czwartek, 12 marca 2026

Zamiast nitkowej zabawy.

W styczniu wspomniałam, że spontanicznie zgłosiłam się do blogowej zabawy "Nici, nitki i niteczki". Do styczniowego hasła "Miś albo zima" zrobiłam obrazek akwarelowy uzupełniony haftem matematycznym (tutaj można zobaczyć). Użycie dowolnych nici było podstawowym warunkiem, a mnie naszło właśnie na wyszywanie na papierze. Wciągnęła mnie wtedy historia powstania tej techniki i poświęciłam temu ten wpis: "Malowana matematyka". Dzisiaj jeszcze trochę ten temat rozwinę, ale najpierw jeszcze kilka słów o wspomnianej zabawie, bo... nie wywiążę się z marcowego zadania.

W lutym już miałam problem z realizacją zadania, nie do końca pasował mi temat walentynkowo-zimowy, ale przypadkowo znalazłam swój niedokończony haft - świąteczny samplerek, więc dokończyłam go i udało mi się w ten sposób wypełnić zobowiązanie. W marcu dalszy ciąg zabawy  "Nici, nitki i niteczki" - tym razem Anetta zaproponowała temat wiosenno-wielkanocny: kury, kurczaki, zajączki, baranki, jajka, bazie itp, oraz ewentualnie inne skojarzenia z wiosną, no i wskazane zostały kolory pastelowe. 



Wklejam banerek, ale niestety nie wyrobię się z zadaniem, zupełnie nie mogę się za to zabrać. W pracy zawalona jestem teraz robotą i w domu najchętniej odrywam się od wszystkiego czytając książki, albo grzebiąc w ogródku, bo akurat ostatnio pogoda dopisuje. A wena twórcza zupełnie mnie opuściła. Tak że sorry, ale w tym miesiącu odpuszczam udział w zabawie.

********

Kiedy pisałam post o hafcie matematycznym i jego historii, wspomniałam o string art, czyli tzw. sztuce sznurkowej, która była pierwowzorem do opracowania tej techniki haftowania. Szukając ciekawych przykładów gotowych haftów matematycznych nie trafiłam na nic spektakularnego, poza tymi z rosyjskiej galerii, które wówczas pokazałam w moim wpisie. Natomiast Anetta w komentarzu zwróciła moją uwagę właśnie na string art, wspominając, że w Polsce stała się ostatnio popularna. No i faktycznie, do stworzenia własnych całkiem ładnych obrazków z nici można kupić w róźnych sklepach kraftowych gotowe zestawy. Na przykład takie:

obrazek 40x40cm (źródło)



(źródło)

Zestaw kosztuje około 70-80 zł (na chińskich portalach o około 25% mniej), więc nie jest to tania impreza, ale jeśli ktoś chce się nauczyć i uzna ten wydatek za koszt nauki, to nie jest najgorzej. Dostajemy komplet materiałów oraz narzędzi, tak że od razu można przystąpić do działania, a potem, mając już za sobą ten pierwszy raz i minimum nabytego doświadczenia - dokupić dodatkowe nici i gwoździki i można robić własne projekty. Są też książki o sztuce sznurkowej, z przykładami i opisami wykonania. No i istnieje na przykład taka  strona internetowa String Art  Polska , gdzie można znaleźć jeszcze więcej (i jeszcze droższych, ale z dołączonym video-tutorialem) zestawów do tworzenia nicianych przeplatanek, a także uzyskać wiele wskazówek oraz obejrzeć lub zamówić niesamowite gotowe prace, np. całkiem realistyczne portrety zrobione w tej technice - no i to już jest wyższa szkoła jazdy:

(źródło)

A tutaj kilka przykładów string art z Pinteresta:





Najczęściej są to różnego rodzaju takie właśnie fraktale, mandale itp, ale bardziej zaawansowani twórcy potrafią ze szpulki nici i kilograma gwoździków wypleść taki jak wyżej realistyczny portret czy pejzaż - w sieci można znaleźć filmiki, na których widać cały proces wyplatania takiego skomplikowanego obrazu.

Oczywiście mimo pewnych podobieństw to wszystko nie jest haftem matematycznym, bo w hafcie nie wbijamy gwoździ w deseczkę, tylko dziurkujemy papier i przeciągamy nitkę przez te dziurki. Efekt jest zbliżony, ale w hafcie wygląda to delikatniej i estetyczniej, no i łatwiej jest zrobić jakiś drobny wzór, bo jednak nici przeciąga się nieco inaczej. Więc ja jednak będę trzymać się haftu, bo te gwoździki trochę mnie odstraszają :).

A wracając do haftu matematycznego - trafiłam w internecie na ciekawą stronę z bardziej szczegółowymi informacjami o Mary Everest-Boole, o której opowiadałam we wspomnianym wpisie. Jestem zafascynowana jej pomysłami, wyobraźnią i dokonaniami, więc chciałam to tutaj przekazać i sama dla siebie - utrwalić. Wklejam więc poniżej dość obszerne fragmenty, które mówią o ciekawym podejściu do metod nauczania matematyki, ale można je przenieść także na inne dziedziny:

""Z czasem Mary zaczęła uczyć, stosując metodę nauczania Déplace'a, włączając własne rozwiązania. Interesowało ją pokazanie, jak zwyczajne, codzienne czynności przygotowują dzieci do nauki matematyki. „…Dzieci robią takie rzeczy, jak malowanie lub szycie, liczenie dziesiątkami,… dzielenie się jabłkiem lub malowanie obrazu na ścianie. A w podświadomości rozwija się… rozumienie zera i nieskończoności, dodawania lub mnożenia przez ujemne… i wiele innych fundamentalnych idei matematycznych…”. Naturalne materiały i wyobraźnia: to była magiczna kombinacja, która budziła entuzjazm na jej lekcjach matematyki. Dziewczynki używały igieł, nici i tektury do tworzenia krzywych długimi ściegami. Chłopcy używali scyzoryków do ścinania gałęzi z żywopłotów. Używali opasek na kapelusze i listew z pudełek po cygarach do konstruowania trójwymiarowych figur. Wkrótce została uznana nawet przez dyrektora London Board of Education za wybitną i błyskotliwą nauczycielkę, gdy pewnego dnia, wchodząc do jej klasy, jedenastoletni uczeń pokazał mu zabawkę, którą zrobili na lekcji, a która demonstrowała zmieniający się promień krzywizny paraboli . Mary wierzyła, że ​​dzieci powinny „mieć okazję zobaczyć, jak jeden kształt geometryczny powstaje z drugiego. Lampa umieszczona na dnie głębokiego, okrągłego dzbana wyświetla na kawałku tektury przekroje stożkowe , które zmieniają się wraz ze zmianą położenia tektury”. Mary zauważyła, że ​​dzieci uwielbiają obserwować zmieniające się cienie, a to bardzo dobrze wpływa na naukę geometrii. Jeden z uczniów Mary napisał: „Myślałem, że się bawimy, a nie uczymy. Ale z czasem zdałem sobie sprawę, że Mary dała nam moc, która polega na samodzielnym myśleniu i odkrywaniu tego, co chcemy wiedzieć”.

