piątek, 14 sierpnia 2026

Rękodzieło i nietoperze.

Jak to mówią znajomi emeryci - na emeryturze to człowiek dopiero nie ma czasu. No i mnie też to dopadło, firma niby zamknięta, ale ciągle coś... Porządki w biurze, przeglądanie papierów i przeróżnych drobiazgów i gratów, układanie, wyrzucanie, załatwianie rozmaitych spraw, wypowiadanie umów (internet, telefon, śmieci i tak dalej... no, aż się zdziwiłam, ile tych różności jest). W domu wszystko woła o porządne ogarnięcie, ogród jeszcze bardziej... Do tego powalające fale upałów, przy których nie mam siły oddychać, a co dopiero zająć się czymś konkretnym. Tak więc wszystko idzie w zwolnionym tempie, blog też nie może ruszyć... No ale trzeba w końcu wziąć się w garść. Dzisiaj wpadam tu na krótko, żeby w ogóle ruszyć blog, bo im dłuższa przerwa, tym trudniej wrócić. Postaram się jednak nieco zdyscyplinować w tej kwestii.


Wspomniałam ostatnio, że postanowiłam spróbować sprzedawać swoje obrazki na platformach typu marketplatz... Obrazki zalegają i przybywają, trezba coś z tym zrobić. To było takie dość spontaniczne postanowienie, no ale w końcu jednak przemyślałam to sobie, a mówiąc ściślej: przekalkulowałam. No i wyszło mi, że to się w ogóle nie kalkuluje, zwłaszcza w mojej sytuacji. Jako przedsiębiorca (VATowiec na dodatek) nie mogę korzystać z przywilejów działalności nierejestrowanej (trzeba mieć minimum 5 lat przerwy w DG). Nie będę tu wszystkiego szczegółowo wyliczać, ale wyszło mi, że prawie połowę przychodu (nie dochodu) musiałabym oddać fiskusowi, ZUSowi oraz pośrednikowi. A przecież są jeszcze koszty (materiały itp). Że nie wspomnę o całej buchalterii, której mam już powyżej kokardek. Nie zagłębiając się w szczegóły - po głębszej analizie doszłam do wniosku, że to by nie miało sensu, bo co ja tam zarobię, nie zamierzam przecież produkować obrazków i innych rzeczy hurtowo, na ZUS nie wystarczy (minimalna zdrowotna 432 zł!). A jak nie zarobię, to lepiej niech sobie to leży dalej na szafie czy w szufladzie. Parcia na ten zarobek nie mam, tak więc pomyślałam, że odpuszczę jednak sobie te Pakamery i inne takie ArtMadamy. Coś tam trochę zawsze gdzieś idzie prywatnymi kanałami, niech więc tak zostanie. No ale zanim to sobie w głowie tak do końca poukładałam, to się odezwali i zaprosili, no więc... ostrożnie spróbuję i zobaczymy, jak to pójdzie, ale nie wróżę przyszłości temu biznesowi.

Sztuką mojej twórczości nie nazywam, chociaż to przecież rzecz względna, no ale wolę tak bez zadęcia, więc trzymam się określenia - rękodzieło. Dawniej więcej malowałam, teraz oprócz obrazków tworzę różności z papier-mache, rozmaitości dziergane i tkane i inne cuda-wianki, ale wkrótce pewnie wrócę do malowania. Jedne rzeczy są może bardziej udane i jakby się uprzeć to można je podciągnąć pod twórczość artystyczną, inne to całkiem proste wytworki moich niespokojnych rąk, bez pretensji do miana sztuki, mniej lub bardziej użyteczne, czasem tylko trochę może ozdobne. Robię to dla siebie, dla samej przyjemności tworzenia - lepienia, malowania, rysowania, dziergania itd. Na sprzedaż pójdą obrazki, może czasem zakładki, bo też mi się ich trochę niechcący w międzyczasie naprodukowało ;). No, zobaczymy...


