ale może jeszcze kogoś to zainteresuje. 

Dzisiaj więc napiszę Wam o przygotowaniach, czyli o badaniach, zabiegach i innych sprawach organizacyjnych - przed założeniem aparatu. Zaznaczam, że opisuję tutaj swoje wrażenia i wiedzę zwykłego pacjenta, nie są to żadne tam fachowe opisy z medyczną terminologią, więc proszę się nie czepiać słówek :)

A było to tak...

Dzień pierwszy

  • Wizyta rozpoznawcza, czyli wstępna konsultacja i zarys planu działania. Pani ortodontka obejrzała moje uzębienie, kazała się wyszczerzyć, szeroko uśmiechnąć itd, powiedziała, że potrzebne będą dwa aparaty - góra, a potem dół plus odbudowa kilku zębów. Najpierw zdjęcia, różne pomiary, potem dokładny plan leczenia i kosztorys. Jak się zdecyduję, to będziemy działać dalej. Powiedziałam, że ja już jestem zdecydowana. Polecany dla mnie aparat to aparat Damona, samoligaturujący, bez gumek-ligaturek. Od razu wiadomo, że koszt mały nie będzie, ale z grubsza jestem już zorientowana, kasa na ten cel odłożona :). Rozmawiamy o jednym z najlepszych rodzajów aparatów ortodontycznych i nowoczesnych metodach. Bez usuwania niektórych zębów, jak to robiono dawniej i co jeszcze czasem się praktykuje w przypadku tradycyjnych aparatów. W rezultacie całego zabiegu zmienia się układ zębów i kości, zmienia się profil, buzia się wypełnia, efekt jak po liftingu :). Ortodontka mówi mi o aparacie z przeźroczystymi zamkami, czyli niemal niewidocznymi, o które jednak trzeba dbać w szczególny sposób, mianowicie unikać jedzenia i picia pozostawiającego osady. Czyli odzwyczajamy się od siorbania kawy, herbaty, nawet herbatek ziołowych. Ostatecznie można je pić, ale przez rurkę. Oczywiście obowiązuje szczególna dbałość o higienę, bardzo staranne czyszczenie po każdym jedzeniu, jedzenie też nie będzie takie proste jak dotychczas... Dostaję kartkę z różnymi dokładnymi informacjami na ten temat. 
  • Idziemy na rentgen - asystentka zrobiła mi zdjęcia rtg - jednym aparatem pantomograficzne, potem innym - boczne i jeszcze zdjęcie stawów skroniowo-żuchwowych w rozwarciu czyli z rozdziawioną buzią. 
  • Następnie idziemy do innego gabinetu, gdzie będą robione wyciski. Do metalowej foremki w kształcie podkowy asystentka nakłada plastyczną masę, zakłada mi to najpierw na górne zęby, masa wyciśnięta zębami trochę wychodzi na podniebienie, co wywołuje u mnie odruch wymiotny. Jestem wrażliwa na takie smyranie po podniebieniu, zaraz zaczynam się dławić, a tu trzeba było chwilę odczekać, żeby się dobrze odcisnęło. Potem to samo z dolnymi zębami, ale tutaj już się obyło bez nieprzyjemnych doznań. Powstały więc takie jakby foremki, w których technik zrobi gipsowe odlewy mojego obecnego uzębienia. Mój krzywy zgryz doczeka się własnego pomnika :))). 
  • Za całą tę przyjemność (zdjęcia, konsultacja, wyciski) zapłaciłam łącznie 400 zł.  Założono mi kartotekę w komputerze i dostałam małą książeczkę, do której będzie wpisywany przebieg wizyt i planowane kolejne zabiegi, oraz kartkę z informacjami na temat życia z aparatem, czyli jakie zasady obowiązują, czego unikać itd. O tych wszystkich szczegółach będę pisać w kolejnych relacjach :).                                                                                                                                                      

