poniedziałek, 20 lipca 2026

Plotę sobie...



Plotę wianki z łąkowych kwiatków i moich własnych hortensji, które zaczynają dopiero kwitnąć, ale kwitną obficie. Suszę rozmaite roślinki i będę układać z nich bukiety. Dawno temu lubiłam takie kompozycje z suchych kwiatów, robiłam je najczęściej z róż i kłosów zbóż, z różnymi trawami. Potem na długo przestały mi się podobać takie dekoracje. A teraz znowu wracam do nich, w nieco innej odsłonie. 



Wianek dość słusznych rozmiarów, 65 cm średnicy. Może to nie jest mistrzostwo świata, nie jestem biegła w tej dziedzinie, ale jakoś wyszło. Przy pomocy sznurka połączyłam bluszcz, hortensje, wrotycz, trochę lawendy i jakieś trawy. Najpierw to podeschnie na leżąco, potem pewnie trzeba będzie trochę pouzupełniać, bo się rozluźni, i wtedy będzie dalej schło już na wisząco - do góry nogami, rzec można. Albowiem przeznaczenie tego wianka jest od dawien dawna zaplanowane - będzie ramą do górnego oświetlenia w altance, skomponowanego z tzw. cotton balls. No, zobaczymy, co z tego wyjdzie, nie omieszkam pokazać światu.



Od znajomych dostałam wiadro jagód. Zwykle robiłam je do słoików zasypując cukrem i zagotowując. Tym razem nie bardzo mi się chciało, więc większość zamroziłam, a część zasiliła sezonowe koktajle na bazie kefiru/jogurtu/śmietany/mleka, z dodatkiem zeszłorocznych truskawek w syropie. Oraz galaretki owocowe z wkładką z jagód, żurawiny i pokrojonych w kosteczkę jabłek. 

Po czym, przy okazji oddawania pustego wiaderka, dostałam kolejne dwa 10-litrowe wiadra jagód. Połowa znowu do zamrażarki, resztę zagotowałam z cukrem i zapakowałam do słoiczków. Taka niespodziewana robota mi się trafiła, trochę może nie w czas, bo z roboty zasadniczej czyli z firmy wracałam zmordowana (wiadomo, końcówka to najwięcej zamieszania), no ale darowanemu koniowi... Fajnie, że ktoś tych jagód za mnie tyle nazbierał :). Te jagody zaś zainspirowały nas do wycieczki w okoliczne lasy, ale pogoda się zbiesiła, od sobotniego wieczoru ciągle padało, więc trzeba to przełożyć. 

W ogrodzie po raz drugi w tym sezonie zakwitł oleander, spisany już prawie na straty, bo jakoś zmarniał nagle. Do tej pory rósł sobie w donicy i był kłopot z targaniem krzaka z ogrodu zimowego do letniego i na odwrót, w zależności od pory roku, po czym się okazywało, że jednak pogoda nieodpowiednia bo nagły przymrozek albo przeciwnie, a to znowu jakieś robactwo sie zalęgło, i w końcu podjęliśmy decyzję, że wsadzamy do ziemi i niech sobie radzi. Na razie poradził sobie świetnie, bo z suchego badyla wypuścił kwiaty i mnóstwo nowych liści. Na zimę będziemy okrywać włókniną. 



Firma w zasadzie już zamknięta, ale jeszcze w ostatnich dniach były różne rozliczenia, jeszcze ktoś coś sobie przypomniał, że potrzebuje ode mnie jakichś informacji czy kwitów, a to znowu trzeba jednemu i drugiemu to czy tamto objaśnić, przekazać itd. Zostało sprzątanie, czyli wywożenie gratów, sprzętów, komputerów, mebli, papierów, wybujałych przez te lata kwiatów biurowych. Od klientów dostałam trochę prezentów, kwiatki, czekoladki, flaszki. Oraz taki jeden kwiatek na przykład, który podobno modny był za czasów naszych babć, a ja nie kojarzyłam - gloksynia. Ma ciekawe mięsiste, dość grube i omszone płatki kwiatowe, pięknie kwitnie, ale jest dość wrażliwa. Nie za dużo wody, nie za dużo słońca, ale za mało też nie, no i żeby przeciągów nie było... Postawiłam na oknie w przedpokoju, od północnego wschodu, chyba jej tu dobrze.

Umówiłam się jeszcze z moimi dziewczynami na koniec miesiąca, bo została do zrobienia wypłata, świadectwa pracy, ostatnie ogarnięcie. Nie wiem jeszcze co dalej z lokalem, nie mogę się zdecydować, trochę mi szkoda się z nim rozstać, bo to było kiedyś piękne 100-metrowe mieszkanie w poniemieckiej kamienicy, duże okna, sufit na wysokości 3,5 metra, pierwsze piętro. Nawet pytałam syna, czy nie chce na mieszkanie, bo jego jest małe, ale on myśli o domu z garażem, a raczej o garażu z domem (klasyczny grzebacz samochodowo-motocyklowy - to jego pasja, więc przede wszystkim chodzi o ten garażo-warsztat, jakaś stodoła itd). Więc chyba lokal na sprzedaż, tylko trzeba będzie trochę odświeżyć, ale teraz nie chce mi się o tym myśleć.

W sobotę, dzień po oficjalnym zamknięciu firmy, rzuciłam się w wir prac ogrodowych. Krzaczory niektóre wołały o przycięcie w zasadzie od jesieni, ale wtedy nie wszystkie dałam radę ogarnąć, na wiosnę też było co innego do roboty, potem to wszystko zakwitło, no i dopiero teraz można było ciąć. Nie będę odkładać na jesień, bo znowu coś nie wyjdzie... 


te hortensje z tyłu są wyższe ode mnie, dopiero zaczynają kwitnąć

Naharatałam zatem żywotników, krzewuszek, berberysów, irg i co mi tak jeszcze pod sekator wpadło, przy okazji przycięłam też trochę bez, bo rozrastał się trochę bez sensu, właściwie to miałam już mały bzowy zagajnik. Gąszcz zniknął, zrobiło się miejsce na żurawki i tawułki, o których ciągle myślałam, a nie bardzo było gdzie wsadzić. Po tej akcji odsłoniła się jedna oszklona ściana ogrodu zimowego, która była mocno z zewnątrz zarośnięta, i ujawniła swoje sponiewierane oblicze. W środku okna owszem na bieżąco umyte, ale na zewnątrz nie było podejścia, bo ten gąszcz, oraz trochę tam jest pochyło, bo na skarpie, więc z jakąś drabiną to niezbyt bezpiecznie w tych krzakach. Więc teraz trzeba będzie dobrze się przyłożyć. Robota nie mam, ale i tak byłby problem, bo u góry są małe szybki i mimo wszystko trzeba tam się wspiąć i ręcznie doczyścić. Powinnam dokupić lancę/przedłużkę do myjki okiennej (mam Karchera).


gąszcz w środku i na zewnątrz

Tak więc początek wolności zapowiada się intensywnie roboczo w domu i zagrodzie. Snuję różne plany na ogród, bo zaraz jesień i trzeba w końcu obsadzić ugory w różnych miejscach. W jednym kwiatki i krzaczki ozdobne, w drugim jakaś spożywka.

