wtorek, 23 czerwca 2026

Ptaszarnia i zielska rozmaite.

Sówki-płomykówki z papier-mache. Do planowanej ptasiej bandy na półkę nad oknem.




Miała być jedna, ale wyszła mi tak sobie, bo do rzeźbienia to ja się jednak nie bardzo nadaję, więc próbowałam ją przerobić, ale... zapomnij kobieto, masa papierowa z wikolem i skrobią ziemniaczaną po wyschnięciu okazała się twarda jak stal. Jedno narzędzie połamałam, próbując odciąć/odłupać sowie część głowy... Więc sowa została tak jak była, ale za to dorobiłam jej towarzyszkę, oczywiście próbując zrobić lepszą wersję. No i też nie do końca jestem zadowolona, obie mają za małe głowy i flary, no ale cóż, mniejsza z tym, nie chodziło mi o jakieś super realistyczne odwzorowanie, tylko żeby mniej więcej przypominało to konkretny gatunek ptaka. 


Tak wyglądają skrzydła z tyłu:



I w towarzystwie krukowatego, który w tym towarzystwie jest stanowczo nieproporcjonalnie zbyt mały, ale na razie nie będę się tym martwić, może kiedyś zrobię porządnego kruka:


Na razie mam dosyć lepienia ptaków, natomiast dziergam w wolnych chwilach mój chodniczek-szmaciak, o którym wspomniałam w poprzednim wpisie. Nawet się zdziwiłam, że tak szybko go przybywa i że mi się jeszcze chce :). Dziobię go sobie od czasu do czasu wieczorową porą i całkiem jestem zadowolna z efektu. Co oznacza, że może się nie zniechęcę w połowie i nawet uda mi się go wkrótce skończyć. Właściwie to mam już jakieś 2/3 planowanego rozmiaru. Zamiast scrollować internety towarzyszę mężowi przy mundialu, jednym okiem zerkając na ekran, drugim na robótkę.




Zbieram już surowiec na kolejny chodniczek, bardziej kolorowy. Rodzina przy okazji pozbywa się przechodzonych t-shirtów, bez jeżdżenia do pszoku. Na temat pszoków i tego zbieractwa śmieciowego to bym się jeszcze wypowiedziała, ale ostatnio mam w tym temacie do powiedzenia tylko bardzo brzydkie wyrazy, więc może lepiej dam spokój. Byłam zwolenniczką segregacji, ale dajcie spokój, urzędasy odklejone od rzeczywistości powymyślały takie nieżyciowe przepisy, że głowa mała. W mieście więcej kubłów niż klombów, a i tak są problemy ze zdaniem różnych odpadów i góry śmieci w lasach rosną. Najbardziej przerąbane mają przedsiębiorcy, przynajmniej w moim mieście. Wiem z autopsji. Za niektóre frakcje trzeba płacić haracz nawet jak się ich nie wytwarza ani grama, za to innych nie sposób gdziekolwiek oddać. No dobra, miałam się nie wypowiadać...


Wracając do ptaków - takiego oto prawdziwego ptaka widujemy ostatnio czasem nad naszym domem (zdjęcie z Wikipedii, bo oczywiście jak szybuje nad nami, to nie mam nic pod ręką, żeby cyknąć i stoję i się gapię po prostu):


Kania ruda - przepięknie upierzony, duży ptak drapieżny z rodziny jastrzębiowatych. Bardzo łatwo ją rozpoznać po charakterystycznym głębokim wcięciu ogona. Oraz kolorach, oczywiście. Wspaniale szybuje wykorzystując ruchy powietrza, zazwyczaj ze skrzydłami lekko zgiętymi w kształcie litery M. Jest w zasadzie endemitem europejskim, czyli występuje tylko w Europie. Lęgi ma między innymi w Polsce (głównie zachodniej i zach.-pn.), a na zimę przeważnie przenosi się na południe kontynentu. Większa od myszołowa, za Wiki przytaczam imponujące wymiary:

długość ciała: 60–72 cm
rozpiętość skrzydeł: 143–171 cm
masa ciała: samce 757–1221 g, samice 960–1600 g

Prawdopodobnie gdzieś w pobliżu ma miejsce lęgowe, bo widywana jest w naszej okolicy od kilku lat co roku wiosną. Krąży zwykle w rejonie rzeki i nad pobliskimi łąkami. Piękny widok, powiadam Wam. Jak się na codzień widuje tylko niewielkie kawki, gołębie czy sroki (o mniejszym drobiazgu nie wspominając), to taki barwny olbrzym dostojnie i nieśpiesznie zataczający koła nad naszymi głowami - robi wrażenie.

Natomiast na pobliskim świerku sroki zbudowały gniazdo. 

strzałka pod szczytem wskazuje gniazdo


Zdjęcie kiepskie, bo daleko, zrobione telefonem, i trochę wiało, więc nieco ruszone, ale może w powiększeniu da się zobaczyć, jakie tam jest zabezpieczenie, pajęczyna utkana z gałązek, broniąca dostępu do gniazda. Sroki podlatują z boku, a wylatują potem z drugiej strony. Nie da się tego dokładnie obejrzeć, bo to jakieś 6 metrów do góry, ale doczytałam w internetach, że sroki budują gniazda w kształcie dużej kuli z gałązek, a w środku jest bardziej stabilne gniazdo właściwe w kształcie misy wymoszczonej trawą, piórami, liśćmi, mchem itp. Na mniej ulistnionych drzewach wczesną wiosną wygląda to jak nieskładna kupa gałęzi. Dawniej w tym świerku miały gniazdo sierpówki, ale przeganiały je a to gołębie, a to sroki, no i sierpówki w końcu gdzieś się wyniosły. Niestety, sroki to fruwający bandyci i mordercy, potrafią napadać na większe od siebie ptaki, mordują ich pisklęta, rozwalają cudze gniazda. Nie lubię srok, no ale cóż, zbudowały gniazdo, ich prawo, niech tam sobie żyją. Prawdopodobnie w przyszłym roku już ich tutaj nie będzie, bo rzadko wykorzystują stare gniazda.

Narzekam czasem, że nasze miasto zawłaszcza coraz więcej obszarów przyrody, ale przy okazji spacerów z psem uświadomiłam sobie, że w zasadzie nie jest najgorzej, bo jak się tak dobrze rozejrzeć, to nadal mamy wokół domu sporo zieleni. Nie trzeba daleko wędrować, żeby znaleźć się w zielonym buszu. Z jednej strony, dosłownie 30 metrów od nas, jest zagajnik, w którym ukrywa się pozostałość po przedwojennym niemieckim cmentarzu. Był tam kiedyś kościół ewangelicki, ale po wojnie przez długi czas był wykorzystywany jako magazyn i ulegał stopniowej degradacji, w końcu całkiem go rozebrano. Sam cmentarz też niszczeje, piękne rzeźbione płyty nagrobne zostały rozkradzione albo całkiem zdewastowane, nikt nie chciał się tym zająć, zaopiekować, jakoś uporządkować. Próby zainteresowania tematem proboszcza z miejscowej parafii albo władz samorządowych spełzły na niczym. Raz na kilka lat przeprowadzana jest tylko wycinka samosiejek. Taki mam widok z okna na piętrze na ten zagajnik. Wypełnia mi praktycznie całe okno. A jak tam ptaki śpiewają!



