piątek, 27 marca 2026

Milewski, Sveta Katarina i kwietniowe świętowanie.

Zacznę od małej retrospekcji... W maju 2021r, kiedy WHO poluzowała część ograniczeń związanych z pandemią covidową, wybraliśmy się z przyjaciółmi do Chorwacji. Ktoś ze znajomych polecił nam wyspę Świętej Katarzyny. 

W Chorwacji byłam wiele razy, za każdym razem w innym miejscu, ale na Katarinie podobało mi się najbardziej. Może jeszcze kiedyś tam wrócimy, z tym że jedną z zalet tamtego pobytu był ten szczególny fakt, że było to pierwsze otwarcie po dwóch latach pandemicznego zamknięcia, w związku z czym turystów było jeszcze niewielu. Za to mnóstwo rybitw, które pozakładały gniazda na bezludnej wyspie i się dziwiły, że jednak jakieś człowieki się pojawiły :). Nie były dokuczliwe, chociaż przy śniadaniu na hotelowym tarasie trzeba było pilnować talerza, ale krzyczały na nas, jak podeszlismy za blisko krzaków,w których one miały akurat młode. Fajnie było podglądać te ptasie rodzinki, młode w różnym wieku, niektóre nieloty jeszcze w upierzeniu przypominającym futro. Trochę je dokarmialiśmy. No ale wracając do tematu... w efekcie tego pierwszego otwarcia - brak tłumów, za to obsługa miała mniej roboty, w związku z czym bardziej się koło nas uwijała ;). No i to taka zielona wyspa, to mi się podobało, bo nie lubię ani spalonych słońcem plaż i bezdrzewnych połaci, ani tych chorwackich ciasnych uliczek w miasteczkach w stylu rzymskim, szczególnie jak żar się z nieba leje i duchota tam panuje.

Na Katarinę ze stałego lądu można się dostać tylko wodną taksówką (ewentualnie wpław, co młodzież czasem praktykuje), kursującą co pół godziny, bez żadnych opłat. Samochód zostawia się na parkingu w pobliżu kapitanatu portu, zabiera manatki i wsiada na pokład. Po kilku minutach rejsu jesteśmy na wyspie, obsługa zabiera bagaże meleksem do hotelu, a pasażerowie pokonują pieszo te całe 50 metrów do recepcji. Cała wyspa to teren i obiekty należące do jednego hotelu, mnóstwo zieleni i alejek do niezbyt intensywnego spacerowania. I zero samochodów, motorków i dyskotek.


po lewej wyspa Sveta Katarina, po prawej Rovinj - widać różnicę :)
zdjęcie z internetu


A tu widok z Katariny na Rovinj:

zdj. moje


Ponieważ gości, jako się rzekło, było jeszcze bardzo mało, to basen hotelowy w ciągu całego dnia wyglądał jak w prospektach reklamowych - niemal pusty:


zdj. moje


Zamówione drinki dla czterech osób przyniosło nam dwóch kelnerów i kierownik sali. Tak nas obskakiwali, że czuliśmy się jak milionerzy na prywatnej wyspie. No ale ja nie o tym chciałam... 

Codziennie wyprawialiśmy się na stały ląd - do Rovinij, żeby połazić, zjeść kolację itd, czasem gdzieś dalej.  Natomiast na "naszej" wyspie spacerowaliśmy i leniuchowaliśmy nad basenem albo na plaży. I w trakcie tego łazikowania po zakamarkach wyspy odkryliśmy taką oto tablicę na ścianie głównego budynku hotelu, nieco zasłoniętą jakimś krzakiem, tak że nie rzuciła nam się w oczy od razu:

zdj. moje

Można sobie powiększyć, ale dla ułatwienia przepisałam tę część, która jest po polsku:

IGNACY KAROL hrabia KORWIN MILEWSKI

27.04.1846 - 16.10.1926

Wybitny polski kolekcjoner malarstwa, mecenas sztuki, kawaler maltański, 

od 1899 do 1926 właściciel i mieszkaniec wyspy Święta Katarzyna,  

fundator najstarszej części tej rezydencji, 

wzniesionej dla eksponowania cennej kolekcji malarstwa polskiego.


Przyznam się, że o panu Milewskim wcześniej nie słyszałam, albo nie zapamiętałam. Czym prędzej uzupełniłam więc wiedzę i teraz Wam o nim co nieco opowiem, bowiem jest ku temu szczególny powód... Informacje na temat burzliwego życia i oryginalnych pomysłów Milewskiego podaję w oparciu o artykuł zamieszczony na portalu "Niezła Sztuka" (link) z roku 2017 - którego źródłem jest prawdopodobnie artykuł na portalu "Rynek i Sztuka" (link) z roku 2013, bo większość tekstu powtórzona jest słowo w słowo, chociaż na Niezłej Sztuce nie ma o tym wzmianki. A może oba artykuły mają jeszcze jakieś inne wspólne źródło, do którego się nie przyznały? A pod każdym tekstem podpisała się inna osoba. Ot, taka trochę niesmaczna ciekawostka... Cytaty poniżej pochodzą z "Niezłej Sztuki", reprodukcje z "Niezłej Sztuki" i Wikipedii.

