Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papier i tektura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papier i tektura. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 czerwca 2026

Ptaszarnia i zielska rozmaite.

Sówki-płomykówki z papier-mache. Do planowanej ptasiej bandy na półkę nad oknem.




Miała być jedna, ale wyszła mi tak sobie, bo do rzeźbienia to ja się jednak nie bardzo nadaję, więc próbowałam ją przerobić, ale... zapomnij kobieto, masa papierowa z wikolem i skrobią ziemniaczaną po wyschnięciu okazała się twarda jak stal. Jedno narzędzie połamałam, próbując odciąć/odłupać sowie część głowy... Więc sowa została tak jak była, ale za to dorobiłam jej towarzyszkę, oczywiście próbując zrobić lepszą wersję. No i też nie do końca jestem zadowolona, obie mają za małe głowy i flary, no ale cóż, mniejsza z tym, nie chodziło mi o jakieś super realistyczne odwzorowanie, tylko żeby mniej więcej przypominało to konkretny gatunek ptaka. 


Tak wyglądają skrzydła z tyłu:



I w towarzystwie krukowatego, który w tym towarzystwie jest stanowczo nieproporcjonalnie zbyt mały, ale na razie nie będę się tym martwić, może kiedyś zrobię porządnego kruka:


Na razie mam dosyć lepienia ptaków, natomiast dziergam w wolnych chwilach mój chodniczek-szmaciak, o którym wspomniałam w poprzednim wpisie. Nawet się zdziwiłam, że tak szybko go przybywa i że mi się jeszcze chce :). Dziobię go sobie od czasu do czasu wieczorową porą i całkiem jestem zadowolna z efektu. Co oznacza, że może się nie zniechęcę w połowie i nawet uda mi się go wkrótce skończyć. Właściwie to mam już jakieś 2/3 planowanego rozmiaru. Zamiast scrollować internety towarzyszę mężowi przy mundialu, jednym okiem zerkając na ekran, drugim na robótkę.




Zbieram już surowiec na kolejny chodniczek, bardziej kolorowy. Rodzina przy okazji pozbywa się przechodzonych t-shirtów, bez jeżdżenia do pszoku. Na temat pszoków i tego zbieractwa śmieciowego to bym się jeszcze wypowiedziała, ale ostatnio mam w tym temacie do powiedzenia tylko bardzo brzydkie wyrazy, więc może lepiej dam spokój. Byłam zwolenniczką segregacji, ale dajcie spokój, urzędasy odklejone od rzeczywistości powymyślały takie nieżyciowe przepisy, że głowa mała. W mieście więcej kubłów niż klombów, a i tak są problemy ze zdaniem różnych odpadów i góry śmieci w lasach rosną. Najbardziej przerąbane mają przedsiębiorcy, przynajmniej w moim mieście. Wiem z autopsji. Za niektóre frakcje trzeba płacić haracz nawet jak się ich nie wytwarza ani grama, za to innych nie sposób gdziekolwiek oddać. No dobra, miałam się nie wypowiadać...


Wracając do ptaków - takiego oto prawdziwego ptaka widujemy ostatnio czasem nad naszym domem (zdjęcie z Wikipedii, bo oczywiście jak szybuje nad nami, to nie mam nic pod ręką, żeby cyknąć i stoję i się gapię po prostu):


Kania ruda - przepięknie upierzony, duży ptak drapieżny z rodziny jastrzębiowatych. Bardzo łatwo ją rozpoznać po charakterystycznym głębokim wcięciu ogona. Oraz kolorach, oczywiście. Wspaniale szybuje wykorzystując ruchy powietrza, zazwyczaj ze skrzydłami lekko zgiętymi w kształcie litery M. Jest w zasadzie endemitem europejskim, czyli występuje tylko w Europie. Lęgi ma między innymi w Polsce (głównie zachodniej i zach.-pn.), a na zimę przeważnie przenosi się na południe kontynentu. Większa od myszołowa, za Wiki przytaczam imponujące wymiary:

długość ciała: 60–72 cm
rozpiętość skrzydeł: 143–171 cm
masa ciała: samce 757–1221 g, samice 960–1600 g

Prawdopodobnie gdzieś w pobliżu ma miejsce lęgowe, bo widywana jest w naszej okolicy od kilku lat co roku wiosną. Krąży zwykle w rejonie rzeki i nad pobliskimi łąkami. Piękny widok, powiadam Wam. Jak się na codzień widuje tylko niewielkie kawki, gołębie czy sroki (o mniejszym drobiazgu nie wspominając), to taki barwny olbrzym dostojnie i nieśpiesznie zataczający koła nad naszymi głowami - robi wrażenie.

Natomiast na pobliskim świerku sroki zbudowały gniazdo. 

strzałka pod szczytem wskazuje gniazdo


Zdjęcie kiepskie, bo daleko, zrobione telefonem, i trochę wiało, więc nieco ruszone, ale może w powiększeniu da się zobaczyć, jakie tam jest zabezpieczenie, pajęczyna utkana z gałązek, broniąca dostępu do gniazda. Sroki podlatują z boku, a wylatują potem z drugiej strony. Nie da się tego dokładnie obejrzeć, bo to jakieś 6 metrów do góry, ale doczytałam w internetach, że sroki budują gniazda w kształcie dużej kuli z gałązek, a w środku jest bardziej stabilne gniazdo właściwe w kształcie misy wymoszczonej trawą, piórami, liśćmi, mchem itp. Na mniej ulistnionych drzewach wczesną wiosną wygląda to jak nieskładna kupa gałęzi. Dawniej w tym świerku miały gniazdo sierpówki, ale przeganiały je a to gołębie, a to sroki, no i sierpówki w końcu gdzieś się wyniosły. Niestety, sroki to fruwający bandyci i mordercy, potrafią napadać na większe od siebie ptaki, mordują ich pisklęta, rozwalają cudze gniazda. Nie lubię srok, no ale cóż, zbudowały gniazdo, ich prawo, niech tam sobie żyją. Prawdopodobnie w przyszłym roku już ich tutaj nie będzie, bo rzadko wykorzystują stare gniazda.

