niedziela, 27 czerwca 2021

I znowu o książkach...

Nie planuję przebranżowienia bloga na książkowy, ale kiedyś komuś obiecałam, że podzielę się wrażeniami z lektury "Mistrza i Małgorzaty" w przekładzie Andrzeja Drawicza... Bułhakow przeczytany, zatem kobyłka u płota, a przy okazji zaprezentuję Wam jeszcze kilka książek, które mnie ostatnio zajmowały. 

W poprzednim książkowym wpisie (tutaj) pokazywałam sporo pozycji biograficznych - i na tej biograficznej fali załapała się jeszcze do czytania (ściągnięta z mężowskiego stoliczka czytelniczego) "Matka Jagiellonów" Doroty Pająk-Pudy. Historia to konik mojego męża, ale ja nie przepadam za tą tematyką. Zwłaszcza szczegółowe opisy działań wojennych i politycznych knowań trochę mnie nużą. Jednak tutaj mamy do czynienia z biograficzną beletrystyką, czyli książką lekką, łatwą i przyjemną :). 




"Matka Jagiellonów" to książka pisana w pierwszej osobie, jakby pamiętnik Elżbiety Habsburg, w Polsce nazywanej Rakuszanką (czyli Węgierką), żony Kazimierza Jagiellończyka. Ciekawy zabieg, dzięki któremu nie zagłębiamy się w skomplikowane kwestie polityczno-wojenne i szczegóły wszystkich ówczesnych układów, ale poznajemy tamte czasy z perspektywy królowej matki, kobiety, dla której rodzina była najważniejsza. Oczywiście są to głównie domysły i wyobrażenia autorki, ale w miarę możliwości oparte na faktach, spisanych przez ówczesnych kronikarzy, na kilku odnalezionych listach i współczesnych odkryciach wspomaganych zaawansowaną techniką.

Być może słyszeliście, że Elżbieta Rakuszanka była jedną z najbrzydszych królowych w dziejach? Całkiem niedawno potwierdzono częściowo legendy na ten temat, dzięki odkryciu zamurowanej krypty, w której odnaleziono kości Elżbiety. Oprócz wady zgryzu miała poważne zniekształcenie kręgosłupa, najprawdopodobniej na skutek przebytej w dzieciństwie gruźlicy kości. Powyginany kręgosłup tworzył na plecach garb, sylwetka była zgięta w jedną stronę, głowa stale pochylona na bok, co spowodowało także zniekształcenie twarzy. Kazimierz Jagiellończyk po ujrzeniu narzeczonej wahał się podobno przez trzy dni, zanim oficjalnie się z nią spotkał i ostatecznie zdecydował na małżeństwo. Przekonało go prawdopodobnie (oprócz, ma się rozumieć, korzyści ze skoligacenia z domem Habsburgów) jej dobre serce, dowcip i mądrość. W każdym razie - oboje stworzyli długoletni, wspaniały, udany związek, którego owocem było trzynaścioro dzieci. Spośród ich potomków czterech synów zostało królami, jeden kardynałem, a jeden nawet został beatyfikowany, a dzięki mariażom córek - we wszystkich współczesnych królewskich rodach Europy do dzisiaj płynie jagiellońska krew. Elżbieta jednak nie miała łatwego życia... jej własne traumy z dzieciństwa, a później - choroby oraz różne niepowodzenia i przedwczesne zgony jej dzieci i męża - to ogromna cena za budowanie potęgi domu Jagiellonów. 

Książka lekko napisana, świetnie się czyta, polecam - nawet czytelnikom nie zainteresowanym historią. 

*****

Teraz pora na nieco cięższy gatunek, książki wielowarstwowe, złożone, z podtekstami i aluzjami, do przemyślenia i rozważania:  Johann Wolfgang Goethe "Faust" i Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata".



Jeśli nie czyta się książek w oryginałach, to jest się zdanym na pośrednika, jakim jest tłumacz. A niektórzy tłumacze mają czasem niestety skłonność do "poprawiania" autorów. A to coś dodadzą, a to przemilczą, a to po swojemu zinterpretują... 

Od czasu do czasu sięgam po klasykę kiedyś już przeczytaną, żeby sprawdzić jak to dzisiaj odbiorę. Zdarza się, że książki, które mnie przed laty okropnie nudziły, teraz wydają mi się szalenie interesujące, a z kolei te, którymi niegdyś się zachwycałam, dzisiaj czytam z politowaniem nad własną niegdysiejszą ekscytacją banalną treścią. No i tak mnie właśnie naszło na "Fausta" Goethego, żeby sobie przypomnieć, porównać wrażenia. Czytać - kiedyś dawno temu owszem czytałam, ale żeby mi się to spodobało, to jako żywo nie pamiętam. Nie przepadam za dramatami, za opowieścią rozpisaną na dialogi, przegadaną, bez tych wszystkich przysłowiowych opisów przyrody, które ja akurat bardzo lubię, bez wnikliwej charakterystyki postaci itd, w dodatku jeszcze wierszowanych (o zgrozo!)... 

Słabo też pamiętałam "Mistrza i Małgorzatę", to znaczy pamiętałam, że nie mogłam przez tę książkę przebrnąć, jakoś ciężko było. Było to wiele lat temu... może więc nadszedł czas, żeby zrewidować swój pogląd na te słynne i ponadczasowe pozycje...? 

Obie książki mam w ładnym wydaniu "Świata Książki" z początku tysiąclecia - to była taka seria literatury światowej w jakimś abonamencie, jeśli dobrze pamiętam, w porządnych, eleganckich okładkach: ciemnogranatowe płótno ze złotymi tłoczeniami i twardą przezroczystą obwolutą. Wiele moich książek kupowanych w kryzysowych latach 80tych było już wówczas w stanie mocno kiepskim, postanowiłam więc w ramach tych zakupów wymienić część księgozbioru. Nie zwróciłam wtedy uwagi na to, że niektóre pozycje z tej serii były w innych tłumaczeniach, niż te, które miałam wcześniej. 

Uświadomiłam to sobie dopiero teraz, kiedy po niemal 20 latach sięgnęłam po tego nowego "Fausta" i "MM". Jakbym zupełnie inne książki czytała! W niedawnej dyskusji na zaprzyjaźnionym blogu wywiązał się temat rozmaitych wersji i przekładów "Mistrza i Małgorzaty"... Obiecałam więc, że napiszę, co myślę o tej wersji, którą posiadam. Nie będę streszczać fabuły, bo chyba wszyscy wiedzą o jakich dziełach mowa - chcę się odnieść raczej do efektów pracy tłumaczy.

Ale zacznijmy od "Fausta", on był bowiem jedną z licznych inspiracji Bułhakowa przy pisaniu "Mistrza i Małgorzaty". Mój egzemplarz to przekład Adama Pomorskiego, który napisał także wyjaśniające wiele spraw posłowie.

Pomorski wskazuje przede wszystkim powody, dla których "Faust" nie znalazł szczególnego uznania wśród polskich czytelników, jako dzieło trudne w odbiorze, nie w pełni zrozumiałe. Charakter gatunkowy utworu sam przez się nastręcza trudności w odczytaniu przekazu, kolejną przeszkodą jest rozdźwięk między naszą polską tradycją literacką a rozwojem wielkich kultur Europy. No i wreszcie - jakość przekładów. Oczywiście wywód pana Pomorskiego wskazuje na wyższość jego przekładu nad wcześniejszymi, ale nie jest to czysty egocentryzm bez pokrycia - ja mu przyznaję rację. Problem z tłumaczeniem tego typu literatury polega bowiem nie tylko na dosłownym przełożeniu zdań z jednego języka na drugi, bo z tym poradzi sobie ktokolwiek znający dobrze język niemiecki. Najtrudniejszym zadaniem jest przekazanie klimatu wymyślonego przez autora, w tym wypadku groteski, a równolegle - umiejętność otwarcia przed czytelnikiem rozbudowanej, ale też obcej nam warstwy kulturowej, z podtekstami, z odniesieniami (aluzjami i skojarzeniami) do filozofii i wielowymiarowej historii narodowej (niemieckiej, oczywiście). I to już jest sprawą o tyle karkołomną, że wymaga  odpowiedniego przygotowania po stronie tłumacza, ale także - odbiorcy. W tym wydaniu pomocne jest właśnie posłowie tłumacza i jeśli sięgniecie po ten przekład, to polecam rozpoczęcie lektury od końca, czyli od posłowia. Ja tak zresztą robię zazwyczaj :). 

Ale niezależnie od zrozumienia (lub nie) wszystkich nawiązań do mało nam znanych elementów kultury niemieckiej, ten przekład świetnie się czyta z czysto literackich powodów. Może nawet warto porzucić próby rozwikłania sensu każdej sceny, zdystansować się od uniwersalnego przekazu, a zwyczajnie poczuć magię i groteskę, wymieszane w fantastyczny sposób. W niektórych miejscach jest wręcz zabawnie :). Przy takim podejściu lektura tego ponadczasowego dzieła przestaje być drogą przez mękę. Panu Pomorskiemu trzeba przyznać, że ma lekkie pióro, i świetny przekład łączy z talentem pisarskim, snując wspaniałą, wciągającą, nieco baśniową opowieść, której sensem jest nie tylko fabuła, ale w równym stopniu (a może nawet bardziej) zabawa słowem i formą, z aluzjami do ówczesnej rzeczywistości.

Przeczytałam, tym razem z przyjemnością, więc - jeśli chcecie sięgnąć po tę pozycję, to rekomenduję wersję w tym konkretnym przekładzie.

W następstwie "Fausta" oczywiste wydało mi się przypomnienie sobie "Mistrza i Małgorzaty" Michaiła Bułhakowa (mój egzemplarz w tłumaczeniu Andrzeja Drawicza, z posłowiem Jana Gondowicza). No i kolejne przyjemne zaskoczenie! Albo na starość inaczej się pewne rzeczy czyta i przyswaja (no ba! nawet na pewno!), albo rzeczywiście sposób tłumaczenia ma kolosalne znaczenie (i to też - całkiem na pewno!). Czytając M&M w czasach licealnych - nie do końca chyba wszystko z tej książki zrozumiałam, więc fabuła mnie też nie wciągnęła. Wynikało to niewątpliwie po części z braku doświadczenia i znajomości realiów, do których Bułhakow mniej lub bardziej oczywistymi aluzjami nawiązywał, po części zaś - co pojęłam znacznie później - z kiepskiej jakości przekładu. Pomijając nawet fakt wycięcia przez cenzurę rozdziału o śnie Nikanora Iwanowicza, mam wrażenie, że autorzy tego pierwszego tłumaczenia nie byli chyba mistrzami pióra. Urodą słowa i finezją języka książka więc też mnie wówczas nie porwała.

