wtorek, 23 czerwca 2026

Ptaszarnia i zielska rozmaite.

Sówki-płomykówki z papier-mache. Do planowanej ptasiej bandy na półkę nad oknem.




Miała być jedna, ale wyszła mi tak sobie, bo do rzeźbienia to ja się jednak nie bardzo nadaję, więc próbowałam ją przerobić, ale... zapomnij kobieto, masa papierowa z wikolem i skrobią ziemniaczaną po wyschnięciu okazała się twarda jak stal. Jedno narzędzie połamałam, próbując odciąć/odłupać sowie część głowy... Więc sowa została tak jak była, ale za to dorobiłam jej towarzyszkę, oczywiście próbując zrobić lepszą wersję. No i też nie do końca jestem zadowolona, obie mają za małe głowy i flary, no ale cóż, mniejsza z tym, nie chodziło mi o jakieś super realistyczne odwzorowanie, tylko żeby mniej więcej przypominało to konkretny gatunek ptaka. 


Tak wyglądają skrzydła z tyłu:



I w towarzystwie krukowatego, który w tym towarzystwie jest stanowczo nieproporcjonalnie zbyt mały, ale na razie nie będę się tym martwić, może kiedyś zrobię porządnego kruka:


Na razie mam dosyć lepienia ptaków, natomiast dziergam w wolnych chwilach mój chodniczek-szmaciak, o którym wspomniałam w poprzednim wpisie. Nawet się zdziwiłam, że tak szybko go przybywa i że mi się jeszcze chce :). Dziobię go sobie od czasu do czasu wieczorową porą i całkiem jestem zadowolna z efektu. Co oznacza, że może się nie zniechęcę w połowie i nawet uda mi się go wkrótce skończyć. Właściwie to mam już jakieś 2/3 planowanego rozmiaru. Zamiast scrollować internety towarzyszę mężowi przy mundialu, jednym okiem zerkając na ekran, drugim na robótkę.




Zbieram już surowiec na kolejny chodniczek, bardziej kolorowy. Rodzina przy okazji pozbywa się przechodzonych t-shirtów, bez jeżdżenia do pszoku. Na temat pszoków i tego zbieractwa śmieciowego to bym się jeszcze wypowiedziała, ale ostatnio mam w tym temacie do powiedzenia tylko bardzo brzydkie wyrazy, więc może lepiej dam spokój. Byłam zwolenniczką segregacji, ale dajcie spokój, urzędasy odklejone od rzeczywistości powymyślały takie nieżyciowe przepisy, że głowa mała. W mieście więcej kubłów niż klombów, a i tak są problemy ze zdaniem różnych odpadów i góry śmieci w lasach rosną. Najbardziej przerąbane mają przedsiębiorcy, przynajmniej w moim mieście. Wiem z autopsji. Za niektóre frakcje trzeba płacić haracz nawet jak się ich nie wytwarza ani grama, za to innych nie sposób gdziekolwiek oddać. No dobra, miałam się nie wypowiadać...


Wracając do ptaków - takiego oto prawdziwego ptaka widujemy ostatnio czasem nad naszym domem (zdjęcie z Wikipedii, bo oczywiście jak szybuje nad nami, to nie mam nic pod ręką, żeby cyknąć i stoję i się gapię po prostu):


Kania ruda - przepięknie upierzony, duży ptak drapieżny z rodziny jastrzębiowatych. Bardzo łatwo ją rozpoznać po charakterystycznym głębokim wcięciu ogona. Oraz kolorach, oczywiście. Wspaniale szybuje wykorzystując ruchy powietrza, zazwyczaj ze skrzydłami lekko zgiętymi w kształcie litery M. Jest w zasadzie endemitem europejskim, czyli występuje tylko w Europie. Lęgi ma między innymi w Polsce (głównie zachodniej i zach.-pn.), a na zimę przeważnie przenosi się na południe kontynentu. Większa od myszołowa, za Wiki przytaczam imponujące wymiary:

długość ciała: 60–72 cm
rozpiętość skrzydeł: 143–171 cm
masa ciała: samce 757–1221 g, samice 960–1600 g

Prawdopodobnie gdzieś w pobliżu ma miejsce lęgowe, bo widywana jest w naszej okolicy od kilku lat co roku wiosną. Krąży zwykle w rejonie rzeki i nad pobliskimi łąkami. Piękny widok, powiadam Wam. Jak się na codzień widuje tylko niewielkie kawki, gołębie czy sroki (o mniejszym drobiazgu nie wspominając), to taki barwny olbrzym dostojnie i nieśpiesznie zataczający koła nad naszymi głowami - robi wrażenie.

