wtorek, 23 czerwca 2026

Ptaszarnia i zielska rozmaite.

Sówki-płomykówki z papier-mache. Do planowanej ptasiej bandy na półkę nad oknem.




Miała być jedna, ale wyszła mi tak sobie, bo do rzeźbienia to ja się jednak nie bardzo nadaję, więc próbowałam ją przerobić, ale... zapomnij kobieto, masa papierowa z wikolem i skrobią ziemniaczaną po wyschnięciu okazała się twarda jak stal. Jedno narzędzie połamałam, próbując odciąć/odłupać sowie część głowy... Więc sowa została tak jak była, ale za to dorobiłam jej towarzyszkę, oczywiście próbując zrobić lepszą wersję. No i też nie do końca jestem zadowolona, obie mają za małe głowy i flary, no ale cóż, mniejsza z tym, nie chodziło mi o jakieś super realistyczne odwzorowanie, tylko żeby mniej więcej przypominało to konkretny gatunek ptaka. 


Tak wyglądają skrzydła z tyłu:



I w towarzystwie krukowatego, który w tym towarzystwie jest stanowczo nieproporcjonalnie zbyt mały, ale na razie nie będę się tym martwić, może kiedyś zrobię porządnego kruka:


Na razie mam dosyć lepienia ptaków, natomiast dziergam w wolnych chwilach mój chodniczek-szmaciak, o którym wspomniałam w poprzednim wpisie. Nawet się zdziwiłam, że tak szybko go przybywa i że mi się jeszcze chce :). Dziobię go sobie od czasu do czasu wieczorową porą i całkiem jestem zadowolna z efektu. Co oznacza, że może się nie zniechęcę w połowie i nawet uda mi się go wkrótce skończyć. Właściwie to mam już jakieś 2/3 planowanego rozmiaru. Zamiast scrollować internety towarzyszę mężowi przy mundialu, jednym okiem zerkając na ekran, drugim na robótkę.




Zbieram już surowiec na kolejny chodniczek, bardziej kolorowy. Rodzina przy okazji pozbywa się przechodzonych t-shirtów, bez jeżdżenia do pszoku. Na temat pszoków i tego zbieractwa śmieciowego to bym się jeszcze wypowiedziała, ale ostatnio mam w tym temacie do powiedzenia tylko bardzo brzydkie wyrazy, więc może lepiej dam spokój. Byłam zwolenniczką segregacji, ale dajcie spokój, urzędasy odklejone od rzeczywistości powymyślały takie nieżyciowe przepisy, że głowa mała. W mieście więcej kubłów niż klombów, a i tak są problemy ze zdaniem różnych odpadów i góry śmieci w lasach rosną. Najbardziej przerąbane mają przedsiębiorcy, przynajmniej w moim mieście. Wiem z autopsji. Za niektóre frakcje trzeba płacić haracz nawet jak się ich nie wytwarza ani grama, za to innych nie sposób gdziekolwiek oddać. No dobra, miałam się nie wypowiadać...


Wracając do ptaków - takiego oto prawdziwego ptaka widujemy ostatnio czasem nad naszym domem (zdjęcie z Wikipedii, bo oczywiście jak szybuje nad nami, to nie mam nic pod ręką, żeby cyknąć i stoję i się gapię po prostu):


Kania ruda - przepięknie upierzony, duży ptak drapieżny z rodziny jastrzębiowatych. Bardzo łatwo ją rozpoznać po charakterystycznym głębokim wcięciu ogona. Oraz kolorach, oczywiście. Wspaniale szybuje wykorzystując ruchy powietrza, zazwyczaj ze skrzydłami lekko zgiętymi w kształcie litery M. Jest w zasadzie endemitem europejskim, czyli występuje tylko w Europie. Lęgi ma między innymi w Polsce (głównie zachodniej i zach.-pn.), a na zimę przeważnie przenosi się na południe kontynentu. Większa od myszołowa, za Wiki przytaczam imponujące wymiary:

długość ciała: 60–72 cm
rozpiętość skrzydeł: 143–171 cm
masa ciała: samce 757–1221 g, samice 960–1600 g

Prawdopodobnie gdzieś w pobliżu ma miejsce lęgowe, bo widywana jest w naszej okolicy od kilku lat co roku wiosną. Krąży zwykle w rejonie rzeki i nad pobliskimi łąkami. Piękny widok, powiadam Wam. Jak się na codzień widuje tylko niewielkie kawki, gołębie czy sroki (o mniejszym drobiazgu nie wspominając), to taki barwny olbrzym dostojnie i nieśpiesznie zataczający koła nad naszymi głowami - robi wrażenie.