Ignacy Karol Korwin-Milewski urodził się 27 kwietnia 1846 roku. Wysoki poziom materialny rodzina zawdzięczała imponującemu posagowi matki Ignacego. Dzięki temu on i jego młodszy brat odebrali staranne wykształcenie za granicą (obaj ukończyli wydział prawa w Paryżu). W 1870 roku Ignacy postanowił jednak, że chce zostać artystą malarzem i w tym celu przeniósł się do Monachium, ówczesnej mekki polskich artystów. Ostatecznie jednak po pięciu latach studiów doszedł do wniosku, że jego talent nie jest wystarczający, aby pozostać przy tym zajęciu. Pojechał zatem do Rzymu, aby - z sukcesem, dzięki pieniądzom, oczywiście - wystarać się u papieża o dziedziczny tytuł hrabiowski. Nie do końca rozumiem ten zabieg, bo oboje rodzice Ignacego pochodzili ze szlacheckich rodów herbowych (vide - Wikipedia), no ale mniejsza z tym, może papieska pieczątka była do czegoś potrzebna. Następnie oddał się działalności politycznej, która przyniosła mu sławę warchoła, a także awanturniczego snoba. Ostatecznie, po licznych romansach i ekscentrycznych wybrykach, jednym z ostatnich pomysłów był zakup jachtu, którym odbywał rejsy po Morzu Śródziemnym. "Morskie eskapady natchnąć musiały Milewskiego do dokonania jednego z bardziej oryginalnych zakupów epoki, mianowicie wyspy eksterytorialnej Santa Catarina na Adriatyku u wybrzeży Chorwacji, nieopodal miasta Rovinj, na której zamieszkał na stałe w 1905 roku. Tam też niebotycznym kosztem wystawił pałac według projektu krakowskiego architekta, Teodora Talowskiego, pałac, który stał się domem dla gromadzonej już wtedy fantastycznej kolekcji obrazów." 

"Stańczyk w czasie balu na dworze królowej Bony wobec straconego Smoleńska"
Jan Matejko


Na marginesie dodam, że akurat nazwisko Talowskiego jest mi znane, a to za sprawą cyklu książek Maryli Szymiczkowej o profesorowej Szczupaczyńskiej. Zawarte w nich opisy kamienic projektowanych przez Talowskiego skłoniły mnie swego czasu do bliższego zapoznania się z jego działalnością i tym sposobem dowiedziałam się, że na Świętej Katarzynie, w Chorwacji, mieszkałam w hotelu, który był niegdyś zaprojektowanym przez Talowskiego budynkiem przeznaczonym na galerię sztuki polskiego hrabiego.

Aleksander Gierymski
 "Żydówka z cytrynami"


Od tego mniej więcej czasu Milewski nieco się ustatkował i poświęcił dużo czasu i pieniędzy na stworzenie niezwykłej kolekcji malarstwa polskiego. O koncepcji tej kolekcji sam tak mówił: „Życząc sobie mieć zbiór mniej więcej kompletny i stanowiący całość oryginalną, choćby w skromnych rozmiarach, muszę się ograniczyć pewnymi ramami, a za takowe wybrałem specjalność w rodzaju Nowej Pinakoteki w Monachium. Że więc nabywam obrazy artystów-rodaków, obecnie żyjących, a między takimi wyłącznie tych, co należą lub należeli do szkoły monachijskiej”. 


Józef Chełmoński
 "Scena z powstania styczniowego"




Żeby ten cel zrealizować, Milewski nawiązał bliskie kontakty z polskimi artystami, odwiedzał ich w pracowniach, wspierał, sponsorował. "Zgodnie ze sformułowaną przez siebie teorią kolekcjoner włączał kolejno do swego zbioru dzieła, które dziś uznawane są za kanon polskiego malarstwa. Wymienić pośród nich należy między innymi "Plac Opery Paryskiej nocą", "Trumnę chłopską" i "Anioł Pański" Aleksandra Gierymskiego, "Targ na konie na Groblach w Krakowie" Juliusza Kossaka, "Babie lato" Józefa Chełmońskiego, "Pocztylion" Alfreda Wierusza-Kowalskiego, "Łowienie raków" Leona Wyczółkowskiego, "Stańczyka" Jana Matejki czy "Aktorów przed Hamletem" pędzla Władysława Czachórskiego"W kolekcji znalazły się także obrazy Piotra Michałowskiego, Stanisława Witkiewicza, Franciszka Żmurko, Wincentego Wodzinowskiego, Józefa Brandta, Józefa Pankiewicza, Jacka Malczewskiego, Anny Bilińskiej-Bohdanowicz, Jana Stanisławskiego.