A trochę w bok z balkonu wygląda to tak:



Idąc w drugą stronę - jakieś 150 metrów od naszego domu, jest mały park, a tak naprawdę to kolejna pozostałość po przedwojennym cmentarzu, tym razem żydowskim, zapewne trochę starszym od tamtego niemieckiego. Tutaj w latach 80tych wyrównano teren, nawieziono ziemi, zasiano trawę, obsadzono dookoła niskim żywopłotem z ligustru, który teraz właśnie kwitnie i pachnie oszołamiająco, dosadzono też trochę drzew. Z dawnych czasów zostały stare drzewa - platany i klony, wyznaczające dawne alejki, kilka dębów i lip. Dobra wiadomość jest taka, że w tych miejscach za mojego życia z pewnością nikt nic nie wybuduje i ta zieleń jeszcze długo zostanie, a razem z nią ptaki i wiewiórki. 




Wychodząc z tego parku dalej - jeszcze parę lat temu trafialiśmy bezpośrednio na ciągnące się aż do sąsiedniej wsi pola i łąki. Teraz niestety w dużej części te tereny zostały przeznaczone pod budowę domków jednorodzinnych, osiedle nam się rozrasta. Między grupami domów pozostały jednak spore kawałki porośnięte roślinnością, tu i ówdzie jest po parę hektarów jeszcze nie rozparcelowanych pod budowy, tak że mamy gdzie spacerować. Tu gdzie jeszcze dziesięć lat temu rosły zboża, rzepak i ziemniaki, teraz bujnie plenią się trawy rozmaite, maki, chabry, kąkole, firletki, rumianki, szczaw i wrotycz zaczynają kwitnąć, nawłocie na razie wypuściły liście, ale błyskawicznie pną się ku górze. Samosiejki brzóz, sosen, dębów, czarnego bzu i dzikiej róży porastają całe połacie pomiędzy stuletnimi lipami i robiniami. Ponieważ pod budowy domów wycięto tu i ówdzie trochę drzew (raczej pojedyncze, bez jakiejś totalnej dewastacji), to w zamian zostały posadzone aleje nowych lip, platanów i klonów. 



Idąc od naszego domu w trzecią stronę - w podobnej odległości czyli około 150-200 metrów mamy otoczony starodrzewem osiedlowy plac zabaw ze sprzętem do rozmaitych ćwiczeń, ping-ponga, ławeczki itp, oraz nowe przedszkole z ładnie zagospodarowanym i obsadzonym całkiem bujną roślinnością terenem, i obok znowu około hektara parku z koszoną od czasu do czasu trawą i ze starymi drzewami, do których dosadzono sporo nowych - podobnie jak w innych miejscach najczęściej są to platany, lipy i czasem klony i jarzębiny. Tak więc mieszkam w całkiem zielonym otoczeniu, zarazem rzut beretem od jednej z głównych arterii komunikacyjnych i drogi wojewódzkiej, a jednak w oazie spokoju, przy cichej i mało uczęszczanej uliczce, z dobrymi sąsiadami. I do rzeki też mam rzut beretem (w czwartą stronę od domu). I chociaż dom chętnie bym zamieniła, to samo miejsce i okolica są świetne i tylko to nas zawsze powstrzymuje przed przeprowadzką.


W ogrodzie natomiast część roślin szaleje, jak ten wiciokrzew, który pokrywa połowę płotu:





Piwonie też oszalały, ale niestety dostały łupnia od burzy i trochę nie wyglądają, mam nadzieję że tylko przejściowo i jeszcze się pozbierają.

Dzisiaj przeczytałam w internecie i się zdziwiłam, że łubin jako roślina ekspansywna jest w Polsce zakazany - nie dosłownie, ale jest na liście gatunków, których nie należy wprowadzać do ekosystemu, ponieważ zagrażają innym roślinom i zaburzają równowagę przyrodniczą. No coś takiego... A ja łubinu prawie nie spotykam, na tych naszych łakach to może jedną kępę widziałam. Natomiast owszem nawłoci mamy w pobliżu całe łany, coraz częściej też widuję spore obszary zarośnięte rdestowcem - tam to faktycznie nic innego nie rośnie. A właśnie niedawno myślałam, że chciałabym mieć różnokolorowy łubin w ogrodzie... Może w donicy???

No czyż to nie piękne jest?


Jak wiecie w lipcu kończę pracę, zamykam firmę. I nie mogę się tego momentu doczekać, bo jak już dałam wszystkim wypowiedzenia, to mentalnie jestem na wolności i to chodzenie do roboty zaczyna mi teraz ciążyć. A tymczasem jak na złość jakaś czarna seria, co chwila coś się psuje albo inne jakieś problemiki mnożą się jak króliki... Ale nic to, powtarzam sobie, że za chwilę koniec i wakacje :).

I na dodatek piekarnik mi się w domu zepsuł, akurat jak przygotowałam ryż z jabłkami. Włączam, a tu nic. Umarł. No to zrobiłam ten ryż na kuchence, w sumie w smaku różnica żadna, tyle że z wierzchu się nie przypiekło, za to od spodu bardziej. Mnóstwo cynamonu, ach, uwielbiam te szarlotkowo-cynamonowe zapachy :). Smaki zresztą też, jabłka to moje ukochane owoce, te egzotyczne niech się schowają. No ale - Houston, mamy problem z piekarnikiem! Nie posiadam airfrayera, no bo skoro jest piekarnik, to po co mi taki gadżet, zresztą nie wszystko we frajerku da się upiec. I jak już zrobiłam ten ryż z jabłkami na kuchence, to sobie przypomniałam, że przecież posiadam prodiż! Zabunkrowany gdzieś w piwnicy czy jakimś schowku. Ktoś pamięta co to jest? Relikt PRLu, ale chyba do tej pory prodiże są produkowane i tam gdzie nie ma piekarnika, to się świetnie sprawdzają, w dodatku są znacznie mniej prądożerne niż piekarniki elektryczne. Dostałam go od kogoś na etapie budowy domu, zanim urządziliśmy kuchnię, bo wprowadzaliśmy się trochę na wariata, przed wykończeniem. Czasy były kryzysowe i ze wszystkim był problem, a to było świetne rozwiązanie. Nie mam teraz siły na fachowców, w sumie rzadko piekę, więc przejściowo w razie potrzeby odpalę prodiż! Będzie jak podróż w czasie - młodszy syn się jara, bo on kocha peerelowski dizajn :).

A tymczasem zaliczyliśmy przyjemną Noc Kupały i Letnie Przesilenie. Może nie całkiem noc, ale późny wieczór spędziliśmy u przyjaciół w plenerowych okolicznościach przyrody. Oni mają dużą chatę wraz z imponującym przyległym terenem, przygotowali grilla, ale zawsze goście też coś przynoszą, my zwykle jakieś sałatki, ale tym razem wymyśliłam, że zamówimy pizzę w dwóch rodzajach plus sałatki italiano na bazie rukoli i z czosnkowym pieczywkiem. Gospodyni od wejścia wołała, że ale po co, przecież my wszystko przygotowaliśmy,  - ale jakoś tak wyszło, że wszyscy rzucili się na te pizze i chlebki czosnkowe i ostatecznie na grillu zostały upieczone tylko warzywa, mięso wróciło do lodówki. Pizza pyszna (podobnie jak wypiekany w tejże pizzerii chlebek żytni na zakwasie, z ziarenkami rozmaitymi), według włoskich receptur, z pieca opalanego drewnem - ale nie tylko o nią tu chodzi, ale też o pana, który tę pizzerię niegdyś stworzył. Obecnie zajmuje się nią młodsze pokolenie, natomiast sam twórca biznesu prowadzi od wielu już lat ośrodek leczenia dzikich zwierząt. Specjalność ośrodka to bociany (połamane, pokiereszowane, wyrzucone z gniazda pisklaki itp), ale trafiają tutaj też sarny, szopy, lisy i mnóstwo innych ptaków i zwierzaków, są nawet lamy i serwale. Nasze 1,5% z podatku zawsze idzie na ten ośrodek, no i staramy się na różne inne sposoby wspierać takich ludzi.