Ślimakom zapowiedziałam, że jak spróbują mi coś obżerać, to już nie będzie nierównej ekologicznej walki, tylko wkroczy ciężka chemia czyli niebieskie granulki. Mimo protestów męża, który każdemu sponiewieranemu ślimakowi gotów robić sztuczne oddychanie, już w ubiegłym roku posypałam truciznę w rejonie świeżo posadzonych funkii, bo to przysmak tych oślizgłych obrzydliwców i zaraz na drugi dzień sie zleciały, jak tylko kwiatki posadziłam. Któregoś roku w czasie ślimaczej plagi poległy mi całe zagony truskawek i od tej pory już ich nie uprawiałam. Ale jesienią zamierzam posadzić nową plantacyjkę i już nie będzie zmiłuj. Na szczęście ślimory chyba zrozumiały, bo widuję tylko pojedyncze egzemplarze, czmychające na mój widok gdzie pieprz rośnie.



Wysłałam swoje zgłoszenia do Art-Madam i Pakamery, będę próbować sprzedawać moje wytworki. W domu leżą stosy obrazków, no i będzie wreszcie czas na malowanie, więc dzieł przybędzie. Tak że jedne drzwi zatrzasnęłam i otwieram od razu następne :). Pomysł z otwarciem sklepiku na portalu z rękodziełem kiełkował od dawna, ale w moim przypadku to nie jest taka prosta (czytaj: tania) sprawa, bo mam zarejestrowaną firmę i jestem w dodatku czynnym VATowcem, więc nie mogę korzystać z dobrodziejstwa mniej opodatkowanej i nieozusowanej działalności nierejestrowanej. Połowa zarobku pójdzie na opłaty. Ale zobaczymy jak to się rozwinie. Jak się rozmaluję, to może pomyślę raczej o stronach związanych bardziej ze sztuką, albo puszczę to innymi kanałami... Na razie dopiero zaczynam tę przygodę, więc zobaczymy.

Zastanawiałam się też, co ja będę robić w sferze umysłowej, jak już opanuję ten mój włoski w stopniu w miarę zadowalającym. Bo ja lubię takie zajęcia do myślenia i uczenia się czegoś nowego. Ostatnie moje wyczyny to podyplomowe rolnictwo (bo były pomysły, żeby kupić działkę rolniczą, a na to trzeba mieć papiery, no to kto, jak nie ja, i tadam! mam to!), potem intensywna współpraca przy pisaniu projektu inżynierskiego oraz pracy dyplomowej z tejże inżynierii, a teraz nauka włoskiego. No i wymyśliłam: będę uczyć się grać w szachy! Bo nie umiem. A na Duo też są szachy, więc spróbuję. Tak że plany mi się rozwijają, nudy nie będzie :). 

Rozwalają mnie zatroskane pytania od co piątej osoby w stylu "a co pani będzie w domu robić"? Ale niestety, dla niektórych ludzi praca to całe ich życie, nawet niekoniecznie z powodów finansowych. Bo jeszcze bym zrozumiała, że ktoś musi, bo mu emerytury nie wystarczy do pierwszego, bo komuś pomaga itd, ale przerażające jest, że wiele osób po prostu nie ma innych zainteresowań, pasji itd. Jak przechodzą na emeryturę , to tracą sens życia. Straszne. 

Mi to na szczęście nie grozi :).



********


niedziela, 12 lipca 2026

A na łące, a w ogrodzie...

Ostatni miesiąc mojej JDG, mnóstwo spraw do ogarnięcia, a jeszcze dziewczyny muszę wysłać na pozostałe z rocznej puli urlopy... Tak że praca niby tylko gdzieś do połowy miesiąca w zasadzie, tyle że bardziej intensywna niż zwykle, nawet w sobotę poszłam do firmy to i owo przejrzeć i uporządkować na spokojnie, kiedy nikt głowy nie zawraca. Brakuje mi więc w tym wszystkim czasu na inne rzeczy, przyjemności, blogowanie itp. 

Udało się jednak skończyć recyklingowy dywanik, tzw. szmaciak.


Cały chodniczek ma wymiary 110x180 cm, ciężko go było zmieścić w całości na zdjęciu.




Poszło całkiem sprawnie, bo to jest taka dość fajna robótka bez spiny, że coś nierówno, czy coś tam - bo właśnie miało być nierówno :). Owszem, trochę było też nauki na własnych błędach, no bo przecież co tam tutoriale na YT, ja pójdę na skróty i sobie ułatwię, a potem kombinowanie i poprawianie. Robiłam go w zasadzie intuicyjnie, ale jakby ktoś chciał sobie wydziergać podobny chodniczek, to filmików z instrukcjami jest pełno w internetach. 


Dorobiłam mu frędzle, bo mi czegoś brakowało na tych końcówkach, a że zdecydowałam się na trudniejszą wersję, skręcaną przy pomocy szydełka... no to ech... trochę mi to zajęło, najbardziej upierdliwy kawałek pracy. Około 250 frędzelków, a każdy trzeba skręcić po 20 razy. Ufff... Następnym razem zrobię zwykłe wiązane.

Bardzo jestem z tego chodniczka zadowolona, pasuje mi do sypialni i w ogóle jest super, taki jak miał być. Kolorem, strukturą, naturalnym składem. I przypomina mi wakacje u babci, bo były tam takie podobne "szmaciaki" tkane przez babcię :). I będą następne dywaniki z pewnością, bo mi się to spodobało -  pierwszy w kolejce jest bardzo kolorowy projekt, a że będzie o połowę mniejszy od tego pierwszego, to pewnie szybciej też mi z nim pójdzie. Na razie jeszcze zbieram materiał w odpowiednich kolorach i dobieram nici. Oprócz starych t-shirtów wykorzystam przy okazji różne resztki wełenek i mulin z czasów, kiedy haftowałam i dużo dziergałam. Aż mi żal, że całkiem niedawno wyrzuciłam poplamione czymś trwale koszulki w ostrym turkusie i fuksji, ech, ależ by mi teraz pasowały... 




Na polach i łąkach pobliskich szaleństwo trwa i kwiecia przeróżnego, wybujało wszystko po deszczach i w ciepełku. Wypatrzyłam kilka nowych gatunków. Nie wszystkie udało mi się rozpoznać i sklasyfikować, ale na przykład pojawiła się taka oto nieznana mi wcześniej roślinka - trojeść amerykańska (asclepias syriaca). Zdjęcie z internetu, bo na przebieżki z psem nie zabieram żadnego sprzętu do fotografowania (a swoją drogą... może powinnam to zmienić):

źródło


Podobno gatunek inwazyjny, niestety. Rośnie kilka kęp takich egzemplarzy tuż przy ścieżce, którą wędrujemy z pieskiem, i zwróciłam na nie uwagę już w momencie, kiedy wypuszczały pierwsze liście, bo wśród morza wiotkich traw i drobnych kwiatków wyróżniały się sporymi rozmiarami, potem pokazały się pąki kwiatowe i z niecierpliwością czekałam na to co też tam się rozwinie. A w międzyczasie oglądałam w internetach jakieś ogrodnicze ciekawostki i rzuciła mi się w oczy ogniście pomarańczowa... trojeść bulwiasta/pomarańczowa (asclepias tuberosa). I już po liściach i pąkach kwiatowych skojarzyłam, że mój łąkowy obiekt zainteresowania to także trojeść. Wszystkie odmiany trojeści są miododajne i pięknie pachną, zwabiają więc do ogrodu motyle i pszczoły. A mam już w planach zakup białej trojeści orszelinowej, bo najbardziej lubię białe kwiaty.

