niedziela, 6 grudnia 2020

Katedra na Wawelu (olej).

 Sama się dziwię, że takie coś namalowałam. Nie przepadam za malowaniem architektury, nie przepadam za tak drobiazgowym malowaniem. A tu jakoś tak wyszło... Wciągnęło mnie w te detale.



W realu na obrazie wieże mają kolor szmaragdowy, a niebo kilka bladych (!) odcieni błękitu i nie jest to tak rozmazane. Tak, wiem, nie powinnam tego tłumaczyć, tylko w końcu zmienić aparat. Ech...

Katedrę na Wawelu zawsze chciałam namalować, ale ciągle nie mogłam się za to zabrać, a to brak weny, a to brak koncepcji, a to brak czasu, i tak schodziło... No ale w końcu zebrałam się w sobie i jest. Prawdopodobnie będą kolejne wersje, w innych ujęciach, ze szczególnym uwzględnieniem Kaplicy Zygmuntowskiej, do której mam szczególną słabość :).  I mam nadzieję, że z mniejszą precyzją, bo tutaj trochę mnie poniosło z tym dziubaniem szczególików. Ale na tym temacie krakowska przygoda się nie skończy, bo w Krakowie jest przecież także mnóstwo innych ciekawych miejsc, jak choćby Planty, Sukiennice, czy mój ulubiony kościółek św. Wojciecha, który raz już się na moim blogu pojawił w wersji symbolicznej - przy okazji zabawy w rysowanie w stylu Zentangle skojarzeń z miastami (tutaj).

Kraków jest miastem moich marzeń. Są dwa miejsca, o których często myślałam, że chciałabym tam zamieszkać - Kraków i Bieszczady. O Bieszczadach już kiedyś także pisałam - przy okazji recenzji książki ze zmarnowanym tytułem (tutaj). A skoro tak się z tym malowaniem rozkręcam ostatnio, to i bieszczadzkie połoniny na pewno pojawią się na moich obrazkach, bo już mi chodzą po głowie :). Ale dzisiaj czas na Kraków.

Pomysł w zasadzie był taki, żeby namalować tylko fragment z kopułami Kaplicy Zygmuntowskiej i Kaplicy Wazów, znalazłam nawet kilka zdjęć z ciekawymi ujęciami, ale potem pomyślałam, że na pierwszy ogień wezmę bardziej ogólny widok na katedrę. Miało być bardziej schematycznie, taka próba przed malowaniem kaplicy. Ale zaczęłam oczywiście od szkicu, no i jakoś tak wyszło, że chyba za bardzo się do tego szkicu przyłożyłam, narysowałam mnóstwo detali i potem w trakcie malowania szkoda mi było te szczegóły pominąć :). Tak to szło:










Obraz olejny o wymiarach 50x60cm.

Kolory na obrazie wyszły dość realistycznie, trudno mi jednak było na zdjęciach uzyskać dobry balans między turkusowo-szmaragdowymi wieżami na tle błękitnego nieba - a ceglanymi murami, złotą kopułą i resztą kolorów. Za dużo wyzwań na jeden raz dla mojego aparatu :).

A dlaczego Kraków? Trudno mi jednoznacznie wskazać pierwotne źródło tej fascynacji, bo mam to jeszcze z dzieciństwa. Pierwsze wycieczki i zwiedzanie Krakowa, we wczesnej podstawówce - z tatą, który studiował na Akademii Górniczo-Hutniczej, więc spędził tam kilka lat i znał miasto doskonale. Potem, w dorosłym życiu, też nie omijałam żadnej okazji do kolejnych wycieczek. Moje malarskie pasje również prowadziły do Krakowa, wszak mówi się, że jest miastem artystów - więc biografie wielu mistrzów nierozerwalnie wiązały się z Krakowem, tam jest bogactwo zgromadzonych dzieł sztuki, tam też - obiekt moich westchnień, najstarsza w Polsce Akademia Sztuk Pięknych.
A więc były też marzenia związane ze studiami na krakowskiej ASP. I te wszystkie historie typu "zaczarowana dorożka", artystyczna bohema itd. Wiecie, człowiek młody, to mu się roi :). Nie będę się dzisiaj zagłębiać w opowieści o moich krakowskich sentymentach, może opowiem stopniowo przy kolejnych obrazkach z tego miasta.
Ale to nieprędko, na razie dość mam dziubania cegiełek, gzymsików itd. Na sztalugach inne tematy :).

*****

wtorek, 24 listopada 2020

Żurawie jeszcze raz.

Lecące żurawie w promieniach wschodzącego (a może zachodzącego?) słońca. Inspiracją ponownie było zdjęcie pana Wojciecha Gotkiewicza (tutaj -klik- mój poprzedni obraz z żurawiami).




Olej 40x50 cm, na podmalówce akrylowej, a dokładniej na obrazie z ogrodem Mehoffera z tego -klik- wpisu. Tamten obrazek nie podobał mi się kompletnie, więc przemalowałam, jak to często u mnie bywa. Najpierw zamalowałam wszystko akrylowym tłem w szarościach. Przez chwilę zastanawiałam się, czy by nie zrobić tych żurawi w całości akrylami, ale... Malowanie olejami to rozkosz sama w sobie - zupełnie inne doznanie, niż malowanie akrylami. Nie mogłam więc sobie odmówić tej przyjemności :). I w ogóle to ja już widzę, że moje szumne zapowiedzi, że będę malować po kolei większość obrazów z panem Tomkiem Wełną, raczej trzeba wrzucić do kosza. Bo zdecydowanie wciągnęły mnie oleje, moja młodzieńcza miłość :). Na sztaludze zresztą już mam przygotowane podobrazie z podmalówką pod kolejny obraz olejny.


Kiedy jakiś czas temu trafiłam na stronę Pracowni OKO - byłam zachwycona sposobem prowadzenia lekcji przez pana Tomka i panią Darię (zresztą nadal jestem ich fanką!), obejrzałam większość nagranych filmów, według niektórych namalowałam kilka obrazków, a zaplanowałam dużo więcej. Równolegle jednak wróciłam do dawno zarzuconego malowania farbami olejnymi, no i przypomniałam sobie jaka to frajda :). A że na stronie Pracowni OKO lekcji z farbami olejnymi jest zaledwie kilka i w dodatku nie wszystkie tematy mi się spodobały, to zaczęłam malować własne pomysły. No i tak się porobiło, że z zaplanowanych wcześniej lekcji do przerobienia z panem Tomkiem zrezygnowałam teraz z większości. Początkowo to wspólne malowanie traktowałam jako naukę i rzeczywiście te ćwiczenia dużo mi dały. Najważniejsze chyba było odblokowanie uśpionych pasji. Na pewno nadal będę korzystać z lekcji Pracowni OKO, ale więcej będę malować także według własnych pomysłów. 





Staram się nadrobić stracony czas. Kiedy byłam młoda, chciałam malować. Malowanie było moim marzeniem i największą miłością. W ogóle nie wyobrażałam sobie, co innego mogłabym w życiu robić. Ale zawsze słyszałam, że to fajne hobby, ale zawód to trzeba mieć jakiś pożyteczny. I nawet dużo później, kiedy miałam już swoje dorosłe i samodzielne życie, miałam to wbite gdzieś tam z tyłu głowy, że malowanie to tylko hobby, zabawa, fanaberia, można to robić w wolnym czasie. A ja tego wolnego czasu wciąż nie miałam, bo nawet jak miałam, to wmawiałam sobie, że na pewno są rzeczy ważniejsze do zrobienia niż moje malowanie... Nie jestem wyjątkiem. Ileż to ja takich historii słyszałam i czytałam... Malujemy (lub tworzymy coś innego) jako dzieci, potem dorośli każą nam wybrać sobie jakiś sensowny zawód i dopiero na emeryturze, kiedy w końcu poczujemy się wolni, wracamy do realizacji dziecięcych marzeń.

Czy słyszeliście o Grandma Moses? Może nawet kiedyś już o niej wspomniałam na blogu... Cytuję za Wikipedią:

Anna Mary Robertson Moses (ur. 7 września 1860 , zm. 13 grudnia 1961) − amerykańska malarka.