Wieczór Kupały umilało nam widowisko światło i dźwięk w wykonaniu Matki Natury - z zadaszonego tarasu niemal równo z zachodem słońca mieliśmy okazję podziwiać spektakularne błyskawice. Dom na górce, z widokami rozległymi na okolicę, było bardzo ciepło, burza owszem grzmiała i padała, ale bez wichrowych porywów, więc nie musieliśmy uciekać i impreza udała się znakomicie :).

A w tak zwanym międzyczasie zaliczyłam dwusetny dzień z włoskim na Duolingo. Jaki efekt tej nauki? Sporo rozumiem, gorzej na razie z samodzielnym i szybkim układaniem rozbudowanych zdań, ale jak dłużej pomyślę to nawet jakoś mi to wychodzi. Oczywiście do swobodnego rozmawiania to jeszcze bardzo długa droga i raczej w jakimś momencie trzeba będzie zmienić metodę, natomiast jeśli chodzi o naukę słówek i gramatyki, to jest to całkiem dobry i bezbolesny sposób. Przede wszystkim ten system mobilizuje do systematycznej pracy - codziennie poświęcam na to około 1,5 godziny w dwóch odcinkach. Nigdy w życiu nie uczyłam się tak żadnego języka, więc efekty przychodzą szybciej niż w szkole czy na kursie.

********


piątek, 29 maja 2026

Chaszcze, gąszcze i krzaczory.

Mój ogród to chaos. Chaszcze, krzaczory, z których okiełznaniem nie nadążamy, rośliny rosnące dość przypadkowo. Maliny rosną tam gdzie akurat wypuściły swoje podziemne macki, głóg wyrósł niespodziewanie z jakiegoś przyniesionego przez ptaki nasionka, zostawiliśmy, niech rośnie, z kolei żywopłocik z ligustru zasiał mi wiatr - naniósł nasiona w zagłębienie pod murkiem, no i wyrosło trochę krzaczków, więc sobie rosną, a ja je od czasu do czasu przycinam i mam osłonę dla śmietnika. 

Całkiem sporo zakątków porosło chwastami, na ogół pożytecznymi, wiele z nich zbieram i przetwarzam. Ostatnio trochę mniej, ale dawniej znajomi nazywali mnie zielarką. Mięta, melisa, pokrzywa, dziurawiec, kurdybanek, mniszek, przytulia, skrzyp, babka itd. Żywokost też rośnie, ale z niego do przetwarzania najlepszy jest korzeń, a szkoda mi go wykopywać, bo roślinka pięknie kwitnie i przyciąga pszczoły. Berberys rozkrzaczył się okrutnie i co roku mówię, że go solidnie przytnę, ale on tak zjawiskowo kwitnie i przyciąga mnóstwo pszczół, trzmieli i innych owadów... Brzoza, która wysiała się na etapie budowy domu rośnie sobie na granicy działki, teraz jest wyższa od domu. 

rejon oczka wodnego

Wokół oczka wodnego i w nim życie samo się reguluje, my hamujemy tylko nadmierną ekspansję, raz do roku jest wyciąganie kłączy tataraku i pałki wodnej, przycinanie kosaćców, które wyrastają gdzie chcą, usuwanie części sitowia, które najchętniej zawłaszczyłoby całą okolicę. Ile ryb mamy to nie wiem, mnożą się, staruszki umierają, czasem kot, albo odwiedzający nas czasem szop, jakąś rybę wyciągną. Kiedyś przy większym czyszczeniu stawu spuściliśmy wodę i ryby zostały wyłowione do tymczasowego pojemnika - zostały wtedy policzone, było ich około 80 sztuk różnego kalibru. Co roku przychodzą żaby na swoje gody, w wodzie dzieje się szaleństwo, orgie zbiorowe, potem mamy czarno od kijanek, a potem malutkie żabcie wychodzą i wędrują do pobliskiego zagajnika. Wrócą za rok, żeby złożyć skrzek.

kijanki

Altankę porasta bluszcz (też sam do nas przyszedł, a jest go już pełno, obrasta płoty - tam pozwalam mu swobodnie rosnąć, tworzy zielone ściany między nami a sąsiadami. Sąsiedzi spoko, z jednej i drugiej strony prawie nieobecni, ale nie mam potrzeby zaglądać im do ogródka i vice versa. Bluszcz wszedł już do środka altanki, obrasta domek dla murarek - to już drugie pokolenie pszczółek składa tam swoje jajeczka :).


domek dla pszczół murarek w ogrodowej altance


Nie cierpię bałaganu, ale chaos kontrolowany całkiem mi odpowiada, zwłaszcza w ogrodzie. Nie lubię ogrodów pustych, z wystrzyżoną na trzy centymetry trawką jednego wyselekcjonowanego gatunku, równiutkimi klombikami i połową gruntu wysypaną żwirkiem jak kuweta dla kota. Klasyczne ogrody francuskie są piękne z ich precyzyjnie zaprojektowanymi dywanami kwiatowymi, ale tak do pooglądania i chwilowego zachwytu, bo na dłuższą metę są trochę nudne. Nie lubię tak zwanych ogrodów w stylu włoskim czy śródziemnomorskim, spalonych słońcem łysych połaci, na których tu i ówdzie tkwią rozpaczliwie trzymające się życia kępki lawendy i jukki. Owszem, też mam lawendę i jukki, ale one rosną między gęstwiną innych roślin. 

lawenda francuska

lawenda wąskolistna jeszcze nie kwitnie,
w tle pięciornik o białych kwiatach


Lubię zieleń wszechogarniającą i dającą cień oraz wytchnienie dla oczu zmęczonych elektroniką (pracuję przy komputerze). Z tego też powodu nie lubię krajobrazów europejskiego południa, tak przez wiele osób ulubionych. Kiedy wracamy z podróży wakacyjnych z południa, ożywam dopiero kiedy już dojeżdżamy do Austrii, gdzie nareszcie są porządne lasy, świerki, sosny, dęby i klony i masa różnych krzaczorów, chłodny cień, mchy i paprocie. Jakbym miała wskazać ulubiony styl ogrodowy, to chyba najbliżej mi do ogrodu w stylu angielskim. Nawet próbowałam coś na ten wzór u siebie zaprowadzić, ale to niestety wbrew pozorom wymaga więcej pracy i zaangażowania niż te ulizane i pustawe ogrody włoskie czy francuskie. Brakowało mi na to czasu i chęci. Mam więc chaos częściowo kontrolowany.