Mary wynalazła również geometrię cięciw i tzw. „wykresy Boole’a”, które pomagają uczniom uczyć się geometrii kątów i przestrzeni. Mary napisała: „W moim dzieciństwie karty o różnych kształtach sprzedawano parami do zadań krawieckich. Karty były zaprojektowane tak, aby można było na nich malować; i miały rząd dziurek wokół krawędzi, przez które zszywano dwie karty. Ponieważ nie umiałam malować, coś podpowiedziało mi, że mogłabym ozdobić karty, przeplatając jedwabne nici przez puste przestrzenie za pomocą dziurek. Kiedy znudziło mi się przeplatanie w taki sposób, że nici krzyżowały się na środku i pokrywały całą kartę, przyszło mi do głowy, aby zmienić rozrywkę, przekładając nić z każdej dziurki do takiej, która nie była dokładnie naprzeciwko niej, i w ten sposób pozostawiając przestrzeń pomiędzy. Teraz czuję ekscytację, z jaką odkryłam, że mała pusta przestrzeń pozostawiona na środku karty była ograniczona symetryczną krzywą złożoną z maleńkiego kawałka każdej z moich prostych jedwabnych nici; jej kształt zależy od obrysu karty…” Przyjaciółka Mary napisała książkę zatytułowaną A Rhythmic Approach to Mathematics, w której opisano pewne eksperymenty z kartami Boole'a.

Mary uważała się za psychologa matematycznego. Jej celem było „…zrozumienie, jak ludzie, zwłaszcza dzieci, uczą się matematyki i nauk ścisłych, używając rozumujących części swojego umysłu, ciała i procesów podświadomych”.  Mary wierzyła, że ​​dzieciom należy dawać przedmioty matematyczne do zabawy i że każde dziecko powinno rozwijać idee i wzorce we własnym tempie. Mary nie była zwolenniczką pielęgnowania konkurencyjności w młodym wieku, co widać w jej słowach: „Stymulowanie konkurencyjności w procesach myślowych w młodym wieku jest szkodliwe zarówno dla układu nerwowego, jak i intuicji naukowej, a tam, gdzie dominuje rywalizacja, można uczyć tylko martwej matematyki”. Kolejną jej mocną stroną była komunikacja. Organizowała popularne niedzielne wieczorne rozmowy, podczas których studenci i Mary dyskutowali o matematyce Boole’a, filozofii, prawach zwierząt, logice, historii naturalnej Darwina, psychologii i tak dalej, oraz o tym, jak każda z tych dyscyplin wpływa na pozostałe. Koncentrowała te sesje na rozrywce, a nie na nauczaniu. Niektóre z jej publikacji zostały wydane pośmiertnie. Wiele z dokonań Mary Boole można nadal podziwiać w szkołach, mimo że w epoce wiktoriańskiej spotykały się one niekiedy z obojętnością.""

Źródło:  https://mujeresconciencia.com/2017/08/10/mary-everest-boole-1832-1916/

********


Trochę Was chyba dzisiaj zanudziłam ;). Za kilka dni wrzucę wpis książkowy, a później będzie bardziej malunkowo-obrazkowo.



wtorek, 24 lutego 2026

Jeszcze tylko 300 dni!

Do kolejnego Bożego Narodzenia jeszcze tylko 300 dni!  (no, prawie...)

Wszyscy już zapomnieli, szykują się do wiosny, a ja tu z takim tematem...


Tak w ogóle to jestem raczej taka "nieświąteczna", w sensie że wolę imprezowanie spontaniczne, niż pod rygorem daty w kalendarzu, no ale... nie wyłamuję się, skoro większość jest za, no bo w sumie co mi szkodzi. W rodzinie jest wciąż podtrzymywana tradycja, więc spotykamy się przy tej okazji. Sama mam miłe wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to cała liczna rodzina spotykała się w Wigilię u cioci (a ściślej mówiąc - ciotecznej babci) i wspólnie świętowała. Potem takie Wigilie odbywały się przez wiele lat u mnie, w gronie około 18-20 osób, a ostatnio moja siostra przejęła pałeczkę. Zmieniał się skład, bo jedni umierali, inni się rodzili, rodzina trochę się rozpierzchła po świecie, jedni wyjechali, inni wrócili, niektórzy wpadają z daleka na święta. Jak by nie było - to fajna okazja do spotkania całej rodziny w jednym czasie i miejscu. 

Nie mam też nic przeciwko dekoracjom bożonarodzeniowo-noworocznym, nawet je lubię, z przyjemnością dekoruję zawsze dom, zapalamy mnóstwo światełek, stroimy choinkę, a w tle obowiązkowo lecą dżingobele. 



Żeby nie wpadać w gorączkę przedświątecznych zakupów w ostatniej chwili, przy różnych okazjach i w wolnych chwilach w ciągu roku kupuję rozmaite świąteczne gadżety i robię sama dekoracje, które umilają potem zimowe wieczory. Niedawno, zamawiając jakieś akcesoria do ekspresu kawowego, zobaczyłam w ofercie sklepu urocze kubki z motywami "christmasowymi" (w odpowiedniej do pory roku promocji, ma się rozumieć). Spodobały mi się, więc kupiłam. Poczekają te 300 dni, albo wjadą na stół bez okazji :). 

I to jest jedna część historii, która prowadzi do tytułu dzisiejszego wpisu. 

Druga część to zabawa blogowa "Nici, nitki i niteczki" organizowana przez Anettę. Co miesiąc dostajemy wytyczne do przygotowania swojej pracy twórczej, no i na luty temat zabawy to 

"Serce, miłość, ciepło, a także zima ...i może coś pysznego".  


