Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akwarele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akwarele. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 lipca 2023

Jesienny lipiec.

Wygląda na to, że pory roku mi się pomyliły, ale to chyba ten listopadowy półmrok w lipcowe południe tak na mnie zadziałał. 







Grzebałam w szufladzie szukając czegoś - i trafiłam na zapomniane metaliczne farbki Kuretake Gansai oraz cienkopisy różnych rozmiarów. I przypomniałam sobie o wizji obrazka w klimacie późno jesiennym... Niby nie na czasie, ale kto powiedział, że w lecie tylko kwiatki i plażę można malować. No i tak powstały dwa szybkie obrazeczki.





Tło - papier do mixmedia w kolorze piaskowym, rozmiar A4, użyte zostały czarne cienkopisy i metaliczna farbka w kolorze różowego złota, chociaż można by ten kolor podciągnąć pod miedziany (czyli baaardzo różowe złoto), a listopadowe zamglone słoneczko, jak na lipiec przystało - w perłowej bieli. Docelowo mają być oprawione w czarne passe-partout, a teraz na tym czarnym leżą, wbrew pozorom to nie jest granat, tylko mój aparat wie lepiej.

Pokazuję je w takich różnych kątach nachylenia, bo próbowałam jakoś uchwycić przynajmniej ten połysk, skoro same kolory zupełnie mi nie wychodzą na zdjęciach :).






Pejzażyki bardzo uproszczone, elementem bizantyjsko zdobniczym jest oczywiście ten blask złota, a raczej miedzi. Czasem mam takie napady sroczyzmu i wtedy lubię jak coś się błyszczy i złoci.



Na takie obrazki czarno-złote mam sporo pomysłów, ale najpierw muszę znaleźć dla nich zastosowanie. Bo na razie to tego typu twórczość występuje u mnie pod roboczą nazwą "chałturki". Ostatnio pojawiła się myśl, żeby popowieszać trochę tych moich wytworków w pracy... Bo ja się szykowałam na emeryturę, a tu dziecko moje własne rzuciło mi kłodę pod nogi, mówiąc, że może by ono tak weszło w ten biznes... ech... Więc w tej sytuacji - zamiast leżeć sobie pod gruszą na dowolnie wybranym boku - będę przez czas jakiś dalej zasuwać w robocie. Bo dziecko co prawda kiedyś u mnie już pracowało, ale z trochę innym nastawieniem, więc teraz trzeba je w różne sprawy jeszcze wprowadzić. W związku jednak z moimi wcześniejszymi planami emerytalnymi od pewnego czasu nie inwestowałam w firmę i biuro nieco się zapuściło, wołając o remont, a przynajmniej odświeżenie. Będziemy więc odświeżać i dekorować. Moimi dziełami. A co!

*****


niedziela, 21 maja 2023

Trojaczki. (AKTUALIZACJA)

Info dla tych co już ten wpis czytali: aktualizacja jest na końcu posta.



Lubię czasem wracać do starych tematów, namalować coś, co już kiedyś było, ale w jakiś nowy sposób, w innym ujęciu, albo kolorystyce. Tym razem, szperając w starych obrazkach, znalazłam dwa "orientalne" i poczułam nagłą potrzebę namalowania dalszego ciągu. Chodziło mi to po głowie zresztą już jakiś czas temu i wiedziałam, kiedyś powstanie kolejny obrazek, nawiązujący do tych dwóch - dla przypomnienia, pokazywałam je tutaj "Powiew orientu znad Tamizy" i tutaj "Orientalnie po raz drugi". Opowiadałam tam o tym, skąd wziął się pomysł namalowania czegoś akurat w takich klimatach oraz trochę ciekawostek o mandalach i lotosach.

To są te dwa poprzednie (jak widać - wciąż nie oprawione, leżą sobie po prostu w teczce rysunkowej):



W zależności od tego, na jakim sprzęcie oglądacie ten wpis (komputer, telefon), zdjęcia zwykle są albo przejaskrawione, albo wyblakłe, a tak naprawdę to jest coś pomiędzy :).

Przez chwilę rozważałam inną kolorystykę, ale ostatecznie zdecydowałam się na kontynuację tej mini-serii tak jak było, w dwóch kolorach: ultramaryna i umbra. 



Trochę się jednak skomplikowało, bo w momencie jak usiadłam do malowania, to się okazało, że ultramaryna wzięła i "wyszła". Nie ma, zero, null. Oczywiście, jak to zwykle bywa - weekend, wieczorowa pora, nie ma skąd wziąć brakującej farbki, a ja muszę, bo się uduszę. No więc pokombinowałam z cyjanem i karminem, niezupełnie mi ta ultramaryna wyszła taka jak powinna, więc dodałam trochę cyjanu we wszystkich obrazkach, żeby je delikatnie ujednolicić kolorystycznie. Jak się nie pilnuje uzupełniania tubek z brakującymi kolorami, to trzeba potem kombinować. No i niestety, nie jestem zadowolona, trzeba było powstrzymać dzikie chęci natychmiastowego malowania, skoro się nie sprawdziło zawczasu czy potrzebne kolorki są. Ech...

No i szyja Buddy jakoś tak niechcący zniknęła w toku podmalowywania ;) - można co prawda wymywać akwarelę, ale jakoś straciłam zapał do tego obrazka i już nie chciałam więcej kombinować.



W tej sytuacji dalszego ciągu to już na pewno nie będzie ;). Temat jakiś pokrewny to i owszem, bo, jak wiecie - lubię mandale, one będą kiedyś jeszcze na pewno, lotosy się pojawiają od czasu do czasu, a joga też jest mi bliska, więc coś w tym duchu tak, ale inny styl, technika itd. Zresztą - czas pokaże.



Akwarela, cienkopis. Rozmiar A3 (około 30x40cm).

