piątek, 27 stycznia 2023

Kolejna porcja blogowych polecajek.

Nawiązując do poprzedniego wpisu "Postanowienie noworoczne i blogowe polecajki" (tutaj) prezentuję Wam dzisiaj kolejne blogi, które bardzo lubię. Okazuje się, że wiele osób chciałoby poznać nowe, inspirujące miejsca w blogosferze, więc niejako idąc za ciosem podsyłam Wam jeszcze kilka takich ciekawostek. Jeśli ktoś nie czytał poprzedniego wpisu, a szuka też ciekawych blogów, to zapraszam tutaj. Nazwy blogów są podlinkowane, zachęcam do zajrzenia do nich!

  • "Deni Mix" - blog Danusi Popowicz, która jakiś czas temu "zaraziła" mnie sztuką Zentangle. Danusia zmaga się z chorobą Parkinsona, a rysowanie i inne aktywności artystyczne są dla niej formą terapii. Pisząc to prawie sama nie wierzę, że tak piękne i oryginalne dzieła wychodzą spod ręki osoby z pewną niepełnosprawnością ruchową. No bo sami zobaczcie, to zaledwie kilka przykładów, tym razem zdjęć (z bloga Denimix oczywiście) trochę więcej, bo sama nie wiem co wybrać.
Anioł, rysowany i malowany z użyciem herbaty i elementów w stylu Zentangle:


Jedna z najnowszych prac Danusi, tym razem grafika komputerowa:


Co to jest, to pewnie trudno odgadnąć... Otóż to jest miniaturka, tzw. book nook, całość ma zaledwie około 13 cm wysokości, umieszczona w pudełeczku udającym książkę - a zobaczcie ile tam drobniutkich szczególików, wyglądają jak prawdziwe wyposażenie pokoju bibliofila:


I jeszcze jeden rysunek, tzw. neurografika, rodzaj arteterapii, Danusia doskonale to wyjaśnia na swoim blogu:

 

Na blogu Denimix można znaleźć sporo wskazówek jak wykonywać takie rysunki, a także pobrać szczodrze udostępniane przez Danusię (za darmo lub za bardzo symboliczną opłatę) grafiki, kalendarze, planery, tapety na pulpit lub telefon, szablony do wykonania ozdób z papieru i inne cuda. 


  • Ogród na Nadbrzeżnej - blog Ewy, która jest także autorką drugiego bloga o nazwie "Ogród-cardmaking-pasje". Zaglądam na oba te blogi z jednakową przyjemnością :). Ogród Ewy jest niesamowity, widać ogrom włożonej pracy. W okresie zimowym siłą rzeczy wpisów jest nieco mniej, ale od wiosny można korzystać z wirtualnych spacerów po uroczych ogrodowych zakątkach. Od Ewy dowiaduję się wielu ciekawych rzeczy o roślinach, jak należy o nie dbać, jakie odmiany warto wybrać do swojego ogrodu - naprawdę sporo się nauczyłam od tej doświadczonej ogrodniczki, skorzystałam z wielu inspiracji. Drugi blog poświęcony jest artystycznym pasjom Ewy, tworzonym przez nią przepięknym albumom, kolażom, karteczkom i innym niezwykłym rzeczom. 



Albumy to akurat nie jest moja bajka, w sensie że sama raczej nie będę ich robić, chociaż podziwiam zawsze pomysłowość i talent Ewy - ale jakiś czas temu zachwyciły mnie na przykład cudowne odlewy roślin robione z gipsu i odpowiednio potem malowane (zdjęcie powyżej, z bloga Ewy). Do tej pory chodzi za mną myśl o podjęciu próby zrobienia takiego odlewu, no i pewnie kiedyś w końcu to nastąpi :).

  • "Tańczący motyl" - blog niezwykły, którego autorką jest kobieta... równie niezwykła :) - pełna pasji i energii, z głową pełną pomysłów na siebie, na innych, na otaczający świat. Artystyczna dusza, dostrzegająca piękno wokół, w chwilach ulotnych, zapachach i barwach, twórczyni przedmiotów przepięknych, obrazów i wierszy. Moje ulubione dzieła Poli to pegazy i anioły z papier-mache:

Z ogromną przyjemnością oglądam też piękne zdjęcia z domu Poli, eklektyczne wnętrza pełne ciepła i harmonii, oryginalnie przez nią zaaranżowane i uroczo udekorowane.  

 

  • "Pani Ogrodowa" - moje bardzo świeże odkrycie. Autorka bloga, Iwona, jest pasjonatką ogrodnictwa, kocha wszystko co zielone i kwitnące, ma imponujący bogactwem kwiatów ogród i mnóstwo roślin doniczkowych w domu. Opowiada o tym wszystkim z wielką pasją i miłością. Swoją przygodę z ogrodem zaczynała kilkanaście lat temu jako zupełna amatorka, nie uniknęła więc wielu błędów, eksperymentowała z różnymi roślinami, zmieniały się koncepcje urządzenia rabatek...

 

Iwonka na blogu opisała całą historię tworzenia swojego kwiatowego raju w miejscu, gdzie kiedyś było łyse pole, a ja pewnej nocy przeczytałam wszystkie posty od początku jej bloga, bo tak bardzo wciągnęła mnie ta historia i spodobał mi się sposób pisania Pani Ogrodowej.


  • "Pasje i fascynacje mola książkowego... i nie tylko" - to kolejna świeżynka na mojej liście czytelniczej. Blog z mnóstwem recenzji książkowych, ciekawie napisanych, solidnie opracowanych. Spotykam sporo blogów prezentujących się jako "książkowe", ale znajduję na nich tylko bardzo zdawkowe informacje, które niewiele mówią o treści i poziomie książek, albo są to książki z wąskiego zakresu tematycznego, który niekoniecznie mnie interesuje. Tutaj natomiast jest dość szeroki wachlarz rozmaitych dziedzin, chyba każdy znajdzie coś interesującego - ja po pierwszym pobieżnym przejrzeniu ostatnich wpisów już znalazłam kilka książek, po które chętnie sięgnę. Moim zdaniem blog bardzo wartościowy, zwłaszcza dla książkoholików :).

Moim drodzy, będę bardzo wdzięczna, jeśli Wy także zechcecie podzielić się swoimi blogowymi odkryciami. Najlepiej napiszcie o nich na swoich blogach, niech się ta nasza blogosfera rozwija, nie wszyscy przecież kochają fejsbuka i tiktoka! A ja za jakiś czas podrzucę Wam jeszcze kilka fajnych blogowych miejscówek :).

*****







sobota, 21 stycznia 2023

Postanowienie noworoczne i blogowe polecajki.

Przez cały ubiegły rok opublikowałam 4 wpisy. Słownie: cztery. No, po prostu rewelacja, ech... Jestem rekinem, czy tam jastrzębiem, blogosfery :/

Aż się dziwię, że w ogóle ktoś jeszcze tutaj zagląda - a nawet przybyło kilka miłych osób na liście obserwatorów (!). No to chyba muszę się ogarnąć i uaktywnić, skoro społeczeństwo czeka ;). Co prawda trochę ciężko z tą aktywnością, bo pogoda jakaś nienormalna tej zimy i najchętniej to bym się zaszyła w takim gniazdku jak nasza Basiunia:




Nigdy nie robiłam tak zwanych postanowień noworocznych. Wiecie - że niby coś tam od 1 stycznia zacznę robić. Bo niby dlaczego akurat od 1 stycznia, a nie od dzisiaj, czy najbliższego piątku? No, ale co tam, tym razem spróbuję, chociaż tak po prawdzie mamy już prawie koniec stycznia, ale postanowienie urodziło się jednak gdzieś około Sylwestra. A zatem: postanawiam zmobilizować się blogowo i systematycznie wstawiać tu treściwe posty. Niekoniecznie długaśne tasiemce, jak mi się to czasem zdarzało, ale za to częściej niż raz na kilka miesięcy. Może nawet uda mi się dojść do cotygodniowych wpisów...? Taki jest plan, w każdym razie. 