Przez wiele lat była jedyną liczącą się przedstawicielką sztuki naiwnej w USA. Zaczęła malować w latach 30., w wieku 70 lat. Treścią obrazów były wspomnienia z czasów dzieciństwa, młodości i całego życia spędzonego na farmie. Jej celem było utrwalenie obrazu amerykańskiej wsi i ludzi tam żyjących.

Przez przypadek sprzedała kilka obrazów, które w 1938 przyniosły jej światową sławę. Malowała bardzo intensywnie po 1939 m.in. A Beautiful World, (1948). Swoje życie opisała w autobiografii My Life’s History (1952).

A oto jeden z jej obrazów:



Czyż nie jest uroczy?! 
Babcia Moses ukończyła tylko kilka klas w wiejskiej jednosalowej szkółce, całe życie pracowała na farmie, urodziła 10 dzieci. Dopiero kiedy skończyła 70 lat i powiedziano jej, że jest już za stara na pracę w gospodarstwie, kupiła sobie pierwsze przybory plastyczne.
Malowała niemal do końca życia (zauważcie - żyła 101 lat!), a przez ostatnich 10 lat sprzedano jej obrazy za ponad 100 tys. dolarów.

Tak że spoko, mam jeszcze przed sobą mnóstwo czasu na podbicie rynku sztuki :)))).

*****

poniedziałek, 23 listopada 2020

Książki o sztuce. Betty Edwards "Rysunek. Odkryj talent dzięki prawej półkuli mózgu".

Kochani, serdecznie Wam dziękuję za ciepłe przyjęcie mojego ostatniego obrazka z krwawnikiem w porcelanowym dzbanku! Zaskoczyła mnie tak duża ilość komentarzy  - pozytywnych, a czasem nawet wręcz entuzjastycznych. No bo wiadomo - jak coś średnio wyjdzie, to komentarzy jest mniej i są takie bardziej... wyważone :))). Tak więc widocznie krwawnik raczej się spodobał :).

Cieszy mnie to ogromnie, bo umacnia mnie w przeświadczeniu, że idę dobrą drogą. Ja sama jestem z tego obrazka zadowolona i czuję, że odpowiada on temu, co i jak lubię malować. A lubię przede wszystkim farby olejne, co wielokrotnie już podkreślałam. Mimo więc pewnej sympatii dla akwareli i niedawno poznanych akryli - prawdopodobnie będę malować głównie olejami. Tematyka pewnie będzie różna, ale tonacja raczej spokojna, jak w krwawniku. Obrazy malowane akrylami z panem Tomkiem były ciekawym doświadczeniem, ale ta krzykliwa kolorystyka w niektórych (ogród Mehoffera albo martwa natura z dynią) niezupełnie mi odpowiada. A do własnych tematów to jakoś bardziej mi oleje pasują.

Ale zostawmy to, co już było i co ma dopiero nastąpić.  



Pierwszą ilustracją do dzisiejszego wpisu jest taki oto skromny szkic pejzażu, wykonany miękkim ołówkiem, metodą negatywową. Był to - a jakże - temat jednej z lekcji w Pracowni OKO (link). I może bym go sobie odpuściła, ale zmieniłam zdanie, kiedy zaczęłam czytać książkę, o której chcę Wam dzisiaj opowiedzieć. 

Rysunek nawiązuje do jednego z zalecanych w książce ćwiczeń - rysowania negatywowego. Polega to z grubsza rzecz biorąc na rysowaniu tego, co jest poza głównym obiektem, czyli pustych przestrzeni między elementami tego obiektu i między obiektem a krawędzią kartki. Rysunki i na przykład akwarele malowane tą metodą dają czasem spektakularne efekty. W tym pejzażyku metoda negatywowa została wykorzystana tylko częściowo, we fragmentach - widać to głównie tam, gdzie są trawy podświetlone słońcem, na ciemnym tle wody i drzew. W książce to ćwiczenie jest nieco bardziej skomplikowane, rysuje się na przykład przestrzenie negatywowe krzesła z giętym oparciem. 

Istotą tego zadania było skupianie się na postrzeganiu krawędzi i kształtów - niekoniecznie zasadniczych elementów rysunku. Puste przestrzenie w rysunku traktujemy tak samo jak konkretne przedmioty, skupiamy się tak samo na głównych obiektach, jak i na fragmentach przestrzeni między nimi, tworząc razem spójną, bogatą w formy i walory układankę. Rysując tradycyjną metodą nie uzyskałabym tak fajnego rezultatu, bo trawy albo by się zgubiły w tle, albo w ogóle byłyby narysowane ciemniejszą kreską na jasnym tle i efekt podświetlenia w ogóle by nie zaistniał.

Ale wróćmy do książek. Otóż, korzystając z podpowiedzi pana Wełny, kupiłam sobie niedawno dwie ciekawe pozycje o sztuce, kreatywności, rozwijaniu swoich talentów: 



Przejrzałam na początku obie pozycje dość wnikliwie. Książka Julii Cameron wydaje mi się jednak przesadnie "uduchowiona" i trochę za bardzo w stylu poczytnych, acz mało wartościowych, poradników w rodzaju "moc jest w tobie", więc polecać jej nie będę. Ale jest w niej także trochę pożytecznych treści, więc na pewno przeczytam ją w całości (pomijając rozwlekłe listy pytań), coś się z tego na pewno wyłuska :). Tutaj link - do ciekawej rozmowy na temat książki "Droga artysty"  . 

W książce pani Cameron sporo miejsca zajmują zadania i ćwiczenia, różne check listy i pytania, na które trzeba odpowiedzieć, ale czy one komukolwiek w czymś pomogą...? Wątpię. Powtarzające się co kilka stron zadania typu "uzupełnij zdanie >gdybym się nie bał to...<" lub "wymień pięć rzeczy, które lubisz" oraz "przypomnij sobie, co lubiłeś robić w dzieciństwie", które zapełniają połowę książki, mnie raczej odstraszają i nudzą, bo jestem przekonana, że niewiele wnoszą w moje życie i niczego w nim nie zmienią. Ponieważ jednak książkę napisała osoba, która rzeczywiście sama doświadczyła wielu zakrętów na swojej drodze artystycznej, to w pewnym stopniu pomaga ona uzmysłowić sobie własne wewnętrzne ograniczenia i główne problemy w rozwoju kreatywności. Do przeczytania, ale nie obligatoryjnie :).

Na pierwszy ogień wzięłam więc "Rysunek" Betty Edwards, bo wydał mi się bardziej rzeczowy, w formie kursu podzielonego na konkretne dni, z praktycznymi zadaniami rysunkowymi do wykonania. Ćwiczeń nie ma wcale dużo, ważniejsza jest teoria, którą się potem w tych ćwiczeniach realizuje. 

Różnych teorii na temat rozwoju duchowego, wzmacniania poczucia swojej wartości i temu podobnych, to ja się już w życiu naczytałam - teraz potrzebuję właśnie praktyki, ćwiczeń, konkretów, jasnego planu działania. W tej książce jest owszem sporo teorii, ale zupełnie innego rodzaju. To są rezultaty konkretnych i wieloletnich badań naukowych z zakresu neurologii i neuropsychologii. Autorka sama przez ponad ćwierć wieku opracowywała metody nauczania, które mają zastosowanie nie tylko w dziedzinach związanych ze sztuką, ale wszędzie tam, gdzie potrzebne jest kreatywne działanie.

Książka Betty Edwards jest dla mnie w pewnej części jak objawienie. I w sumie to niby nie ma tam nic, o czym bym wcześniej nie wiedziała, bo tematy dotyczące neurologii i działania mózgu zawsze mnie ciekawiły, ale moja wiedza była bardzo rozproszona, niespójna i przede wszystkim - nie wynikały z niej konkretne przełożenia na mój osobisty rozwój artystyczny. A tutaj są konkretne przykłady wykorzystania tej wiedzy, pomocne w rozwijaniu twórczego postrzegania rzeczywistości i w rozwijaniu posiadanych talentów, szczególnie tych artystycznych.