Natomiast na pobliskim świerku sroki zbudowały gniazdo. 

strzałka pod szczytem wskazuje gniazdo


Zdjęcie kiepskie, bo daleko, zrobione telefonem, i trochę wiało, więc nieco ruszone, ale może w powiększeniu da się zobaczyć, jakie tam jest zabezpieczenie, pajęczyna utkana z gałązek, broniąca dostępu do gniazda. Sroki podlatują z boku, a wylatują potem z drugiej strony. Nie da się tego dokładnie obejrzeć, bo to jakieś 6 metrów do góry, ale doczytałam w internetach, że sroki budują gniazda w kształcie dużej kuli z gałązek, a w środku jest bardziej stabilne gniazdo właściwe w kształcie misy wymoszczonej trawą, piórami, liśćmi, mchem itp. Na mniej ulistnionych drzewach wczesną wiosną wygląda to jak nieskładna kupa gałęzi. Dawniej w tym świerku miały gniazdo sierpówki, ale przeganiały je a to gołębie, a to sroki, no i sierpówki w końcu gdzieś się wyniosły. Niestety, sroki to fruwający bandyci i mordercy, potrafią napadać na większe od siebie ptaki, mordują ich pisklęta, rozwalają cudze gniazda. Nie lubię srok, no ale cóż, zbudowały gniazdo, ich prawo, niech tam sobie żyją. Prawdopodobnie w przyszłym roku już ich tutaj nie będzie, bo rzadko wykorzystują stare gniazda.

Narzekam czasem, że nasze miasto zawłaszcza coraz więcej obszarów przyrody, ale przy okazji spacerów z psem uświadomiłam sobie, że w zasadzie nie jest najgorzej, bo jak się tak dobrze rozejrzeć, to nadal mamy wokół domu sporo zieleni. Nie trzeba daleko wędrować, żeby znaleźć się w zielonym buszu. Z jednej strony, dosłownie 30 metrów od nas, jest zagajnik, w którym ukrywa się pozostałość po przedwojennym niemieckim cmentarzu. Był tam kiedyś kościół ewangelicki, ale po wojnie przez długi czas był wykorzystywany jako magazyn i ulegał stopniowej degradacji, w końcu całkiem go rozebrano. Sam cmentarz też niszczeje, piękne rzeźbione płyty nagrobne zostały rozkradzione albo całkiem zdewastowane, nikt nie chciał się tym zająć, zaopiekować, jakoś uporządkować. Próby zainteresowania tematem proboszcza z miejscowej parafii albo władz samorządowych spełzły na niczym. Raz na kilka lat przeprowadzana jest tylko wycinka samosiejek. Taki mam widok z okna na piętrze na ten zagajnik. Wypełnia mi praktycznie całe okno. A jak tam ptaki śpiewają!



A trochę w bok z balkonu wygląda to tak:



Idąc w drugą stronę - jakieś 150 metrów od naszego domu, jest mały park, a tak naprawdę to kolejna pozostałość po przedwojennym cmentarzu, tym razem żydowskim, zapewne trochę starszym od tamtego niemieckiego. Tutaj w latach 80tych wyrównano teren, nawieziono ziemi, zasiano trawę, obsadzono dookoła niskim żywopłotem z ligustru, który teraz właśnie kwitnie i pachnie oszołamiająco, dosadzono też trochę drzew. Z dawnych czasów zostały stare drzewa - platany i klony, wyznaczające dawne alejki, kilka dębów i lip. Dobra wiadomość jest taka, że w tych miejscach za mojego życia z pewnością nikt nic nie wybuduje i ta zieleń jeszcze długo zostanie, a razem z nią ptaki i wiewiórki. 




Wychodząc z tego parku dalej - jeszcze parę lat temu trafialiśmy bezpośrednio na ciągnące się aż do sąsiedniej wsi pola i łąki. Teraz niestety w dużej części te tereny zostały przeznaczone pod budowę domków jednorodzinnych, osiedle nam się rozrasta. Między grupami domów pozostały jednak spore kawałki porośnięte roślinnością, tu i ówdzie jest po parę hektarów jeszcze nie rozparcelowanych pod budowy, tak że mamy gdzie spacerować. Tu gdzie jeszcze dziesięć lat temu rosły zboża, rzepak i ziemniaki, teraz bujnie plenią się trawy rozmaite, maki, chabry, kąkole, firletki, rumianki, szczaw i wrotycz zaczynają kwitnąć, nawłocie na razie wypuściły liście, ale błyskawicznie pną się ku górze. Samosiejki brzóz, sosen, dębów, czarnego bzu i dzikiej róży porastają całe połacie pomiędzy stuletnimi lipami i robiniami. Ponieważ pod budowy domów wycięto tu i ówdzie trochę drzew (raczej pojedyncze, bez jakiejś totalnej dewastacji), to w zamian zostały posadzone aleje nowych lip, platanów i klonów. 