Kocia wszędzie mi towarzyszy

Dżemik w pozycji "przyczajony tygrys"
czeka na rzucenie mu ulubionej piłeczki

W tym roku zamierzam skupić się na rewitalizacji tzw. przedogródka, w którym jest mój ulubiony "leśny zakątek". Trochę trzeba przetrzebić stare krzaki, dosadzić paprocie, parzydło itp, zrobić małą sadzawkę, zainstalować ławeczkę. Cieszą mnie posadzone w ubiegłym roku hosty, ładnie się przyjęły, mam nadzieję, że się rozrosną.


azalia pontyjska kończy kwitnienie, ale nadal obłędnie pachnie


obok będzie sadzawka z pluskawką i więcej paproci
oraz kamienna żaba

tajemne przejście między ogrodem a "leśnym zakątkiem"


********

Pod postem o karmelowej herbatce z lilaka ktoś wspomniał o naleśnikach z kwiatami bzu czarnego. To mi przypomniało, że dawno temu smażyłam czasem dla dzieci kwiaty robinii (zwanej akacją) w cieście naleśnikowym. Tak po prawdzie to smak był (moim zdaniem) mało wyczuwalny, ale ciekawie pachniały, no i zawsze to jakaś odmiana i atrakcja w menu. Podrzucam pomysł, akacje dopiero zaczynają kwitnąć, można spróbować.

Przepis na ciasto naleśnikowe (można zrobić po swojemu, ale to jest taka lekka wersja i chyba najlepiej pasuje do kwiatów robinii):

  • 100g mąki
  • 2 łyżki roztopionego masła
  • około 170 ml wody mineralnej
  • szczypta soli, łyżeczka cukru
  • białko jednego jajka

Wszystkie składniki oprócz białka łączymy mikserem lub trzepaczką, odstawiamy na kwadrans albo nawet dłużej, najlepiej do lodówki. Kiedyś nie wiedziałam po co ciasto na naleśniki, pierogi itp trzeba odstawić, wydawało mi się że to takie tam tylko dziwactwa kucharek, i zdarzało mi się ten etap pominąć, co niestety często kończyło się tym, że pierwsze naleśniki rwały się na patelni, a pierwszy płat ciasta na pierogi nie dawał się rozwałkować i pierogi źle się formowało i sklejało... No i w końcu wyczytałam gdzieś, że chodzi tutaj o uaktywnienie glutenu, który potrzebuje trochę czasu, żeby zacząć działać i łączyć dobrze wszystkie składniki. Tak że jak ktoś nie wie, to podpowiadam: bez pośpiechu, ciasto musi się przegryźć.

Po tym odpoczynku dodajemy do ciasta białko (które można wcześniej ubić na pianę, ale niekoniecznie) i ubijamy całość. Całe kwiatostany robinii trzymając za ogonek kolejno zanurzamy w cieście, otrząsamy z nadmiaru i smażymy po dwóch stronach do lekkiego zrumienienia. Można na oliwie, ale moim zdaniem na maśle wychodzą pyszniejsze, zresztą jak kto lubi. Ciasta powinno wystarczyć na trochę ponad 10 kwiatostanów.

Jako dodatek świetnie pasują truskawki i bita śmietana, albo w mniej kalorycznej wersji zamiast śmietany odrobina balsamico, najlepiej w jakiejś podkręconej wersji typu sos figowy lub mangowy. Podobnie można smażyć kwiatostany czarnego bzu czy jakieś inne jadalne kwiatki.

********

Po nagłym wybuchu lata pośpiesznie zrobiłam przetasowania w szafach, wyciągając letnie sukienki i inne szmatki. Przy okazji dokonałam przeglądu "sanitarnego", czyli wyczyściłam garderobę z zalegających ubrań, których już raczej nie założę (z tysiąca powodów). Uzbierała się górka t-shirtów, których termin przydatności do użycia już mija. Wyrzucić taki stos jednorazowo jakoś szkoda, w tej masie jest potencjał - i oto właśnie ten potencjał się materializuje.

Robię mianowicie chodniczek, tak zwany szmaciak. W sypialni miałam na podłodze od chyba ćwierć wieku flokati, które się już mocno wytarło i nieco zszarzało. Nie chcę mieć tutaj normalnego dywanu, bo flokati często wrzucam do pralki, a z dywanem jest więcej zachodu. No i tak mnie kiedyś naszło, że zrobiłabym sobie taki chodniczek, jakie były w domu mojej babci na wsi. Babcia tkała je ze starych sukienek, poszewek itd. Ja nie utkam bo nie bardzo mam na czym, zwłaszcza w tym rozmiarze (mam ramkę do tkania mniejszych makatek), więc wymyśliłam sobie, że zrobię mój szmaciak przy pomocy szydełka. Przy okazji mam zajęcie na długie wieczory - zamiast scrollowania internetu, co niestety ostatnio zbyt często mi się zdarzało. 



T-shirty pocięłam na paski zostawiając szwy (można się bawić w wycinanie ich i "niewidoczne" łączenie pasków, ale mi się nie chciało, bo to kupa roboty), w związku z czym mam w robótce mnóstwo widocznych supłów. Uważam jednak, że nieróności nadają chodniczkowi zgrzebnego charakteru, więc tak zostanie, nie będę ich całkiem chować (tylko największe przeciągnęłam szydełkiem na spód). Wybrałam kolory biało-beżowo-szarawe, może w trakcie dorzucę jakiś brąz i ochrę, jak znajdę odpowiedni materiał. Zresztą jak mi się w połowie znudzą te beże, to kto wie, co tam się jeszcze pojawi. Chciałam dołożyć paski ze starej poszwy na kołdrę, bo mi kolorystycznie pasowała, ale okazało się, że nie jest to surowiec kompatybilny z t-shirtami. Jedno to nierozciągliwa tkanina, a drugie - elastyczny dżersej (bawełna, no ale dzianina). Tak że muszę dozbierać koszulek w odpowiednich kolorach, bo chodniczek ma szerokość 120 cm, a planowana długość to minimum 180 cm, tak że w sumie sporo tego. Jeden t-shirt to około 15 cm chodniczka. Chyba zrobię porządek w szafie mężowskiej...

I oczywiście mam już plany kolejnych szmaciaków, bo z różnych wcześniejszych porządków szafiarskich mam na przykład odłożony cały wór dżinsów po nas i jeszcze po naszych synach (no bo kto zabiera z szafy stare dżinsy, jak się wyprowadza od mamy). Mieliśmy jechać z tym do PSZOKu ale jakoś się zapomniało. I zrobiłabym jeszcze jakiś kolejny chodniczek w odjechane kolorki do korytarzyka na pięterku... i ohoho, co to mi jeszcze chodzi po głowie... Ale pewnie po tym jednym będę miała dosyć tego szydełkowania na parę lat...;).

********

sobota, 23 maja 2026

Karmelowa herbatka z bzu.

Dzisiaj wpis nieco już spóźniony, ale może komuś jeszcze sie przyda, więc będzie krótko i na temat. 

Bzy (lilaki) w moim ogrodzie kończą spektakularne kwitnienie, ale w ostatniej chwili zdążyłam jeszcze przygotować z nich trochę suszu na herbatkę o przyjemnym smaku i aromacie oraz cudownych właściwościach. Mam późną odmianę, u sąsiadów już niektóre całkiem przekwitły. Opiszę Wam proces produkcyjny, może ktoś skorzysta, jak nie teraz, to w przyszłym roku. 


