środa, 9 września 2026

Rysunki.

Pod poprzednim postem przeczytałam ciekawy komentarz na temat naszego stosunku do sztuki. I do tego niniejszym nawiążę, bo znowu mnie naszło na rozważania. Wiadomo, że niewiele osób odebrało solidne przygotowanie do odbioru sztuk plastycznych czy muzyki. Więc jeśli ktoś nie ma wiedzy, a do tego nie ma też wrodzonej wrażliwości, to czasem nie odróżnia kiczu od dzieła sztuki. Abstrahuję tutaj od kwestii co kto kupuje i sobie wiesza w domu, bo nikomu nic do tego, jak dom nie jego. Chodzi mi jednak o te różnice w odbieraniu, odczytywaniu i odczuwaniu obrazów czy też utworów muzycznych, czy sztuk innych. 

Przez prawie całą podstawówkę uczyłam się grać - grałam przede wszystkim na mandolinie, mandoli i banjo, później jeszcze trochę na gitarze klasycznej, przy okazji próbowałam też na basie i saksofonie. Po pierwszych latach nauki grałam już w takiej małej orkiestrze mandolinowej, z sekcją rytmiczną, skrzypcami i saksofonami oraz wokalistką. Po maturze zakumplowałam się z chłopakami z jazzbandu, przesiadywałam na ich próbach, jeździłam na koncerty i różne chałtury. A jeszcze później moje dzieci pobierały naukę gry na fortepianie, więc też próbowałam :). I nie zapominajmy, że przez jakiś czas śpiewałam w szkolnym chórze, aż sama nie wierzę, bo w ogóle nie uważam siebie za osobę muzykalną... no hmmm... 

No i tak: wirtuoz to ze mnie jednak nie wyrósł, ale poznałam muzykę, można powiedzieć, że od podszewki. I to jest ogromne bogactwo, dzięki któremu zupełnie inaczej słucham muzyki niż ktoś, kto nigdy na niczym nie zagrał, nie był na próbach, nie przyglądał się i nie przysłuchiwał jak się to wszystko ze sobą zgrywa, dlaczego w ogóle te próby tak długo trwają, co i dlaczego się tam poprawia, żeby dobrze razem brzmiało. I chociaż nie jestem wielbicielką na przykład muzyki symfonicznej, to czasem słucham i ogromnie podziwiam tych ludzi - każdego z osobna i wszystkich razem. A ktoś, kto potrafi taką muzykę napisać... to jest dla mnie w ogóle kosmos. Wyobrazić sobie i usłyszeć w głowie cały utwór rozpisany na kilkadziesiąt instrumentów, zanim ktokolwiek cokolwiek zagra. Niesamowite.

Podobnie jest z malarstwem - są ludzie bardziej wrażliwi, wyczuleni na piękno, ale większość odbiera dzieła wizualne dość powierzchownie i nie zawraca sobie głowy książkowymi definicjami i fachowymi opiniami krytyków. Jeden lubi mocne kolory, więc spodoba mu się wszystko, co krzyczy kolorami, inny kocha idylliczne widoczki, więc tylko takimi będzie się zachwycać, niezależnie od rzeczywistej wartości artystycznej obrazu. Odbiorca bardziej wyrobiony, który ma większą wiedzę o malarstwie, albo twórca, który sam próbuje walczyć z oporną malarską materią, mają zwykle bardziej dojrzałe, wyrobione podejście, oceniają dzieło w znacznie szerszym kontekście. I już dalej nie będę się nad tym rozwodzić. Ale co z tego wynika? A no to, że co człowiek, to inne spojrzenie na sztukę - i temat nie ma końca.

To wszystko jednak nie ma znaczenia, kiedy spodoba nam się jakiś obraz, dajmy na to. I chcemy go kupic i sobie w domu powiesić. I trzeba go po prostu kupić i się nim cieszyć. Bo sztuka ma być dla nas, dla naszej przyjemności. No, chyba że chodzi o zaimponowanie sąsiadom czy gościom... ale to już inna bajka... A jeszcze całkiem inna historia to chęć zrozumienia sztuki. Bo dlaczego ten a nie inny obraz jest dziełem sztuki, a inny za taki nie uchodzi? Może więc czasem warto zainwestować w coś, co niekoniecznie nas uwiodło od pierwszego wejrzenia, ale wisiało na wystawie i ktoś znający się na rzeczy dobrze się o tym wypowiedział...? Powiesić we własnym salonie i przyglądać się, aż się zrozumie, poczuje, pokocha.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o gadanie o sztuce, nie będę już dalej przynudzać. 

Teraz krótki pokaz rysunków wygrzebanych z szuflady. Dawno temu uwielbiałam rysować ołówkiem, potem pokochałam piórko z tuszem, a jak się pojawiły cienkopisy, to namiętnie bazgrałam cienkopisami. Coś tam się uchowało, niektóre gdzieś kiedyś na blogu pokazywałam.

Takie tam bazgroły. Zdjęcia czemuś wychodzą nieostre, sorry, a jeszcze dzień jakiś pochmurny się zrobił... Można kliknąć na zdjęcie, wtedy lepiej widać szczegóły.