W ogrodzie skończyły się już czereśnie i porzeczki, wiśnie kończymy zbierać, natomiast cieszą mnie posadzone jesienią krzewy borówki amerykańskiej - dostaliśmy kilkuletnie krzaki z likwidowanej plantacji i były obawy, że w pierwszym roku będą słabo owocować, a tu proszę, owocków zawiązało się mnóstwo, pierwsze już jedliśmy!



No i zaczynają kwitnąć kolejne odmiany hortensji - w takiej fazie najbardziej je lubię - biało-limonkowe.


I skarby łąkowe do wazonu - wrotycz, który też bardzo lubię. Część stoi w wodzie, część będzie na suche bukiety. Oraz krwawnik, trawy różne i dzika marchew. Żeby się upewnić, że to marchew a nie inne podobne coś - poczytałam w internetach i obejrzałam ciekawy filmik pana Łuczaja. 


Dowiedziałam się na przykład, że u dzikiej marchwi znakiem rozpoznawczym jest jeden malutki kwiatuszek w kolorze ciemnego bordo, brązu albo wręcz czerni - na samym środku białego kwiatostanu. No i proszę - faktycznie! Oglądałam potem na łące i rzeczywiście wszystkie większe, w pełni rozwinięte kwiatostany marchwi miały ten prawie czarny punkcik na środku. A zanim się dowiedziałam i bacznie przyjrzałam, to myślałam, że to takie robaczki :))).


widoczny na środku czarny kwiatuszek

Lubię takie ciekawostki o roślinach, podobnie jak o ptakach, potem opowiadam rodzinie i znajomym i oni myślą, że ja taka znawczyni jestem :). A to tylko wybiórcza wiedza o tym, co akurat gdzieś zaobserwowałam - po prostu lubię pogłębiać wiedzę, wyszukiwać jak najwięcej ciekawych informacji o napotkanych stworzeniach i roślinach.

********


wtorek, 23 czerwca 2026

Ptaszarnia i zielska rozmaite.

Sówki-płomykówki z papier-mache. Do planowanej ptasiej bandy na półkę nad oknem.




Miała być jedna, ale wyszła mi tak sobie, bo do rzeźbienia to ja się jednak nie bardzo nadaję, więc próbowałam ją przerobić, ale... zapomnij kobieto, masa papierowa z wikolem i skrobią ziemniaczaną po wyschnięciu okazała się twarda jak stal. Jedno narzędzie połamałam, próbując odciąć/odłupać sowie część głowy... Więc sowa została tak jak była, ale za to dorobiłam jej towarzyszkę, oczywiście próbując zrobić lepszą wersję. No i też nie do końca jestem zadowolona, obie mają za małe głowy i flary, no ale cóż, mniejsza z tym, nie chodziło mi o jakieś super realistyczne odwzorowanie, tylko żeby mniej więcej przypominało to konkretny gatunek ptaka. 


Tak wyglądają skrzydła z tyłu:



I w towarzystwie krukowatego, który w tym towarzystwie jest stanowczo nieproporcjonalnie zbyt mały, ale na razie nie będę się tym martwić, może kiedyś zrobię porządnego kruka:


Na razie mam dosyć lepienia ptaków, natomiast dziergam w wolnych chwilach mój chodniczek-szmaciak, o którym wspomniałam w poprzednim wpisie. Nawet się zdziwiłam, że tak szybko go przybywa i że mi się jeszcze chce :). Dziobię go sobie od czasu do czasu wieczorową porą i całkiem jestem zadowolna z efektu. Co oznacza, że może się nie zniechęcę w połowie i nawet uda mi się go wkrótce skończyć. Właściwie to mam już jakieś 2/3 planowanego rozmiaru. Zamiast scrollować internety towarzyszę mężowi przy mundialu, jednym okiem zerkając na ekran, drugim na robótkę.




Zbieram już surowiec na kolejny chodniczek, bardziej kolorowy. Rodzina przy okazji pozbywa się przechodzonych t-shirtów, bez jeżdżenia do pszoku. Na temat pszoków i tego zbieractwa śmieciowego to bym się jeszcze wypowiedziała, ale ostatnio mam w tym temacie do powiedzenia tylko bardzo brzydkie wyrazy, więc może lepiej dam spokój. Byłam zwolenniczką segregacji, ale dajcie spokój, urzędasy odklejone od rzeczywistości powymyślały takie nieżyciowe przepisy, że głowa mała. W mieście więcej kubłów niż klombów, a i tak są problemy ze zdaniem różnych odpadów i góry śmieci w lasach rosną. Najbardziej przerąbane mają przedsiębiorcy, przynajmniej w moim mieście. Wiem z autopsji. Za niektóre frakcje trzeba płacić haracz nawet jak się ich nie wytwarza ani grama, za to innych nie sposób gdziekolwiek oddać. No dobra, miałam się nie wypowiadać...


Wracając do ptaków - takiego oto prawdziwego ptaka widujemy ostatnio czasem nad naszym domem (zdjęcie z Wikipedii, bo oczywiście jak szybuje nad nami, to nie mam nic pod ręką, żeby cyknąć i stoję i się gapię po prostu):


Kania ruda - przepięknie upierzony, duży ptak drapieżny z rodziny jastrzębiowatych. Bardzo łatwo ją rozpoznać po charakterystycznym głębokim wcięciu ogona. Oraz kolorach, oczywiście. Wspaniale szybuje wykorzystując ruchy powietrza, zazwyczaj ze skrzydłami lekko zgiętymi w kształcie litery M. Jest w zasadzie endemitem europejskim, czyli występuje tylko w Europie. Lęgi ma między innymi w Polsce (głównie zachodniej i zach.-pn.), a na zimę przeważnie przenosi się na południe kontynentu. Większa od myszołowa, za Wiki przytaczam imponujące wymiary:

długość ciała: 60–72 cm
rozpiętość skrzydeł: 143–171 cm
masa ciała: samce 757–1221 g, samice 960–1600 g

Prawdopodobnie gdzieś w pobliżu ma miejsce lęgowe, bo widywana jest w naszej okolicy od kilku lat co roku wiosną. Krąży zwykle w rejonie rzeki i nad pobliskimi łąkami. Piękny widok, powiadam Wam. Jak się na codzień widuje tylko niewielkie kawki, gołębie czy sroki (o mniejszym drobiazgu nie wspominając), to taki barwny olbrzym dostojnie i nieśpiesznie zataczający koła nad naszymi głowami - robi wrażenie.