Idąc od naszego domu w trzecią stronę - w podobnej odległości czyli około 150-200 metrów mamy otoczony starodrzewem osiedlowy plac zabaw ze sprzętem do rozmaitych ćwiczeń, ping-ponga, ławeczki itp, oraz nowe przedszkole z ładnie zagospodarowanym i obsadzonym całkiem bujną roślinnością terenem, i obok znowu około hektara parku z koszoną od czasu do czasu trawą i ze starymi drzewami, do których dosadzono sporo nowych - podobnie jak w innych miejscach najczęściej są to platany, lipy i czasem klony i jarzębiny. Tak więc mieszkam w całkiem zielonym otoczeniu, zarazem rzut beretem od jednej z głównych arterii komunikacyjnych i drogi wojewódzkiej, a jednak w oazie spokoju, przy cichej i mało uczęszczanej uliczce, z dobrymi sąsiadami. I do rzeki też mam rzut beretem (w czwartą stronę od domu). I chociaż dom chętnie bym zamieniła, to samo miejsce i okolica są świetne i tylko to nas zawsze powstrzymuje przed przeprowadzką.


W ogrodzie natomiast część roślin szaleje, jak ten wiciokrzew, który pokrywa połowę płotu:





Piwonie też oszalały, ale niestety dostały łupnia od burzy i trochę nie wyglądają, mam nadzieję że tylko przejściowo i jeszcze się pozbierają.

Dzisiaj przeczytałam w internecie i się zdziwiłam, że łubin jako roślina ekspansywna jest w Polsce zakazany - nie dosłownie, ale jest na liście gatunków, których nie należy wprowadzać do ekosystemu, ponieważ zagrażają innym roślinom i zaburzają równowagę przyrodniczą. No coś takiego... A ja łubinu prawie nie spotykam, na tych naszych łakach to może jedną kępę widziałam. Natomiast owszem nawłoci mamy w pobliżu całe łany, coraz częściej też widuję spore obszary zarośnięte rdestowcem - tam to faktycznie nic innego nie rośnie. A właśnie niedawno myślałam, że chciałabym mieć różnokolorowy łubin w ogrodzie... Może w donicy???

No czyż to nie piękne jest?


Jak wiecie w lipcu kończę pracę, zamykam firmę. I nie mogę się tego momentu doczekać, bo jak już dałam wszystkim wypowiedzenia, to mentalnie jestem na wolności i to chodzenie do roboty zaczyna mi teraz ciążyć. A tymczasem jak na złość jakaś czarna seria, co chwila coś się psuje albo inne jakieś problemiki mnożą się jak króliki... Ale nic to, powtarzam sobie, że za chwilę koniec i wakacje :).

I na dodatek piekarnik mi się w domu zepsuł, akurat jak przygotowałam ryż z jabłkami. Włączam, a tu nic. Umarł. No to zrobiłam ten ryż na kuchence, w sumie w smaku różnica żadna, tyle że z wierzchu się nie przypiekło, za to od spodu bardziej. Mnóstwo cynamonu, ach, uwielbiam te szarlotkowo-cynamonowe zapachy :). Smaki zresztą też, jabłka to moje ukochane owoce, te egzotyczne niech się schowają. No ale - Houston, mamy problem z piekarnikiem! Nie posiadam airfrayera, no bo skoro jest piekarnik, to po co mi taki gadżet, zresztą nie wszystko we frajerku da się upiec. I jak już zrobiłam ten ryż z jabłkami na kuchence, to sobie przypomniałam, że przecież posiadam prodiż! Zabunkrowany gdzieś w piwnicy czy jakimś schowku. Ktoś pamięta co to jest? Relikt PRLu, ale chyba do tej pory prodiże są produkowane i tam gdzie nie ma piekarnika, to się świetnie sprawdzają, w dodatku są znacznie mniej prądożerne niż piekarniki elektryczne. Dostałam go od kogoś na etapie budowy domu, zanim urządziliśmy kuchnię, bo wprowadzaliśmy się trochę na wariata, przed wykończeniem. Czasy były kryzysowe i ze wszystkim był problem, a to było świetne rozwiązanie. Nie mam teraz siły na fachowców, w sumie rzadko piekę, więc przejściowo w razie potrzeby odpalę prodiż! Będzie jak podróż w czasie - młodszy syn się jara, bo on kocha peerelowski dizajn :).