Narzekam czasem, że nasze miasto zawłaszcza coraz więcej obszarów przyrody, ale przy okazji spacerów z psem uświadomiłam sobie, że w zasadzie nie jest najgorzej, bo jak się tak dobrze rozejrzeć, to nadal mamy wokół domu sporo zieleni. Nie trzeba daleko wędrować, żeby znaleźć się w zielonym buszu. Z jednej strony, dosłownie 30 metrów od nas, jest zagajnik, w którym ukrywa się pozostałość po przedwojennym niemieckim cmentarzu. Był tam kiedyś kościół ewangelicki, ale po wojnie przez długi czas był wykorzystywany jako magazyn i ulegał stopniowej degradacji, w końcu całkiem go rozebrano. Sam cmentarz też niszczeje, piękne rzeźbione płyty nagrobne zostały rozkradzione albo całkiem zdewastowane, nikt nie chciał się tym zająć, zaopiekować, jakoś uporządkować. Próby zainteresowania tematem proboszcza z miejscowej parafii albo władz samorządowych spełzły na niczym. Raz na kilka lat przeprowadzana jest tylko wycinka samosiejek. Taki mam widok z okna na piętrze na ten zagajnik. Wypełnia mi praktycznie całe okno. A jak tam ptaki śpiewają!



A trochę w bok z balkonu wygląda to tak:



Idąc w drugą stronę - jakieś 150 metrów od naszego domu, jest mały park, a tak naprawdę to kolejna pozostałość po przedwojennym cmentarzu, tym razem żydowskim, zapewne trochę starszym od tamtego niemieckiego. Tutaj w latach 80tych wyrównano teren, nawieziono ziemi, zasiano trawę, obsadzono dookoła niskim żywopłotem z ligustru, który teraz właśnie kwitnie i pachnie oszołamiająco, dosadzono też trochę drzew. Z dawnych czasów zostały stare drzewa - platany i klony, wyznaczające dawne alejki, kilka dębów i lip. Dobra wiadomość jest taka, że w tych miejscach za mojego życia z pewnością nikt nic nie wybuduje i ta zieleń jeszcze długo zostanie, a razem z nią ptaki i wiewiórki. 




Wychodząc z tego parku dalej - jeszcze parę lat temu trafialiśmy bezpośrednio na ciągnące się aż do sąsiedniej wsi pola i łąki. Teraz niestety w dużej części te tereny zostały przeznaczone pod budowę domków jednorodzinnych, osiedle nam się rozrasta. Między grupami domów pozostały jednak spore kawałki porośnięte roślinnością, tu i ówdzie jest po parę hektarów jeszcze nie rozparcelowanych pod budowy, tak że mamy gdzie spacerować. Tu gdzie jeszcze dziesięć lat temu rosły zboża, rzepak i ziemniaki, teraz bujnie plenią się trawy rozmaite, maki, chabry, kąkole, firletki, rumianki, szczaw i wrotycz zaczynają kwitnąć, nawłocie na razie wypuściły liście, ale błyskawicznie pną się ku górze. Samosiejki brzóz, sosen, dębów, czarnego bzu i dzikiej róży porastają całe połacie pomiędzy stuletnimi lipami i robiniami. Ponieważ pod budowy domów wycięto tu i ówdzie trochę drzew (raczej pojedyncze, bez jakiejś totalnej dewastacji), to w zamian zostały posadzone aleje nowych lip, platanów i klonów. 



Idąc od naszego domu w trzecią stronę - w podobnej odległości czyli około 150-200 metrów mamy otoczony starodrzewem osiedlowy plac zabaw ze sprzętem do rozmaitych ćwiczeń, ping-ponga, ławeczki itp, oraz nowe przedszkole z ładnie zagospodarowanym i obsadzonym całkiem bujną roślinnością terenem, i obok znowu około hektara parku z koszoną od czasu do czasu trawą i ze starymi drzewami, do których dosadzono sporo nowych - podobnie jak w innych miejscach najczęściej są to platany, lipy i czasem klony i jarzębiny. Tak więc mieszkam w całkiem zielonym otoczeniu, zarazem rzut beretem od jednej z głównych arterii komunikacyjnych i drogi wojewódzkiej, a jednak w oazie spokoju, przy cichej i mało uczęszczanej uliczce, z dobrymi sąsiadami. I do rzeki też mam rzut beretem (w czwartą stronę od domu). I chociaż dom chętnie bym zamieniła, to samo miejsce i okolica są świetne i tylko to nas zawsze powstrzymuje przed przeprowadzką.


W ogrodzie natomiast część roślin szaleje, jak ten wiciokrzew, który pokrywa połowę płotu:





Piwonie też oszalały, ale niestety dostały łupnia od burzy i trochę nie wyglądają, mam nadzieję że tylko przejściowo i jeszcze się pozbierają.

Dzisiaj przeczytałam w internecie i się zdziwiłam, że łubin jako roślina ekspansywna jest w Polsce zakazany - nie dosłownie, ale jest na liście gatunków, których nie należy wprowadzać do ekosystemu, ponieważ zagrażają innym roślinom i zaburzają równowagę przyrodniczą. No coś takiego... A ja łubinu prawie nie spotykam, na tych naszych łakach to może jedną kępę widziałam. Natomiast owszem nawłoci mamy w pobliżu całe łany, coraz częściej też widuję spore obszary zarośnięte rdestowcem - tam to faktycznie nic innego nie rośnie. A właśnie niedawno myślałam, że chciałabym mieć różnokolorowy łubin w ogrodzie... Może w donicy???

No czyż to nie piękne jest?


Jak wiecie w lipcu kończę pracę, zamykam firmę. I nie mogę się tego momentu doczekać, bo jak już dałam wszystkim wypowiedzenia, to mentalnie jestem na wolności i to chodzenie do roboty zaczyna mi teraz ciążyć. A tymczasem jak na złość jakaś czarna seria, co chwila coś się psuje albo inne jakieś problemiki mnożą się jak króliki... Ale nic to, powtarzam sobie, że za chwilę koniec i wakacje :).