Nie podejmuję się przeprowadzania analizy porównawczej rozmaitych wersji tłumaczenia, bom nie wszystkie czytała. A nawet ta pierwsza wersja już mi się trochę w pamięci zatarła i szczerze mówiąc nie ma ochoty do niej wracać. Z tego co wyczytałam w różnych źródłach, przekład Drawicza opiera się na wersji niemieckiej, tzn. na niemieckim przekładzie, w którym po raz pierwszy uwzględniony został fragment usunięty pierwotnie przez cenzurę. Wynika z tego, że mamy tu egzemplarz w miarę wierny pierwowzorowi, opracowanemu przez żonę Bułhakowa, na podstawie niedokończonego rękopisu, z uwzględnieniem znanych jej pomysłów autora co do kształtu ostatecznego. Nie jest moim zamiarem obrona tej akurat wersji przekładu, ale mam wrażenie, że tłumacz przynajmniej starał się przekazać czytelnikowi polskiemu możliwie jak najwierniejszą wersję dzieła Bułhakowa. Czego z pewnością nie można powiedzieć o kuriozalnym pomyśle rodziny Przebindów, którzy to państwo postanowili zabłysnąć blaskiem odbitym od sławy znakomitego pisarza i "poprawili" wersję i zamysł twórcy, w swojej wersji tłumaczenia dodając fragmenty, które autor sam z książki usunął. Moim zdaniem takie postępki powinny być karalne. Jeśli malarz zamaluje jakiś fragment swojego obrazu, to nie należy go poprawiać, domalowując z powrotem ten element, czy zeskrobując zewnętrzną, ostateczną w zamyśle twórcy, warstwę, albo domalowywać coś, co było tylko wstępnym szkicem. W głowie mi się nie mieści takie włażenie z buciorami w czyjeś dzieło!

A że w książce, jaką pozostawił Bułhakow, jakieś fragmenty są niejasne, bo pisarz usunął jakiś kawałek i nie zdążył napisać go na nowo...? No cóż, można w związku z tym umrzeć z rozpaczy, nie posiadłszy wiedzy tajemnej w temacie co autor miał na myśli, albo przejść nad tym do porządku dziennego, bo czy doprawdy wszystko na tym świecie musimy tak szczegółowo poznać i zrozumieć? Kiedy czasem dołączam do męża oglądającego film w tv w trakcie projekcji - on próbuje mi objaśnić o co chodzi, a ja mówię: daj spokój, przecież się domyślę, a nawet jak nie do końca, to też nic się nie stanie. Jak w życiu: nie zawsze znamy wszystkie okoliczności zdarzeń, które obserwujemy, ale w 99 przypadkach na 100 da się bez tego żyć. No wiecie - to tak jakby autor napisał, że bohater po obiedzie wyszedł z domu... akcja toczy się dalej, a my, zamiast podążać myślą za dalszymi losami bohatera, drążymy - co też on na ten obiad zjadł? 

Wracając jednak do lektury "Mistrza i Małgorzaty" w przekładzie Andrzeja Drawicza...  Samo dzieło Bułhakowa jest niezwykłe - za sprawą choćby skomplikowanej konstrukcji, w której przedziwnie przenikają się struktury trzech głównych wątków, przeplatają motywy historyczno-biblijne i proza życia radzieckiego społeczeństwa w Moskwie lat 30tych XX wieku, okraszone pojawieniem się szatana i jego świty... Wykorzystane zostały przy tym rozmaite techniki literackie, zaczerpnięte zarówno z baśni i przypowieści biblijnych, jak i satyry, groteski, czy wreszcie powieści kryminalnych. Nic nie jest oczywiste, wszystko jest możliwe... To jest właśnie szczególny urok tej książki, której nie da się odczytać dosłownie - próba wyjaśniania czegokolwiek przez tłumacza nie jest dobrym pomysłem. Drawicz na szczęście nie uległ pokusie, przetłumaczył książkę, starając się oddać wiernie wizję autora. 

Przy odczytywaniu zawoalowanych znaczeń przyda się oczywiście znajomość ówczesnych realiów życia w Związku Radzieckim - z pomocą przychodzi tutaj także obszerne posłowie pana Gondowicza. Przyznam, że o niektórych wydarzeniach dowiedziałam się właśnie z tego tekstu. Wyjaśniły one źródło niektórych pomysłów Bułhakowa, pozornie absurdalnych, a okazuje się, że zaczerpniętych wprost z życia. My mamy Bareję, Rosjanie - Bułhakowa :). Nawet jeśli nie wszystkie symbole i aluzje zostaną zrozumiane, warto przeczytać - każdy znajdzie i odczyta w tej książce coś innego.

*****

Kolejna książka, którą chcę Wam zaprezentować, to jedna z moich ulubionych powieści - dwutomowa norweska saga "A lasy wiecznie śpiewają" i "Dziedzictwo na Bjorndal". Należy do tych książek, do których wracam i za każdym razem odczytuję je nieco inaczej, odkrywam nowe przekazy, drugie i trzecie dna, zwracam uwagę na wątki czy momenty, które poprzednim razem umknęły mojej uwadze, albo nie uznałam ich za istotne.



Z noty wydawniczej: "Kultowa powieść skandynawska, która na długo zostaje w sercu! Przetłumaczona na trzydzieści języków, sfilmowana, sprzedana w ponad dwunastu milionach egzemplarzy." Z pewnością nie jest to powieść dla czytelników preferujących książki szybkie, łatwe i przyjemne. To prawdziwa norweska saga, wolno snująca się, nie pozbawiona jednak mocnych akcentów i głębokich uczuć, wielowątkowa historia kilku pokoleń - dwóch rodów, żyjących wśród dzikiej, surowej, północnej przyrody. W tej książce trzeba się zanurzyć, żeby ją poczuć.

Co mnie w tej powieści ujęło? Niesamowite opisy przyrody i doskonale nakreślone charakterystyki, a zwłaszcza portrety psychologiczne postaci. W miarę rozwoju fabuły poznajemy kolejnych bohaterów tak dokładnie, że niemal czujemy ich emocje, "słyszymy" ich myśli, znamy uczucia, rozterki i zamierzenia. Coraz mniej jest takich książek, gdzie występujące postaci są opisywane tak szczegółowo, że czytelnik nie musi się domyślać wszystkiego tylko po ich czynach i dialogach. To szczególna powieść, w której - czytając uważnie, bez pośpiechu - można się zatracić tak mocno, że świat realny przestaje istnieć, słyszy się śpiew wiatru, czuje zapach lasu... W tej opowieści jest wszystko, co towarzyszy człowiekowi - jego marzenia, lęki i obawy, żądza bogactwa i władzy, ciężka ustawiczna praca i próżniactwo, współczucie i pogarda, miłość i zawiść, czułość i obojętność, odpowiedzialność i zdrada, życie i śmierć, odwaga i tchórzostwo, walka z własnymi słabościami, emocjami...

Wracałam do tej powieści wielokrotnie. Ona pomaga poukładać sobie od nowa w głowie mnóstwo rzeczy, przywraca wiarę w ludzi, którzy mają honor i utrwalony tradycją kodeks moralny, są odpowiedzialni, cierpliwi, pracowici. Zdarza im się upaść, ale potrafią znaleźć siłę, żeby się podnieść, czasem przyznać do błędu, i pracować dalej, żyć mimo wszystko, budować nowe i odbudowywać zburzone. Jednocześnie jest to przepiękna opowieść o symbiozie człowieka z przyrodą, o szacunku dla niej, ale też o walce z nią. Niezwykle klimatyczna, wyjątkowej urody książka, napisana niezwykłym stylem i cudownym językiem. Doskonała na długie jesienne wieczory, albo na urlopowe leniuchowanie :).


*****

Skoro dzisiaj o książkach, to chciałam jeszcze na koniec nawiązać do poprzedniego książkowego wpisu (tutaj). Wspomniałam tam o biografii Józefa Czapskiego "Prawie nic" pióra Erica Karpelesa. Przyznałam się wówczas, że pewne spore fragmenty historyczno-wojenne przeskoczyłam po łebkach, bo to nie moja bajka, a o martyrologii w ogóle staram się nie czytać, naczytałam się w czasach szkolnych (i nie tylko w ramach lektur). Interesowały mnie losy Czapskiego-malarza, a nie - żołnierza. Niedawno wróciłam jednak do tej książki i przeczytałam bardziej wnikliwie te pominięte wcześniej fragmenty. I muszę zdjąć kapelusz przed autorem (Kanadyjczykiem!), który otworzył mi oczy i wyjaśnił kilka kwestii związanych z historią naszego kraju i narodu, o których jakoś wyjątkowo mętnie uczono mnie w szkole. Karpeles pisze bez mącenia poprawnymi politycznie interpretacjami, bez pomijania niewygodnych faktów, bez wybielania jednego i oczerniania drugiego. Chyba po raz pierwszy przeczytałam choćby tak jasny i obiektywny opis paktu Ribbentrop-Mołotow, o którym za moich szkolnych lat wzmiankowano tylko, że takowy był, bez wdawania się w szczegóły. Sposób, w jaki uczono mnie historii najnowszej, mącił wszystko tak beznadziejnie, że czasem trudno było znaleźć sens niektórych wydarzeń. Być może to było powodem mojej niechęci do przedmiotu... W książce o Czapskim okres międzywojenny i czas drugiej wojny światowej przedstawiony jest z pozycji obserwatora nie zaangażowanego jakoś szczególnie emocjonalnie, obiektywnego, bez tych wszystkich ideologicznych naleciałości, jakimi skażony bywa często polski komentator. Choćby tylko z tego powodu warto po tę książkę sięgnąć.

*****

Na okrasę tego książkowego wpisu mała ciekawostka - mój sagowiec, zwany także cykasem, który wypuścił za jednym zamachem aż dziesięć (!) nowych liści, co jest ewenementem u tego gatunku.


Jednocześnie starsze liście rozłożyły się bardziej na boki, w związku z czym trzeba będzie znaleźć dla niego odpowiedniejsze miejsce.



Cykasy rosną powolutku i w warunkach domowych wypuszczają jeden lub co najwyżej dwa liście rocznie. Nasz egzemplarz jest u nas na pewno ponad 10 lat, nie pamiętam dokładnie, i rzeczywiście do tej pory bardzo powoli przyrastał, nie wypuszczając rocznie więcej jak dwa nowe liście. A tu taka nagła liściowa obfitość! Co prawda wcześniej nieco przysechł podczas naszego urlopu, a wcześniej jeszcze lekko się przypiekł, wyniesiony beztrosko przez mojego męża na słoneczny taras, więc być może to właśnie pobudziło go do odrodzenia (spodziewam się, że te pożółkłe liście wkrótce całkiem zaschną). Zimę spędzają nasze doniczkowce w większości w ogrodzie zimowym, w którym temperatura jest naprawdę niska, bo nie ma tam stałego ogrzewania, jednocześnie jest dużo światła - mogą więc porządnie odpocząć i to im chyba bardzo odpowiada. Podobnie jest z aloesem - zaczął kwitnąć dopiero jak zapomnieliśmy o nim w ogrodzie (pokażę następnym razem, jak kwiat się bardziej rozwinie). Tak zwane cieplarniane warunki domowe jak widać niektórym roślinom wcale nie służą :). 