Natomiast na pobliskim świerku sroki zbudowały gniazdo. 

strzałka pod szczytem wskazuje gniazdo


Zdjęcie kiepskie, bo daleko, zrobione telefonem, i trochę wiało, więc nieco ruszone, ale może w powiększeniu da się zobaczyć, jakie tam jest zabezpieczenie, pajęczyna utkana z gałązek, broniąca dostępu do gniazda. Sroki podlatują z boku, a wylatują potem z drugiej strony. Nie da się tego dokładnie obejrzeć, bo to jakieś 6 metrów do góry, ale doczytałam w internetach, że sroki budują gniazda w kształcie dużej kuli z gałązek, a w środku jest bardziej stabilne gniazdo właściwe w kształcie misy wymoszczonej trawą, piórami, liśćmi, mchem itp. Na mniej ulistnionych drzewach wczesną wiosną wygląda to jak nieskładna kupa gałęzi. Dawniej w tym świerku miały gniazdo sierpówki, ale przeganiały je a to gołębie, a to sroki, no i sierpówki w końcu gdzieś się wyniosły. Niestety, sroki to fruwający bandyci i mordercy, potrafią napadać na większe od siebie ptaki, mordują ich pisklęta, rozwalają cudze gniazda. Nie lubię srok, no ale cóż, zbudowały gniazdo, ich prawo, niech tam sobie żyją. Prawdopodobnie w przyszłym roku już ich tutaj nie będzie, bo rzadko wykorzystują stare gniazda.

Narzekam czasem, że nasze miasto zawłaszcza coraz więcej obszarów przyrody, ale przy okazji spacerów z psem uświadomiłam sobie, że w zasadzie nie jest najgorzej, bo jak się tak dobrze rozejrzeć, to nadal mamy wokół domu sporo zieleni. Nie trzeba daleko wędrować, żeby znaleźć się w zielonym buszu. Z jednej strony, dosłownie 30 metrów od nas, jest zagajnik, w którym ukrywa się pozostałość po przedwojennym niemieckim cmentarzu. Był tam kiedyś kościół ewangelicki, ale po wojnie przez długi czas był wykorzystywany jako magazyn i ulegał stopniowej degradacji, w końcu całkiem go rozebrano. Sam cmentarz też niszczeje, piękne rzeźbione płyty nagrobne zostały rozkradzione albo całkiem zdewastowane, nikt nie chciał się tym zająć, zaopiekować, jakoś uporządkować. Próby zainteresowania tematem proboszcza z miejscowej parafii albo władz samorządowych spełzły na niczym. Raz na kilka lat przeprowadzana jest tylko wycinka samosiejek. Taki mam widok z okna na piętrze na ten zagajnik. Wypełnia mi praktycznie całe okno. A jak tam ptaki śpiewają!



A trochę w bok z balkonu wygląda to tak:



Idąc w drugą stronę - jakieś 150 metrów od naszego domu, jest mały park, a tak naprawdę to kolejna pozostałość po przedwojennym cmentarzu, tym razem żydowskim, zapewne trochę starszym od tamtego niemieckiego. Tutaj w latach 80tych wyrównano teren, nawieziono ziemi, zasiano trawę, obsadzono dookoła niskim żywopłotem z ligustru, który teraz właśnie kwitnie i pachnie oszołamiająco, dosadzono też trochę drzew. Z dawnych czasów zostały stare drzewa - platany i klony, wyznaczające dawne alejki, kilka dębów i lip. Dobra wiadomość jest taka, że w tych miejscach za mojego życia z pewnością nikt nic nie wybuduje i ta zieleń jeszcze długo zostanie, a razem z nią ptaki i wiewiórki. 




Wychodząc z tego parku dalej - jeszcze parę lat temu trafialiśmy bezpośrednio na ciągnące się aż do sąsiedniej wsi pola i łąki. Teraz niestety w dużej części te tereny zostały przeznaczone pod budowę domków jednorodzinnych, osiedle nam się rozrasta. Między grupami domów pozostały jednak spore kawałki porośnięte roślinnością, tu i ówdzie jest po parę hektarów jeszcze nie rozparcelowanych pod budowy, tak że mamy gdzie spacerować. Tu gdzie jeszcze dziesięć lat temu rosły zboża, rzepak i ziemniaki, teraz bujnie plenią się trawy rozmaite, maki, chabry, kąkole, firletki, rumianki, szczaw i wrotycz zaczynają kwitnąć, nawłocie na razie wypuściły liście, ale błyskawicznie pną się ku górze. Samosiejki brzóz, sosen, dębów, czarnego bzu i dzikiej róży porastają całe połacie pomiędzy stuletnimi lipami i robiniami. Ponieważ pod budowy domów wycięto tu i ówdzie trochę drzew (raczej pojedyncze, bez jakiejś totalnej dewastacji), to w zamian zostały posadzone aleje nowych lip, platanów i klonów. 



Idąc od naszego domu w trzecią stronę - w podobnej odległości czyli około 150-200 metrów mamy otoczony starodrzewem osiedlowy plac zabaw ze sprzętem do rozmaitych ćwiczeń, ping-ponga, ławeczki itp, oraz nowe przedszkole z ładnie zagospodarowanym i obsadzonym całkiem bujną roślinnością terenem, i obok znowu około hektara parku z koszoną od czasu do czasu trawą i ze starymi drzewami, do których dosadzono sporo nowych - podobnie jak w innych miejscach najczęściej są to platany, lipy i czasem klony i jarzębiny. Tak więc mieszkam w całkiem zielonym otoczeniu, zarazem rzut beretem od jednej z głównych arterii komunikacyjnych i drogi wojewódzkiej, a jednak w oazie spokoju, przy cichej i mało uczęszczanej uliczce, z dobrymi sąsiadami. I do rzeki też mam rzut beretem (w czwartą stronę od domu). I chociaż dom chętnie bym zamieniła, to samo miejsce i okolica są świetne i tylko to nas zawsze powstrzymuje przed przeprowadzką.


W ogrodzie natomiast część roślin szaleje, jak ten wiciokrzew, który pokrywa połowę płotu:





Piwonie też oszalały, ale niestety dostały łupnia od burzy i trochę nie wyglądają, mam nadzieję że tylko przejściowo i jeszcze się pozbierają.

Dzisiaj przeczytałam w internecie i się zdziwiłam, że łubin jako roślina ekspansywna jest w Polsce zakazany - nie dosłownie, ale jest na liście gatunków, których nie należy wprowadzać do ekosystemu, ponieważ zagrażają innym roślinom i zaburzają równowagę przyrodniczą. No coś takiego... A ja łubinu prawie nie spotykam, na tych naszych łakach to może jedną kępę widziałam. Natomiast owszem nawłoci mamy w pobliżu całe łany, coraz częściej też widuję spore obszary zarośnięte rdestowcem - tam to faktycznie nic innego nie rośnie. A właśnie niedawno myślałam, że chciałabym mieć różnokolorowy łubin w ogrodzie... Może w donicy???

No czyż to nie piękne jest?


Jak wiecie w lipcu kończę pracę, zamykam firmę. I nie mogę się tego momentu doczekać, bo jak już dałam wszystkim wypowiedzenia, to mentalnie jestem na wolności i to chodzenie do roboty zaczyna mi teraz ciążyć. A tymczasem jak na złość jakaś czarna seria, co chwila coś się psuje albo inne jakieś problemiki mnożą się jak króliki... Ale nic to, powtarzam sobie, że za chwilę koniec i wakacje :).