I na dodatek piekarnik mi się w domu zepsuł, akurat jak przygotowałam ryż z jabłkami. Włączam, a tu nic. Umarł. No to zrobiłam ten ryż na kuchence, w sumie w smaku różnica żadna, tyle że z wierzchu się nie przypiekło, za to od spodu bardziej. Mnóstwo cynamonu, ach, uwielbiam te szarlotkowo-cynamonowe zapachy :). Smaki zresztą też, jabłka to moje ukochane owoce, te egzotyczne niech się schowają. No ale - Houston, mamy problem z piekarnikiem! Nie posiadam airfrayera, no bo skoro jest piekarnik, to po co mi taki gadżet, zresztą nie wszystko we frajerku da się upiec. I jak już zrobiłam ten ryż z jabłkami na kuchence, to sobie przypomniałam, że przecież posiadam prodiż! Zabunkrowany gdzieś w piwnicy czy jakimś schowku. Ktoś pamięta co to jest? Relikt PRLu, ale chyba do tej pory prodiże są produkowane i tam gdzie nie ma piekarnika, to się świetnie sprawdzają, w dodatku są znacznie mniej prądożerne niż piekarniki elektryczne. Dostałam go od kogoś na etapie budowy domu, zanim urządziliśmy kuchnię, bo wprowadzaliśmy się trochę na wariata, przed wykończeniem. Czasy były kryzysowe i ze wszystkim był problem, a to było świetne rozwiązanie. Nie mam teraz siły na fachowców, w sumie rzadko piekę, więc przejściowo w razie potrzeby odpalę prodiż! Będzie jak podróż w czasie - młodszy syn się jara, bo on kocha peerelowski dizajn :).

A tymczasem zaliczyliśmy przyjemną Noc Kupały i Letnie Przesilenie. Może nie całkiem noc, ale późny wieczór spędziliśmy u przyjaciół w plenerowych okolicznościach przyrody. Oni mają dużą chatę wraz z imponującym przyległym terenem, przygotowali grilla, ale zawsze goście też coś przynoszą, my zwykle jakieś sałatki, ale tym razem wymyśliłam, że zamówimy pizzę w dwóch rodzajach plus sałatki italiano na bazie rukoli i z czosnkowym pieczywkiem. Gospodyni od wejścia wołała, że ale po co, przecież my wszystko przygotowaliśmy,  - ale jakoś tak wyszło, że wszyscy rzucili się na te pizze i chlebki czosnkowe i ostatecznie na grillu zostały upieczone tylko warzywa, mięso wróciło do lodówki. Pizza pyszna (podobnie jak wypiekany w tejże pizzerii chlebek żytni na zakwasie, z ziarenkami rozmaitymi), według włoskich receptur, z pieca opalanego drewnem - ale nie tylko o nią tu chodzi, ale też o pana, który tę pizzerię niegdyś stworzył. Obecnie zajmuje się nią młodsze pokolenie, natomiast sam twórca biznesu prowadzi od wielu już lat ośrodek leczenia dzikich zwierząt. Specjalność ośrodka to bociany (połamane, pokiereszowane, wyrzucone z gniazda pisklaki itp), ale trafiają tutaj też sarny, szopy, lisy i mnóstwo innych ptaków i zwierzaków, są nawet lamy i serwale. Nasze 1,5% z podatku zawsze idzie na ten ośrodek, no i staramy się na różne inne sposoby wspierać takich ludzi.

Wieczór Kupały umilało nam widowisko światło i dźwięk w wykonaniu Matki Natury - z zadaszonego tarasu niemal równo z zachodem słońca mieliśmy okazję podziwiać spektakularne błyskawice. Dom na górce, z widokami rozległymi na okolicę, było bardzo ciepło, burza owszem grzmiała i padała, ale bez wichrowych porywów, więc nie musieliśmy uciekać i impreza udała się znakomicie :).

A w tak zwanym międzyczasie zaliczyłam dwusetny dzień z włoskim na Duolingo. Jaki efekt tej nauki? Sporo rozumiem, gorzej na razie z samodzielnym i szybkim układaniem rozbudowanych zdań, ale jak dłużej pomyślę to nawet jakoś mi to wychodzi. Oczywiście do swobodnego rozmawiania to jeszcze bardzo długa droga i raczej w jakimś momencie trzeba będzie zmienić metodę, natomiast jeśli chodzi o naukę słówek i gramatyki, to jest to całkiem dobry i bezbolesny sposób. Przede wszystkim ten system mobilizuje do systematycznej pracy - codziennie poświęcam na to około 1,5 godziny w dwóch odcinkach. Nigdy w życiu nie uczyłam się tak żadnego języka, więc efekty przychodzą szybciej niż w szkole czy na kursie.

********


niedziela, 8 lutego 2026

Mandala mexicana.

Jestem trochę w niedoczasie ze wszystkim, więc wpadam tym razem na króciutko i pokazuję kolejną mandalę tekturkową. Jakoś tak mimochodem zmajstrowałam ją w mandalowym ciągu, więc czym prędzej pokazuję. Dłuższe opowieści będą w kolejnym wpisie, jak ogarnę rzeczywistość wokół mnie.



W poprzedniej mandali kilka osób dopatrzyło się inspiracji afrykańskich, no to tym razem mamy coś w stylu mexico. W centrum mandali umieściłam przywiezioną niegdyś przez me dziecię z Meksyku ceramiczną miniaturkę Kamienia Słońca, uważanego przez niektórych za kalendarz aztecki, ponieważ zawiera symbole różnych dat i okresów. Jednak najprawdopodobniej jest to przedstawienie mitu o pięciu słońcach, związanych z pięcioma erami kosmologicznymi w kalendarzu azteckim. W środku znajduje się wizerunek Tonatiuha, jednego z bóstw słońca, otoczony "wizytówkami" pozostałych czterech bóstw oraz symbolami kalendarzowymi i kosmicznymi. 

Oryginalny dysk Kamienia Słońca jest dość potężny, ma 358 cm średnicy, blisko metr grubości i waży 24 tony. Ze względu na wartość artystyczną i historyczną uważany jest za najcenniejsze rękodzieło azteckie. 

oryginalny Kamień Słońca w Narodowym Muzeum Antropologicznym w Meksyku
Foto: Rosemania - https://www.flickr.com/photos/rosemania/4419055059/, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=9695824


Moja miniaturka Kamienia ma średnicę 11 cm :). A cały obrazek: 50x70 cm.



