piątek, 29 maja 2026

Chaszcze, gąszcze i krzaczory.

Mój ogród to chaos. Chaszcze, krzaczory, z których okiełznaniem nie nadążamy, rośliny rosnące dość przypadkowo. Maliny rosną tam gdzie akurat wypuściły swoje podziemne macki, głóg wyrósł niespodziewanie z jakiegoś przyniesionego przez ptaki nasionka, zostawiliśmy, niech rośnie, z kolei żywopłocik z ligustru zasiał mi wiatr - naniósł nasiona w zagłębienie pod murkiem, no i wyrosło trochę krzaczków, więc sobie rosną, a ja je od czasu do czasu przycinam i mam osłonę dla śmietnika. 

Całkiem sporo zakątków porosło chwastami, na ogół pożytecznymi, wiele z nich zbieram i przetwarzam. Ostatnio trochę mniej, ale dawniej znajomi nazywali mnie zielarką. Mięta, melisa, pokrzywa, dziurawiec, kurdybanek, mniszek, przytulia, skrzyp, babka itd. Żywokost też rośnie, ale z niego do przetwarzania najlepszy jest korzeń, a szkoda mi go wykopywać, bo roślinka pięknie kwitnie i przyciąga pszczoły. Berberys rozkrzaczył się okrutnie i co roku mówię, że go solidnie przytnę, ale on tak zjawiskowo kwitnie i przyciąga mnóstwo pszczół, trzmieli i innych owadów... Brzoza, która wysiała się na etapie budowy domu rośnie sobie na granicy działki, teraz jest wyższa od domu. 

rejon oczka wodnego

Wokół oczka wodnego i w nim życie samo się reguluje, my hamujemy tylko nadmierną ekspansję, raz do roku jest wyciąganie kłączy tataraku i pałki wodnej, przycinanie kosaćców, które wyrastają gdzie chcą, usuwanie części sitowia, które najchętniej zawłaszczyłoby całą okolicę. Ile ryb mamy to nie wiem, mnożą się, staruszki umierają, czasem kot, albo odwiedzający nas czasem szop, jakąś rybę wyciągną. Kiedyś przy większym czyszczeniu stawu spuściliśmy wodę i ryby zostały wyłowione do tymczasowego pojemnika - zostały wtedy policzone, było ich około 80 sztuk różnego kalibru. Co roku przychodzą żaby na swoje gody, w wodzie dzieje się szaleństwo, orgie zbiorowe, potem mamy czarno od kijanek, a potem malutkie żabcie wychodzą i wędrują do pobliskiego zagajnika. Wrócą za rok, żeby złożyć skrzek.

kijanki

Altankę porasta bluszcz (też sam do nas przyszedł, a jest go już pełno, obrasta płoty - tam pozwalam mu swobodnie rosnąć, tworzy zielone ściany między nami a sąsiadami. Sąsiedzi spoko, z jednej i drugiej strony prawie nieobecni, ale nie mam potrzeby zaglądać im do ogródka i vice versa. Bluszcz wszedł już do środka altanki, obrasta domek dla murarek - to już drugie pokolenie pszczółek składa tam swoje jajeczka :).


domek dla pszczół murarek w ogrodowej altance


Nie cierpię bałaganu, ale chaos kontrolowany całkiem mi odpowiada, zwłaszcza w ogrodzie. Nie lubię ogrodów pustych, z wystrzyżoną na trzy centymetry trawką jednego wyselekcjonowanego gatunku, równiutkimi klombikami i połową gruntu wysypaną żwirkiem jak kuweta dla kota. Klasyczne ogrody francuskie są piękne z ich precyzyjnie zaprojektowanymi dywanami kwiatowymi, ale tak do pooglądania i chwilowego zachwytu, bo na dłuższą metę są trochę nudne. Nie lubię tak zwanych ogrodów w stylu włoskim czy śródziemnomorskim, spalonych słońcem łysych połaci, na których tu i ówdzie tkwią rozpaczliwie trzymające się życia kępki lawendy i jukki. Owszem, też mam lawendę i jukki, ale one rosną między gęstwiną innych roślin. 