Jednym z ćwiczeń, zalecanych do wykonania przez panią Edwards, jest rysowanie, a właściwie kopiowanie, szkicu obróconego do góry nogami. Chodzi przy tym o to, żeby nie myśleć CO się rysuje, jaki obiekt, tylko podążać wzrokiem za kolejnymi elementami samego rysunku, liniami widocznymi na wzorcowym szkicu i kopiowanie tego co widzimy, a nie tego, co lewa mądralińska półkula mózgu mówi nam, że tam jest narysowane. Kiedy nie uruchamiamy myślenia i analizowania jaką bryłę mamy narysować, to rysujemy po prostu linearne przedstawienie tego, co tak naprawdę nasze oko widzi. Naszą ręką kieruje wtedy prawa, intuicyjna półkula, które przyjmuje rzeczy takie, jakimi są. I okazuje się, że - czary mary - po odwróceniu ukończonego rysunku, nasze dzieło jest niemal idealnym odwzorowaniem skomplikowanego obrazu. Nawet jeśli nie mieliśmy wcześniej żadnego przygotowania rysunkowego i uważaliśmy, że kompletnie nie umiemy rysować. Gdybyśmy próbowali narysować go patrząc na niego w normalnym ustawieniu, to trudno by nam było wyłączyć najmądrzejszą na świecie, tłumaczącą nam wszystko po swojemu, lewą półkulę. Wtedy rysowanie skomplikowanych układów brył i skrótów perspektywicznych staje się trudną do wykonania sztuką - nawet dla biegłych zawodowców, ponieważ zamiast skupić się na tym co widzimy, przetwarzamy w lewej półkuli naszą wiedzę o przedmiotach, przeliczamy w głowie proporcje, kąty, głębię i perspektywę, trójwymiarowe ułożenie w przestrzeni itd, podczas gdy chodzi przecież o płaski, linearny, dwuwymiarowy rysunek. Betty Edwards uczy nas patrzeć dwuwymiarowo i przenosić to na papier.




Na podstawie reprodukcji zamieszczonej w książce w pozycji obróconej do góry nogami narysowałam kopię rysunku Picassa z portretem Igora Strawińskiego. Dla ułatwienia rysowałam w podobnym formacie jak reprodukcja w książce. Na rysunek autorka książki daje czytelnikowi mniej więcej godzinę. Ja rysowałam około 10 minut, dość pośpiesznie, bo chciałam szybko sprawdzić co z tego w ogóle wyniknie. Wynikło nawet całkiem nieźle. Rysunek w gruncie rzeczy jest dość prosty. Jeden poważniejszy błąd, który dostrzegłam, jest na twarzy, którą rysowałam na końcu i nieopatrznie włączyłam myślenie (czyli dokładniej - lewą półkulę), niestety, co spowodowało, że narysowałam linię podbródka, której na oryginalnym rysunku wcale nie ma. Zorientowałam się co prawda od razu, ale że rysowałam cienkopisem (a powinnam ołówkiem), to wymazać się nie dało :). 

No dobrze, może ja już coś tam trochę potrafię rysować, więc poszło dość szybko, ale daję Wam słowo, że gdybym to rysowała z reprodukcji w normalnej pozycji, to zajęłoby mi to minimum pół godziny, a efekt byłby znacznie gorszy. Ważnym elementem na tym rysunku jest ułożenie nóg, ze skrótem perspektywicznym, na którym normalny rozum się wykłada i doprawdy ciężko to tak narysować, żeby wyglądało realistycznie. Natomiast patrząc na obróconą reprodukcję nie myślimy, co która kreska oznacza, czy to noga czy ręka, tylko zwracamy uwagę na wzajemne położenie i proporcje tych kresek. I wtedy łatwiej się rysuje realistycznie. Nie myślimy wtedy o perspektywie, konstrukcji bryły czy anatomii. Książka ma na celu nauczenie nas pracy w trybie prawopółkulowym, czyli intuicyjnie, swobodnie, bez rozkminiania istoty rzeczy.

W tym ćwiczeniu, podobnie jak w innych z tej książki, chodziło o to, żeby nauczyć się patrzeć prawopółkulowo. Po prostu patrzeć. A nie - myśleć i analizować co też widzimy i jak dajmy na to wygląda ta bryła z tamtej strony, której tak naprawdę w czasie malowania nie widzimy, więc ta wiedza do niczego nie jest nam potrzebna.




Drugi rysunek według tej metody rysowałam z panem Tomkiem Wełną, link do filmu z lekcją jest tutaj: Rysowanie do góry nogami. To jest próba kopii rysunku Durera - portret matki. Wydaje się dość skomplikowany, a metodą w odwrotnym ułożeniu narysowałam go dość szybko. Może nie idealnie, w moim wykonaniu to był tylko szybki szkic, ale nie chciałam poświęcać na to ćwiczenie zbyt wiele czasu, chciałam za to szybko zobaczyć rezultat takiego odwróconego rysowania. I tak samo jak poprzednio: wiem, że próba narysowania w normalnym ustawieniu zajęłaby mi znacznie więcej czasu i wiązała by się ze sporym stresem (od czego zacząć, jak to rysować, żeby uchwycić podobieństwo itp). W metodzie odwróconej w ogóle nie zaprzątamy sobie głowy podobieństwem, po prostu odwzorowujemy linie, ich układ wobec siebie i krawędzi kartki itd.

Tak wygląda oryginalny rysunek Durera:



Gdyby w szkołach podstawowych uczono rysunku według metody pani Edwards, mielibyśmy wokół siebie mnóstwo artystów i przede wszystkim szczęśliwych ludzi, którzy pozwalają swojej prawej półkuli mózgu na aktywność i nie poddają się terrorowi lewopółkulowców :). Książkę serdecznie polecam, nie tylko tym, którzy chcą rysować :).

Do rysunków - pejzaż metodą negatywową i portret matki Durera - użyłam ołówków Faber Castell B6 i B8 oraz kartek ze zwykłych szkolnych bloków rysunkowych.




Ostatnio miałam przez tydzień problemy z internetem, dlatego od ostatniego wpisu zeszło trochę czasu, ale już po kłopocie, więc mam nadzieję, że kolejny post pojawi się nieco szybciej :).

*****

niedziela, 8 listopada 2020

Krwawnik w porcelanowym dzbanku.

Tym razem farby olejne, kolejny przerywnik między akrylami :). Mimo wszystko z farb najbardziej lubię olejne. Nie mogłam więc przejść obojętnie obok tego tematu na stronie Pracowni OKO. 

Jak wiecie, od pewnego czasu uczę się malować pod kierunkiem pana Tomasza Wełny i pani Darii Rzepieli, korzystając z udostępnianych przez nich lekcji. Moim najnowszym odkryciem są akryle, którymi wcześniej nie malowałam (chociaż trochę podobne są do znanych mi temper). Powoli oswajam tę technikę, ale do farb olejnych ciągnie mnie zawsze i niezmiennie, więc co jakiś czas po prostu muszę nimi coś namalować :).



Obrazek niby prosty, spokojny, na oko w zasadzie trzy kolory - szarość, zieleń i biel... Skromna wiązanka polnego kwiecia, chwastu poniekąd (chociaż to także pożyteczne ziółko)... Ta skromność i prostota przemówiły do mnie, ale pomyślałam sobie, że może wcale nie będzie tak prosto namalować ten temat i że może to być ciekawe wyzwanie.

Tak wyglądał "model" czyli oryginalny, żywy bukiecik:


Przyznam się, że nie wszystko robię tak jak pan Tomasz. On maluje często palcami, ja nie lubię się aż tak ubabrać, więc unikam takich szaleństw manualnych :). W pewnym stopniu wynika to z tego, że mam pracę zawodową, w której moje ręce powinny wyglądać dość cywilizowanie, a nie zawsze daje się je doprowadzić do idealnego stanu po takiej zabawie. Może spróbuję kiedyś w rękawiczkach nitrylowych. Pan Tomek stosuje też z upodobaniem takie zabiegi jak wydrapywanie, ścieranie szmatką i wymywanie benzyną warstw farby, albo dla kontrastu nakłada farbę bardzo grubo, "kluseczkami" jak to nazywa :). Nie mogę się jakoś do tego przekonać, chociaż faktycznie efekty bywają genialne. Ja maluję płasko, powoli i bardziej precyzyjnie, pan Tomek strukturalnie i bardzo ekspresyjnie, dynamicznie. Jego (i pani Darii) obrazy dzięki temu bardziej "żyją". No w sumie to bym chciała tak malować :). Próbuję czasem robić podobne eksperymenty, ale na razie dość nieśmiało. 

