Ostatnio zarobiona jestem w pracy, ale odliczam już dni do zamknięcia firmy, 31 lipca finito! Trochę mi dziwnie, bo to jednak kawał życia w tej robocie (która miała być na chwilę), ale nie jestem sentymentalna, więc przede wszystkim raduję się faktem, że będę miała mnóstwo czasu na przyjemne zajęcia. Jest trochę armagedonu z tym zamykaniem firmy, mnóstwo spraw do ogarnięcia, ale nic to, potem już dolce far niente oraz spełnianie marzeń! Na razie nie mam nawet zbyt wiele czasu (ani siły) na porządki w obejściu, coś tam robię w domu i ogrodzie tylko tak z doskoku. Na dopieszczanie otoczenia będzie czas pod koniec lata. Urlopu z wyjazdami też na razie nie planuję, dopiero we wrześniu mamy jechać na Węgry, mąż naciska, bo on ze względów zdrowotnych uwielbia te ich wody termalne. Mamy kilka ulubionych miejscówek. I może morze. Też jesienią. Nasze polskie morze oczywiście, bo to z kolei ja uwielbiam, a wieki nie byłam, chociaż dawniej to był obowiązkowy punkt w planach urlopowych, w różnych porach roku, łącznie z pięknym śnieżnym Sylwestrem któregoś roku. Są trzy miejsca na świecie, w których mogłabym mieszkać - nasze wybrzeże, Bieszczady i Kraków. Najlepiej na zmianę. Ale ze wskazaniem na Bałtyk.
W temacie spełniania marzeń na emeryturze ostatnio trafiły mi się dwie czy trzy rozmowy o korzystaniu z życia przez emerytów. Jako że przez pomyłkę w peselu jestem już podobno w wieku dość zaawansowanym, co nieustająco niezmiernie mnie dziwi, to i znajomych mam też sporo emerytów lub prawie-prawie. Przedział 50-70+. No i tak sobie myślę, że to jest chyba tak, że ciągnie swój do swego. Ci, co podróżują, trzymają sie bliżej tych, co też kochają podróże, "manualni" czyli rozmaici twórcy, rękodzielnicy itp - szukają ludzi o podobnych zainteresowaniach, naukowcy, politycy itd - wolą przebywać wśród osób dzielących z nimi te pasje.
Wykreśliłam dawno temu z listy znajomych rozmaitych osobników, których nie mogłam strawić. Marudy, pesymiści, szukający problemów, politykujący, pieniacze, wiecznie niezadowoleni itd. Różnie w życiu bywało i czasem człowiek był zmuszony utrzymywać jakieś tam kontakty z takimi negatywnymi osobnikami, ale na szczeście teraz już nic nie muszę i to jest dobry aspekt słusznego wieku i stabilizacji życiowej, zawodowej itd. Unikam ludzi, którzy wiecznie narzekają, gadają o problemach - zwykle zresztą bardziej wydumanych niż realnych, z niczego nie są zadowoleni, obgadują wszystkich dookoła, w dodatku wszystko wiedzą najlepiej. Niektórzy z nich owszem nawet podróżują po świecie, bo mają czas i pieniądze, a jednak uważam ich za nudnych starych zrzędów. W mojej ocenie mają smutne, nudne życie, bez pasji. A pasją mogą być rozmaite rzeczy.
Niedawno spotkałam dawno nie widzianego starszego pana, który kiedyś miał drobny biznesik oraz gospodarstwo rolne. Taki prosty człowiek, jak to się mówi. W zasadzie to poza tym, że pomagałam mu dawniej służbowo w pewnych sprawach, nie bardzo miałam z nim o czym rozmawiać. Przynajmniej tak mi się wydawało. No więc tak grzecznościowo go zapytałam co też teraz porabia, bo wiem że ów biznesik zlikwidował, gospodarstwo mocno okroił i korzystał z zasłużonej, choć mało płatnej, emerytury. Myślałam, że siedzi tam na tej swojej wsi i karmi kury. A pan się rozgadał i widziałam, że oczy mu się zaiskrzyły, bo wsiadł na ulubionego konika. A otóż się okazało, że on jest pasjonatem naszych pobliskich Karkonoszy. Jak mi zaczął opowiadać ile to on szlaków i bezdroży w tych górach obszedł, to mi z kolei oko nieco zbielało, a potem jeszcze się okazało, że on nie tylko po tych górach chodzi, ale też czyta, rozmawia z mieszkańcami, dopytuje, szuka dawnych śladów po obiektach, które tu niegdyś były, szuka rozmaitych tajemniczych miejsc z historią albo legendą, zbiera minerały, bada skały i rośliny. Nawet zaprenumerował sobie czasopismo jakieś niszowe o tych Karkonoszach. No byłam w lekkim szoku. W życiu bym nie pomyślała, że on w ogóle coś czyta, a jeszcze że ma taką dogłebną wiedzę o kawałku naszego regionu... Zaimponował mi.