Pozostałe elementy na obrazku nie mają realnych odniesień do jakichś konkretnych meksykańskich czy azteckich symboli, to jedynie wytwory mojej wyobraźni, może tylko odrobinę zainspirowane tamtejszą kulturą, zwłaszcza kolory zapożyczone. Koło tekturowe wycięte kiedyś (już nie pamiętam po co) samo się prosiło o wykorzystanie, nakleiłam to na podkład także z tektury, z opakowania po odkurzaczu. Lekko mi to zjechało na jeden bok, chyba w czasie przyciskania zestawem ciężkich przedmiotów, żeby się dobrze skleiło. No i skleiło się na amen, więc musi zostać jak jest :). 


Mam obecnie fazę upcyklingową i staram się wykorzystać rozmaite materiały, które walają się gdzieś po domu. Nie wynika to z oszczędności ani nawet proekologicznego podejścia, tylko zwyczajnie zaczęłam się wkurzać, że tyle śmieci z każdego kąta wyziera. Najwiekszy chomik w domu to mój mąż, jemu wszystko się przyda, ale ja sama jakoś tak niechcący dołożyłam to i owo do tych zbiorów. Tak że teraz jest akcja "czyszczenie magazynów". W związku z tym pewnie jakieś nowe mandale powstaną, albo coś w tym stylu. Ja po prostu lubię takie rzeczy robić :).



I to by było chwilowo na tyle, uciekam do spraw pracowych, a wrócę tutaj jak już uratuję świat.

*******

niedziela, 23 listopada 2025

Listopadowe świętowanie.

Nie, nie, nie będzie ani o Wszystkich Świętych ani o Święcie Niepodległości, ale... po kolei. Najpierw moje najnowsze i w dodatku niedokończone... ekhm... dzieło, ze znanego Wam już cyklu "tego obrazu nie będzie".

 


Kolory na zdjęciach, jak to u mnie, oczywiście od czapy, w realu mniej jaskrawe te czerwienie zwłaszcza. Miało być więcej szczególików, ale straciłam wenę i chyba już nic więcej z tym nie zrobię. To znaczy owszem, zrobię, ale mam na myśli utylizację bądź totalną przeróbkę. No i chyba jednak wrócę do malowania, bo trochę się zniechęciłam do tego typu prac plastycznych ;). Takie to tam, wiecie, wyklejanki. Coś w rodzaju kolażu, w którym główne role grają: mój ulubiony motyw mandali (niedokończony), krwisty kryształek, który chyba z dziesięć lat leżał sobie w szufladzie, a ja wciąż nie miałam na niego pomysłu, oraz żmija ulepiona z papier-mache. Całość powstała na podłożu malarskim 50x70 cm, które zostało mi po kilku nieudanych obrazach malowanych jeden na drugim. Wkurzyłam się po kolejnej porażce i uznałam, że skoro z malowaniem mi tutaj nie wyszło, to zrobię na tej płycie coś w całkiem innej technice. 




Jak zwykle zdjęcia przekłamują kolory, to wszystko jest bardziej stonowane, nie tak krzykliwe, no ale mój aparat nie radzi sobie z kontrastami (czerwień, złoto, grafitowe tło). Użyte zostały: farby akrylowe, klej wikol, ręczniki papierowe i inne papiery, folia aluminiowa, papier nacinany (z jakichś opakowań) jako żmijowa skóra, trochę tektury i drewniane rozpórki do blejtramów w roli elementów mandali, no i ten kryształek, od którego w zasadzie wszystko się zaczęło i dwie ozdobne szpilki z główkami jak ten kryształek, a z których powstały oczy żmii. Oraz moja wyobraźnia :). Tutaj szał tworzenia, czyli bałagan twórczy, z boku po prawej widać ten nacinany papier, który natchnął mnie do użycia w roli gadziej skóry:




Na początku miałam tylko ogólną koncepcję, szczegóły wymyślałam i dopracowywałam w trakcie pracy. Najwięcej kłopotu było ze skórą żmii - podobała mi się struktura tego papieru, ale problem był z pomalowaniem tego wodną farbą przy pomocy pędzla tak, żeby te fale-łuski nie oklapły. Musiałam to robić na raty, suszyć co chwila, znowu trochę podmalować itd. Mąż zapytał co to za mroczne klimaty wzięłam na tapet, trochę mnie zdziwił, bo co tu niby mrocznego, a on mówi - no ta żmija taka przepołowiona... Ekhm... no więc to miało stwarzać wrażenie, że żmija oplata ten obrazek i z jednej strony wychodzi na wierzch głowa, z drugiej koniec ogona, a reszta jest zawinięta za obrazem. No naprawdę... myślałam, że to jest oczywiste, a widocznie niezupełnie mi to wyszło zgodnie z planem :)))).

No w każdym razie pomysł był może ciekawy, w głowie miałam dość konkretną wizję, ale potem wszystko szło jak po grudzie. W związku z czym zabrakło mi już siły na dokończenie. Pokazuję jako ciekawostkę w temacie czym się bawię po pracy w długie jesienne wieczory ;).




*****

Na wielu blogach czytam narzekania, że pora roku do kitu, pogoda do kitu, nastrój do bani...  No bo listopad, późna jesień z chłodem, deszczem i długimi ciemnymi wieczorami i brak fajnych tradycji i popularnych świąt rozjaśniających mroki listopadowe. U mnie co prawda całkiem spoko, niewiele padało, całkiem ciepło do połowy miesiąca (do 15 stopni!), sporo słońca nawet. Tyle, że doba krótsza.

Jakiś czas temu pojawił się termin "jesieniara". Jesieniara to osoba, która uwielbia jesień, lub przynajmniej stara się ją oswoić - za pomocą relaksujących spacerów wśród kolorowych liści spadających z drzew, wieczorów spędzanych przy kominku, w zawoju z miękkiego kocyka, z kubkiem aromatycznej herbatki z przyprawami, w ciepłym przytulnym swetrze. Jak podaje AI - z czasem określenie nabrało głębszego znaczenia i oznacza kogoś, kto docenia zwolnienie tempa, komfort, domowe rytuały i jesienną, lekko melancholijną estetykę. 

