Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielcy malarze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielcy malarze. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 marca 2026

Milewski, Sveta Katarina i kwietniowe świętowanie.

Zacznę od małej retrospekcji... W maju 2021r, kiedy WHO poluzowała część ograniczeń związanych z pandemią covidową, wybraliśmy się z przyjaciółmi do Chorwacji. Ktoś ze znajomych polecił nam wyspę Świętej Katarzyny. 

W Chorwacji byłam wiele razy, za każdym razem w innym miejscu, ale na Katarinie podobało mi się najbardziej. Może jeszcze kiedyś tam wrócimy, z tym że jedną z zalet tamtego pobytu był ten szczególny fakt, że było to pierwsze otwarcie po dwóch latach pandemicznego zamknięcia, w związku z czym turystów było jeszcze niewielu. Za to mnóstwo rybitw, które pozakładały gniazda na bezludnej wyspie i się dziwiły, że jednak jakieś człowieki się pojawiły :). Nie były dokuczliwe, chociaż przy śniadaniu na hotelowym tarasie trzeba było pilnować talerza, ale krzyczały na nas, jak podeszlismy za blisko krzaków,w których one miały akurat młode. Fajnie było podglądać te ptasie rodzinki, młode w różnym wieku, niektóre nieloty jeszcze w upierzeniu przypominającym futro. Trochę je dokarmialiśmy. No ale wracając do tematu... w efekcie tego pierwszego otwarcia - brak tłumów, za to obsługa miała mniej roboty, w związku z czym bardziej się koło nas uwijała ;). No i to taka zielona wyspa, to mi się podobało, bo nie lubię ani spalonych słońcem plaż i bezdrzewnych połaci, ani tych chorwackich ciasnych uliczek w miasteczkach w stylu rzymskim, szczególnie jak żar się z nieba leje i duchota tam panuje.

Na Katarinę ze stałego lądu można się dostać tylko wodną taksówką (ewentualnie wpław, co młodzież czasem praktykuje), kursującą co pół godziny, bez żadnych opłat. Samochód zostawia się na parkingu w pobliżu kapitanatu portu, zabiera manatki i wsiada na pokład. Po kilku minutach rejsu jesteśmy na wyspie, obsługa zabiera bagaże meleksem do hotelu, a pasażerowie pokonują pieszo te całe 50 metrów do recepcji. Cała wyspa to teren i obiekty należące do jednego hotelu, mnóstwo zieleni i alejek do niezbyt intensywnego spacerowania. I zero samochodów, motorków i dyskotek.


po lewej wyspa Sveta Katarina, po prawej Rovinj - widać różnicę :)
zdjęcie z internetu


A tu widok z Katariny na Rovinj:

zdj. moje


Ponieważ gości, jako się rzekło, było jeszcze bardzo mało, to basen hotelowy w ciągu całego dnia wyglądał jak w prospektach reklamowych - niemal pusty:


zdj. moje


Zamówione drinki dla czterech osób przyniosło nam dwóch kelnerów i kierownik sali. Tak nas obskakiwali, że czuliśmy się jak milionerzy na prywatnej wyspie. No ale ja nie o tym chciałam... 

Codziennie wyprawialiśmy się na stały ląd - do Rovinij, żeby połazić, zjeść kolację itd, czasem gdzieś dalej.  Natomiast na "naszej" wyspie spacerowaliśmy i leniuchowaliśmy nad basenem albo na plaży. I w trakcie tego łazikowania po zakamarkach wyspy odkryliśmy taką oto tablicę na ścianie głównego budynku hotelu, nieco zasłoniętą jakimś krzakiem, tak że nie rzuciła nam się w oczy od razu:

zdj. moje

Można sobie powiększyć, ale dla ułatwienia przepisałam tę część, która jest po polsku:

IGNACY KAROL hrabia KORWIN MILEWSKI

27.04.1846 - 16.10.1926

Wybitny polski kolekcjoner malarstwa, mecenas sztuki, kawaler maltański, 

od 1899 do 1926 właściciel i mieszkaniec wyspy Święta Katarzyna,  

fundator najstarszej części tej rezydencji, 

wzniesionej dla eksponowania cennej kolekcji malarstwa polskiego.


Przyznam się, że o panu Milewskim wcześniej nie słyszałam, albo nie zapamiętałam. Czym prędzej uzupełniłam więc wiedzę i teraz Wam o nim co nieco opowiem, bowiem jest ku temu szczególny powód... Informacje na temat burzliwego życia i oryginalnych pomysłów Milewskiego podaję w oparciu o artykuł zamieszczony na portalu "Niezła Sztuka" (link) z roku 2017 - którego źródłem jest prawdopodobnie artykuł na portalu "Rynek i Sztuka" (link) z roku 2013, bo większość tekstu powtórzona jest słowo w słowo, chociaż na Niezłej Sztuce nie ma o tym wzmianki. A może oba artykuły mają jeszcze jakieś inne wspólne źródło, do którego się nie przyznały? A pod każdym tekstem podpisała się inna osoba. Ot, taka trochę niesmaczna ciekawostka... Cytaty poniżej pochodzą z "Niezłej Sztuki", reprodukcje z "Niezłej Sztuki" i Wikipedii.

Ignacy Karol Korwin-Milewski urodził się 27 kwietnia 1846 roku. Wysoki poziom materialny rodzina zawdzięczała imponującemu posagowi matki Ignacego. Dzięki temu on i jego młodszy brat odebrali staranne wykształcenie za granicą (obaj ukończyli wydział prawa w Paryżu). W 1870 roku Ignacy postanowił jednak, że chce zostać artystą malarzem i w tym celu przeniósł się do Monachium, ówczesnej mekki polskich artystów. Ostatecznie jednak po pięciu latach studiów doszedł do wniosku, że jego talent nie jest wystarczający, aby pozostać przy tym zajęciu. Pojechał zatem do Rzymu, aby - z sukcesem, dzięki pieniądzom, oczywiście - wystarać się u papieża o dziedziczny tytuł hrabiowski. Nie do końca rozumiem ten zabieg, bo oboje rodzice Ignacego pochodzili ze szlacheckich rodów herbowych (vide - Wikipedia), no ale mniejsza z tym, może papieska pieczątka była do czegoś potrzebna. (EDIT: w komentarzu pod postem Lech wyjaśnił tę kwestię, można sobie doczytać.) Następnie oddał się działalności politycznej, która przyniosła mu sławę warchoła, a także awanturniczego snoba. Ostatecznie, po licznych romansach i ekscentrycznych wybrykach, jednym z ostatnich pomysłów był zakup jachtu, którym odbywał rejsy po Morzu Śródziemnym. "Morskie eskapady natchnąć musiały Milewskiego do dokonania jednego z bardziej oryginalnych zakupów epoki, mianowicie wyspy eksterytorialnej Santa Catarina na Adriatyku u wybrzeży Chorwacji, nieopodal miasta Rovinj, na której zamieszkał na stałe w 1905 roku. Tam też niebotycznym kosztem wystawił pałac według projektu krakowskiego architekta, Teodora Talowskiego, pałac, który stał się domem dla gromadzonej już wtedy fantastycznej kolekcji obrazów." 