Wracam teraz do akryli, ale oleje będą się w ten akrylowy plan pracy od czasu do czasu wplatać. Trochę z tym malowaniem utknęłam, bo... utknęła gdzieś w drodze przesyłka ze sklepu plastycznego, z paroma potrzebnymi utensyliami. Szczęśliwie po dwóch tygodniach się odnalazła, więc mogę działać dalej :). 

Jeśli zaś chodzi o technikę olejną, to z lekcji pana Tomasza upatrzyłam sobie do namalowania (podlinkowane):  zachód słońca nad morzem, dwór w Komborni (część 1, część 2, część 3), a ostatnio pojawił się ciekawy, "ekspresowy" jesienny pejzażyk z jeziorem. Inne propozycje jakoś mnie nie porwały, a też trzeba powiedzieć, że nie ma ich dużo na stronie Pracowni OKO. Przeważają akwarele (namierzyłam aż około 30, które chciałabym namalować), akryle, pastele olejne, no i różne rysunki - ołówkiem, węglem, tuszem, sangwiną. Moje ukochane oleje niestety w zdecydowanej mniejszości, raptem kilka lekcji :(. Ale nic to, po akrylach chcę jeszcze popracować pod kierunkiem pana Tomka nad akwarelami, jest w czym wybierać, tematów nie zabraknie mi przez długi czas. 

A do olejów inspiracje znajdę sobie wokół siebie :).


*****

 

sobota, 31 października 2020

Martwa natura z dynią.

Serial akrylowy trwa! To kolejny obrazek malowany z Panem Tomkiem Wełną. 

Jakaś kulinarna, warzywno-owocowa martwa natura marzyła mi się od pewnego czasu jako element dekoracyjny nad stołem w kuchni. Nawet dynia była już wymyślona jako główna bohaterka tej kompozycji, brakowało jednak iskry zapalnej do działania. No i oto pojawił się pan Tomasz i lekcja malowania akrylami takiej właśnie spożywczej kompozycji. I proszę bardzo - moja wersja, tradycyjnie już w przekłamanych kolorach (w realu niebieskości tła są mniej zjadliwe i zawierają sporo różnych odcieni, od ultramaryny i cyjanu, przez turkus, do zieleni rozmaitych, które na zdjęciu zniknęły):



Rozmiar A3 (30x40cm), korzystałam tym razem z gotowego podobrazia płytowego (płótno naciągnięte na płytę pilśniową).

Kompozycja z dynią była malowana przez pana Tomka i panią Darię w dwóch wersjach, barwnej w dziennym oświetleniu i walorowej w sztucznym świetle. Obejrzałam oba filmy, malowałam głównie według tej bardziej kolorowej, "dziennej" wersji .




Co mi się w tym obrazku i w pracy nad nim podobało? Przede wszystkim intensywne kolory i kontrasty. W życiu tak nie malowałam! Moje obrazki zawsze były stonowane, pastelowe lub monochromatyczne, spokojne... Nie zawsze było to zaletą, a ja nie umiałam sobie poradzić z mocnymi kolorami, obrazy mi się spłaszczały. Malując tę martwą naturę, czy choćby ogród Mehoffera z poprzedniego wpisu, albo jeszcze wcześniejsze bodiaki Stanisławskiego, załapałam jaka jest technika malowania w ten sposób, jakie powinny być kolejne etapy barwnej kompozycji. Teoretycznie pewne rzeczy się niby wie, to są podstawy malowania! Ale w praktyce nikt dotąd tak krok po kroku nie pokazał mi jak się to robi. W połowie obrazu nie wierzyłam, że coś sensownego z tego będzie. Ale tak samo było z innymi obrazkami malowanymi z panem Tomaszem. Tym razem już wiedziałam, że chociaż to wcale tak nie wygląda, to na koniec będzie naprawdę martwą naturą z dynią :). 

W trakcie lekcji dostajemy zawsze ogromną dawkę praktycznych porad. Po raz kolejny na przykład usłyszałam zdanie, że puste przestrzenie należy traktować jak przedmioty, zauważać ich kształty, barwy, położenie względem pozostałych elementów. I jak się to jeszcze praktycznie przećwiczy, namaluje tak jak robi to nauczyciel, to zapada to w pamięć, zostaje w głowie. I w rezultacie ułatwia malowanie :).

Nadal nie jestem zadowolona z przestrzenności moich malowanek, a raczej braku tej przestrzeni, głębi, trójwymiarowości. Ta martwa natura była dobrą okazją do popracowania nad budowaniem bryły kolorami, ale moje postępy oceniam na tróję, tak mniej więcej. Toteż chciałabym namalować jeszcze kolejną naturkę, może tym razem z "żywych" modeli :). Tylko skąd ja na to czas wezmę, ech...




Moi mili, czasem piszę bardzo długie posty, ale ostatnio mam taki natłok przeróżnych spraw, że ledwo udaje mi się wykroić trochę czasu na malowanie, a na pisanie już go niemal wcale nie zostaje. Tak więc wybaczcie, na razie wpadam tak tylko na moment, żeby dać znać co porabiam :). Nawet kilka dni urlopu niewiele dało, bo ogród wymagał pilnej interwencji i takie tam jeszcze remontowe zamieszanie. Nie dość, że w domu rozgardiasz, to jeszcze syn remontuje sobie mieszkanie po dziadku i oczywiście wszyscy jesteśmy w to w jakimś stopniu zaangażowani.

Ale za parę dni będzie nowy obrazek!

:)))

*****


poniedziałek, 26 października 2020

W ogrodzie Mehoffera.

Moi mili stali Zaglądacze na pewno już wiedzą: to kolejny temat malowany razem z panem Tomkiem Wełną i panią Darią Rzepielą, tym razem - inspirowany obrazem Józefa Mehoffera.

Niestety nie udało mi się zrobić lepszego zdjęcia, mój dogorywający aparacik odmówił współpracy i wypluwał tylko takie nieostre potworki - a mimo wszystko chciałam podzielić się z Wami efektem mojego weekendowego tworzenia.


Oryginalny obraz Mehoffera (przedstawiający jego własny dom i ogród w Jankówce) - namalowany farbami olejnymi, ma wymiary 51,5 x 68,5 cm, mój - namalowany akrylami, ma wymiary 50 x 60cm, ciutkę inne proporcje, więc musiałam też odrobinę pokombinować, żeby jakoś zmieścić wszystko co najważniejsze na tym obrazie. A dzieje się na nim sporo!

Tak wygląda oryginał, którego zdjęcie zapożyczyłam z portalu "Niezła sztuka", gdzie można przeczytać ciekawy artykuł ilustrowany wieloma zdjęciami obrazów Mehoffera ("Ogrody Józefa Mehoffera"):



Lekcja malowania nie trwa aż tak długo, żebyśmy mogli dokładnie odtworzyć wszystkie szczególiki obrazu Mehoffera, no ale też nie taki jest cel tej nauki. Przyznam się jednak, że malowałam główne elementy (tak zwane tło, czyli podmalówka, niebo, dom, ścieżka i duże plamy zieleni) zgodnie z tym, co pokazywali państwo Daria i Tomek, ale później, przy detalach, przeszłam już na własny tryb :). Podoba mi się efekt, jaki osiągnęli nasi nauczyciele malując w ekspresowym (jak dla mnie) tempie, z konieczności zresztą upraszczając go znacznie, ale sama wolę to robić wolniej, precyzyjniej. Prawdopodobnie to kwestia wyczucia i doświadczenia, których jeszcze mi sporo brakuje, więc takie intuicyjne, impresjonistyczne malowanie nie do końca mi odpowiada. 

W pewnym momencie myślałam, że nic z tego nie będzie, ale ostatecznie jestem zadowolona z rezultatu. Nie jest to temat ani obraz moich marzeń, ale z każdym takim ćwiczeniem uczę się czegoś nowego. Samo poznawanie właściwości akryli bywa zaskakujące. Wciąż zadziwia mnie jak te farby gasną, tracą blask po wyschnięciu. Farby olejne w zasadzie nie zmieniają nasycenia, natomiast akryle ciemnieją, stają się mniej intensywne. To powoduje, że trzeba malować większymi kontrastami, żeby obraz nie był płaski i mdły. No i nie ma takiej możliwości mieszania kolorów bezpośrednio na obrazie jak w olejach. Po kwadransie farba jest zaschnięta. W olejach - można wrócić do obrazu na drugi dzień i łagodnie łączyć wcześniejsze plamy barwne z nowymi, uzyskując łagodne przejścia. Dla jednego to zaleta, dla kogoś innego - wada. Ale warto mieć tego świadomość. Po prostu maluje się tymi farbami inaczej.