Może nie określiłabym siebie jako jesieniarę, bo nie mam jakichś szczególnych rytuałów, nie celebruję przesadnie parzenia herbaty, zawijania się w kocyki i zapalania świec, ale tak zwyczajnie - lubię jesień, zarówno tę złotą polską jesień ze słońcem i szaleństwem kolorów opadających z drzew liści, jak i długie, ciemne wieczory listopada, mgły i pierwszy szron, deszcz i krakanie wron. Ale na jednym z zaprzyjaźnionych blogów była niedawno mowa o tradycjach i świętach w okresie pomiędzy Halloween a Bożym Narodzeniem - no fakt, jak tylko znikną z wystaw sklepowych dynie i sztuczne kościotrupy, to mamy już dekoracje bożonarodzeniowe, czasem nawet leci to równolegle, mikołajki i bombki, a obok szkieletory. Ale listopad ciemny, zimny - i brak powszechnych imprez doskwiera. Są rozmaite lokalne wydarzenia, branżowe święta, ale na ulicach i w domach nie widać pomysłu na ubarwienie i rozweselenie tego miesiąca, żadnych komercyjnych zalewów dekoracji. Posprawdzałam więc w kalendarzu co my tam mamy i czy przynajmniej znajdą się jakieś okazje do kameralnego świętowania, choćby z rodziną czy przyjaciółmi. Listopad już się zaraz skończy, ale parę dni jeszcze zostało, no i może się to przyda na przyszły rok. Tak więc - od początku:

Halloween w zasadzie przypada na 31 października, wchodzimy jednak w listopad z przytupem, bo dekoracje są dość powszechne, dynie, świece, bukiety wrzosów i chryzantem, ale też zjawy, kościotrupy i pająki (o ile ktoś lubi takie klimaty), w wielu domach odbywają się domówki zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci, z odpowiednio straszliwym entouragem oczywiście, przeciągające się aż do 1 listopada. Czyli całkiem niezły imprezowo początek. Pomijam już fakt, że w moim odczuciu same Zaduszki powinno się świętować w stylu meksykańskim, no ale chyba jestem jednak wciąż w mniejszości. Poszperałam w internetach - co też my tam dalej mamy...? 

Listopadowe nietypowe święta:

  • 1 listopada: Światowy Dzień Wegan
  • 3 listopada: Hubertus, czyli Święto Myśliwych
  • 3 listopada: Dzień Gospodyni Domowej
  • 3 listopada: Dzień Kanapki
  • 4 listopada: Dzień Taniego Wina
  • 5 listopada: Międzynarodowy Dzień Postaci z Bajek
  • 6 listopada: Dzień Saksofonu
  • 7 listopada: Dzień Kotleta Schabowego
  • 7 listopada: Światowy Dzień Feministek
  • 8 listopada: Europejski Dzień Zdrowego Jedzenia i Gotowania
  • 8 listopada: Dzień Cappuccino
  • 8 listopada: Dzień Zdrowego Śniadania
  • 9 listopada: Światowy Dzień Gry Wstępnej
  • 9 listopada: Międzynarodowy Dzień Łamańców Językowych
  • 10 listopada: Dzień Jeża
  • 11 listopada: Dzień Świętego Marcina (rogale!)
  • 11 listopada: Dzień Singli 
  • 12 listopada: Światowy Dzień Drwala 
  • 13 listopada: Dzień Placków Ziemniaczanych
  • 13 listopada: Światowy Dzień Dobroci
  • 13 listopada: Dzień Biznesmena
  • 14 listopada: Dzień Seniora
  • 15 listopada: Dzień Slipek
  • 16 listopada: Międzynarodowy Dzień Tolerancji
  • 16 listopada: Dzień Wiedźm
  • 17 listopada: Dzień Czarnego Kota
  • 17 listopada: Światowy Dzień Studenta
  • 17 listopada: Dzień Baklawy
  • 18 listopada: Dzień Myszki Miki
  • 18 listopada: Światowy Dzień Bicia Rekordów
  • 20 listopada: Światowy Dzień Rzucania Palenia Tytoniu (trzeci czwartek listopada)
  • 20 listopada: Dzień Absurdu
  • 20 listopada: Święto Wina Beaujolais Nouveau (trzeci czwartek listopada)
  • 21 listopada: Światowy Dzień Życzliwości i Pozdrowień
  • 22 listopada: Dzień Kredki
  • 23 listopada: Dzień Espresso
  • 24 listopada: Dzień Buraka
  • 24 listopada: Dzień Morsa (zarówno morskiego ssaka jak i miłośników zimnych kąpieli)
  • 24 listopada: Dzień Sardynek
  • 24 listopada: Katarzynki
  • 25 listopada: Dzień Pluszowego Misia
  • 26 listopada: Dzień Ciasta
  • 26 listopada: Światowy Dzień Drzewa Oliwnego
  • 28 listopada: Dzień Bez Zakupów
  • 28 listopada: Dzień Pocałunków
  • 29 listopada: Andrzejki
  • 30 listopada: Dzień Białych Skarpetek
  • 30 listopada: Dzień Niebieskiej Czapki

Jest tego więcej, ale pominęłam większość świąt religijnych, branżowych, politycznych i temu podobnych. W każdym razie - świąt ci u nas dostatek, tyle tylko, że nie są powszechnie obchodzone. Dla mnie najfajniejsze to oczywiście te różne kulinarne, a zauważcie, że jest ich w listopadzie całkiem sporo. Dalej - Dzień Czarnego Kota, Dzień Kredki, Dzień Pluszowego Misia, Dzień Saksofonu (bo lubię) i tak dalej, świętować można niemal co dnia. 

W mojej okolicy od wielu lat całkiem hucznie obchodzony jest Hubertus. Na pobliskim zamku odbywają się rozmaite imprezy - kiermasze, rekonstrukcje walk rycerskich, zawody w strzelaniu z łuku, koncerty, jazdy i zawody konne, kulinarne szaleństwa z dziczyzną w roli głównej itp, ale jakoś tak ideologicznie mi z myśliwymi nie po drodze. Bywałam tam, jak synek w czasach szkolnych bawił się w rycerstwo, bo jak już uszyłam te siermiężne koszule i uplotłam z miliona metalowych kółek kolczugę, to trzeba było to zobaczyć w "boju" :).