Natomiast na pobliskim świerku sroki zbudowały gniazdo. 

strzałka pod szczytem wskazuje gniazdo


Zdjęcie kiepskie, bo daleko, zrobione telefonem, i trochę wiało, więc nieco ruszone, ale może w powiększeniu da się zobaczyć, jakie tam jest zabezpieczenie, pajęczyna utkana z gałązek, broniąca dostępu do gniazda. Sroki podlatują z boku, a wylatują potem z drugiej strony. Nie da się tego dokładnie obejrzeć, bo to jakieś 6 metrów do góry, ale doczytałam w internetach, że sroki budują gniazda w kształcie dużej kuli z gałązek, a w środku jest bardziej stabilne gniazdo właściwe w kształcie misy wymoszczonej trawą, piórami, liśćmi, mchem itp. Na mniej ulistnionych drzewach wczesną wiosną wygląda to jak nieskładna kupa gałęzi. Dawniej w tym świerku miały gniazdo sierpówki, ale przeganiały je a to gołębie, a to sroki, no i sierpówki w końcu gdzieś się wyniosły. Niestety, sroki to fruwający bandyci i mordercy, potrafią napadać na większe od siebie ptaki, mordują ich pisklęta, rozwalają cudze gniazda. Nie lubię srok, no ale cóż, zbudowały gniazdo, ich prawo, niech tam sobie żyją. Prawdopodobnie w przyszłym roku już ich tutaj nie będzie, bo rzadko wykorzystują stare gniazda.

Narzekam czasem, że nasze miasto zawłaszcza coraz więcej obszarów przyrody, ale przy okazji spacerów z psem uświadomiłam sobie, że w zasadzie nie jest najgorzej, bo jak się tak dobrze rozejrzeć, to nadal mamy wokół domu sporo zieleni. Nie trzeba daleko wędrować, żeby znaleźć się w zielonym buszu. Z jednej strony, dosłownie 30 metrów od nas, jest zagajnik, w którym ukrywa się pozostałość po przedwojennym niemieckim cmentarzu. Był tam kiedyś kościół ewangelicki, ale po wojnie przez długi czas był wykorzystywany jako magazyn i ulegał stopniowej degradacji, w końcu całkiem go rozebrano. Sam cmentarz też niszczeje, piękne rzeźbione płyty nagrobne zostały rozkradzione albo całkiem zdewastowane, nikt nie chciał się tym zająć, zaopiekować, jakoś uporządkować. Próby zainteresowania tematem proboszcza z miejscowej parafii albo władz samorządowych spełzły na niczym. Raz na kilka lat przeprowadzana jest tylko wycinka samosiejek. Taki mam widok z okna na piętrze na ten zagajnik. Wypełnia mi praktycznie całe okno. A jak tam ptaki śpiewają!



A trochę w bok z balkonu wygląda to tak:



Idąc w drugą stronę - jakieś 150 metrów od naszego domu, jest mały park, a tak naprawdę to kolejna pozostałość po przedwojennym cmentarzu, tym razem żydowskim, zapewne trochę starszym od tamtego niemieckiego. Tutaj w latach 80tych wyrównano teren, nawieziono ziemi, zasiano trawę, obsadzono dookoła niskim żywopłotem z ligustru, który teraz właśnie kwitnie i pachnie oszołamiająco, dosadzono też trochę drzew. Z dawnych czasów zostały stare drzewa - platany i klony, wyznaczające dawne alejki, kilka dębów i lip. Dobra wiadomość jest taka, że w tych miejscach za mojego życia z pewnością nikt nic nie wybuduje i ta zieleń jeszcze długo zostanie, a razem z nią ptaki i wiewiórki. 