A tymczasem zaliczyliśmy przyjemną Noc Kupały i Letnie Przesilenie. Może nie całkiem noc, ale późny wieczór spędziliśmy u przyjaciół w plenerowych okolicznościach przyrody. Oni mają dużą chatę wraz z imponującym przyległym terenem, przygotowali grilla, ale zawsze goście też coś przynoszą, my zwykle jakieś sałatki, ale tym razem wymyśliłam, że zamówimy pizzę w dwóch rodzajach plus sałatki italiano na bazie rukoli i z czosnkowym pieczywkiem. Gospodyni od wejścia wołała, że ale po co, przecież my wszystko przygotowaliśmy,  - ale jakoś tak wyszło, że wszyscy rzucili się na te pizze i chlebki czosnkowe i ostatecznie na grillu zostały upieczone tylko warzywa, mięso wróciło do lodówki. Pizza pyszna (podobnie jak wypiekany w tejże pizzerii chlebek żytni na zakwasie, z ziarenkami rozmaitymi), według włoskich receptur, z pieca opalanego drewnem - ale nie tylko o nią tu chodzi, ale też o pana, który tę pizzerię niegdyś stworzył. Obecnie zajmuje się nią młodsze pokolenie, natomiast sam twórca biznesu prowadzi od wielu już lat ośrodek leczenia dzikich zwierząt. Specjalność ośrodka to bociany (połamane, pokiereszowane, wyrzucone z gniazda pisklaki itp), ale trafiają tutaj też sarny, szopy, lisy i mnóstwo innych ptaków i zwierzaków, są nawet lamy i serwale. Nasze 1,5% z podatku zawsze idzie na ten ośrodek, no i staramy się na różne inne sposoby wspierać takich ludzi.

Wieczór Kupały umilało nam widowisko światło i dźwięk w wykonaniu Matki Natury - z zadaszonego tarasu niemal równo z zachodem słońca mieliśmy okazję podziwiać spektakularne błyskawice. Dom na górce, z widokami rozległymi na okolicę, było bardzo ciepło, burza owszem grzmiała i padała, ale bez wichrowych porywów, więc nie musieliśmy uciekać i impreza udała się znakomicie :).

A w tak zwanym międzyczasie zaliczyłam dwusetny dzień z włoskim na Duolingo. Jaki efekt tej nauki? Sporo rozumiem, gorzej na razie z samodzielnym i szybkim układaniem rozbudowanych zdań, ale jak dłużej pomyślę to nawet jakoś mi to wychodzi. Oczywiście do swobodnego rozmawiania to jeszcze bardzo długa droga i raczej w jakimś momencie trzeba będzie zmienić metodę, natomiast jeśli chodzi o naukę słówek i gramatyki, to jest to całkiem dobry i bezbolesny sposób. Przede wszystkim ten system mobilizuje do systematycznej pracy - codziennie poświęcam na to około 1,5 godziny w dwóch odcinkach. Nigdy w życiu nie uczyłam się tak żadnego języka, więc efekty przychodzą szybciej niż w szkole czy na kursie.

********


32 komentarze:

  1. Byle do lipca ;)
    Masz wokół sporo zieleni, a to wcale nie takie oczywiste. Byliśmy ostatnio z mężem w miejscach, gdzie się wychowywaliśmy i przeraziliśmy się jaka tam betonoza zapanowała. Drzewa pod blokiem, które zasadziłam z tatą jako dziecko - rosną, ale nie wiem jak długo będzie im to dane. Mały trawniczek, a ogromne wierzby płaczące...
    Cieszę się, że obecnie mieszkam daleko od bloków, hałasu dróg itp.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, niektórzy ludzie bez wyobraźni najchetniej każdy skrawek by zabetonowali, zabudowali... Na szczęście są też tacy, którzy bronią natury i oby takich było jak najwięcej. Pozdrawiam :).