"Łowienie raków" Leon Wyczółkowski (źródło)


Ciekawym i ambitnym pomysłem było zamówienie autoportretów żyjących wówczas polskich malarzy. "Zamówieniom składanym malarzom towarzyszyły liczne obostrzenia, do których każdy z twórców, jeżeli chciał umieścić swój autoportret w zbiorze kolekcjonera, musiał się dostosować. Milewski pragnął posiadać wizerunki artystów wszystkie w tym samym formacie, modele mieli być tak samo upozowani: na wprost, w ujęciu do kolan z paletą w dłoni, zachowując przy tym naturalną wielkość malowanej postaci."

Prawie 20 artystów przystało na te warunki, za wyjątkiem Matejki, który uzyskał od protektora ustępstwo i wykonał swój autoportret w pozycji siedzącej w fotelu. Obecnie 17 z tych autoportretów znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Autoportret - Jan Matejko


W roku 1883 Milewski rozpoczął starania o przekazanie całego zbioru obrazów społeczeństwu polskiemu. Chciał nawet przeznaczyć odpowiednią kwotę na wybudowanie gmachu muzealnego, jednak rozmowy prowadzone z władzami Krakowa i Lwowa na temat konkretnej lokalizacji i zapewnienia bezpieczeństwa zbiorom nie przyniosły rezultatu. Kolekcja została więc udostępniona zwiedzającym do oglądania w Wiedniu, gdzie cieszyła się ogromnym zainteresowaniem, po czym odbyła wędrówkę po salach wystawowych w całej Europie.


Jacek Malczewski 
"Autoportret z paletą"


W 1922r na skutek wylewu krwotocznego Milewski został częściowo sparaliżowany, a zasoby finansowe, którymi tak rozrzutnie gospodarował (częściowo też odebrane przez byłą żonę i kochanki), poważnie się skurczyły. Ostatecznie zdecydował się na sprzedaż swoich zbiorów, jednak nie znalazł odpowiedniego kupca na kolekcję jako całości. Obrazy zostały więc wystawione na aukcji i kolekcja uległa rozproszeniu. Obecnie znaczna jej część znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie. Milewski zmarł w 1926r w chorwackiej Puli i został pochowany w Rovinj. W tym roku przypada więc 180 rocznica jego urodzin i 100 rocznica śmierci.



A teraz czas na comiesieczną przypominajkę - co można świętować w kwietniu:
  • 1 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Ptaków
  • 1 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Klauna
  • 3 kwietnia - Dzień Tęczy
  • 4 kwietnia - Dzień Marchewki
  • 4 kwietnia - Światowy Dzień Bezdomnych Zwierząt 
  • 5 kwietnia - Dzień Karmelu
  • 7 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Domków dla Lalek
  • 8 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Opozycji przeciw GMO
  • 8 kwietnia - Dzień Miłośników ZOO
  • 9 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Jednorożca (powstał jako konkurencja do depresyjnego Blue Monday)
  • 12 kwietnia - Dzień Czekolady
  • 12 kwietnia - Dzień Chomika
  • 12 kwietnia - Dzień Czystych Okien
  • 13 kwietnia - Dzień Scrabble
  • 14 kwietnia - Dzień Patrzenia w Niebo
  • 15 kwietnia - Światowy Dzień Sztuki
  • 17 kwietnia - Światowy Dzień Kostki Rubika
  • 17 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Paskudy
  • 19 kwietnia - Dzień Czosnku
  • 20 kwietnia - Dzień Marihuany
  • 23 kwietnia - Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich
  • 24 kwietnia - Europejski Dzień Śniadania
  • 28 kwietnia - Dzień Sera Camembert
  • 29 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Tańca
  • 30 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Jazzu
  • 30 kwietnia - Ogólnopolski Dzień Koni

Przeróżnych świąt niemal każdego dnia jest znacznie więcej, ale przedstawiam tutaj mój subiektywny wybór. Głównie są to święta, które mogą być okazją do fajnej zabawy, święta kulinarne, poświęcone niektórym zwierzakom, rozmaitym hobby itp.

A Dzień Czekolady to ja obchodzę codziennie ;).

********

I na koniec - prezentacja zabaweczki Dżemika, bo kiedyś Izie obiecałam i wyleciało mi z głowy, a właśnie odebrałam z paczkomatu kolejną. Tadam!