Wychodząc z tego parku dalej - jeszcze parę lat temu trafialiśmy bezpośrednio na ciągnące się aż do sąsiedniej wsi pola i łąki. Teraz niestety w dużej części te tereny zostały przeznaczone pod budowę domków jednorodzinnych, osiedle nam się rozrasta. Między grupami domów pozostały jednak spore kawałki porośnięte roślinnością, tu i ówdzie jest po parę hektarów jeszcze nie rozparcelowanych pod budowy, tak że mamy gdzie spacerować. Tu gdzie jeszcze dziesięć lat temu rosły zboża, rzepak i ziemniaki, teraz bujnie plenią się trawy rozmaite, maki, chabry, kąkole, firletki, rumianki, szczaw i wrotycz zaczynają kwitnąć, nawłocie na razie wypuściły liście, ale błyskawicznie pną się ku górze. Samosiejki brzóz, sosen, dębów, czarnego bzu i dzikiej róży porastają całe połacie pomiędzy stuletnimi lipami i robiniami. Ponieważ pod budowy domów wycięto tu i ówdzie trochę drzew (raczej pojedyncze, bez jakiejś totalnej dewastacji), to w zamian zostały posadzone aleje nowych lip, platanów i klonów. 



Idąc od naszego domu w trzecią stronę - w podobnej odległości czyli około 150-200 metrów mamy otoczony starodrzewem osiedlowy plac zabaw ze sprzętem do rozmaitych ćwiczeń, ping-ponga, ławeczki itp, oraz nowe przedszkole z ładnie zagospodarowanym i obsadzonym całkiem bujną roślinnością terenem, i obok znowu około hektara parku z koszoną od czasu do czasu trawą i ze starymi drzewami, do których dosadzono sporo nowych - podobnie jak w innych miejscach najczęściej są to platany, lipy i czasem klony i jarzębiny. Tak więc mieszkam w całkiem zielonym otoczeniu, zarazem rzut beretem od jednej z głównych arterii komunikacyjnych i drogi wojewódzkiej, a jednak w oazie spokoju, przy cichej i mało uczęszczanej uliczce, z dobrymi sąsiadami. I do rzeki też mam rzut beretem (w czwartą stronę od domu). I chociaż dom chętnie bym zamieniła, to samo miejsce i okolica są świetne i tylko to nas zawsze powstrzymuje przed przeprowadzką.


W ogrodzie natomiast część roślin szaleje, jak ten wiciokrzew, który pokrywa połowę płotu:





Piwonie też oszalały, ale niestety dostały łupnia od burzy i trochę nie wyglądają, mam nadzieję że tylko przejściowo i jeszcze się pozbierają.

Dzisiaj przeczytałam w internecie i się zdziwiłam, że łubin jako roślina ekspansywna jest w Polsce zakazany - nie dosłownie, ale jest na liście gatunków, których nie należy wprowadzać do ekosystemu, ponieważ zagrażają innym roślinom i zaburzają równowagę przyrodniczą. No coś takiego... A ja łubinu prawie nie spotykam, na tych naszych łakach to może jedną kępę widziałam. Natomiast owszem nawłoci mamy w pobliżu całe łany, coraz częściej też widuję spore obszary zarośnięte rdestowcem - tam to faktycznie nic innego nie rośnie. A właśnie niedawno myślałam, że chciałabym mieć różnokolorowy łubin w ogrodzie... Może w donicy???

No czyż to nie piękne jest?


Jak wiecie w lipcu kończę pracę, zamykam firmę. I nie mogę się tego momentu doczekać, bo jak już dałam wszystkim wypowiedzenia, to mentalnie jestem na wolności i to chodzenie do roboty zaczyna mi teraz ciążyć. A tymczasem jak na złość jakaś czarna seria, co chwila coś się psuje albo inne jakieś problemiki mnożą się jak króliki... Ale nic to, powtarzam sobie, że za chwilę koniec i wakacje :).

I na dodatek piekarnik mi się w domu zepsuł, akurat jak przygotowałam ryż z jabłkami. Włączam, a tu nic. Umarł. No to zrobiłam ten ryż na kuchence, w sumie w smaku różnica żadna, tyle że z wierzchu się nie przypiekło, za to od spodu bardziej. Mnóstwo cynamonu, ach, uwielbiam te szarlotkowo-cynamonowe zapachy :). Smaki zresztą też, jabłka to moje ukochane owoce, te egzotyczne niech się schowają. No ale - Houston, mamy problem z piekarnikiem! Nie posiadam airfrayera, no bo skoro jest piekarnik, to po co mi taki gadżet, zresztą nie wszystko we frajerku da się upiec. I jak już zrobiłam ten ryż z jabłkami na kuchence, to sobie przypomniałam, że przecież posiadam prodiż! Zabunkrowany gdzieś w piwnicy czy jakimś schowku. Ktoś pamięta co to jest? Relikt PRLu, ale chyba do tej pory prodiże są produkowane i tam gdzie nie ma piekarnika, to się świetnie sprawdzają, w dodatku są znacznie mniej prądożerne niż piekarniki elektryczne. Dostałam go od kogoś na etapie budowy domu, zanim urządziliśmy kuchnię, bo wprowadzaliśmy się trochę na wariata, przed wykończeniem. Czasy były kryzysowe i ze wszystkim był problem, a to było świetne rozwiązanie. Nie mam teraz siły na fachowców, w sumie rzadko piekę, więc przejściowo w razie potrzeby odpalę prodiż! Będzie jak podróż w czasie - młodszy syn się jara, bo on kocha peerelowski dizajn :).