      Usuń
  2. i znów na dwa razy muszę. w pięknym miejscu mieszkasz. w moim rodzinnym mieście oczywiście też są parki ze starych poniemieckich i pożydowskich cmentarzy...pamiętam rozkopane groby.
    sowy cudowne 😃
    i chodnik też bardzo gustowny właśnie taki, letni. w sumie i ja się zabiorę za chodnikowanie zamiast jeżdzić do pszoku, dobry pomysł.
    Nawet mi nie mów o odpadach...mój teatr w 2 budynkach, w dwóch miejscach...płacę tyle że klękajcie narody.
    cdn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje pierwsze wspomnienia z tego miasta, kiedy przyjechałam tutaj mając 8 lat, to właśnie mnóstwo zieleni - i na szczęście tak zostało, chociaż trochę się te zielone tereny skurczyły, oczywiście. I te rozkopane groby też pamiętam, teraz takich parków pocmentarnych mamy w mieście kilka. Przynajmniej tego deweloperzy nie zabetonują.

      Usuń
  3. Ja też nie rozumiem tej polityki śmieciowej. Brak słów. O łubinie nie słyszałam i jestem zaskoczona tą informacją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A no właśnie ja też jestem zaskoczona, bo nawłocie i rdestowiec to owszem, wiedziałam, ale łubin???

      Usuń
  4. Piękną macie okolicę wokół domu, też cieszę się z zieleni i nie wyobrażam sobie nie mieć chociaż jakiegoś skwerka w pobliżu :)
    Chodniczek i ptaszury mi się bardzo podobają! Jak czytałam o tej niezniszczalnej masie, to od razu przypominają mi się wszystkie moje eksperymenty z Vicolem... nigdy nie można lekceważyć jego mocy haha
    Co do prodiżu to jak wynajmowaliśmy kawalerkę, mieliśmy właśnie taki mini piekarniczek, wolnostojący... przez 7 lat nam służył i w sumie to było naprawdę dobre rozwiązanie. Także jeśli masz prodiż, trzeba korzystać, na ciasto czy ruż z jabłkami będzie jak znalazł :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopóki nie zaczęłam bawić się z papier-mache na bazie vikolu, to nie miałam pojęcia, jaka moc w nim drzemie :))). Prodiż właśnie odkopałam i będzie w użyciu!

      Usuń
  5. Wow, ile ciekawych rzeczy dzisiaj! sówki super hiper, dla mnie bomba!
    Takie chodniczki to świetny recykling, ja z reguły wykorzystuje stare koszulki na szmatki, mąż do auta bierze.
    Na chodniczki musi ich chyba byc sporo?
    Nigdy nie widziałam kani, piękna jest.
    Koło nas mnóstwo srok, ale ze taki kamuflaż robią? całe życie człowiek się uczy!
    Łubin widziałam, ale jest go chyba coraz mniej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój chodniczek ma mieć 120x180cm, to pójdzie na niego chyba około 15 t-shirtów. Nie liczyłam skrupulatnie, ale tak to mniej więcej wychodzi. Dzisiaj na spacerze specjalnie wypatrywałam łubinu, ale nigdzie go nie spotkałam, natomiast jest mnóstwo wrotyczu i nawłoci.

      Usuń
  6. Witaj Małgosiu 🥰
    Cudny post. Że sama nie wiem od czego zacząć. Na pewno od sówek! Są przepiękne. Rozumiem że jesteś nie do końca zadowolona ze swojego dzieła, ale mnie się na podobają. Chodniczek też zapowiada się ciekawie. Co to systemu segregacji śmieci,to myślę że w tym niecenzuralnym języku możemy sobie podać rękę 😉
    Ze zdjęć i z Twoich opisów wynika, że mimo wszystko dosyć zielono jest w Twojej okolicy. Ja w sumie mam podobnie,ale w ciągu ostatnich 9 lat gdy zamieszkaliśmy w tej dzielnicy bardzo dużo nowych bloków przybyło.
    Szkoda piekarnika. U nas piekarnik jest w zasadzie w stałym użytku więc trzeba było szybko zorganizować nowy. Super że udała się Wam impreza z okazji przesilenie letniego. My odpoczywaliśmy po szybkim wypadzie nad morze.
    Trzymam kciuki aby zamknięcie biznesu przeszło jak najmniej problemów. A co do nauki języka to szczerze Cię podziwiam i trzymam kciuki za rozwijanie umiejętności.
    Gorące uściski 😘

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, wyobrażam sobie, że u Ciebie awaria piekarnika to by była katastrofa! Ja mało piekę, więc na razie sobie poradzę, ale oczywiście kiedyś trzeba będzie to ogarnąć. Dziękuję Ci bardzo za wszystkie miłe słowa :). Cieszę się, że sówki się spodobały :). Co do nauki języka, to ja w ogóle lubię uczyć się nowych rzeczy, a może kiedyś rzeczywiście mi się to jakoś przyda, to będzie dodatkowa satysfakcja. Ściskam Cię mocno i pozdrawiam!