W słoneczny dzień nazrywałam sporo kwitnących gałązek. Wcześniej przez dwa dni padał deszcz, więc musiałam zaczekać, aż pogoda się poprawi i rośliny będą suche. Z pięknej pogody ochoczo korzystały rozmaite żuczki i inne stworzonka, więc trzeba było najpierw otrząsnąć gałązki z tych lokatorów. Teraz kolej na obrywanie kwiatów (bez przesady, ale tak żeby nie było liści i grubszych pędów). No i upychanie dość ścisło do słoików. Kolor kwiatów nie ma znaczenia, ja mam akurat białe w dużej obfitości, ale na białych trudniej obserwować przebieg procesu fermentacji, o czym za moment... Niektóre kwiaty już przekwitają - starałam się do słoika wybierać te ładniejsze, nie przejrzałe.

Moje bzy mają pełne (podwójne) kwiaty i każda kiść całkiem sporo waży, a więc duuuży bukiet wystarczył na zapełnienie kilku litrowych słoików. Można robić to w większym naczyniu, ale wtedy proces fermentacji nie zachodzi równomiernie i czasem trzeba powtórzyć operację. Fermentacja jest potrzebna do aktywizacji cennych składników zawartych w kwiatostanach lilaka.




A więc upychamy, dokładnie zamykamy i odstawiamy w ciepłe miejsce. Ciepłe - to znaczy najlepiej 35-45 stopni. Im cieplej, tym szybciej zachodzi proces fermentacji. W przypadku bzu niebieskiego czy różowego wystarczy obserwować zmianę koloru kwiatów: kiedy zrobią się białe, to oznacza, że ten etap został zakończony. Może to trwać od 2 do nawet 12 godzin. Można wspomagać się piekarnikiem, tylko bez przesady, żeby ich nie ugotować. Przy moim białym bzie musiałam to robić trochę na wyczucie, bo kolor się nie zmieniał. Podobno można po prostu zabrać słoik ze sobą pod kołdrę na noc, tam się odpowiednio wygrzeje :).
Po wyjęciu ze słoika kwiaty w wyniku utlenienia błyskawicznie brązowieją i przy tym pachną słodko, trochę karmelowo, trochę jak podsuszone róże czy inne pout-pouri, w każdym razie zapach jest całkiem miły :). Zdarza się, że brązowieją już w słoikach - zazwyczaj dzieje się tak kiedy kwiaty nie są bardzo ciasno upchane (czyli mają dostęp powietrza), ale nie zmienia to właściwości surowca.



Teraz suszymy. Najlepiej zrobić to dość intensywnie, bo po przefermentowaniu surowiec jest dość wilgotny, a nie chcemy, żeby nam zapleśniał, tylko znowu uważamy, żeby go nie spalić. Część kwiatów suszyłam na wolnym powietrzu, wieczorową porą wspomagając grzejnikiem, a część wylądowała w piekarniku. Oczywiście piekarnik załatwił sprawę raz-dwa, ale ostatecznie obie partie wyglądają, pachną i smakują tak samo. A dodatkowo przy tym suszeniu cały dom przepięknie pachniał :). Po wysuszeniu mam tego spory zapasik, kilka papierowych torebek.


wysuszone kwiatki

I już, herbatka gotowa do parzenia! Można ją łączyć z zieloną, w dowolnych proporcjach, jak kto lubi.
U nas w domu niemal od zawsze jest zwyczaj picia rozmaitych ziółek - a dokładnie od czasu, kiedy urodziłam pierwsze dziecko. Zalecane wówczas herbatki rumiankowe i z kopru włoskiego przygotowywałam w większych ilościach - dla dziecka i przy okazji dla siebie i męża. I tak jakoś zostało... Z czasem zaczęłam dorzucać inne zioła, a to miętę, a to dziurawiec, a to pokrzywę, skrzyp itd. I teraz zawsze w kuchni jest dyżurny dzbanek z zaparzoną ziołową herbatką, a oprócz tego robimy sobie mocne napary do popijania zamiast kawy czy tradycyjnej czarnej herbaty. A wieczorem melisa. I bez cukru, ma się rozumieć ;).

Herbatka z kwiatów bzu ma przyjemny zapach i łagodny smak, a ponadto ma rewelacyjne właściwości, w szczególności za sprawą zawartej  w niej syringiny. Jest to składnik znany z silnego działania osłonowego i regeneracyjnego na miąższ wątroby, nawet w przypadku marskości. W bzie (lilaku) najwięcej syringiny jest w korze i owocach (też nadają się na napar), trochę mniej  w kwiatach i pączkach (z nich z kolei można przygotować też winko, podobnie jak się to robi z kwiatami czarnego bzu).
Na przykładzie osób z mojej rodziny mogę zaświadczyć, że zregenerowana wątroba to jednocześnie koniec wszelkich problemów skórnych, w tym uczuleniowych! A więc warto dbać o wątrobę i dla zdrowia, i - w efekcie - także dla urody.

********

I dzisiaj to by było na tyle, idę poogrodować, bo lato wybuchło, dzisiaj mamy 27 stopni w cieniu!

niedziela, 17 maja 2026

Sztuka niedoskonała.

Pogoda w tym tygodniu doprowadziła mnie do rozpaczy - zimno w ch..., piździło okrutnie, wyciągnęłam znowu ciepłą zimową kurtkę i ocieplane buty. Masakra. W domu sezon grzewczy mamy od września, w sumie 8 miesięcy. Ocieplenie klimatu, strach się bać. Ja lubię zimno, ale nie przez cały rok!

No i tak w tej paskudnej aurze idę ja sobie razu pewnego z roboty do domu, zakapturzona, nieco zziębnięta (chadzam piechotą dla zdrowia i bo lubię na ogół, jak nie piździ ofkors) i średnio z tych okoliczności zadowolona... Aż tu z boku ktoś mnie wyprzedza i dźwięcznym głosem mówi "dzień dobry!" - no to ja owszem grzecznie też "dzień dobry", patrzę - chłopaczek może 10-12 lat na hulajnodze, raczej nie znam, no ale może on mnie kojarzy. A chłopaczek zwalniając nieco na tej hulajnodze znowu się do mnie zwraca "podwieźć panią?". Ha! no powiem Wam, że zrobił mi dzień :))). Podziękowałam uprzejmie i wesoło, chłopaczek zadowolony raźnie się oddalił, za nim jeszcze jeden na rowerze, a ja miałam od razu lepszy nastrój, wyobrażając sobie jakbyśmy wyglądali pomykając razem na tej hulajnodze :))).


źródło


Wpis miał być ilustrowany kolejnym ptakiem z papier-mache, ale cały tydzień był pełen wrażeń i zajęć i nie miałam kiedy usiąść spokojnie i zająć się końcowym lepieniem. Ale już schnie i czeka jeszcze na malowanie.