I powiem Wam, że jak miałam potrzebę oderwania się od recyklingowych kolaży i stąd się urodził pomysł na taki obrazek, tak teraz już tęsknię za tekturkowymi wyklejankami i coś czuję, że będzie ich więcej :). Rodzina znosi mi różne ciekawe pudełeczka, kartoniki i tekturki - już wiedzą, że szkoda wyrzucić, bo może się to przyda do dzieła sztuki :))).




Z wieści ogrodowych: Dżemik od jesieni przekopał dokładnie wszystkie rabatki... Hmmm... nie wiem tylko, dlaczego nie przerył zagonka pokrzyw, które się rozpleniły w okolicy hortensji? Pokrzywy zostały zatem wykarczowane przez człowieka i się suszą. Będziemy robić herbatki. Bo na robienie gnojówki do podlewania nie mam czasu, siły i ochoty. Herbatki będą też z kwiatostanów lilaka, może uda mi się przeprowadzić fermentację w tym tygodniu i zrobić fotorelację, to podam przepis.

Mówi się, że albo ma się psa, albo ogród. Ciężko to pogodzić, to fakt, zwłaszcza jak pies młody i rozsadza go energia. Tak więc nowych nasadzeń tej wiosny nie ma, żadnych delikatnych roślinek i ogrodowych rarytasów. Może kiedyś... Na razie cieszą mnie moje własne sadzonki lawendy, które wreszcie się przyjęły, po dwóch latach prób. Wyhodowane w skrzynkach na balkonie, poza zasięgiem Dżemikowych łapsk. Moja odmiana ma długie, przewieszające się pędy, kwitnie bardzo obficie i długo, po letnim cięciu drugi raz aż do przymrozków.  W sklepach takiej nie spotykam, więc chciałam rozmnożyć moje krzaczki, bo mają już ponad 20 lat i boję się, że jakiejś zimy nie przetrzymają i będzie klops... No więc cieszę się, że się udało i mam już lawendowe potomstwo :). 

A to jest moja największa radość i duma, królowa ogrodu - azalia pontyjska, ma już 25 lat i prawie 3 metry średnicy i wysokości. Kwitnie i pachnie niesamowicie, cała ulica otulona jest jej zapachem :). Ciężko było obfocić tak, żeby było widać ją w całości, bo trochę się wszystko wokół rozrosło i z każdej strony coś zasłania, więc te rozmiary nie bardzo widać... W tym roku zamierzam kilka krzaków w jej otoczeniu wykarczować, żeby miała więcej miejsca. A jak wsadzałam malutką sadzonkę, to nie wierzyłam, że to takie duże urośnie. Tak to jest w ogrodzie - najpierw nie możemy się doczekać, kiedy rośliny urosną, a potem jest problem, bo urosły aż za bardzo :). Obok rośnie też cis, posadzony w tym czasie co azalia, no i teraz to też potężna roślina, o tyle kłopotliwa, że wyłazi na ścieżkę no i wpycha się na azalię. No cóż, cisa nie wytnę, muszą więc jakoś koegzystować...




Azalia pontyjska jest najsilniej pachnącym gatunkiem azalii, jej miodowo-hiacyntowy zapach wyczuwa się z odległości aż 200m, a u osób wrażliwych może wywołać bóle i zawroty głowy. W okresie jej kwitnienia (około 3 tygodni) na noc zamykam okno w sypialni, bo krzew rośnie tuż koło domu, a zapach jest wręcz odurzający. Azalia pontyjska zwabia mnóstwo bzykaczy, ale nektar z jej kwiatów jest niestety dla ludzi trujący, więc w pobliżu nie powinny znajdować się pasieki, bo miód będzie niejadalny.


EDIT:

Słuchajcie, dałam tytuł posta TROJACZKI, a dopiero teraz mnie olśniło, że przecież to się akurat zbiegło z pojawieniem się TROJACZKÓW u Drevniego Kocurka! A tam jest już chyba tuzin kotków przygarniętych (straciłam rachubę, bo Kocurek co chwilę jakiegoś biedaka przygarnia). Trzeba pomóc, bo z najniższej krajowej, to wiecie, co sobie można... Tutaj jest link do zbiórki:

pomagam.pl/3miesiace

A tutaj można przeczytać o maleńkich kocich TROJACZKACH: 

https://kocia-focia.blogspot.com/2023/05/dzieje-sie-oj-ale-co-zrobic.html

Dorzućcie co-nieco do kociego koszyczka, dla maluszków i dla kocich staruszków, i dla chorowitków!


piątek, 6 maja 2022

Kleksy.

Wracam do żywych, czyli do blogosfery - może na chwilę, a może na dłużej, sama jeszcze nie wiem. Będzie to taki raczej nieśpieszny powrót, zapewne z przerwami, bo wciąż jestem w niedoczasie na kilku frontach. I szczerze mówiąc nie mam jakiegoś szczególnego przypływu chęci do blogowania. Wydawało mi się jednak, że jak nie odkurzę teraz bloga, to za miesiąc czy dwa już w ogóle o nim zapomnę. No zobaczymy... Dzisiaj tylko krótki raport ze spraw bieżących. 

Nasz Dżemik, o którym było tutaj i tutaj, ma 9 miesięcy, waży prawie 40 kg i wciąż uważa, że jest małym kotkiem, a wygląda tak:



A przecież jak do nas przybył z końcem września, to był taką słodką kluseczką:



Jak się pewnie domyślacie, taki wyczynowy piesio rozmiarów cielaka, w wieku przedszkolnym, ma kiełbie we łbie (pomimo wrodzonej mądrości właściwej owczarkom niemieckim), niespożytą energię i ciekawość świata, co w połączeniu z jego dość potężną masą daje efekty w postaci: rozgryzionego w drobiazgi zwalistego fotela, który służył kilku pokoleniom psów za leżankę, przerytego na wskroś i do cna trawnika (darmowa wertykulacja), wydrążonych półmetrowej głębokości i jeszcze większej średnicy dziur w rabatkach (nie trzeba będzie kopać pod nowe nasadzenia), oraz pomniejszych modyfikacji wystroju, w rodzaju rozbitej dużej lampy z ceramiczną podstawą (stara była, zrobiło się miejsce na nową), przerobionych na frędzelki i koronki kilku kocyków (czas był najwyższy, żeby je wyrzucić) itd... A potem oczywiście najchętniej uwala się na kanapie - pańcio pozwalał jak Dżemik był mały, no i teraz ma konkurencję do miejsca na poobiednią drzemkę.