To poniżej to najpierw były szkice znalezionej w ogrodzie małej ptasiej czaszeczki. Potem dorysowałam bluszcz, dopasowałam sentencję, no i się zrobiła taka grafika:


Była faza na rysowanie sów:





Ptasie tematy zawsze mnie pociągały, tutaj było ćwiczenie rysowania piórek, gniazdek itp. (tych piórkowych rysunków mam sporo):



Po pożarze Notre Dame w Paryżu naszło mnie na rysowanie katedry i jej detali, oczywiście na podstawie zdjęć:








Było trochę mandali, bo też miałam taką fazę na mandale, ich rysowanie było jak medytacja:


One są dość spore, średnica około 30 cm. Znowu kiepskie zdjęcie, więc jeszcze próba zbliżenia:



Nadziubałam się tego wtedy... ale były to świetne sesje terapeutyczne w okresie przebodźcowania pracą. Po to zresztą głównie wymyślono mandale - ważniejszy był proces tworzenia, niż ostateczny efekt wizualny. Tworzenie mandali, a następnie niszczenie (jako droga transformacji praktykującego) w buddyzmie tantrycznym jest uważane za rodzaj medytacji.
Później jeszcze rysowałam mandale złotym cienkopisem na czarnym papierze. Są gdzieś na blogu.

No i powinnam gdzieś mieć całą teczkę z rysunkami koni, ale licho wie, gdzie się ona zapodziała, znalazłam tylko kilka sztuk:


********
Takich różnych rysunków, akwareli, kolaży itp mam sporo, ciągle mówię, że je oprawię i powieszę, ale potem odkładam, bo zawsze coś innego wejdzie w paradę... Wszystkich wieszać nie będę, ale konie, sowy i NotreDame koniecznie.

********



piątek, 4 września 2026

Wesołe jest życie staruszka oraz globalna kicha na blogspocie.

Poważnie się zastanawiam, czy to już agonia bloggera na blogspocie? Coraz gorzej się dzieje, znikają przydatne funkcje, nie aktualizują się posty na listach czytelniczych, a teraz jeszcze spierniczyło się pisanie komentarzy, zarówno u siebie jak i u innych. I nie podpowiadajcie mi, żeby wyczyścić pamieć podręczną i inne takie bzdety, bo to wszystko już zrobiłam. I nic. Inni też mają ten problem, niektórzy nie, ale epidemia trwa i się rozlewa... Jak to elegancko określiła Teatru - chujnia z patatajnią. Kompromitacja informatycznego narybku bloggera. Albo celowe działanie, żeby się ludzie sami stąd wynieśli. No i szkoda, bo było fajnie, pierwszy blog założyłam właśnie na bloggerze jakieś ćwierć wieku temu i bardzo mi się tutaj w blogosferze spodobało. Ale jak widać nic nie jest wieczne, idą zmiany, nie zawsze na lepsze, niestety. No zobaczymy, może się odetka... W każdym razie informuję, że próbowałam pisać komentarze na kilku blogach oraz odpowiadać u siebie, niestety na razie nie da się ich opublikować.

Wspomniałam niedawno gdzie mieszkam, więc dzisiaj jako ilustracje zamieszczam kilka fotek domowych, żeby nie było wątpliwości. Wszystkie skorupy to oczywiście bolesławiecka ceramika.


na kuchennym stole

na kuchennym blacie

Zbieranina taka w różnych wzorach, jako pełny komplet jest tylko serwis herbaciany (i jeden jeszcze w całkiem innych wzorkach stoi zapakowany w pudle). Po różnych szafkach są jeszcze upchane pojedyncze kubki, filiżanki ze spodkami oraz półmiski i naczynia do zapiekania wyciągane na okazje imprezowe. To są solidne rzeczy, wytrzymujące spokojnie zarówno piekarnik jak i zmywarkę, ale dość ciężkie, więc na codzień tych dużych naczyń raczej nie używam.


O tym serwisie już kiedyś opowiadałam, jak to przypadkiem odkryłam go w pudle, o którym mąż mi tylko wspomniał, że dostał od kogoś jakąś ceramikę...


W zasadzie wszystkie bolesławieckie skorupy, jakie mam, dostaliśmy przy różnych okazjach, jakieś okolicznościowe podarki, pożegnania, uczczenia, podziękowania itp, czasem jakieś loterie charytatywne. Jeśli coś kupiłam, to dlatego, że sama dawałam w prezencie. Ale w planie dla siebie mam wazę na zupę, a w marzeniach cały serwis obiadowy, w upatrzony wzór z przewagą bieli i kobaltowymi kropeczkami. Oczywiście zawsze są ważniejsze rzeczy na liście zakupowej, a serwis za parę tysi spada na dalsze miejsce.

********


Jakiś czas temu Renata z bloga "Kalejdoskop Renaty" sporządziła listę swoich drobnych przyjemności, takich zwyczajnych, codziennych, które składają się na poczucie szczęścia. Wśród nich najzabawniejsze wydało mi się "Obudzenie się z bólem kręgosłupa, a nie z innym, poważniejszym problemem" :))). I tak sobie pomyślałam, że faktycznie, trzeba się cieszyć tym, co się ma i odczuwać wdzięczność, że nie jest gorzej. Warto czasem porównać się z tymi, co mają gorzej, a nie wzdychać, że inni mają lepiej. I bardzo podoba mi się hasło Teatralnej, że trzeba sobie robić święto każdego dnia. Bardzo słusznie. Oczywiście nie zawsze można poszaleć na maksa, ale przynajmniej wydłubać dla siebie rodzynki z tego tortu zwanego życiem.


Dobre życie nie oznacza luksusu.
Dobre życie oznacza, że nawet siedząc
na kamieniu, umiesz siedzieć radośnie.