"Stańczyk w czasie balu na dworze królowej Bony wobec straconego Smoleńska"
Jan Matejko


Na marginesie dodam, że akurat nazwisko Talowskiego jest mi znane, a to za sprawą cyklu książek Maryli Szymiczkowej o profesorowej Szczupaczyńskiej. Zawarte w nich opisy kamienic projektowanych przez Talowskiego skłoniły mnie swego czasu do bliższego zapoznania się z jego działalnością i tym sposobem dowiedziałam się, że na Świętej Katarzynie, w Chorwacji, mieszkałam w hotelu, który był niegdyś zaprojektowanym przez Talowskiego budynkiem przeznaczonym na galerię sztuki polskiego hrabiego.

Aleksander Gierymski
 "Żydówka z cytrynami"


Od tego mniej więcej czasu Milewski nieco się ustatkował i poświęcił dużo czasu i pieniędzy na stworzenie niezwykłej kolekcji malarstwa polskiego. O koncepcji tej kolekcji sam tak mówił: „Życząc sobie mieć zbiór mniej więcej kompletny i stanowiący całość oryginalną, choćby w skromnych rozmiarach, muszę się ograniczyć pewnymi ramami, a za takowe wybrałem specjalność w rodzaju Nowej Pinakoteki w Monachium. Że więc nabywam obrazy artystów-rodaków, obecnie żyjących, a między takimi wyłącznie tych, co należą lub należeli do szkoły monachijskiej”. 


Józef Chełmoński
 "Scena z powstania styczniowego"




Żeby ten cel zrealizować, Milewski nawiązał bliskie kontakty z polskimi artystami, odwiedzał ich w pracowniach, wspierał, sponsorował. "Zgodnie ze sformułowaną przez siebie teorią kolekcjoner włączał kolejno do swego zbioru dzieła, które dziś uznawane są za kanon polskiego malarstwa. Wymienić pośród nich należy między innymi "Plac Opery Paryskiej nocą", "Trumnę chłopską" i "Anioł Pański" Aleksandra Gierymskiego, "Targ na konie na Groblach w Krakowie" Juliusza Kossaka, "Babie lato" Józefa Chełmońskiego, "Pocztylion" Alfreda Wierusza-Kowalskiego, "Łowienie raków" Leona Wyczółkowskiego, "Stańczyka" Jana Matejki czy "Aktorów przed Hamletem" pędzla Władysława Czachórskiego". W kolekcji znalazły się także obrazy Piotra Michałowskiego, Stanisława Witkiewicza, Franciszka Żmurko, Wincentego Wodzinowskiego, Józefa Brandta, Józefa Pankiewicza, Jacka Malczewskiego, Anny Bilińskiej-Bohdanowicz, Jana Stanisławskiego.


"Łowienie raków" Leon Wyczółkowski (źródło)


Ciekawym i ambitnym pomysłem było zamówienie autoportretów żyjących wówczas polskich malarzy. "Zamówieniom składanym malarzom towarzyszyły liczne obostrzenia, do których każdy z twórców, jeżeli chciał umieścić swój autoportret w zbiorze kolekcjonera, musiał się dostosować. Milewski pragnął posiadać wizerunki artystów wszystkie w tym samym formacie, modele mieli być tak samo upozowani: na wprost, w ujęciu do kolan z paletą w dłoni, zachowując przy tym naturalną wielkość malowanej postaci."

Prawie 20 artystów przystało na te warunki, za wyjątkiem Matejki, który uzyskał od protektora ustępstwo i wykonał swój autoportret w pozycji siedzącej w fotelu. Obecnie 17 z tych autoportretów znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Autoportret - Jan Matejko


W roku 1883 Milewski rozpoczął starania o przekazanie całego zbioru obrazów społeczeństwu polskiemu. Chciał nawet przeznaczyć odpowiednią kwotę na wybudowanie gmachu muzealnego, jednak rozmowy prowadzone z władzami Krakowa i Lwowa na temat konkretnej lokalizacji i zapewnienia bezpieczeństwa zbiorom nie przyniosły rezultatu. Kolekcja została więc udostępniona zwiedzającym do oglądania w Wiedniu, gdzie cieszyła się ogromnym zainteresowaniem, po czym odbyła wędrówkę po salach wystawowych w całej Europie.


Jacek Malczewski 
"Autoportret z paletą"


W 1922r na skutek wylewu krwotocznego Milewski został częściowo sparaliżowany, a zasoby finansowe, którymi tak rozrzutnie gospodarował (częściowo też odebrane przez byłą żonę i kochanki), poważnie się skurczyły. Ostatecznie zdecydował się na sprzedaż swoich zbiorów, jednak nie znalazł odpowiedniego kupca na kolekcję jako całości. Obrazy zostały więc wystawione na aukcji i kolekcja uległa rozproszeniu. Obecnie znaczna jej część znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie. Milewski zmarł w 1926r w chorwackiej Puli i został pochowany w Rovinj. W tym roku przypada więc 180 rocznica jego urodzin i 100 rocznica śmierci.



A teraz czas na comiesieczną przypominajkę - co można świętować w kwietniu:
  • 1 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Ptaków
  • 1 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Klauna
  • 3 kwietnia - Dzień Tęczy
  • 4 kwietnia - Dzień Marchewki
  • 4 kwietnia - Światowy Dzień Bezdomnych Zwierząt 
  • 5 kwietnia - Dzień Karmelu
  • 7 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Domków dla Lalek
  • 8 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Opozycji przeciw GMO
  • 8 kwietnia - Dzień Miłośników ZOO
  • 9 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Jednorożca (powstał jako konkurencja do depresyjnego Blue Monday)
  • 12 kwietnia - Dzień Czekolady
  • 12 kwietnia - Dzień Chomika
  • 12 kwietnia - Dzień Czystych Okien
  • 13 kwietnia - Dzień Scrabble
  • 14 kwietnia - Dzień Patrzenia w Niebo
  • 15 kwietnia - Światowy Dzień Sztuki
  • 17 kwietnia - Światowy Dzień Kostki Rubika
  • 17 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Paskudy
  • 18 kwietnia - Dzień Doceniania Męża
  • 19 kwietnia - Dzień Czosnku
  • 20 kwietnia - Dzień Marihuany
  • 23 kwietnia - Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich
  • 24 kwietnia - Europejski Dzień Śniadania
  • 28 kwietnia - Dzień Sera Camembert
  • 29 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Tańca
  • 30 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Jazzu
  • 30 kwietnia - Ogólnopolski Dzień Koni

Przeróżnych świąt niemal każdego dnia jest znacznie więcej, ale przedstawiam tutaj mój subiektywny wybór. Głównie są to święta, które mogą być okazją do fajnej zabawy, święta kulinarne, poświęcone niektórym zwierzakom, rozmaitym hobby itp.

A Dzień Czekolady to ja obchodzę codziennie ;).

********

I na koniec - prezentacja zabaweczki Dżemika, bo kiedyś Izie obiecałam i wyleciało mi z głowy, a właśnie odebrałam z paczkomatu kolejną. Tadam!