Dzień Placków Ziemniaczanych uczciłam należycie, na Dzień Seniora upiekłam tartę tatin i z zaprzyjaźnionymi seniorami zostało odkorkowane do niej pyszne włoskie Fragolino,  potem było świętowanie z baklawą u znajomych Chorwatów (za samą baklawą w wersji bałkańskiej nie przepadam, ale nasi znajomi robią ją w wersji pod Polaków, mniej słodką, no i było też dużo innego chorwackiego jedzonka), beaujolais nouveau - no cóż, też nie jestem fanką, ale pół kieliszka pro forma można wypić na początek imprezy, a potem przejść do nieco ciekawszych win oraz innych trunków, z odpowiednią zakąską, ma się rozumieć. Co nam jeszcze zostało w kalendarzu? -  Dzień Buraka może nie brzmi interesująco, ale jakieś przyjątko z barszczykiem, sałatką buraczkową, sokiem z buraków i ćwikłą do dań mięsnych da się zorganizować, no i dzisiaj Dzień Espresso a potem Dzień Ciasta - to hohoho! ale będzie rozpusta! Że nie wspomnę o Andrzejkach czy Katarzynkach :). Nawet Dzień Sardynki czy Drzewa Oliwnego można przeobrazić w kulinarną imprezę i całkiem dobrze się bawić.

W grudniu postaram się wpaść tutaj na początku miesiąca i podrzucę Wam grudniowe propozycje z nietypowego kalendarium. No to - miłego świętowania! 

*****


sobota, 24 czerwca 2023

Takie tam...

Żaden sensowny tytuł wpisu nie przyszedł mi do głowy, no bo jak nazwać takie coś? Może - kolaż geometryczny? Z pewnością jest to kolaż, a nawet dwa, a przewaga ułożonych w równych rzędach i kolumnach kwadratów i doklejonych do nich równie "porządnych" elementów zasługuje na skojarzenie z geometrią. W sumie to lubię takie proste, uporządkowane, nie przekombinowane formy, więc samo jakoś tak wyszło :).



Pierwotny pomysł był nieco inny, bardziej zwariowany, zarówno co do kształtów, jak i kolorów, ale szykując sobie warsztat pracy i materiały, natknęłam się na spory stosik kartoników w różnych kolorach i wizja projektu zaczęła ewoluować. Te kartoniki to dość sztywne przekładki do segregatorów, które kiedyś odłożyłam przy porządkowaniu starych dokumentów firmowych i kasowaniu niepotrzebnych papierów. Niektóre mają dodatkowo ciekawą fakturę, wyciskane esy-floresy, lekko satynowy połysk lub drobne prążki. Wówczas, chowając te przekładki, jeszcze nie miałam żadnego konkretnego pomysłu, co z nimi zrobię, ale jakoś szkoda było wyrzucić :). No i teraz jakoś tak kusząco do mnie przemówiły...




Obie prace są w podobnym układzie niemal lustrzanym, mają wymiary A3, czyli około 30x40cm. Wykorzystałam rzeczone przekładki w kolorach ciemnej i jasnej czerwieni oraz jasnym ecru (jak zwykle słabo widać na zdjęciach niuanse kolorystyczne), kawałek papieru czerpanego, grubszy karton w kolorze ciemnego piasku i w miodowym, złoty cieniutki sznureczek, jedną pociętą na kwadraty moją własną złotą mandalę wyrysowaną na czarnym papierze - z tego wpisu: http://sztukawpapilotach.blogspot.com/2020/01/tak-powstaja-gwiazdy-i-pustynne-roze.html (najmniej mi się podobała, to poszła pod nóż), a za tło posłużyły kartki grubego papieru 300g, w kolorach jasnego piasku. 





Wszystkie rysunkowe elementy wykonane są złotym żelopisem, co chyba też nie za bardzo jest widoczne na tych zdjęciach.

W sumie to sama nie wiem po co mi to, bo w domu raczej takich dekoracji nie powieszę, nie pasują. Pomyślałam, że z uwagi na te symbole kolorów kart mógłby to być prezent dla jakiegoś brydżysty czy innego karciarza... ale czy dzisiaj w ogóle ludzie grają w karty? Dawniej spotykano się na brydża, pamiętam jak rodzice mieli takie karciane wieczory ze znajomymi, a za moich lat licealnych grywało się (na wagarach!) w tysiąca i w jakieś proste gry typu makao, w każdym razie zawsze ktoś miał pod ręką talię kart. Moje dzieci miały już gry komputerowe i karty popadły w niełaskę... Chyba nawet żadnej talii w domu nie mamy... O tempora, o mores...!




Docelowo planuję jeszcze passe-partout, ale będzie potrzebne podwójne i o znacznej grubości, bo te naklejone elementy są jednak trochę wystające, a całość ma być pod szkłem. Tak więc udaję się na poszukiwania odpowiedniego materiału :).



*****

środa, 3 maja 2023

Pustynia z recyklingu.

No i jest drugi, obiecany kolaż (tutaj był pierwszy). Zgodnie z sugestią mojego syna miała być pustynia, egipskie skojarzenia, wielbłądy, piramidy, Sfinks. Kolory ciepłe - piasek, ugry, sepie, beże, ale też oranże, bursztyn, złoto, bo takie się podobają. Do dyspozycji: karton i tektura wielowarstwowa (z opakowań przeróżnych), farby akrylowe, klej Wikol, trochę rozmaitych śmieciowych przydasi (konkretnie włóczka i guzik), no i fantazja. 


Dwa ujęcia w różnym oświetleniu, a i tak nie widać realnych kolorów, tam jest więcej żółci, nie wszystko takie cynobrowe, ale aparat wie lepiej.



Uwielbiam sztukę starożytnego Wschodu, więc kusiło mnie, żeby wcisnąć w ten projekt jak najwięcej elementów z tamtej epoki. Poza piramidami i Sfinksem są zatem hieroglify (nie próbujcie ich odczytywać, bo to przypadkowy misz-masz :))) ), ale fragment kolumny staroegipskiej ostatecznie sobie odpuściłam, żeby nie przeładować kompozycji. Ale za to obowiązkowo jest karawana :). 



W fazie projektu karawana, dla przymiarek schematycznie narysowana na kartce, jeździła raz na dół, raz w górę obrazu... Palma, jako symbol oazy, to pojawiała się, to znikała, piramidy się przesuwały to tu to tam, sfinks raz był na tle piramid, raz z boku. Ciągle mi było mało miejsca na to wszystko, bo miał być jeszcze przecież bezmiar pustyni, a tu taki tłok! No ale jakoś to w końcu upakowałam, a całość ma rozmiar słuszny, więc przestrzeń też jest :).