Sadhguru

Młodość to stan umysłu. Oboje z mężem jesteśmy emerytami, w wieku więc dość słusznym, a jednak wszyscy dają nam "na wygląd" mniej lat niż mamy. To chyba w dużej mierze sprawa wewnętrznego światłą i spokoju, równowagi umysłowej, nastawienia do świata, życia, ludzi w ogóle i samych siebie w szczególności. A my mamy to nastawienie jak najbardziej pozytywne. Zwłaszcza do siebie i życia :))).


Przyjdzie taki czas,
gdy z uniesieniem
siebie powitasz, stojącego
u swego progu, w swoim lustrze
i uśmiechniecie się na powitanie
i powiesz, usiądź tu. Jedz.
Pokochasz nieznajomego, swoje byłe ja.
Podaj wino. Podaj chleb. Oddaj serce
swemu nieznanemu, porzuconemu,
sercu, co cię zawsze kochało.
Zdejmij z półki miłosne listy
fotografie, daremne bileciki,
zedrzyj z lustra swe odbicie.
Siądź. Świętuj własne życie.

(Derek Walcott, "Miłość po miłości")

Dzisiaj piszę tak trochę nieskładnie, co mi tam do głowy przyszło, bo różne tematy się zbierają i wiszą mi potem w zaczętych postach, więc dzisiaj to i owo wyrzucam od razu...

********


Przeczytałam gdzieś kiedyś uwagę na temat nauki języków, że nie ma sensu uczyć się jakiegoś języka (chyba chodziło o japoński), żeby raz w życiu pojechać na parę dni do tego kraju, gdzie prawdopodobnie i tak można się dogadać w bardziej powszechnym angielskim dajmy na to. No więc według mnie to jest tak, że sensem może być sama frajda z nauki. Ja się uczę włoskiego, chociaż nie jest pewne czy kiedykolwiek pojadę do Włoch, wcale nie planuję, a jak już pojadę to też pewnie na tydzień, może raz czy dwa w życiu. I nawet nie wiem, czy będę miała odwagę odezwać się po włosku :). Lubię uczyć się nowych rzeczy, włoski mi się spodobał bo jest dość łatwy, komuś może się podobać japoński czy chiński, bo trudny i chce mieć satysfakcję, że się nauczył takiego trudnego języka. A jaki jest sens w kolekcjonowaniu różnych dziwnych rzeczy? Jednym z dziwniejszych zbieractw jest dla mnie kolekcjonowanie magnesów na lodówkę. Po pierwsze lodówka oblepiona tymi magnesami wygląda moim zdaniem okropnie, równie dobrze można by ją upaćkać pisakami albo plasteliną, ja nie cierpię takiego ozdóbstwa. No a wielu ludziom się to podoba, jest przecież cały przemysł produkcji magnesów lodówkowych. Może to nie jest pragmatyczne, ale widocznie dla mnóstwa ludzi - przyjemne w jakimś sensie. A ja mam tak, że lubię się uczyć nowych rzeczy.

********


Praktykuję jogę. Sama. Nauczyłam się pół wieku temu. Nie lubię sal gimnastycznych, sportowych zajęć zbiorowych. Nie są to systematyczne sesje, ale staram się codziennie chociaż chwilkę przeznaczyć na jakieś ćwiczenia, choćby powitanie słońca, taki klasyk, oprócz tego joga twarzy i ćwiczenia szyi w wolnych chwilach. Nigdy nie byłam typem sportowca, nie lubię biegać, jeździć na rowerze, grać w jakieś gry zespołowe, skakać aerobikowo. Miałam w życiu krótki epizod gry w siatkówkę, nawet się wciągnęłam, ale to było w liceum - szkoła skupiała się na selekcji do reprezentacji, a ja wybitna w tym nie byłam, więc moja kariera siatkarska skończyła się po dwóch latach, a potem to już nie bardzo było gdzie i z kim grać. Zdecydowanie natomiast jestem chodziarzem, uwielbiam łazić, chodzić na krótsze spacery i długie wędrówki. Z mężem i jego psem chodzę więc codziennie na spacery, a właściwie to z naszym Dżemikiem trzeba powiedzieć, że na marszobiegi :). Przeważnie około godzinki. Dawniej chodziłam do i z pracy (około 1,5 km w jedną stronę, chyba że jeszcze zahaczyłam o punkty handlowe, to dużo więcej. Teraz do pracy już nie chodzę, więc idę do miasta z mojej wsi (osiedla za rzeką) - żeby się przejść, pod dowolnym pretekstem, po przysłowiową gazetę. Po drodze mam rzekę, więc czasem idę dłuższą drogą, wzdłuż rzeki od jednego mostu do drugiego i dopiero tam kieruję się do miasta. Pięknie tam zawsze było, mnóstwo zieleni, widoki, ptactwo wodne itd... Ostatnio trochę jest niestety plac budowy mocno rozgrzebany, bo powstał właśnie nowy most, a stary jest wyburzany i powstanie drugi równoległy, co ma rozładować wieczne korki w tym wąskim gardle. Na razie mamy ciągły armagedon, co chwila zmiana organizacji ruchu, a pieszo to całkiem można się w tym zaplątać i latać trzeba dookoła...