*****


niedziela, 13 czerwca 2021

Kocie sprawy.

Jak może pamiętacie - w naszym domku mieszka pięć kotów. A dokładniej - kotek, czyli kocich dziewczynek :). Bywało tego kociego towarzystwa dużo więcej, w porywach nawet do czternastu sztuk. I do niedawna były u nas także psy, jeden lub dwa. O naszych obecnych futrzakach pisałam niedawno w tym wpisie - "Konie i koty".


Balbinka w pooperacyjnym kubraczku.


Wszystkie nasze koty są sterylizowane. Z trzech najmłodszych koteczek, adoptowanych zbiorowo pod koniec roku 2019 (datę urodzenia mają wpisaną 1 sierpnia 2019) pierwsza została wysterylizowana Basiunia, mając zaledwie pół roku. Pani weterynarz trochę się zdziwiła, widząc tak małą kicię, ale Basia mimo młodego wieku miała już pierwszą ruję. Kocia nie mieszkała jeszcze wtedy u nas, a Balbince na razie odpuściliśmy zabieg, bo była znacznie drobniejsza niż Basia, a w dodatku taka zawsze spłoszona, lękliwa, autystyczna. Po rozmowie z weterynarzem ustaliliśmy więc, że na razie dostaniemy dla Balbinki tabletki, które zaczniemy podawać, jak pojawią się oznaki pierwszej rui. Tak też się stało. Tabletki podawaliśmy w sumie przez rok, odkładając ciągle decyzję o sterylce, bo taka jakaś ta Balbi ciągle malutka i wystraszona, nie chcieliśmy jej dodatkowo stresować i obciążać operacją. Wiem, że tabletki nie są najlepszą opcją, ale wydawało się, że rok to nie tak długo. Zaplanowaliśmy zabieg na lato, a dokładnie zaraz po wyjazdowym urlopie, który niespodziewanie udało nam się zorganizować na przełom maja i czerwca.

No i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie znana prawda, że jak się chce rozbawić Pana Boga, to trzeba mu opowiedzieć o swoich planach... Dwa dni przed wyjazdem zauważyłam, że Balbince coś kapnęło spod ogonka... mleczno-różowa kropla... A wcześniej była najpierw bardzo pobudzona (kocury akurat rozamorowane włóczyły się po okolicy), potem jakaś nieswoja, mało jadła, nawet się znowu zaczęłam wahać, czy jeszcze tej sterylizacji nie odłożyć... O ja głupia blondynka! 

To plamienie mnie zaniepokoiło, ale na drugi dzień nic się nie działo, miałam nadzieję, że to jakaś przejściowa sprawa. Jednak postanowiliśmy, że tak czy owak - natychmiast po przyjeździe idziemy z Balbinką do weterynarza na badanie i jak będzie można, to od razu robimy sterylkę. Syn miał za zadanie pod naszą nieobecność kotkę obserwować i w razie czego zawieźć czym prędzej do weta.

Trzy dni później, kiedy byliśmy na urlopowym dość dalekim wyjeździe, syn zadzwonił, że Balbinka jest w kocim szpitalu! Plamienie zrobiło się niepokojąco intensywne, zadzwonił więc z relacją do weta, pani doktor kazała od razu kota przywieźć, no i po zbadaniu powiedziała, że to ropomacicze i że dobrze, że szybko zareagował. W każdym razie, biorąc pod uwagę planowaną sterylizację, najlepszym rozwiązaniem w tym momencie było wycięcie chorego narządu. 

Uwaga! - ropomacicza można uniknąć dokonując sterylizacji, a więc im prędzej, tym lepiej! Dotyczy to zarówno kotek jak i suczek. Jeśli ktoś chce więcej się dowiedzieć o sterylizacji, jej zaletach itp, to zapraszam do tego wpisu, w którym te kwestie omawiałam, a przy okazji jest tam także więcej informacji o historii naszych koteczek:  "http://sztukawpapilotach.blogspot.com/2019/11/basia-i-balbinka-czyli-demolka-po.html . 




Kiedy przyjechaliśmy (5 dni po operacji) - koteczek był wystrojony w pooperacyjny kubraczek, trochę zniesmaczony brakiem możliwości wyjścia na dwór, ale generalnie w całkiem dobrej kondycji. Zaraz pojechaliśmy na kontrolę, Balbinka dostała jeszcze jeden zastrzyk z antybiotykiem, rana po operacji pięknie się goiła. 10-go dnia po operacji szwy zostały zdjęte i Balbinka uwolniona z kubraczka. Teraz na sterylkę czeka Kocia.

Tak na marginesie chciałam wspomnieć jeszcze o tym kubraczku, w którym widzicie Balbinkę na zdjęciach. Ze zdziwieniem dowiaduję się od czasu do czasu, że w niektórych rejonach Polski takie wdzianko nie jest jeszcze znane i nadal stosuje się uciążliwe dla zwierząt plastikowe kołnierze, popularnie nazywane abażurkami. Wiele lat temu nasza pierwsza kotka, która musiała przejść innego rodzaju operację, została po prostu obandażowana, bo kołnierzy wówczas jeszcze nie stosowano. To była istna masakra. Kot się oczywiście wyplątywał z wszelkich skomplikowanych zawojów, bandaże się za nim ciągnęły, rana była wylizywana szorstkim języczkiem, szwy wyskubywane... Pracowaliśmy oboje i nie było możliwości pilnowania kota przez 24 godziny na dobę. Tak wiec kilka razy dziennie trzeba było dokonywać odplątywania zwierzęcia z rozwłóczonych bandaży, a potem ponownego precyzyjnego zawijania i prób skutecznego wiązania... Próbowaliśmy też tworzyć we własnym zakresie jakieś ubranka, ale nie były to doskonałe konstrukcje i kot się konsekwentnie z nich uwalniał. Podobne historie były z kolejnymi kotkami, aż wreszcie pojawił się cudowny wynalazek - kołnierz ze sztywnego plastiku. Cudowny był dla ludzi, bo gwarantował zabezpieczenie przed samowolnym dłubaniem przez zwierzę koło rany, ale dla zwierzaków było to okropnie niewygodne. No i wreszcie, jakieś dziesięć lat temu, pojawiły się genialne w swojej prostocie kubraczki. Kawałek bawełnianej dzianiny "koszulkowej" przycięty w  kształt zbliżony do prostokąta, z dziurami na łapy, obszyty lamówką z troczkami do zawiązywania na pleckach. Po zawiązaniu - z tyłu pod ogonem pozostaje odpowiedni otwór na załatwianie potrzeb fizjologicznych, a całe ubranko w niczym zwierzaka nie krępuje. Niezwykle rzadko się zdarza samouwolnienie zwierzęcia z tej konstrukcji. Skuteczne i wygodne.

W ramach rekompensaty za operację i wszelkie niedogodności - pańcio kupił dla Balbinki domeczek osobisty :). Wydaje mi się co prawda, że domek został przewidziany raczej dla małych piesków, ale Balbince to nie robi różnicy. Przez pierwsze dwa dni podchodziła do niego nieufnie, bo kojarzył jej się prawdopodobnie z kontenerkiem, w którym jechała do weterynarza, ale trzeciego dnia zaczęła go ostrożnie obwąchiwać i w końcu weszła do środka, uznając domek za swoje królestwo.




No i tak to. Niby człowiek wie, o co kaman z tą kocią antykoncepcją, że sterylizacja (lub kastracja) jest najlepszym rozwiązaniem, a jednak... bywa i tak. 

*****

Na okrasę wpisu chciałam wrzucić kilka zdjęć z mojego ogrodu, ale tak prawdę powiedziawszy to oprócz zielonej masy niewiele jest ciekawych akcentów do sfotografowania i pokazania. Wiosenne kwiaty przekwitły, gdzieniegdzie tylko smętne brązowiejące resztki kwiatostanów do usunięcia, późniejsze roślinki dopiero się sposobią i ledwo rozchyliły nieliczne pąki... W pełni rozwinięte są jedynie irysy (chociaż niektóre też już przekwitają), które powyrastały niespodziewanie w różnych miejscach, bo bardzo późną jesienią, dzień przed pierwszymi przymrozkami, przypadkiem odkryliśmy zapomniane kłącza odłożone na chwilę... Mąż pośpiesznie powsadzał je więc gdzie bądź... I tak cud, że przeżyły tę poniewierkę :).


W tle stara altanka służąca obecnie jako drewutnia.


Mówiąc eufemistycznie - mój ogród jest w stylu... ekhm... angielskim :). A konkretnie oznacza to po prostu dzicz, częściowo tylko okiełznaną. Wynika to po pierwsze - z braku czasu na systematyczną pielęgnację, po drugie - z braku pasji ogrodniczej (owszem, czasem lubimy tam podłubać, ale nie żyjemy tylko sprawami ogrodowymi), po trzecie - świadomie chcemy trochę tej dziczy utrzymać, dla ptaków, pszczółek, jeży, padalców, żab i innych stworków, w większości pożytecznych.

Kiedy zakładaliśmy ten ogród, dzieci były małe, my na dorobku, więc niewiele mieliśmy czasu na zajmowanie się roślinami. Na niemal całym obszarze (działka razem z domem ma około 8 arów, taki mikry podmiejski ogródek) zasialiśmy trawę, koło tarasu był mały skalniak, a dookoła nieregularny żywopłot, częściowo z cyprysów, częściowo z daglezji (bo dostaliśmy sadzonki za jakieś śmieszne grosze), gdzieś w kącie kilka żywotników, kilka jałowców, trzmielina, berberys, cis, bez... brzoza, która sama wyrosła na granicy działki (dzisiaj jest dużo wyższa od domu). Takie bezobsługowe rośliny. Gdzieś pomiędzy trochę kwiatków odpornych na wszystko... Potem gdzieś tam dosadzało się - a to świerk conica, a to jodłę koreańską, a to świerki kłujące i srebrzyste, które wcześniej były choinkami świątecznymi... Lata mijały, drzewa i krzewy rosły, zaczęły nas przytłaczać, trzeba było to i owo wyciąć albo przynajmniej mocno przyciąć. W jakimś momencie uznaliśmy, że skoro dzieci odchowane, to mamy więcej czasu na ogród i myślenie o ekologii, środowisku itd. 