Dzień drugi

  • Skaling i piaskowanie, czyli dokładne czyszczenie zębów z kamienia i wszelkich osadów. Mało przyjemne, trochę bolesne, ale da się wytrzymać. Ja nie cierpię znieczuleń, więc wolę się pomęczyć "na żywca". Asystentka stomatologiczna, nazywana tutaj w gabinecie higienistką, robi skaling, potem piaskowanie, na koniec sprawdza dokładność zabiegu specjalnym laserowym urządzeniem i w razie potrzeby poprawia. 
  • Potem higienistka ogląda dokładnie ząb po zębie specjalną kamerą doustną, która ujawnia ogniska próchnicy niewidoczne gołym okiem - i tam, gdzie jest coś do leczenia, robi od razu zdjęcie i zapisuje w komputerze. Powstaje mapa mojego uzębienia z zaznaczonymi istniejącymi wypełnieniami i miejscami do leczenia. Wiemy więc, co trzeba wyleczyć przed założeniem aparatu. 
  • Przy okazji ujawnia się także problem z parodontozą. Nie jest to dla mnie nowość, miałam już kłopoty z tą chorobą przyzębia, ale dzięki dobremu leczeniu na kilka lat miałam spokój. Ostatnio jednak sama czułam, że stan dziąseł trochę się pogorszył, raz na jakiś czas pojawiało się krwawienie przy myciu zębów. No więc umawiam się na kolejną wizytę w związku z parodontozą. 
  • Ale to nie koniec na dzisiaj, idę jeszcze do innego gabinetu, gdzie będą wykonywane badania stawów żuchwy, a konkretnie ich ruchomości. Zakładają mi na głowę dziwne ustrojstwo złożone z metalowych obręczy, prętów i śrub, podłączonych do komputera. Dostaję polecenia wykonywania różnych ruchów żuchwą: wysunięcie jak najdalej do przodu, następnie w prawo, w lewo i w dół czyli otwarcie buzi jak najszerzej. Każdy z ruchów powtarza się trzy razy, a jeśli jeden z wyników wyraźnie się różni od pozostałych, to powtarza się jeszcze czwarty raz. Ujawnia się, że lewy staw mam bardziej zablokowany. Sama to czuję, założona aparatura powoduje, że pacjent odczuwa takie rzeczy, na które przedtem nie zwracał uwagi. 
  • Skaling i laser kosztują mnie 250 zł. Za badanie stawów żuchwy - 100 zł.                                                                                                                                                                                      

Dzień trzeci

  • Dzisiaj asystentka stomatologiczna robi mi kiretaż - zamknięty, bo stan mojego przyzębia nie był tragiczny (przy tragicznym robi się kiretaż otwarty i naprawdę nie chcecie wiedzieć na czym to polega). Wymagał jednak przygotowania do zakładania aparatu, chodzi bowiem o wzmocnienie tkanek dziąseł i zębów. Konkretnie kiretaż to jest zabieg mający na celu wyczyszczenie kieszonek zębowych i korzeni zębów z wszelkich zanieczyszczeń oraz czynników zapalnych. Jakieś 10 czy 12 lat temu miałam robiony taki zabieg, ale zupełnie inną metodą. Wtedy było to wykonywane ręcznie, dentystka skrobała mi te korzenie jakimiś skrobakiem, byłam przy tym porządnie znieczulona, a później jakiś czas jeszcze trochę pobolewało. Za pół dolnego łuku zapłaciłam wtedy jakieś siedem stów i trwało to chyba godzinę. Było co prawda nadzwyczajnie skuteczne na wiele lat i szczerze ten zabieg polecam wszystkim zmagającym się z parodontozą. Tym razem zabieg trwał pół godziny - na wszystkich zębach i obyło się bez znieczulenia, a zaraz po zabiegu nic nie bolało, czyli nie zostałam tak pokiereszowana jak poprzednim razem. Mój mąż na pewno bez całkowitej narkozy nie wytrzymałby. Tak że kwestia czy to zabieg bardzo bolesny czy nie - jest rzeczą względną :). Kiretaż jest robiony czymś co dawało wrażenie jakiejś wolnoobrotowej szlifierki stomatologicznej. Czyli końcówka zamiast wiertła miała coś ścierająco-szlifującego. No cóż, zabieg nieprzyjemny, porównywalny z borowaniem na wolnych obrotach, ale pod linią dziąseł i na wszystkich zębach. Chwilami było całkiem znośnie, ale momentami, w newralgicznych miejscach, świeczki stawały mi w oczach. No ale dało się przeżyć, znieczulenia nie chciałam. Na koniec zabiegu nakłada się jeszcze żel z fluorem
  • Dla niezorientowanych dodam jeszcze, że jeśli wydaje się Wam, że taki drastycznie wyglądający z tego opisu zabieg robi się osobom, którym zęby się całkiem rozchwiały i wypadają samoczynnie, to jesteście w błędzie. Przed pierwszym takim zabiegiem nie zdawałam sobie sprawy, że mam parodontozę. Ot, czasem dziąsła krwawiły przy szorowaniu, ale myślałam, że to z powodu dość energicznego poruszania twardą szczoteczką. A nie każdy dentysta zajmuje się parodontozą i nie każdy zwróci Wam na to uwagę. Z doświadczenia wiem, że warto chodzić do dobrych poradni stomatologicznych, w których pacjenta traktuje się kompleksowo, wykonuje się nie tylko zlecone leczenie konkretnego zęba, ale także bada się dokładnie pod kątem różnych nieprawidłowości. Na przykład dzięki badaniom stawów żuchwy można wykryć, a następnie wyleczyć, przyczyny dolegliwości, których normalnie nie kojarzymy ze stomatologią - szumy w uszach, nawracające bóle uszu, migreny itd. 
  • Ale wracamy do mojego zabiegu - płacę 800 zł (cena - 400 zł za każdy pełny łuk) i dostaję zalecenie stosowania przez 30 dni kuracji wzmacniającej dziąsła: rano kapsułka Capivit A+E, w południe witamina C 500mg, która ma przygotować środowisko do przyjęcia wieczornej tabletki do ssania z koenzymem Q10. I dodatkowo jeszcze Omega 3. Te witaminki i suplementy to koszt około 70 zł.                                                     