********

Wystawiłam na próbę kilka starszych obrazków na ArtMadam. Zobaczymy, przyglądam się jak to tam w ogóle działa, no szału nie ma. Nie wiem według jakiego algorytmu portal pokazuje rzeczy na pierwszych stronach, mam wrażenie że to jakieś zaprzyjaźnione osoby tam wystawiają, bo są promowane te same nazwiska/firmy od lat. Nowości szybko giną zasłonięte nowszymi nowościami, no bo jednak niektórzy tam hurtowo produkują i sprzedają. W kategorii obrazy długo tych moich prac w ogóle nie było, w końcu gdzieś tam się pojawiły, może ktoś musiał ręcznie korbką zakręcić... W każdym razie podpowiedź dla zainteresowanych: jak masz mało prac, to szybko tam zginiesz, warto sukcesywnie i często wstawiać coś nowego, to jest szansa, że jak ktoś zawiesi oko na jednym przedmiocie, to przy okazji zajrzy na pozostałe wystawiane przedmioty. Dużej nadziei z tym nie wiążę, bo nie produkuję taśmowo (ani arcydzieł, bądźmy szczerzy), na razie wypycham tylko zalegające po kątach obrazki, bo a nuż... Na olx i temu podobnych raczej nie planuję sprzedawać, liczę bardziej na kanały prywatne, bo tutaj zawsze zainteresowanie było, tylko że ja dotychczas nie chciałam bawić się w sprzedawanie. Daję sobie czas do końca września, jak się coś sprzeda na ArtMadam to pojadę z tym dalej, a jak nie, to sobie tę formę odpuszczę.

********

A co czytam? Dawno nie pisałam o książkach... Aktualna lektura to:

  • TERESA KOWALIK, PRZEMYSŁAW SŁOWIŃSKI - "Królewski dar. Co Polska i Polacy dali światu" - część I "Wynalazcy, odkrywcy. badacze". Wyd. Zona Zero Sp. z o.o., Warszawa 2020r, s. 590.


Przeglądam i czytam z tego to co mnie akurat zaciekawi. Są to notki o ponad stu naszych rodakach ze świata nauki, konstruktorach i wynalazcach. Wielu nazwisk nie kojarzyłam do tej pory, a okazuje się, że bez nich świat wyglądałby inaczej. Bardzo ciekawie napisane krótkie opowiadania zawierające zarówno dane biograficzne bohaterów książki, jak i opis najważniejszych ich dokonań oraz często - interesujące anegdoty z życia.

Dla przykładu - dzisiaj moją uwagę przykuły opowieści o Patku i o Banachu.

Stefan Banach (1892-1945) - podobno najwybitniejszy polski matematyk. Z trudem zdał maturę, ukończył tylko dwa lata studiów. Ale w 30. roku życia był już profesorem uniwersytetu i matematykiem o światowej sławie. Ciekawa jest historia jak do tego doszło... Otóż pewnego pięknego dnia, siedząc na ławce na krakowskich plantach, dyskutował z kolegą o całce Lebesgue'a. Przechodzący obok matematyk Hugon Steinhaus zaintrygowany tak niecodziennym tematem zasłyszanej rozmowy zatrzymał się i zapoznał z dyskutantami. Banach pomógł Stenhausowi rozwiązać pewien problem matematyczny, nad którym tamten od dawna się biedził, no i tak nawiązała się współpraca obu panów. W roku 1920 Banach otrzymał na politechnice lwowskiej, gdzie zatrudniony był Steinhaus, stanowisko asystenta, a rok później uzyskał tytuł doktora. To ostatnie też miało dość niecodzienny przebieg. Otóż Banach, namawiany przez współpracowników do napisania pracy doktorskiej, bronił się przed tym mówiąc, że jeszcze nic wielkiego nie osiągnął, więc o czym tu pisać. Jednak jego zwierzchnicy mieli inne zdanie na ten temat, jeden z nich w końcu opracował wszystkie dokonania Banacha, co uznano za doskonałą pracę doktorską. Pewnego dnia Banacha zaczepił ktoś na korytarzu uczelnianym i poprosił, żeby zaszedł na chwilę do dziekanatu, bo są tam jacyś ludzie, którzy mają pewne problemy matematyczne, a on z pewnością mógłby im je doskonale wyjaśnić. Tak więc Banach poszedł do dziekanatu i chętnie odpowiedział na wszystkie pytania, nie mając pojęcia, że właśnie zdał egzamin doktorski przed komisją sprowadzoną specjalnie na tę okoliczność z Warszawy.

Rok 1922, w którym praca doktorska Banacha została opublikowana, uważa się za datę przełomową w historii matematyki XX wieku. Ugruntowane w tej publikacji podstawy analizy funkcjonalnej stały się fundamentem dalszego rozwoju matematyki i nauk przyrodniczych, a w szczególności fizyki. Wiele pojęć i metod przez niego stworzonych i opracowanych znalazło zastosowanie w fizyce kwantowej. Był jednym z twórców tzw. lwowskiej szkoły matematycznej. W opowieści o Banachu autorzy przytaczają jeszcze więcej niezwykłych szczegółów, ciekawostek i dykteryjek. Bardzo ciekawa historia.