Więc zaczęliśmy wymieniać iglaki na drzewka i krzewy owocowe, założyliśmy kilka grządek warzywnych, pojawiło się więcej kwiatów. W jakimś stopniu do tych zmian przyczyniło się stopniowo oczko wodne, które zrobiliśmy w pierwszych latach. Z założenia miało to być oczko o dzikim charakterze, z nieregularnymi brzegami umocnionymi głazami przytarganymi z okolicznych pól, obrośnięte rozmaitymi roślinami, nad którymi czuwaliśmy tylko na tyle, żeby nam się za bardzo nie rozpełzły po całej okolicy. Do wody wpuściliśmy kilka kolorowych rybek... I się zaczęło. Po roku czy dwóch rybek było już spore stadko, zaczęły pojawiać się żaby i ropuchy, ślimaki rozmaite, ważki... 

Ogród żyje swoim życiem, odwiedzają nas ptaki - sójki, dzięcioły, sikorki, gile, rudziki, mazurki, kosy, szpaki i całe mnóstwo innych. Pewną część chwastów celowo zostawiamy, żeby ten ekosystem był w miarę możliwości różnorodny i zrównoważony. Kwiaty zostawiam pszczołom, innym bzykaczom i motylom. Lawendę przycinam stopniowo, tak żeby nie przerywając kwitnienia całej grządki umożliwić jej ponownie kwitnienie.  Nie zbieram kwiatów na bukiety czy inne ozdoby. Prawdę powiedziawszy zapach lawendy najbardziej lubię w ogrodzie, w naturze, a w domu niekoniecznie. Mam więc kwitnącą lawendę od maja/czerwca (w tym roku dopiero się zaczyna) do października, a wokół jej kwiatów nieustannie niezliczone roje pożytecznych owadów. Żywokost, którym nam się sam wysiał w dziwnym miejscu, między kamieniami, rośnie tam nie niepokojony przez nas od wielu już lat, bo pięknie wygląda i uwielbiają go trzmiele i pszczoły. Jestem z zamiłowania trochę zielarką (jak moja babcia), więc pozwalam rosnąć tu i ówdzie pokrzywom, mniszkom, babkom lancetowatym, dziurawcom, glistnikowi, skrzypowi... Trochę zbieram, zaparzam herbatki, suszę, maceruję, robię płukanki do włosów, dodaję do sałatek itd. Samo przyszło, a więc korzystam :).

Po powrocie z urlopu - z drogą w tę i z powrotem było tego razem 9 dni - weszłam w dżunglę! Nie poznałam własnego ogrodu! Ciepło i sporo opadów to rajskie warunki dla traw i rozmaitych zielsk, niekoniecznie pożądanych. Wyrósł istny busz! Co prawda przed wyjazdem nie mieliśmy zbyt wiele czasu na prace ogrodowe (zresztą z tym zawsze jest problem) i zostawiliśmy trawnik w stanie wołającym o kosiarkę (trawnika koszonego jest tylko tyci kawałeczek i kosimy go zawsze na najwyższym położeniu ostrza, ale jednak staram się nie dopuszczać do wykłoszenia traw na tym kawalątku, żeby się kępy nie robiły), a grządki i rabaty lekko zarośnięte nie tym co trzeba... Ale żeby te chaszcze wyskoczyły pół metra w górę w tak krótkim czasie, to się nie spodziewałam. No i oczywiście w jeden dzień tego nie ogarnę, więc na razie walczę z dziką przyrodą w centrum ogrodu, a tymczasem krzewów porzeczek pod płotem sąsiada już prawie nie widać zza wybujałych traw i innego ziela. Armagedon...! Na dodatek weekend mocno deszczowy i mogę sobie tylko patrzeć, jak ta dżungla rośnie w oczach. Ale niech pada! - po suchej zimie ziemia i rośliny tego potrzebują. Szczerze mówiąc wolę tak, niż afrykański upał od czerwca do września. 

*****




sobota, 22 maja 2021

Ptaki i duchy.

Być może w tytule wpisu powiało lekko grozą... ale spokojnie, to nie będzie dreszczowiec w stylu "Ptaków" Hitchocka czy inny horror z tajemnymi zjawami nie z tego świata ;). Chcę Wam dzisiaj pokazać obrazki z ptaszkami, ale każdy z tych obrazków skrywa pewną tajemnicę...



Inspiracjami - jak to często u mnie bywa - były fotografie znalezione na Pintereście, niewyczerpanej skarbnicy pomysłów :). Obrazki namalowane farbami olejnymi na twardych płytach o rozmiarach 30x40cm (A3). 

.Tym razem nie użyłam nowych podobrazi, tylko wykorzystałam wcześniejsze moje malunki, które mi się nie podobały. I tak oto - pod tym obrazkiem są malwy, które pokazywałam tutaj: "Malwy". Może nie był to najgorszy obrazek, ale mi się opatrzył, a ostatnio to w zasadzie leżał w stercie innych szpargałów i nie widziałam dla niego zastosowania. No to się teraz przydał :).



... a pod tym obrazkiem jest ukryta martwa natura w krzykliwych kolorach, którą pokazałam tutaj: "Martwa natura z dynią". Pierwotnie miała zawisnąć w kuchni, ale te kolory jednak pasują do mojego domu jak pięść do nosa, a im dłużej na to dzieło patrzyłam, tym mniej mi się podobało. To była jedna z akrylowych wprawek pod kierunkiem pana Tomka Wełny, spełniła swoją rolę i na tym koniec jej kariery. Teraz jest podobraziem do tego oto ptasiego portreciku rodzinnego.



Trudno to było sfotografować, a zwłaszcza oddać kolory, bo jest dużo błękitów i zieleni, ale też ciepłe rudości piórek ptasiej mamy i różowo-oranżowe gardełka maluchów. Manipulacje z filtrami spowodowały dziwne kontrasty tam gdzie ich nie ma i przeciwnie - rozmycie i rozjaśnienie innych partii (rodzice w realu mają dużo ciemniejsze, granatowe główki). Na pierwszym zdjęciu widać kawałeczek ściany - ona w naturze jest biała!!! Obróbka zdjęć nie jest moją mocną stroną, więc dałam w końcu spokój tym kombinacjom.

No i - wracając do tytułu posta - to jest właśnie cała tajemnica z duchami, ponieważ taki obraz namalowany wcześniej, a potem przykryty kolejnym obrazem, nazywany jest "duchem". Często się zdarza, że przy badaniu cennych dzieł sztuki konserwatorzy odkrywają głębsze warstwy farby, lub po nietypowej fakturze domyślają się, że pod właściwym obrazem może się skrywać coś jeszcze. Obraz jest więc prześwietlany promieniami rentgenowskimi, oglądany w podczerwieni itp., no i czasem okazuje się, że artysta zamalował swój wcześniejszy obraz (lub czasem - cudzy). I takie właśnie "duchy" są ukryte w moich obrazkach z niewinnymi ptaszkami :).

*****

Ostatnio wspominałam o mojej nowej pasji - patchworkach,. Dużo było oglądania zdjęć, przeglądania blogów, wzdychania, planowania, no i w końcu zabrałam się do roboty. Nie ukrywam, że powolutku mi to idzie, brak wprawy, wiadomo, a do tego jeszcze co chwila mam inną koncepcję i już sama nie wiem jak to ma ostatecznie wyglądać. W gruncie rzeczy prosty projekt zaczyna mi się komplikować, bo sama sobie dokładam w nim roboty. Nie szyję według żadnego konkretnego wzoru, pomysł jest mój w całości, w dodatku wielokrotnie modyfikowany w trakcie pracy - jeden totalny eksperyment. Łączę również rozmaite techniki. będzie między innymi aplikacja i haft... Mam nadzieję, że to się będzie nadawało do pokazania ;). A pokażę, dopiero jak skończę, proszę więc jeszcze o chwilę cierpliwości. 




*****

Przy okazji przypominam o zbiórce datków na przeżycie dla dwunastu kotków przygarniętych przez Drevniego Kocurka. Pisałam o tym w poprzednim poście. 

Powiem szczerze, że coś ciężko idzie ta zbiórka, więc trochę mnie to smuci... Po kilku pierwszych wpłatach dłuuugo nic nie przyrastało na koncie, dopiero niedawno pojawiły się nieśmiało nowe datki. Wiem, że nie każdy może się dorzucić, zwłaszcza większą kwotą. Ale to nie chodzi o zapełnianie całego koszyczka w pojedynkę. Dychę to chyba prawie każdy jest w stanie wysupłać (no dobrze, też nie każdy, ale napisałam przecież, że prawie każdy, a jak nie dyszkę, to piątaczka chociaż może, co...?). A dziesięć datków po 10 złotych, to już stówka. Ileż to dobra dla kotków można za to kupić!

No więc załóżmy, że mamy w kieszeni dychę, z którą bylibyśmy może nawet w stanie się rozstać, przeznaczając ją na jakiś szlachetny cel... Więc co jeszcze jest potrzebne? Potrzebne jest dobre serce dla kociaków. Bo sama operacja wpłaty nie jest ani trochę skomplikowana ani czasochłonna. Z profilu zbiórki, do której niżej podaję link, można wybrać (lub wpisać) dowolną kwotę i przenieść się automatycznie na stronę swojego banku, zalogować się, zaakceptować przygotowany automatycznie przelew i już. Trzy minuty wszystko razem, prościzna. Do wyboru zresztą jest jeszcze kilka form płatności, karta bankowa, zwykły przelew, co kto woli. 

Liczy się każda wpłata, bo grosz do grosza... wiadomo. Drevni Kocurek utrzymuje przygarnięte kocie biedaki w niewielkim mieszkaniu, za własną skromną wypłatę, okrojoną jeszcze drastycznie z powodów dokładniej znanych pracodawcy, a tłumaczonych wiarygodnie pandemią, zastojem w branży i ogólnym kryzysem. Nie pozwólmy, żeby ten kryzys odbił się na kotkach, które potrzebują nie tylko ciepła i miłości, ale też zwyczajnej strawy (która kosztuje), niektóre kotki - karmy specjalistycznej (wiadomo - droższej), czystej kuwety (żwirek też kosztuje) i leczenia (a to czasem kosztuje jeszcze więcej). Zbiórka jest na POMAGAM.PL pod tym adresem: 

https://pomagam.pl/3mcmefi

Zapraszam!

To tylko dwa z kotków mieszkających u Drewniego Kocurka.
 A oprócz nich jest jeszcze dziesięć do wykarmienia!


*****

poniedziałek, 3 maja 2021

Konie i koty.

