Aktualizacja 16.10.2026r. Mój blog zniknął na tydzień, a tak po prawdzie to ja sama go "zniknęłam". Ale ponieważ kilka osób dopytywało już co się stało i czy zgodnie z zapowiedzią przeniosłam się na inną platformę, to uznałam, że jednak wypada napisać parę słów wyjaśnienia.
No cóż, zwyczajna sprawa - człowiek coś sobie planuje, a tu bach, życie robi psikusa i wywraca wszystko do góry nogami. Żadna katastrofa, ale spadły na mnie nowe rodzinne obowiązki, a jeszcze nie ogarnęłam wszystkich spraw po zamknięciu firmy i takie tam jeszcze różności... Po wyprawieniu z domu dzieci wydaje się, że będzie już spokój, no ale rodzice się starzeją i dla odmiany trzeba się zająć ich sprawami, wyskoczyło też parę rzeczy do pozałatwiania z naszym własnym domem, bo nagle wszystkie firmy i instytucje chcą nam coś zmieniać, modernizować, wymieniać liczniki wody i gazu, doprowadzać światłowody itd. Internet akurat działa nam dobrze, ale już cała ulica ma swiatłowód, to się obawiam, że nam w końcu odetną ten starożytny, więc trzeba się za to zabrać, a wiąże się to z przekopaniem ogródka, kolejnymi ekipami, itd, więc odwlekamy... W dodatku wszystko po kolei się komplikuje i ślimaczy, najbardziej przez biurokrację. Kiedyś szło się do firmy i z panią albo panem w okienku załatwiało wszystko raz dwa, a teraz zdalnie, elektronicznie, owszem chętnie, tylko że to oni tam po drugiej stronie mają z tym ciągle problemy, jeden nie ogarnia, odsyła do drugiego, drugi dzwoni albo pisze i wszystko od nowa, bo też nie ogarnia, ach, milion komplikacji, narzucają nam coś, czego sami nie potrafią obsłużyć, wszystko trwa dłużej niż za króla Ćwieczka. I zamiast podpisać umowę w biurze firmy, do której podejdę kiedy zechcę, jak drzewiej bywało, muszę warować w domu i czekać na kuriera, osobiście, bo z własnym dowodem osobistym, zapłacić tylko kartą, bo gotówki nie uznają za prawny środek płatniczy, co zawsze mnie irytuje, bo drobne wolę płacić gotówką, grube płacę przelewem, a codzienne zakupy robi mąż. Karta bógwiegdzie, a kurier nagle wyskakuje z terminalem i szukaj teraz wiatru w polu. Niby drobiazgi, ale upierdliwe. Ja tu nie widzę ułatwień dla klienta, to są ułatwienia dla urzędów i dostawców mediów.
No ale, wracając do zawieszenia bloga... W pewnym momencie zastanowiłam się nad priorytetami i uznałam, że najpierw muszę różne sprawy ogarnąć, poustawiać, bo miotam się od jednego do drugiego i ciągle jakieś diabły z pudełka wyskakują, a ja jestem w niedoczasie. Uświadomiłam sobie, że chociaż nie publikuję często nowych wpisów, to samo ich przygotowywanie, a także odwiedzanie innych blogów, pisanie i czytanie komentarzy, odpowiadanie itd - zajmuje mi mnóstwo czasu. Czasem jest to podzielone na ileś tam krótkich kawałków w ciągu dnia, ale w sumie daje pokaźną ilość czasu. I w zwiazku z tym któregoś dnia po prostu wycofałam publiczną widoczność bloga. I wiecie co? Podziałało. Zyskałam dużo czasu i spokoju, skupiłam się na ważnych sprawach do załatwienia.
Ale oczywiście nie zamierzam całkiem likwidować bloga, parę dłuższych przerw już zaliczyłam i potem wracałam. W każdym razie, żeby nie przedłużać: chwilowo ZAWIESZAM BLOG. Za jakiś czas wrócę, jak ogarnę życie :). Na razie jednak nie będę się tutaj udzielać, postaram się jednak odpowiadać na komentarze i czasem zajrzę na Wasze blogi.
A poniżej pierwotny tekst tego wpisu, z drobnymi poprawkami.
Lee Iacocca - ikona przemysłu motoryzacyjnego. Może nie kojarzyłabym w ogóle tego nazwiska, gdyby wiele lat temu ktoś nie podsunął mi autobiografii tego pana, jako bardzo interesującej i inspirującej pozycji, wartej przeczytania.
Lido Anthony "Lee" Iacocca (15.10.1924-02.07.2019), (poniższe informacje cytuję w większości stąd: źródło) syn włoskich imigrantów, był jednym z tych ludzi, o których można powiedzieć, że sukces mają wpisany w geny.
W 1942 roku z wyróżnieniem ukończył uczelnie Allentown High School i Lehigh University w Pensylwanii, które opuścił z tytułem inżyniera, potem w Princeton zdobył tytuł magistra. W sierpniu 1946 roku rozpoczął pracę w Fordzie jako inżynier, ale szybko przeniósł się do działu marketingu i sprzedaży, co okazało się strzałem w dziesiątkę. W 1960 roku Iacocca został wybrany na wiceprezesa i mianowany dyrektorem generalnym Ford Division. W nagrodę w 1970 roku został prezesem spółki. Pięć lat później został wiceprezesem Forda, w 1967 r. wiceprezesem wykonawczym, a 10 grudnia 1970 r. prezesem Ford Motor Company. To on stworzył kultowego Forda Mustanga, który przyniósł firmie ogromne zyski i popularność.
