Plotę wianki z łąkowych kwiatków i moich własnych hortensji, które zaczynają dopiero kwitnąć, ale kwitną obficie. Suszę rozmaite roślinki i będę układać z nich bukiety. Dawno temu lubiłam takie kompozycje z suchych kwiatów, robiłam je najczęściej z róż i kłosów zbóż, z różnymi trawami. Potem na długo przestały mi się podobać takie dekoracje. A teraz znowu wracam do nich, w nieco innej odsłonie.
Wianek dość słusznych rozmiarów, 65 cm średnicy. Może to nie jest mistrzostwo świata, nie jestem biegła w tej dziedzinie, ale jakoś wyszło. Przy pomocy sznurka połączyłam bluszcz, hortensje, wrotycz, trochę lawendy i jakieś trawy. Najpierw to podeschnie na leżąco, potem pewnie trzeba będzie trochę pouzupełniać, bo się rozluźni, i wtedy będzie dalej schło już na wisząco - do góry nogami, rzec można. Albowiem przeznaczenie tego wianka jest od dawien dawna zaplanowane - będzie ramą do górnego oświetlenia w altance, skomponowanego z tzw. cotton balls. No, zobaczymy, co z tego wyjdzie, nie omieszkam pokazać światu.
Od znajomych dostałam wiadro jagód. Zwykle robiłam je do słoików zasypując cukrem i zagotowując. Tym razem nie bardzo mi się chciało, więc większość zamroziłam, a część zasiliła sezonowe koktajle na bazie kefiru/jogurtu/śmietany/mleka, z dodatkiem zeszłorocznych truskawek w syropie. Oraz galaretki owocowe z wkładką z jagód, żurawiny i pokrojonych w kosteczkę jabłek.
Po czym, przy okazji oddawania pustego wiaderka, dostałam kolejne dwa 10-litrowe wiadra jagód. Połowa znowu do zamrażarki, resztę zagotowałam z cukrem i zapakowałam do słoiczków. Taka niespodziewana robota mi się trafiła, trochę może nie w czas, bo z roboty zasadniczej czyli z firmy wracałam zmordowana (wiadomo, końcówka to najwięcej zamieszania), no ale darowanemu koniowi... Fajnie, że ktoś tych jagód za mnie tyle nazbierał :). Te jagody zaś zainspirowały nas do wycieczki w okoliczne lasy, ale pogoda się zbiesiła, od sobotniego wieczoru ciągle padało, więc trzeba to przełożyć.
W ogrodzie po raz drugi w tym sezonie zakwitł oleander, spisany już prawie na straty, bo jakoś zmarniał nagle. Do tej pory rósł sobie w donicy i był kłopot z targaniem krzaka z ogrodu zimowego do letniego i na odwrót, w zależności od pory roku, po czym się okazywało, że jednak pogoda nieodpowiednia bo nagły przymrozek albo przeciwnie, a to znowu jakieś robactwo sie zalęgło, i w końcu podjęliśmy decyzję, że wsadzamy do ziemi i niech sobie radzi. Na razie poradził sobie świetnie, bo z suchego badyla wypuścił kwiaty i mnóstwo nowych liści. Na zimę będziemy okrywać włókniną.
Firma w zasadzie już zamknięta, ale jeszcze w ostatnich dniach były różne rozliczenia, jeszcze ktoś coś sobie przypomniał, że potrzebuje ode mnie jakichś informacji czy kwitów, a to znowu trzeba jednemu i drugiemu to czy tamto objaśnić, przekazać itd. Zostało sprzątanie, czyli wywożenie gratów, sprzętów, komputerów, mebli, papierów, wybujałych przez te lata kwiatów biurowych. Od klientów dostałam trochę prezentów, kwiatki, czekoladki, flaszki. Oraz taki jeden kwiatek na przykład, który podobno modny był za czasów naszych babć, a ja nie kojarzyłam - gloksynia. Ma ciekawe mięsiste, dość grube i omszone płatki kwiatowe, pięknie kwitnie, ale jest dość wrażliwa. Nie za dużo wody, nie za dużo słońca, ale za mało też nie, no i żeby przeciągów nie było... Postawiłam na oknie w przedpokoju, od północnego wschodu, chyba jej tu dobrze.
Umówiłam się jeszcze z moimi dziewczynami na koniec miesiąca, bo została do zrobienia wypłata, świadectwa pracy, ostatnie ogarnięcie. Nie wiem jeszcze co dalej z lokalem, nie mogę się zdecydować, trochę mi szkoda się z nim rozstać, bo to było kiedyś piękne 100-metrowe mieszkanie w poniemieckiej kamienicy, duże okna, sufit na wysokości 3,5 metra, pierwsze piętro. Nawet pytałam syna, czy nie chce na mieszkanie, bo jego jest małe, ale on myśli o domu z garażem, a raczej o garażu z domem (klasyczny grzebacz samochodowo-motocyklowy - to jego pasja, więc przede wszystkim chodzi o ten garażo-warsztat, jakaś stodoła itd). Więc chyba lokal na sprzedaż, tylko trzeba będzie trochę odświeżyć, ale teraz nie chce mi się o tym myśleć.