Jakoś nie mogę się rozkręcić z blogowaniem w tym roku. Częstotliwość publikowania wpisów spadła mi drastycznie... nie o statystyki zresztą chodzi, a o kontakt z życiem blogowym. Chyba to ogólnoświatowe pandemiczne spowolnienie odbija się nawet na tak prostych i przyjemnych działaniach, jak aktywność na własnym blogu. Ale nie będę tu marudzić, przejdźmy do obrazka, bo dawno nie pokazywałam żadnych malunków. Dzisiaj zatem prezentuję Wam obraz ukończony dosłownie przed chwilą. 



Konie mnie nigdy nie zawiodły. Mam na myśli konie malowane, rysowane. Zawsze lubiłam je malować, a nawet jak ich wizerunki wychodziły mi nie całkiem idealnie, to i tak byłam zadowolona, bo samo malowanie tych pięknych zwierząt niezmiennie jest dla mnie wielką przyjemnością. Konie są niezwykle wdzięcznymi obiektami malarskimi - dlatego co jakiś czas wracam do tego tematu. 

Ten obraz zaczęłam malować kilka tygodni temu, ale w natłoku innych obowiązków musiałam na jakąś chwilę przerwać... A w międzyczasie kupiłam album Sławomira Szeredy, o którym wspominałam w poprzednim poście. Album z przepięknymi portretami koni, malowanymi akwarelami, a w zdecydowanej większości - po prostu rysowanymi ołówkiem. Ale jakież to piękne rysunki! Obejrzenie tych wspaniałych obrazów zmotywowało mnie do dokończenia mojego dzieła :). 


Obraz inspirowany zdjęciem znalezionym na Pintereście, namalowany farbami olejnymi na tzw. podkładzie malarskim (płótno naciągnięte na płytę - lubię ten typ podłoża, bo jest bardzo stabilne, a płótno dość gładkie i dobrze zagruntowane). Rozmiar 50x70 cm.

Od malowania odciągało mnie mnóstwo rzeczy, wiadomo - praca, dom, ogród itd... Ale przyznam się, że było też wielogodzinne surfowanie po Pintereście i innych głębinach internetu... Tyle tam fantastycznych inspiracji! Najnowsza moja miłość to patchwork. Tkaniny artystyczne uwielbiam i podziwiam od zawsze, nawet kiedyś coś tam próbowałam tkać i łączyć z innymi tworzywami.  Ale o patchworkach napiszę w kolejnym wpisie, obiecuję że dłuższym :). 



Z powodu, o którym powiem na końcu, chciałam pokazać Wam dawno nie widziane tutaj moje koteczki, ale nie wszystkim dało się w ten deszczowo-leniwy dzień zrobić zdjęcia. Na razie jeszcze mieszka z nami ciągle pięć sztuk (Kocia wyprowadzi się ze swoim państwem, czyli z młodymi, jak w końcu zrobią to mieszkanie po dziadku). Sfotografować dały się dzisiaj tylko trzy, Basia i Sabcia śpią cały dzień w altance, albo zaszyte w zakamarki gospodarczej wiaty i odmówiły współpracy. Lecimy według starszeństwa:

Czarnuszka najstarsza, w czerwcu skończy 16 lat. Słabowita już z niej emerytka, całymi dniami śpi na wielkim, rozłożystym fotelu zaopatrzonym w podgrzewaną matę, prawie się stamtąd nie rusza. Jej królestwem jest ogród zimowy, ma tam swoje kocyki i miseczki, i pilnujemy, żeby jej reszta kociej hałastry nie przeszkadzała.

Czarnuszka


Sabinka - właśnie świętuje 5 urodzinki. We wczesnej młodości była największą kocią rozrabiarą w okolicy, teraz już trochę się utemperowała. Pieszczoszka pańcia, sypia zwykle w jego łóżku, ale generalnie jest na nas lekko obrażona, bo poziom zakocenia domu spowodował, że jej królowanie nie jest już takie bezdyskusyjne. Trikolorka w typie hieny, czyli cętkowana. Fotka inną razą, bo pannica przesypia dzień w szopce.


I trzy (prawie dwuletnie) siostrzyczki, których historię opowiadałam tutaj: "Basia i Balbinka, czyli demolka po kociemu" :

Basiunia, która nas sobie sama wybrała, najbardziej przytulaśna i zarazem najodważniejsza z całej trójki. Lubi spać na człowieku. Bardzo żarłoczna, niezły już z niej klocuszek :). Ale z tej trójki to ona właśnie pierwsza została wysterylizowana, bo pierwszą ruję miała zaraz po  szóstym miesiącu życia. Często koty po sterylce robią się bardziej "kanapowe", trzymają się domu, mniej wędrują a więcej jedzą. Typowy pręgowany burasek. Dzisiaj bez foty.

Balbinka, autystyczna i zawsze spłoszona trikolorka, najmniejsza z naszych kotków, ale za to największa powsinoga, ciągle się gdzieś włóczy. Ulubione miejscówki ma poza domem, a w domu do spania służy jej suszarka na pranie, gdzie w końcu trzeba było zainstalować dla niej kocyk, żeby nie spadała z niej razem z suszącymi się rzeczami. Siłą rzeczy na wieszanie prania zrobiło się mniej miejsca. Balbunia właśnie jest szykowana do sterylki, ale na razie dostaje tabletki, podobnie jak Kocia. Balbi to moja ulubienica, ślicznie umaszczona (na zdjęciach nie widać białych łapeczek), jest przeurocza ze swoim wiecznie zdziwionym pyszczkiem i białymi wąsikami:).

Balbinka



Kocia, która jest de facto koteczką naszego syna i jego dziewczyny, przejściowo w naszym domku na gościnnych występach (na czas słynnego już remontu). Największa domatorka, przy temperaturze poniżej 10 stopni w ogóle nie wychodzi z domu. Ma zresztą najdelikatniejsze, jedwabiste futerko, więc pewnie bardziej marznie niż reszta futrzaków. Najlepsze miejscówki to parapety wewnętrzne i ogród zimowy, skąd ma dobry widok na podwórko.


Kocia




I teraz czas wyjawić, po co ja tu dzisiaj o tych kotach... Pięć kotów to jeszcze nie tak dużo. Ale Drevni Kocurek ma ich aż dwanaście sztuk, przygarniętych z dobrego serca biedaków, niegdyś przez kogoś porzuconych, schorowanych. Teraz mają ciepły domek, są bezpieczne, kochane, dopieszczane, karmione i leczone... ale niestety - za coraz mniejszą w pandemii pensję. Możliwości opiekunki tego mruczącego tuzina futrzaków powoli się kończą, a przecież kotków nie można wyrzucić na bruk, ani przestać leczyć, trzeba je codziennie nakarmić, wymienić żwirek... Więc w imieniu Kocurka proszę Was o pomoc, drobne finansowe wsparcie dla kociaków, na karmę i lekarstwa - zbiórka jest na POMAGAM.PL, tutaj link - https://pomagam.pl/3mcmefi - każda wpłata się liczy, grosz do grosza i kotki nie będą głodować. Hej, czy są tutaj kociarze?! Kochani, dorzućcie co-nieco do kociego koszyczka u Drevniego Kocurka!

*****



czwartek, 1 kwietnia 2021

Książki - nie tylko o sztuce. Boznańska, Łempicka, Czapski, Konopnicka, Szymiczkowa i inni.

Po ponad rok trwającym kryzysie czytelniczym niedawno wróciłam do dość intensywnego czytania. Sama nie potrafię precyzyjnie wskazać przyczyny tej długiej przerwy - pierwszy raz coś takiego mnie dopadło. Najpierw przypisywałam to przemęczeniu wzroku, ale zmiana okularów nie pociągnęła za sobą poprawy czytelniczej statystyki. Po prostu przez jakiś czas nie mogłam sobie znaleźć interesującej lektury, wydawało mi się, że wszystkie wartościowe pozycje już przeczytałam, a poziom najnowszej, nowomodnej literatury zbyt często napawał mnie zgrozą i zniechęceniem do dalszych poszukiwań. A przecież ileż można czytać klasykę...! 

No i ostatnio znalazłam sobie odpowiednią dla mnie półeczkę - z biografiami. Oczywiście najchętniej sięgam po życiorysy i wspomnienia malarzy i innych postaci ze świata szeroko pojętej kultury i sztuki, ale ciekawią mnie także opowieści o przemysłowcach, naukowcach, innych ludziach wybitnych, z tym że najmniej - o politykach, chociaż i tutaj można znaleźć trochę ciekawych historii.

Część z tych książek, które przeczytałam ostatnio, kupiłam pod wpływem opinii przeczytanych na zaprzyjaźnionych blogach. Chciałabym więc także podzielić się z Wami moimi wrażeniami z lektury, bo może i kogoś z moich miłych gości zaciekawi któraś pozycja.

Zaczęłam kiedyś na blogu prowadzić taki cykl "książki o sztuce" (tutaj można znaleźć posty z cyklu) - tytuł dzisiejszego wpisu nawiązuje więc do tamtego projektu, ale nie będzie to - tak jak dawniej - obszerna recenzja tylko jednej pozycji, lecz raczej krótkie notki o kilkunastu książkach, no a książki... nie tylko o sztuce, niektóre z nich są tylko do czytania, inne wyłącznie do oglądania, a w niektórych znajdzie się i coś dla oczu, i coś dla duszy :).

Oto mój pierwszy stosik, który chcę Wam zaprezentować (od razu zdradzam, że będą dwa i... coś jeszcze na koniec):


To lecimy po kolei...


"Boznańska. Non finito" - Angelika Kuźniak.

W nocie wydawniczej napisano, że Angelika Kuźnak jest mistrzynią biografii. I nie da się temu twierdzeniu zaprzeczyć - autorka zgromadziła ogromną ilość materiałów źródłowych, dotarła do wielu świadków, przekopała się przez piramidy archiwalnych listów i zapisków. Co chwila podaje konkretne źródło informacji - nazwisko świadka lub rodzaj dokumentu. Niewątpliwie jest to więc najbardziej wiarygodna biografia, jaką można sobie wyobrazić, w dodatku naszpikowana naprawdę niesamowitą ilością szczegółów z życia wielkiej malarki. 

Jeśli zaś chodzi o samą Boznańską - z kart tej książki wyłania się zupełnie inna kobieta, niż ją sobie wyobrażałam na podstawie podręcznikowych notek, krótkich artykułów publikowanych przy okazji wystaw, lub omawiających poszczególne dzieła artystki. Jednocześnie uświadomiłam też sobie, że kojarzę Boznańską tak naprawdę z niewielką liczbą obrazów, tych, które mi się najbardziej podobały i zapadły w pamięć: mój ulubiony - "Imieniny babuni", "Dziewczynka z chryzantemami", "Bretonka", autoportrety, obrazy z wnętrza pracowni, kilka innych portretów... Wydawało mi się, że była zdziwaczałą starą panną, spacerującą po Paryżu w starożytnej sukni z trenem i tiurniurą modną niemal sto lat wcześniej, stroniącą od ludzi, z melancholijno-depresyjną naturą... Tak mniej więcej przedstawia ją wiele artykułów skupiających się na jej obrazach, a nie na niej samej.