Od początku nie miałam jednak na to pomysłu, bo tworzenie jakichś obrazków czy innych gadżetów z walentynkową symboliką zupełnie mi nie odpowiadało. Nie, że mam coś przeciwko Walentynkom, ale tworzyć nic w tym stylu na tę okazję nie zamierzam, bo noworoczne to owszem, ale komeryjna serduszkomania trochę mnie irytuje w nadmiarze, zwłaszcza że jest bardzo monotematyczna (serduszka, serduszka, serduszka i nic więcej, no i wszystko na czerwono), więc tego typu dekoracji nie robię. Wobec tego, myśląc o dość obszernym temacie zabawy, próbowałam skupić się na zimie. Pojawił mi się na moment pomysł, żeby nawiązać do obrazka ze stycznia, tematyką i techniką. Były niedźwiedzie w Arktyce, to może dla odmiany pingwiny na Antarktydzie? Ale to jakoś tak bez szału... Miałam nadzieję, że kolejny temat na luty bardziej mnie porwie. Inne dziewczyny biorące udział w zabawie nie mają takich dylematów, robią na przykład szalik i już, jest motyw zimowy, nie da się zaprzeczyć. Ktoś nawet na niteczkową zabawę zgłosił jakieś kulinarne dzieło, zdaje się pasztet, czyli można i tak. Ja jednak aż tak daleko nie chciałabym odlecieć. Czas natomiast leciał, nic ciekawego do połowy miesiąca nie wymyśliłam, no i w końcu doszłam do wniosku, że skoro mi temat nie leży, to sobie odpuszczę, w końcu to ma być zabawa, czyli przyjemność, a nie jakiś przymus. 




Aleee.... jednak! Otóż, przekładając swoje hafciarskie przydasie, natrafiłam na niedokończony haft sprzed lat. Nie wiem dlaczego kiedyś go porzuciłam, a potem zapomniałam o nim całkiem. No i tak rozmyślając teraz nad nim doznałam olśnienia, że to może być mój "fant" na zabawę u Anetty. Jest haft, a więc użyte są nici, jest tematyka świąt zimowych, czyli łapie się w temacie lutowym, więc czemu nie? A przy okazji zagospodaruję jakoś ten zalegający w szufladzie niedokończony projekt. Szybciutko zatem dohaftowałam brakującą ćwiartkę, bo wzór jest bardzo prosty i łatwo poszło. Znalazłam stosowną ramkę (chociaż lepsza byłaby większa, z passe-partout, ale najwyżej kiedyś się to wymieni), no i mam gotową dekorację na kolejne grudniowe święta :).



A przy okazji zatęskniłam za haftowaniem krzyżykami, bo już daawno tego nie robiłam i nawet myślałam, że raczej nie wrócę do wyszywania.

Haft na kanwie 18ct, mulina DMC, rozmiar samego haftu około 25x25 cm. Taki rodzaj haftu nazywany jest samplerem, czyli próbnikiem, bo w dawnych czasach pomagał w nauce haftowania, oraz był wzornikiem do kopiowania i naśladowania, a także służył do nauki czytania i liczenia (często zawierał wzory liter, cyfr itd). Z biegiem lat wzorniki z przypadkowych zbiorów różnego rodzaju ściegów przeobraziły się w starannie opracowane kompozycje i zaczęły pełnić funkcję dekoracyjną. Pierwsze znane samplery pojawiły się w XVI wieku, a podstawowym ściegiem był zawsze haft krzyżykowy.

Przy okazji pokażę jeszcze inny wyhaftowany przeze mnie dawno temu sampler "Drzewo Życia" według wzoru Jana Houtmana (z małymi modyfikacjami). Taki rodzaj samplera był tworzony przy okazji ślubu i zazwyczaj zawierał imiona lub inicjały małżonków i datę ślubu. 


45x33 cm, kanwa 18ct kolor ecru, mulina DMC - kolory 3011 i 371.


To było większe wyzwanie, haftowałam najpierw z zapałem, ale pod koniec miałam już dosyć tej monotonnej pracy. Efekt może jest ciekawy, dużo się tutaj dzieje, ale haftowanie identycznych krzyżyków w tylko dwóch kolorach to jednak straszna nuda. Haft leży też w czeluściach szuflady, zapomniany od wielu lat. Może kiedyś doczeka się oprawy...




********

A na koniec tradycyjnie jak co miesiąc - marcowa ściąga, czyli nieoczywiste okazje do świętowania w marcu:
  •  1 marca - Dzień Przytulania Bibliotekarza

  • 2 marca - Dzień Staroci
  • 3 marca - Światowy Dzień Dzikiej Przyrody

  • 4 marca - Kaziuki (obchodzone głównie na Podlasiu, okazja do degustacji tradycyjnych potraw litewskich)
  • 4 marca - Międzynarodowy Dzień Mistrza Gry (RPG)
  • 5 marca - Dzień Teściowej
  • 5 marca - Dzień Doceniania (doceniaj, nie oceniaj)
  • 6 marca - Dzień Czystego Stołu
  • 7 marca - Dzień Płatków Śniadaniowych
  • 9 marca - Światowy Dzień Drzemki w Pracy
  • 10 marca - Dzień Całowania w Czoło
  • 13 marca - Dzień Klejnotów
  • 14 marca - Dzień Motyli
  • 17 marca - Dzień Świętego Patryka - irlandzkie, ale przyjęło się i u nas, jest okazją do imprezowania oraz picia piwa i whisky
  • 20 marca - Dzień Bez Mięsa
  • 20 marca - Dzień Wróbla
  • 21 marca - Dzień Wagarowicza
  • 21 marca - Światowy Dzień Lasu
  • 21 marca - Międzynarodowy Dzień Poezji
  • 21 marca - Dzień Wierzby
  • 24 marca - Europejski Dzień Lodów Rzemieślniczych
  • 25 marca - Międzynarodowy Dzień Gofra
  • 26 marca - Międzynarodowy Dzień szpinaku
  • 27 marca - Międzynarodowy Dzień Teatru
  • 28 marca - Dzień Doceniania Chwastów
  • 28 marca - Dzień Żelków
  • 30 marca - Światowy Dzień Muffinka
  • 31 marca - Światowy Dzień Budyniu

Lodami w lutym objadłam się tak, że w marcu to "lodowe" święto chyba odpuszczę :). Dzień bez mięsa mam codziennie, natomiast może skorzystam z okazji żeby przyjrzeć się bliżej kuchni litewskiej.