Drugi pan, z którym też niegdyś miałam trochę służbowych kontaktów, po zamknięciu firmy i przejściu na emeryturę lubił sobie czasem pojechać na jakąś wycieczkę, no i na jednej wycieczce w Rzymie kolega go namówił na kupno na jakimś targu starej monety, mówiac że to ciekawy egzemplarz, że mu się opłaci, że zarobi itd. Kupił z ciekawości, bo na zarobku mu specjalnie nie zależało, bo majętny był. Ale w domu zaczął szukać informacji i tak stopniowo wciągnął się w temat, a że nic innego nie miał do roboty, to koło 70-tki stał się numizmatykiem, kolejne wyjazdy były nastawione na poszukiwanie ciekawych monet, spotkania z innymi kolekcjonerami, giełdy itd. Przy okazji zaczął też interesować się malarstwem, wyszukiwał na tych giełdach obrazy dawnych mistrzów, czasem trafiały się jakieś perełki. A w wolnych chwilach organizował w swoim domu i ogrodzie imprezy, których uczestnicy w zimie korzystali z domowej sauny, a następnie na golasa harcowali po śniegu, gorsząc sąsiadów - o czym donieśli mi właśnie ci sąsiedzi, przypadkiem też moi znajomi. A towarzystwo całe pod 70-kę. Wesołe jest życie staruszka :).
Mam też grono znajomych w podobnym wieku, którzy spotykają się w klubie włóczykija i co tydzień jeżdżą na jakieś wycieczki. Wycieczki są jednodniowe, więc niezbyt dalekie, ale bardzo urozmaicone. Raz po jakichś rezerwatach przyrody, raz zwiedzanie zamków czy ruin, to znów wędrówki po górach, odwiedzanie muzeów i manufaktur, albo spacery po ciekawych miasteczkach z wygadanym przewodnikiem.
Są i tacy, co lubią dalekie i egzotyczne podróże, niektórzy co chwila gdzieś latają. Co prawda niektórzy z nich po powrocie rozmawiają tylko o hotelach, bo niewiele więcej widzieli, ale są i tacy, co sami sobie organizują zwiedzanie okolic, czasem dość ekstremalnie. Niektórych nosi po bardziej sportowych destynacjach, więc wyczynowe rowery, wspinaczki, narty, joga itp. No i grupa artystów albo prawie-artystów, w każdym razie osoby, które coś tworzą, rzeźbią, malują itp. Spotykają się w pracowniach, jeżdżą na wystawy. Inni uczą się tańca czy śpiewu. Wiele z tych osób pomimo osiagnięcia wieku emerytalnego nadal pracuje, prowadzi biznesy.