I na dodatek piekarnik mi się w domu zepsuł, akurat jak przygotowałam ryż z jabłkami. Włączam, a tu nic. Umarł. No to zrobiłam ten ryż na kuchence, w sumie w smaku różnica żadna, tyle że z wierzchu się nie przypiekło, za to od spodu bardziej. Mnóstwo cynamonu, ach, uwielbiam te szarlotkowo-cynamonowe zapachy :). Smaki zresztą też, jabłka to moje ukochane owoce, te egzotyczne niech się schowają. No ale - Houston, mamy problem z piekarnikiem! Nie posiadam airfrayera, no bo skoro jest piekarnik, to po co mi taki gadżet, zresztą nie wszystko we frajerku da się upiec. I jak już zrobiłam ten ryż z jabłkami na kuchence, to sobie przypomniałam, że przecież posiadam prodiż! Zabunkrowany gdzieś w piwnicy czy jakimś schowku. Ktoś pamięta co to jest? Relikt PRLu, ale chyba do tej pory prodiże są produkowane i tam gdzie nie ma piekarnika, to się świetnie sprawdzają, w dodatku są znacznie mniej prądożerne niż piekarniki elektryczne. Dostałam go od kogoś na etapie budowy domu, zanim urządziliśmy kuchnię, bo wprowadzaliśmy się trochę na wariata, przed wykończeniem. Czasy były kryzysowe i ze wszystkim był problem, a to było świetne rozwiązanie. Nie mam teraz siły na fachowców, w sumie rzadko piekę, więc przejściowo w razie potrzeby odpalę prodiż! Będzie jak podróż w czasie - młodszy syn się jara, bo on kocha peerelowski dizajn :).

A tymczasem zaliczyliśmy przyjemną Noc Kupały i Letnie Przesilenie. Może nie całkiem noc, ale późny wieczór spędziliśmy u przyjaciół w plenerowych okolicznościach przyrody. Oni mają dużą chatę wraz z imponującym przyległym terenem, przygotowali grilla, ale zawsze goście też coś przynoszą, my zwykle jakieś sałatki, ale tym razem wymyśliłam, że zamówimy pizzę w dwóch rodzajach plus sałatki italiano na bazie rukoli i z czosnkowym pieczywkiem. Gospodyni od wejścia wołała, że ale po co, przecież my wszystko przygotowaliśmy,  - ale jakoś tak wyszło, że wszyscy rzucili się na te pizze i chlebki czosnkowe i ostatecznie na grillu zostały upieczone tylko warzywa, mięso wróciło do lodówki. Pizza pyszna (podobnie jak wypiekany w tejże pizzerii chlebek żytni na zakwasie, z ziarenkami rozmaitymi), według włoskich receptur, z pieca opalanego drewnem - ale nie tylko o nią tu chodzi, ale też o pana, który tę pizzerię niegdyś stworzył. Obecnie zajmuje się nią młodsze pokolenie, natomiast sam twórca biznesu prowadzi od wielu już lat ośrodek leczenia dzikich zwierząt. Specjalność ośrodka to bociany (połamane, pokiereszowane, wyrzucone z gniazda pisklaki itp), ale trafiają tutaj też sarny, szopy, lisy i mnóstwo innych ptaków i zwierzaków, są nawet lamy i serwale. Nasze 1,5% z podatku zawsze idzie na ten ośrodek, no i staramy się na różne inne sposoby wspierać takich ludzi.

Wieczór Kupały umilało nam widowisko światło i dźwięk w wykonaniu Matki Natury - z zadaszonego tarasu niemal równo z zachodem słońca mieliśmy okazję podziwiać spektakularne błyskawice. Dom na górce, z widokami rozległymi na okolicę, było bardzo ciepło, burza owszem grzmiała i padała, ale bez wichrowych porywów, więc nie musieliśmy uciekać i impreza udała się znakomicie :).

A w tak zwanym międzyczasie zaliczyłam dwusetny dzień z włoskim na Duolingo. Jaki efekt tej nauki? Sporo rozumiem, gorzej na razie z samodzielnym i szybkim układaniem rozbudowanych zdań, ale jak dłużej pomyślę to nawet jakoś mi to wychodzi. Oczywiście do swobodnego rozmawiania to jeszcze bardzo długa droga i raczej w jakimś momencie trzeba będzie zmienić metodę, natomiast jeśli chodzi o naukę słówek i gramatyki, to jest to całkiem dobry i bezbolesny sposób. Przede wszystkim ten system mobilizuje do systematycznej pracy - codziennie poświęcam na to około 1,5 godziny w dwóch odcinkach. Nigdy w życiu nie uczyłam się tak żadnego języka, więc efekty przychodzą szybciej niż w szkole czy na kursie.

********


piątek, 29 maja 2026

Chaszcze, gąszcze i krzaczory.

Mój ogród to chaos. Chaszcze, krzaczory, z których okiełznaniem nie nadążamy, rośliny rosnące dość przypadkowo. Maliny rosną tam gdzie akurat wypuściły swoje podziemne macki, głóg wyrósł niespodziewanie z jakiegoś przyniesionego przez ptaki nasionka, zostawiliśmy, niech rośnie, z kolei żywopłocik z ligustru zasiał mi wiatr - naniósł nasiona w zagłębienie pod murkiem, no i wyrosło trochę krzaczków, więc sobie rosną, a ja je od czasu do czasu przycinam i mam osłonę dla śmietnika. 

Całkiem sporo zakątków porosło chwastami, na ogół pożytecznymi, wiele z nich zbieram i przetwarzam. Ostatnio trochę mniej, ale dawniej znajomi nazywali mnie zielarką. Mięta, melisa, pokrzywa, dziurawiec, kurdybanek, mniszek, przytulia, skrzyp, babka itd. Żywokost też rośnie, ale z niego do przetwarzania najlepszy jest korzeń, a szkoda mi go wykopywać, bo roślinka pięknie kwitnie i przyciąga pszczoły. Berberys rozkrzaczył się okrutnie i co roku mówię, że go solidnie przytnę, ale on tak zjawiskowo kwitnie i przyciąga mnóstwo pszczół, trzmieli i innych owadów... Brzoza, która wysiała się na etapie budowy domu rośnie sobie na granicy działki, teraz jest wyższa od domu. 

rejon oczka wodnego

Wokół oczka wodnego i w nim życie samo się reguluje, my hamujemy tylko nadmierną ekspansję, raz do roku jest wyciąganie kłączy tataraku i pałki wodnej, przycinanie kosaćców, które wyrastają gdzie chcą, usuwanie części sitowia, które najchętniej zawłaszczyłoby całą okolicę. Ile ryb mamy to nie wiem, mnożą się, staruszki umierają, czasem kot, albo odwiedzający nas czasem szop, jakąś rybę wyciągną. Kiedyś przy większym czyszczeniu stawu spuściliśmy wodę i ryby zostały wyłowione do tymczasowego pojemnika - zostały wtedy policzone, było ich około 80 sztuk różnego kalibru. Co roku przychodzą żaby na swoje gody, w wodzie dzieje się szaleństwo, orgie zbiorowe, potem mamy czarno od kijanek, a potem malutkie żabcie wychodzą i wędrują do pobliskiego zagajnika. Wrócą za rok, żeby złożyć skrzek.