Stwórz dla siebie wizję tak ekscytującą, 
abyś nie miał czasu na angażowanie się w destrukcyjne aktywności.
Życie naprawdę może być pełne radości, 
wystarczy tylko podjąć wysiłek, wstać i spróbować.

Damian Sobański

Pogoda traktuje nas dość łaskawie, jeśli porównać to z permanentną suszą albo huraganami i gwałtownymi burzami z gradem, jakie nawiedzały inne części kraju. Upały owszem, dają w kość, ale trwają po kilka dni, potem bardzo przelotna burza, spokojny deszcz, który zawsze tam jednak choć odrobinę podlewa ogródek, tak że ziemia nie zamienia się w skorupę, a po nim następuje ochłodzenie do znośnych temperatur. I tak na zmianę. Upały mnie rozwalają, to nie jest mój żywioł, no ale trzy dni wytrzymuję, do kolejnego deszczu. Ostatnio opadów trochę mniej, ale noce przynajmniej w sierpniu są już chłodniejsze, lepiej się śpi.

Pod koniec dnia siadamy na tarasie i obserwujemy uwijające się nietoperze. Dzięki nim nie mamy problemów z muchami, komarami i innymi uciążliwymi owadami. Ryby w stawie też zjadają larwy komarów, więc w zasadzie komary to bardzo rzadko widywani goście w naszym domu i ogrodzie. Natomiast nietoperze bywają też w moim biurze, które mieści się w poniemieckiej kamienicy z niezbadanym przepastnym strychem, w którym prawdopodobnie nietoperki mają jakąś swoją stałą miejscówkę. Jednak latem niemal co roku kilka młodych sztuk włazi nam - chyba przez pomyłkę - do biurowej łazienki przez uchylone na stałe okno. W dzień nie są uciążliwe, bo śpią zazwyczaj w wannie (no tak, mam wannę w biurze), albo w jakimś kącie. No ale biuro nie jest odpowiednim miejscem do mieszkania dla nietoperzy, a one po prostu nie potrafią samodzielnie się wydostać. Robimy więc akcje odławiania nocnych łowców, przy pomocy grubych rękawic i pudełka. Po czym w kolejnym roku znowu ktoś zapomina, że latem okno trzeba na noc zamykać, i kolejne nietoperki mamy w łazience. Podobno dom z nietoperzami to szczęśliwy dom :).


źródło


Te nasze nietoperki biurowe to prawdopodobnie karliki. Jedne z najmniejszych polskich nietoperzy, a każdy z nich potrafi w ciągu nocy zjeść nawet 2 tysiące komarów! Natomiast jakie konkretnie nietoperze latają po naszym ogrodzie to nie wiem dokładnie, bo śmigają o zmierzchu jak błyskawice i trudno im się dokładniej przyjrzeć, ale to też jedne z mniejszych, prawdopodobnie mroczki. 

A w nocy z naszego tarasu, a jeszcze lepiej z balkonu, pięknie widać rozgwieżdżone niebo i Perseidy. Zielsko pachnie, wrotycz, mięta i melisa, bylica i nie wiem co tam jeszcze... Fajnie jest :).


I na koniec - panna Balbinka oczekująca na drapanko po brzuszku - najchętniej wylegująca się na nowym chodniczku wyprodukowanym niedawno przez pańcię ze znoszonych t-shirtów.



... i zaczątek kolejnego chodniczka, mniejszego i w zupełnie innej kolorystyce. Może innemu kotkowi przypadnie do gustu, chociaż w zasadzie to mam już obmyślane nieco inne zastosowanie dla niego...


Materiał: górka czarnych t-shirtów przeznaczonych "na szmaty" i jeden czerwony, oraz odrobina luksusu czyli włóczka o ekskluzywnym składzie wełna z jedwabiem (ale zalegały te kłębki bezużytecznie od lat i w końcu się przydadzą), a dla urozmaicenia muliny w różnych kolorkach, z epoki dawno porzuconej manii haftowania. Wciągnął mnie ten recykling, czy też raczej - upcykling 😀.

********