Tymczasem biografia pióra pani Kuźniak wprowadza nas w niezwykle plastycznie ukazany codzienny świat malarki, która okazuje się być osobą ogromnie towarzyską, otoczoną wianuszkiem licznych wielbicieli (co nie zmienia faktu, że nigdy nie wyszła za mąż), rozdającą pieniądze wszystkim potrzebującym, dokarmiającą liczne stadko zamieszkujących pracownię białych myszek, kochającą zwierzęta i ludzi, a nade wszystko - malarstwo!  Pasjonująca, bardzo wciągająca lektura, zwłaszcza dla wielbicieli malarstwa Olgi Boznańskiej. Książka ilustrowana jest licznymi fotografiami przedstawiającymi malarkę w różnych okresach jej życia, szkoda tylko, że niewiele jest reprodukcji jej obrazów, bo uczta duchowa byłaby pełna.


"Marlena. Błękitny anioł w garniturze". C. W. Gortner.


Nie jestem fanką Marleny Dietrich, zresztą jej epoka dawno minęła, nie ogląda się dzisiaj na co dzień filmów z jej udziałem... Ale pamiętam z dawnych lat, kiedy w telewizji zamiast sitcomów i bigbrotherów różnej maści (dla niepoznaki pod coraz to nowymi tytułami) emitowano czasem stare dobre filmy. Trudno zaprzeczyć - Marlena Dietrich zawsze robiła wielkie wrażenie. Zapisała się w dziejach światowej kinematografii jako gwiazda wielkiego formatu. O jej życiu wiedziałam jednak niewiele, pamiętając tylko jakieś urywki, na przykład o tym, że nie chciała grać dla Hitlera i zdecydowanie odcięła się od nazistowskiej ojczyzny.

Książka jest zbeletryzowaną biografią, napisana żywo, ciekawie, wciąga od pierwszego rozdziału - może to zresztą zasługa niezwykłego, burzliwego życia Marleny. Wyrwała się z biedy i - dzięki determinacji, ciężkiej pracy, pasji i braku zahamowań - doszła bardzo wysoko. Błyskawiczna kariera wiązała się z jednej strony ze sławą, blichtrem, pieniędzmi, a z drugiej - zawirowaniami w życiu osobistym i uczuciowym. Liczne romanse, zarówno z mężczyznami, jak i z kobietami, brak rodzinnej stabilizacji (mimo, że miała męża i córkę), wojaże po świecie... Potem czas wojny - Marlena jedzie na front, śpiewa dla żołnierzy i to nie tylko na scenie, ale też przy łóżkach ciężko rannych, w szpitalach polowych. W jej biografii mnóstwo jest momentów budzących skrajne emocje w czytelniku. Książka zapada w pamięć i w serce. Znakomita lektura, serdecznie polecam.

"Śladami Tamary Łempickiej. Tamara oczami Tatiany" Tatiana de Rosnay.

W przeciwieństwie do dwóch wcześniej wspomnianych pozycji - to nie za bardzo jest książka do czytania, raczej tylko do oglądania. Treści mało i nieciekawie podana, zwłaszcza jeśli mamy już jakieś podstawowe wiadomości na temat artystki. Tamara Łempicka nazywana jest królową art deco, jej obrazy osiągają obecnie zawrotne ceny. Pokusa zabłyśnięcia blaskiem odbitym od jej sławy jest więc niezwykle silna. Nie oparła jej się pani de Rosnay i wyprodukowała dość udany w warstwie graficznej album z reprodukcjami obrazów Łempickiej. Córka autorki zaś zrobiła do albumu serię wystylizowanych zdjęć, mających oddać ducha epoki. 

Niestety, panie poszły na łatwiznę. Po pierwsze - nie jest to z pewnością biografia warta uwagi, ponieważ dowiadujemy się jedynie tyle, co można wyczytać w internecie wpisując hasło Tamara Łempicka. Autorka próbuje uatrakcyjnić wątłą treść, stosując formę monologu, czy też listu, skierowanego do malarki, sugerując czytelnikowi jakąś osobistą duchową (aczkolwiek jednokierunkową) więź z artystką. Nadmiernie podkreślone aspekty erotyczne życia prywatnego Tamary Łempickiej, chyba na zasadzie, że seks zawsze się dobrze sprzedaje, za to niewiele ciekawostek biograficznych, nie mówiąc już o warsztacie malarskim, bo na tym pani Rosnay chyba się nie zna. Kilka stron poświęconych jest rozważaniom autorki pod drzwiami domu, w którym kiedyś Łempicka miała pracownię. I zdjęcie pani Rosnay pod tymi drzwiami, na całą stronę. Nawet nie zadała sobie trudu, żeby dowiedzieć się czegoś więcej, choćby które konkretnie okna należały do tej pracowni - sama pisze o tym wprost. Na kilku stronach. Dla mnie to trochę irytujące zabiegi, mające napompować sztucznie zawartość książki, a nie wnoszące nic do mojej wiedzy na temat Tamary Łempickiej. Ktoś słusznie napisał w jednej z recenzji, że za mało jest w tej książce Łempickiej, a za dużo de Rosnay. Fotografie Charlotte de Rosnay służą zaś chyba tylko promocji fotografki, niektóre zupełnie bez sensu. Poniżej próbka:

 


Jedyna zaleta tej pozycji to doskonałe reprodukcje obrazów Łempickiej i świetna jakość wydania. 

"Europa w rodzinie. Czas odmieniony". Maria Czapska.

Teraz zdecydowanie coś do czytania, chociaż jest też mnóstwo zdjęć z archiwów rodzinnych. Dwie książki zebrane w jeden tom. Znakomita saga rodu Czapskich, napisana przez jedną z jego przedstawicielek, a więc autentyczne wspomnienia, całkiem sprawnie napisane, z mnóstwem szczegółów, które niezwykle plastycznie pokazują czytelnikowi życie codzienne tej mocno rozgałęzionej, arystokratycznej, a zarazem kosmopolitycznej rodziny, a przez ten pryzmat - burzliwe dzieje Europy końca XIX i niemal połowy XX wieku. Doprawdy można się podczas tej lektury wiele razy mocno zdziwić, jak daleko (i wysoko) sięgały powiązania rodzinne i wpływy tego rodu. Przy tym - ta książka to niezwykle interesujący obraz dziejów ówczesnej Europy, z dość specyficznego punktu widzenia, pokazujący detale, o których milczy oficjalna historia. Przeczytałam jednym tchem, zaskoczona niezwykłym realizmem opisanych wydarzeń. Fascynująca historia upadku arystokracji w okresie międzywojennym. 

Opowieść Marii Czapskiej jest zarówno świetnym dokumentem, jak i wspaniałą, literacką opowieścią. Na początku jest co prawda mnóstwo nazwisk i dat, ale można się w nich dość łatwo odnaleźć z pomocą dołączonego drzewa genealogicznego. Później są historie z codziennego życia w majątku w Przyłukach, podróże po Europie, dykteryjki i anegdoty o wujkach i ciotkach, rodzeństwie i kuzynostwie, i tak dalej... I wreszcie lata wojenne, emigracja... Maria była zawsze mocno związana z bratem, Józefem, więc sporo wspomnień jest związanych z jego losami. Po przeczytaniu historii rodu Czapskich naturalną koleją rzeczy sięgnęłam więc po biografię Józefa Czapskiego - malarza.



"Prawie nic. Józef Czapski. Biografia malarza". Eric Karpeles.

Malarstwo Józefa Czapskiego nigdy mnie jakoś szczególnie nie pasjonowało. Kojarzyłam oczywiście jego nazwisko, głównie z grupą "kapistów" - polskich młodych malarzy, którzy - dzięki pieniądzom zebranym przez tzw. Komitet Paryski (od pierwszych liter pochodzi nazwa "kapizm", "kapiści") wyjechali do Paryża na 7 lat, a po powrocie wnieśli do polskiego malarstwa elementy postimpresjonizmu. Kiedy wspomniałam o nim w rozmowie z mężem, on skojarzył od razu Czapskiego z okresem wojennym - Czapski był bowiem więźniem obozów w Starobielsku i Griazowcu, napisał wspomnienia z tych czasów, później był członkiem komisji badających zbrodnię katyńską. Po wojnie osiadł w Paryżu, współtworzył "Kulturę". Barwna postać, dotąd mało mi znana.

Autor biografii, Eric Karpeles (także malarz i ponadto pisarz), trafił na nazwisko Czapskiego za sprawą wydanych w postaci książkowej notatek Czapskiego, które były zapisem wykładów o Prouście, jakie wygłaszał w języku francuskim (z pamięci) dla współwięźniów w obozie w Starobielsku - z potrzeby obcowania z kulturą, robienia czegoś normalnego w tych nienormalnych warunkach. Karpeles zaś był fanem Prousta i zbierał właśnie materiały do książki o nim, kiedy ktoś mu podsunął notatki Czapskiego. Karpeles sam pisze: "Jednego dnia nic o nim nie wiedziałem, a następnego całkiem mną zawładnął". Ta fascynacja zaowocowała niezwykle obszerną, drobiazgową biografią Czapskiego. 

No i muszę się przyznać, że chociaż chylę czoła przed autorem, który wykonał naprawdę kawał dobrej roboty - nie przeczytałam tej pozycji w całości. No cóż, nie jestem fanką historii, zwłaszcza tej wojennej, wojskowej i politycznej. Dlatego te obszerne rozdziały pominęłam lub wręcz "przeskoczyłam". O wiele bardziej ciekawiły mnie koleje losu malarza, jego twórczość, najpierw z kapistami, później - już po wojnie - indywidualna, konsekwentna, według narzuconego sobie rygoru praca artystyczna. To imponujące i motywujące. 

Myślę, że z czasem będę wracać do tej książki i stopniowo przeczytam także te pominięte teraz fragmenty. Bo warto. Sporo ilustracji - fotografie i pokaźny zestaw reprodukcji prac Czapskiego.

"Miłość jest warta starania. Rozmowy z mistrzami". Justyna Dąbrowska.

Przeczytałam gdzieś entuzjastyczną recenzję tej książki. Wiec kupiłam w ciemno. Po wstępnym przejrzeniu miałam jednak wątpliwości. Zbiór rozmów/wywiadów, a w nich powtarzające się te same pytania, takie dość ogólne, o życiu, o to, co w tym życiu jest najważniejsze,  trochę jak ankieta.... hmmm... No, ale dajmy jej szansę. Więc przeczytałam.