kijanki

Altankę porasta bluszcz (też sam do nas przyszedł, a jest go już pełno, obrasta płoty - tam pozwalam mu swobodnie rosnąć, tworzy zielone ściany między nami a sąsiadami. Sąsiedzi spoko, z jednej i drugiej strony prawie nieobecni, ale nie mam potrzeby zaglądać im do ogródka i vice versa. Bluszcz wszedł już do środka altanki, obrasta domek dla murarek - to już drugie pokolenie pszczółek składa tam swoje jajeczka :).


domek dla pszczół murarek w ogrodowej altance


Nie cierpię bałaganu, ale chaos kontrolowany całkiem mi odpowiada, zwłaszcza w ogrodzie. Nie lubię ogrodów pustych, z wystrzyżoną na trzy centymetry trawką jednego wyselekcjonowanego gatunku, równiutkimi klombikami i połową gruntu wysypaną żwirkiem jak kuweta dla kota. Klasyczne ogrody francuskie są piękne z ich precyzyjnie zaprojektowanymi dywanami kwiatowymi, ale tak do pooglądania i chwilowego zachwytu, bo na dłuższą metę są trochę nudne. Nie lubię tak zwanych ogrodów w stylu włoskim czy śródziemnomorskim, spalonych słońcem łysych połaci, na których tu i ówdzie tkwią rozpaczliwie trzymające się życia kępki lawendy i jukki. Owszem, też mam lawendę i jukki, ale one rosną między gęstwiną innych roślin. 

lawenda francuska

lawenda wąskolistna jeszcze nie kwitnie,
w tle pięciornik o białych kwiatach


Lubię zieleń wszechogarniającą i dającą cień oraz wytchnienie dla oczu zmęczonych elektroniką (pracuję przy komputerze). Z tego też powodu nie lubię krajobrazów europejskiego południa, tak przez wiele osób ulubionych. Kiedy wracamy z podróży wakacyjnych z południa, ożywam dopiero kiedy już dojeżdżamy do Austrii, gdzie nareszcie są porządne lasy, świerki, sosny, dęby i klony i masa różnych krzaczorów, chłodny cień, mchy i paprocie. Jakbym miała wskazać ulubiony styl ogrodowy, to chyba najbliżej mi do ogrodu w stylu angielskim. Nawet próbowałam coś na ten wzór u siebie zaprowadzić, ale to niestety wbrew pozorom wymaga więcej pracy i zaangażowania niż te ulizane i pustawe ogrody włoskie czy francuskie. Brakowało mi na to czasu i chęci. Mam więc chaos częściowo kontrolowany.


Kocia wszędzie mi towarzyszy

Dżemik w pozycji "przyczajony tygrys"
czeka na rzucenie mu ulubionej piłeczki

W tym roku zamierzam skupić się na rewitalizacji tzw. przedogródka, w którym jest mój ulubiony "leśny zakątek". Trochę trzeba przetrzebić stare krzaki, dosadzić paprocie, parzydło itp, zrobić małą sadzawkę, zainstalować ławeczkę. Cieszą mnie posadzone w ubiegłym roku hosty, ładnie się przyjęły, mam nadzieję, że się rozrosną.


azalia pontyjska kończy kwitnienie, ale nadal obłędnie pachnie


obok będzie sadzawka z pluskawką i więcej paproci
oraz kamienna żaba

tajemne przejście między ogrodem a "leśnym zakątkiem"


********

Pod postem o karmelowej herbatce z lilaka ktoś wspomniał o naleśnikach z kwiatami bzu czarnego. To mi przypomniało, że dawno temu smażyłam czasem dla dzieci kwiaty robinii (zwanej akacją) w cieście naleśnikowym. Tak po prawdzie to smak był (moim zdaniem) mało wyczuwalny, ale ciekawie pachniały, no i zawsze to jakaś odmiana i atrakcja w menu. Podrzucam pomysł, akacje dopiero zaczynają kwitnąć, można spróbować.

Przepis na ciasto naleśnikowe (można zrobić po swojemu, ale to jest taka lekka wersja i chyba najlepiej pasuje do kwiatów robinii):

  • 100g mąki
  • 2 łyżki roztopionego masła
  • około 170 ml wody mineralnej
  • szczypta soli, łyżeczka cukru
  • białko jednego jajka

Wszystkie składniki oprócz białka łączymy mikserem lub trzepaczką, odstawiamy na kwadrans albo nawet dłużej, najlepiej do lodówki. Kiedyś nie wiedziałam po co ciasto na naleśniki, pierogi itp trzeba odstawić, wydawało mi się że to takie tam tylko dziwactwa kucharek, i zdarzało mi się ten etap pominąć, co niestety często kończyło się tym, że pierwsze naleśniki rwały się na patelni, a pierwszy płat ciasta na pierogi nie dawał się rozwałkować i pierogi źle się formowało i sklejało... No i w końcu wyczytałam gdzieś, że chodzi tutaj o uaktywnienie glutenu, który potrzebuje trochę czasu, żeby zacząć działać i łączyć dobrze wszystkie składniki. Tak że jak ktoś nie wie, to podpowiadam: bez pośpiechu, ciasto musi się przegryźć.

Po tym odpoczynku dodajemy do ciasta białko (które można wcześniej ubić na pianę, ale niekoniecznie) i ubijamy całość. Całe kwiatostany robinii trzymając za ogonek kolejno zanurzamy w cieście, otrząsamy z nadmiaru i smażymy po dwóch stronach do lekkiego zrumienienia. Można na oliwie, ale moim zdaniem na maśle wychodzą pyszniejsze, zresztą jak kto lubi. Ciasta powinno wystarczyć na trochę ponad 10 kwiatostanów.

Jako dodatek świetnie pasują truskawki i bita śmietana, albo w mniej kalorycznej wersji zamiast śmietany odrobina balsamico, najlepiej w jakiejś podkręconej wersji typu sos figowy lub mangowy. Podobnie można smażyć kwiatostany czarnego bzu czy jakieś inne jadalne kwiatki.

********

Po nagłym wybuchu lata pośpiesznie zrobiłam przetasowania w szafach, wyciągając letnie sukienki i inne szmatki. Przy okazji dokonałam przeglądu "sanitarnego", czyli wyczyściłam garderobę z zalegających ubrań, których już raczej nie założę (z tysiąca powodów). Uzbierała się górka t-shirtów, których termin przydatności do użycia już mija. Wyrzucić taki stos jednorazowo jakoś szkoda, w tej masie jest potencjał - i oto właśnie ten potencjał się materializuje.

Robię mianowicie chodniczek, tak zwany szmaciak. W sypialni miałam na podłodze od chyba ćwierć wieku flokati, które się już mocno wytarło i nieco zszarzało. Nie chcę mieć tutaj normalnego dywanu, bo flokati często wrzucam do pralki, a z dywanem jest więcej zachodu. No i tak mnie kiedyś naszło, że zrobiłabym sobie taki chodniczek, jakie były w domu mojej babci na wsi. Babcia tkała je ze starych sukienek, poszewek itd. Ja nie utkam bo nie bardzo mam na czym, zwłaszcza w tym rozmiarze (mam ramkę do tkania mniejszych makatek), więc wymyśliłam sobie, że zrobię mój szmaciak przy pomocy szydełka. Przy okazji mam zajęcie na długie wieczory - zamiast scrollowania internetu, co niestety ostatnio zbyt często mi się zdarzało. 