********

Niedawno w mojej metropolii w lokalnym muzeum miała miejsce wystawa prac rzeźbiarskich miejscowych twórców. Wśród nich jest kilku dość nawet wybitnych artystów profesjonalnych, uznanych w świecie sztuki także poza granicami kraju, ale także twórcy aspirujący oraz totalni amatorzy, jednak określający sami siebie jako rzeźbiarze i pewnie marzący o podobnej sławie. To jest dość prężne i zgrane środowisko, nowicjusze uczą się od mistrzów, wspierają się, razem wystawiają. Tworzywo rozmaite, od gliny i drewna przez metal, po szkło. No i w związku z tą wystawą na lokalnych forach internetowych rozgorzała dyskusja, w której rozmaitej maści mędrkowie popisywali się znajomością definicji sztuki wysokiej oraz ubolewali, że na ekspozycje muzealne obok rzeźbiarskich sław dopuszczono także parweniuszy, czyli amatorów, oraz wylewali na tych ostatnich mnóstwo wzgardliwych pomyj. No cóż, miasteczko powiatowe ledwo 40-tysięczne niektórym wydaje się stolicą sztuki europejskiej i chcieliby widzieć w salach tutejszego muzeum wyłącznie dzieła najwybitniejszych mistrzów. 

No chyba im się coś porąbało. Przede wszystkim - muzem ma między innymi misję edukowania oraz podtrzymywania miejscowych tradycji i wspierania lokalnych twórców. Oprócz stałych wystaw zawsze są jakieś wystawy czasowe i różne już tam badziewia dziwne rzeczy pokazywano i nie budziło to aż takich emocji. Nawet najlepsze galerie sztuki na świecie użyczają czasem swoich sal na wystawy twórców nieprofesjonalnych. No ale prowincjonalni mądralińscy uważają, że "swoich" trzeba skrytykować, przejechać się po nich, żeby się za dobrze nie poczuli jako artyści. A przecież bywa, że nawet niektórzy z tych uznanych nie pokończyli żadnych szkół artystycznych, i sami niedawno też dłubali czy lepili jakieś tam średnio udane gnioty... Ale pracowali nad swoim warsztatem, uczyli się, coś im się w końcu zaczęło udawać, tworzą teraz wspaniałe rzeczy. Nikt nie rodzi się od razu mistrzem. I jak widać mistrzom korony z głów nie pospadały z powodu wspólnej wystawy z amatorami. Przecież to jest wspaniałe doświadczenie, taki przegląd dokonań miejscowego środowiska artystycznego, zarówno dla wystawiających artystów, jak i dla zwiedzających - możliwość zestawienia prac prezentujących różne poziomy umiejętności, różne techniki i różne wizje artystyczne. A tymczasem jakiś dupek, który może nigdy nic własnymi rękoma nie stworzył, a nawet nie wymyślił, musi sobie poużywać na nowicjuszach, amatorach, którzy wcale niekoniecznie marzą o międzynarodowej sławie, po prostu lubią rzeźbić, to jest ich pasja i hobby. 

********

Błąkając się po internetach trafiłam na taki ciekawy wpis, który co prawda odnosi sie do rękodzieła, ale sprawdza się też w kontekście sztuki nieprofesjonalnej (tutaj link - klik)Kilka cytatów, żeby nie bawić się w streszczenia:

"W rękodziele często mówi się o perfekcji. O równych ściegach, symetrii, idealnie dobranych kolorach. O tym, by 'nie było widać ręki' – czyli błędu popełnionego dłonią twórcy. Ale w sumie... dlaczego? Przecież to właśnie ręka – z jej drżeniem, precyzją i historią – jest najważniejsza. (...) W każdej pracy zostawiamy fragment siebie – czasem krzywy, czasem nadgryziony przez zwątpienie lub inne emocje, ale prawdziwy. Dlaczego warto zostawić błąd? Bo błąd oddycha. Bo sprawia, że praca żyje. Bo przypomina, że rękodzieło to dialog – między nami a materiałem. Może więc nie chodzi o to, by robić rzeczy idealne. Może chodzi o to, by robić rzeczy prawdziwe."

I do tego jeden z ciekawych komentarzy:

"W dzisiejszych czasach gdzie sztuczna inteligencja potrafi wygenerować niemal idealne obrazy, teksty czy przedmioty ten ,,celowy błąd" wykonany przez żywego twórcę pozwala odróżnić dzieło, w tworzeniu którego został poświęcony czas, pomysł, uważność i zaangażowanie artysty od sztucznie wygenerowanego algorytmu. Być może to właśnie dzięki artystom, którzy wyrażają swoj bunt przeciw perfekcjonizmowi uda nam się jako ludzkości zachować odrobinę człowieczeństwa w świecie zasypanym sztucznymi wytworami."

********


niedziela, 10 maja 2026

Co ma PESEL do podróży?

Ostatnio zarobiona jestem w pracy, ale odliczam już dni do zamknięcia firmy, 31 lipca finito! Trochę mi dziwnie, bo to jednak kawał życia w tej robocie (która miała być na chwilę), ale nie jestem sentymentalna, więc przede wszystkim raduję się faktem, że będę miała mnóstwo czasu na przyjemne zajęcia. Jest trochę armagedonu z tym zamykaniem firmy, mnóstwo spraw do ogarnięcia, ale nic to, potem już dolce far niente oraz spełnianie marzeń! Na razie nie mam nawet zbyt wiele czasu (ani siły) na porządki w obejściu, coś tam robię w domu i ogrodzie tylko tak z doskoku. Na dopieszczanie otoczenia będzie czas pod koniec lata. Urlopu z wyjazdami też na razie nie planuję, dopiero we wrześniu mamy jechać na Węgry, mąż naciska, bo on ze względów zdrowotnych uwielbia te ich wody termalne. Mamy kilka ulubionych miejscówek. I może morze. Też jesienią. Nasze polskie morze oczywiście, bo to z kolei ja uwielbiam, a wieki nie byłam, chociaż dawniej to był obowiązkowy punkt w planach urlopowych, w różnych porach roku, łącznie z pięknym śnieżnym Sylwestrem któregoś roku. Są trzy miejsca na świecie, w których mogłabym mieszkać - nasze wybrzeże, Bieszczady i Kraków. Najlepiej na zmianę. Ale ze wskazaniem na Bałtyk.

W temacie spełniania marzeń na emeryturze ostatnio trafiły mi się dwie czy trzy rozmowy o korzystaniu z życia przez emerytów. Jako że przez pomyłkę w peselu jestem już podobno w wieku dość zaawansowanym, co nieustająco niezmiernie mnie dziwi, to i znajomych mam też sporo emerytów lub prawie-prawie. Przedział 50-70+. No i tak sobie myślę, że to jest chyba tak, że ciągnie swój do swego. Ci, co podróżują, trzymają sie bliżej tych, co też kochają podróże, "manualni" czyli rozmaici twórcy, rękodzielnicy itp - szukają ludzi o podobnych zainteresowaniach, naukowcy, politycy itd - wolą przebywać wśród osób dzielących z nimi te pasje. 

Wykreśliłam dawno temu z listy znajomych rozmaitych osobników, których nie mogłam strawić. Marudy, pesymiści, szukający problemów, politykujący, pieniacze, wiecznie niezadowoleni itd. Różnie w życiu bywało i czasem człowiek był zmuszony utrzymywać jakieś tam kontakty z takimi negatywnymi osobnikami, ale na szczeście teraz już nic nie muszę i to jest dobry aspekt słusznego wieku i stabilizacji życiowej, zawodowej itd. Unikam ludzi, którzy wiecznie narzekają, gadają o problemach - zwykle zresztą bardziej wydumanych niż realnych, z niczego nie są zadowoleni, obgadują wszystkich dookoła, w dodatku wszystko wiedzą najlepiej. Niektórzy z nich owszem nawet podróżują po świecie, bo mają czas i pieniądze, a jednak uważam ich za nudnych starych zrzędów. W mojej ocenie mają smutne, nudne życie, bez pasji. A pasją mogą być rozmaite rzeczy. 