W sobotę, dzień po oficjalnym zamknięciu firmy, rzuciłam się w wir prac ogrodowych. Krzaczory niektóre wołały o przycięcie w zasadzie od jesieni, ale wtedy nie wszystkie dałam radę ogarnąć, na wiosnę też było co innego do roboty, potem to wszystko zakwitło, no i dopiero teraz można było ciąć. Nie będę odkładać na jesień, bo znowu coś nie wyjdzie...
![]() |
| te hortensje z tyłu są wyższe ode mnie, dopiero zaczynają kwitnąć |
Naharatałam zatem żywotników, krzewuszek, berberysów, irg i co mi tak jeszcze pod sekator wpadło, przy okazji przycięłam też trochę bez, bo rozrastał się trochę bez sensu, właściwie to miałam już mały bzowy zagajnik. Gąszcz zniknął, zrobiło się miejsce na żurawki i tawułki, o których ciągle myślałam, a nie bardzo było gdzie wsadzić. Po tej akcji odsłoniła się jedna oszklona ściana ogrodu zimowego, która była mocno z zewnątrz zarośnięta, i ujawniła swoje sponiewierane oblicze. W środku okna owszem na bieżąco umyte, ale na zewnątrz nie było podejścia, bo ten gąszcz, oraz trochę tam jest pochyło, bo na skarpie, więc z jakąś drabiną to niezbyt bezpiecznie w tych krzakach. Więc teraz trzeba będzie dobrze się przyłożyć. Robota nie mam, ale i tak byłby problem, bo u góry są małe szybki i mimo wszystko trzeba tam się wspiąć i ręcznie doczyścić. Powinnam dokupić lancę/przedłużkę do myjki okiennej (mam Karchera).
![]() |
| gąszcz w środku i na zewnątrz |
Tak więc początek wolności zapowiada się intensywnie roboczo w domu i zagrodzie. Snuję różne plany na ogród, bo zaraz jesień i trzeba w końcu obsadzić ugory w różnych miejscach. W jednym kwiatki i krzaczki ozdobne, w drugim jakaś spożywka.
Ślimakom zapowiedziałam, że jak spróbują mi coś obżerać, to już nie będzie nierównej ekologicznej walki, tylko wkroczy ciężka chemia czyli niebieskie granulki. Mimo protestów męża, który każdemu sponiewieranemu ślimakowi gotów robić sztuczne oddychanie, już w ubiegłym roku posypałam truciznę w rejonie świeżo posadzonych funkii, bo to przysmak tych oślizgłych obrzydliwców i zaraz na drugi dzień sie zleciały, jak tylko kwiatki posadziłam. Któregoś roku w czasie ślimaczej plagi poległy mi całe zagony truskawek i od tej pory już ich nie uprawiałam. Ale jesienią zamierzam posadzić nową plantacyjkę i już nie będzie zmiłuj. Na szczęście ślimory chyba zrozumiały, bo widuję tylko pojedyncze egzemplarze, czmychające na mój widok gdzie pieprz rośnie.
Wysłałam swoje zgłoszenia do Art-Madam i Pakamery, będę próbować sprzedawać moje wytworki. W domu leżą stosy obrazków, no i będzie wreszcie czas na malowanie, więc dzieł przybędzie. Tak że jedne drzwi zatrzasnęłam i otwieram od razu następne :). Pomysł z otwarciem sklepiku na portalu z rękodziełem kiełkował od dawna, ale w moim przypadku to nie jest taka prosta (czytaj: tania) sprawa, bo mam zarejestrowaną firmę i jestem w dodatku czynnym VATowcem, więc nie mogę korzystać z dobrodziejstwa mniej opodatkowanej i nieozusowanej działalności nierejestrowanej. Połowa zarobku pójdzie na opłaty. Ale zobaczymy jak to się rozwinie. Jak się rozmaluję, to może pomyślę raczej o stronach związanych bardziej ze sztuką, albo puszczę to innymi kanałami... Na razie dopiero zaczynam tę przygodę, więc zobaczymy.
Zastanawiałam się też, co ja będę robić w sferze umysłowej, jak już opanuję ten mój włoski w stopniu w miarę zadowalającym. Bo ja lubię takie zajęcia do myślenia i uczenia się czegoś nowego. Ostatnie moje wyczyny to podyplomowe rolnictwo (bo były pomysły, żeby kupić działkę rolniczą, a na to trzeba mieć papiery, no to kto, jak nie ja, i tadam! mam to!), potem intensywna współpraca przy pisaniu projektu inżynierskiego oraz pracy dyplomowej z tejże inżynierii, a teraz nauka włoskiego. No i wymyśliłam: będę uczyć się grać w szachy! Bo nie umiem. A na Duo też są szachy, więc spróbuję. Tak że plany mi się rozwijają, nudy nie będzie :).
Rozwalają mnie zatroskane pytania od co piątej osoby w stylu "a co pani będzie w domu robić"? Ale niestety, dla niektórych ludzi praca to całe ich życie, nawet niekoniecznie z powodów finansowych. Bo jeszcze bym zrozumiała, że ktoś musi, bo mu emerytury nie wystarczy do pierwszego, bo komuś pomaga itd, ale przerażające jest, że wiele osób po prostu nie ma innych zainteresowań, pasji itd. Jak przechodzą na emeryturę , to tracą sens życia. Straszne.
Mi to na szczęście nie grozi :).











