W poprzednim kolażu zaszalałam twórczo z wytłoczką po jajkach wkomponowaną w pudełko po pizzy, tym razem zabrakło mi ciekawych pomysłów na temat wzbogacenia faktury dzieła... Przeszło mi przez myśl, żeby zrobić Wielkiego Sfinksa z papier-maché. Ostatecznie jednak porzuciłam ten zamiar, bo i tak musiałabym go mocno spłaszczyć, żeby mi za bardzo nie wystawał z całości, a po drugie chciałam zachować na całej kompozycji efekt gładkiej płaszczyzny, rozległej przestrzeni, pomimo wielu poutykanych elementów. No i ostatecznie Sfinks jest w ugrzecznionej wersji tekturkowej. Starałam się jednak, żeby nie był zbyt idealnie wystylizowany i przypominał jego obecną, zmasakrowaną nieco postać, którą najlepiej znamy. Bo oryginalne, starożytne oblicze, było upiększoną wersją podobizny faraona Chefrena, w dodatku pomalowaną w dość jaskrawe barwy. W sumie to pierwsza surowa, tekturkowa wersja wyszła mi najlepiej, ale podkusiło mnie, żeby ją podmalować, no i efekt nie jest do końca taki jak chciałam. Najzabawniej było, jak na pewnym etapie przeróbek Sfinksowi niechcący zrobiłam wytrzeszcz oczu, skierowany trochę po skosie, co wyglądało, jakby go ta karawana mocno zdziwiła i wkurzyła :)))). 



Natomiast co do piramid... Jak wiadomo, piramidy obecnie mają nierówną, schodkową powierzchnię, częściowo na skutek erozji, ale przede wszystkim - rabunku. Pierwotnie bowiem bloki kamienne (lub, jak mówią niektórzy badacze - odlane ze starożytnej odmiany betonu piaskowo-gliniano-wapienno-krzemowego, i mnie ta wersja jakoś bardziej pasuje) były pokryte polerowanym wapieniem, a szczyty - złotymi płytkami. Potężne ostrosłupy lśniły więc w słońcu pustyni oślepiającym biało-złotym blaskiem, co niewątpliwie robiło oszołamiające wrażenie. Oczywiście po wiekach okoliczni mieszkańcy uznali te budowle za doskonałe źródło materiału budowlanego, że o złocie nie wspomnę...

Żeby jakoś nawiązać do tego pierwotnego wyglądu - dodałam nieco złota tu i ówdzie. A w słońcu wykorzystałam patent z poprzedniego kolażu, tylko tam był bawełniany sznurek, a tutaj wiskozowa włóczka z lekkim połyskiem. Karawanę po prostu namalowałam, bo jednak wycinanie tych wielbłądzich nóżek trochę mnie przerosło ;). Palma za to jest trójwymiarowa, tzn. kilka liści z pomalowanego papieru wystaje z podłoża, reszta drzewa jest z tekturki odartej z tegoż papieru, ze dwa liście domalowałam. Nie wiem czy to widać, ale dwa liście odwijają się odstając całkiem od podłoża (i nie ma tam koloru błekitno-zielonego, to jakiś efekt mojego aparatu):



Rozmiary tego dzieła to około 70x100cm. A tutaj dla porównania kolaż pustynny z tym wcześniejszym, abstrakcyjnym, o połowę mniejszym:




No i wnioski mam takie: wycinanki i wyklejanki, których nie lubiłam w szkole, teraz uważam za świetną zabawę, podoba mi się ten recykling i pewnie wkrótce coś jeszcze wymyślę, ale pójdę raczej w kierunku abstrakcji. Chyba. Bo konieczność trzymania się jakiegoś realnego tematu trochę ogranicza moją kreatywność, za bardzo staram się oddać wiernie główny temat. Ale jeszcze zobaczymy... A na razie - na tapecie mam akwarelki :).

*****

Z życia moich kotów taka ciekawostka: okazało się, że Kocia, najbardziej wybredna spożywczo z całego stada, uwielbia słonecznik! Zostawiłam kiedyś na blacie w miseczce łuskane ziarna, Kocia zajrzała, spróbowała, myślałam, że na tym się skończy, a ona się na dobre przysiadła i wyjadła całkiem sporo. Zostawiłam w takim razie ziarenka, bo jednak po kocie jeść nie będę (chociaż zdarza się, że ja jem jajecznicę z jednej strony talerza, a kot z drugiej) - i po pewnym czasie Kocia znowu wcinała słonecznik, aż jej się uszka trzęsły :). Lubi też siorbać marynatę ze śledzi po wiejsku, czyli ocet z olejem, przyprawami i zapachem śledzia :))). A mięska surowego, którym pozostałe kociambry się zajadają, Kocia nawet nie tyka. No taka z niej dziwaczka i wegetarianka :))). Co się zresztą kotu dziwić, Dżemik z kolei potrafi za jednym zamachem zjeść pół torebki suszonych śliwek, następnie garść suszonej żurawiny i jeszcze zagryźć to arbuzem, winogronami albo gruszką. Podobno ludzie dają psom tartą marchew z jabłkiem, ale z żadnym z naszych psów to nie przeszło, one mają inne upodobania. Dżemik marchewką pluje, a jabłka najchętniej jada suszone, ewentualnie jak już są na naszej jabłonce, to zrywa sobie prosto z drzewka i zjada w całości. I tak to.

*****

Moi mili, ostatnio blogger robi mi nieprzyjemne psikusy, a mianowicie wrzuca niektóre komentarze do spamu. Dlaczego? - tego pewnie nie wiedzą nawet twórcy tej beznadziejnej nowej wersji, reguły nie ma w tym żadnej. Ale za to potrafi przepuścić do publikacji prawdziwy spam (wielokrotnie od tego samego spamera), muszę więc być czujna i wywalać to ręcznie. W każdym razie jeśli się zdarzy, że nie zobaczycie od razu swojego komentarza, to widocznie zadziałał porąbany algorytm bloggera, ale ja każdy komentarz na pewno wyłowię ze spamu i "uaktywnię", tyle tylko że może to potrwać dzień lub dwa, bo nie codziennie zaglądam na blog. 