lawenda francuska

lawenda wąskolistna jeszcze nie kwitnie,
w tle pięciornik o białych kwiatach


Lubię zieleń wszechogarniającą i dającą cień oraz wytchnienie dla oczu zmęczonych elektroniką (pracuję przy komputerze). Z tego też powodu nie lubię krajobrazów europejskiego południa, tak przez wiele osób ulubionych. Kiedy wracamy z podróży wakacyjnych z południa, ożywam dopiero kiedy już dojeżdżamy do Austrii, gdzie nareszcie są porządne lasy, świerki, sosny, dęby i klony i masa różnych krzaczorów, chłodny cień, mchy i paprocie. Jakbym miała wskazać ulubiony styl ogrodowy, to chyba najbliżej mi do ogrodu w stylu angielskim. Nawet próbowałam coś na ten wzór u siebie zaprowadzić, ale to niestety wbrew pozorom wymaga więcej pracy i zaangażowania niż te ulizane i pustawe ogrody włoskie czy francuskie. Brakowało mi na to czasu i chęci. Mam więc chaos częściowo kontrolowany.


Kocia wszędzie mi towarzyszy

Dżemik w pozycji "przyczajony tygrys"
czeka na rzucenie mu ulubionej piłeczki

W tym roku zamierzam skupić się na rewitalizacji tzw. przedogródka, w którym jest mój ulubiony "leśny zakątek". Trochę trzeba przetrzebić stare krzaki, dosadzić paprocie, parzydło itp, zrobić małą sadzawkę, zainstalować ławeczkę. Cieszą mnie posadzone w ubiegłym roku hosty, ładnie się przyjęły, mam nadzieję, że się rozrosną.


azalia pontyjska kończy kwitnienie, ale nadal obłędnie pachnie


obok będzie sadzawka z pluskawką i więcej paproci
oraz kamienna żaba

tajemne przejście między ogrodem a "leśnym zakątkiem"


********

Pod postem o karmelowej herbatce z lilaka ktoś wspomniał o naleśnikach z kwiatami bzu czarnego. To mi przypomniało, że dawno temu smażyłam czasem dla dzieci kwiaty robinii (zwanej akacją) w cieście naleśnikowym. Tak po prawdzie to smak był (moim zdaniem) mało wyczuwalny, ale ciekawie pachniały, no i zawsze to jakaś odmiana i atrakcja w menu. Podrzucam pomysł, akacje dopiero zaczynają kwitnąć, można spróbować.

Przepis na ciasto naleśnikowe (można zrobić po swojemu, ale to jest taka lekka wersja i chyba najlepiej pasuje do kwiatów robinii):

  • 100g mąki
  • 2 łyżki roztopionego masła
  • około 170 ml wody mineralnej
  • szczypta soli, łyżeczka cukru
  • białko jednego jajka

Wszystkie składniki oprócz białka łączymy mikserem lub trzepaczką, odstawiamy na kwadrans albo nawet dłużej, najlepiej do lodówki. Kiedyś nie wiedziałam po co ciasto na naleśniki, pierogi itp trzeba odstawić, wydawało mi się że to takie tam tylko dziwactwa kucharek, i zdarzało mi się ten etap pominąć, co niestety często kończyło się tym, że pierwsze naleśniki rwały się na patelni, a pierwszy płat ciasta na pierogi nie dawał się rozwałkować i pierogi źle się formowało i sklejało... No i w końcu wyczytałam gdzieś, że chodzi tutaj o uaktywnienie glutenu, który potrzebuje trochę czasu, żeby zacząć działać i łączyć dobrze wszystkie składniki. Tak że jak ktoś nie wie, to podpowiadam: bez pośpiechu, ciasto musi się przegryźć.

Po tym odpoczynku dodajemy do ciasta białko (które można wcześniej ubić na pianę, ale niekoniecznie) i ubijamy całość. Całe kwiatostany robinii trzymając za ogonek kolejno zanurzamy w cieście, otrząsamy z nadmiaru i smażymy po dwóch stronach do lekkiego zrumienienia. Można na oliwie, ale moim zdaniem na maśle wychodzą pyszniejsze, zresztą jak kto lubi. Ciasta powinno wystarczyć na trochę ponad 10 kwiatostanów.