********

niedziela, 8 lutego 2026

Mandala mexicana.

Jestem trochę w niedoczasie ze wszystkim, więc wpadam tym razem na króciutko i pokazuję kolejną mandalę tekturkową. Jakoś tak mimochodem zmajstrowałam ją w mandalowym ciągu, więc czym prędzej pokazuję. Dłuższe opowieści będą w kolejnym wpisie, jak ogarnę rzeczywistość wokół mnie.



W poprzedniej mandali kilka osób dopatrzyło się inspiracji afrykańskich, no to tym razem mamy coś w stylu mexico. W centrum mandali umieściłam przywiezioną niegdyś przez me dziecię z Meksyku ceramiczną miniaturkę Kamienia Słońca, uważanego przez niektórych za kalendarz aztecki, ponieważ zawiera symbole różnych dat i okresów. Jednak najprawdopodobniej jest to przedstawienie mitu o pięciu słońcach, związanych z pięcioma erami kosmologicznymi w kalendarzu azteckim. W środku znajduje się wizerunek Tonatiuha, jednego z bóstw słońca, otoczony "wizytówkami" pozostałych czterech bóstw oraz symbolami kalendarzowymi i kosmicznymi. 

Oryginalny dysk Kamienia Słońca jest dość potężny, ma 358 cm średnicy, blisko metr grubości i waży 24 tony. Ze względu na wartość artystyczną i historyczną uważany jest za najcenniejsze rękodzieło azteckie

oryginalny Kamień Słońca w Narodowym Muzeum Antropologicznym w Meksyku
Foto: Rosemania - https://www.flickr.com/photos/rosemania/4419055059/, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=9695824


Moja miniaturka Kamienia ma średnicę 11 cm :). A cały obrazek: 50x70 cm.



Pozostałe elementy na obrazku nie mają realnych odniesień do jakichś konkretnych meksykańskich czy azteckich symboli, to jedynie wytwory mojej wyobraźni, może tylko odrobinę zainspirowane tamtejszą kulturą, zwłaszcza kolory zapożyczone. Koło tekturowe wycięte kiedyś (już nie pamiętam po co) samo się prosiło o wykorzystanie, nakleiłam to na podkład także z tektury, z opakowania po odkurzaczu. Lekko mi to zjechało na jeden bok, chyba w czasie przyciskania zestawem ciężkich przedmiotów, żeby się dobrze skleiło. No i skleiło się na amen, więc musi zostać jak jest :). 


Mam obecnie fazę upcyklingową i staram się wykorzystać rozmaite materiały, które walają się gdzieś po domu. Nie wynika to z oszczędności ani nawet proekologicznego podejścia, tylko zwyczajnie zaczęłam się wkurzać, że tyle śmieci z każdego kąta wyziera. Najwiekszy chomik w domu to mój mąż, jemu wszystko się przyda, ale ja sama jakoś tak niechcący dołożyłam to i owo do tych zbiorów. Tak że teraz jest akcja "czyszczenie magazynów". W związku z tym pewnie jakieś nowe mandale powstaną, albo coś w tym stylu. Ja po prostu lubię takie rzeczy robić :).



I to by było chwilowo na tyle, uciekam do spraw pracowych, a wrócę tutaj jak już uratuję świat.

*******

sobota, 31 stycznia 2026

Mandala, która miała być cała na biało. Oraz lutowe święta.

Wymyśliłam sobie kiedyś serię mandali, każda z jednym wiodącym kolorem. Zamierzałam je malować według kolejności na palecie barw. Kiedy przyszedł czas na realizację, zaczęłam więc od bazowej bieli... no ale przecież nie chcę takiej całkiem biało-białej. Choć można, oczywiście, samą fakturą podziałać. Ale nie o to chodziło tym razem. Więc po urealnieniu wizji dzieło miało być w różnych odcieniach bieli przełamanej głównie umbrą i sepią, z dodatkiem odrobinki starego złota oraz kropelki oranżu. A wyszło jak widać, czyli tak ogólnie beżowo, z jeszcze ciemniejszymi elementami, bo nie mogłam się powstrzymać przed dodaniem jakiegoś kontrastu :))). W każdym razie - teraz mam jednak zapotrzebowanie na jasną i łagodną paletę barw, więc pewnie wkrótce powstanie jakaś jaśniejsza w kolorycie kompozycja. Może biel z szałwiową zielenią i szmaragdem...? A potem z szarościami i szafirem? Wyobraźnia podsuwa pomysły, ale doby nie rozciagnę, więc zobaczymy, jak to będzie z realizacją...



Kolory na zdjęciach -  jak zwykle - i tak niezupełnie zgodne z rzeczywistością, dzień szarobury, w sztucznym oświetleniu wychodzi jeszcze gorzej.... 



Użyte materiały to tektura trójwarstwowa jako podłoże, karton, trochę kordonka, farby akrylowe i ptasie pióra. Staram się wykorzystywać to co mam nagromadzone (nie tyle z uwagi na oszczędność, co na chęć zredukowania nadmiernych zapasów), dlatego zrobiłam tę mandalę na tekturze z jakiegoś opakowania, a nie na porządnym podłożu malarskim, bo musiałabym je najpierw kupić. Tektura jest podklejona drugą, wiec jest dość sztywna i stabilna. A dzieła tego dla potomnych nie planuję zachować, największą frajdą była zabawa z tworzeniem, malowaniem, wycinaniem, klejeniem. Teraz to już można wrzucić do pieca... A nie, wróć - nie można, bo te farby wytworzą szkodliwy dym, który zagraża planecie bardziej niż spaliny odrzutowców i azjatyckich fabryk.