      Usuń
  7. Małgosiu, świetne są sówki, pomysł na chodniczki również. Mieszkasz w okolicy, która przypomina moją, gdzie można odzyskać spokój po powrocie z hałaśliwego miasta. Jeszcze bardziej docenisz okoliczności przyrody będąc pełnoprawną stypendystka ZUS,,-u.
    Popsuty piekarnik ? Współczuję, chociaż w te upały lepiej go nie używać.
    Zaskoczyłaś mnie wiadomością, że łubin jest zakazany, bo w szkółkach jest do zdobycia. Zakazane powinno być używanie torfu, ale to oddzielna sprawa. Życzę wytrzymałości na upały, bo zapowiada się prawdziwe piekło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :). Masz rację - cieszę się, że będę miała więcej czasu na przebywanie w tych pięknych okolicznościach przyrody. Już teraz przy tych upałach bardzo doceniam to, że w każdej chwili mogę odpocząć w cieniu wielkiej czereśni czy w altance nad oczkiem wodnym. Upałów nie cierpię i z utęsknieniem czekam na ochłodzenie. Pozdrawiam Cię serdecznie!

      Usuń
  8. Najpierw napiszę o łubinie, bo ta informacja zaskoczyła mnie totalnie. Kocham łubinowe kwiaty i uważam, że są cudne. Sama robiłam to łubinu trzy podejścia i dopiero trzeci raz, w tym roku udało mi się go zachować po zimie. Chciałabym go więcej, w innych kolorach, a tu taka informacja!!!
    Sówki bardzo mi się podobają i jeśli nawet nie są Twoim zdaniem idealne, to i tak są słodkie. A zieleń wokół domu to wielkie dobrodziejstwo. Ja też doceniam to dopiero od momentu, kiedy mieszkam tu, na wsi. Wcześniej ogólna, miejska betonoza otaczała mnie i całe moje osiedle... masakra.
    Podziwiam konsekwencję przy nauce języka, mi chyba tego brakuje, mam wzloty i upadki, no i szybko się zniechęcam, znasz jakiś sposób na wytrwałość w tym temacie? :)
    Ściskam Cię, kochana i życzę tylko radości z emerytalnych chwil!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z włoskim to sama się dziwię, że mnie tak wciągnęło, ale pierwszy raz korzystam z Duolingo, może po prostu to jest taka dobra metoda. Artykuł o łubinie jest podlinkowany w podpisie zdjęcia kwiatów w moim wpisie. Też mnie to bardzo zaskoczyło.
      Odściskuję i pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  9. You have tremendous talent. 👏 Your owls are beautiful and creative. Your photos are lovely. Warm greetings from Montreal, Canada ❤️ 😊 🇨🇦