Antoni Patek (1811-1877) to z kolei postać bardziej znana, chociaż może nie wszyscy zdają sobie sprawę, że to właśnie nasz rodak stworzył markę, która ponad 150 lat od jego śmierci uważana jest za producenta najbardziej ekskluzywnych zegarków na świecie. W młodości brał udział w powstaniu listopadowym, następnie organizował szlak ewakuacyjny powstańców z Prus do Francji, gdzie na pewien czas osiedlił się i pracował jako zecer, potem w Szwajcarii handlował winem i likierami, a także uczył się malarstwa, ostatecznie zaś wylądował w Genewie i zajął się tam zegarmistrzostwem. Początkowo kupował gotowe mechanizmy i robił dla nich artystyczne koperty, sprzedając następnie z odpowiednim zyskiem. Mając 28 lat wraz z innym weteranem powstania, Franciszkiem Czapkiem, przy najdroższej ulicy w Genewie otworzył manufakturę zegarmistrzowską. Aby wejść na szwajcarski rynek, słynący z najwyższej jakości zegarków, musieli być lepsi od najlepszych. Początkowo wyspecjalizowali się w zegarkach kieszonkowych, których mechanizmy były wytwarzane z największą precyzją, a koperty ozdabiane miniaturami, najczęściej o charakterze patriotycznym lub religijnym. Odbiorcami byli przeważnie polscy emigranci. Jeden z tych zegarków, w srebrnej kopercie z białym orłem, kupił Adam Mickiewicz. Dwa lata po uruchomieniu manufaktury, wspólnicy wprowadzili na rynek pierwszy zegarek z niezależnym sekundnikiem. Po kilku latach wspólnicy jednak rozeszli się, ponieważ mieli inne wizje dalszego rozwoju firmy. Patek stawiał na nowoczesne rozwiązania, zatrudniał uzdolnionych zegarmistrzów, którzy wprowadzili sporo nowych pomysłów i wynalazków. Podczas wystawy przemysłowej w Paryżu w roku 1844 Patek poznał Adriena Philippe'a, który także miał na koncie kilka wynalazków rewolucjonizujących mechanizmy zegarowe. Wspólnie przystąpili do realizowania wielkich ambicji - robienia zegarków nowoczesnych, najlepszych, najpiękniejszych i najbardziej funkcjonalnych. W 1851 powstała spółka Patek Philippe & Cie, która istnieje do dziś.

Oryginalne ornamenty zdobiące zegarki były wytwarzane przez samego Patka. Artystyczne wykończenie wraz z doskonałą, nowoczesną technologią, okazały się najlepszą receptą na sukces. Na Wielkiej Wystawie Światowej w Londynie w 1851 roku firma Patek Philippe & Cie odniosła spektakularny sukces, otrzymując złoty medal za swoje wyroby. Przypieczętowała ten sukces królowa brytyjska Wiktoria, kupując zegarek z kwiatowym wzorem z diamentów i nosząc go później jako broszkę przypiętą do sukni. Po tych sukcesach firma Patka stała się ulubioną manufakturą zegarmistrzowską w kręgach arystokracji. Eksluzywne zegarki, pełniące zarazem rolę biżuterii i podkreślające bogactwo i pozycję społeczną właściciela, stały się towarem bardzo pożądanym przez milionerów i koronowane głowy. Patek tę modę wykorzystał, dostosowując podaż do popytu. najdroższy niejubilerski zegarek świata został wykonany w 1933 roku dla pewnego bankiera. W 1999 roku został sprzedany na aukcji Sotheby's za 24 miliony dolarów. Praca nad nim trwała 8 lat. Tłem dla wskazówek jest zmieniająca się codziennie mapa nieba widzianego w danym dniu nad nowojorskim Central Parkiem. Zegarek wygrywa melodię londyńskiego BigBena, użyto w nim 920 komponentów oraz 24-karatowe złoto. A w Genewie znajduje się muzeum firmy Patek Philippe, gdzie na czterech kondygnacjach zgromadzono około 2 tysięcy zegarków i innych eksponatów.

To tylko dwa przykłady, a opowieści jest około setki. Bardzo ciekawa książka, polecam :).

********

niedziela, 30 sierpnia 2026

Artysta czy rękodzielnik?




Trochę teoretycznie dzisiaj będzie, taki mały wykładzik, może przynudzę nieco, ale cóż, poniosło mnie badawczo :))). Otóż pociągnę tutaj temat z posta "Rękodzieło i nietoperze", w którym pisałam, że nazywam moją twórczość nie sztuką, tylko rękodziełem. Marysia Nowicka napisała w komentarzu: "ja myślę o sobie...twórca, czasami także artysta. A rękodzielnik kojarzy mi się z manufakturzystą, czyli z kimś kto działa co prawda ręcznie ale tworzy jakąś serię według cudzych wzorów. Bo już kogoś kto tworzy serie ale pierwowzory on sam wymyślił nazywam twórcą :)"

No i tak się zawiesiłam i zadumałam nad tym komentarzem, aż musiałam to sobie w głowie poukładać. Twórca czy artysta, no ok, zgoda, przy czym powiedziałabym tak: każdy artysta jest twórcą, ale nie każdy twórca jest artystą. Ale nie do końca się zgadzam z tą drugą częścią komentarza. W każdym razie chciałam to przemyśleć, zdefiniować i posegregować pojęcia. Bo otóż myślę, że oczywiście twórcą jest każdy, kto tworzy coś mniej lub bardziej indywidualnego, według własnej wizji. Ale rękodzieło i manufaktura to jednak nie to samo, już z samej definicji. Rękodzieło to tworzenie własnoręcznie (bez jakiegoś wypasionego sprzętu) przedmiotów unikatowych, o indywidualnych cechach. Unikatowość wynika ze sposobu wytwarzania (ręcznie, prostymi narzędziami), pozostawia niepowtarzalny ślad ręki twórcy. Ale niekoniecznie jest odtwarzaniem cudzych wzorów, ani też wytwarzaniem czegoś seryjnie. Manufaktura to już taka bardziej zmechanizowana produkcja seryjnych wyrobów przez większy zespół ludzi.

Żeby sprawdzić, czy nie jestem jednak w tak zwanym mylnym błędzie, dla własnego oświecenia pokusiłam się o sprawdzenie, co na ten temat mówi Wikipedia i inne źródła internetowe:

Rękodzieło (ang. handmade) to przedmioty wytwarzane ręcznie lub przy użyciu prostych narzędzi, w sposób nieprzemysłowy. Łączy ono pracę ludzkich rąk z walorami estetycznymi i artystycznymi, a każdy taki wyrób jest unikatowy i niepowtarzalny.