No, wesoło z nim jest... ;) - ale o ogrodzie w tym roku to raczej trzeba zapomnieć, chwilowo mamy tam skrzyżowanie kretowiska z pobojowiskiem. Przewiduję jedynie skrzynkowo-balkonową uprawę pomidorków koktajlowych, ogórków, cukinii... Z roślin ozdobnych od wielu lat mam w ogrodzie głównie byliny i krzewy, raczej takie małoobsługowe i dość odporne na niesprzyjające warunki. Jest więc nadzieja, że przetrzymają radosny okres Dżemikowego szczenięctwa. Może uda mi się dosadzić trochę ciekawych traw, natomiast żadnych delikatnych kwiatowych rarytasów na pewno nie będę w tym roku wprowadzać. Marzy mi się kilka nowych odmian ciemierników i powiększenie cebulkowej rabatki (tulipany, hiacynty, szafirki itd), ale nie wiem, czy do jesieni dogadamy się w tej sprawie z naszym pieseczkiem.

Mam natomiast nieco bardziej realny plan odtworzenia niegdysiejszej domowej dżungli. No, może to nieco na wyrost zamierzenia, ale był czas, kiedy mieliśmy naprawdę mnóstwo roślin w domu, a teraz jakoś pustawo... Kolejne remonty dały w kość niektórym egzemplarzom - kurz budowlany, przestawianie z miejsca na miejsce, przeciągi... Zginęły tym sposobem monstrualne paprocie i różne pnącza. Były też cudowne pomysły mojego męża, polegające na wyniesieniu (pod moją nieobecność) na słoneczny taras starych potężnych okazów, które przez całe lata stały w dość cienistych kątach... Spaliły się tak piękne monstery i fikusy. Kolekcję kaktusów zabrał ze sobą, wyprowadzając się "na swoje", starszy syn. Pielęgnował je i uwielbiał, nie żałowałam więc, dobrze mają u niego. Kilka roślin nie przeżyło pierwszej zimy w ogrodzie zimowym. No ale fakt - inne za to się wzmocniły, jak choćby mój aloes, wciąż ten sam, znowu pięknie zakwitł, w tym roku nawet dwukrotnie! Czasem też winien był brak czasu i chęci, czyli zaniedbania w pielęgnacji. Teraz i czasu mam więcej, i miejsca w domu, więc zaczynam się rozglądać za roślinkami :).

*****




Nasi młodzi wyprowadzili się w końcu do wyremontowanego mieszkania po dziadku, zabrali ze sobą swoją Kocię... Było z tym jednak trochę zamieszania, Kocia odcierpiała tydzień w nowym lokum, chowała się po kątach, rozpaczała, ale za radą weta dostała feromonową obróżkę i wydawało się, że nawet trochę pomogło... na chwilę. Pozostałe u nas siostrzyczki Koci, czyli Basiunia i Balbinka, przez kilka dni zapytywały dużymi oczkami gdzie się podziała trzecia siostrunia, widać było, że są zaniepokojone jej nagłym zniknięciem. Trzymały się razem, jak nigdy przedtem, chyba na zasadzie "jak będziemy razem we dwie, to może już żadnej z nas nie porwą!".

Po trzech tygodniach Kocia przyjechała do nas w odwiedziny na weekend. Siostrunie najpierw obwąchały ją nieufnie, ale za chwilę wszystko było po staremu. Kocia odbyła dwie dłuższe pozadomowe wycieczki samopas, nie zginęła, wróciła, pomieszkała, pospała, pojadła... po dwóch dniach pojechała znowu do siebie. Wszystko było ok, ale jej państwo wymyślili nagle, że lecą na półtora tygodnia na wczasy.... No i super, młodzi polecieli, a Kocia znowu wylądowała u nas. Wyglądała na zadowoloną, spała jak należy, czasem wychodziła na dwór, bawiła się z resztą stada. 

Schody się zaczęły dopiero, jak państwo wrócili i zabrali kota do mieszkania. Kocia u nich za dnia owszem spała, ale około 20tej zaczynała świrować. Chodziła, domagała się uwagi i pieszczot, miauczała, chrobotała wszystkim, skakała po meblach... Młodzi wcześnie rano wstają do pracy, więc te nocne serenady i harce mocno dały im w kość. Proponowaliśmy więc, żeby Kocia została u nas na stałe, bo chyba jej dobrze "na wsi" i w kocim towarzystwie, no ale młodzi chcieli mieć kota u siebie. Postanowiono zatem, że odbędą się kolejne próby przywożenia jej na kilka dni do nas, potem znowu do nich, może zajarzy, że to nie na zawsze i jakoś się uspokoi. 

Dawno temu starszy syn miał w studenckim mieszkaniu w dalekiej stolicy kota, z którym przyjeżdżał do nas na ferie i wakacje. Pierwsza podróż (przez pół Polski) odbyła się przy akompaniamencie nieustającego kociego zawodzenia, ale za drugim czy trzecim razem, jak student zaczynał pakowanie i wyciągał z kąta kontenerek, to kot sam do niego właził i czekał na wyjazd. No ale z Kocią to tak nie zadziałało. Doszło do tego, że przy kolejnej bytności u nas, jak syn tylko wszedł do domu, Kocia na jego widok wystrzeliwała ze swojego posłanka jak z procy i momentalnie chowała się w niedostępnym dla człowieków kącie za kuchenną zabudową, dając jasno do zrozumienia, że nie da się więcej porwać. Skutek całego zamieszania: Kocia obecnie już całkiem mieszka u nas. Czyli mamy sześć kotów i psa.