Rozmówcami autorki są między innymi: Andrzej Strumiłło, Kazimierz Kutz, Ryszard Horowitz, Tadeusz Rolke... Dopiero po czwartym chyba rozdziale zorientowałam się, co łączy te wszystkie osoby. Otóż jest to pokolenie dzisiejszych niemal (lub ponad) 90-latków! Każde z nich przeżyło jedną lub dwie wojny, bagażem doświadczeń mogliby obdzielić tysiąc osób. W rozmowach opartych o podstawowy zestaw pytań przewijają się wątki z niezwykłych życiorysów tych wszystkich fascynujących postaci ze świata nauki, kultury, sztuki... Co ciekawe - niemal wszyscy oni są u schyłku życia nadal aktywni, praca, którą wykonują, jest wciąż ich pasją. Są rozmowy o przemijaniu, sensie życia, śmierci, niezwykłe przemyślenia, mądre uwagi. I uderzająca pogoda ducha, kontrastująca z powszechną tendencją do narzekania i krytykowania wszystkiego i wszystkich. Na pytanie, co jest w życiu najważniejsze, odpowiadają różnymi słowami, ale zazwyczaj okazuje się, że najważniejsza jest miłość, pasja, rodzina. Fascynująca książka, do czytania i wracania do niej.


"Maria Konopnicka. Rozwydrzona bezbożnica". Iwona Kienzler.

Słyszałam o tej książce dawno temu, więc jak mi wpadła w oko przy okazji zakupów internetowych, to bez namysłu wrzuciłam ją do koszyka. 
Niektórzy kojarzą Konopnicką niemal wyłącznie z "Rotą", uznając ją za wieszczkę narodową. Innym przypomina się jeszcze traumatyczna lektura szkolna "Nasza szkapa". A ja pamiętam głównie piękną baśń o "O krasnoludkach i o sierotce Marysi", "Na jagody" i "Szkolne przygody Pimpusia Sadełko". W każdym razie to wszystko daje obraz natchnionej poetki, matki-Polki, pobożnej matrony i przykładnej obywatelki. 

Tymczasem okazuje się, że życie osobiste Marii biegło zupełnie innym, całkiem nieporządnym torem. Owszem, była matką sporej gromadki dzieci i potrafiła się nimi doskonale zajmować aż do ich dorosłości, pomagała nawet mężowi, z którym się zresztą de facto dość szybko rozstała, był bowiem dla niej raczej kulą u nogi, nie potrafiąc nawet sensownie poprowadzić swoich interesów. Maria tymczasem była zaradna, energiczna, aktywnie szukała pracy, znała 6 języków obcych, wykonywała rozmaite zajęcia, starając się jednak żyć z pisania. Jej życie to ciągłe przeprowadzki, rozmaite romanse, związki ze znacznie młodszymi mężczyznami, ale także (podobno) z kobietami. Między tym wszystkim stała troska o dzieci, które przynosiły jej sporo zmartwień i kłopotów, chociaż może czasem polegało to tylko na niespełnieniu matczynych projektów. Wiele jej decyzji i wyborów było dość kontrowersyjnych, naraziła się też kościołowi, ponieważ nie uznawała instytucjonalnego pośrednictwa między Bogiem a wiernymi, krytykowała kler bez przebierania w słowach. To miedzy innymi spowodowało, że z ambon nazywano ją bezwstydną bezbożnicą.

Książka bardzo ciekawa, zdziwiły mnie niektóre krytyczne recenzje, ale dotyczyły one głównie źródeł, ponieważ podobno jest to kompilacja tekstów już znanych. No cóż, dla mnie to była pierwsza przeczytana biografia Konopnickiej, więc nie mam porównania, a czytało się ją świetnie :).

"Autobiografia Alicji B. Toklas". Gertruda Stein.

Ta książka załapała się na zdjęciu, bo dopiero co ją kupiłam, ale jest to drugie wydanie, jakie nabyłam, ponieważ poprzednie mocno się zużyło i trzeba było je wymienić. Książka, do której z wielką przyjemnością wracam co pewien czas. Tak naprawdę jest to autobiografia samej Gertrudy Stein, znanej kolekcjonerki i mecenaski wielu malarzy, przyjaciółki między innymi Picassa, w której salonie spotykało się mnóstwo sław pierwszej połowy ubiegłego stulecia. Obszerniej o książce pisałam tutaj - klik! Jedyny mankament obecnego wydania -  poza okładką żadnych ilustracji, zdjęć lub reprodukcji obrazów.


A teraz dwie książki z obrazkami, czyli bardziej do oglądania niż czytania.


"Sławomir Szereda. Konie rysowane".

Nazwisko Szereda nie jest mi całkiem obce, parę razy natknęłam się w internecie na piękne, realistyczne rysunki koni tego artysty, ale jakoś nigdy nie zagłębiłam się w całkoształt jego twórczości. Ten pięknie wydany album znalazłam dość przypadkowo, przeczesując którąś z internetowych księgarni w poszukiwaniu ciekawych albumów z malarstwem - raz na jakiś czas robię sobie taki prezent :).


Jest to typowy album formatu mniej więcej A4, zawierający na 135 stronach ponad 120 reprodukcji cudownych rysunków i akwareli. Jedyny temat tych prac to konie, głównie arabskie, w większości (lub może nawet wszystkie) ze stadniny w Janowie. Szereda maluje i rysuje konie od 40 lat, jego prace były prezentowane na niezliczonych wystawach i zdobią prywatne kolekcje wielu znamienitych osób na całym świecie. 




Sama bardzo lubię malować/rysować konie, więc ten album oglądam z ogromną przyjemnością. Świetnie wydany, może być doskonałym prezentem, chociaż tani nie jest (mnie się udało upolować go w dobrej promocji). 

"Rośliny i zwierzęta. Atlasy historii naturalnej w epoce Linneusza".

Bardzo ciekawy i przepięknie wydany album, w którym zgromadzono ogromną ilość ilustracji, w tym część z atlasów przyrodniczych, sprzed nawet 200 lat. W tamtych czasach przyrodnik nie miał aparatu fotograficznego, więc efekty swoich obserwacji musiał umieć możliwie realistycznie przedstawić przy pomocy pióra, ołówka, akwareli. Wymagało to oczywiście obok wiedzy przyrodniczej - także talentu plastycznego i dodatkowo ogromnej cierpliwości. Część pokazanych w albumie ilustracji jest zresztą dziełem artystów malarzy, których pasją było właśnie obserwowanie przyrody. Niektóre rysunki były potem powielane przez rytowników, którzy na podstawie oryginałów przygotowywali matryce do druku (drzeworyty, częściej miedzioryty, lub bardziej skomplikowane techniki). Część z nich była potem jeszcze ręcznie kolorowana gwaszami lub akwarelami. Tytaniczna wręcz praca. I jak to się ma do dzisiejszej fotografii cyfrowej...?



Album jest bardzo ciekawy także od strony technicznej, wydano go bowiem na niepowlekanym papierze o wysokiej gęstości, w kolorze naturalnej bieli, co pozwoliło na możliwie najwierniejsze oddanie kolorów i szczegółów oryginalnych ilustracji. Z kolei specjalnie dobrany papier z recyklingu, przypominający nieco grubą, zwartą i sztywną, doskonałej jakości tekturę, posłużył do wykonania pięknej okładki, z bajecznie kolorową ilustracją i wytłoczonym tytułem.

Może warto wspomnieć o autorze tego całego projektu. Krzysztof Radoszek jest absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, z zawodu i pasji jest designerem. Jego specjalnością są właśnie artystyczne projekty wydawnictw albumowych i oryginalne kampanie wizerunkowe ważnych instytucji kultury. A jednocześnie jest entuzjastą nauk przyrodniczych, przyrodnikiem amatorem, uważnym obserwatorem. Takie połączenie gwarantuje uzyskanie genialnego efektu w postaci wyjątkowego, niesamowitego wręcz albumu ilustracji przyrodniczych. Piękna rzecz :).

*****

To teraz drugi stosik, a raczej wachlarzyk :).

"Tajemnica domu Helclów" (i kontynuacja). Maryla Szymiczkowa.

Lubię kryminały dobrze napisane, ładnym, literackim językiem, z rozbudowanym scenariuszem, nie ograniczonym wyłącznie do morderstwa, okraszonego co najwyżej tanimi, acz dobrze sprzedającymi się, efektami - w postaci hektolitrów krwi lub długich opisów wyuzdanego seksu. Sama tajemnica, wątek kryminalny - to nie jest najważniejsze. Na tym powinna być jeszcze osnuta ciekawa, pięknie opowiedziana historia. Jakieś interesujące tło socjologiczne lub plastycznie przedstawione miejsce, otoczenie, dekoracje. Interesujący ludzie. 

I tak właśnie napisana jest seria kryminałów autorstwa Maryli Szymiczkowej, a tak naprawdę duetu - Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego. Zachęcona dobrymi recenzjami na zaprzyjaźnionych blogach kupiłam za jednym zamachem cztery kolejne tomy: "Tajemnica domu Helclów", "Rozdarta zasłona", "Seans w domu egipskim" i "Złoty róg". Kiedy zaczęłam czytać pierwszy tom - już po pierwszym rozdziale wiedziałam, że czeka mnie literacka uczta :). 


Każda z powieści stanowi odrębną całość, jednak czytanie ich po kolei pozwala na lepsze poznawanie postaci, które występują w każdym tomie. Główną bohaterką jest profesorowa Zofia Szczupaczyńska, którą ktoś w recenzji nazwał polską panną Marple. Rzecz dzieje się w Krakowie przełomu XIX i XX wieku, mamy wspaniale sportretowanych przedstawicieli ówczesnej śmietanki towarzyskiej, ale i urzędników, służących, artystów. Dla mnie to dodatkowa gratka, bo obok rewelacyjnie oddanego krakowskiego klimatu tamtych czasów mamy także pojawiające się gęsto postaci świata kultury i sztuki, z Matejką, Wyspiańskim, Tetmajerem czy Rydlem na czele.

Poza tymi estetycznymi wrażeniami jest oczywiście w każdym tomie nowy wątek kryminalny, wspaniale poprowadzony, z zaskakującym zakończeniem i rozwiązaniem. Zofia Szczupaczyńska, żona profesora medycyny, osoba o nieco denerwującym sposobie bycia, wścibska i energiczna, nie mając nic lepszego do roboty zaczyna angażować się w rozwiązywanie zagadek kryminalnych. Pasjonująca lektura, świetne studium socjologiczne, mnóstwo smaczków i krakowskich ciekawostek historycznych. Ostatnia część trochę mnie tylko rozczarowała, bo za dużo tam jest jak na mój gust historii, rewolucji, polityki (główny wątek osnuty na treści "Wesela" Wyspiańskiego). Ale z niecierpliwością czekam na kolejny tom!