Niedawno spotkałam dawno nie widzianego starszego pana, który kiedyś miał drobny biznesik oraz gospodarstwo rolne. Taki prosty człowiek, jak to się mówi. W zasadzie to poza tym, że pomagałam mu dawniej służbowo w pewnych sprawach, nie bardzo miałam z nim o czym rozmawiać. Przynajmniej tak mi się wydawało. No więc tak grzecznościowo go zapytałam co też teraz porabia, bo wiem że ów biznesik zlikwidował, gospodarstwo mocno okroił i korzystał z zasłużonej, choć mało płatnej, emerytury. Myślałam, że siedzi tam na tej swojej wsi i karmi kury. A pan się rozgadał i widziałam, że oczy mu się zaiskrzyły, bo wsiadł na ulubionego konika. A otóż się okazało, że on jest pasjonatem naszych pobliskich Karkonoszy. Jak mi zaczął opowiadać ile to on szlaków i bezdroży w tych górach obszedł, to mi  z kolei oko nieco zbielało, a potem jeszcze się okazało, że on nie tylko po tych górach chodzi, ale też czyta, rozmawia z mieszkańcami, dopytuje, szuka dawnych śladów po obiektach, które tu niegdyś były, szuka rozmaitych tajemniczych miejsc z historią albo legendą, zbiera minerały, bada skały i rośliny. Nawet zaprenumerował sobie czasopismo jakieś niszowe o tych Karkonoszach. No byłam w lekkim szoku. W życiu bym nie pomyślała, że on w ogóle coś czyta, a jeszcze że ma taką dogłebną wiedzę o kawałku naszego regionu... Zaimponował mi.

Drugi pan, z którym też niegdyś miałam trochę służbowych kontaktów, po zamknięciu firmy i przejściu na emeryturę lubił sobie czasem pojechać na jakąś wycieczkę, no i na jednej wycieczce w Rzymie kolega go namówił na kupno na jakimś targu starej monety, mówiac że to ciekawy egzemplarz, że mu się opłaci, że zarobi itd. Kupił z ciekawości, bo na zarobku mu specjalnie nie zależało, bo majętny był. Ale w domu zaczął szukać informacji i tak stopniowo wciągnął się w temat, a że nic innego nie miał do roboty, to koło 70-tki stał się numizmatykiem, kolejne wyjazdy były nastawione na poszukiwanie ciekawych monet, spotkania z innymi kolekcjonerami, giełdy itd. Przy okazji zaczął też interesować się malarstwem, wyszukiwał na tych giełdach obrazy dawnych mistrzów, czasem trafiały się jakieś perełki. A w wolnych chwilach organizował w swoim domu i ogrodzie imprezy, których uczestnicy w zimie korzystali z domowej sauny, a następnie na golasa harcowali po śniegu, gorsząc sąsiadów - o czym donieśli mi właśnie ci sąsiedzi, przypadkiem też moi znajomi. A towarzystwo całe pod 70-kę. Wesołe jest życie staruszka :).

Mam też grono znajomych w podobnym wieku, którzy spotykają się w klubie włóczykija i co tydzień jeżdżą na jakieś wycieczki. Wycieczki są jednodniowe, więc niezbyt dalekie, ale bardzo urozmaicone. Raz po jakichś rezerwatach przyrody, raz zwiedzanie zamków czy ruin, to znów wędrówki po górach, odwiedzanie muzeów i manufaktur, albo spacery po ciekawych miasteczkach z wygadanym przewodnikiem. 

Są i tacy, co lubią dalekie i egzotyczne podróże, niektórzy co chwila gdzieś latają. Co prawda niektórzy z nich po powrocie rozmawiają tylko o hotelach, bo niewiele więcej widzieli, ale są i tacy, co sami sobie organizują zwiedzanie okolic, czasem dość ekstremalnie. Niektórych nosi po bardziej sportowych destynacjach, więc wyczynowe rowery, wspinaczki, narty, joga itp. No i grupa artystów albo prawie-artystów, w każdym razie osoby, które coś tworzą, rzeźbią, malują itp. Spotykają się w pracowniach, jeżdżą na wystawy. Inni uczą się tańca czy śpiewu. Wiele z tych osób pomimo osiagnięcia wieku emerytalnego nadal pracuje, prowadzi biznesy. 

Lubię i bardzo szanuję ludzi, którzy mają pasję. Interesują się jakimś tematem i mają o nim dużą wiedzę. Nie pamiętam kto to powiedział; "można być w kropli wody odkrywcą, a można wędrując dookoła świata przeoczyć wszystko". W jednym komentarzu na innym blogu przeczytałam taką diagnozę: "jedni podróżują do śmierci, a inni urodzili się starzy". Aha, czyli jak nie podróżuję, to znaczy, że urodziłam się stara? To chyba nie o to chodzi z tą starością. Dla mnie starzy są ludzie, którzy mają stare mózgi. Narzekają, zrzędzą, nie mają żadnej pasji czy zainteresowań poza ocenianiem i krytykowaniem innych. Ja mam plany i marzenia, mam mnóstwo zainteresowań, lubię się uczyć nowych rzeczy, poznawać nowych ludzi. Koło 60-tki zrobiłam podyplomowe studia rolnicze (bo był pomysł kupienia paru hektarów, a nikt w rodzinie nie miał uprawnień, no to kto, jak nie ja) i bardzo się w ten temat wciągnęłam, doczytywałam sporo poza programem. Uczę sie włoskiego, bo tak. Wcale niekoniecznie muszę jechać do Włoch, bo mnie tam nie ciągnie. Widocznie jestem stara?Napisałam niedawno znajomemu pracę inżynierską, chociaż nie mam nic wspólnego z jego dziedziną. Pomógł mi dostarczając literaturę i notatki z wykładów, ale jednak musiałam się tego nauczyć, zrozumieć, zrobić projekt, tabelki i wykresy, rozwiązać zadania - w dodatku w trybie mocno przyśpieszonym, bo terminy goniły. Zresztą wiele razy w życiu pisałam dla znajomych albo za pieniądze prace dyplomowe i magisterskie, jakieś  referaty. Od pielęgniarstwa, przez ekonomię, filozofię, socjologię, informatykę, po tematy politechniczne. Pracuję umysłowo (o pracy zawodowej opowiem jak już z tym skończę), czytam, interesują mnie rozmaite tzw. poważne tematy. W wolnym czasie maluję obrazki. Ale ktoś mówi, że jestem stara, bo nie podróżuję. A ja rozmawiam z "podróżnikami" i często się okazuje, że o miejscach, które odwiedzili, wiem więcej niż oni. Dla mnie to oni są starzy. Oczywiście są różne kategorie podróżników, ale właśnie o to chodzi, że nie można tak wszystkich wrzucać do jednego worka. 