Oczywiście żadna zemsta, ubytku jednej mało aktywnej blogerki twórcy bloggera nie zauważą. Ale nie chcę być deptana jak mrówka.
Decyzja podjęta zatem, tylko życie złośliwie mi się akurat trochę pokomplikowało i chwilowo nie mam na to czasu tyle ile bym potrzebowała. Ale się szykuję.
Co do bloggera, to doskonale wiecie, jakie są z nim od dłuższego czasu problemy. Utraciliśmy już kiedyś kilka fajnych funkcji, niedawno był duży kryzys związany z aktualizacją blogów, nowe posty pokazywały się na listach czytelniczych po kilku dniach, były też przerwy w możliwości komentowania. Mniej więcej po tygodniu administratorzy bloggera łaskawie pochylili się nad problemami maluczkich i w końcu przywrócili aktualizacje postów. Jednakowoż... Wszystko to coraz gorzej wygląda, a najbardziej wkurzająca jest postawa z gatunku "nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi".
Na platformie Reddit znalazłam kilka tematów, gdzie ludzie zajmujący się tym na blogach od strony technicznej piszą, że Googlowi po prostu przestaje się opłacać blogger, zwłaszcza w tej darmowej opcji. Dlatego od wielu lat nie inwestują, nie robią z tym nic. A świat idzie do przodu, więc jednak czasem coś tam trzeba zaktualizować, ale robią to niechlujnie i stąd te nasze kłopoty. Myślę, że traktują to jako poligon doświadczalny dla raczkujących prgramistów, bo ciągle się coś sypie.
Ja bym nie miała nic przeciwko temu, żeby jakąś drobną opłatę ponosić. Opłacam telefon, internet, tv, netflix, duolingo, audiotekę i jeszcze kilka innych rzeczy, to zrozumiałabym, że i tutaj nie ma nic za darmo. Tylko że nikt mi tego nie zaproponował. Podobno są jakieś płatne opcje na blogspocie, ale nie dogrzebałam się do szczegółów, więc nie wiem, może to tylko coś dla profesjonalistów...
No ale skoro jest jak jest, to idę do konkurencji.
Zrobiłam najpierw oczywiście research - gdzie założyć łatwy w obsłudze blog, czyli gdzie najłatwiej i najtaniej. Dużych wymagań nie mam, piszę takie tam zwyczajne rzeczy na blogu, wrzucam trochę zdjęć, czytelnicy mogą komentować, ot i w zasadzie wszystko. No i odpowiedź była w zasadzie jedna: wordpress. Może nie tak łatwo jak na blogspocie, ale jak się nie ma co się lubi...
No ale. Jak zaczęłam się zagłębiać, to się przede wszystkim dowiedziałam, że są dwa worpressy: org i com.
Worpress.com jest faktycznie całkiem darmowy, dla takiego prostego bloga wystarczający, ale jest jedno bardzo duże ale: REKLAMY! No niestety, ale tego śmiecia nie zdzierżę, zwłaszcza że nie bardzo miałabym wpływ na te reklamy, ich treść, a wiem, jakie to jest dla mnie upierdliwe na blogach wordpressowych, na które sama zaglądam. Zatem reklamom mówimy stanowcze nie! Co więc pozostaje? Wordpress.org. I tutaj dla tych, co podobnie jak ja mają już bloggerowych fochów powyżej dziurek w nosie, link do łopatologicznej instrukcji jak założyć blog na wordpress.org:
I jakby komuś było mało, to podobnych samouczków jest więcej. Może jak już sama to ogarnę, to napiszę krok po kroku jak ja to zrobiłam.
Pytanie jednak, czy ja chcę przenieść cały blog, czy zacząć od nowa? Lubię zaczynać od nowa, więc kusi mnie ta opcja. W końcu stary blog mogę zostawić w archiwum, w razie jakby mi się coś odmieniło. Myślę też o tym, jak ten blog ma wyglądać i funkcjonować. Bo chyba jednak nie mam czasu, ochoty i potrzeby zamieszczania wpisów częściej niż dwa-trzy razy w miesiącu. Każdy kto prowadzi blog wie doskonale, ile czasu to zabiera, przygotowanie posta, odpowiadanie na komentarze, kontakt z czytelnikami czyli także odwiedziny na innych blogach. Wszystko to fajne, ale potem się dziwię, gdzie mi ten czas ucieka... Przy nowych obowiązkach (związanych z pomocą podupadłej ostatnio na zdrowu rodzicielce) z czegoś muszę zrezygnować, a priorytetem miała być twórczość własna, czyli skupienie się na malowaniu. Bo przez całe życie zawsze coś było ważniejsze. No to kiedy, jak nie teraz?
Rozważałam też porzucenie bloga na rzecz Instagrama, ale ta platforma ma jednak inny charakter... Pytań dużo, zastanawiam się... Obecna formuła, jak dla mnie, wyczerpała się i mam poczucie, że stoję w miejscu. W dodatku tam, gdzie wydaje mi się, że się dobrze dogadam, okazuje się, że ktoś ma wewnętrzny imperatyw pouczania wszystkich, także tych, którzy mają podobne zdanie. Jakoś tak mi się ostatnio parę razy przydarzyło zupełnie nieoczekiwanie. Zdziwiłam się, no ale czy ja muszę się na to narażać? W realnym życiu unikam takich osób, tym bardziej więc w internecie. Ale krąg fajnych ludzi i miejsc się zacieśnia, blogosfera jałowieje. Więc jeszcze nie wiem...
A tak z innej beczki - na Gwiazdkę zażyczyłam sobie prezent: lornetkę ornitologiczną. Będę podglądać ptaki.
********

