 I jeszcze raz moja wersja:


Najbliższy plan to martwa natura z dyńką :). Konsekwentnie oswajam akryle, taki jest plan. Dopóki mam co wybierać z lekcji pana Wełny - wybieram akryle, żeby trzymać się jednej techniki. Ale jest jeden obraz olejny, który też koniecznie muszę namalować, wiec jakoś wcisnę go do harmonogramu :). 

*****



piątek, 16 października 2020

Bukiet róż.

Chyba polubiłam akryle :). Co prawda uważam dzisiejszy obrazek za lekką porażkę, bo moje róże bardziej przypominają piwonie albo jakieś chryzantemy, no i w ogóle trochę za długo przy nich dłubałam, co niewątpliwie widać, ale to jednak porażka pożyteczna, bo przecież się na niej też uczę. 

Obrazek malowany oczywiście z panem Tomkiem Wełną. Jak zobaczyłam film z tą lekcją - w środku nocy, kiedy miałam już wyłączać komputer - to wiedziałam, że zaraz na drugi dzień będę malować te przepiękne kwiaty! Od razu spodobał mi się kontrast bladożółtych płatków i ciemnoszarego, niemal grafitowego tła. Cudne kolory! U mnie może nie do końca tak samo, (chociaż w realu mniej niebiesko niż na zdjęciu, wyszedł mi bardziej taki brunatny grafit), ale już załapałam jak te szarości mieszać, a z żółtym trzeba mi chyba więcej odwagi i będzie dobrze :). 

Szczerze mówiąc od tygodnia wahałam się, czy pokazać to arcydzieło tak jak jest, czy najpierw poprawić, ale obawiam się, że jak zacznę poprawiać, to znowu namaluję coś całkiem innego :). A więc pokazuję, a poprawiać będę później, jak obrazek odleży swoje na szafie :))).

Dwie wersje oświetlenia (rozmiar obrazka A3 - około 30x40cm):



Jak wiecie z poprzedniego wpisu ("Żurawie"), zdarza mi się malować na innych obrazach, czasem nawet cudzych, częściej jednak na własnych. Tym razem było podobnie i jesienne róże powstały na podłożu z malw z tego posta - "Jeszcze raz malwy". Malwy były jednak całkiem nieudane. Najpierw zamierzałam je tylko poprawić, przemalować fragmenty, ale w końcu doszłam do wniosku, że nie będę ich ani siebie męczyć, na te kwiaty jeszcze przyjdzie czas i zrobię je od nowa, a teraz namaluję na tym coś całkiem innego. Akurat moje oko padło na filmik pana Tomka z tym ślicznym różanym bukietem. Moim zdaniem ten obrazek, mimo wszystko, wyszedł mi znacznie lepiej niż tamte malwy. 

Poniżej zdjęcie oryginalnego bukietu oraz obrazu pana Tomka (ze strony Pracowni OKO):



Jeśli chodzi o moją wersję, to najbardziej jestem zadowolona z dolnej części wazonika - mam wrażenie, że udało mi się "zrobić szkło". No w każdym razie zwracam teraz uwagę na coraz więcej drobnych kwestii, co na pewno moim obrazkom wyjdzie na zdrowie. Dawniej za bardzo się śpieszyłam z malowaniem, nie poświęcałam uwagi wszystkim blikom, załamaniom światła, zmianom nasycenia koloru w obrębie jednej plamy, równowadze ciepła i zimna itd. 

Szykujcie się na kolejne moje malowidła akrylowe, bo zaczęło mi się to podobać :). Już przygotowałam podobrazia, dokupiłam kilkanaście nowych kolorów i podstawowe w dużych tubach, bo w "cudownym kuferku" był tylko zestaw startowy 12 kolorów w malutkich tubkach, większości z nich już nie mam. Jednym słowem - ten kuferkowy zestaw to była taka przynęta, która, jak widać, chwyciła :))). Bo przecież wcześniej w ogóle nie malowałam akrylami!

Zamówiłam też specjalny papier do akrylu, żeby spróbować, jak się na tym będzie malowało.  Mam co prawda jeszcze kilka płyt pilśniowych z odzysku, na których bardzo lubię malować, ale to są większe rozmiary, więc szkoda mi ciąć, bo za chwilę przejdę chyba z malowaniem akrylami właśnie do tych większych gabarytów :). Dawniej w ogóle malowałam duże obrazy, no może średnie, ale 50x60cm to było absolutne tyci-tyci-minimum. Potem jakoś nagle przeszłam na A4-A3... Ale rozmalowałam się ostatnio i te maleństwa już mnie męczą, potrzebuję większej powierzchni. Będzie się działo!

Natomiast z planowanych przymiarek do pasteli olejnych nic nie wychodzi, bo jakoś nie mogę się do nich przekonać. Co wyjmę pastele, odpalę sobie któryś z filmów pana Tomka - to robi mi się w środku jakaś blokada, no odrzuca mnie po prostu. Nie pasuje mi ta technika i już. Może jak się trochę znudzę akrylami to wrócę do tematu. Miałam tak z żurawiami z poprzedniego wpisu - robiłam kilkanaście zupełnie jałowych podejść, patrzyłam tylko w płótno z pustką w głowie i kompletnie nie miałam pomysłu od czego zacząć. Niby prosta rzecz - jest zdjęcie, są farby, nawet szkic zrobiłam od razu... a jakoś nie mogłam ruszyć z malowaniem. W międzyczasie narysowałam mnóstwo rzeczy cienkopisami, żelopisem, kredkami, malowałam akwarelami, a żurawie nie mogły się zmaterializować... Wreszcie jak się odblokowałam, to namalowałam je w jeden dzień. Z pastelami olejnymi trochę inna sprawa, bo nie podeszła mi w ogóle sama technika, więc nie chodzi tu o temat obrazka, bo tych jest sporo do wyboru. No nic, dam sobie na razie spokój, może muszą swoje odleżeć.



A póki co maluję akrylami z panem Tomkiem i panią Darią z Pracowni OKO. 

W planie tematy (podlinkowałam do konkretnych filmów na stronie Pracowni OKO) - Paryż z wieżą Eiffela, uliczka południowego miasteczka, pejzaż morski według Moneta, kwitnący ogród Mehoffera, wiosna w Tatrach, inna wiosna w Tatrach, ogród Moneta w Giverny, lampart, martwa natura z dynią, może coś jeszcze... Ale oczywiście będę także próbować malować własne tematy :). Na ten weekend ostrzę sobie zęby i pędzle na ogród Mehoffera - to będzie trochę większy od róż obraz z masą szczególików. Wisi nade mną co prawda widmo przenosin gratów z jednego pokoju do drugiego, w związku z ciągnącym się na raty remontem w domu, więc nie wiem czy moje artystyczne plany nie wezmą w łeb...

Kusi mnie też martwa natura z dyńką, bo mam już dla niej upatrzone miejsce nad stołem w kuchni. I jakieś kwiaty jeszcze koniecznie, bo lubię kwiatowe motywy...

Tak więc - widzimy się wkrótce!

***** 


niedziela, 4 października 2020

Żurawie.

No, w końcu... Napomykałam już kilka razy o obrazie olejnym, który kończę, ale trwało to tak długo, jakbym szykowała pełnowymiarową kopię "Bitwy pod Grunwaldem"... Więcej było myślenia i odkładania, niż malowania. Ale wreszcie się za niego zabrałam i mogę powiedzieć, że - jest. Bo czy skończony, to sprawa dyskusyjna, no ale sprawa ciągnie się za długo i czas położyć temu kres. Parę ptaków i jednolita połać w tle, wielkie mi co... Co najśmieszniejsze, to tak naprawdę ja ten obraz namalowałam w jedno popołudnie. Wcześniej przez blisko rok była tylko podmalówka i szkic. Po prostu nie mogłam się za niego zabrać, miałam jakąś blokadę wewnętrzną. Tak więc koniec i kropka, więcej do tego obrazka wracać nie będę. Co nie znaczy, że innego z tym tematem nie namaluję, może akwarelą albo akrylami, które ostatnio zaczynam lubić?