Farby akrylowe użyte do namalowania tego obrazka/kolażu to dla mnie stosunkowo nowa technika, w sensie że dość późno poznana. W czasach szkolnych malowałam najpierw plakatówkami, potem temperami, które bardzo polubiłam, a gdzieś w okolicy matury zaczęłam malować olejami i zakochałam się w tych farbach na długie lata. I ta miłość trwa, maluję w zasadzie tylko farbami olejnymi. Jakiś czas temu zaczęłam też oswajać na nowo akwarele, ale bez większego entuzjazmu, natomiast stęskniłam się za temperami. A że tempery zostały w zasadzie wyparte przez akryle, to sięgnęłam po te farby, bo maluje się nimi bardzo podobnie, choć niezupełnie tak samo. Pokazywałam już na blogu kilka obrazków malowanych akrylami i chyba za każdym razem powtarzałam, że nie polubiłam tej techniki. Przede wszystkim nie odpowiada mi to, co dla wielu twórców jest zaletą, a mianowicie szybkie schnięcie. Dlatego klasyczne obrazy wolę malować olejami, które pozwalają na spokojną pracę z barwami i tworzenie łagodnych przejść tonalnych, natomiast akryle doskonale nadają się do prac szybkich lub bardziej graficznych. Pomijam tu kwestię używania mediów spowalniających schnięcie, bo nie lubię używać takich dodatków. Więc jak pojawia się pomysł namalowania mandali, to farby akrylowe są pierwszym wyborem.





Użycie piórek zainspirowane jest mandalami Joasi (Jyoti). Po drodze do pracy mam zieleń nadrzeczną oraz dwa skwery porośnięte starymi drzewami, gdzie przebywa sporo ptactwa, więc czasem zdarza mi się zbierać pogubione piórka. Najczęściej kawcze, wronie i gołębie, czasem jakiś inny piórkowy drobiazg. I jak już się trochę nazbiera, to kombinuję - co by tu z nich zrobić. Teraz mam pomysł na kilka mandalek w rozmaitych kolorach, z doczepionymi piórkami. Ale jeszcze nie zaraz, inne projekty się wpychają w kolejkę.

Rozmiar 50x60cm.


********


Ponieważ luty za chwilę, to zgodnie z zapoczątkowanym pod koniec roku zwyczajem podrzucam tu kalendarium lutowych świąt, takich mniej znanych, nie-religijnych, nie-politycznych, po prostu do dobrej zabawy. Pogrubione są "kulinarne".

  • 1 lutego - Dzień Gumy do Żucia
  • 2 lutego - Dzień Pozytywnego Myślenia
  • 2 lutego - Dzień Świstaka w USA i Kanadzie, a u nas Dzień Niedźwiedzia
  • 2 lutego - Dzień Naleśnika
  • 3 lutego - Dzień Podlaskiej Muzyki
  • 3 lutego - Dzień Ciasta Marchewkowego
  • 3 lutego - Międzynarodowy Dzień Golden Retrievera
  • 4 lutego - Narodowy Dzień Domowej Zupy
  • 4 lutego - Dzień Wdzięczności dla Kuriera
  • 5 lutego - Światowy Dzień Nutelli
  • 6 lutego - Międzynarodowy Dzień Barmana (niby branżowe, ale...)
  • 9 lutego - Międzynarodowy Dzień Pizzy
  • 10 lutego - Światowy Dzień Suchych Nasion Roślin Strączkowych
  • 12 lutego - Ogólnopolski Dzień Pisania Piórem
  • 12 lutego - Tłusty Czwartek
  • 13 lutego - Międzynarodowy Dzień Kochania Samego Siebie
  • 14 lutego - Walentynki
  • 15 lutego - Dzień Singla
  • 17 lutego - Dzień Kota
  • 17 lutego - Ostatki, tzw. Śledzik
  • 24 lutego - Dzień Niespodziewanego Całusa
  • 25 lutego - Światowy Dzień Zakłądki do Książki
  • 26 lutego - Dzień Kabanosa
  • 26 lutego - Dzień Pozdrawiania Blondynek
  • 26 lutego - Światowy Dzień Pistacji
  • 28 lutego - Dzień Spania w Miejscach Publicznych

pamiętacie moją mandalę ze żmiją?


Wymieniłam m.in. 2 lutego - Dzień Niedźwiedzia. Było to święto obchodzone w Europie na długo przed wymyślonym dopiero w średniowieczu przez kościół katolicki dniem Matki Bożej Gromnicznej. Niedźwiedź był niezwykle silnym i zarazem tajemniczym zwierzęciem, przypisywano mu moce magiczne, a od 2 lutego wypatrywano, czy wyjrzy już ze swojej gawry, co miało zwiastować nadejście wiosny. Obecnie misie mają jeszcze inne święta, a mianowicie 27 lutego jest Międzynarodowy Dzień Niedźwiedzia Polarnego, 23 marca Światowy Dzień Niedźwiedzia i 26 marca Dzień Niedźwiedzia Grizzly - wszystkie te święta mają rolę edukacyjną, ustanowiono je w celu ochrony tych zagrożonych gatunków.

Jak wiadomo, wiele innych świąt w kalendarzu katolickim zostało również wprowadzonych poprzez zawłaszczenie miejscowych zwyczajów (tzw. pogańskich) i przypisanie im nowej roli. Dla przykładu:

Wielkanoc - to dawniejsze Święto Wiosenne, święto ku czci Jaryły, pożegnanie starego i powitanie nowego. Zwyczaje z tym świętem związane kultywowane są nadal w formie niemal takiej jak samej przed nastaniem chrześcijaństwa. Święconka spożywana obecnie jako uroczyste śniadanie dawniej była darem dla bóstw w intencji dobrych zbiorów. Palmy wielkanocne były niegdyś zwykłymi gałązkami wierzbowymi z baziami, którymi okładano się nawzajem, żeby wypędzić zło. Śmigus-dyngus sprowadzał się głównie do oblewania wodą młodych dziewcząt, ponieważ miało to sprowadzać płodność. Pisanki znane były Celtom i Germanom, potem zawędrowały do Słowian. Topienie Marzanny to oczywiście też zwyczaj znany wczesnym Słowianom.