Drevni Kocurek domagał się niedawno wpisów książkowych, ale dwa ostatnie były właśnie książkowe, więc może nie tym razem... Obrazków mam parę namalowanych, ale czekają do ogarnięcia,  w sensie sklejenia na ich potrzeby wpisu blogowego, a tu z weną pisarską ostatnio krucho... Jest jeszcze kilka tematów, o których zamierzałam napisać, najnowsza idea to blogowe polecenia, czyli polecanie ciekawych blogów - i o tym między innymi dzisiaj będzie. Bo ja jestem fanką blogów. Nie polubiłam Facebooka ani tym bardziej Instagrama, że o Twitterze nie wspomnę, zaglądam tylko czasem na Pinterest, wyłącznie w celu poszukiwania inspiracji do obrazków. No i pojawiają się ostatnio inicjatywy mające na celu rozruszanie blogosfery... Ale o tym za moment, najpierw mały przegląd tego co było, jak mnie nie było.


Przede wszystkim - w końcu z grubsza urządziłam pokój przeznaczony na pracownię. Ciągnęło się to pół roku, a właściwie to wciąż było odkładane z różnych powodów, które wchodziły w paradę (a to remonty, a to przetasowania w organizacji domu, zmiany planów rodzinnych, pracowych i wszelakich innych, tudzież koncepcji wnętrzarskich, no i szereg innych zajęć).  W końcu jednak wszystkie plastyczne akcesoria i zachomikowane po kątach obrazki zostały zgromadzone w jednym miejscu na to przeznaczonym. Okazało się, że sporo tego mam, ale tak było poupychane i skompresowane w rozmaitych zakamarkach, że nawet nie miałam pojęcia o stanie posiadania :). A poważniejsze malowanie obrazków odkładałam na czas, kiedy będę mogła rozstawić na stałe sztalugi, co niedawno wreszcie nastąpiło, ufff...

Gdzieś tam w międzyczasie kończyłam też studia podyplomowe, a pisanie pracy dyplomowej, z uwagi na interesujący mnie temat, trwało dość długo, bo się bez opamiętania zaczytywałam w dodatkowej literaturze fachowej i umykało mi o czym to ja właściwie miałam pisać, nie mówiąc już o zajmowaniu się czymś innym poza tym. Próbuję też uczyć się włoskiego (no, z tym to różnie...) i w miarę systematycznie ćwiczyć jogę, i takie tam inne jeszcze michałki... 

Może dwa słowa o tej podyplomówce. To już trzecia w moim życiu i ciekawa jestem, czy zgadniecie, czym ja się właściwie zawodowo zajmuję. Otóż mam zaliczone studia podyplomowe: z rolnictwa, z informatyki, oraz z rachunkowości i kontroli finansowej. Taki różnorodny zestawik :). A zawodowo to właściwie nic z tych rzeczy konkretnie, chociaż to i owo się oczywiście przydaje, jak to w życiu. No i chętnie bym znowu coś postudiowała :))). Ale wiecie, jak to jest - a to z kasą trzeba się liczyć, bo są inne potrzeby, a to czasu na wszystko za mało... 

Co jeszcze się działo? Jak wiecie, mam stado zwierzaków... Czarny Grubcio zamieszkał u nas na stałe, przyjaźni się z Dżemikiem, ale od kocich dziewczynek trzeba go trochę izolować, bo one się go wciąż jeszcze trochę boją. Jesienią niestety odeszła za Tęczowy Most nasza najstarsza, blisko 18-letnia Czarnuszka. Niektórzy zaprzyjaźnieni blogowi kociarze wiedzą, że chorowała, ale w tym samym czasie u Drevniego Kocurka trwała walka o zdrowie i życie Mefiego, więc na koniec nie pisałam tam już o mojej Czarnuszce, żeby nie siać dodatkowego przygnębienia. Zostało więc teraz pięć kotów (Sabinka w tym roku kończąca 7 lat, trzy siostrzyczki Basiunia, Balbinka i Kocia - po prawie 4 lata, i Grubcio niewiadomego wieku, ale sądzimy, że ciut starszy od Sabinki) i roczny owczarek niemiecki Dżemik, duże psisko z niespożytą energią, które ciągle wierzy, że jest malutkim kotkiem. Sypia zresztą często z Grubciem, a ostatnio też z Sabinką.

Co do malowania, to ostatnio jakoś tak wciągnęły mnie malutkie obrazeczki i abstrakcje. Nawet zaczęła mi się legnąć myśl, że może z czasem zacznę takie chałturki sprzedawać, bo mi się nazbierało tego sporo. A może nie tylko chałturki... bo dlaczego nie.




Te oto wytworki to efekt eksperymentowania na temat "jak namalować kosmos". Przypadkowo zobaczyłam gdzieś króciutki filmik z tutorialem i spodobała mi się ta zabawa :). Pomalowałam kawał papieru A3 w ramach tego eksperymentu (a potem jeszcze drugi), ot tak z nudów, żeby zobaczyć jak mi to wyjdzie. Wyszło ciekawie, więc przyszło mi do głowy, żeby to jakoś zagospodarować. Pocięłam całość na odpowiednie kawałki, w planie jest podklejenie i zalaminowanie, no i będzie z tego zestaw zakładek. Kolejny zresztą... bo przy porządkach i organizowaniu pracowni przypomniałam sobie, że kiedyś już dwa zestawy innego rodzaju zakładek stworzyłam. Szczerze mówiąc, zdziwiłam się, że tyle ich już w ogóle mam, nie wiem jak i kiedy to się tak rozmnożyło... Sama nie używam, a ileż tego można rodzinie i znajomym wciskać, tak więc śmiała wizja jakiejś sprzedaży zorganizowanej zaczęła chodzić mi po głowie. Od czasu do czasu ktoś pyta też o możliwość kupienia obrazków, na razie odmawiałam, ale coraz częściej jednak o tym myślę. Wykluczam malowanie na zamówienie, ale z tego co sama sobie a muzom namaluję, to dlaczego nie. Ale muszę to przemyśleć, czy to ma być jakaś zorganizowana sprzedaż, czy raczej tylko jak się trafi jakiś zdesperowany fan mojego bazgrolenia.




*****

A teraz kilka słów krytyki na temat aktualnej wersji bloggera, trochę tytułem wyjaśnienia, bo może zauważyliście drobne (niezamierzone) zmiany. Otóż chciałam zrobić porządki z listą ulubionych blogów na bocznym pasku. Usuwanie tych wygasłych, albo tych, które dawno przestały mnie interesować, nie dawało skutku, zmiany nie można było zapisać. Wiem, że wiele osób miało ten sam problem. No więc wymyśliłam genialnie, że usunę całą listę i wstawię od nowa tylko to, co mi potrzebne, czyli około 50 blogów. Gadżet się owszem daje wstawić, ale wszystkie blogi muszę teraz pojedynczo dodawać z listy czytelniczej, każdy oddzielnie zapisać. Dawniej można było wstawić całą listę czytelniczą i usunąć niepotrzebne jednym klikiem, albo zaznaczyć wybrane i jednym ruchem wstawić cały zestaw na pasek swojego bloga. Teraz trzeba się nakombinować, masę czasu to zabiera. Odechciało mi się więc, bo mam tych blogów blisko setki, wybranie i zapisanie połowy z nich godzinę by mi zajęło, bo w dodatku pamiętam je raczej tylko po nazwach, a na liście do wyboru są adresy www, które nie zawsze kojarzę. Dlaczego to nie jest intuicyjne i proste dla użytkownika, jak było dawniej? Co za idioci pracowali nad tą nową wersją...? A podobno mamy tysiące genialnych (i świetnie opłacanych) informatyków! Tylko jakoś coraz częściej udaje im się schrzanić coś, co dobrze funkcjonowało. Nie spotkałam jeszcze osoby, która by była zadowolona ze zmian w tej ostatniej wersji bloggera, natomiast narzekania są dość częste. To że coś jest nowe, nie znaczy, że jest lepsze.

A skoro mowa o liście czytelniczej i ciekawych blogach...