Główne cechy rękodzieła
  • Praca ręczna: Powstaje bez udziału wielkich maszyn fabrycznych.
  • Unikalność: Dwa egzemplarze nigdy nie są identyczne.
  • Wartość artystyczna: Posiada walory estetyczne i ozdobne.
  • Użyteczność: Często łączy piękno z praktycznym zastosowaniem w życiu codziennym.
Dlaczego jest cenne?
  • Wymaga czasu, cierpliwości oraz umiejętności twórcy.
  • Odzwierciedla pasję, tradycję oraz indywidualny styl.
  • Jest alternatywą dla masowej produkcji fabrycznej

Oczywiście ja też jestem twórcą, ale artysta to moim zdaniem taki ciut wyższy poziom. Nie mam skłonności do megalomanii, wolę skromność od śmiesznej przesady. Znam twórców, którzy niby sami coś wymyślają, ale ewidentnie naśladują, w dodatku dość nieudolnie, znanych artystów. No i cóż - i jeden i drugi to podobno artysta, tylko że mistrz rzadko o sobie tak mówi, a ów początkujący uczeń podkreśla na każdym kroku, że jest artystą. Dla mnie to dość śmieszne i żenujące. 

Od razu chcę zaznaczyć, że odnoszę te tutaj refleksje do siebie, nie oceniam tu i nie próbuję zaszufladkować twórczości innych osób, wyrokować kto jest artystą a kto rzemieślnikiem czy też rękodzielnikiem, wyjaśniam jedynie dlaczego moich dzieł nie uważam za sztukę, a raczej za rękodzieło. 

Pomijam takie rzeczy jak chodniczki, ptaki z papier-mache itp, ale skupię się na obrazkach. Obrazy, które maluję, wciąż są na etapie nauki, ćwiczenia. Kiedyś dawno temu moja profesorka z liceum powiedziała mi, że moje prace są wciąż takie za bardzo "domokulturowe". I coś w tym było i niestety mam poczucie, że nadal jest. Za mało jednak w życiu malowałam, po ogólniaku nikt mnie już tego też nie uczył, dlatego w moim malarstwie zbyt mało jest mojej własnej wizji - wciąż próbuję, naśladuję, uczę się, zbyt ostrożnie, niepewnie. Maluję takie grzeczne obrazki, rzadko zdarza mi się namalować coś, z czego jestem naprawdę zadowolona, z tego że namalowałam po swojemu, dokładnie tak jak sobie to wyobrażałam, a czasem nawet lepiej. Jak pozbędę się tych różnych zahamowań, to wtedy już będzie sztuka. Lepsza lub gorsza, ale sztuka.

A wracając do rozważań co jest sztuką, co rękodziełem, a co produktem manufaktury... Sweter zrobiony na drutach według własnej autorskiej koncepcji jest rękodziełem. Ale czy sztuką? hmmm... W każdym razie na pewno nie ma to nic wspólnego z manufakturą, skoro mówimy o jednostkowym egzemplarzu, a nie serii.

I znowu podpowiada Wikipedia:

Słowo manufaktura pochodzi z łaciny (manu factus - ręką zrobiony, czyli jakby to samo co rękodzieło, ale przypisano ten termin do bardziej zorganizowanej formy wytwórczości) i zgodnie z przyjętą terminologią oznacza dawny zakład produkcyjny lub współczesną firmę, w której towary powstają głównie ręcznie, ale z wykorzystaniem prostych maszyn, przy jednoczesnym podziale pracy między wyspecjalizowanych pracowników. Jest to forma pośrednia między małym warsztatem rzemieślniczym a zautomatyzowaną fabryką.

Więc jeśli ktoś sam plecie koszyki, powtarzalne z reguły, to jest rzemieślnikiem i tworzy rękodzieło, ale nie jest to przecież manufaktura.


Taki ciekawy artykuł znalazłam - "Sztuka a rękodzieło" (link).

Pozwolę sobie wkleić tutaj obszerne fragmenty, bo to trochę porządkuje pojęcia:

Sztuka to twórczość, która koncentruje się przede wszystkim na idei, przekazie i ekspresji. (...) W sztuce ważne jest nie tylko „co widzimy”, ale też: dlaczego dana praca powstała, jakie emocje wywołuje. jakie pytania stawia.

Dzieło sztuki nie musi mieć funkcji użytkowej – jego główną rolą jest komunikacja z odbiorcą.

Rękodzieło, nazywane też rzemiosłem artystycznym, to twórczość, która łączy estetykę z funkcją użytkowąMoże obejmować: ceramikę, biżuterię, tekstylia, przedmioty dekoracyjne, autorskie obiekty użytkowe.

W rękodziele bardzo ważne są: materiał i technika wykonania, precyzja i jakość, funkcjonalność przedmiotu.

Nie oznacza to jednak, że rękodzieło jest „mniej twórcze”. Wręcz przeciwnie – wymaga ogromnych umiejętności, kreatywności i wyczucia formy.

Sztuka a rękodzieło – najważniejsze różnice: funkcja, kontekst odbioru (...).