Zeszło mi jeszcze trochę z próbami sfotografowania tego dzieła tak, żeby kolory były w miarę realne, ale w końcu się poddałam. Mój aparat dawniej wszystko zniebieszczał, teraz żółcie biją po oczach dla odmiany. W dodatku w nowym komputerze pogubiłam się z edycją obrazów... No na razie nie mam siły  z tym walczyć, tak więc jest jak jest, kolory zinterpretowane przez mój aparacik (też muszę w końcu dziadka wymienić!).


To teraz poopowiadam, bo z tym mi chyba lepiej idzie :))). Najpierw będzie rys historyczny :). Otóż wczesna historia mojego malowania, od matury mniej więcej - to oleje, oleje, oleje. Wcześniej, w czasach szkolnych, były tempery i rysunek tuszem, ale jak poznałam malarstwo olejne, to wszystkie inne techniki przestały dla mnie istnieć. Inna rzecz, że wkrótce zaczęło się tak zwane normalne życie - i malowanie coraz bardziej znikało z planu dnia. Przytłoczyły mnie obowiązki, zaczęła się praca, rodzina, dzieci, dom... Znacie to? No i na długie lata w zasadzie przestałam malować. A teraz, kiedy wróciłam do swoich ulubionych zajęć, zaczęłam odkrywać akwarele, cienkopisy, akryle i inne cuda. Gdzieś tam w międzyczasie pojawiały się tematy, które chciałabym namalować w oleju, ale te nowe techniki pochłaniały cały mój wolny czas. O olejach więc zapomniałam...

Ostatnio jednak zaczęłam robić porządki ze swoim życiem, ustawiać priorytety. Bo dzieci odchowane, emerytura za progiem, mogę zwolnić, przestać gonić, zająć się przyjemnościami. Bo jak nie teraz, to kiedy? 

I okazało się, że mogę wygospodarować sobie tego wolnego czasu znacznie więcej, niż mi się wydawało. Bo wiadomo, że robotę to sobie człowiek zawsze znajdzie, zwłaszcza w domu ciągle jest coś do zrobienia, o ogrodzie to nawet nie wspomnę... Ale ogród nie jest moją pasją, owszem ogarniam go, czasem nawet znajduję w tym przyjemność, ale nie chcę całego życia poświęcać na kopanie ziemi, plewienie, przycinanie krzaków, przesadzanie kwiatków, nawożenie, opryskiwanie, podlewanie itd. W domu przestałam się przejmować bałaganem (mój mąż ma rodzinną ksywkę "czynnik chaosu", więc i tak trudno za nim nadążyć, a zmienić się już nie da), ogarniam z grubsza, tak żeby kurz nas nie zabił, a na resztę przymykam oko. Dawniej stale latałam ze ścierką, ale w końcu wrzuciłam na luz. Przyszedł czas na malowanie, znalazł się więc i czas na powrót do olejów.


Temat żurawi porwał mnie z siłą wodospadu dobrych kilka lat temu, kiedy trafiłam na fotograficzno-przyrodnicze blogi z Warmii, z doliny Biebrzy... Żurawie i łosie. Przecudowne zdjęcia i niesamowite opowieści z obserwowania przyrody, zwłaszcza pana Wojciecha Gotkiewicza i jego żony. Mogłam czytać i oglądać godzinami. I ciągle kusiło mnie, żeby namalować... I z tych właśnie zdjęć wziął się ten obraz. 



Wymiary 50x60cm, olej, płótno na blejtramie. Malowałam farbami Dealer&Rowney i Mont Marte, bo chociaż D&R mam 36 kolorów, to się okazało, że warto się wspomóc tymi z MM. Od razu zauważyłam różnicę - DR są gęste, dodawałam odrobinę medium, natomiast MM - rzadsze, można malować samą farbą.

Ale historia tego obrazu ma jeszcze drugie dno...

Opowiadałam niedawno o podobraziach, na jakich maluję akrylami... Nie jestem wybredna co do podłoża, na którym maluję, nie zastanawiam się nad tym, ile wieków moje dzieło przetrwa, ważny jest sam moment malowania, więc liczy się nie tyle trwałość, co komfort malowania i ewentualnie efekt w postaci faktury podobrazia, widocznej później na powierzchni obrazu. Lubię natomiast podłoża stabilne, sztywne. Dlatego chętnie maluję na desce lub płycie. Jednak ten obraz z żurawiami powstał na płótnie naciągniętym na krosno czyli blejtram. Bo miałam takie właśnie podobrazie w domu, bo... wcześniej na tym płótnie był inny obraz... 

No tak, teraz dowiecie się o tajemnicy rodzinnej ;). Otóż jakiś czas temu mąż dostał w prezencie obraz, który mu się kompletnie nie spodobał. Nikomu z krewnych i znajomych zresztą się nie podobał. Trochę powisiał gdzieś w kącie, ale że darczyńcy u nas nie bywają, to w końcu mąż zadecydował, że nie chce obrazu oglądać i poprosił mnie, żebym coś innego na tym cudzie namalowała. Pomyślałam sobie - gorzej nie będzie, to co mi szkodzi :). I od tego zaczęła się myśl o powrocie do malowania olejami, bo tamten obraz był olejny, więc malować na nim bez jakichś szczególnych zabiegów można w zasadzie tylko olejami.

Ale żeby swobodnie malować, trzeba obraz wyjąć z ramy. Arcydzieło wyżej wymienione było bardzo porządnie oprawione, łącznie z zaklejeniem od tyłu eleganckim papierem, co już obudziło moją czujność i pewne podejrzenia, bo kto i po co to robi... Papier trzeba było oczywiście zedrzeć. No i się wykryło! Jak się okazało, obraz był darem przechodnim. Z tyłu (na spodniej stronie płótna) miał wypisaną dedykację autora dzieła - dla osoby, która następnie to kukułcze jajo podrzuciła mojemu mężowi :))). Tak więc pod moim obrazem z żurawiami jest inne dzieło. A w sumie to ciekawe, czy pod tamtym też czegoś jeszcze nie było :))). 

Zapytałam męża czy chce jakiś bukiet kwiatów (bo, jak przystało na prawdziwego faceta, który w poprzednim wcieleniu był kobietą, lubi takie kwiatkowe motywy), czy pejzaż z żurawiami. Bo wiedziałam, że te żurawie to ja kiedyś namaluję na pewno. Zdziwiłam się, bo stawiałam na kwiatki, ale od razu wybrał żurawie. No to są.

*****


poniedziałek, 28 września 2020

Ważka.

Oczywiście to kolejny temat lekcji z doktorem Tomaszem Wełną. 




Lekcja odbyła się jakiś czas temu, ale dzisiaj sobie ją odtworzyłam, ponieważ akurat zbiegły się dwie okoliczności - właśnie odgrzebałam ten film w archiwum strony Pracowni OKO, a równolegle znalazłam w naszym ogrodzie zimowym zasuszoną ważkę... nieco nawet "przeterminowaną", bo straciła swoje naturalne kolory. Jak się tam znalazła i co było przyczyną jej śmierci - tego się nie dowiemy... Zdarza się dość często, że do naszego ogrodu zimowego wpadają zabłąkane owady i niekiedy nie potrafią znaleźć drogi wyjścia, najczęściej zaplątują się w lamelki żaluzji, albo z jakiegoś innego powodu dokonują żywota pośród roślin doniczkowych. Jak przyuważymy stworzonko żywe, to wyłapujemy i wynosimy. Pszczółki, motylki, nawet pająki. Ważki odwiedzają nas często, bo mamy oczko wodne z wieloletnią biocenozą, stworzonek wszelkiej maści uwija się tam mnóstwo, zarówno w samej wodzie jak i wokół niej. 
...no i ta znaleziona mumia ważki natchnęła mnie do rysowania przy filmie pana Tomasza.