Polecam do poczytania wpis Olgi Jawor z bloga "Pod tym samym niebem": 

 https://wewanderers.blogspot.com/2023/01/nowe-w-nowym.html

Olga pisze tam o blogosferze, o poszukiwaniu nowych, interesujących blogów, o znikaniu tych, które kiedyś polubiła... I prosi o polecanie ciekawych miejsc, blogów ciekawych, inspirujących, a przy tym nadal aktywnych. Bo rzeczywiście w ostatnich latach blogi są wypierane przez obrazkowe social media, Fb, Insta, YT itd. Ale są też jaskółki powrotów do zakurzonych blogów - blogerzy, którzy przenieśli się jakiś czas temu na zatłoczony Fb, zatęsknili za nieśpiesznym blogowaniem. Powstał więc pomysł poleceń blogowych. Olga prosiła o napisanie jej w komentarzu o blogach, które uważamy za godne polecenia, ale ja potrzebowałam trochę czasu do przygotowania odpowiedzi, pomyślałam wiec, że zrobię to porządnie na swoim blogu. Bo może jeszcze komuś się to przyda, a może ktoś inny "zarazi się" pomysłem i także poleci swoje ulubione blogi?

Blogów na mojej liście czytelniczej jest około setki. O niektórych nawet nie pamiętam, bo mocno zwolniły tempo, albo całkiem się zawiesiły, a inne przestały mnie interesować, więc też do nich nie zaglądam. Jakiego rodzaju są to blogi? A otóż: 

  • blogi zaprzyjaźnionych kociarzy (i tu ostatnio zaglądam najczęściej);
  • blogi kilkorga Polaków, którzy mieszkają w innych krajach, a ja z jakiegoś powodu kiedyś zaczęłam do nich zaglądać, coś mnie tam urzekło i wciąż trzyma :)
  • blogi o sztuce (wystawy, biografie, omówienia twórczości różnych artystów);
  • blogi artystów malarzy i sympatycznych osób malujących od czasu do czasu amatorsko;
  • blogi, które mi pozostały na liście z czasów, kiedy pasjonowały mnie robótki typu hafty i dzierganie na drutach;
  • kilka blogów książkowych, 
  • kilka trudnych do skategoryzowania, ale fajnie się czyta :).
Przymierzając się do zrobienia listy polecanych blogów narzuciłam sobie rygor max 7-8 pozycji. Bez tego "szlabanu" wrzuciłabym tu listę minimum 50 blogów, a o każdym chcę kilka zdań napisać, więc wolę to podzielić i co jakiś czas wrzucić kilka kolejnych. Uznałam też, że powinny to być blogi aktywne, czyli z wpisami średnio nie rzadszymi niż raz w miesiącu. Niestety, sporo bardzo inspirujących blogów zaprzestało publikacji, albo całkiem zniknęło...

A zatem - prezentacja (uwaga! nazwy blogów są podlinkowane, zachęcam do zajrzenia na nie!):
  • Niezła sztuka najlepszy według mnie blog o sztuce, w przystępny sposób popularyzujący wiedzę o sztuce, jest tam mnóstwo lekko i ciekawie napisanych artykułów o polskich i zagranicznych artystach, kopalnia wiedzy i rozmaitych ciekawostek.

blog Izy, która nieustająco mnie zachwyca i inspiruje swoimi pracami artystycznymi, ostatnio szczególnie markerowymi obrazkami aniołów i świętych, których stworzyła już całą plejadę, a z każdym kolejnym portretem wspina się na coraz wyższe stopnie twórczego mistrzostwa.

  • Pintar a la acuarela - blog znakomitej hiszpańskiej akwarelistki Noemi Gonzales: oprócz własnej twórczości i kursów malowania Noemi prezentuje także wspaniałe akwarele innych artystów, także filmiki z malowania na żywo - lubię popatrzeć, jak robią to mistrzowie, zawsze to czegoś uczy;



Nie jestem szczególną fanką blogów typowo wnętrzarskich, bo dużo w nich sztuczności a mało przydatnych konkretów. Blog "Bibeloteka" nie jest jednak typowo wnętrzarskim blogiem, trudno go jednoznacznie wrzucić do konkretnej szufladki. Jest o rzeczach pięknych, o otaczającej przyrodzie, o miłych chwilach. Autorka nienachalnie wprowadza czytelnika w świat uroczych przedmiotów, dostrzeżonych miłych drobiazgów i pięknych kadrów z ogrodu, wreszcie - własnoręcznych dekoracji. Cela sama o sobie pisze tak: "Po przeprowadzce na wieś pod Puszczą Kampinoską zakładam nowy ogród i urządzam swoje wymarzone miejsce na ziemi. Pasjonuje mnie rękodzieło, malowanie mebli, ratowanie staroci, szycie patchworków i robienie wianków. Kolekcjonuję różową i kobaltową porcelanę oraz fajans, pozostaję pod urokiem pięknych wnętrz, przedmiotów i tkanin." 

  • Dom z kamienia - moje niedawne odkrycie, blog Kasi Nowackiej, Polki, która od około 10 lat mieszka w nieturystycznym zakątku Toskanii i codziennie (!) zamieszcza niebanalne wpisy o życiu codziennym we Włoszech, o zwyczajach i krajobrazach, o sztuce i architekturze, o nieoczywistych miejscach wartych poznania we Florencji i innych miejscach na mapie Włoch.

 

Kasia jest autorką kilku ciekawych książek - wydane już zostały o Florencji oraz o Toskanii i Romanii, a kolejna ukaże się lada dzień. Dla mnie najciekawsze na blogu "Dom z kamienia" są relacje z wszelkich lokalnych wydarzeń i zwyczajnych codziennych sytuacji, jakie są udziałem mieszkańców leżącego z dala od turystycznych szlaków Marradi.

  • Jyoti - blog najbardziej zakręconej, jaką znam, blogerki :) 


Joasia tworzy rzeczy niezwykłe, ma coraz to nowe pomysły: mandale w najprzeróżniejszych kształtach, wymiarach i technikach (akryl, monotypia, tekturki, drewienka, pióra itd), przedziwne i bajecznie kolorowe dziergane akcesoria odzieżowe - szamańskie czapy, chusty, a także urocze kartki, albumy i nie pamiętam co jeszcze, ale jej wyobraźnia z pewnością nie zna granic!

  • Trzeci pokój - blog Justynki, która zajmując się dwójką swoich pociech nie rezygnuje ze swoich pasji, jakimi są: malowanie akrylami i akwarelami, a także inne rękodzieło, jak kartki czy decoupage.

Od dłuższego czasu obserwuję twórczość Justynki i jest to ogromnie miłe podziwiać, jak z każdą kolejną pracą robi niesamowite postępy. Uwielbiam zwłaszcza jej akwarelki, bo na nich widoczny jest najbardziej ten twórczy progres.



  • Relacje z życia rodzinki, w której najważniejsze miejsce zajmują koty - zwykle jest ich około tuzina (w normalnym niedużym mieszkaniu w bloku)! Niedawno wydarzyła się tam niestety tragedia, po długiej chorobie odszedł za Tęczowy Most senior Mefisto... ale kto wie, czy nie zrobił miejsca dla młodszych, porzuconych gdzieś kocich nieszczęść, które od czasu do czasu do domku Drevniego Kocurka trafiają... Tutaj są kochane, dokarmiane, leczone, stają się członkami rodziny. I dodajmy, że jest to całkiem zwyczajna rodzina, której, jak to się mówi, nie przelewa się, więc utrzymanie takiego kociego stada jest nie lada wyczynem. Na potrzeby związane zwłaszcza z leczeniem i specjalistycznym żywieniem chorych kotków założona jest zbiórka na POMAGAM.PL - bardzo proszę Was o wsparcie, bo tam jest wieczny minus u weta, który ma świętą cierpliwość i wielkie serce dla tego stada:



Oczywiście lista poleceń mogłaby być znacznie dłuższa, ulubionych blogów mam więcej, ale będę ich prezentację kontynuować stopniowo w przyszłości.

*****





wtorek, 29 listopada 2022

Książki. Christie, Ristujczina, Łempicka, Katende.