Przy okazji koty mają nowe pudełko, a jak wiadomo wszystkie koty kochają pudełka, do których można wejść i sobie w nich bezpiecznie posiedzieć:


Kocia - pierwsza zainteresowana


Piłka jest z grubej i dość twardej gumy termoplastycznej, bardzo wytrzymała, z uchwytami, w środku ma piłeczkę tenisową z piszczałką. Kupuję w Zooplusie, dlatego link podaję do tego akurat sklepu, jest tam dokładny opis: Kong piłka dla psa . Jest dość ciężka, więc rzucanie jej wymaga sprawnego ramienia, ale dla psa, który ma problemy ze stawami, nie trzeba mieć piłki latającej wysoko i daleko, taka wystarczy.

Wcześniej Dżemik miał taką oto ukochaną piłeczkę (po szczenięcym etapie piłek tenisowych oraz pluszowych i gumowych maskotek) - niestety tak się wprawił w jej rozgryzaniu w drobny mak, że nie wytrzymywała dłużej jak tydzień i trzeba było znaleźć jakąś inną, trwalszą zabawkę:


pierwsza ukochana piłeczka


Zabawek dla dużych psów jest jak na lekarstwo. Nie mówię tu o profesjonalnych przyrządach do treningów różnego rodzaju, tylko o zabawkach, którymi pies mógłby od czasu do czasu sam się zająć, ewentualnie z małą pomocą człowieka. My mamy już swoje lata i nie będziemy z dużym psem całymi dniami szaleć i ekstremalnie biegać. Godzina albo dwie szybkiego marszu po polach, trochę zabawy z rzucaniem piłeczki, zazwyczaj na własnym terenie, ale pies sporo czasu przebywa sam, chociażby jak jesteśmy w pracy. Wiadomo, że psia zabawa to najczęściej - oprócz gonitwy - gryzienie i szarpanie zębami różnych przedmiotów. A cóż może wytrzymać nieustanne wbijanie wilczych kłów? Oprócz "gryzaków" przypominających wyglądem, a czasem i zapachem, wielkie kości, które akurat mojego pieseczka nie interesują, do wyboru jest głównie sporo różnego rodzaju piłek, które można rzucać, ale którymi pies po prostu chętnie sam się bawi, czyli gryzie i przenosi z miejsca na miejsce. Ostatnio właśnie ta piłka z pierwszych zdjęć jest głównym obiektem miłości Dżemika. Niestety ją także potrafi "wykończyć", ale to jednak trwa nieco dłużej niż z tą mniejszą fioletową. Średnio raz na kwartał kupuję nową. Dla wilczura odpowiedni jest większy rozmiar (średnica dwa razy większa od tej fioletowej). Te szczegółowe informacje są przeznaczone głównie dla Izy, sympatycznej pańci sympatycznego owczarka niemieckiego Bazyla :) - ale może komuś się to jeszcze przyda.

na ulubionej sofie

 im większy pies, tym bardziej na środku leży
 - tutaj na środku kuchni    



********

niedziela, 11 stycznia 2026

Mojsze Szagałow vel Marc Chagall.

Wspominałam niedawno o biografii Chagalla - właśnie skończyłam ją czytać. Miałam zamiar jeszcze dokupić album z reprodukcjami jego obrazów, ale koszyk w empiku już pęka w szwach, na stoliku piętrzy się stos do przeczytania, tak że na razie sobie odpuściłam. Zresztą chyba będzie lepiej, jak wybiorę się do stacjonarnej księgarni w pobliskiej metropolii, bo kupowanie albumów on-line to trochę jak kupowanie kota w worku. Człowiek tak do końca nie wie, co tam w środku jest. A do tej biografii zapewne jeszcze wrócę, więc wtedy już będę ją czytać oglądając obrazy :).


  • JACKIE WULLSCHLAGER - "Chagall". Wydawnictwo Marginesy, 2025r, str.607.


Mimo że nowoczesnym malarstwem francuskim (czyli od przełomu XIX i XX wieku) pasjonowałam się od początku liceum, to na Chagalla zwróciłam baczniejszą uwagę w zasadzie dopiero po obejrzeniu filmu "Notting Hill", gdzie obraz "Panna młoda" (zdjęcie poniżej) najpierw pojawia się w postaci reprodukcji na plakacie wiszącym w domu bohatera granego przez Hugh Granta, a potem w oryginale podarowanym mu przez dziewczynę graną przez Julię Roberts. W filmie jako rekwizyt oczywiście pojawiła się kopia obrazu, a i tak producenci musieli ją po zakończeniu zdjęć zniszczyć, aby uniknąć ryzyka ewentualnej sprzedaży falsyfikatu - w tym czasie oryginał był wyceniany w przedziale od 500 tys. do miliona dolarów. W filmie temat tego oto obrazu i kozła grającego na skrzypcach przewija się kilka razy, tworząc jakby klamrę spinającą fabułę:


M. Chagall 1950r "Panna młoda" (źródło)


"Marc Chagall, malarz wspomnień i snów, poeta koloru" (z opisu na okładce). Picasso mówił o nim: "Kiedy Matisse umrze, Chagall pozostanie jedynym malarzem, który rozumie, czym naprawdę jest kolor". I niestety - pierwsze wrażenie po wzięciu do ręki tej książki, to rozczarowanie, że ilustracji jest tak mało. Są głównie zdjęcia (czarno-białe oczywiście) Chagalla, jego rodziny i przyjaciół, a kolorowych reprodukcji jego cudownych obrazów zaledwie kilka. Dlatego muszę koniecznie dokupić album, bo szukanie w necie obrazów, o których się czyta w książce, to trochę dziwne doświadczenie. Pod tym względem książka jest niekompletna i to jest w zasadzie jedyny jej mankament. Opowieść o życiu artysty jest tutaj niezwykle szczegółowa, ale przecież on malował obrazy, autorka wciąż do nich nawiązuje, ale to trochę jak rozmawianie ze ślepym o kolorach. Ja co prawda większość tych obrazów kojarzę, ale czytając o nich chciałabym mieć jednak przed oczami konkretną reprodukcję. A niektórych w ogóle nie znam, więc tym bardziej...

Ale sama książka, czyli jej treść, jest świetna. Przede wszystkim - podziwiać należy ogrom pracy włożonej przez autorkę w rozbudowany kontekst genealogiczny, historyczno-kulturowy i oczywiście artystyczny. Wykorzystała mnóstwo nieznanych dotąd dokumentów, w tym niezwykle poetyckie listy Chagalla i jego pierwszej żony Belli. Wprowadzane kolejno postaci - krewni, przyjaciele, nauczyciele, inni artyści tworzący w tym czasie itd - mają tutaj swoje całkiem rozbudowane, odrębne historie. Na poczatku nawet trochę mnie to nużyło, ale w miarę czytania zaczęło mi się podobać, że poznaję tak dokładnie otoczenie, w jakim wychowywał się, dorastał, a później tworzył Chagall.