Czarny Grubcio, co do którego przez parę miesięcy miałam wątpliwości, czy on nie ma gdzieś w pobliżu innego domu, zamieszkał u nas już na stałe. Dziewczynki, czyli wszystkie koteczki, przyzwyczaiły się do niego, z Grubcia taki dość spokojny misio, czasem wychodzi z domu, potem wraca, pałaszuje to co zostało w miseczkach po grymaśnych księżniczkach i maszeruje do piwnicy, gdzie ma swój koci domek i święty spokój. Przesypia tam niemal pół dnia i całą noc. Ostatnio zaprzyjaźnił się z Dżemikiem, Dżemik ustępuje mu miejsce na psim fotelu, wylizuje mu czuprynę, a Grubciowi to pasi :).

Natomiast 17-letnia emerytka Czarnuszka mocno się posunęła ze swoją starością i właściwie to spodziewamy się, że lada dzień odejdzie za Tęczowy Most. Chudzinka się z niej zrobiła, futerko przerzedziło, kuśtyka trochę niezdarnie, czasem coś jej się w łebku pokićka i widać, że nie wie gdzie się obrócić, taki koci Alzheimer. Ale poza tym nie widać, żeby jej coś konkretnego dolegało, przejściowo tylko był jakiś stan zapalny w oczku, ale sytuacja już opanowana, apetyt ma całkiem niezły jak na tę zerową aktywność, tylko tak sobie powolutku słabnie i przygasa... Nie biega po dworze w zasadzie od dwóch lat, tylko czasem ma ochotę na przewietrzenie futerka i lubi wtedy posiedzieć sobie na wycieraczce przed drzwiami wejściowymi. Nikt jej nie dokucza, ma status szacownej rezydentki, smakołyki ulubione są dla niej specjalnie chowane i pod nosek podtykane... 





I tak to.... A ja sobie ostatnio dziubię takie oto drobnostki, naszło mnie na mini obrazeczki, jakieś bzdurki, gryzmołki, abstrakcje, zakładki i takie tam inne zajmowacze czasu :). Te abstrakcyjne akwarelki nazywam kleksami, bo bazą tutaj są głównie kleksy albo jakieś przypadkowe mazaje w nieskomplikowanych kolorach, po wyschnięciu podrasowane nieco bazgrołami wykonanymi czarnym cienkopisem, białym żelopisem i metaliczną farbką w kolorze miedzianym.



Oczywiście zdjęcia do bani, nie ogarniam tego - na komputerze wyglądają bardzo dobrze, a po przeniesieniu do bloggera jakaś kaszana. Muszę spróbować robić wpisy z telefonu, bo zdjęcia robię teraz telefonem, może po drodze nie zgubi się ich jakość. Ale szczerze mówiąc nie przepadam za używaniem telefonu tam, gdzie można to zrobić za pomocą komputera. 

A kolejny wpis będzie książkowy i o pewnej mojej nowej pasji.

*****



poniedziałek, 28 września 2020

Ważka.

Oczywiście to kolejny temat lekcji z doktorem Tomaszem Wełną. 




Lekcja odbyła się jakiś czas temu, ale dzisiaj sobie ją odtworzyłam, ponieważ akurat zbiegły się dwie okoliczności - właśnie odgrzebałam ten film w archiwum strony Pracowni OKO, a równolegle znalazłam w naszym ogrodzie zimowym zasuszoną ważkę... nieco nawet "przeterminowaną", bo straciła swoje naturalne kolory. Jak się tam znalazła i co było przyczyną jej śmierci - tego się nie dowiemy... Zdarza się dość często, że do naszego ogrodu zimowego wpadają zabłąkane owady i niekiedy nie potrafią znaleźć drogi wyjścia, najczęściej zaplątują się w lamelki żaluzji, albo z jakiegoś innego powodu dokonują żywota pośród roślin doniczkowych. Jak przyuważymy stworzonko żywe, to wyłapujemy i wynosimy. Pszczółki, motylki, nawet pająki. Ważki odwiedzają nas często, bo mamy oczko wodne z wieloletnią biocenozą, stworzonek wszelkiej maści uwija się tam mnóstwo, zarówno w samej wodzie jak i wokół niej. 
...no i ta znaleziona mumia ważki natchnęła mnie do rysowania przy filmie pana Tomasza.





Ostatnio pokazuję Wam takie różne obrazki, które może nie są moją dumą, ale stanowią zapis ćwiczeń w malarstwie i rysunku. Oczywiście najchętniej marzę sobie o dużych i bogatych w treść i formę obrazach wychodzących spod mojego pędzla, widzę je nawet całkiem dokładnie w moich fantazjach, ale bądźmy szczerzy - w praktyce nawet z małymi obrazeczkami często mi nie idzie... Więc zamiast marzyć, trzeba się wziąć do roboty i ćwiczyć, ćwiczyć...! Nie zawsze mam czas, ale staram się jak najczęściej siadać w moim twórczym kąciku i codziennie coś tam przynajmniej naszkicować, albo jakiś kawalątek czegoś namalować. Bardzo dużo daje mi też samo oglądanie i słuchanie lekcji pana Tomasza i pani Darii, oboje przekazują ogrom niezwykle ważnych informacji, przydatnych w nauce rysowania i malowania (i nie tylko!).
Bardzo się cieszę, że trafiłam na stronę Pracowni OKO, aż się dziwię, że takich miejsc w sieci jest jak na lekarstwo, przynajmniej jeśli chodzi o strony polskojęzyczne. Widocznie artystów z talentem dydaktycznym mamy w Polsce niewielu (albo im się nie opłaca...). W moim mieście do niedawna nie było w ogóle takich miejsc, gdzie dorośli ludzie mogliby rozwijać swoje malarskie pasje pod okiem dobrego nauczyciela. W ostatnich latach pojawiły się dwa takie ośrodki, ale z różnych powodów nie odpowiadały mi. Albo środowisko samych emerytów (-ek), co jakoś mnie nie pociąga, albo przygnębiające miejsce i osoba prowadząca pozostawiające sporo do życzenia... Może ja za bardzo grymaśna jestem? No ale w każdym razie Pracownia OKO jest dla mnie miejscem idealnym! Lekcje nieustająco mnie zachwycają! W dodatku nie ograniczają mnie godziny czy problemy komunikacyjne, bo wystarczy włączyć komputer, wybrać dowolny film, kliknąć enter i voila!