Dzień czwarty 

(piąty, szósty i jeszcze kilka, oczywiście nie dzień po dniu, tylko z przerwami).
  • Leczenie wykrytych ognisk próchnicy oraz wymiana niektórych starych wypełnień na nowe Zęby mam nierówne, ale generalnie zdrowe, to znaczy na bieżąco leczone. Tak mi się w każdym razie wydawało... O święta naiwności!  Do tej pory moje zęby były oglądane tylko okiem dentysty, co najwyżej czasem rentgenem, a tutaj stomatolog wspomógł się kamerą z laserem wykrywającym to, czego ludzkie oko nie jest w stanie zobaczyć. Szczerze mówiąc, to byłam w lekkim szoku, kiedy w 10 miesięcy od ostatniej wizyty u dentysty, po której niby wszystko było ok, nagle się okazało, że "podejrzanych" jest 12 zębów!!! Masakra. Na ekranie, w dużym powiększeniu i w specjalnym podświetleniu, moje białe na pozór zęby wyglądały jak robaczywe! Najlepiej widać tę różnicę na moich dolnych piątkach, które były parę, no może 6-7 lat temu leczone, pięknie wypełnione, wyglądały jak zdrowe, jednolicie białe zęby. Sama sobie mogę je dokładnie zobaczyć w lusterku, to wiem o czym mówię. A tymczasem aparat pokazał czarną obwódkę na granicy zęba i wypełnienia. Oglądam to na ekranie w dużym powiększeniu, wygląda okropnie, aż trudno uwierzyć! Lekarz mi tłumaczy, że to mikronowa szczelinka i w tej chwili to jeszcze nie jest nic groźnego, ale jest już sygnał, że coś tam się zaczyna dziać. Jaka więc moja decyzja - leczymy czy na razie zostawiamy? Jestem tym widokiem nieco przerażona, więc myślę - co mi tam, robimy wszystko, po co czekać pół roku aż będzie widoczne gołym okiem. Tak więc w sumie nazbierało się tych zębów do leczenia albo wymiany starych wypełnień dość sporo.  Ktoś mi później powiedział, że to takie wyciąganie kasy od pacjenta. Ale na ekranie widziałam różnicę między tym dawno temu wypełnianym zębem, a tym zrobionym dwa dni temu. Coś jest na rzeczy, widać wyraźnie, że ten nowy jest cały bialutki, a stary niestety nie jest w stanie idealnym. Wolę wyleczyć od razu. Uczula mnie to w każdym razie na kwestię higieny jamy ustnej, powoli zaczynam mieć na tym punkcie obsesję. Polecam każdemu obejrzenie swoich zębów okiem takiej kamery. Taki mały horrorek. U mnie automatycznie wpłynęło to na wydłużenie czasu mycia zębów i rozszerzenie tej czynności na stałe o dodatkowe zabiegi, do tej pory dość często pomijane - a to z lenistwa, a to z pośpiechu... Mam na myśli nitkowanie, używanie specjalnych czyścików, irygatora stomatologicznego itd.
  • Za jedną wizytę z borowaniem i plombowaniem, trwającą prawie godzinę, płacę po 150-170 zł. Czasem umawiam się na podwójną sesję, wtedy robimy za jednym zamachem dwa zęby. Pan doktor robi na mnie dobre wrażenie, działa spokojnie, delikatnie, na ogół nic mnie nie boli, a że znieczuleń nie lubię, więc dość spokojnie daję radę na żywca. Każdy zabieg trochę trwa, ale ząb jest pięknie wyrzeźbiony i wygładzony, tak że prawie nic nie trzeba poprawiać. 