Ważnym i ciekawie opowiedzianym wątkiem jest przewijająca się w zasadzie przez całą książkę opowieść o żydowskim pochodzeniu  Mojsze Szagałowa (pierwotnie nazwisko brzmiało Segal), znanego później jako Marc Chagall. Urodził się w 1887r jako najstarsze z dziewięciorga dzieci w ubogiej chasydzkiej rodzinie, w żydowskim sztetlu pod Witebskiem, na terenie obecnej Białorusi. Ojciec był sprzedawcą śledzi, matka zajmowała się domem i dziećmi, i pomagała mężowi. Sama była analfabetką, ale to właśnie ona pomogła marzycielskiemu i nieśmiałemu synowi w dostaniu się do szkoły, gdzie były rygorystyczne limity miejsc dla żydowskich uczniów. Dorastanie wśród chasydzkiej, a więc bardzo religijnej społeczności, ukształtowało w znacznym stopniu wyobraźnię młodego artysty. Na całej jego twórczości mocno odbiły się dziecięce obserwacje z codziennego życia w sztetlu, pomieszane z uduchowioną wyobraźnią. Jego obrazy przedstawiają bardzo często sceny związane ze zwierzętami gospodarskimi, biedne uliczki, prostych ludzi, żydowskich grajków, wesela i pogrzeby, a to wszystko w nieco sennym, fantastycznym anturażu. Mimo biedy był to dla niego szczęśliwy okres. Chasydyzm, popularny wśród biedniejszych warstw Żydów w europie Wschodniej, był ruchem religijnym o silnie emocjonalnym charakterze, uznawał śpiew i taniec za wyraz pobożnosci, a miłość do wszystkiego, co żyje, a więc i ludzi, i zwierząt, traktował jako sposób radosnego obcowania z Bogiem. Chagallowi bardzo bliskie były krowy, śledzie symbolizowały na jego obrazach ojca, kozy zaś odnoszą się do Dnia Pojednania. Mistycyzm chasydzki powodował, iż wizja artysty odbiegała mocno od znanego zwykłym obywatelom wizerunku brudnych uliczek i biednych ludzi. Jeden z krytyków tak pisał o obrazach Chagalla: "To, że brudna i śmierdząca żydowska dziura, o krętych uliczkach z domami bez okien, mnóstwem brzydkich ludzi, przygarbionych pod brzemieniem nędzy, może w oczach malarza stać się miejscem pełnym wdzięku, poezji i piękna - oczarowuje nas, a jednocześnie zadziwia".

Mając 19 lat Chagall rozpoczął naukę w Szkole Carskiego Towarzystwa Upowszechniania Sztuki, później kontynuował ją w szkole prywatnej. Otrzymane stypendium otworzyło mu drogę do dalszej edukacji artystycznej w Paryżu, gdzie związał się z awangardowymi malarzami tworzącymi na Montparnasse. Początki były trudne, ale dość szybko stał się jednym z najbardziej znanych i cenionych przedstawicieli tzw. Szkoły Paryskiej. Ożenek z córką żydowskiego jubilera z Witebska (która też była artystką i dość nowoczesną, jak na tamte czasy, kobietą) oraz własne pierwsze sukcesy artystyczne zapewniły mu finansową niezależność i możliwość tworzenia. W awangardowych kręgach artystycznych początku XX wieku sztuka akademicka była odrzucana, jako zbyt wytworna i przebrzmiała, poszukiwano świeżości, odmienności. Odrealnione i pełne barw obrazy Chagalla, malowane w prymitywnej manierze, wpisały się w nowoczesny nurt malarstwa, gdzie prym wiedli tacy artyści, jak zauroczony tahitańskim kolorytem Gauguin, czy Picasso i Matisse zafascynowani rzeźbą afrykańską. 

Za początek artystycznej drogi on sam uznawał obraz "Nieboszczyk", namalowany w 1911 roku, jako wspomnienie sceny widzianej w dzieciństwie w Witebsku. Zgaszony, ciemny koloryt z pierwszych obrazów w kolejnych dziełąch dość szybko ustąpił miejsca mocnym, czystym barwom.


M. Chagall 1911r "Nieboszczyk"


Nie sposób tutaj opisywać wszystkich dzieł Chagalla. Autorka biografii opowiada o nich niezwykle barwnie i szczegółowo, odnosząc się przy tym do wspomnień z młodości artysty i wskazując ich szczególne miejsce w sztuce początku XX wieku. Chagall wniósł do historii modernizmu ekspresyjną, mistyczną wrażliwość, a Andre Breton ogłosił go ojcem surrealizmu: "Jego wybuch liryzmu datuje się o 1911r, kiedy wyłącznie dzięki niemu metafora triumfalnie wkroczyła do nowoczesnego malarstwa".

Chagall powiedział: „..tematy wszystkich moich obrazów przywiozłem z Rosji, a Paryż dodał im światła…” . Pewne jest, że Paryż go docenił. Marc Chagall był pierwszym żyjącym malarzem, którego obrazy powieszono w Luwrze.


M. Chagall 1911r "Ja i wieś" (źródło)

Chagall żył 98 lat, dużo podróżował, co - podobnie jak różne wydarzenia na światowej arenie -nie pozostało bez wpływu na jego twórczość. W czasie wojny przeniósł się z Paryża do Nowego Jorku, później wrócił jednak do Europy. Odwiedził Izrael, Grecję, a także Polskę. Był człowiekiem pełnym wewnętrznych sprzeczności, niezwykle wrażliwym, a jego sztuka była wyrazem jego osobistych przeżyć, doświadczeń i emocji. Zmarł w 1985 w Saint-Paul-de-Vence we Francji i tam został pochowany. Od 1973 istnieje w Nicei muzeum Chagalla.

Biografia Chagalla pióra Jackie Wullschläger jest nadzwyczaj bogatą opowieścią o malarstwie burzliwego w dziejach sztuki okresu, wychodząca daleko poza twórczość jednego artysty. Znakomita książka, świetnie opowiedziana historia wspaniałego artysty i jego czasów. Chętnie sięgnę po kolejne książki Jackie Wullschläger.


********


piątek, 23 lutego 2024

Książki. Ristujczina z Klimtem, Palikot z Leśmianem i Dehnel z Chopinem.

Dzisiaj jedna książka z mojej bajki, ale dwie pozostałe takie mniej oczywiste. Zobaczcie sami, co mi się trafiło...



*****


  • JANUSZ PALIKOT - "Nic-nic. Ontologia na marginesach Leśmiana". Wyd. Centrum Kultury w Lublinie, 2018r, 300 str., okładka miękka ze skrzydełkami i obwolutą.



Nie miałam nawet świadomości, że mamy tę książkę. Mąż dostał ją jakiś czas temu w prezencie, ale jakoś mu nie podeszła tak od razu do czytania, odstawił na półkę i zapomniał. Niedawno szperając w biblioteczce wygrzebał ją i dał mi, mówiąc - "chyba ci się spodoba, bo to taka intelektualna lektura". Hmm??? No dobra, zobaczmy, cóż to takiego. Przyznam szczerze, że mimo pewnej sympatii z dawniejszych czasów (nieco zweryfikowanej późniejszymi działaniami biznesowymi tego pana, ale w ten wątek nie będę się tutaj wdawać), jakoś specjalnie nie interesowała mnie pozapolityczna działalność pana Palikota. Wydawało mi się, że jego filozoficzne dywagacje wtrącane w rozmaitych wypowiedziach są jakimś marginalnym zjawiskiem, zupełnie nie znałam też jego twórczości literackiej, chociaż owszem, coś mi się tam o uszy obiło. Bardziej kojarzył mi się jednak z biznesem i piwem :). No więc trochę mnie ta książka zaskoczyła.