Moi drodzy, wpadam dzisiaj po długiej przerwie przelotnie i tylko na moment, żeby dać znak, że żyję i zamierzam wrócić do systematycznego blogowania. Niestety, na razie jeszcze jestem w tzw. niedoczasie, więc z tą systematycznością to na razie pieśń przyszłości, ale mam nadzieję, że już niedalekiej. 

Obiecałam wpis z moimi obrazkami, ale w nawale innych zajęć nie daję rady z przygotowaniem nowego posta, obrazki są ale treści brak ;) - natomiast tekst o książkach jakoś mi się tak sam po kawałku napisał już jakiś czas temu, więc wstawiam go, bo i tak kiedyś by to nastąpiło, a może Was któraś z opisanych pozycji przed świętami zainteresuje.


*****

W tytule dzisiejszego wpisu jest pewien misz-masz: nazwiska autorek pomieszane z nazwiskami bohaterów (a dokładnie - jednej bohaterki). Ale właśnie te nazwiska były kryterium wyboru takich właśnie, a nie innych książek, o których chcę Wam dzisiaj opowiedzieć. 

Przede wszystkim: autorki. Ponownie Agatha Christie i Luba Ristujczina. O ich dziełach pisałam już tutaj (Christie), a także tutaj i tutaj (Ristujczina).


LUBA RISTUJCZINA - "Wojciech Kossak - najwybitniejszy batalista".



Kolejna książka/album znakomitej autorki, historyczki sztuki. Zachwyciły mnie wcześniej czytane o Mehofferze i o Wyspiańskim, przyszła kolej na Kossaka. Nie mogę powiedzieć, żebym byłą fanką malarstwa batalistycznego, nie zachwyca mnie też jakoś szczególnie styl Kossaka, nieodparcie kojarzący mi się z moim młodzieńczym malowaniem obrazków temperą w domu kultury... ekhm, no tak :). Obrazy Kossaka przyciągają oko dynamicznymi scenami, na których zwykle dużo się dzieje, jest mnóstwo postaci, no i koni, oczywiście. Nie jest to jednak malarstwo bardzo realistyczne, nie widać dbałości o dopieszczanie detali, obrazy malowane są zamaszyście, szerokimi pociągnięciami pędzla, maźnięciami, powiedziałabym. Co w żadnym razie nie jest mankamentem, oczywiście, ot taka maniera. Ale po malarstwie Łempickiej, którym się ostatnio interesowałam, z jej niesamowicie dopracowanym warsztatem i genialną pracą pędzla (jak podkreślali także jej współcześni), po tej niezwykłej świetlistości barw, łagodnych przejściach tonalnych, nadzwyczaj starannie dobranych barwach - malarstwo Kossaka wydaje się proste i zwyczajne. A jednak uważa się go za mistrza w przedstawianiu scen batalistycznych, historycznych, monumentalnych. 

Konie są jednym z moich ulubionych tematów malarskich, sama próbuję je czasem malować, więc mimo pewnych wątpliwości uznałam, że warto zapoznać się nieco bliżej z twórczością pana Kossaka. Album Ristujcziny, jak zwykle, jest bardzo obszernym opracowaniem, ze wstępem poświęconym malarstwu polskiemu XIX wieku, rozdziałem opowiadającym o całej utalentowanej rodzinie Kossaków, wreszcie - drobiazgowo i interesująco opowiedzianą biografią samego Wojciecha. Do tego mnóstwo pięknych ilustracji, z całego okresu jego twórczości, jak również reprodukcje dzieł współczesnych mu artystów i innych Kossaków z artystycznej dynastii.


AGATHA CHRISTIE



Kontynuując serię książek królowej kryminału nabyłam i przeczytałam kolejne pozycje: "I nie było już nikogo", "Morderstwo na plebanii" oraz "Dwanaście prac Herkulesa". Pierwszą i ostatnią z tego zestawu gdzieś kiedyś dawno temu już czytałam, ale treść uleciała mi z pamięci, pozostało tylko jakieś niejasne wrażenie, że "I nie było już nikogo" (wydane wówczas jeszcze pod oryginalnym tytułem "Dziesięciu Murzynków") bardzo mi się podobało, natomiast "Dwanaście prac Herkulesa" - wręcz przeciwnie. No i po ponownym przeczytaniu to wrażenie z grubsza się potwierdziło.

Irytowała mnie tylko ta dziwaczna podmiana pierwotnego tytułu historii o dziesięciu Murzynkach na dziesięciu żołnierzyków. Ni w pięć ni w dziewięć, ale podobno w dzisiejszych porąbanych czasach tak jest poprawnie politycznie. Zupełny idiotyzm, moim zdaniem. W wersji rosyjskiej Murzynków zamieniono na Indian, co zdaje się też nie jest obecnie uznawane za właściwe. Nie bardzo wiem dlaczego żołnierzyki są w tym przypadku ok. Rozumiem, że w zamyśle chodziło o figurki ołowianych żołnierzyków, ale wygląda to jednak dziwnie, jak się zestawi fabułę książki, treść cytowanego wierszyka, wokół którego osnuta jest intryga kryminalna i nazwę wyspy, na której się rzecz dzieje. Może lepiej by było zamienić Murzynków na krasnoludków... 

No mniejsza z tym, może innym czytelnikom nie robi to akurat różnicy. Książka w każdym razie jest znakomita, szczególnie dla wielbicieli padających gęsto trupów, bo mamy całą plejadę nieboszczyków. Inna rzecz, że część tajemnicy staje się czytelna zaraz na początku. Później już tylko zagadką jest kto następny, w jaki sposób i z jakiego powodu zejdzie z tego świata. No i czy ktoś wyjdzie z tej makabrycznej historii cało, wbrew złowrogiej przepowiedni... Lektura dość lekka, bez jakichś szczególnie zawikłanych intryg, skomplikowanych dochodzeń, rozbudowanych portretów psychologicznych sprawcy i ofiary, jak to bywa  w niektórych książkach Christie. Jest za to mrocznie i z dreszczykiem :).

Pewnym przeciwieństwem jest "Morderstwo na plebanii". Tutaj akcja rozwija się powoli, jest przykładnie zamotana, jak na Christie przystało, nic nie jest oczywiste, tajemnica rozjaśnia się stopniowo. Interesująca i wciągająca opowieść, drobiazgowo opisane miejsce akcji, charakterystyka postaci, rozbudowana warstwa obyczajowo-psychologiczna, liczne epizody - na pozór nic nie znaczące, klasyk kryminału.

No i moje (powtórne) rozczarowanie - "Dwanaście prac Herkulesa". Znudziła mnie ta książka okropnie. W gruncie rzeczy jest to zebranych 12 oddzielnych opowiadań, wydawanych niegdyś cyklicznie jakimś periodyku. Przyświeca im jedna idea: kończący karierę Herkules Poirot ma pomysł, aby przeprowadzić jeszcze 12 dochodzeń w sprawach, z których każda ma mieć coś wspólnego ze słynnymi pracami wykonanymi przez mitologicznego Herkulesa. Sam pomysł mocno naciągany, a forma opowieści - krótkie opowiadania - wymusiła na autorce znaczne skrócenie opisów intryg i ich wyjaśnień, co na dobre tym utworom nie wyszło. Nie wiem dlaczego ta książka jest zaliczana do najlepszych w dorobku literackim Agaty Christie...? Sama autorka w swoich wspomnieniach nazwała te antologię "zapchajdziurą" (wydaną de facto jako całość głównie dla podreperowania kiepskich finansów pisarki po rozstaniu z mężem). Całkowicie się z tym zgadzam. Co prawda niektóre z opowiadań mają dość ciekawą i czasem zabawną intrygę, ale inne są dość naiwne i naciągane. Generalnie krótka forma w przypadku kryminału chyba mi po prostu nie odpowiada.