Przymiarka do białego passe-partout. Wybrałam jednak czarne.



Wracając do ważki... Pan Tomasz pokazywał rysowanie owada stalówką i tuszem, ja sobie ułatwiłam korzystając z cienkopisów. W dawnych czasach rysowałam tzw. piórkiem, czyli właśnie stalówką na obsadce maczaną w tuszu kreślarskim, bo była to epoka we wczesnej fazie wynalezienia pisaków i takich ekstra cienkopisów jak są teraz - wówczas jeszcze nie było. A  że rysować tuszem lubiłam, to szybko przyzwyczaiłam się do tego niełatwego narzędzia do tego stopnia, że potem ciężko mi było przestawić się na cienkopisy. Uważałam je za narzędzia nieprofesjonalne :). W pewnym momencie jednak zrobił się problem, bo z chwilą ekspansji pisaków porządne "piórka" zniknęły z rynku. Czasem nawet w sklepie plastycznym nie wiedziano za bardzo o czym ja mówię, pytając o piórko czy artystyczną stalówkę do tuszu. Tak więc z czasem przestawiłam się na cienkopisy i w końcu tak je polubiłam, że teraz ciężko mi nawet pomyśleć o powrocie do stalówek. Prawda jednak jest taka, że to zupełnie inny rodzaj rysowania, chociaż na pozór efekt identyczny. W trakcie tej lekcji napatrzyłam się na staranne pociągnięcia piórem w wykonaniu pana Tomasza i... chyba kolejne zamówienie w sklepie plastycznym powiększy się o obsadkę z angielską stalówką :). Jest coś magicznego i szlachetnego w takim tradycyjnym rysunku tuszem z kałamarza...

Tymczasem jednak ważka została narysowana cienkopisem. To miała być najprostsza sprawa w tym obrazku. Ale coś mi się pokiełbasiło z segmentami kadłuba. Więc rysowałam dwa razy. Drugi raz też nieidealny. Mogłam machnąć ręką po pierwszym razie, bo kto mi będzie liczył ile jest tych segmentów czy pasków na kadłubku, niby nie takie to istotne, ale właśnie te drobne elementy składają się na podobieństwo do modela czyli zdjęcia referencyjnego. Wszyscy malują według tego samego zdjęcia, a każdemu jakoś inaczej ta ważka wychodzi. Oczywiście panu Tomaszowi najbardziej realistycznie. Ale posłuchajcie tej lekcji, to zobaczycie jaki ogrom wiadomości o budowie (i zwyczajach) ważek przekazał nam pan Tomek. Jak się wie dokładnie jak zbudowany jest obiekt, to się go nie rysuje "po omacku", tylko ze świadomością jak poszczególne elementy powinny wyglądać i łączyć się ze sobą. Po to właśnie wielu artystów dogłębnie studiuje anatomię lub botanikę.
 



Jak się uporałam z rysunkiem, nastąpił równie interesujący etap malowania akwarelą. Niby nic takiego niezwykłego, z grubsza wiem, jak się akwarelami maluje, ale zobaczyć przy pracy prawdziwego artystę, to zupełnie inna bajka. Kiedy przyglądałam się, jak powoli, starannie i delikatnie pan Tomasz prowadzi pędzel z odrobiną farby, jak buduje trójwymiarowy korpus owada, nanosząc kolejne cieniusieńkie warstwy koloru - zrozumiałam, że moim częstym błędem jest pośpiech. Nie przykładam się wystarczająco uważnie do stopniowania natężenia barw i do malowania warstwami, co w akwareli jest niezwykle istotne. A druga sprawa to tło. Czasem maluję akwarelą tylko obiekt główny, natomiast nie przywiązuję wagi do tła, pomijam je zupełnie, albo ledwo zaznaczam jakąś monochromatyczną plamą. A tymczasem tło jest bardzo ważnym elementem, potrafi całkowicie odmienić nasz obraz!

Nie wiem jeszcze, co Wam zaprezentuję następnym razem, bo warsztat artystyczny zaczyna mi się rozrastać, co mnie zresztą cieszy i nakręca :).  Trochę rysuję, trochę maluję z panem Tomkiem i panią Darią, zrobiłam też kilka szkiców do własnych obrazów (jeden olejny w zasadzie chyba mogę już pokazać światu) i jeszcze naszło mnie na zupełnie inne wytwory, takie tam niewielkie kolażo-instalacje... Równolegle mam w domu kolejny remont, a właściwie przemeblowanie, więc jest okazja do szaleństw dekoratorskich. Kasy na to nie chcę przeznaczać, bo są inne priorytety, wiec tym bardziej tworzę sobie różne własnoręczne dłubanki :). 

*****




czwartek, 20 sierpnia 2020

Orientalnie po raz drugi.

Pamiętacie może moją akwarelkę w orientalnych klimatach, zainspirowaną figurkami słoni przywiezionymi przez moje dziecię z Anglii? O tym, jak to było, możecie przeczytać tutaj: "Powiew orientu znad Tamizy". Namalowałam wtedy jeszcze z rozpędu kilka innych obrazków w tym stylu, ale uznałam, że wyszły mi tak sobie średnio i nie nadają się do pokazania. Wylądowały tam, gdzie lądują wszystkie moje obrazki, jedne od razu do kominka, innym dałam szansę i trafiły do szuflady. 


Ale szuflady trochę się przepełniły, zabrałam się więc w końcu za selekcję negatywną, czyli wyrzucanie tego, co pomimo odleżenia w kwarantannie nadal nie zasługuje na moje uznanie. I się okazało, że zachowały się te oto dwie akwarelki z tej małej serii, malowane tylko dwoma kolorami (ultramaryna i jakiś brąz).