Jak określić jednym zdaniem to dzieło? Poza tym, oczywiście, że jest to dzieło z dziedziny ontologii, jak sam tytuł wskazuje. Mam z tym problem, bo jest to książka dość trudna, wymagająca. Trzeba się do niej trochę przygotować, przypomnieć sobie poezję Leśmiana, zanurzyć się najpierw w tej poezji, a potem, mając ją w sobie, spróbować podążać za tokiem rozważań Palikota, jego nowatorską interpretacją leśmianowskiej poezji. 

Może posłużę się cytatem z obwoluty, autorstwa Piotra Augustyniaka, żeby zobrazować Wam lepiej, z czym mamy do czynienia:

Janusz Palikot pisał tę książkę nie tylko, jak głosi jej tytuł, na marginesach Leśmianowych wierszy. Pisał ja transowo między ich wersami, słowami i sylabami, odsłaniając przed sobą i nami świat w jego fascynującej nieoczywistości. Palikot objawia się tu szerszemu kręgowi czytelników jako myśliciel drapieżny, bezkompromisowy, dogłębny, ostry. Rozcinając przy pomocy brzytwy aforyzmu naskórek rzeczywistości, narosły ze zdroworozsądkowych banałów i obiegowych półprawd,, zapada się w otchłań jej paradoksów i nierozstrzygalności. Być może ktoś mógłby napisać podobną książkę bez wierszy Leśmiana. Pisząc ją jednak z Leśmianem i przy Leśmianie Janusz Palikot przywraca jego poezji należne miejsce w polskiej literaturze jako twórczości na wskroś metafizycznej, a nawet - jak mógłby się wyrazić Cezary Wodziński - trans-metafizycznej.

A co to w ogóle jest ontologia? Dawno temu, w czasach licealnych, interesowałam się filozofią, czytałam dość sporo na ten temat, ale to było wieki temu, dzisiaj mnie to tak nie wciąga, a i wiele teorii wyleciało mi zupełnie z głowy. Coś mi więc dzwoniło, ale tak żeby komuś to wyjaśniać, to już nie bardzo... Więc cytując za Wikipedią:

Ontologia – dział filozofii dotyczący bytu; zajmuje się strukturą rzeczywistości oraz pojęciami istoty, istnienia, jego sposobów, przedmiotu i jego własności, przyczynowości, czasu, przestrzeni oraz możliwości i konieczności; w analizie ostatnich dwóch pojęć korzysta z logik modalnych Ontologię czasem utożsamia się z metafizyką, jednak niektórzy rozdzielają te dyscypliny; przykładowo robi to tradycja fenomenologiczna.

 




O tej książce można opowiadać długo, rozbierać ją na czynniki pierwsze bez końca, ale powstałaby z tego kolejna książka. Autor snuje rozważania filozoficzno-obyczajowo-kulturowe, zagłębia się zarówno w porównania podobnych wątków u innych twórców, jak i przekłada je na własne obserwacje życiowe. Jeśli interesuje Was poezja, Leśmiana zwłaszcza, a może przeciwnie - mieliście w latach szkolnych problem z jej odbiorem - warto przeczytać tę ontologię, spojrzeć inaczej na Leśmiana, a może przy okazji - także na Palikota.




Dodatkowym atutem książki jest duża ilość niezwykle interesująco dobranych ilustracji, cytatów - nie tylko z Leśmiana, ale też nawiązań do innych znanych dzieł wielkich mistrzów i rozmaite inne smaczki i dygresje. Rzecz wielowątkowa i wielowarstwowa, do przemyśleń. 

Akurat trafiłam na wpis R.A.Ciężkiej o książkach filozoficznych i filozofujących, pod wartym zacytowania tytułem: "Jeśli nie wiesz, czy coś jest mądre, czy dziwne, to zapewne było filozoficzne". Jeśli lubicie takie klimaty, zajrzyjcie też pod ten link, jest tam wymienionych kilka pozycji w tym duchu.


*****


  • JACEK DEHNEL - " Serce Chopina". Wyd. Biuro Literackie, Stronie Śląskie, 2018r, 38 str., okładka miękka.



Kupiłam tę książeczkę jakiś czas temu, przy okazji zamawiania któregoś tomu opowieści o śledztwach profesorowej Szczupaczyńskiej. Autorami tej serii, pod pseudonimem Maryla Szymiczkowa, są Piotr Tarczyński i Jacek Dehnel. A że panów kojarzę raczej słabo, jeśli chodzi o literaturę, to pomyślałam sobie, że warto się zapoznać z ich inną twórczością, skoro kryminały ze Szczupaczyńską tak bardzo przypadły mi do gustu. Poezja nie jest, co prawda, moim ulubionym gatunkiem, ale przeczytałam gdzieś intrygującą recenzję tomików Dehnela, zatem sięgnęłam po pierwszy z brzegu, jaki znalazłam w internetowej księgarni. W pierwszym podejściu i po pobieżnym przekartkowaniu "Serca Chopina" raczej nie byłam oczarowana, ale odłożyłam sobie książeczkę na jakiś wolny wieczór. I się okazało, że przy odpowiednim nastawieniu czyta się świetnie, w końcu to rzecz na pół godzinki raptem, wliczając w to odpłynięcia myślami w nurcie poezji i rozważania własne.




Okładka i układ tomiku (strona A, strona B) imitują płytę winylową, a konstrukcja wiersza nawiązuje do muzyki Chopina, stanowiąc jeden długi utwór, w którym zmieniają się tonacje i nastroje, natężenie dźwięków, tempo i rytm. Zaczynamy od wspomnienia Chopina i jego serca, które odbyło długą drogę do polskiej ziemi, potem zaglądamy do domów mieszkańców Warszawy, zwykłych ludzi, wnikamy w ich emocje, przeżycia, tęsknoty, nadzieje, wędrujemy z nimi po Europie, szukając ukojenia i spełnienia. Utwór wciągający emocjonalnie, wielowymiarowy, wzruszający i poruszający, zmuszający do przemyśleń.

*****


  • LUBA RISTUJCZINA - "Gustaw Klimt. Twórca złotej secesji". Wydawnictwo SBM, 240 str., okładka twarda.


Moja ulubiona ostatnio autorka książek o sztuce - Luba Ristujczina i jej książka/album o Klimcie. Opowiadałam już wcześniej o innych książkach tej autorki, historyczki sztuki: "Stanisław Wyspiański. Artysta i wizjoner" (tutaj), "Józef Mehoffer. Geniusz polskiej secesji" (tutaj), "Wojciech Kossak. Najwybitniejszy batalista" (tutaj). 