W tak zwanym międzyczasie zaczynam przyjmować zalecone witaminki i inne preparaty na dziąsła, no i powoli przestawiam się na białą dietę. Czyli na początek rezygnuję z drugiej kawy i całkowicie z herbaty na rzecz wody - samej albo z miodem i cytryną, odmawiam wypicia proponowanego soku z aronii, zaczynam się zastanawiać nad marchewką, bo podobno też okropnie barwi, nie jem czerwonych winogron i buraczków do obiadu... Kawę rano muszę wypić, żeby jakoś funkcjonować, ale że i tak jej nie lubię, to bez problemu wysiorbuję ją przez rurkę, nigdy nie piłam kawy dla przyjemności, żeby się nią delektować, tak więc nie mam z tym problemu.

Bardziej przykładam się do szorowania zębów, robię to dłużej i dokładniej, niż dotąd bywało... Wiecie, jak to jest, człowiekowi się wydaje, że ma na wszystko mało czasu, że musi gdzieś lecieć bo coś tam pilnego czeka... No to teraz zwalniam. Czas na higienę jamy ustnej mam zaplanowany, wiem że muszę przeznaczyć na to minimum spokojnych pięć minut. Trzy razy dziennie, po głównych posiłkach. Nie chodzi o to, żeby mocno szorować, tylko żeby robić to dokładnie, wyczyścić każdy zakamarek. Raptem kilka minut dłużej. Chyba warto.
Jak długo myjecie zęby? Minutę? Dwie? Większość ludzi robi to w 30, max 60 sekund. To za mało. Potem się dziwimy, że mamy kamień na zębach i próchnicę.
Przy myciu zębów używam teraz jeszcze dodatkowych akcesoriów... ale o szczegółach napiszę w innym poście, żeby Was tu jednorazowo nie zanudzić.

Odzwyczajam się także od jedzenia potraw wymagających mocnego rozgryzania, które mogłoby powodować np. szarpnięcie drutu i odklejenie zamka, wbijanie się fragmentów jedzenia w elementy zamków itp. Ugryzienie jabłka nie będzie już taką prostą sprawą... Czyli oprócz diety białej, będzie także przez jakiś czas dieta bezzębna :). 

*****

Ależ się rozpisałam! W najbliższym czasie opowiem o pierwszych tygodniach życia "za drutami" czyli z aparatem na zębach.

A w międzyczasie może się zmobilizuję i pokażę kilka swoich wytworków hafciarskich i malarsko-rysunkowych, bo temat aparatu ortodontycznego chyba nie jest szczególnie atrakcyjny :))).

    wtorek, 20 grudnia 2016

    W świątecznym nastroju.

    Ten rok zdecydowanie nie służył mojej blogowej działalności. Ale że obfitował w wiele innych cudownych zdarzeń, to - szczerze mówiąc - nie mam zbyt wielkich wyrzutów sumienia :). Jednak moim miłym czytelnikom, a zwłaszcza stałym obserwatorom, którzy pomimo mojej przedłużającej się nieobecności wytrwale czekali na kolejne posty, winna jestem przeprosiny. Kochani, wybaczcie, obiecuję poprawę w nowym roku!

    A w ramach tych przeprosin prezentuję świąteczny obrazek, który był bardzo miłą i szybką robótką przez kilka jesienno-zimowych wieczorów.



    Wyhaftowałam go podwójną nitką muliny w kolorze ecru. Nie zdążyłam go jeszcze oprawić, bo dopiero dzisiaj upolowałam odpowiednią kwadratową ramkę, a czeka mnie lepienie sporej ilości uszek (na razie zostaną zamrożone). Grzyby już przygotowane, tak że rozumiecie, uszka to priorytet, z ramką zmierzę się może jutro. 

    Oprawiam hafty samodzielnie, zazwyczaj daję passe-partout z tkaniny naciągniętej na tekturkę, ale tym razem chcę wykorzystać gotowe kartonowe passe-partout w kolorze takim jak użyta mulina. 



    Ten uroczy obrazek to Quaker de Noel, czyli Świąteczny Sampler, od Jardin Prive, a autorką wzoru jest Nathalie Cichon.





    Życzę Wam wszystkim wesołych Świąt i wszystkiego co najlepsze w nadchodzącym roku! Niech się spełniają marzenia :).

    *****