Ten po lewej to obrazek pokazywany we wspomnianym wyżej poście, tam jest też trochę ciekawostek o lotosach :). Tutaj jeszcze raz w całości:



Natomiast po prawej to ten malowany mniej więcej w tym samym czasie - były jeszcze chyba dwa, ale jako zupełnie niezadowalające autorkę wylądowały w koszu.


A przy okazji odgrzebania tych obrazków naszło mnie na rozmyślania o mojej niekonsekwencji w uprawianiu jogi... Ale o tym innym razem...

Dzisiaj zapraszam Was na blog Izy "Rękodzieło przy kawie", gdzie zaczynamy zabawę polegającą na stworzeniu własnej interpretacji motywu z inspiracyjnego zdjęcia. Pierwszy temat to KOT Z SARDYNKĄ! Pamiętacie mojego KOTA?! - prezentowałam go tutaj - "Kot z sardynką w trzech odsłonach", a teraz bierze udział w zabawie! Zapraszam w imieniu organizatorki, przyłączcie się! Kilka fajnych propozycji już jest!

Kliknięcie w banerek poniżej przeniesie Was do wpisu z pierwszą częścią zabawy:





*****




niedziela, 2 grudnia 2018

Powiew orientu znad Tamizy.


Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało - inspiracją do tego obrazka była pamiątka z Londynu , a może z Liverpoolu... z Anglii w każdym razie. Pamiątka, swoją drogą, też raczej nietypowa, jak na angielskie skojarzenia :).



Zaraz to wszystko wyjaśnię, tylko najpierw znowu kilka słów na temat mojej słabej aktywności blogowej.

W poprzednim wpisie wspominałam już o naszych zmartwieniach i kłopotach ze zwierzaczkami. Od wiosny dwójkę (psa Misię i kota Grubcia) musieliśmy pochować w przydomowym ogródku... Teraz mamy urwanie głowy z naszą starowinką, suczką Muszką - opieka na okrągło, lekarstwa, podtykanie smakołyków, wynoszenie na rękach do ogrodu, nieprzespane noce, bo pies się dusi i krztusi, wizyty u weterynarza, czasem nieplanowane awaryjne sprzątanie, zwłaszcza jak przychodzimy z pracy... i tak dalej. Z niepokojem obserwujemy jej coraz gorszą kondycję, pojawia się lekki niedowład tylnych łapek, chciałaby chodzić na spacerki, a nie daje rady...

Jakby mało było zamieszania z naszym zwierzyńcem, przybył nam właśnie jeszcze jeden lokator - mały zabiedzony kotek, taki koci szkielecik, który siedział wczoraj późnym wieczorem na środku drogi gdzieś między polem a lasem i nie miał siły uciekać, zresztą chyba na oba oczka nic nie widział... Teraz jedno oczko już na nas patrzy, ale drugie jakieś zapadnięte i czerwone - na razie tylko przemywamy, jutro weterynarz obejrzy... Kupy robił zielone, jakby jadł trawę, dzisiaj po podkarmieniu wygląda to już lepiej... no mamy co robić, w każdym razie. A w domu są jeszcze dwa dorosłe koty, które niezbyt się nawzajem lubią

Do tego doszły ostatnio problemy zdrowotne naszych rodziców - nie będę tego wątku rozwijać, ale jak się tak spiętrzy parę spraw, to człowiek nie wie w co ręce najpierw wsadzić. Tak więc blog zawsze spada na koniec listy zadań. W tej sytuacji wciąż nie mogę się zebrać i ogarnąć wszystkiego, co chciałabym pokazać i opowiedzieć. Zaczęłam pisać kilka postów i wiszą takie niedokończone kopie robocze, za które ciężko mi się zabrać. Obrazki też pozaczynane czekają na wenę i odrobinę spokoju...

No więc dzisiaj pokazuję to co akurat najświeższe, bo jakoś najłatwiej mi tak z marszu napisać i pokazać co ostatnio stworzyłam, choć nie jest to najlepsza z moich prac plastycznych minionego roku :). Ale dość gadania, jedziemy z tym koksem!


Co można przywieźć z Anglii? - no jak to co, wiadomo - słonie!


Otóż dziecię moje wybrało się czas jakiś temu na wakacyjną wyprawę do Anglii - w bogatym planie było odwiedzanie mieszkających tam znajomych, zwiedzanie kraju wzdłuż i wszerz itd. No i z tej wyprawy przywiózł synek rodzicom suweniry: tata dostał, a jakże, zacną flaszeczkę whisky, a mamunia, z braku lepszego pomysłu, słoniki, bo synkowi się spodobały, a mama przecież kiedyś taką małą kolekcję słoników miała. No fakt, nawet gdzieś tam w jednym z pudeł nadal mieszkają. Nie, żebym była jakąś szczególną wielbicielką takich figurek, ale tak jakoś same te słonie przybywały do domu przy różnych okazjach i przez pewien czas stały gromadnie na półeczce.



No w każdym razie może słonie nie za bardzo się kojarzą tak od razu z  Anglią, ale jak się tak zastanowić i wejrzeć w głąb historii brytyjskiego kolonializmu... no przecież Indie na przykład... nieprawdaż? I te tutaj słonie najwyraźniej indyjskie są, sądząc po ozdobach, czaprakach w hinduskie ornamenty itd. To trochę jak z tą angielską herbatą, co nigdy w Anglii nie rosła.

Tak więc sprawę słoni przywiezionych z Anglii uważam za wyjaśnioną :). 
Tak czy inaczej - te angielsko-indyjskie słonie natchnęły mnie do namalowania obrazka w orientalnym klimacie, a zanim skończyłam jeden, to przyszedł mi do głowy pomysł na drugi (czeka na dokończenie) i coś mi się wydaje, że na tym jeszcze nie koniec, choć może w nieco innej stylistyce :). 



MOTYWY - mandala, lotos, a w tle - joga.