Po tym ostatnim tekście odezwała się do mnie pani Luba , pisząc w mailu o tym, że taki pozytywny odbiór motywuje ją do dalszej pracy i pisania kolejnych książek, oraz dołączyła podziękowanie za miłą recenzję. Oczywiście bardzo mnie ucieszył ten sympatyczny gest, świadczący o tym, że autorka rzeczywiście myśli o swoich czytelnikach. Skłoniło mnie to też do pewnych przemyśleń na temat tych moich opinii/recenzji o książkach. Recenzjami trudno je nazwać, w każdym razie nie spełniają podstawowych wymagań dla recenzji profesjonalnych. Piszę raczej skrótowo o osobistych refleksjach związanych z przeczytaną książką, nie zawsze jestem obiektywna. Od pewnego czasu poprawiłam się tylko na tyle, że zamieszczam metryczki, czyli informacje "techniczne" o samej książce (ilość stron, rok wydania, wydawnictwo, okładka). A z drugiej strony - lubię książki czytać i o nich pisać. Więc może powinnam pisać bardziej profesjonalnie? Na moim blogu jest pewien misz-masz, trochę o książkach, trochę o moich obrazkach, czasem wstawki z życia moich zwierzaków czy z ogrodu. Od pewnego czasu chodziło mi po głowie, żeby trochę to ogarnąć, skupić się tylko na książkach i obrazkach, no i jeśli chodzi o tematykę, to tak powoli zaczyna to wyglądać. Nie mam jednak ambicji prowadzenia profesjonalnego bloga recenzenckiego, to wymagałoby porządnego przyłożenia się do pracy, dogłębnej i wszechstronnej analizy ocenianego dzieła itd. Ale na to brakuje mi po prostu czasu.  Zatem - lecimy po staremu, czyli będę się tutaj z Wami dzielić moimi skrótowo ujętymi refleksjami po lekturze.






Album o Klimcie to wspaniale opracowane kompendium wiedzy o tym znanym artyście, w przepięknej szacie graficznej. Poznajemy życie malarza na tle interesująco zarysowanej epoki i jego twórczość w zestawieniu z malarstwem innych artystów tamtych czasów. Jaki był Klimt? Pracowity, perfekcyjny i zdyscyplinowany, niezbyt towarzyski, a przecież uznany za skandalistę belle epoque i guru Wiedeńskiej Secesji. Na początku artystycznej drogi zajmował się wykonywaniem dekoracji dla teatrów, malowaniem konwencjonalnych portretów na zamówienie i szeregiem innych zajęć. które pomagały mu podreperować wątły budżet. Ostatecznie jednak stał się twórcą niezależnym, którego sztuka jednych gorszyła, innych przyciągała. Najbardziej nam znane obrazy ze "złotego" okresu zostały namalowane u schyłku nurtu art nouveau, w związku z czym wkrótce zostały uznane za przestarzałe i niemodne. Dopiero w latach 60tych XX wieku odżyło zainteresowanie twórczością Klimta. W 2006r jego obraz "Portret Adele Bloch-Bauer" został sprzedany za 135 milionów dolarów, a niemal wszędzie na świecie w sklepach z pamiątkami i bibelotami można kupić porcelanę i inne drobiazgi ozdobione motywami z obrazów Klimta.






Wspaniale opracowana pozycja, ogrom wiedzy przy jednoczesnej oszołamiająco bogatej ikonografii. Polecam gorąco, rzecz warta swojej ceny, a nawet, powiedziałabym, w cenie okazyjnej, Często bywa tak, że za ciężkie pieniądze dostajemy album w grubej lakierowanej okładce, z modnym nazwiskiem twórcy, ale z mizerną treścią i niewielką liczbą ilustracji. W przypadku książek/albumów Ristujczyny czytelnik otrzymuje naprawdę niemal kompletne opracowanie o życiu i twórczości artysty, a także o innych towarzyszących okolicznościach i tle historycznym, w dodatku z ogromną ilością świetnych ilustracji - reprodukcji obrazów i zdjęć z epoki.

*****


wtorek, 29 listopada 2022

Książki. Christie, Ristujczina, Łempicka, Katende.

Moi drodzy, wpadam dzisiaj po długiej przerwie przelotnie i tylko na moment, żeby dać znak, że żyję i zamierzam wrócić do systematycznego blogowania. Niestety, na razie jeszcze jestem w tzw. niedoczasie, więc z tą systematycznością to na razie pieśń przyszłości, ale mam nadzieję, że już niedalekiej. 

Obiecałam wpis z moimi obrazkami, ale w nawale innych zajęć nie daję rady z przygotowaniem nowego posta, obrazki są ale treści brak ;) - natomiast tekst o książkach jakoś mi się tak sam po kawałku napisał już jakiś czas temu, więc wstawiam go, bo i tak kiedyś by to nastąpiło, a może Was któraś z opisanych pozycji przed świętami zainteresuje.


*****

W tytule dzisiejszego wpisu jest pewien misz-masz: nazwiska autorek pomieszane z nazwiskami bohaterów (a dokładnie - jednej bohaterki). Ale właśnie te nazwiska były kryterium wyboru takich właśnie, a nie innych książek, o których chcę Wam dzisiaj opowiedzieć. 

Przede wszystkim: autorki. Ponownie Agatha Christie i Luba Ristujczina. O ich dziełach pisałam już tutaj (Christie), a także tutaj i tutaj (Ristujczina).


LUBA RISTUJCZINA - "Wojciech Kossak - najwybitniejszy batalista".



Kolejna książka/album znakomitej autorki, historyczki sztuki. Zachwyciły mnie wcześniej czytane o Mehofferze i o Wyspiańskim, przyszła kolej na Kossaka. Nie mogę powiedzieć, żebym byłą fanką malarstwa batalistycznego, nie zachwyca mnie też jakoś szczególnie styl Kossaka, nieodparcie kojarzący mi się z moim młodzieńczym malowaniem obrazków temperą w domu kultury... ekhm, no tak :). Obrazy Kossaka przyciągają oko dynamicznymi scenami, na których zwykle dużo się dzieje, jest mnóstwo postaci, no i koni, oczywiście. Nie jest to jednak malarstwo bardzo realistyczne, nie widać dbałości o dopieszczanie detali, obrazy malowane są zamaszyście, szerokimi pociągnięciami pędzla, maźnięciami, powiedziałabym. Co w żadnym razie nie jest mankamentem, oczywiście, ot taka maniera. Ale po malarstwie Łempickiej, którym się ostatnio interesowałam, z jej niesamowicie dopracowanym warsztatem i genialną pracą pędzla (jak podkreślali także jej współcześni), po tej niezwykłej świetlistości barw, łagodnych przejściach tonalnych, nadzwyczaj starannie dobranych barwach - malarstwo Kossaka wydaje się proste i zwyczajne. A jednak uważa się go za mistrza w przedstawianiu scen batalistycznych, historycznych, monumentalnych. 

Konie są jednym z moich ulubionych tematów malarskich, sama próbuję je czasem malować, więc mimo pewnych wątpliwości uznałam, że warto zapoznać się nieco bliżej z twórczością pana Kossaka. Album Ristujcziny, jak zwykle, jest bardzo obszernym opracowaniem, ze wstępem poświęconym malarstwu polskiemu XIX wieku, rozdziałem opowiadającym o całej utalentowanej rodzinie Kossaków, wreszcie - drobiazgowo i interesująco opowiedzianą biografią samego Wojciecha. Do tego mnóstwo pięknych ilustracji, z całego okresu jego twórczości, jak również reprodukcje dzieł współczesnych mu artystów i innych Kossaków z artystycznej dynastii.