Jakiś czas temu pisałam na blogu o książkach o starości. A może niezupełnie o starości, ale o tym, jak można korzystać z życia mając 70, 80 czy nawet 90 lat. I jak młody można mieć umysł w starym ciele. Wklejam fragmenty z tamtych wpisów:



Justyna Dąbrowska "Miłość jest warta starania. Rozmowy z mistrzami" . Rozmówcami autorki są między innymi: Andrzej Strumiłło, Kazimierz Kutz, Ryszard Horowitz, Tadeusz Rolke... Dopiero po czwartym chyba rozdziale zorientowałam się, co łączy te wszystkie osoby. Otóż jest to pokolenie dzisiejszych niemal (lub ponad) 90-latków! Każde z nich przeżyło jedną lub dwie wojny, bagażem doświadczeń mogliby obdzielić tysiąc osób. W rozmowach opartych o podstawowy zestaw pytań przewijają się wątki z niezwykłych życiorysów tych wszystkich fascynujących postaci ze świata nauki, kultury, sztuki... Co ciekawe - niemal wszyscy oni są u schyłku życia nadal aktywni, praca, którą wykonują, jest wciąż ich pasją. Są rozmowy o przemijaniu, sensie życia, śmierci, niezwykłe przemyślenia, mądre uwagi. I uderzająca pogoda ducha, kontrastująca z powszechną tendencją do narzekania i krytykowania wszystkiego i wszystkich. Na pytanie, co jest w życiu najważniejsze, odpowiadają różnymi słowami, ale zazwyczaj okazuje się, że najważniejsza jest miłość, pasja, rodzina. Fascynująca książka, do czytania i wracania do niej.

Justyna Dąbrowska "Nie ma się czego bać. Rozmowy z mistrzami". Zbiór fascynujących wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury, nauki, ludźmi w wieku mocno zaawansowanym, a jednocześnie pełnymi optymizmu i werwy, bardzo aktywnymi, zaangażowanymi w rozmaite prace i przedsięwzięcia, dzielącymi się swoimi jakże mądrymi i pozytywnymi przemyśleniami o życiu, o wartościach, o tym, co jest ważne. Lektura bardzo budująca, budząca ciepłe uczucia, szalenie pozytywna, dobra na stany depresyjne i długie jesienne wieczory.

Ale co powiecie na przykład o Simonie Kossak, która nie wiem czy gdzieś w życiu w ogóle podróżowała, ale na pewno nie podróże były jej pasją, tylko przyroda, zwłaszcza ta nasza, lokalna, żadne tam egzotyczne cuda. I tutaj chciałam podlinkować wpis o cudownej książce o Simonie, ale... nie znalazłam go na blogu. A byłam pewna, że pisałam. No to teraz w paru zdaniach napiszę.





  • LECH WILCZEK - "Moje życie z Simoną Kossak". Wydawnictwo Marginesy, 2023r, s. 335.

Cudowna opowieść partnera życiowego Simony Kossak, bogato okraszona jego niesamowitymi zdjęciami, a także fotografiami z albumów rodzinnych. Simona - ostatnia w prostej linii ze sławnego rodu Kossaków, porzuciła tętniącą życiem Kossakówkę i przeniosła się do chaty z bali na skraju Puszczy Białowieskiej. Poświęciła całe życie badaniom rodzimej przyrody i walce o jej ochronę, o zachowanie naturalnych siedlisk zwierząt i ptaków. Pracowała w zakładzie Polskiej Akademii Nauk w Białowieży, była profesorem nauk leśnych, popularyzatorką wiedzy o przyrodzie. Zżyła się z puszczą i jej mieszkańcami, w jej domu mieszkały ptaki, dziki, sarny, lisica, a zwierzęta w lesie znały ją i podchodziły jak oswojone. Wiele osób kojarzy ją z audycji radiowych, w których opowiadała o leśnych stworzeniach, powstał także film biograficzny, chociaż może nie do końca zgodny z prawdą. O książce trudno opowiadać, bo to jest książka specyficzna, bardzo osobista, pełna wzruszających momentów, dużo mówią też liczne fotografie. Wilczek opisuje ich spotkanie, wspólną pracę, codzienne życie, mnóstwo zabawnych historii związanych z Simoną, jej zaangażowanie w opiekę nad zwierzętami i ochronę puszczy. Była kobietą pełną pasji, żyła pełnią życia, chociaż nigdzie daleko nie podróżowała. 












Polecam te lektury wszystkim, którzy uważają, że jak ktoś nie podróżuje, to znaczy, że jest stary. 

Poznałam w sieci mnóstwo ludzi z wielkim apetytem na życie, którzy jednak upatrywali szczęście nie w dalekich wyprawach, ale w celebrowaniu chwil i dopieszczaniu najbliższego otoczenia - domu, ogrodu. Ostatnio dużo pisze się i mówi o tym, jak zwolnić i cieszyć się życiem bez pośpiechu.

W poprzednim wpisie wspomniałam, że 4 maja został ustanowiony Światowym Dniem Powolności. Pomysł narodził się w głowie Włocha, Bruno Contigianiego, menedżera i pracoholika, który jednak uznał, że życie ucieka mu przez palce. Założył więc stowarzyszenie The Art of Living Slowly (Sztuka Powolnego Życia) którego celem jest krzewienie idei, że unikając pośpiechu i stresu można poprawić jakość życia. (...) Włosi jak mało kto przykładają wagę do wolniejszego życia. To oni przecież wymyślili ideologię Slow Food, a więc delektowania się wykwintną kuchnią, unikania Fast foodów. 

A więc u Włochów passeggiata, a u Japończyków - ikigai, czyli filozofia szczęścia. "Ikigai w wolnym tłumaczeniu oznacza "powód życia". Filozofia ta mówi, by czerpać przyjemność z codziennych spraw i by każdy dzień sam w sobie był wystarczającą motywacją do wstania z łóżka. To przeciwieństwo zachodniego sposobu postrzegania szczęścia jako ekscytujących wydarzeń czy wyjątkowego spędzania czasu. To właśnie według zasad ikigai żyją mieszkańcy Okinawy, czyli najbardziej długowieczni ludzie świata. Filozofia ikigai zachęca też, by aktywnie "poszukiwać samego siebie" - odkrywać, co sprawia nam największą przyjemność, co nas wyróżnia i sprawia, że jesteśmy wyjątkowi. Chodzi więc o to, by w życiu znaleźć też czas na rzeczy, które nie są użyteczne. Może to być pisanie wierszy do szuflady, tworzenie rzeźb czy przedmiotów, które nigdy nikomu się nie przydadzą. Cenny jest sam proces twórczy, podejmowanie wyzwań, a także ciągłe samodoskonalenie. (...) Japońska filozofia szczęścia zachęca do czerpania radości z każdej chwili - zarówno pracy, domowych obowiązków, jak i chwil relaksu. Jej podstawą jest cieszenie się z prozaicznych czynności i akceptowania rzeczywistości, zamiast ciągłego wyczekiwania na przyjemności, Ikigai mówi też o życiu w harmonii z otoczeniem - zarówno z ludźmi, jak i przyrodą. Badania japońskich naukowców z Uniwersytetu Tohoku w Sendai na grupie ponad 50 tys. mieszkańców Osaki wykazały też, że osoby kierujące się zasadami ikigai są bardziej zadowolone z życia i zdrowsze - znacznie rzadziej zapadają na schorzenia układu krążenia czy choroby cywilizacyjne."(źródło)