Chętnie sięgam po motywy kojarzące się z Indiami, z daleką Azją. Mandale już u mnie widzieliście (posty z etykietą "mandala" - klik), więc wiadomo, że lubię je rysować i malować.  na pewno jakieś jeszcze będą, może w innych odsłonach barwnych?


Ale skąd w ogóle te tematy u mnie? 
Dawno temu, gdzieś koło matury, zainteresowała mnie joga. W tamtym czasie to był mało znany temat, nie było szkół jogi (no, może gdzieś w stolicy, ale nie w powiatowym miasteczku), nawet literatury odpowiedniej nie można było zdobyć, a przypominam, że młodość moja to epoka krzemu łupanego, czyli przedinternetowa. Więc joga była objawieniem, czymś dotychczas zupełnie mi nieznanym. No i wsiąkłam w ten nowy świat, przeorganizowałam swoje życie, starałam się uporządkować swoje wnętrze - umysł i duszę, uprawiałam asany, przeszłam na wegetarianizm. Zachwyciła mnie filozofia związana z jogą. 
Wszystko to było może mało uporządkowane i niezbyt głębokie, ale do dzisiaj pozostał mi jakiś sentyment do różnych hinduistycznych i buddyjskich symboli, do kultury i sztuki orientu. Do tematu jogi i wegetarianizmu pewnie jeszcze kiedyś tu powrócę, ale dzisiaj zajmijmy się obrazkami :).


MANDALA.


Pokazywałam Wam już moje czarno-białe rysowane cienkopisem mandale, więc wiecie, że ten motyw nie jest u mnie nowy. 
Mandale kojarzą się nam głównie z Tybetem, ale wywodzą się z Indii, więc znajdują swoje miejsce zarówno w hinduizmie jak i buddyzmie. Tworzenie mandali jest rodzajem medytacji, a jej ostateczny kształt odzwierciedla stan wewnętrzny jej twórcy.

Mandala buddyjska jest rodzajem diagramu łączącego koło z kwadratem, gdzie koło symbolizuje niebo, zewnętrzność i nieskończoność, a kwadrat - cztery strony świata i to wszystko, co jest wewnętrzne i połączone z człowiekiem. Obie figury są harmonijnie połączone, a ich środkiem jest jeden punkt, który symbolizuje człowieka jako środek całego otaczającego go świata, a zarazem oznacza początek i koniec wszystkiego. Mandala pokazuje wiec, jak chaos może osiągnąć harmonijną formę.

Tworzenie mandali (zazwyczaj z drobnego kolorowego piasku) trwa wiele godzin i kończy się jej uroczystym zniszczeniem, co odpowiada zamkniętemu kręgowi życia i śmierci, gdzie koniec jest początkiem nowego, a wszystko jest przemijalne.

LOTOS.


Lotos - kwiat święty w hinduizmie i buddyzmie, narodowy kwiat Indii. Symbolizuje odrodzenie oraz czystość ciała i umysłu. 

Lotos jest rośliną nie tylko cudownej piękności, ale w wielu innych aspektach rzeczywiście niezwykłą. Znalezione niedawno nasiona lotosu sprzed 2 tysięcy lat miały nadal zdolność rozwoju - posiane zakiełkowały i zakwitły! Wszystkie części tej rośliny są jadalne i mają wiele cennych dla naszego zdrowia właściwości. Chcę Wam jednak przytoczyć tutaj dwie ciekawostki innego rodzaju.

Lotos rośnie w wodzie i w stanie naturalnym jest to bardzo często nie żadne tam krystalicznie czyste jezioro, ale najzwyklejsze, błotniste bajoro. Kwiaty lotosu, pięknie rozwinięte w ciągu dnia, na noc zamykają się, łodygi się pochylają i cały kwiat zanurza się w wodzie (czy tam błocie). Rano natomiast, kiedy słońce zaczyna wschodzić, kwiaty znowu podnoszą się z wody i otwierają swoje kielichy. Są przy tym nieskazitelnie czyste, niezależnie od tego w jak zabagnionym bajorku chowały się na noc. Te szczególne właściwości samooczyszczania ma cała roślina, czyli jej łodyga, liście i kwiaty. Zawdzięcza to specjalnej strukturze i pokryciu powierzchni woskowymi kryształkami. Woda z brudem spływa po roślinie, a właściwie toczy się kropelkami, jak rtęć. Liść umazany smołą czy innym paskudztwem wystarczy polać wodą, żeby znowu był czysty. Duże liście lotosu wykorzystuje się więc na przykład do pakowania różnych produktów, ponieważ nic nie jest w stanie ich zabrudzić. Nowoczesne technologie wzorowane na tych hydrofobowych właściwościach umożliwiają produkcję różnych materiałów, na przykład tkanin czy dachówek - z tak zwanym efektem lotosu.

Druga ciekawostka dotyczy produkcji herbaty lotosowej. Jest to herbata rzadko spotykana i dość droga, ponieważ proces jej wytwarzania jest bardzo żmudny. Robi się ją w ten sposób, że listki zielonej herbaty wkłada się na noc do rosnących (żywych) kwiatów lotosu. Jak wcześniej wspomniałam, kwiat wraz ze zmierzchem zamyka się i chowa do wody. w tym czasie listki herbaty nabierają aromatu lotosu, nasiąkają jego olejkami. Proces ten powtarza się kilka razy. Dla uzyskania kilograma herbaty lotosowej potrzeba około 1000 kwiatów lotosu.

Trochę odbiegłam od głównego wątku, ale ta roślina jest naprawdę fascynująca! Jeśli macie ochotę poczytać więcej o lotosie, to polecam ten artykuł - jest tam sporo informacji kulinarnych i o właściwościach leczniczych lotosu :) https://podroze.onet.pl/ciekawe/niezwykle-wlasciwosci-swietego-kwiatu-lotosu/j34bwc0

*****

Miałam tu jeszcze wrzucić drugi obrazek w podobnym klimacie, który powstawał niemal równolegle, ale zawirowania życiowe na razie nie pozwoliły mi na jego dokończenie. Zatem - żeby kolejna przerwa w blogowaniu nie trwała znowu jakąś niezliczoną ilość miesięcy - prezentuję dzisiaj tę jedną akwarelkę, z nadzieją, że wkrótce znowu tu wpadnę :).