Boże Narodzenie, którego data w katolickim kalendarzu nie ma nic wspólnego z przypuszczalną datą narodzin Jezusa (była to raczej wiosna, lub według najnowszych obliczeń - sierpień), to było dawniej święto roku solarnego i dostatku. Korzenie ma zarówno w tradycji rzymskiego dnia Sol Invictus, jak i słowiańskich Szczodrych Godów, kiedy to obchodzono przesilenie zimowe, początek roku wegetacyjnego, święto dostatku i odwoływano się przy tym do dusz zmarłych przodków, którym poświęcano uroczystą wieczerzę. W językach słowiańskich nazywano to święto m.in. kolędą, wiązało się to także z odwiedzaniem sąsiadów z muzyką i śpiewem. Podobne święto było w tym samym czasie obchodzone w różnych zakątkach świata. 12 potraw symbolizowało 12 miesięcy, a dobrze widoczne gwiazdy Drogi Mlecznej były wróżbą obfitości mleka w kolejnym roku, toteż wypatrywano pierwszej gwiazdy, która nie miała nic wspólnego z betlejemską. Istniał także wówczas zwyczaj dzielenia się chlebem, a dzieci dostawały szczodre dary, w postaci orzechów, jabłek i słodkich placków w kształcie zwierząt. Ponieważ u Słowian dbano przy tym o duchy przodków, był zwyczaj palenia ognia na grobach zmarłych, a na stole pozostawiano dla nich talerz. Pod sufitem wieszano udekorowaną gałąź jodły, która w późniejszych wiekach została zastąpiona niemiecką choinką.

Kult Przodków świętowano zresztą kilka razy w roku, w tym jako tzw. Dziady, przeobrażone później w Zaduszki. Wiąże się z tym m. in. zwyczaj palenia ognia (zniczy) na grobach, aby dusze przodków się ogrzały, a także aby znalazły drogę ze świata materialnego do duchowego.

Wśród zwyczajów wczesnych Słowian, przysposobionych na potrzeby wiary katolickiej, można wymienić jeszcze między innymi: stypę (znaną i obchodzoną bardzo spektaktularnie już w starożytności), święte źródła, kulty różnych świętych i relikwii, witanie chlebem i solą, obsypywanie młodej pary ryżem lub pszenicą, Święto Matki Boskiej Zielnej i Zielone Świątki, Święto Plonów (Dożynki), i szereg innych obrzędów. 

Dla zainteresowanych tym tematem - link do ciekawego tekstu (klik).

A na koniec jeszcze o Tłustym Czwartku, bo też przypada akurat w lutym. Dawniej znany jako Mięsopust albo Zapusty - to także zwyczaj wywodzący się z czasów przedchrześcijańskich  (w tradycji pogańskiej - Święto Tłustego Jadła). Świętowano wówczas koniec zimy i nadejście wiosny. Imprezowano przy tłustych mięsach, winie i pączkach w wersji wytrawnej, czyli z ciasta chlebowego z nadzieniem ze słoniny, mięsa i ziół. Słodkie pączki pojawiły się w XVI wieku. Trafienie na pączka z ukrytym w nadzieniu migdałem lub orzeszkiem miało być dobrą wróżbą.

U nas w Tłusty Czwartek jada się pączki lub faworki (ja jestem fanką tych drugich), natomiast co kraj, to obyczaj, i tak:

  • USA - pankejki ze słodkim twarożkiem, bitą śmietaną, masłem orzechowym, czekoladą i polane syropem klonowym,
  • Wielka Brytania - cienkie naleśniki z dżemem, owocami i czekoladą,
  • Francja - naleśniki w karmelu z masłem zwane crêpes Suzette,
  • Włochy (u nich nie czwartek, lecz Tłusty Wtorek) - pączki wenecjańskie z drożdżowego ciasta z bakaliami, lub castagnole - kuleczki z kruchego ciasta, smażone i posypane cukrem pudrem, nadziane słodkim kremem, likierem lub bitą śmietaną,
  • Hiszpania - churrosy, czyli długie karbowane pałeczki z wytrawnego ciasta podawane z dodatkiem dużej ilości karmelu, czekolady i bitej śmietany,
  • Skandynawia - kanelbullar, cynamonowe drożdżówki z czekoladowym nadzieniem i bitą śmietaną.


********

wtorek, 27 stycznia 2026

Malowana matematyka.

Do tego wpisu pośrednio zainspirowała mnie Marysia Nowicka, która w komentarzu pod poprzednim postem z miśkami podlinkowała wpisy CudARTeńki dotyczące haftu matematycznego. Z kursików CudARTeńki co prawda nie skorzystałam, bo tyle to w zasadzie już sama opanowałam, ale za to czytając jej wpisy zainteresowałam się historią tego haftu. Doszukałam więc jeszcze to i owo w internecie, zwłaszcza na Wikipedii polskiej i angielskiej, i na podstawie tych dwóch źródeł mogę Wam teraz przekazać trochę ciekawostek. 

Oczywiście zastanawiałam się kiedyś, dlaczego ten haft jest nazywany matematycznym, ale przychodziły mi do głowy takie proste skojarzenia związane z jego przygotowywaniem: na schemacie wyznacza się krzywe, na których umieszcza się dziurki w odpowiednich odstępach (punkty zaczepienia nici, czyli początku i końca lub przecięcia linii), natomiast nici prowadzone są jako linie proste (czy też bardziej - odcinki). A podczas haftowania trzeba liczyć odstępy między nitkami. Były to jednak takie tam sobie moje luźne rozmyślania. Tymczasem okazuje się, że ten haft ma bardzo poważne źródło naukowe i moim zdaniem jest to fascynująca historia, dlatego chcę wam o tym opowiedzieć.

Prekursorką tego sposobu haftowania była Mary Everest Boole (1832-1916) - i nie, ona nie była hafciarką, tylko matematyczką.


źródło

Mary była samoukiem, ale od wczesnych lat wykazywała duże zdolności i zainteresowanie matematyką, rozbudzone przez pierwszego guwernera, który miał nietypowe podejście do pojmowania i nauczania matematyki. Jednym z jej nauczycieli był jej późniejszy mąż, George Boole, profesor matematyki i pionier logiki. Mary miała z nim pięć córek, ale owdowiała mając zaledwie 32 lata. Zaczęła wówczas pracować jako bibliotekarka, a jednocześnie - i tu wkleję fragmenty z Wikipedii - "udzielała również prywatnych korepetycji z matematyki i opracowała filozofię nauczania, która obejmowała wykorzystanie materiałów naturalnych i aktywności fizycznych w celu zachęcenia do kreatywnego pojmowania przedmiotu. Mary udzielała korepetycji uczniom nowymi metodami, wykorzystując przedmioty naturalne, takie jak patyki czy kamienie. Jednym z jej najbardziej znaczących osiągnięć w dziedzinie manipulacji fizycznych jest haftowanie krzywych z użyciem kart do szycia, które odkryła jako formę rozrywki w dzieciństwie. (...) Jej książka „Philosophy and Fun of Algebra” (Filozofia i zabawa algebrą) w interesujący sposób wyjaśniała dzieciom algebrę i logikę, zaczynając od bajki i wplatając w całość fragmenty historii. Mary zachęcała do wykorzystywania wyobraźni matematycznej w połączeniu z krytycznym myśleniem i kreatywnością. To, wraz z refleksyjnym pisaniem dziennika i tworzeniem własnych wzorów, było niezbędne do wzmocnienia zrozumienia i pojmowania. Ważna była również nauka kooperatywna, ponieważ uczniowie mogli dzielić się odkryciami w środowisku korepetycji rówieśniczych i rozwijać nowe pomysły i metody. " (Wikipedia). 