Czy rękodzieło to sztuka? 
Choć granica bywa płynna, można wskazać kilka kluczowych różnic:

FUNKCJA: 

sztuka – przede wszystkim ekspresja i przekaz
rękodzieło – połączenie estetyki i funkcji użytkowej
 

KONTEKST ODBIORU: 

sztuka – oglądana jako dzieło, często w kontekście galerii
rękodzieło – używane, noszone lub obecne w codziennym otoczeniu

SPOSÓB PREZENTACJI:

sztuka – często jako część kolekcji lub cyklu
rękodzieło – jako pojedyncze produkty lub serie

PROCES DECYZJI ZAKUPOWEJ:

rękodzieło – łączy estetykę z praktycznym zastosowaniem
sztuka – bardziej emocjonalny, często związany z kolekcjonowaniem

Warto jednak podkreślić: to nie jest podział „lepsze-gorsze”, to są po prostu różne formy twórczości.

Czy rękodzieło to sztuka? Odpowiedź brzmi: to zależy. Niektóre formy rękodzieła mają wyraźnie artystyczny charakter i mogą funkcjonować na pograniczu sztuki. Z drugiej strony wiele prac rękodzielniczych powstaje z myślą o użytkowości.

Dlatego zamiast próbować jednoznacznie je rozdzielać, lepiej spojrzeć na to w ten sposób - sztuka i rękodzieło to dwa różne języki twórczości, które czasem się przenikają.

No i nie będę dalej tego rozwijać, w każdym razie granice są dość płynne i każdy przypadek wymaga indywidualnej oceny.

********

Moje rękodzielnictwo ostatnio utknęło, bo spadły na mnie znienacka obowiązki związane z opieką nad starszą osobą. Ogarnęłam już trochę harmonogram zadań, zapowiedziałam, że fanaberii nie będę zaspokajać, no i starsza osoba nieco się sama w związku z tym wzięła w garść. Tak że damy radę, niemniej jednak wolny czas odrobnę się skurczył.

Faza na ptaki z papier-mache minęła, jedną płomykówkę wyrzuciłam, bo mi się zupełnie nie podobała, dwie ptasie sztuki jak widać stoją tymczasowo na szafie. Do projektu wrócę pewnie w długie jesienne wieczory.



********


I jeszcze w odpowiedzi na pytania w sprawie techniki produkcji chodniczka-szmaciaka, bo dziewczyny pytały, wklejam link (pod zdjęciem)  do znalezionego filmiku (samego filmu nie potrafię z Pinteresta wstawić, w ogóle mam problem ze wstawianiem filmów, chyba coś robię nie tak, będę wdzięczna za podpowiedzi):


https://pin.it/4RakFj98n


Ten jeszcze wzbogacony o pokaz jak najlepiej łączyć ze sobą paski dzianiny t-shirtowej:

https://pin.it/7CIBXcoy2


********


piątek, 21 sierpnia 2026

Skorupy.

źródło


To już 32. Bolesławieckie Święto Ceramiki. Podobno największy festiwal rzemiosła w Polsce. Program obejmuje przede wszystkim targi ceramiki, w tym głównie stoiska lokalnych fabryk i manufaktur. Najwięksi producenci to Zakłady Ceramiczne "Bolesławiec" i "Ceramika Artystyczna" (de facto w obu tych fabrykach produkcja opiera się w bardzo dużej mierze na pracy ręcznej, zwłaszcza w zakresie zdobienia, czyli malowania i stempelkowania wyrobów) oraz Manufaktura. Oprócz nich w Bolesławcu i okolicach działa około 40 mniejszych zakładów wytwarzających charakterystyczne naczynia ceramiczne dekorowane tradycyjnymi kobaltowymi wzorami stempelkowymi oraz malowane ręcznie w inne wzory. W czasie święta prezentują swoje wyroby (nie tylko ceramiczne) także rzemieślnicy spoza regionu, również goście zagraniczni, łącznie około 100 wystawców/sprzedawców. A odwiedzający i kupujący to też goście z całego świata.

(pogrubione w tekście nazwy zakładów i wydarzeń w większości są podlinkowane, można sobie więc doczytać trochę szczegółów)


W programie 32. Bolesławieckiego Święta Ceramiki  (19-23 sierpnia 2026r) najważniejsze punkty, poza targami ceramiki, to:

  • wystawa poplenerowa 61. Międzynarodowego Pleneru Ceramiczno-Rzeźbiarskiego,
  • wernisaż wystawy "Nowe wzornictwo w ceramice bolesławieckiej",
  • pokazy toczenia na kole garncarskim,
  • Miasteczko Teatru Glina Da - malowanie leiwem glinianym, występy artystów, konkursy i animacje,
  • Bolesławiecka Parada z Miłości do Gliny Teatr Glina Da Ci Skrzydła prowadzona przez Papę Bogdana Nowaka (niegdyś znana jako Gliniada, ale zaistniał spór co do praw do tej nazwy, więc oficjalnie używana jest taka bardziej skomplikowana, a i tak wszyscy mówią o gliniadzie);
  • tradycyjny Bieg po Ceramiczną Filiżankę (po schodach 8-piętrowego biurowca urzędu miasta)
  • wystawa Jubileusz 80-lecia Zakładów Ceramicznych "Bolesławiec" w nowym Muzeum Ceramiki


A o co chodzi z tą bolesławiecką ceramiką? W Polsce nie jest popularna, ale jest hitem eksportowym, który podbija świat, niezwykle pożądanym towarem szczególnie w USA i Japonii, ale także w Niemczech, Kanadzie, Korei Pd. 70% produkcji ceramiki bolesławieckiej trafia na eksport do 30 krajów jako produkt premium. Największy producent ręcznie dekorowanej ceramiki - Ceramika Artystyczna - zatrudnia blisko 400 osób i generuje ponad 50 mln zł przychodu rocznie. Niewiele mniejsze są Zakłady Ceramiczne "Bolesławiec", które otrzymały nagrodę Dolnośląskiego Gryfa w kategorii Ambasador Dolnego Śląska. A łącznie zakładów wytwarzających tradycyjną ceramikę jest w Bolesławcu i okolicach ponad 40! Japończycy piszą o tej ceramice książki, nagrywają filmy, japońscy influenserzy przyjeżdżają, żeby pokazać się na tle stempelkowych naczyń. A bolesławieccy ceramicy produkują dla nich 20-elementowe zestawy do sushi zdobione stempelkami. Bolesławieckie wyroby prezentował w swoim ekskluzywnym katalogu Robert Redford, amerykańskie sklepy internetowe sprzedają je jako "polish pottery" w oszołamiających cenach.