Świetne podsumowanie twórczości Agathy Christie (a także odnośniki do większej dawki informacji na ten temat) znalazłam tutaj: https://alicjamakota.pl/pokochasz-agatha-christie/ - pozwolę sobie zacytować fragmencik:

Kiedy jesteś już po kilku książkach, w powieściach Agathy Christie podejrzewasz WSZYSTKICH. Nawet jeśli nikt jeszcze nie umarł.
Kiedy już wiesz, że musisz przygotować się na intelektualną potyczkę z królową, zaczynasz się pilnować.
W pewnym momencie czujesz, że coś tu nie gra. Niejasna sugestia Poirota (który przecież zawsze ma rację!). Poszlaka, na którą bohaterowie nie zwrócili uwagi. I wtedy zaczynasz się domyślać… Nagle fakty zaczynają do siebie pasować. Twoje myśli idą innymi torami niż wypowiadane na głos podejrzenia bohaterów.
Ale Agatha dobrze wie, o czym myślisz. Cóż, ona chce, żebyś tak właśnie myślał.
Można wybaczyć jej to wodzenie nas na manowce. Bo nie ma tu żadnych matactw – zakończenie zawsze jest proste i logiczne.
I zaskakujące. I jak tu nie kochać Agathy Christie?



"TAMARA ŁEMPICKA. SZTUKA I SKANDAL" - Laura Claridge.



W tym przypadku ważne dla mnie było nie tyle nazwisko autora, co bohaterki. Lubię obrazy Łempickiej, mam na myśli zwłaszcza te najbardziej znane portrety, ale - głównie pod wpływem przeczytanych tu i ówdzie artykulików na jej temat - nie lubiłam jej samej jako człowieka. Jednak po lekturze dwóch książek na jej temat (pisałam o nich - tutaj i tutaj) miałam pewien niedosyt, bo okazało się, że jej życie było znacznie bardziej skomplikowane, niż głoszą oklepane legendy. Skoro więc kolejna pozycja z jej nazwiskiem na okładce wpadła mi w oko - nie oparłam się pokusie i wrzuciłam ją do koszyka. 

No i okazało się, że jak poprzednie książki były pomyłką i nieporozumieniem, to tym razem trafiłam nareszcie perełkę. Książka Laury Claridge jest pełnowymiarową, profesjonalną i kompletną biografią Łempickiej, naszpikowaną szczegółami z dokumentów, ówczesnej prasy i katalogów wystawowych oraz innych opracowań, a także cytatami z wielu rozmów przeprowadzonych przez autorkę z ludźmi, którzy malarkę doskonale znali (rodzina, w tym portretowana wielokrotnie przez malarkę jej córka Kizette, przyjaciele, znajomi). 500 stron konkretów o życiu i twórczości Tamary, a równolegle - bardzo ciekawe analizy jej malarstwa na tle ówczesnych trendów artystycznych. Widać, że autorka świetnie zna się na rzeczy, pisze ze znawstwem o obrazach, na których Łempicka się wzorowała w długim okresie swojej artystycznej działalności, o obrazach przez nią samą malowanych, o jej eksperymentach z nowymi stylami, a także o malarstwie współczesnych jej artystów, którzy w owym czasie podbijali świat sztuki, wreszcie o epoce w wielu jej wymiarach. 



O samej Łempickiej nie będę już opowiadać, to i owo pisałam przy okazji omawiania tych wcześniejszych książek. W każdym razie wszystkim fanom malarstwa Tamary Łempickiej gorąco polecam lekturę biografii artystki pióra Laury Claridge. Tam jest po prostu wszystko, co na jej temat dzisiaj wiadomo. Przyznam też, że zmieniłam zdanie o Tamarze. Podziwiam ją, ale i współczuję. Była niezwykle pracowita, pomimo pewnego wyrachowania nie szła na łatwiznę, naprawdę ciężko pracowała. Pomimo bogactwa - zarówno rodowego jak i nabytego przez intratne drugie małżeństwo, a także dzięki popytowi na jej obrazy - nie wszystko w życiu układało jej się idealnie. Sztuka była dla niej najważniejsza, zaniedbywała więc najbliższych, ale też kochała ich ogromnie. Powodzenie artystyczne i towarzyskie nie zapewniło jej szczęścia. Niezwykła kobieta, genialna malarka...


DOROTA KATENDE "Dom na Zanzibarze".



Jestem fanką Meryl Streep. Jestem fanką Karen Blixen. Jestem fanką filmu "Pożegnanie z Afryką". Razem i oddzielnie :). Właśnie po tym filmie zakochałam się i w Meryl Streep jako aktorce, i w Afryce, ze szczególnym wskazaniem na Kenię. Kto oglądał, ten wie. Przeczytana później książka nie zrobiła już na mnie aż tak wielkiego wrażenia, ale Blixen uwielbiam też za "Ucztę Babette", więc przeczytałam i posiadam jeszcze kilka innych jej opowieści. 

Czarny Ląd fascynował mnie już wcześniej, w latach szkolnych, zaczytywałam się historiami podróżników. "Pożegnanie z Afryką" zaczarowało mnie i zasiało we mnie marzenie o wyprawie do Kenii. Przemyśliwałam o podróżach, ale też o jakimś dłuższym pobycie, może wolontariacie, o mieszkaniu wśród tamtejszych ludzi i przyrody. Główną przeszkodą była nieznajomość języka angielskiego, nie mówiąc już o jakichś miejscowych narzeczach. Przerażała mnie wizja braku możliwości dogadania się w rozmaitych trudnych sytuacjach. W czasie mojej wczesnej edukacji angielski nie był jeszcze tak modny, uczyłam się rosyjskiego, niemieckiego i francuskiego, ale też - szczerze mówiąc - bez szczególnego zapału. To nie były jeszcze czasy łatwych wyjazdów za granicę, internetu itd, brakowało więc motywacji. Tak więc z angielskim mi nie po drodze. No i jakoś tak z upływem czasu te marzenia nieco przygasły. Tymczasem autorka książki "Dom na Zanzibarze", pod wpływem podobnych marzeń po obejrzeniu "Pożegnania z Afryką", ale też różnych osobistych zawirowań, zrealizowała zamiar wyprawy do Kenii. Najpierw było turystyczne safari, a potem to już się potoczyło...

"Dom na Zanzibarze" jest więc autentyczną historią Polki, która w początkach lat 90tych ubiegłego stulecia wyruszyła do Afryki, potem do niej wracała, aż ostatecznie związała się z nią na stałe. Wybudowała dom na Zanzibarze, wyszła za mąż za Zanzibarczyka, prowadzi (-ła?) biuro turystyczne i własny niewielki pensjonat nad brzegiem Oceanu Indyjskiego.

Książka ma recenzje dość średnie, co mnie trochę dziwi, bo ja jestem nią zachwycona. Może trzeba lubić ten gatunek. Nie jest to literacka opowieść okraszona efektownym bajdurzeniem, raczej coś w rodzaju pamiętnika, są tam nawet wplecione zapiski z dzienników prowadzonych przez autorkę w czasach pierwszych wypraw na Czarny Ląd. Pierwsze rozdziały zaczynają się od wrażeń po obejrzeniu ekranizacji powieści Karen Blixen, wyjazdu na kenijskie safari, wyprawy na Kilimandżaro. Od początku widać, że Dorota Katende to kobieta nieustraszona i chyba trochę nieobliczalna. No, ja bym się bała przy pierwszej wycieczce na obcy kontynent wyruszyć z wynajętym w jakimś odruchu miejscowym przewodnikiem w dziewiczy busz, a właściwie sawannę, żeby podglądać z bliska polujące lwy... Opisy tego, co działo się na tej wyprawie, opowieści o przyrodzie, zwierzętach, zapachach itd - to wszystko jest fascynujące, ale gdzieś w 1/3 książki zaczęło być już nieco zbyt monotonnie... I wtedy autorka zmienia styl i temat, zaczyna opowieść o swoim życiu osobistym, które ją niejako popchnęło do tej wyprawy. Kolejne niezbyt udane małżeństwa, biznesy kwiatowe w zwariowanych latach 90-tych, dzieci, kolejne zwroty akcji, wyprowadzka na wieś... Pokiereszowana emocjonalnie i finansowo wychodzi z trudem z różnych życiowych opresji, zaczyna na nowo po raz kolejny. I w końcu ta Afryka. Spełnienie marzeń i odcięcie się od przeszłości. Nowy sposób na życie. Podziwiam tę kobietę, a zarazem widzę, że trochę się w życiu miotała, podejmowała wiele pochopnych decyzji. Czy się opłaciło? W ostatecznym rozrachunku z pewnością tak, bo spełniła swoje marzenia, w dalszych rozdziałach opowiada z zachwytem o mieszkaniu na rajskiej wyspie, wspaniale opisuje smaki, zapachy, jedzenie, ludzi, zwyczajne życie, rozmaite rytuały, codzienny widok na ocean, nurkowanie. Zakończenie to garść konkretnych, użytecznych informacji dla tych, co chcieliby wyruszyć tropami Blixen i Katende - ceny, miejsca, w których warto się zatrzymać itp.