Ilu mieliście takich nauczycieli? Zwłaszcza od tych "poważniejszych" przedmiotów?

Mary wierzyła, że dzieci mogą uczyć się matematyki przez zabawę, stąd między innymi pomysł nowego wykorzystania tych wspomnianych kart do haftowania, z zastosowaniem reguł matematycznych, m.in. krzywych Béziera opartych o koncepcję obwiedni rodziny linii prostych (które wówczas jeszcze się nie nazywały Beziera). Jeśli teorie matematyczne Was interesują, to kliknijcie sobie na ten zaznaczony link, tam jest długi naukowy wywód na ten temat. A tutaj najprostszy przykład, wykorzystywany w hafcie matematycznym:


Krzywe Béziera kwadratowe w sztuce sznurkowej : Punkty końcowe (  ) i punkt kontrolny ( × ) definiują krzywą Béziera kwadratową (  ).


Obecnie teoria tych krzywych wykorzystywana jest powszechnie m.in. w projektowaniu, grafice komputerowej itd. Mary Boole swoje koncepcje opracowała jednak sporo przed panem Bezierem i nazywała je ściegiem krzywoliniowym. I tutaj pojawia się termin "string art" (sztuka sznurkowa), który ma wiele synonimów, m.in. filografia, haft strukturalny, haft na papierze itd. Charakteryzuje się układem kolorowych nici przewleczonych między punktami w celu utworzenia różnych wzorów. Pierwotnie polegało to na oplataniu sznurkiem lub nicią sieci gwoździków wbitych w pokrytą aksamitem deseczkę. Z czasem udoskonalono technikę i materiały, a w drugiej połowie XX wieku sztuka sznurkowa oraz haft matematyczny stały się już popularnym hobby.

Podstawą haftu matematycznego jest porządek i symetria – krótkie odcinki sznurków czy też nici tworzą złudzenie optyczne w postaci kół, fal czy elips, a tak naprawdę są to proste odcinki umieszczone stycznie do siebie pod różnymi kątami. Ich tworzenie oparte jest na prostych zasadach matematycznych, których znajomość wystarczy do wymyślenia wzoru.
Za CudARTeńką podaję linki do Rosyjskiej Galerii Narodowej z pięknymi obrazami wyhaftowanymi właśnie w technice haftu matematycznego:






A na zachętę wklejam kilka zdjęć z tej galerii - obejrzyjcie w powiększeniu, to wszystko jest "namalowane" haftem matematycznym:









Niesamowite. No nie powiem, oko mi lekko zbielało, bo do tej pory widziałam tylko prościuteńkie hafciki, zwykle na karteczkach okolicznościowych - gdzież im tam do tych malowideł! Ale od początku miałam świadomość potencjału, bo ta technika daje wspaniałe pole do całkiem sprawnego "malowania" dużych połaci kolorowymi nićmi. Czy mi się będzie chciało aż tak? Nie sądzę. Ale miło było poznać :).

********



niedziela, 25 stycznia 2026

Nici, nitki i niteczki...

Dzisiaj zaprezentuję Wam coś, czego dawno na tym blogu nie było i pewnie rzadko się pojawi. Kiedyś już wspominałam, że wiele lat temu lubiłam haftować i nawet miałam wówczas bardzo aktywny blog hafciarski. Brałam wtedy udział w różnych zabawach blogowych, SAL-ach czyli wspólnym haftowaniu itd. Zresztą mam wrażenie, że 20 lat temu takie zabawy były chyba bardziej popularne. Miłość do haftu trwała kilka lat, potem przeminęła z wiatrem, ale został mi duży zapas nici do haftowania i rozmaitych akcesoriów hafciarskich. Czasem się zastanawiałam jak by tu sensownie zagospodarować te zapasy, ale brakowało konkretnego pomysłu. No i proszę bardzo, trafiłam na coś, co mi w tym pomoże.


Dołączyłam mianowicie pod wpływem nagłego impulsu (czyli bez zastanowienia w co się pakuję, ja - kobieta zapracowana, bez odrobiny wolnego czasu) do zabawy blogowej ogłoszonej na blogu JAMIOŁOWO (tutaj link do początku zabawy) pod nazwą "NICI, NITKI I NITECZKI". Co miesiąc prowadząca będzie nam podawać temat przewodni. Każda z uczestniczących osób ma wykonać i zaprezentować pracę wykonaną z użyciem nici, mulin, wełenek, tasiemek, sznurków itp.  No i właśnie wpasowało mi się to w chodzące po głowie pomysły na wykorzystanie nicianych zapasów. Dużo ich może w tych projektach nie zużyję, ale zawsze to będzie jakiś progres. Oczywiście po dwóch tygodniach, wiedząc, że kompletnie nie mam na to czasu, plułam sobie w brodę, że się zadeklarowałam, no ale słowo się rzekło.. Zatem - wracając do zabawy:


Motywem przewodnim stycznia jest 

MIŚ 

lub coś, co kojarzy się

 z zimą, śniegiem, mrozem.