Lubię i bardzo szanuję ludzi, którzy mają pasję. Interesują się jakimś tematem i mają o nim dużą wiedzę. Nie pamiętam kto to powiedział; "można być w kropli wody odkrywcą, a można wędrując dookoła świata przeoczyć wszystko". W jednym komentarzu na innym blogu przeczytałam taką diagnozę: "jedni podróżują do śmierci, a inni urodzili się starzy". Aha, czyli jak nie podróżuję, to znaczy, że urodziłam się stara? To chyba nie o to chodzi z tą starością. Dla mnie starzy są ludzie, którzy mają stare mózgi. Narzekają, zrzędzą, nie mają żadnej pasji czy zainteresowań poza ocenianiem i krytykowaniem innych. Ja mam plany i marzenia, mam mnóstwo zainteresowań, lubię się uczyć nowych rzeczy, poznawać nowych ludzi. Koło 60-tki zrobiłam podyplomowe studia rolnicze (bo był pomysł kupienia paru hektarów, a nikt w rodzinie nie miał uprawnień, no to kto, jak nie ja) i bardzo się w ten temat wciągnęłam, doczytywałam sporo poza programem. Uczę sie włoskiego, bo tak. Wcale niekoniecznie muszę jechać do Włoch, bo mnie tam nie ciągnie. Widocznie jestem stara?Napisałam niedawno znajomemu pracę inżynierską, chociaż nie mam nic wspólnego z jego dziedziną. Pomógł mi dostarczając literaturę i notatki z wykładów, ale jednak musiałam się tego nauczyć, zrozumieć, zrobić projekt, tabelki i wykresy, rozwiązać zadania - w dodatku w trybie mocno przyśpieszonym, bo terminy goniły. Zresztą wiele razy w życiu pisałam dla znajomych albo za pieniądze prace dyplomowe i magisterskie, jakieś referaty. Od pielęgniarstwa, przez ekonomię, filozofię, socjologię, informatykę, po tematy politechniczne. Pracuję umysłowo (o pracy zawodowej opowiem jak już z tym skończę), czytam, interesują mnie rozmaite tzw. poważne tematy. W wolnym czasie maluję obrazki. Ale ktoś mówi, że jestem stara, bo nie podróżuję. A ja rozmawiam z "podróżnikami" i często się okazuje, że o miejscach, które odwiedzili, wiem więcej niż oni. Dla mnie to oni są starzy. Oczywiście są różne kategorie podróżników, ale właśnie o to chodzi, że nie można tak wszystkich wrzucać do jednego worka.
Jakiś czas temu pisałam na blogu o książkach o starości. A może niezupełnie o starości, ale o tym, jak można korzystać z życia mając 70, 80 czy nawet 90 lat. I jak młody można mieć umysł w starym ciele. Wklejam fragmenty z tamtych wpisów:
Justyna Dąbrowska "Miłość jest warta starania. Rozmowy z mistrzami" . Rozmówcami autorki są między innymi: Andrzej Strumiłło, Kazimierz Kutz, Ryszard Horowitz, Tadeusz Rolke... Dopiero po czwartym chyba rozdziale zorientowałam się, co łączy te wszystkie osoby. Otóż jest to pokolenie dzisiejszych niemal (lub ponad) 90-latków! Każde z nich przeżyło jedną lub dwie wojny, bagażem doświadczeń mogliby obdzielić tysiąc osób. W rozmowach opartych o podstawowy zestaw pytań przewijają się wątki z niezwykłych życiorysów tych wszystkich fascynujących postaci ze świata nauki, kultury, sztuki... Co ciekawe - niemal wszyscy oni są u schyłku życia nadal aktywni, praca, którą wykonują, jest wciąż ich pasją. Są rozmowy o przemijaniu, sensie życia, śmierci, niezwykłe przemyślenia, mądre uwagi. I uderzająca pogoda ducha, kontrastująca z powszechną tendencją do narzekania i krytykowania wszystkiego i wszystkich. Na pytanie, co jest w życiu najważniejsze, odpowiadają różnymi słowami, ale zazwyczaj okazuje się, że najważniejsza jest miłość, pasja, rodzina. Fascynująca książka, do czytania i wracania do niej.
Justyna Dąbrowska "Nie ma się czego bać. Rozmowy z mistrzami". Zbiór fascynujących wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury, nauki, ludźmi w wieku mocno zaawansowanym, a jednocześnie pełnymi optymizmu i werwy, bardzo aktywnymi, zaangażowanymi w rozmaite prace i przedsięwzięcia, dzielącymi się swoimi jakże mądrymi i pozytywnymi przemyśleniami o życiu, o wartościach, o tym, co jest ważne. Lektura bardzo budująca, budząca ciepłe uczucia, szalenie pozytywna, dobra na stany depresyjne i długie jesienne wieczory.
Ale co powiecie na przykład o Simonie Kossak, która nie wiem czy gdzieś w życiu w ogóle podróżowała, ale na pewno nie podróże były jej pasją, tylko przyroda, zwłaszcza ta nasza, lokalna, żadne tam egzotyczne cuda. I tutaj chciałam podlinkować wpis o cudownej książce o Simonie, ale... nie znalazłam go na blogu. A byłam pewna, że pisałam. No to teraz w paru zdaniach napiszę.
- LECH WILCZEK - "Moje życie z Simoną Kossak". Wydawnictwo Marginesy, 2023r, s. 335.