T-shirty pocięłam na paski zostawiając szwy (można się bawić w wycinanie ich i "niewidoczne" łączenie pasków, ale mi się nie chciało, bo to kupa roboty), w związku z czym mam w robótce mnóstwo widocznych supłów. Uważam jednak, że nieróności nadają chodniczkowi zgrzebnego charakteru, więc tak zostanie, nie będę ich całkiem chować (tylko największe przeciągnęłam szydełkiem na spód). Wybrałam kolory biało-beżowo-szarawe, może w trakcie dorzucę jakiś brąz i ochrę, jak znajdę odpowiedni materiał. Zresztą jak mi się w połowie znudzą te beże, to kto wie, co tam się jeszcze pojawi. Chciałam dołożyć paski ze starej poszwy na kołdrę, bo mi kolorystycznie pasowała, ale okazało się, że nie jest to surowiec kompatybilny z t-shirtami. Jedno to nierozciągliwa tkanina, a drugie - elastyczny dżersej (bawełna, no ale dzianina). Tak że muszę dozbierać koszulek w odpowiednich kolorach, bo chodniczek ma szerokość 120 cm, a planowana długość to minimum 180 cm, tak że w sumie sporo tego. Jeden t-shirt to około 15 cm chodniczka. Chyba zrobię porządek w szafie mężowskiej...

I oczywiście mam już plany kolejnych szmaciaków, bo z różnych wcześniejszych porządków szafiarskich mam na przykład odłożony cały wór dżinsów po nas i jeszcze po naszych synach (no bo kto zabiera z szafy stare dżinsy, jak się wyprowadza od mamy). Mieliśmy jechać z tym do PSZOKu ale jakoś się zapomniało. I zrobiłabym jeszcze jakiś kolejny chodniczek w odjechane kolorki do korytarzyka na pięterku... i ohoho, co to mi jeszcze chodzi po głowie... Ale pewnie po tym jednym będę miała dosyć tego szydełkowania na parę lat...;).

********

sobota, 23 maja 2026

Karmelowa herbatka z bzu.

Dzisiaj wpis nieco już spóźniony, ale może komuś jeszcze sie przyda, więc będzie krótko i na temat. 

Bzy (lilaki) w moim ogrodzie kończą spektakularne kwitnienie, ale w ostatniej chwili zdążyłam jeszcze przygotować z nich trochę suszu na herbatkę o przyjemnym smaku i aromacie oraz cudownych właściwościach. Mam późną odmianę, u sąsiadów już niektóre całkiem przekwitły. Opiszę Wam proces produkcyjny, może ktoś skorzysta, jak nie teraz, to w przyszłym roku. 


W słoneczny dzień nazrywałam sporo kwitnących gałązek. Wcześniej przez dwa dni padał deszcz, więc musiałam zaczekać, aż pogoda się poprawi i rośliny będą suche. Z pięknej pogody ochoczo korzystały rozmaite żuczki i inne stworzonka, więc trzeba było najpierw otrząsnąć gałązki z tych lokatorów. Teraz kolej na obrywanie kwiatów (bez przesady, ale tak żeby nie było liści i grubszych pędów). No i upychanie dość ścisło do słoików. Kolor kwiatów nie ma znaczenia, ja mam akurat białe w dużej obfitości, ale na białych trudniej obserwować przebieg procesu fermentacji, o czym za moment... Niektóre kwiaty już przekwitają - starałam się do słoika wybierać te ładniejsze, nie przejrzałe.

Moje bzy mają pełne (podwójne) kwiaty i każda kiść całkiem sporo waży, a więc duuuży bukiet wystarczył na zapełnienie kilku litrowych słoików. Można robić to w większym naczyniu, ale wtedy proces fermentacji nie zachodzi równomiernie i czasem trzeba powtórzyć operację. Fermentacja jest potrzebna do aktywizacji cennych składników zawartych w kwiatostanach lilaka.




A więc upychamy, dokładnie zamykamy i odstawiamy w ciepłe miejsce. Ciepłe - to znaczy najlepiej 35-45 stopni. Im cieplej, tym szybciej zachodzi proces fermentacji. W przypadku bzu niebieskiego czy różowego wystarczy obserwować zmianę koloru kwiatów: kiedy zrobią się białe, to oznacza, że ten etap został zakończony. Może to trwać od 2 do nawet 12 godzin. Można wspomagać się piekarnikiem, tylko bez przesady, żeby ich nie ugotować. Przy moim białym bzie musiałam to robić trochę na wyczucie, bo kolor się nie zmieniał. Podobno można po prostu zabrać słoik ze sobą pod kołdrę na noc, tam się odpowiednio wygrzeje :).
Po wyjęciu ze słoika kwiaty w wyniku utlenienia błyskawicznie brązowieją i przy tym pachną słodko, trochę karmelowo, trochę jak podsuszone róże czy inne pout-pouri, w każdym razie zapach jest całkiem miły :). Zdarza się, że brązowieją już w słoikach - zazwyczaj dzieje się tak kiedy kwiaty nie są bardzo ciasno upchane (czyli mają dostęp powietrza), ale nie zmienia to właściwości surowca.



Teraz suszymy. Najlepiej zrobić to dość intensywnie, bo po przefermentowaniu surowiec jest dość wilgotny, a nie chcemy, żeby nam zapleśniał, tylko znowu uważamy, żeby go nie spalić. Część kwiatów suszyłam na wolnym powietrzu, wieczorową porą wspomagając grzejnikiem, a część wylądowała w piekarniku. Oczywiście piekarnik załatwił sprawę raz-dwa, ale ostatecznie obie partie wyglądają, pachną i smakują tak samo. A dodatkowo przy tym suszeniu cały dom przepięknie pachniał :). Po wysuszeniu mam tego spory zapasik, kilka papierowych torebek.


wysuszone kwiatki

I już, herbatka gotowa do parzenia! Można ją łączyć z zieloną, w dowolnych proporcjach, jak kto lubi.
U nas w domu niemal od zawsze jest zwyczaj picia rozmaitych ziółek - a dokładnie od czasu, kiedy urodziłam pierwsze dziecko. Zalecane wówczas herbatki rumiankowe i z kopru włoskiego przygotowywałam w większych ilościach - dla dziecka i przy okazji dla siebie i męża. I tak jakoś zostało... Z czasem zaczęłam dorzucać inne zioła, a to miętę, a to dziurawiec, a to pokrzywę, skrzyp itd. I teraz zawsze w kuchni jest dyżurny dzbanek z zaparzoną ziołową herbatką, a oprócz tego robimy sobie mocne napary do popijania zamiast kawy czy tradycyjnej czarnej herbaty. A wieczorem melisa. I bez cukru, ma się rozumieć ;).