AGATHA CHRISTIE



Kontynuując serię książek królowej kryminału nabyłam i przeczytałam kolejne pozycje: "I nie było już nikogo", "Morderstwo na plebanii" oraz "Dwanaście prac Herkulesa". Pierwszą i ostatnią z tego zestawu gdzieś kiedyś dawno temu już czytałam, ale treść uleciała mi z pamięci, pozostało tylko jakieś niejasne wrażenie, że "I nie było już nikogo" (wydane wówczas jeszcze pod oryginalnym tytułem "Dziesięciu Murzynków") bardzo mi się podobało, natomiast "Dwanaście prac Herkulesa" - wręcz przeciwnie. No i po ponownym przeczytaniu to wrażenie z grubsza się potwierdziło.

Irytowała mnie tylko ta dziwaczna podmiana pierwotnego tytułu historii o dziesięciu Murzynkach na dziesięciu żołnierzyków. Ni w pięć ni w dziewięć, ale podobno w dzisiejszych porąbanych czasach tak jest poprawnie politycznie. Zupełny idiotyzm, moim zdaniem. W wersji rosyjskiej Murzynków zamieniono na Indian, co zdaje się też nie jest obecnie uznawane za właściwe. Nie bardzo wiem dlaczego żołnierzyki są w tym przypadku ok. Rozumiem, że w zamyśle chodziło o figurki ołowianych żołnierzyków, ale wygląda to jednak dziwnie, jak się zestawi fabułę książki, treść cytowanego wierszyka, wokół którego osnuta jest intryga kryminalna i nazwę wyspy, na której się rzecz dzieje. Może lepiej by było zamienić Murzynków na krasnoludków... 

No mniejsza z tym, może innym czytelnikom nie robi to akurat różnicy. Książka w każdym razie jest znakomita, szczególnie dla wielbicieli padających gęsto trupów, bo mamy całą plejadę nieboszczyków. Inna rzecz, że część tajemnicy staje się czytelna zaraz na początku. Później już tylko zagadką jest kto następny, w jaki sposób i z jakiego powodu zejdzie z tego świata. No i czy ktoś wyjdzie z tej makabrycznej historii cało, wbrew złowrogiej przepowiedni... Lektura dość lekka, bez jakichś szczególnie zawikłanych intryg, skomplikowanych dochodzeń, rozbudowanych portretów psychologicznych sprawcy i ofiary, jak to bywa  w niektórych książkach Christie. Jest za to mrocznie i z dreszczykiem :).

Pewnym przeciwieństwem jest "Morderstwo na plebanii". Tutaj akcja rozwija się powoli, jest przykładnie zamotana, jak na Christie przystało, nic nie jest oczywiste, tajemnica rozjaśnia się stopniowo. Interesująca i wciągająca opowieść, drobiazgowo opisane miejsce akcji, charakterystyka postaci, rozbudowana warstwa obyczajowo-psychologiczna, liczne epizody - na pozór nic nie znaczące, klasyk kryminału.

No i moje (powtórne) rozczarowanie - "Dwanaście prac Herkulesa". Znudziła mnie ta książka okropnie. W gruncie rzeczy jest to zebranych 12 oddzielnych opowiadań, wydawanych niegdyś cyklicznie jakimś periodyku. Przyświeca im jedna idea: kończący karierę Herkules Poirot ma pomysł, aby przeprowadzić jeszcze 12 dochodzeń w sprawach, z których każda ma mieć coś wspólnego ze słynnymi pracami wykonanymi przez mitologicznego Herkulesa. Sam pomysł mocno naciągany, a forma opowieści - krótkie opowiadania - wymusiła na autorce znaczne skrócenie opisów intryg i ich wyjaśnień, co na dobre tym utworom nie wyszło. Nie wiem dlaczego ta książka jest zaliczana do najlepszych w dorobku literackim Agaty Christie...? Sama autorka w swoich wspomnieniach nazwała te antologię "zapchajdziurą" (wydaną de facto jako całość głównie dla podreperowania kiepskich finansów pisarki po rozstaniu z mężem). Całkowicie się z tym zgadzam. Co prawda niektóre z opowiadań mają dość ciekawą i czasem zabawną intrygę, ale inne są dość naiwne i naciągane. Generalnie krótka forma w przypadku kryminału chyba mi po prostu nie odpowiada.

Świetne podsumowanie twórczości Agathy Christie (a także odnośniki do większej dawki informacji na ten temat) znalazłam tutaj: https://alicjamakota.pl/pokochasz-agatha-christie/ - pozwolę sobie zacytować fragmencik:

Kiedy jesteś już po kilku książkach, w powieściach Agathy Christie podejrzewasz WSZYSTKICH. Nawet jeśli nikt jeszcze nie umarł.
Kiedy już wiesz, że musisz przygotować się na intelektualną potyczkę z królową, zaczynasz się pilnować.
W pewnym momencie czujesz, że coś tu nie gra. Niejasna sugestia Poirota (który przecież zawsze ma rację!). Poszlaka, na którą bohaterowie nie zwrócili uwagi. I wtedy zaczynasz się domyślać… Nagle fakty zaczynają do siebie pasować. Twoje myśli idą innymi torami niż wypowiadane na głos podejrzenia bohaterów.
Ale Agatha dobrze wie, o czym myślisz. Cóż, ona chce, żebyś tak właśnie myślał.
Można wybaczyć jej to wodzenie nas na manowce. Bo nie ma tu żadnych matactw – zakończenie zawsze jest proste i logiczne.
I zaskakujące. I jak tu nie kochać Agathy Christie?



"TAMARA ŁEMPICKA. SZTUKA I SKANDAL" - Laura Claridge.



W tym przypadku ważne dla mnie było nie tyle nazwisko autora, co bohaterki. Lubię obrazy Łempickiej, mam na myśli zwłaszcza te najbardziej znane portrety, ale - głównie pod wpływem przeczytanych tu i ówdzie artykulików na jej temat - nie lubiłam jej samej jako człowieka. Jednak po lekturze dwóch książek na jej temat (pisałam o nich - tutaj i tutaj) miałam pewien niedosyt, bo okazało się, że jej życie było znacznie bardziej skomplikowane, niż głoszą oklepane legendy. Skoro więc kolejna pozycja z jej nazwiskiem na okładce wpadła mi w oko - nie oparłam się pokusie i wrzuciłam ją do koszyka. 

No i okazało się, że jak poprzednie książki były pomyłką i nieporozumieniem, to tym razem trafiłam nareszcie perełkę. Książka Laury Claridge jest pełnowymiarową, profesjonalną i kompletną biografią Łempickiej, naszpikowaną szczegółami z dokumentów, ówczesnej prasy i katalogów wystawowych oraz innych opracowań, a także cytatami z wielu rozmów przeprowadzonych przez autorkę z ludźmi, którzy malarkę doskonale znali (rodzina, w tym portretowana wielokrotnie przez malarkę jej córka Kizette, przyjaciele, znajomi). 500 stron konkretów o życiu i twórczości Tamary, a równolegle - bardzo ciekawe analizy jej malarstwa na tle ówczesnych trendów artystycznych. Widać, że autorka świetnie zna się na rzeczy, pisze ze znawstwem o obrazach, na których Łempicka się wzorowała w długim okresie swojej artystycznej działalności, o obrazach przez nią samą malowanych, o jej eksperymentach z nowymi stylami, a także o malarstwie współczesnych jej artystów, którzy w owym czasie podbijali świat sztuki, wreszcie o epoce w wielu jej wymiarach. 