W poprzedniej wersji spam był dla mnie widoczny od razu, w osobnej zakładce komentarzy na panelu sterowania. Teraz wszystkie są razem, te opublikowane i te uznane za spam, niczym nie wyróżnione, a ja zauważam różnicę dopiero jak chcę odpowiedzieć na komentarz i nie ma go pod postem na blogu. Wtedy wracam do listy komentarzy, najeżdżam na ikonki z boku, widoczne właśnie dopiero po najechaniu kursorem, i odhaczam "nie spam", potem jeszcze muszę odpowiedzieć na głupie pytanie czy na pewno chcę opublikować. Te wszystkie nowinki są zapewne po to, żeby zniechęcić użytkowników do korzystania z bloggera. 

A już zupełnie mnie zdołowała informacja Amyszki, że blogger-świnia zablokował jej niewinny post o drapaku dla kotków! Jak mniemam, to wina twórców algorytmu odsiewającego niepożądane treści, bo - jak mawia mój informatyk - samo się nie zrobiło, bo samo to się tylko błyska i grzmi! Co człowiek zaprogramuje, to system/program informatyczny wykona. 

I to by było na tyle, chciałam się w związku z powyższym rozpisać na temat sztucznej inteligencji i co ja myślę o tworach informatyków, istot jakby nie było niedoskonałych, ale darujmy sobie te nerwy.



*****

niedziela, 16 kwietnia 2023

Kolaże miały być dwa, ale najpierw jeden.

Potrzebowałam odskoczni po dość realistycznych lotosach, które pokazywałam Wam w poprzednim wpisie. Lubię zmieniać tematy, techniki. Jakaś abstrakcja totalna za mną chodziła, geometryczne układanki albo jakieś mazaje do niczego nie podobne... Tak żeby zająć ręce, ale nie spinać się, że to ma coś konkretnego przedstawiać. Akurat przyszedł synek, pokazałam mu tamten lotosowy obrazek, ustawiony na gzymsie nad schodami, a obok stał niby-mandalowy kolaż, który popełniłam jakiś czas temu (tutaj był prezentowany). Tak sobie gawędziliśmy i synek powiedział, że bardzo mu się podoba tamta recyklingowa trójwymiarowa kompozycja. 



Ha! W tym momencie doznałam olśnienia na temat kolejnego arcydzieła, jakie wyjdzie spod moich rwących się do tworzenia rąk :). Bo ja lubię robić coś (malować, rysować, pisać itd) na zadany temat. Czasem nawet im temat jest trudniejszy, tym bardziej się angażuję i wychodzą mi całkiem fajne rzeczy. 

A miałam uzbieranych już trochę, odkładanych przy różnych okazjach, tekturek i innych przydasi, chodziły mi po głowie mgliste pomysły co do ich wykorzystania, ale wciąż brakowało konkretnej wizji. No więc mówię do synka: rzucaj pomysły, zainspiruj mnie, mów, co Ci się podoba, kolory, motywy itd. Synek zdecydowanie wybrał paletę barw pustynnych - piasek, beż, złoto, bursztyn. Klimaty pustynne, skojarzenia z Egiptem na przykład... Tutaj mnie zaskoczył, bo jest zdeklarowanym wielbicielem Meksyku, w którym to kraju nawet był i jeszcze być zamierza, w przeciwieństwie do Egiptu, a w mieszkaniu gromadzi rośliny, które kojarzą mu się z dżunglą (duże okazy, skórzaste liście itp). No, ale dobra, odrzućmy uprzedzenia, jest wyzwanie pustynne - działam!




Miałam od dawna przygotowane dwa spore podkłady tekturowe pod te kolaże, a oprócz tego element, który koniecznie chciałam gdzieś w jakiejś instalacji artystycznej wykorzystać. Wytłoczka po jajkach i pudełko po pizzy, które idealnie pasowało jako ramka do tego jajkowego pojemnika :). Okrągły otwór wycięłam dawno temu, wytłoczkę włożyłam do środka i tak to czekało na moje natchnienie. 

Wstępne układanki:



Ponieważ synek chciał motywy egipsko-pustynne (pustynia, sawanna, sfinks, piramidy, wielbłądy itp.), a jajkowa wytłoczka jakoś mi w ten projekt nie wchodziła, to od razu postanowiłam, że - trzymając się zbliżonej kolorystyki - zrobię za jednym zamachem dwa kolaże: pustynny i wytłoczkowo-jajeczny, czyli abstrakcyjny :). Na egipską pustynię nie miałam jeszcze konkretnego pomysłu, zatem w ramach rozgrzewki najpierw powstała wytłoczkowa abstrakcja, z nadzieją, że w trakcie pracy wena mnie natchnie jakąś egipską wizją.


no naprawdę, te kolory w rzeczywistości są mocniejsze i cieplejsze


Oprócz tekturek różnej grubości użyłam farb akrylowych, w tym metalicznej złotej (nareszcie jakieś sensowne zastosowanie dla akryli, którymi nie lubię malować obrazów, ale tutaj świetnie się sprawdziły), pisaków, guzików i sznurka.




Kolejny kolaż (ten co to miał być pustynny bardziej) baaardzo powoli nabiera kształtów, ale koncepcja zaczęła się zmieniać w trakcie pracy i jeszcze nie wiadomo, co z tego wyniknie ;). Ja bym chyba najchętniej poszła w starożytne motywy, staroegipskie hieroglify i tak dalej, ale muszę to jeszcze przemyśleć. A może zachód słońca nad pustynią i karawana na horyzoncie? Hmmm... Zobaczymy...

Jest plan, żeby dać jakąś ramkę, ale na razie stoi sobie toto na półeczce nad schodami:



Kolory w realu są nieco bardziej nasycone i ciepłe, kojarzy mi się ten kolaż ze złotą polską jesienią :). Bardzo na czasie, haha :).



PS. po opublikowaniu posta z komputera obejrzałam to jeszcze raz w telefonie, no i muszę powiedzieć, że całkiem inaczej widzę to w komputerze, inaczej na ekranie smartfona. A niby oba sprzęty całkiem dobrej klasy, hmmmm... W komputerze mam kolory nieco zgaszone i blade, dlatego podkręcam je w programie do obróbki, a tymczasem w telefonie widzę jaskrawe pomarańcze, których w realu nie ma. Tak że każdy zobaczy to inaczej. W rzeczywistości to są kolory ciepłego piasku, jesiennych liści itp. No cóż, techniki nie przeskoczysz.