Herbatka z kwiatów bzu ma przyjemny zapach i łagodny smak, a ponadto ma rewelacyjne właściwości, w szczególności za sprawą zawartej  w niej syringiny. Jest to składnik znany z silnego działania osłonowego i regeneracyjnego na miąższ wątroby, nawet w przypadku marskości. W bzie (lilaku) najwięcej syringiny jest w korze i owocach (też nadają się na napar), trochę mniej  w kwiatach i pączkach (z nich z kolei można przygotować też winko, podobnie jak się to robi z kwiatami czarnego bzu).
Na przykładzie osób z mojej rodziny mogę zaświadczyć, że zregenerowana wątroba to jednocześnie koniec wszelkich problemów skórnych, w tym uczuleniowych! A więc warto dbać o wątrobę i dla zdrowia, i - w efekcie - także dla urody.

********

I dzisiaj to by było na tyle, idę poogrodować, bo lato wybuchło, dzisiaj mamy 27 stopni w cieniu!

niedziela, 17 maja 2026

Sztuka niedoskonała.

Pogoda w tym tygodniu doprowadziła mnie do rozpaczy - zimno w ch..., piździło okrutnie, wyciągnęłam znowu ciepłą zimową kurtkę i ocieplane buty. Masakra. W domu sezon grzewczy mamy od września, w sumie 8 miesięcy. Ocieplenie klimatu, strach się bać. Ja lubię zimno, ale nie przez cały rok!

No i tak w tej paskudnej aurze idę ja sobie razu pewnego z roboty do domu, zakapturzona, nieco zziębnięta (chadzam piechotą dla zdrowia i bo lubię na ogół, jak nie piździ ofkors) i średnio z tych okoliczności zadowolona... Aż tu z boku ktoś mnie wyprzedza i dźwięcznym głosem mówi "dzień dobry!" - no to ja owszem grzecznie też "dzień dobry", patrzę - chłopaczek może 10-12 lat na hulajnodze, raczej nie znam, no ale może on mnie kojarzy. A chłopaczek zwalniając nieco na tej hulajnodze znowu się do mnie zwraca "podwieźć panią?". Ha! no powiem Wam, że zrobił mi dzień :))). Podziękowałam uprzejmie i wesoło, chłopaczek zadowolony raźnie się oddalił, za nim jeszcze jeden na rowerze, a ja miałam od razu lepszy nastrój, wyobrażając sobie jakbyśmy wyglądali pomykając razem na tej hulajnodze :))).


źródło


Wpis miał być ilustrowany kolejnym ptakiem z papier-mache, ale cały tydzień był pełen wrażeń i zajęć i nie miałam kiedy usiąść spokojnie i zająć się końcowym lepieniem. Ale już schnie i czeka jeszcze na malowanie.

********

Niedawno w mojej metropolii w lokalnym muzeum miała miejsce wystawa prac rzeźbiarskich miejscowych twórców. Wśród nich jest kilku dość nawet wybitnych artystów profesjonalnych, uznanych w świecie sztuki także poza granicami kraju, ale także twórcy aspirujący oraz totalni amatorzy, jednak określający sami siebie jako rzeźbiarze i pewnie marzący o podobnej sławie. To jest dość prężne i zgrane środowisko, nowicjusze uczą się od mistrzów, wspierają się, razem wystawiają. Tworzywo rozmaite, od gliny i drewna przez metal, po szkło. No i w związku z tą wystawą na lokalnych forach internetowych rozgorzała dyskusja, w której rozmaitej maści mędrkowie popisywali się znajomością definicji sztuki wysokiej oraz ubolewali, że na ekspozycje muzealne obok rzeźbiarskich sław dopuszczono także parweniuszy, czyli amatorów, oraz wylewali na tych ostatnich mnóstwo wzgardliwych pomyj. No cóż, miasteczko powiatowe ledwo 40-tysięczne niektórym wydaje się stolicą sztuki europejskiej i chcieliby widzieć w salach tutejszego muzeum wyłącznie dzieła najwybitniejszych mistrzów. 

No chyba im się coś porąbało. Przede wszystkim - muzem ma między innymi misję edukowania oraz podtrzymywania miejscowych tradycji i wspierania lokalnych twórców. Oprócz stałych wystaw zawsze są jakieś wystawy czasowe i różne już tam badziewia dziwne rzeczy pokazywano i nie budziło to aż takich emocji. Nawet najlepsze galerie sztuki na świecie użyczają czasem swoich sal na wystawy twórców nieprofesjonalnych. No ale prowincjonalni mądralińscy uważają, że "swoich" trzeba skrytykować, przejechać się po nich, żeby się za dobrze nie poczuli jako artyści. A przecież bywa, że nawet niektórzy z tych uznanych nie pokończyli żadnych szkół artystycznych, i sami niedawno też dłubali czy lepili jakieś tam średnio udane gnioty... Ale pracowali nad swoim warsztatem, uczyli się, coś im się w końcu zaczęło udawać, tworzą teraz wspaniałe rzeczy. Nikt nie rodzi się od razu mistrzem. I jak widać mistrzom korony z głów nie pospadały z powodu wspólnej wystawy z amatorami. Przecież to jest wspaniałe doświadczenie, taki przegląd dokonań miejscowego środowiska artystycznego, zarówno dla wystawiających artystów, jak i dla zwiedzających - możliwość zestawienia prac prezentujących różne poziomy umiejętności, różne techniki i różne wizje artystyczne. A tymczasem jakiś dupek, który może nigdy nic własnymi rękoma nie stworzył, a nawet nie wymyślił, musi sobie poużywać na nowicjuszach, amatorach, którzy wcale niekoniecznie marzą o międzynarodowej sławie, po prostu lubią rzeźbić, to jest ich pasja i hobby. 

********

Błąkając się po internetach trafiłam na taki ciekawy wpis, który co prawda odnosi sie do rękodzieła, ale sprawdza się też w kontekście sztuki nieprofesjonalnej (tutaj link - klik)Kilka cytatów, żeby nie bawić się w streszczenia:

"W rękodziele często mówi się o perfekcji. O równych ściegach, symetrii, idealnie dobranych kolorach. O tym, by 'nie było widać ręki' – czyli błędu popełnionego dłonią twórcy. Ale w sumie... dlaczego? Przecież to właśnie ręka – z jej drżeniem, precyzją i historią – jest najważniejsza. (...) W każdej pracy zostawiamy fragment siebie – czasem krzywy, czasem nadgryziony przez zwątpienie lub inne emocje, ale prawdziwy. Dlaczego warto zostawić błąd? Bo błąd oddycha. Bo sprawia, że praca żyje. Bo przypomina, że rękodzieło to dialog – między nami a materiałem. Może więc nie chodzi o to, by robić rzeczy idealne. Może chodzi o to, by robić rzeczy prawdziwe."

I do tego jeden z ciekawych komentarzy:

"W dzisiejszych czasach gdzie sztuczna inteligencja potrafi wygenerować niemal idealne obrazy, teksty czy przedmioty ten ,,celowy błąd" wykonany przez żywego twórcę pozwala odróżnić dzieło, w tworzeniu którego został poświęcony czas, pomysł, uważność i zaangażowanie artysty od sztucznie wygenerowanego algorytmu. Być może to właśnie dzięki artystom, którzy wyrażają swoj bunt przeciw perfekcjonizmowi uda nam się jako ludzkości zachować odrobinę człowieczeństwa w świecie zasypanym sztucznymi wytworami."

********