Akwarela, cienkopis, rozmiar A3.

sobota, 22 lipca 2017

Łąka.

Miało być o czym innym, ale ta łąka mnie uwiodła... :)
Po prostu nie mogę się oprzeć malowaniu kolejnych akwarelek z łąkowymi chwastami, polnymi kwiatami, zielskiem rozmaitym...
Różnie mi to wychodzi, powstało też w międzyczasie kilka innych tematycznie obrazków, niestety zdjęcia to nie jest moja mocna strona, a z braku czasu muszę zabawę z fotografią odłożyć na późniejszy termin. Dzisiaj więc tylko pojedyncza zajawka tego, co mnie ostatnio zachwyca i najbardziej zajmuje, jeśli chodzi o malowanie.



Polne kwiaty, łąkowe chwasty - to niewyczerpane źródło inspiracji do malowania i eksperymentowania z techniką akwarelową. Zostawiam Was dzisiaj z tą jedną akwarelką, ale obiecuję, że w kolejnym poście będzie i więcej obrazków i dłuższa opowieść :).

*****

piątek, 7 lipca 2017

Dmuchawce. Solone i pod wpływem.

Dmuchawce to bardzo wdzięczny temat dla malarza. Widziałam wiele obrazów z przekwitającymi mleczami, w najróżniejszych technikach a nawet kolorystyce - postanowiłam więc też odrobinkę poeksperymentować. 

Pamiętacie moja pierwszą akwarelkę z mniszkiem? Zaraz po jej namalowaniu zaczęłam myśleć o dmuchawcach i pierwsza moja wizja to były duże puchate bąble na tle kolorowej łąki, w promieniach słońca. Kombinowałam - jak uzyskać efekt tej puchatości? Czytając tu i ówdzie o technikach malarskich stosowanych w akwareli spotkałam się między innymi z ciekawymi rezultatami użycia zwykłej soli kuchennej. I od razu pomyślałam, że to idealny sposób na moje puchate kule!

Jak uzyskać taki efekt? Na podmalowane tło (całkiem mokre) od razu sypiemy sól, w miejscach, w których chcemy tą kolorową mokrą warstwę usunąć. Po prostu sól wchłania wodę razem z farbą. Potem wystarczy odczekać aż całość podeschnie i strzepnąć sól.  

w realu kolory są nieco żywsze, zwłaszcza czerwienie i żółcie

Jeśli rozsypiemy na kolorowej mokrej plamie pojedyncze grube kryształki soli, to możemy uzyskać białe kropeczki udające np. gwiazdy albo płatki śniegu. Nieco większe kupki soli na błękitnym tle pomogą nam wydobyć z jednolitej powierzchni białe obłoki. Możliwości jest mnóstwo. Ja miałam akurat pod ręką tylko miałką sól, ale w tym wypadku była odpowiednia do usunięcia farby z większej okrągłej powierzchni. 
Potem domalowałam środki, troszkę pręcików nasionek, liście itd.
Trochę chyba bajkowo wyszedł mi ten posolony obrazek :).



Druga wersja powstała pod wpływem. Nie, nie upiłam się na okoliczność malowania :). Wpłynął na mnie post Ani o malowaniu w plenerze, ilustrowany piękną akwarelą z dmuchawcami, Natchnął mnie do działania. Zabrałam sprzęt, farby, i ruszyłam w plener! No, daleko nie poszłam, bo tylko dwa kroki za płot :). Nie mam odpowiedniego wyposażenia do zabrania wszystkich malarskich przydasiów na dalszy spacer, a z własnego okna dostrzegłam kawałek dzikiej przyrody, w której uchowało się jeszcze kilka przekwitających mleczy.




Dmuchawce były dosłownie trzy, bo o tej porze większość mleczy już rozsiała swoje nasionka, ale wokół rosły inne chabazie, słonko świeciło dość ostro, wyglądając przez dziury między ciężkimi chmurami zwiastującymi nadchodzącą burzę, wiatr rozwiewał trawy i można było poczuć tę naturę wszystkimi zmysłami...

Naprawdę, malowanie w plenerze to zupełnie inna bajka niż tworzenie w pracowni!

Dmuchawce na potrzeby obrazka sklonowałam, żeby było ciekawiej. Malowałam pośpiesznie, żeby zdążyć przed burzą i w sumie dość impresjonistycznie - bardziej wrażeniami i emocjami niesionymi przez wiatr i podgrzewanymi przez słońce, niż rozumem, mędrca szkiełkiem i okiem ;).


Roślinki są więc może średnio realistyczne, ale o taki efekt mi chodziło. Lekkie, swobodne malowanie, bez wdawania się w botaniczne szczególiki.
Powyższa akwarelka jest mocno inspirowana obrazkiem Ani, bo ta kolorystyka była bardzo odpowiednia do pogody w dniu, w którym malowałam - burze przeplatane upalnym słońcem, ołowiane niebo poprzecinane słonecznymi kaskadami.
Często korzystam ze zdjęć obrazów innych malarzy - nie kopiuję, bo to już wyższa szkoła jazdy, ale próbuję odtworzyć jakiś efekt, który mi się tam spodobał. W ten sposób się uczę, zdobywam doświadczenia, a przy okazji dokonuję różnych własnych odkryć i wynalazków :). 

Dzisiaj przekwitłych mleczy już chyba nigdzie nie ma, ale tak fajnie mi się je malowało, że chyba nieraz jeszcze wrócę do tego tematu, posiłkując się zdjęciami z natury i własną wyobraźnią, no i eksperymentując z różnymi technikami :).

Ciekawa jestem, która wersja moich dmuchawców bardziej Wam się podoba?

*****