Jako dodatek świetnie pasują truskawki i bita śmietana, albo w mniej kalorycznej wersji zamiast śmietany odrobina balsamico, najlepiej w jakiejś podkręconej wersji typu sos figowy lub mangowy. Podobnie można smażyć kwiatostany czarnego bzu czy jakieś inne jadalne kwiatki.

********

Po nagłym wybuchu lata pośpiesznie zrobiłam przetasowania w szafach, wyciągając letnie sukienki i inne szmatki. Przy okazji dokonałam przeglądu "sanitarnego", czyli wyczyściłam garderobę z zalegających ubrań, których już raczej nie założę (z tysiąca powodów). Uzbierała się górka t-shirtów, których termin przydatności do użycia już mija. Wyrzucić taki stos jednorazowo jakoś szkoda, w tej masie jest potencjał - i oto właśnie ten potencjał się materializuje.

Robię mianowicie chodniczek, tak zwany szmaciak. W sypialni miałam na podłodze od chyba ćwierć wieku flokati, które się już mocno wytarło i nieco zszarzało. Nie chcę mieć tutaj normalnego dywanu, bo flokati często wrzucam do pralki, a z dywanem jest więcej zachodu. No i tak mnie kiedyś naszło, że zrobiłabym sobie taki chodniczek, jakie były w domu mojej babci na wsi. Babcia tkała je ze starych sukienek, poszewek itd. Ja nie utkam bo nie bardzo mam na czym, zwłaszcza w tym rozmiarze (mam ramkę do tkania mniejszych makatek), więc wymyśliłam sobie, że zrobię mój szmaciak przy pomocy szydełka. Przy okazji mam zajęcie na długie wieczory - zamiast scrollowania internetu, co niestety ostatnio zbyt często mi się zdarzało. 



T-shirty pocięłam na paski zostawiając szwy (można się bawić w wycinanie ich i "niewidoczne" łączenie pasków, ale mi się nie chciało, bo to kupa roboty), w związku z czym mam w robótce mnóstwo widocznych supłów. Uważam jednak, że nieróności nadają chodniczkowi zgrzebnego charakteru, więc tak zostanie, nie będę ich całkiem chować (tylko największe przeciągnęłam szydełkiem na spód). Wybrałam kolory biało-beżowo-szarawe, może w trakcie dorzucę jakiś brąz i ochrę, jak znajdę odpowiedni materiał. Zresztą jak mi się w połowie znudzą te beże, to kto wie, co tam się jeszcze pojawi. Chciałam dołożyć paski ze starej poszwy na kołdrę, bo mi kolorystycznie pasowała, ale okazało się, że nie jest to surowiec kompatybilny z t-shirtami. Jedno to nierozciągliwa tkanina, a drugie - elastyczny dżersej (bawełna, no ale dzianina). Tak że muszę dozbierać koszulek w odpowiednich kolorach, bo chodniczek ma szerokość 120 cm, a planowana długość to minimum 180 cm, tak że w sumie sporo tego. Jeden t-shirt to około 15 cm chodniczka. Chyba zrobię porządek w szafie mężowskiej...

I oczywiście mam już plany kolejnych szmaciaków, bo z różnych wcześniejszych porządków szafiarskich mam na przykład odłożony cały wór dżinsów po nas i jeszcze po naszych synach (no bo kto zabiera z szafy stare dżinsy, jak się wyprowadza od mamy). Mieliśmy jechać z tym do PSZOKu ale jakoś się zapomniało. I zrobiłabym jeszcze jakiś kolejny chodniczek w odjechane kolorki do korytarzyka na pięterku... i ohoho, co to mi jeszcze chodzi po głowie... Ale pewnie po tym jednym będę miała dosyć tego szydełkowania na parę lat...;).

********

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli Twój komentarz nie pojawił się od razu, to niestety wina nowej (gorszej) wersji bloggera, który z nieznanych mi powodów wrzuca niektóre komentarze do spamu - ale nie martw się, na pewno go znajdę i opublikuję :).