Cudowna opowieść partnera życiowego Simony Kossak, bogato okraszona jego niesamowitymi zdjęciami, a także fotografiami z albumów rodzinnych. Simona - ostatnia w prostej linii ze sławnego rodu Kossaków, porzuciła tętniącą życiem Kossakówkę i przeniosła się do chaty z bali na skraju Puszczy Białowieskiej. Poświęciła całe życie badaniom rodzimej przyrody i walce o jej ochronę, o zachowanie naturalnych siedlisk zwierząt i ptaków. Pracowała w zakładzie Polskiej Akademii Nauk w Białowieży, była profesorem nauk leśnych, popularyzatorką wiedzy o przyrodzie. Zżyła się z puszczą i jej mieszkańcami, w jej domu mieszkały ptaki, dziki, sarny, lisica, a zwierzęta w lesie znały ją i podchodziły jak oswojone. Wiele osób kojarzy ją z audycji radiowych, w których opowiadała o leśnych stworzeniach, powstał także film biograficzny, chociaż może nie do końca zgodny z prawdą. O książce trudno opowiadać, bo to jest książka specyficzna, bardzo osobista, pełna wzruszających momentów, dużo mówią też liczne fotografie. Wilczek opisuje ich spotkanie, wspólną pracę, codzienne życie, mnóstwo zabawnych historii związanych z Simoną, jej zaangażowanie w opiekę nad zwierzętami i ochronę puszczy. Była kobietą pełną pasji, żyła pełnią życia, chociaż nigdzie daleko nie podróżowała.
Poznałam w sieci mnóstwo ludzi z wielkim apetytem na życie, którzy jednak upatrywali szczęście nie w dalekich wyprawach, ale w celebrowaniu chwil i dopieszczaniu najbliższego otoczenia - domu, ogrodu. Ostatnio dużo pisze się i mówi o tym, jak zwolnić i cieszyć się życiem bez pośpiechu.
W poprzednim wpisie wspomniałam, że 4 maja został ustanowiony Światowym Dniem Powolności. Pomysł narodził się w głowie Włocha, Bruno Contigianiego, menedżera i pracoholika, który jednak uznał, że życie ucieka mu przez palce. Założył więc stowarzyszenie The Art of Living Slowly (Sztuka Powolnego Życia) którego celem jest krzewienie idei, że unikając pośpiechu i stresu można poprawić jakość życia. (...) Włosi jak mało kto przykładają wagę do wolniejszego życia. To oni przecież wymyślili ideologię Slow Food, a więc delektowania się wykwintną kuchnią, unikania Fast foodów.
A więc u Włochów passeggiata, a u Japończyków - ikigai, czyli filozofia szczęścia. "Ikigai w wolnym tłumaczeniu oznacza "powód życia". Filozofia ta mówi, by czerpać przyjemność z codziennych spraw i by każdy dzień sam w sobie był wystarczającą motywacją do wstania z łóżka. To przeciwieństwo zachodniego sposobu postrzegania szczęścia jako ekscytujących wydarzeń czy wyjątkowego spędzania czasu. To właśnie według zasad ikigai żyją mieszkańcy Okinawy, czyli najbardziej długowieczni ludzie świata. Filozofia ikigai zachęca też, by aktywnie "poszukiwać samego siebie" - odkrywać, co sprawia nam największą przyjemność, co nas wyróżnia i sprawia, że jesteśmy wyjątkowi. Chodzi więc o to, by w życiu znaleźć też czas na rzeczy, które nie są użyteczne. Może to być pisanie wierszy do szuflady, tworzenie rzeźb czy przedmiotów, które nigdy nikomu się nie przydadzą. Cenny jest sam proces twórczy, podejmowanie wyzwań, a także ciągłe samodoskonalenie. (...) Japońska filozofia szczęścia zachęca do czerpania radości z każdej chwili - zarówno pracy, domowych obowiązków, jak i chwil relaksu. Jej podstawą jest cieszenie się z prozaicznych czynności i akceptowania rzeczywistości, zamiast ciągłego wyczekiwania na przyjemności, Ikigai mówi też o życiu w harmonii z otoczeniem - zarówno z ludźmi, jak i przyrodą. Badania japońskich naukowców z Uniwersytetu Tohoku w Sendai na grupie ponad 50 tys. mieszkańców Osaki wykazały też, że osoby kierujące się zasadami ikigai są bardziej zadowolone z życia i zdrowsze - znacznie rzadziej zapadają na schorzenia układu krążenia czy choroby cywilizacyjne."(źródło)