Moja wizja objawiła mi się w głowie momentalnie, jak tylko zabłądziłam na blog Anetty i zobaczyłam temat zabawy. Dlatego to był impuls i decyzja zapadła w jednej sekundzie. Gorzej było z realizacją, ze względu na wspomniany totalny brak czasu i konieczność przetestowania nowej techniki. Co do tematu, to mam jeszcze taką refleksję: otóż wydawało mi się, że temat jest dość wąski, ale jak zaczęły się pojawiać na blogach wpisy innych uczestniczek zabawy, to się ze zdziwieniem zorientowałam, że ja to chyba jednak jakaś mało kreatywna jestem :). Dla mnie miś to miś, a zima to śniegowe pejzaże, lodowe sople, płatki śniegu... Tymczasem w zabawie pojawiły się wydziergane ciepłe sweterki, szydełkowe zawieszki mające z zimą wspólny biały kolor i temu podobne dość swobodne wariacje na temat zimy. Nie pierwszy raz odnoszę wrażenie, że fantazja i luz w podejściu do tematu oraz zabawa w skojarzenia to nie są moje żywioły :). Mnie się zadanie styczniowe skojarzyło tak po prostu ze śnieżną połacią, na której dwa polarne misie siedzą i patrzą na zorzę i gwiazdy:




Zatem jest i zima i nawet misie dwa. Jak widzicie (albo i nie, biorąc pod uwagę jakość moich zdjęć) - praca jest wykonana na papierze i łączy malunek akwarelowy z haftem. Pierwotnie miał to być jakiś tam sobie swobodny haft, bo już dawno myślałam o obrazkach połączonych z haftem. Ale szukając natchnienia w internecie i zastanawiając się jak to konkretnie zrobić, natrafiłam na rodzaj haftu właśnie na papierze, o którym coś tam słyszałam, widziałam nawet gotowe przykłady, ale tak dokładnie nie wiedziałam, na czym to polega. To tak zwany haft matematyczny. Wykorzystywany najczęściej w kartkach okolicznościowych i prostych obrazkach. Sama dawniej wyszywałam głównie krzyżykami, było też trochę needlepointa i haftu białego oraz różne własne wariacje, ale ten matematyczny jakoś mnie nie pociągał i nawet mnie wtedy nie zaciekawiło na czym ta technika dokładnie polega. Ale do mojego pomysłu pasował jak ulał, więc poszperałam w internetach i obejrzałam kilka filmików. 

No więc to jest tak: najpierw trzeba przygotować sobie szkic całego obrazka, potem schemat samego haftu i sensownie podziurkować odrysowany wzór, mając w głowie wizję, jak nici będą przebiegać. Na początku to dość skomplikowana sprawa, zwłaszcza jak się nigdy wcześniej czegoś takiego nie projektowało i trzeba sobie wizualizować w głowie ostateczny efekt. Potem przeciąga się przy pomocy igły nitkę przez te przygotowane dziurki, ale trzeba to robić w określonej kolejności, licząc omijane dziurki, tak żeby nitki ładnie się układały. W gruncie rzeczy to już była najprzyjemniejsza część pracy, bo jak wszystko jest przygotowane, to samo haftowanie leci błyskawicznie. 




Jeśli chodzi o użycie nici (co było głównym warunkiem w zabawie) to muliną zostały wyhaftowane kolorowe pasma zorzy polarnej i załamania na śniegu oraz złoto-brokatową nicią metaliczną pojedyncze gwiazdki. Trochę może ta zorza wygląda jak fajerwerki sylwestrowe, no ale Sylwester to w końcu też zima, więc pozostajemy w temacie :))).

Zdjęcia robiłam po oprawieniu obrazka, nie uniknęłam więc odbić światła na szkle, ale chciałam to ująć tak, żeby było widać strukturę haftu.



Może nie jest to mistrzostwo świata, ale jak na pierwsze dzieło w nowej dla mnie technice, to jestem zadowolona z efektu, w każdym razie - pierwsze koty za płoty :). 

Podsumowanie pierwszego miesiąca zabawy i prac wszystkich uczestniczek będzie pod koniec stycznia na blogu Jamiołowo:



A przy okazji pokażę Wam co mi zostało po owej dawnej pasji hafciarskiej. Przede wszystkim mnóstwo mulin i trochę innych nici (metalicznych i kordonków), oraz rozmaite przydasie: tamborki, nożyczki, igły do haftu krzyżykowego (z tępymi końcówkami, w tym złote), trochę moich gotowych wyszywanek i piękna książka o różnych rodzajach haftu. Tutaj część moich zbiorów, reszta tkwi gdzieś w różnych szufladach:


150 kolorów muliny DMC w jednym pudełku, a jest ich jeszcze więcej


takie fikuśne nożyczki są obiektem pożądania hafciarek :)

Kilka moich haftów, które uchowały się w czeluściach szuflady:




No i parę słów o książce:

  • VIA LAURIE - "Piękne Hafty". Wydawnictwo Świat Książki, 2008r, 128 str.


Zalety książki: dokładnie opisane różne, w tym także mało znane, rodzaje haftów, piękne zdjęcia i przykłady do samodzielnego wykonania. Wad nie dostrzegam, poza tym, że w zasadzie książkę głównie się ogląda i podziwia te nieziemskie hafty, bo do praktycznego zastosowania to naprawdę trzeba mieć talent i cierpliwość oraz opanowane podstawy haftowania.

Przedstawione w książce rodzaje haftów: haft czarny, haft Casalguidi, na kanwie, crazy patchwork, mieszany, przestrzenny, Hardanger, złotą nicią, jakobiński, wstążeczkowy. Autorka omawia także rodzaje nici do haftowania, zalecając używanie nici ręcznie farbowanych, między innymi tych, których sama jest producentką ;). Oczywiście jest tu trochę marketingu, ale szczerze pisząc, wiem ze swoich skromnych doświadczeń, że nawet haft nicią fabrycznie cieniowaną (czyli niejednolicie zabarwioną) daje o wiele wspanialszy efekt niż taką zwykłą jednokolorową. Że nie wspomnę o różnicach między nićmi jedwabnymi i bawełnianymi... Podobne niuanse dotyczą tkanin do haftów, ale nie będę się już tutaj zagłębiać w fachowe wywody, bo pewnie mało Was to interesuje :). Mnie najbardziej korciło, żeby zmierzyć się z haftem Casalguidi, ale jak zwykle - wieczny brak czasu, nie wszystko da się upchnąć w planie dnia.

haft Casalguidi

haft jakobiński

Każdy rodzaj haftu to w książce oddzielny rozdział z omówieniem jego historii i techniki oraz konkretnym przykładem ze szczegółowym opisem wykonania krok po kroku i dołączonymi schematami do skopiowania. Dla pasjonatów :).

********