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Bardzo się cieszę, że spodobały Ci się moje sówki :). Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  10. Dorzucę moje 3 grosze co do pszoków i pojemników na odpady (może już to pisałam, bo mnie zbulwersowało, jeśli tak to sorki). Miałam do wywalenia stary zepsuty czajnik elektryczny, a ściślej moja mama miała, więc ponieważ w jej pobliżu nie ma pojemników zaoferowałam się, ze się tym zajmę. Przywiozłam prze pół miasta na moje osiedla. Wzięłam coś z moich sprzętów i poszłam do pojemnika. Pojemnika nie było. Wróciłam do domu ze sprzętem. Wyszukałam w necie inny adres, poszłam ponownie. Pojemnika też nie było. Wróciwszy wkurzona napisałam do urzędu miasta na adres strony czyste miasto z prośbą o aktualna listę pojemników, bo nie mam sił chodzić po całym mieście. Było to ładnych parę miesięcy temu. Cisza do dziś. Poszłam pod trzeci adres, lało, wiało, ja przemoczona, pojemnika nie było. Poddałam się i zostawiłam siatkę tam gdzie pojemnik miał się znajdować. Jakieś 1,5 miesiąca temu zobaczyłam, iż pierwszy z pojemników wrócił na swój adres, ucieszyłam się jak nie wiem co. Zdawałam już elektrośmieci przez inpost, ale oni też nie wszystko biorą.
    Masz rację kubłów tyle, a nie wiadomo, gdzie co wrzucać.
    Co do zieleni to masz szczęście, iż jest jej tak dużo w twoim otoczeniu.
    Prodiż pamiętam, moja babcia w Ustce piekła w nim ciasto, albo kurczaka. Dziś zastanawiam się, jak to się stało, że drożdzowe nie pachniało kurczakiem i odwrotnie. Lubiłam zaglądać przez szklane okienko.
    Ryżu nie lubię (poza wersją ryż z grzybami, czyli risotto con funghi), ale ostatnimi dniami jadłam na potęgę kleiki ryżowe z pieczonym jabłkiem (jelitówka) i chyba już mam nieco skośne oczka.
    Ja z Duolingo bawię się już prawie 800 dni, lepiej mi idzie, odkąd wróciłam do nauki włoskiego za pomocą polskiego (wcześniej robiłam to poprzez ang. i szło coraz ciężej) i mam podobnie, wiele rozumiem, gorzej z budowaniem zdań, zwłaszcza stosowanie przysłówków i rodzajników i też mam pomysł, aby dołączyć do tego inną metodę. Pozdrawiam
    Już jesteś jedną nogą na wakacjach :) jeszcze 2 dni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze miesiąc i dwa dni :) - tak całkiem zamykam dopiero pod koniec lipca, ten miesiąc to będzie kończenie wszystkich spraw, rozstania z klientami i pracownikami, trochę to się rozciagnie w czasie. Ale i tak czuję się już jedną nogą na wakacjach :).
      Ryż lubię, podobnie jak jabłka, więc ryż z jabłkami od czasu do czasu robię i większość sama zjadam. Co do prodiża, to z zapachami nie ma problemu, bo to jest jak naczynie, które się przecież porządnie myje po użyciu, łatwiej to idzie niż z piekarnikiem, który lubi przesiaknąć zapachami, a umyć trudniej. Ja mam piekarnik typu duo, czyli można go podzielić na dwie komory i jednoczesnie piec ciasto i rybę, żadne zapachy nie przenikają, fajne rozwiązanie. No ale się zepsuł właśnie...
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  11. Jakie piękne zielone tereny... :) cudowne miejsce na spacer... u mnie w pobliżu (w promieniu do 3-4 km) też są takie miejsca, gdzie kiedyś były niemieckie przedwojenne cmentarze, i spotkał je ten sam los... w miejscu jednego powstał plac zabaw, po innym jest tylko fragment bramy, jeszcze inny jest ukryty w lesie.
    Jak zobaczyłam pierwsze zdjęcie sówek, jeszcze przed przeczytaniem opisu, to pomyślałam, że to obraz ;) stworzyłaś kolejny oryginalny projekt :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, mieszkam w pięknym miejscu, niby miasto, a jednak szczęśliwie zachowało się całkiem sporo zielonych terenów :). Sówki to część projektu, ma być cała gromada ptaków. Ale na razie... zatęskniłam za malowaniem :).

      Usuń
  12. Małgosiu, sówki są świetne. Piszesz, że nie mogłaś masy odłupać? Szukam przepisu właśnie na taką masę. Możesz podać składniki i proporcje. Jeszcze w szkole:) robiłam ptaszory z dzieciakami z masy papierowej, ale nie dawałam Wikolu. Może to on tak bardzo utwardza?
    U mnie jeszcze nie ma problemu z odpadami. Tzn. trzeba tkaniny lub meble oddawać do PSZOKu, ale bez problemów. Zawozisz, ważą, odhaczają i już. Raz w miesiącu odbierają z gospodarstwa odpady pozostałe, oczywiście segregowane. Zostawiają worki na nowe - w odpowiednich kolorach. Sprawnie to wychodzi. Jeden kontener na ubrania we wsi stoi, przy naszej remizie - jest zabezpieczony.
    U mnie łubin dziko rośnie, ale nie ma go zbyt dużo. Za to nawłoć - ta szaleje wszędzie.
    Ładnie u Ciebie. Dżemik cudny, bo to on, prawda?
    Kilka dni wakacji minęło, a ja ciągle myślę o szkole:DDD Mam nadzieję, że mi to przejdzie, bo nie tak miało być:D
    Cieszę się i smucę jednocześnie. A myslałam, że w głowie wszystko sobie poukładałam w związku z emeryturą.
    Trzymam kciuki za Twój nowy etap:) Ściskam mocno!
    Uściski