Ostatnio pokazuję Wam takie różne obrazki, które może nie są moją dumą, ale stanowią zapis ćwiczeń w malarstwie i rysunku. Oczywiście najchętniej marzę sobie o dużych i bogatych w treść i formę obrazach wychodzących spod mojego pędzla, widzę je nawet całkiem dokładnie w moich fantazjach, ale bądźmy szczerzy - w praktyce nawet z małymi obrazeczkami często mi nie idzie... Więc zamiast marzyć, trzeba się wziąć do roboty i ćwiczyć, ćwiczyć...! Nie zawsze mam czas, ale staram się jak najczęściej siadać w moim twórczym kąciku i codziennie coś tam przynajmniej naszkicować, albo jakiś kawalątek czegoś namalować. Bardzo dużo daje mi też samo oglądanie i słuchanie lekcji pana Tomasza i pani Darii, oboje przekazują ogrom niezwykle ważnych informacji, przydatnych w nauce rysowania i malowania (i nie tylko!).
Bardzo się cieszę, że trafiłam na stronę Pracowni OKO, aż się dziwię, że takich miejsc w sieci jest jak na lekarstwo, przynajmniej jeśli chodzi o strony polskojęzyczne. Widocznie artystów z talentem dydaktycznym mamy w Polsce niewielu (albo im się nie opłaca...). W moim mieście do niedawna nie było w ogóle takich miejsc, gdzie dorośli ludzie mogliby rozwijać swoje malarskie pasje pod okiem dobrego nauczyciela. W ostatnich latach pojawiły się dwa takie ośrodki, ale z różnych powodów nie odpowiadały mi. Albo środowisko samych emerytów (-ek), co jakoś mnie nie pociąga, albo przygnębiające miejsce i osoba prowadząca pozostawiające sporo do życzenia... Może ja za bardzo grymaśna jestem? No ale w każdym razie Pracownia OKO jest dla mnie miejscem idealnym! Lekcje nieustająco mnie zachwycają! W dodatku nie ograniczają mnie godziny czy problemy komunikacyjne, bo wystarczy włączyć komputer, wybrać dowolny film, kliknąć enter i voila!

Przymiarka do białego passe-partout. Wybrałam jednak czarne.



Wracając do ważki... Pan Tomasz pokazywał rysowanie owada stalówką i tuszem, ja sobie ułatwiłam korzystając z cienkopisów. W dawnych czasach rysowałam tzw. piórkiem, czyli właśnie stalówką na obsadce maczaną w tuszu kreślarskim, bo była to epoka we wczesnej fazie wynalezienia pisaków i takich ekstra cienkopisów jak są teraz - wówczas jeszcze nie było. A  że rysować tuszem lubiłam, to szybko przyzwyczaiłam się do tego niełatwego narzędzia do tego stopnia, że potem ciężko mi było przestawić się na cienkopisy. Uważałam je za narzędzia nieprofesjonalne :). W pewnym momencie jednak zrobił się problem, bo z chwilą ekspansji pisaków porządne "piórka" zniknęły z rynku. Czasem nawet w sklepie plastycznym nie wiedziano za bardzo o czym ja mówię, pytając o piórko czy artystyczną stalówkę do tuszu. Tak więc z czasem przestawiłam się na cienkopisy i w końcu tak je polubiłam, że teraz ciężko mi nawet pomyśleć o powrocie do stalówek. Prawda jednak jest taka, że to zupełnie inny rodzaj rysowania, chociaż na pozór efekt identyczny. W trakcie tej lekcji napatrzyłam się na staranne pociągnięcia piórem w wykonaniu pana Tomasza i... chyba kolejne zamówienie w sklepie plastycznym powiększy się o obsadkę z angielską stalówką :). Jest coś magicznego i szlachetnego w takim tradycyjnym rysunku tuszem z kałamarza...

Tymczasem jednak ważka została narysowana cienkopisem. To miała być najprostsza sprawa w tym obrazku. Ale coś mi się pokiełbasiło z segmentami kadłuba. Więc rysowałam dwa razy. Drugi raz też nieidealny. Mogłam machnąć ręką po pierwszym razie, bo kto mi będzie liczył ile jest tych segmentów czy pasków na kadłubku, niby nie takie to istotne, ale właśnie te drobne elementy składają się na podobieństwo do modela czyli zdjęcia referencyjnego. Wszyscy malują według tego samego zdjęcia, a każdemu jakoś inaczej ta ważka wychodzi. Oczywiście panu Tomaszowi najbardziej realistycznie. Ale posłuchajcie tej lekcji, to zobaczycie jaki ogrom wiadomości o budowie (i zwyczajach) ważek przekazał nam pan Tomek. Jak się wie dokładnie jak zbudowany jest obiekt, to się go nie rysuje "po omacku", tylko ze świadomością jak poszczególne elementy powinny wyglądać i łączyć się ze sobą. Po to właśnie wielu artystów dogłębnie studiuje anatomię lub botanikę.
 



Jak się uporałam z rysunkiem, nastąpił równie interesujący etap malowania akwarelą. Niby nic takiego niezwykłego, z grubsza wiem, jak się akwarelami maluje, ale zobaczyć przy pracy prawdziwego artystę, to zupełnie inna bajka. Kiedy przyglądałam się, jak powoli, starannie i delikatnie pan Tomasz prowadzi pędzel z odrobiną farby, jak buduje trójwymiarowy korpus owada, nanosząc kolejne cieniusieńkie warstwy koloru - zrozumiałam, że moim częstym błędem jest pośpiech. Nie przykładam się wystarczająco uważnie do stopniowania natężenia barw i do malowania warstwami, co w akwareli jest niezwykle istotne. A druga sprawa to tło. Czasem maluję akwarelą tylko obiekt główny, natomiast nie przywiązuję wagi do tła, pomijam je zupełnie, albo ledwo zaznaczam jakąś monochromatyczną plamą. A tymczasem tło jest bardzo ważnym elementem, potrafi całkowicie odmienić nasz obraz!

Nie wiem jeszcze, co Wam zaprezentuję następnym razem, bo warsztat artystyczny zaczyna mi się rozrastać, co mnie zresztą cieszy i nakręca :).  Trochę rysuję, trochę maluję z panem Tomkiem i panią Darią, zrobiłam też kilka szkiców do własnych obrazów (jeden olejny w zasadzie chyba mogę już pokazać światu) i jeszcze naszło mnie na zupełnie inne wytwory, takie tam niewielkie kolażo-instalacje... Równolegle mam w domu kolejny remont, a właściwie przemeblowanie, więc jest okazja do szaleństw dekoratorskich. Kasy na to nie chcę przeznaczać, bo są inne priorytety, wiec tym bardziej tworzę sobie różne własnoręczne dłubanki :). 

*****




niedziela, 20 września 2020

Jeszcze raz malwy.

Z rozpędu namalowałam jeszcze jedne malwy. Ale to nie był dobry pomysł, a w każdym razie niezbyt dobrze przygotowany. Miało być spontanicznie, ale malowanie z wyobraźni nie było nigdy moją mocną stroną. Następnym razem muszę poszukać modeli, albo przynajmniej jakieś zdjęcie sobie postawić na widoku.



W tym miejscu będzie dygresja z innej beczki, w związku z samym procesem pisania tego posta. Piszę i się wkurzam na nowego bloggera. Przy pierwszych trzech zdaniach trzy razy musiałam ponawiać ustawienia czcionki i wyrównania tekstu. Blogger wie lepiej, jaki tekst mi się podoba. Upiera się przy czcionce Times zamiast Arial i wyrównuje mi do lewej, zamiast wyjustować, tak jak lubię. On wie lepiej. 
Nie podoba mi się przycisk "opublikuj" tak łatwy do znalezienia i puszczenia w ruch, że można go pacnąć całkiem przypadkiem i niechcący. Natomiast opcja zapisu jest ukryta pod bladym przyciskiem podglądu, który trzeba rozwinąć i dopiero można wybrać "zapisz". To jest nawigacja przystosowana dla nastolatek, które z telefonu co kwadrans puszczają w świat foty z zawartością kosmetyczki, talerza, szafy i kto wie czego jeszcze.
Ja mam zwyczaj przed publikacją sprawdzić tekst, obejrzeć wygląd całości itd. I tak czasem coś przeoczę, no ale się staram. A nowy blogger jest dla tych, co nie chcą się starać.
Rozmyślam nad migracją do wordpressa, ale tak szczerze - nie wiem jakie tam się czają zasadzki :). Muszę najpierw zbadać grunt.

Tutaj malwy z malowanymi wcześniej bodiakami - oba obrazki malowane akrylami na podobraziach (płótno na blejtramie), rozmiary 30x40cm. W realu ździebko lepiej te kolory wyglądają :).