(większość zdjęć z oficjalnej strony Urzędu Miasta B-c oraz lokalnych portali informacyjnych)






Ceramika bolesławiecka jest ręcznie malowana, unikalna, trwała i praktyczna (nie straszna jej zmywarka, mikrofalówka czy piekarnik). Pokazuje, jak rzemiosło i autentyczność mogą być globalnym biznesem w erze zalewu masowej i taniej produkcji z Azji. 

Tradycja miasta ceramiki sięga XVI wieku, kiedy to działała już pierwsza garncarnia, zaś w 1897 roku powstała Królewska Ceramiczna Szkoła Zawodowa. A dlaczego akurat tutaj? Bo wokół Bolesławca są ogromne pokłady kaolinu - białej, bardzo delikatnej glinki porcelanowej (skład: kaolinit z domieszką kwarcu i miki). 

Kaolin ma ph zbliżone do skóry i nie powoduje uczuleń, dlatego stosuje się go także w kosmetyce. Stąd pomysł Papy Nowaka na malowanie się gliną (a dokładniej - leiwem, czyli taką płynną postacią tej glinki), co dało impuls do Parady z Miłości do Gliny, do której każdy może się przyłączyć. Na miejscu chętni smarują się i natryskują leiwem, można dostać kostium do przebrania, a na koniec spłukać z siebie glinę (zdjęcia poniżej z poprzedniej parady, ze strony Teatru Glina Da na Fb)



w poprzednich latach w ramach parady odbywały się nawet autentyczne śluby "glinoludów":


pomysłodawca parady - Papa glinolud Bogdan Nowak na swoim wehikule:





Obecnie działające zakłady produkujące ceramikę, także te największe, to de facto manufaktury. Każde naczynie malowane jest ręcznie za pomocą stempelków gąbkowych i pędzla. Doliczono się 700 różnych form i 3000 wzorów. Główny trzon załóg stanowią artyści-dekoratorzy, projektanci wzorów, specjaliści od wypalania w wysokich temperaturach.





Ceramikę można kupić na głównym targu urządzonym w Rynku oraz w stałych sklepach fabrycznych głównych producentów w różnych punktach miasta. Główne ulice z takimi sklepami to Kościuszki (tamże największe fabryki) i Zgorzelecka.

(fot. bolec.info.pl)






Na Święcie Ceramiki oprócz targów związanych z ceramiką odbywają się też oczywiście przeróżne koncerty, warsztaty, plenery, wystawy, pokazy, animacje, giełda staroci, punkty gastronomiczne - wiadomka. 

O tegorocznym plenerze ceramicznym:

Tematem 62. edycji pleneru jest SUBLIME – pojęcie obecne w historii sztuki od XVIII wieku, opisujące doświadczenie wzniosłości, które pojawia się pomiędzy zachwytem a niepokojem, pomiędzy pięknem a poczuciem niepewności wobec tego, co większe od nas. Współcześnie idea sublime nabiera nowego znaczenia: w świecie nadprodukcji obrazów i przedmiotów wzniosłość przestaje być monumentalna, a zaczyna ujawniać się w subtelnych momentach przemiany, w procesie, w kruchości materii.

W kontekście ceramiki temat ten odnosi się do doświadczenia pracy z gliną, ogniem i czasem – materiałami, które zawsze niosą w sobie element nieprzewidywalności. Wypał ceramiczny staje się tu metaforą transformacji: momentem, w którym materia przekracza swoje pierwotne granice.

Plener SUBLIME zaprosił artystów do indywidualnej interpretacji tego pojęcia poprzez realizacje powstające w bolesławieckiej ceramice – z wykorzystaniem lokalnego materiału, jego historii oraz procesów produkcyjnych jako przestrzeni refleksji i twórczej przemiany.


Równolegle trwają obchody 80-lecia przybycia w okolice Bolesławca reemigrantów z byłej Jugosławii. Mieszka tutaj mnóstwo ludzi z jakimiś korzeniami lub co najmniej tradycjami przywiezionymi z Chorwacji, Bośni, Serbii, małżeństwa polsko-chorwackie. W ciągu roku z przydomowych ogródków słychać bałkańskie śpiewy, latem odbywają się festy bałkańskie, w wielu domach i restauracjach przyjęła się na stałe kuchnia bałkańska. 

...oraz 25-lecie współpracy powiatu bolesławieckiego z niemieckim powiatem siegburgskim. Siegburg nie jest miastem wybranym do tej współpracy przypadkowo. Tak się składa, że największa grupa niemieckich przesiedleńców z Bolesławca trafiła właśnie tam.

No ale, umówmy się, dla publiki, turystów i mediów, najważniejsze jest teraz Święto Ceramiki. Nawet cukiernie wyprodukowały okolicznościowe słodkości:



O Bolesławcu jeszcze czasem opowiem. Bo to moje miasto, tutaj mieszkam :).