A tymczasem zaliczyliśmy przyjemną Noc Kupały i Letnie Przesilenie. Może nie całkiem noc, ale późny wieczór spędziliśmy u przyjaciół w plenerowych okolicznościach przyrody. Oni mają dużą chatę wraz z imponującym przyległym terenem, przygotowali grilla, ale zawsze goście też coś przynoszą, my zwykle jakieś sałatki, ale tym razem wymyśliłam, że zamówimy pizzę w dwóch rodzajach plus sałatki italiano na bazie rukoli i z czosnkowym pieczywkiem. Gospodyni od wejścia wołała, że ale po co, przecież my wszystko przygotowaliśmy,  - ale jakoś tak wyszło, że wszyscy rzucili się na te pizze i chlebki czosnkowe i ostatecznie na grillu zostały upieczone tylko warzywa, mięso wróciło do lodówki. Pizza pyszna (podobnie jak wypiekany w tejże pizzerii chlebek żytni na zakwasie, z ziarenkami rozmaitymi), według włoskich receptur, z pieca opalanego drewnem - ale nie tylko o nią tu chodzi, ale też o pana, który tę pizzerię niegdyś stworzył. Obecnie zajmuje się nią młodsze pokolenie, natomiast sam twórca biznesu prowadzi od wielu już lat ośrodek leczenia dzikich zwierząt. Specjalność ośrodka to bociany (połamane, pokiereszowane, wyrzucone z gniazda pisklaki itp), ale trafiają tutaj też sarny, szopy, lisy i mnóstwo innych ptaków i zwierzaków, są nawet lamy i serwale. Nasze 1,5% z podatku zawsze idzie na ten ośrodek, no i staramy się na różne inne sposoby wspierać takich ludzi.

Wieczór Kupały umilało nam widowisko światło i dźwięk w wykonaniu Matki Natury - z zadaszonego tarasu niemal równo z zachodem słońca mieliśmy okazję podziwiać spektakularne błyskawice. Dom na górce, z widokami rozległymi na okolicę, było bardzo ciepło, burza owszem grzmiała i padała, ale bez wichrowych porywów, więc nie musieliśmy uciekać i impreza udała się znakomicie :).

A w tak zwanym międzyczasie zaliczyłam dwusetny dzień z włoskim na Duolingo. Jaki efekt tej nauki? Sporo rozumiem, gorzej na razie z samodzielnym i szybkim układaniem rozbudowanych zdań, ale jak dłużej pomyślę to nawet jakoś mi to wychodzi. Oczywiście do swobodnego rozmawiania to jeszcze bardzo długa droga i raczej w jakimś momencie trzeba będzie zmienić metodę, natomiast jeśli chodzi o naukę słówek i gramatyki, to jest to całkiem dobry i bezbolesny sposób. Przede wszystkim ten system mobilizuje do systematycznej pracy - codziennie poświęcam na to około 1,5 godziny w dwóch odcinkach. Nigdy w życiu nie uczyłam się tak żadnego języka, więc efekty przychodzą szybciej niż w szkole czy na kursie.

********


1 komentarz:

  1. Byle do lipca ;)
    Masz wokół sporo zieleni, a to wcale nie takie oczywiste. Byliśmy ostatnio z mężem w miejscach, gdzie się wychowywaliśmy i przeraziliśmy się jaka tam betonoza zapanowała. Drzewa pod blokiem, które zasadziłam z tatą jako dziecko - rosną, ale nie wiem jak długo będzie im to dane. Mały trawniczek, a ogromne wierzby płaczące...
    Cieszę się, że obecnie mieszkam daleko od bloków, hałasu dróg itp.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli Twój komentarz nie pojawił się od razu, to niestety wina nowej (gorszej) wersji bloggera, który z nieznanych mi powodów wrzuca niektóre komentarze do spamu - ale nie martw się, na pewno go znajdę i opublikuję :).