Książka fascynująca, bardzo dobrze napisana. Czyta się świetnie, przeżywa razem z autorką wzloty i upadki, zachwyty i zmartwienia. Dużo emocji, dużo wrażeń. Nie podzielam tylko tak do końca zachwytu autorki tamtejszymi ludźmi, bo pomimo ich bezpretensjonalności, prostoty życia i pogody ducha, było tam opisanych kilka drastycznych sytuacji, z którymi trudno mi się pogodzić, a świadczą o nieprzewidywalności Zanzibarczyków i paru jeszcze niezbyt fajnych cechach. Ale generalnie cudowna opowieść, polecam szczególnie fanom "Pożegnania z Afryką" :).


*****

W temacie książkowym na razie to by było na tyle. Czytam ostatnio ponownie starocie wyciągnięte z półek własnej biblioteczki, między innymi serię o profesorowej Szczupaczyńskiej, bo nie mogę się doczekać kolejnych książek tandemu autorów udających Marylę Szymiczkową. Niestety, nie ma żadnych zapowiedzi, że wkrótce coś się ukaże... 

Żegnam się zatem - tym razem na krótko. Wkrótce będzie więcej o moim malowaniu i nowych pomysłach. Obrazki pokażę, mam nadzieję, przed końcem roku i opowiem co planuję w związku z tym malowaniem.

*****

sobota, 6 sierpnia 2022

Książki. O starożytnej medycynie, o mikrobiomie, o sztuce i o... morderstwach.



Obiecałam wpis o książkach, ale czas leci, książek "na liczniku" przybywa nieustannie... no i teraz nie sposób napisać w jednym tekście szczegółowo o wszystkich pozycjach, które przeczytałam w ostatnich miesiącach. Wiecie, że jak ja się rozpiszę, to końca nie widać... Wybrałam więc tylko część z nich, o innych może uda mi się wkrótce napisać oddzielnie. Ciągle sobie obiecuję, że będzie mnie tu na blogu więcej ;).

No to jedziemy - na początek dwie pozycje, w pewnym sensie trochę tematycznie powiązane, obie bowiem traktują o zdrowiu człowieka.

Jurgen Thorwald "Dawna medycyna, jej tajemnice i potęga".






Przeczytałam tę pozycję niemal jednym tchem, bo od niepamiętnych czasów fascynują mnie starożytne cywilizacje, ich organizacja, kultura, sztuka, nauka, wszelkie niesamowite osiągnięcia, które wciąż odkrywamy i nieodmiennie nas zaskakują.

Jurgen Thorwald to autor wielu ciekawych pozycji z zakresu medycyny, ale - przynajmniej te, które czytałam - zaliczyłabym do rodzaju literatury popularnonaukowej. Są to dość swobodne opowieści o pewnych aspektach medycyny, na szerokim, choć z konieczności tylko pobieżnie omówionym, tle innych wydarzeń i okoliczności. 


Biorąc tę książkę do ręki warto więc mieć choćby minimum wiedzy historycznej lub przynajmniej zainteresowania taką tematyką, bo rozumiejąc kontekst kulturowy i historyczny znacznie lepiej pojmiemy niezwykłość opisywanych tu odkryć.
Dla mnie "Dawna medycyna (...)" jest kopalnią fascynującej wiedzy o niezwykłych, do dzisiaj zadziwiających osiągnięciach naszych starożytnych przodków, w zakresie rozpoznawania chorób, metod leczenia, zaawansowanych operacji chirurgicznych, używanych leków i narzędzi, z których wiele do chwili obecnej pozostało nieznacznie tylko zmienionych. 


Przez kilka tysięcy lat świat wcale nie posunął się tak daleko do przodu w swoim rozwoju, jakby nam się mogło wydawać. Odkrywamy dzisiaj na nowo to, co 2-3 a nawet 4 tysiące lat temu doskonale znali i z powodzeniem stosowali lekarze peruwiańscy, hinduscy czy chińscy. 
W sumie zabawna jest konstatacja, że my, Europejczycy, chcący uważać nasz kontynent za źródło cywilizacji podbijającej inne kontynenty, tak naprawdę zniszczyliśmy w czasach podbojów zdobycze dawnych cywilizacji, zachowując zaledwie drobne ułamki wiedzy opracowanej, opisanej i stosowanej przez starożytnych mieszkańców Ameryki Południowej, Egiptu, Babilonii czy Indii. Nasi uczeni dokonują dzisiaj odkryć, które wiele tysięcy lat temu były codziennością dla ówczesnych medyków.


Przede wszystkim - obalony zostaje mit, w który Europejczycy wciąż chcą wierzyć, że rozwój nowożytnej medycyny rozpoczął się w Grecji, a pierwszym znanym i uznanym lekarzem był Hipokrates. Wszystko, co w książce Thorwalda przeczytamy, dowodzi, że co najmniej dwa tysiące lat wcześniej medycy na innych kontynentach doskonale znali się na leczeniu wszelkich chorób, potrafili sporządzać skuteczne leki, przeprowadzali skomplikowane operacje, łącznie z cięciem cesarskim, amputacją kończyn, operacjami plastycznymi z przeszczepami skóry, trepanacją czaszki itd.


Jest w tej książce trochę historii, zarys dziejów dawnych kultur i przede wszystkim - sporo niezwykłych informacji o niesamowitych wręcz osiągnięciach starożytnej medycyny - a wszystko to napisane językiem lekkim i zrozumiałym dla laika, bez nużących naukowych wywodów. 


Thorwald prowadzi nas w kolejnych rozdziałach przez wszystkie kontynenty i krainy, na których terenach znaleziono ślady dawnych wysoko rozwiniętych cywilizacji, omawiając na początku każdej części najpierw tło historyczne, w którym rozwijały się wszelkie nauki, w tym wiedza o medycynie i higienie. Bardzo ważne jest takie wprowadzenie, bo bez wyobrażenia sobie warunków kulturowych, religijnych, politycznych itp, trudno jest zrozumieć kierunki, jakimi podążały myśli i działania starożytnych lekarzy w poszczególnych państwach.


W poszczególnych częściach "Dawnej medycyny" znajdziemy dość szczegółowo omówione zdobycze medycyny starożytnego Egiptu, Babilonii, Indii, Chin, Meksyku i Peru.


Blisko 3 tysiące lat temu w Egipcie istniały już szkoły medyczne, a wśród lekarzy wyróżniano specjalistów w zakresie poszczególnych rodzajów chorób. Powstawały ogrody zielarskie, apteki i podręczniki medyczne - zapisane na papirusach i  tabliczkach rozpoznania chorób i sposoby ich leczenia. Niedawno odkryto, że medycyna staroegipska wykorzystywała leki wytwarzane wówczas w Indiach. Dziwne na pozór składniki używane w ówczesnych medykamentach znajdują dzisiaj uzasadnienie w odkryciach nowoczesnej nauki. Stosowano z powodzeniem środki odkażające i znieczulające oraz zapobiegające rozprzestrzenianiu różnych chorób, moskitiery i szkła powiększające, środki antykoncepcyjne zawierające substancje uzyskiwane z dostępnych roślin - o potwierdzonym dzisiaj skutecznym działaniu. Stan higieny, w tym sieć wodociągów i kanalizacji oraz powszechnych łaźni budzi wciąż nasz podziw.