*****

Na koniec, jako bonusik dla wytrwałych ;) - nie książka tym razem, lecz pewna szczególna płyta, do której doprowadziły mnie przepiękne rysunki Karoliny Gletkier. Od dość dawna obserwuję blog tej niezwykłej artystki (tutaj), która tworzy rzeczy magiczne. Nie są jej obce tajniki sztuk wszelakich, pamiętam jej zabawne kapelusiki i fascynatory, i mikroskopijną książkę artystyczną o księżycu... Tworzy też niezwykłą biżuterię z wykonanymi przez siebie ceramicznymi elementami, a szczególnie oczarowała mnie nadzwyczaj precyzyjnymi rysunkami, w których przenika się świat natury z fantazją - koty czytają książki, psy chodzą w wełnianych swetrach, a mchy i ptasie pióra ukazane są z mikroskopijną dokładnością. Muszę się pochwalić, że mam szczęście posiadać jeden z tych oryginalnych rysunków, portret kruka Arka :). 

Niedawno Karolina napisała, że jej rysunki ozdobiły okładkę wydanej właśnie nowej płyty Krzysztofa Jurkiewicza "Listopad". Przyznam się szczerze, że nie znałam wcześniej tego artysty, a płytę pewnie kupiłabym choćby tylko ze względu na rysunki Karoliny :). Mam jednak także zaufanie do jej wyboru muzyka, dla którego zdecydowała się narysować te ilustracje. I nie zawiodłam się! Płyta zawiera zestaw pięknych ballad, napisanych i wykonanych przez znakomitego artystę, obdarzonego urzekającym głosem. Krzysztof Jurkiewicz reprezentuje szeroko pojęty nurt folkowy, ma na swoim koncie mnóstwo napisanych i skomponowanych piosenek studenckich i szant, kilkanaście wydanych płyt. Próbka jego twórczości tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=VVTCEoHlDGI&t=4636s

A to płyta "Listopad" z rysunkiem Karoliny Gletkier (rysunki są także wewnątrz i na drugiej stronie okładki) oraz portret kruka Arka, narysowany przez Karolinę, ten który mam w swojej kolekcji :)



Wygląda na to, że lubię kruki, a Karolina lubi je rysować :))).

*****

piątek, 19 marca 2021

Colombina.

Jak ktoś z przemiłych Tuzaglądaczy słusznie niedawno zauważył, Pierrot z poprzedniego wpisu to postać z commedia dell'arte, czyli tradycyjnej ludowej włoskiej komedii. Tematyka przedstawień, pomimo dużego obszaru improwizacji, była powtarzalna, w związku z czym pojawiały się stale te same postaci. Najbardziej dzisiaj kojarzą nam się z commedia dell'arte chyba właśnie Pierrot, dalej Arlekin, Colombina, może Poliszynel, Kapitan czy Scapino... Nie wiem, czy lalka Alisy Filippovej, która posłużyła mi za inspirację do tego obrazka, była w zamyśle artystki właśnie Colombiną, ale tak ją nazwałam, bo pasowała mi do Pierrota... Konsekwentnie powinnam więc teraz namalować także Arlekina, z którym Colombina we włoskim teatrze romansowała, ale chyba będę musiała go wymyśleć, bo wśród lalek Filippovej nie znalazłam odpowiedniego modela :). Ale podoba mi się idea takiej serii obrazków inspirowanych lalkami, więc coś tam się już maluje i mam kolejne pomysły, może w nieco innym klimacie i z bogatszą scenerią... zobaczymy, co mi tam wena jeszcze do głowy i na sztalugi przyniesie. 

Ze zdjęciami niestety był problem, zrobiłam je w końcu dogorywającym telefonem. Nowy telefon (z wypasionym aparatem podobno) chwilowo leży w szufladzie, może przez weekend go w końcu ogarnę i mam nadzieję, że to już po raz ostatni raczę Was tak kiepskimi fotami.




Obraz namalowany farbami olejnymi na płycie malarskiej (płótno naciągnięte na płytę), rozmiar 50x70cm. Miałam zamiar pokazać go jeszcze w lutym, jakoś tak schodziło, a pod koniec miesiąca dopadł mnie okropny katar, zatoki zawalone, ból głowy i ogólnie wszystko do bani, oszczędzę Wam dalszych szczegółów. W każdym razie na komputer nie mogłam patrzeć, no i znowu się odwlekło... Zaczęty kolejny obraz z serii "lalkowej" musiał też w związku z tym swoje odleżeć... Ale już się pozbierałam i działam, chociaż przez tę chwilową przerwę wpadły mi do głowy jeszcze inne pomysły... Ale o tym potem.

Ostatnio (nie po raz pierwszy zresztą) miotam się między różnymi pomysłami i zaczętymi projektami, trochę maziam farbami, trochę szkicuję, to znowu zagłębiam się w przepastne głębie Pinteresta, poszukując inspiracji... Kuszą mnie rozmaite nowe techniki, czasem nawet odległe od malarstwa, jak choćby makramy, gipsowe odlewy roślin, różnego rodzaju tkaniny artystyczne, papier-mache, biżuteria... Efekt jest taki, że ilość inspiracji trochę mnie przytłoczyła :). Doba ma jednak ograniczoną liczbę godzin, a ja wciąż zasuwam w pracy, która daje mi chleb, więc czasu na radosną twórczość artystyczną zostaje mi niewiele. Z konieczności więc pozostaję przy tym co dotychczas robiłam, ale lubię pooglądać, podpatrzeć jak to czy tamto się robi. Może kiedyś...



W twórczości ogranicza mnie też trochę, może nawet bardziej mentalnie niż realnie, przejściowe zagęszczenie w naszym domu. Od ponad pół roku mieszkamy z synem i prawie-synową, którzy wprowadzili się do nas (zresztą za naszą namową, w celach oszczędnościowych, ma się rozumieć) na czas szykowania mieszkania po dziadku. Wcześniej mieszkali w wynajętym lokum, wygodnie i przyjemnie, ale dość drogo (zwłaszcza mając na uwadze konieczność odłożenia kasy na własne mieszkanie i to jeszcze w pandemii, kiedy przychody nieco spadły, a przejściowo to nawet prawie ich nie było). Czynsz za te pół roku to jest trochę grosza, więc akurat z grubsza na materiały remontowe wystarczyło. 

Mieszkanie dziadka okazało się bowiem istną stajnią Augiasza, bo za swojego życia energiczny były frontowiec nie pozwalał tam niczego ruszać, naprawiać i ulepszać. Elektryka wpuścił dopiero jak z kolejnego wyłącznika zaczęło iskrzyć i zrobiliśmy mu na ten temat niemal karczemną awanturę. Remont jest więc totalny, łącznie z kompletną wymianą wszystkich instalacji, burzeniem ścian, wymianą podłóg, drzwi itd. A wielka płyta kryje masę niespodzianek, głównie pod postacią braku poziomów i pionów oraz kątów prostych gdziekolwiek, nie mówiąc już o takich drobnostkach jak tajemniczy garb na podłodze, zajmujący obszar 1/3 głównego pokoju, który trzeba było skuć i wyrównać, bo podnieść poziomu podłogi akurat tutaj nie można, do tego jakieś nienormatywne otwory drzwiowe itd. Po drodze przydarzyły się też atrakcje związane z brakoróbstwem producentów i niesolidnością dostawców. 

Ale, mimo takich zawirowań, można powiedzieć, że jest już bliżej niż dalej :). Właśnie odbył się montaż kuchni i plac budowy zaczął się przeistaczać w mieszkanie dla ludzi. Teraz jeszcze trochę bałaganu z łazienką, a reszta to już przy tym bajka. Młodzi nie traktują tego mieszkania jako docelowego na całe życie, więc urządzają tak, żeby było ładnie i miło, ale w wersji nie ruinującej portfela. Mają odłożone jakieś pieniądze, oboje pracują, my tam coś dorzucimy na nową drogę życia, sporo prac robią we własnym zakresie - więc chyba ogarną to raz-dwa, przynajmniej w podstawowej wersji.

A jak się od nas wyprowadzą... Będę miała pracownię! Odzyskam na moje potrzeby pokój syna, całkiem spory i dobrze doświetlony, z ogromnym tarasem - i tam będzie moje artystyczne królestwo :))). Powiem Wam, że - z jednej strony fajnie, jak dzieci z nami mieszkają, ale - nasz domek jest mały i chociaż może powierzchni by wystarczyło, to jest dość kiepsko zaaranżowany jak na potrzeby dwóch rodzin. Za dużo części wspólnych, źle zaprojektowane ciągi komunikacyjne, a dostosowanie wymagałoby ogromnych nakładów. Mamy zresztą mglistą wizję, że może kiedyś zamieszkamy wspólnie, ale w dużym, dobrze zaprojektowanym domu, posadowionym na dużej działce, gdzie synowa będzie miała kozy, a ja ule :))). No co, nie śmiać się proszę, pomarzyć nie można ??? :))))))))

Przy okazji wyprowadzi się też Kocia - koteczka Młodych, skądinąd siostrzyczka naszych dwóch najmłodszych kotek - Basiuni i Balbinki. Kocia pójdzie ze swoim państwem do bloku, ale chyba nie będzie z tego powodu cierpiała, bo i tak była z całego stada największą domatorką. Zwłaszcza jak spadł śnieg i mróz ścisnął, Kocia jak wielka dama wyszła tyko na próg, nieufnie pomacała białą zaspę łapką i cofnęła się do domu. Zupełnie jej to nie odpowiadało i przez cały śnieżny tydzień w ogóle nie chciała wychodzić z domu. W przeciwieństwie do autystycznej Balbuni, która w śniegu wyprawiała istne szaleństwa.

Zostaniemy więc na gospodarstwie sami z mężem... i czwórką kotów. Dwa lata temu w ciągu kilku miesięcy pożegnaliśmy nasze dwie suczki i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów teraz nie mamy psa. Coraz częściej więc mąż przebąkuje, że trzeba by wziąć jakiegoś pieska, który by nas wyprowadzał na spacery... Trochę się przed tym bronię, bo pamiętam jak to było z dwiema starymi, schorowanymi sukami, ale pewnie i tak skończy się na wizycie w schronisku... No, chyba że znowu jakiś biedak sam się do nas przypałęta, jak to nieraz bywało :). I w sumie to tak by było najlepiej, bo ze schroniska to pewnie wrócilibyśmy z tuzinem psów...

*****

A tak wygląda moja Colombina w towarzystwie wcześniej namalowanego Pierrota (którego już bym chętnie trochę przemalowała):


*****

W kolejnym wpisie będzie książkowo, bo trochę fajnych rzeczy kupiłam i przeczytałam, może kogoś z Was coś z tego zaciekawi :).