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Izuś, masę papierową robię "na oko" - do namoczonego, odciśniętego i rozdrobnionego papieru daję tyle wikolu, żeby się to ładnie dało wymieszać, a z tą skrobią ziemniaczaną to chyba nie jest konieczne, ale gdzieś tak wyczytałam, z tym że to chyba głównie jak potrzebna jest bardzo gładka masa, można wtedy też dodać odrobinę oliwki. Z grubsza te proporcje to na około szklankę namoczonego papieru ze dwie łyżki wikolu i tyleż skrobi. Z całą pewnością ten wikol tak utwardza. Dawniej też robiłam masę z papieru zmieszanego tylko ze zwykłym klejem roślinnym/biurowym albo z klejem z mąki, to dawało się to oderwać czy uciąć w razie potrzeby.
      Z odpadami bywa u nas różnie, niby jest harmonogram, gabaryty trzeba tylko zgłosić to odbierają, ale na przykład odpady po remoncie to już cała przeprawa z panią na bramce pszoku, opony też wylicza itd. Najwięcej problemów jednak mam jako przedsiębiorca, bo to zupełnie inna bajka, pełna idiotyzmów. Przykład pierwszy z brzegu - muszę mieć kubły na wszystkie frakcje, mimo że niektórych w ogóle nie wyrzucam, na przykład bio - u mnie tylko fusy po kawie, które i tak dziewczyny zabierają na kompost, więc nic się nie wyrzuca, a płacić trzeba, i trzymać kubeł, na który nie mam za bardzo miejsca. Pytałam panią od tych śmieci czy nie mogę sobie wyrzucać na przykłąd tych zmieszanych, których mam bardzo mało, do mojego kubła przy domu, nawet płacąc ten dodatkowy haracz, ale żebym nie musiała mieć tych wszystkich kubłów, to mi powiedziała, że oni muszą to odbierać osobno, bo zliczają ile tych śmieci odbierają, do kalkulacji kosztów i opłat. Czyli robią dwa kursy, raz żeby zabrać pół kubełka moich śmieci domowych, drugi raz żeby zabrać odrobinę z niemal pustego kubła firmowego. I tak dalej, to jest po prostu paranoja.
      Dżemik pozuje na zdjęciu, owszem, mój łobuz-przystojniaczek :).
      Odściskuję i pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
    2. Małgosiu, dziękuję za przepis. Wiesz, ja całkiem inaczej robiłam swoje ptaszory. Chyba to nie jest masa papierowa, bo działaliśmy tak - gotowałam tzw. kajster z mąki pszennej, wody i soli, bo zapobiega pleśnieniu. Potem maczaliśmy w tym porwane gazety i naklejaliśmy na formę - podobną do Twojej. Podobnie tworzyliśmy maski, tylko zamiast gazet używałam większych kawałków materiału - stare prześcieradła i poszewki:))) Spróbuję Twojego przepisu z wikolem. Chyba daje więcej możliwości do modelowania. Marzy mi się taki anioł:)
      Rzeczywiście utrudniony masz odbiór tych odpadów. Nam zostawiają worki do segregacji. Kubły nie są konieczne, chociaz kontenerki posiadamy, bo w nich odpady łatwiej przetrzymać przez miesiąc.
      :)

      Usuń
    3. Twój sposób pamiętam ze swojej szkoły podstawowej, gdzie chodziłam po lekcjach do świetlicy i robiliśmy tak główki pacynek do teatrzyku, naklejając na formę paski gazetowe. Z klajstru i gazet też można zrobić papier-mache, tylko trzeba pocięte gazety namoczyć, odcisnąć i potem zmiksować to porządnie z tym klajstrem czy klejem, wtedy powstaje masa papierowa.

      Usuń
  13. Nie martw się, dużo ludzi nie ogarnia polityki śmieciowej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najbardziej dotyczy to tych, którzy ten system wymyślili. Ja ogarniam, tylko nie lubię płacić za coś, co mnie nie dotyczy (np. odpady, których nie wytwarzam).

      Usuń
  14. Oh tyle różnych i ważnych wiadomości. Dziękuję że się z innymi dzielisz. Zapraszam na swój blog , może też coś nowego się dowiesz. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  15. Sówki są świetne. Zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia. Chciałabym potrafić wykonać coś równie pięknego. Pomysł na chodniczek uważam za trafiony, dzięki temu recykling kwitnie jak się patrzy. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :). Bardzo mi miło, że sówki i mój recyklingowy pomysł tak Ci się spodobały :). Pozdrawiam Cię serdecznie!

      Usuń

Jeśli Twój komentarz nie pojawił się od razu, to niestety wina nowej (gorszej) wersji bloggera, który z nieznanych mi powodów wrzuca niektóre komentarze do spamu - ale nie martw się, na pewno go znajdę i opublikuję :).