Jakoś znowu płasko mi to wyszło, ale kładę to na karb malowania z wyobraźni. Zrobię jeszcze jedno podejście do tematu, a że malwy raczej przekwitły, to poszukam jakiegoś zdjęcia do inspiracji.

Poniżej - dla porównania - przypominam moje poprzednie malwy, malowane z panem Tomkiem i panią Darią z pracowni OKO:


Ten obrazek był malowany na płycie MDF. A ponieważ Luna pytała mnie o mój sposób gruntowania takiej płyty, to powtórzę tutaj ten prosty i niezawodny przepis, bo może się komuś jeszcze przyda. 
Od niepamiętnych czasów gruntuję płótna, płyty i tektury w ten sam sposób, z niewielką tylko modyfikacją. Dwie rzeczy są potrzebne: klej i farba emulsyjna.

Na początku przygody z farbami olejnymi nauczyłam się co prawda uczciwego, solidnego gruntowania pierwszej warstwy przy pomocy kleju kostnego (którego przygotowanie jest istną masakrą). Później dowiedziałam się, że znacznie prościej jest zastąpić klej żelatyną. Żelatyna (albo klej) zakleja dziurki w płótnie, usztywnia je i dodatkowo odrobinę jeszcze napina, dotyczy to zwłaszcza płócien lnianych. Tu jako ciekawostkę dodam, że zaczynałam malować w czasach, kiedy trzeba było samemu sobie płótno naciągnąć na blejtram (krosno) i mogę udzielić instrukcji jak się to robi, żeby było lepiej niż fabrycznie :). Natomiast w przypadku innych podłoży klej/żelatyna tworzy przede wszystkim pierwszą warstwę impregnującą, zapobiegającą nadmiernej absorbcji farby przez płytę czy tekturę.

Dzisiaj zamiast żelatyny stosuje się na klej, na przykład Wikol. Smarujemy płótno czy płytę tym Wikolem. W przypadku "pijącego" podłoża, jak płyta czy tektura, trzeba to zrobić dwa razy przynajmniej, dobrze jest także przekleić drugą stronę (tył), co zapobiega wyginaniu się płyty. Ja klej minimalnie rozcieńczam, żeby lepiej scalił się z podłożem.

Druga warstwa gruntu to nieodmiennie od lat najzwyklejsza farba emulsyjna, taka do ścian. Zawsze po remoncie coś zostaje, to się ta resztka akurat przydaje do gruntowania. Kolor nie ma znaczenia, chyba że zależy nam na jakimś konkretnym w charakterze podmalówki.

Nie ma sensu babrać się z klejem kostnym, ani inwestować w drogie gessa (specjalne gotowe preparaty do gruntowania). Pierwsze moje obrazki olejne powstały lat temu... ekhm... czterdzieści! Jeden z nich, malowany olejami na twardej płycie pilśniowej, mam do dzisiaj i nic kompletne się z nim nie dzieje, a poniewierał się przez lata w różnych niesprzyjających warunkach. Proszę bardzo, to moje młodzieńcze dzieło (olej na płycie pilśniowej 55x65cm), nie nadgryzione zębem czasu ani żadną erozją (w realu trochę mniej żółte):




Tak że spokojnie polecam ten sposób gruntowania, wnuki jeszcze będą wieszać na ścianach Wasze obrazy, bez potrzeby wzywania konserwatora zabytków :).

*****


czwartek, 17 września 2020

Malwy.

Po bodiakach Stanisławskiego (tutaj) kolej na malwy. Tym razem jest to jedynie inspiracja dziełem mistrza, odbiegająca znacznie od oryginału, ale z zastosowaniem jego swobodnego stylu malowania. Przy bodiakach chodziło głównie o naukę łączenia barw, uzyskiwania całej palety pożądanych kolorów z trzech tylko podstawowych, natomiast malwy były pretekstem do wyluzowania się przy malowaniu, nabrania większej swobody, lekkości, malowanie plamą, bez wdawania się w cyzelowanie szczególików botanicznych. 

Moja wersja malw powstała podobnie jak bodiaki - równolegle do obrazu tworzonego przez pana Tomasza i panią Darię. Swoją drogą - bardzo mi się podoba takie wspólne malowanie przez nich, widzę jak powstaje obraz, ale też przy okazji słucham wymiany zdań, pomysłów, to wszystko razem jest bardzo inspirujące i pouczające.



Obrazek namalowany akrylami na zagruntowanej płycie MDF, rozmiar 30x40cm.

Wyszło jak wyszło, w dodatku prawdziwe kolory nie dały się uchwycić ani w dziennym ani w sztucznym oświetleniu, tak wiec widzicie tu wersję kolorystyczną w swobodnej interpretacji mojego aparatu :). Nie wspominając o zamgleniu to nie wiem jeszcze, skąd te jaskrawe żółte plamy na przykład? Na moim oryginalnym obrazku ledwo je widać, bo całe tło jest w rozbielonej żółci, cytrynowej z lewej strony, przechodzącej w jasną ochrę na prawo, a zieleń też ma więcej odcieni...

No, ładne rzeczy! - muszę Wam opowiadać o kolorach, zamiast je porządnie pokazać... Tak się jednak złożyło, że od niedawna walczę z nowym komputerem i dodatkowo jeszcze z nowym bloggerem - i powiem szczerze: niech to szlag trafi! Jak ja nie cierpię tych wszystkich wymyślnych fajerwerków i wodotrysków, które są przydatne dla może raptem 10% użytkowników, a dla zdecydowanej większości są kulą u nogi! To co potrzebuję mieć pod ręką, to gdzieś poukrywane, a niepotrzebne pierdoły plączą się pod ręką i zajmują pół ekranu. Wrrr...!
W każdym razie - miałam ten post wrzucić w miniony weekend, ale techniczne komplikacje opóźniły sprawę. Oberwało się informatykowi, który mi zachwalał i wcisnął ten komputer, natomiast co do bloggera, to się poważnie zastanawiam, czy się z nim nie pożegnać i może lepiej będzie stworzyć sobie trochę bardziej niezależną stronę.

Ale wracając do malowania...

Po tamtym obrazie z bodiakami celowo szukałam w lekcjach na stronie Pracowni OKO takiej, w której będzie malowanie akrylami. Chciałam pogłębić świeżo nabytą umiejętność posługiwania się tymi farbami. A ponieważ malarstwo Stanisławskiego nieustannie mnie zachwyca, to wybrałam właśnie ten film, z jego kolejnym obrazem.
Tutaj link do filmu - MALWY
A tutaj zdjęcie oryginalnego obrazu "Malwy" Jana Stanisławskiego, który - przypominam - był jedynie inspiracją, więc na pierwszy rzut oka nie przypomina tego, co stworzyliśmy w trakcie zajęć:





...oraz praca wykonana wspólnie przez pana Tomasza i panią Darię (screen ekranu):


Z tych trzech prac najbardziej podoba mi się obraz państwa Darii i Tomasza, chociaż w trakcie lekcji miałam obawy, do czego te eksperymenty doprowadzą - na przykład malowanie akwarelą po akrylach, rzecz niesłychana :))). Ja sobie odpuściłam te akwarele, ale też za dużo dziubdziałam przy tym obrazku, jak to ja zwykle, niestety... 

Moje dalsze wrażenia z tych pierwszych doświadczeń z akrylami: początkowo przeszkadzało mi, że te farby nie łączą się tak ładnie z innymi plamami barwnymi na płótnie, jak oleje czy mokre akwarele. Wynika to z błyskawicznego niemal wysychania akryli. Z drugiej strony jednak - nie można mówić, że jest to wada tych farb, tylko taka szczególna właściwość, którą trzeba umieć wykorzystać. I tego właśnie się uczę. 

Przyznaję teraz, po tych dwóch obrazach (Bodiaki i Malwy), że ułatwia mi to malowanie plamami barwnymi i utrzymanie kontrastów, z którymi miałam zawsze problem. Mam skłonność do zagłaskiwania różnic, podświadomie staram się złagodzić przejścia tonalne, ostre granice światła i cienia, ciepła i zimna itd. Może komuś się podoba takie rozmyte malarstwo, ale dla mnie jest ono za mało wyraziste, brakowało mi w moich obrazach głębi. A do tego potrzebne są właśnie kontrasty. Myślę, że jestem już na dobrej drodze, chociaż to na pewno dopiero jej początek i sporo pracy przede mną :). 

*****