O samej Łempickiej nie będę już opowiadać, to i owo pisałam przy okazji omawiania tych wcześniejszych książek. W każdym razie wszystkim fanom malarstwa Tamary Łempickiej gorąco polecam lekturę biografii artystki pióra Laury Claridge. Tam jest po prostu wszystko, co na jej temat dzisiaj wiadomo. Przyznam też, że zmieniłam zdanie o Tamarze. Podziwiam ją, ale i współczuję. Była niezwykle pracowita, pomimo pewnego wyrachowania nie szła na łatwiznę, naprawdę ciężko pracowała. Pomimo bogactwa - zarówno rodowego jak i nabytego przez intratne drugie małżeństwo, a także dzięki popytowi na jej obrazy - nie wszystko w życiu układało jej się idealnie. Sztuka była dla niej najważniejsza, zaniedbywała więc najbliższych, ale też kochała ich ogromnie. Powodzenie artystyczne i towarzyskie nie zapewniło jej szczęścia. Niezwykła kobieta, genialna malarka...


DOROTA KATENDE "Dom na Zanzibarze".



Jestem fanką Meryl Streep. Jestem fanką Karen Blixen. Jestem fanką filmu "Pożegnanie z Afryką". Razem i oddzielnie :). Właśnie po tym filmie zakochałam się i w Meryl Streep jako aktorce, i w Afryce, ze szczególnym wskazaniem na Kenię. Kto oglądał, ten wie. Przeczytana później książka nie zrobiła już na mnie aż tak wielkiego wrażenia, ale Blixen uwielbiam też za "Ucztę Babette", więc przeczytałam i posiadam jeszcze kilka innych jej opowieści. 

Czarny Ląd fascynował mnie już wcześniej, w latach szkolnych, zaczytywałam się historiami podróżników. "Pożegnanie z Afryką" zaczarowało mnie i zasiało we mnie marzenie o wyprawie do Kenii. Przemyśliwałam o podróżach, ale też o jakimś dłuższym pobycie, może wolontariacie, o mieszkaniu wśród tamtejszych ludzi i przyrody. Główną przeszkodą była nieznajomość języka angielskiego, nie mówiąc już o jakichś miejscowych narzeczach. Przerażała mnie wizja braku możliwości dogadania się w rozmaitych trudnych sytuacjach. W czasie mojej wczesnej edukacji angielski nie był jeszcze tak modny, uczyłam się rosyjskiego, niemieckiego i francuskiego, ale też - szczerze mówiąc - bez szczególnego zapału. To nie były jeszcze czasy łatwych wyjazdów za granicę, internetu itd, brakowało więc motywacji. Tak więc z angielskim mi nie po drodze. No i jakoś tak z upływem czasu te marzenia nieco przygasły. Tymczasem autorka książki "Dom na Zanzibarze", pod wpływem podobnych marzeń po obejrzeniu "Pożegnania z Afryką", ale też różnych osobistych zawirowań, zrealizowała zamiar wyprawy do Kenii. Najpierw było turystyczne safari, a potem to już się potoczyło...

"Dom na Zanzibarze" jest więc autentyczną historią Polki, która w początkach lat 90tych ubiegłego stulecia wyruszyła do Afryki, potem do niej wracała, aż ostatecznie związała się z nią na stałe. Wybudowała dom na Zanzibarze, wyszła za mąż za Zanzibarczyka, prowadzi (-ła?) biuro turystyczne i własny niewielki pensjonat nad brzegiem Oceanu Indyjskiego.

Książka ma recenzje dość średnie, co mnie trochę dziwi, bo ja jestem nią zachwycona. Może trzeba lubić ten gatunek. Nie jest to literacka opowieść okraszona efektownym bajdurzeniem, raczej coś w rodzaju pamiętnika, są tam nawet wplecione zapiski z dzienników prowadzonych przez autorkę w czasach pierwszych wypraw na Czarny Ląd. Pierwsze rozdziały zaczynają się od wrażeń po obejrzeniu ekranizacji powieści Karen Blixen, wyjazdu na kenijskie safari, wyprawy na Kilimandżaro. Od początku widać, że Dorota Katende to kobieta nieustraszona i chyba trochę nieobliczalna. No, ja bym się bała przy pierwszej wycieczce na obcy kontynent wyruszyć z wynajętym w jakimś odruchu miejscowym przewodnikiem w dziewiczy busz, a właściwie sawannę, żeby podglądać z bliska polujące lwy... Opisy tego, co działo się na tej wyprawie, opowieści o przyrodzie, zwierzętach, zapachach itd - to wszystko jest fascynujące, ale gdzieś w 1/3 książki zaczęło być już nieco zbyt monotonnie... I wtedy autorka zmienia styl i temat, zaczyna opowieść o swoim życiu osobistym, które ją niejako popchnęło do tej wyprawy. Kolejne niezbyt udane małżeństwa, biznesy kwiatowe w zwariowanych latach 90-tych, dzieci, kolejne zwroty akcji, wyprowadzka na wieś... Pokiereszowana emocjonalnie i finansowo wychodzi z trudem z różnych życiowych opresji, zaczyna na nowo po raz kolejny. I w końcu ta Afryka. Spełnienie marzeń i odcięcie się od przeszłości. Nowy sposób na życie. Podziwiam tę kobietę, a zarazem widzę, że trochę się w życiu miotała, podejmowała wiele pochopnych decyzji. Czy się opłaciło? W ostatecznym rozrachunku z pewnością tak, bo spełniła swoje marzenia, w dalszych rozdziałach opowiada z zachwytem o mieszkaniu na rajskiej wyspie, wspaniale opisuje smaki, zapachy, jedzenie, ludzi, zwyczajne życie, rozmaite rytuały, codzienny widok na ocean, nurkowanie. Zakończenie to garść konkretnych, użytecznych informacji dla tych, co chcieliby wyruszyć tropami Blixen i Katende - ceny, miejsca, w których warto się zatrzymać itp.

Książka fascynująca, bardzo dobrze napisana. Czyta się świetnie, przeżywa razem z autorką wzloty i upadki, zachwyty i zmartwienia. Dużo emocji, dużo wrażeń. Nie podzielam tylko tak do końca zachwytu autorki tamtejszymi ludźmi, bo pomimo ich bezpretensjonalności, prostoty życia i pogody ducha, było tam opisanych kilka drastycznych sytuacji, z którymi trudno mi się pogodzić, a świadczą o nieprzewidywalności Zanzibarczyków i paru jeszcze niezbyt fajnych cechach. Ale generalnie cudowna opowieść, polecam szczególnie fanom "Pożegnania z Afryką" :).


*****

W temacie książkowym na razie to by było na tyle. Czytam ostatnio ponownie starocie wyciągnięte z półek własnej biblioteczki, między innymi serię o profesorowej Szczupaczyńskiej, bo nie mogę się doczekać kolejnych książek tandemu autorów udających Marylę Szymiczkową. Niestety, nie ma żadnych zapowiedzi, że wkrótce coś się ukaże... 

Żegnam się zatem - tym razem na krótko. Wkrótce będzie więcej o moim malowaniu i nowych pomysłach. Obrazki pokażę, mam nadzieję, przed końcem roku i opowiem co planuję w związku z tym malowaniem.

*****