Na terenach starożytnej Babilonii odkryto bogate archiwum w postaci glinianych tabliczek, zawierające pierwsze recepty sprzed ponad 3 tysięcy lat, rachunki za zabiegi medyczne, korespondencję lekarską. Możemy z nich odczytać wiele informacji o codziennym życiu i problemach zdrowotnych mieszkańców Dwurzecza. Znaleziono ponadto narzędzia chirurgiczne i różne zapiski świadczące o umiejętnościach lekarzy mezopotamskich - dokonywali trepanacji czaszki, operowali zaćmę, stosowali cewnikowanie, wlewy i leczenie czopkami. Podobnie jak w Egipcie korzystano także z leków przywożonych z Indii, daleko zaawansowana była znajomość procesów chemicznych i działania różnych roślin, wykorzystywanych do dzisiaj w farmakologii.


I tak autor prowadzi nas kolejno przez pozostałe obszary kulturowe, gdzie przed tysiącami lat lekarze stosowali metody diagnozowania i leczenia, które obecnie wciąż wprawiają w podziw.

Mankamentem książki wydaje się być brak ilustracji (poza sześcioma zdjęciami na stronach tytułowych rozdziałów). Jest to jednak zabieg celowy - mam wrażenie, że wynikający trochę z nieco urażonej ambicji autora. 

Thorwald w trakcie opowieści dość często wspomina o konkretnych zdjęciach różnych ważnych obiektów archeologicznych, które są w zasadzie jedynym źródłem naszej wiedzy o starożytnej medycynie. Jednak w książce tych fotografii nie ma. Kiedy opisuje figurki realistycznie przedstawiające ludzi z konkretnymi objawami chorób lub powołuje się na zdjęcia różnych innych artefaktów - mimowolnie zaczynam wertować książkę w poszukiwaniu ilustracji. Ilustracji niestety nie ma...


Pewne światło na tę dziwną kwestię rzuca posłowie. Otóż impulsem do napisania tej książki był dyskutowany niegdyś, ale ostatecznie nie zrealizowany, projekt opracowania popularnonaukowej historii medycyny. Na potrzeby tego pomysłu przewidziano około 300 ilustracji. Ostatecznie jednak uznano, że nie wystarczy to do stworzenia pozycji przybliżającej w sposób przystępny historię około 4 tysięcy lat medycyny. 


Thorwald, którego poproszono wówczas o opinię, zaproponował więc skupienie się jedynie na fascynującej, owianej tajemnicą i najmniej znanej szerokim kręgom odbiorców historii medycyny starożytnej.  Ten pomysł z kolei nie znalazł uznania drugiego recenzenta, który uważał, że za mało jest do tego tematu materiałów i ilustracji, więc tym bardziej trudno będzie trafić z takim dziełem do szerokiego kręgu odbiorców. 


Zniesmaczony Thorwald podjął więc rękawicę i niejako na przekór tej opinii postanowił napisać "zarys medycyny wczesnohistorycznych kultur ludzkości" - w sposób przystępny dla zwykłego czytelnika, pomijając jednocześnie stronę wizualną takiego opracowania. Chciał w ten sposób udowodnić, że o historii medycyny można opowiadać interesująco, bez podpierania się licznymi obrazkami. Trzeba przyznać, że w dzisiejszych czasach to dość ryzykowny pomysł. Jednak uważam, że Jurgen Thorwald znakomicie sobie poradził z tym wyzwaniem. Książkę czyta się z przyjemnością, mimo że jest obficie naszpikowana wiedzą historyczną i medyczną, autor podał ją jednak w bardzo zręczny i przyjazny sposób.


Michael Mosley "Jelita wiedzą lepiej".




O tej książce wspomniałam już w poprzednim wpisie - "Ogrodowanie i przetwarzanie". Tematyka zdrowego odżywiania i naturalnych metod leczenia zawsze była mi bliska, szczególnie od czasów okołomaturalnych, kiedy to po raz pierwszy zetknęłam się z jogą i wegetarianizmem. W tamtych czasach nie było to jeszcze ani modne, ani powszechne :). Ale przejdźmy do książki, która wpadła mi w ręce przypadkowo parę miesięcy temu, akurat w czasie, kiedy oboje z mężem walczyliśmy z powirusowymi komplikacjami w postaci zakażenia, a może raczej - nadmiernego namnożenia, bo są to mikroorganizmy normalnie bytujące w ludzkich organizmach - paciorkowcem (streptococcus viridans) i drożdżakami (candida albicans). Książka w zasadzie stosunkowo mało wniosła nowego do mojej wiedzy, z większością poruszanych w niej kwestii gdzieś już kiedyś się spotkałam, ale jednak - warto było ją przeczytać i serdecznie ją polecam :). Poukładała mi sporo w głowie, wiele rzeczy przypomniała, inne dokładniej wyjaśniła. 

Autor to absolwent studiów medycznych, ale zajmujący się nie tyle leczeniem, co propagowaniem wiedzy o zdrowiu, a szczególnie o naszym mikrobiomie. Sam poddawał się rozmaitym eksperymentom w ramach naukowych badań o zasiedlających nasz organizm bakteriach, prowadził programy telewizyjne na te tematy, napisał kilka wysoko ocenianych i nagradzanych książek popularnonaukowych.

Książkę "Jelita wiedzą lepiej" czyta się lekko, łatwo i przyjemnie, bo napisana jest niemal w konwencji beletrystycznej, lekkim piórem, z mnóstwem ciekawostek i przykładów z życia, a nawet z przepisami kulinarnymi. Cała historia zaczyna się w momencie, kiedy autor, w ramach kolejnego eksperymentu, połyka mikrokamerkę, która wędruje przez jego przewód pokarmowy. Obserwując kolejne etapy poznajemy równolegle podstawy biologiczne i medyczne z zakresu funkcjonowania układu pokarmowego, wyniki rozmaitych innych badań, skutki zaburzeń, efekty leczenia, możliwości wspomagania naszych przyjaciół - jak Mosley nazywa dobre bakterie, zasiedlające nasz organizm. 

Hipokrates twierdził, że wszelkie choroby zaczynają się w jelitach, a przecież ich praca zależy od tego, jakiego pokarmu im dostarczymy. Dzisiaj wiemy ponadto, że jelita to naprawdę nasz drugi mózg, zawiadujący wszelkimi funkcjami organizmu, a nawet wpływający na pracę tego głównego mózgu, poprzez niezwykle rozwiniętą sieć neuronów. Czy zdajecie sobie sprawę, że sięgając po ciastko, na które naszła Was nagle ochota, spełniacie po prostu rozkaz złych szczepów bakterii, które potrafią stymulować w taki sposób neurony jelitowe, że one wysyłają odpowiedni przekaz do mózgu numer jeden, wyświetlając żądanie: "więcej cukru! zjedz ciasteczko!". Kiedy sobie to uzmysłowimy, możemy zapanować nad zgubnymi nawykami. 

Jak wspomniałam, lektura tej książki zbiegła się u mnie z odebraniem wyników wymazów z gardła. I się wszystko poukładało... Natychmiast, w jeden dzień, nastąpiło przeorganizowanie żywienia, na początku z małym wspomaganiem odpowiednio dobranymi probiotykami w kapsułkach, u męża musiał też wejść antybiotyk, ja się ograniczyłam do metod naturalnych, w tym na przykład czosnku w rozmaitych postaciach. No i dieta przyjazna dla dobrego mikrobiomu, czyli powrót do tego, co dawniej robiłam, ale jakoś pozwoliłam złym bakteriom zawładnąć moim mózgiem i dobre nawyki poszły w tym okresie w odstawkę, pogarszając tylko stan zdrowia.... Efekt konsekwentnej zmiany żywienia - po tygodniu odczuwalna poprawa samopoczucia, zniknęły chorobowe objawy w jamie ustnej, po trzech tygodniach wymazy były "czyste". Waga momentalnie poszła w dół i złapane w czasie tej małoobjawowej choroby trzy nadmiarowe kilogramy w ciągu miesiąca zniknęły, czuję się lekko, sytuacja w jamie ustnej też wróciła do normy. Pilnujemy teraz, żeby stale były świeże kiszonki, naturalne jogurty i kefir, czosnek - w postaci tzatziki, mikstury czosnkowo-miodowo-cytrynowo-imbirowej, jako dodatek do sałatek, kanapek, zup itd... Poranną kawę robię z łyżeczką cynamonu (zwalcza bakterie i grzyby!), łyżeczką kakao (prebiotyk!) i mielonymi goździkami (podobnie jak cynamon!), pijemy dużo wody, zakwas z ogórków i buraków, pszczele skarby (miód, pierzga, propolis)... Natomiast - zero cukru, białej mąki, przetworzonej żywności. Wróciłam do uważnego czytania składów: chleb "razowy z zakwasem" nie jest tym samym co chleb żytni wyłącznie na zakwasie i bez drożdży. I ja to w zasadzie kiedyś wszystko tak robiłam... Jedna infekcja wywróciła wszystko w moim organizmie, namnożyły się złe bakterie i pokierowały moim mózgiem tak, jak im pasowało. 

To tak w dużym skrócie... no i odbiegłam nieco od treści samej książki, ale ona jest bardzo przydatna w takich właśnie sytuacjach. Metody, jakie zastosowaliśmy, znałam z różnych źródeł, ale w tej książce są one wszystkie zebrane i dokładnie opisane - co, jak i dlaczego. Autor dokładnie opisuje pre- i probiotyki, omawia co one zawierają i jak wspomagają nasze dobre bakterie, po kolei wyjaśnia, jak wdrożyć program odnowienia swojego mikrobiomu, a w następstwie - całego organizmu. Książkę polecam wszystkim, którzy mają jakiekolwiek problemy zdrowotne, ale i tym, którzy po prostu chcą zachować dobre zdrowie. Rzecz naprawdę świetnie napisana :).


Luba Ristujczina "Stanisław Wyspiański. Artysta i wizjoner".




Po tę książkę sięgnęłam bez wahania, po lekturze innej pozycji Luby Ristujcziny "Józef Mehoffer. Geniusz polskiej secesji", o której pisałam tutaj:   http://sztukawpapilotach.blogspot.com/2021/11/ksiazki-do-czytania-i-do-ogladania.html . Tamta pozycja zrobiła na mnie ogromne wrażenie i już wtedy zapowiadałam, że kolejne książki tej autorki na pewno się u mnie pojawią.

O Wyspiańskim nie będę Wam tutaj opowiadać, chyba każdy kojarzy tego wszechstronnego artystę, nazywanego naszym czwartym wieszczem narodowym. Zajmował się malarstwem, architekturą, typografią i plakatem, konserwacją dzieł sztuki (polichromii), projektował meble i witraże, tworzył dramaty i wiersze. O pewnej innej, niezbyt zresztą udanej, książce o Wyspiańskim, pisałam TUTAJ. Tam było rozczarowanie, tym razem jestem zachwycona doskonałą lekturą, która jednocześnie jest przepięknym albumem.






Obie wspomniane książki Ristujcziny - o Mehofferze i o Wyspiańskim - są świetnie napisane i rzetelnie opracowane, z wielką dbałością o szczegóły, źródła, cytaty i przykłady. Imponują przy tym ogromem wspaniałych ilustracji - oryginalnych fotografii z dawnych albumów, dokumentów, szkiców, rysunków, zdjęć witraży i polichromii, wreszcie - znakomitych reprodukcji obrazów. Książka liczy 240 stron formatu nieco większego niż A4, ma wyjściową cenę około stu złotych, ale w wielu księgarniach można ją nabyć za połowę tej ceny, co przy tej zawartości uważam za śmiesznie małą kwotę. Naprawdę warto. 


Agata Christie.



Tym razem w nagłówku wymieniłam tylko imię i nazwisko autorki, bo przeczytałam za jednym zamachem osiem jej książek (i dopiero się rozkręcam!), a wiadomo, że Agata Christie jest królową kryminału :). 

Nie jestem co prawda jakąś zaprzysięgłą fanką kryminału jako gatunku, nie czytam wszystkiego z tej dziedziny jak leci, ani wszystkich autorów, ale jest kilkoro takich, którzy mają we mnie wierną czytelniczkę. Wśród nich jest oczywiście Christie, ale jakoś tak się dziwnie złożyło, że chociaż takiej na przykład Chmielewskiej mam trzy pełne półki w biblioteczce (no przyznaję, miałam kiedyś taką fazę na wczesną Chmielewską), to Christie... ani jednej pozycji! A tu akurat niedawno mąż dostał w prezencie "Morderstwo w Mezopotamii"... Oczywiście książkę znałam, ale - po pierwsze: to Christie!, po drugie: Mezopotamia! Musiałam ją znowu przeczytać! Zanim mąż się do niej przymierzył, to ja w jedną noc już pochłonęłam całą książkę - i natychmiast zalęgło mi się w głowie postanowienie, żeby kupić całą serię. Bo książka jest ładnie wydana, w twardej okładce, i jak się okazało - to jest cały cykl przygotowany przez Wydawnictwo Dolnośląskie w 2020 roku, z okazji stulecia wydania pierwszej powieści z komisarzem Poirotem. Pierwotnie planowano wydać tylko 10 tytułów, na które głosowali czytelnicy, ale wobec dużego zainteresowania serią, podjęto decyzję o kontynuacji. W tej chwili jest już chyba coś około 30 tytułów.

Natychmiast więc zamówiłam kilka wybranych pozycji, w pierwszej kolejności te, które już znałam i lubiłam, a później co jakiś czas dochodziły następne. W ramach tego cyklu mam i przeczytałam więc:

"Morderstwo w Mezopotamii", "Śmierć na Nilu", "Zabójstwo Rogera Ackroyda", "A.B.C.", "Kurtyna", "Morderstwo w Orient Ekspressie", "Pięć małych świnek", "Tajemnicza historia w Styles". Już w drodze są następne :).

No i teraz powinnam napisać jakąś recenzję... Ale cóż nowego można napisać o książkach Agaty Christie?! Chyba już wszystko na ten temat napisano :). Tego, że Christie jest najbardziej znaną na świecie pisarką kryminałów, dowodzi chociażby fakt, że jest zarazem najlepiej sprzedającą się autorką wszech czasów: ponad miliard egzemplarzy w języku angielskim i drugie tyle w tłumaczeniach na kilkadziesiąt języków!

To może chociaż kilka zdań o tej pierwszej książce, od której zaczęło się u mnie kupowanie kolejnych, a szczerze mówiąc była to chyba jedna z pierwszych w ogóle książek Agaty Christie, jakie miałam przyjemność dawno temu poznać. "Morderstwo w Mezopotamii", którego akcja rozgrywa się w środowisku ekipy archeologicznej, jest powieścią szczególną, ponieważ Agata Christie, jako żona archeologa, znała doskonale realia pracy przy wykopaliskach. Dlatego też książka obfituje w doskonale opisane szczegóły miejsca, klimatu, organizacji pracy, narzędzi, używanych preparatów itd. Może to spowodowało, że uznano tę pozycję za jedną z najlepszych w dorobku pisarskim Christie. Wszystkie jej powieści cechuje pewna elegancja w prowadzeniu akcji, świetnie nakreślone sylwetki bohaterów, a jednocześnie doskonale zamaskowane szczegóły, które mogłyby naprowadzić czytelnika na odgadnięcie najważniejszych wątków, motywów czy sprawców zbrodni. Czytam zawsze jej książki z ogromną przyjemnością :).

*****


Poza książkami, które dzisiaj wymieniłam, było jeszcze trochę przypadkowych tytułów, o których już nie będę przynudzać... ale też całkiem sporo czasu poświęciłam na studiowanie (i zdobywanie) wszelkich opracowań dotyczących życia i twórczości pewnej niezwykłej osoby... Z tym, że to jest już całkiem odrębna historia i opowiem o tym innym razem... i chyba wielu moich stałych czytelników mocno zaskoczę :). Najpierw jednak będzie dawno obiecany wpis z obrazkami.