Przy okazji koty mają nowe pudełko, a jak wiadomo wszystkie koty kochają pudełka, do których można wejść i sobie w nich bezpiecznie posiedzieć:


Kocia - pierwsza zainteresowana


Piłka jest z grubej i dość twardej gumy termoplastycznej, bardzo wytrzymała, z uchwytami, w środku ma piłeczkę tenisową z piszczałką. Kupuję w Zooplusie, dlatego link podaję do tego akurat sklepu, jest tam dokładny opis: Kong piłka dla psa . Jest dość ciężka, więc rzucanie jej wymaga sprawnego ramienia, ale dla psa, który ma problemy ze stawami, nie trzeba mieć piłki latającej wysoko i daleko, taka wystarczy.

Wcześniej Dżemik miał taką oto ukochaną piłeczkę (po szczenięcym etapie piłek tenisowych oraz pluszowych i gumowych maskotek) - niestety tak się wprawił w jej rozgryzaniu w drobny mak, że nie wytrzymywała dłużej jak tydzień i trzeba było znaleźć jakąś inną, trwalszą zabawkę:


pierwsza ukochana piłeczka


Zabawek dla dużych psów jest jak na lekarstwo. Nie mówię tu o profesjonalnych przyrządach do treningów różnego rodzaju, tylko o zabawkach, którymi pies mógłby od czasu do czasu sam się zająć, ewentualnie z małą pomocą człowieka. My mamy już swoje lata i nie będziemy z dużym psem całymi dniami szaleć i ekstremalnie biegać. Godzina albo dwie szybkiego marszu po polach, trochę zabawy z rzucaniem piłeczki, zazwyczaj na własnym terenie, ale pies sporo czasu przebywa sam, chociażby jak jesteśmy w pracy. Wiadomo, że psia zabawa to najczęściej - oprócz gonitwy - gryzienie i szarpanie zębami różnych przedmiotów. A cóż może wytrzymać nieustanne wbijanie wilczych kłów? Oprócz "gryzaków" przypominających wyglądem, a czasem i zapachem, wielkie kości, które akurat mojego pieseczka nie interesują, do wyboru jest głównie sporo różnego rodzaju piłek, które można rzucać, ale którymi pies po prostu chętnie sam się bawi, czyli gryzie i przenosi z miejsca na miejsce. Ostatnio właśnie ta piłka z pierwszych zdjęć jest głównym obiektem miłości Dżemika. Niestety ją także potrafi "wykończyć", ale to jednak trwa nieco dłużej niż z tą mniejszą fioletową. Średnio raz na kwartał kupuję nową. Dla wilczura odpowiedni jest większy rozmiar (średnica dwa razy większa od tej fioletowej). Te szczegółowe informacje są przeznaczone głównie dla Izy, sympatycznej pańci sympatycznego owczarka niemieckiego Bazyla :) - ale może komuś się to jeszcze przyda.

na ulubionej sofie

 im większy pies, tym bardziej na środku leży
 - tutaj na środku kuchni    



********

niedziela, 22 marca 2026

Luba Ristujczina - kolejne albumy.


Trochę w poprzednim wpisie ponarzekałam na przeczytane książki, teraz więc dla kontrastu opowiem Wam o przepięknych albumach, które zachwyciły mnie od pierwszego wejrzenia i nadzwyczajnie uszczęśliwiły. Dwie solidne pozycje, duży format ok. 33x40cm, twarde okładki, kredowy papier, bardzo konkretne wagowo - z ciekawości je zważyłam, jeden tom to około 1,7 kg ;). A zawartość - miodzio!




  • LUBA RISTUJCZINA - "Józef Chełmoński. Romantyk polskiego pejzażu"   Wydawnictwo SBM, str. 242.

Przecudny album, z mnóstwem zdjęć i pięknych reprodukcji, a jednocześnie zawierający ogrom interesujących informacji. To kolejna pozycja autorstwa Luby Ristujcziny w mojej biblioteczce, wydana w tej samej serii. W zasadzie jej książki mogę kupować w ciemno, za każdym razem jestem zachwycona. Imponująca ikonografia, fantastycznie opowiedziana historia życia i twórczości artysty, obejmująca szeroki kontekst historyczny, artystyczny, środowiskowy. 

Wydaje mi się, że Józef Chełmoński jest u nas chyba dość powszechnie znany, dzięki swoim nastrojowym pejzażom, w których widać jego zachwyt ojczystym krajobrazem, wiejskim scenkom rodzajowym, niezwykle realistycznym wizerunkom ptaków i zwierząt. Po śmierci Matejki został uznany za najwybitniejszego żyjącego polskiego malarza, ale jako człowiek budził wiele kontrowersji, głównie za sprawą wielkiego, obsesyjnego wręcz oddania sztuce, okupionego zruinowanym życiem rodzinnym. Trochę tutaj o nim w dużym skrócie przypomnę, bo obrazy (niektóre) kojarzymy, a o człowieku czasem niewiele wiemy. Ja sama zainteresowałam się jego twórczością (a co dopiero - życiem) dość późno, bo za młodu malarstwo realistyczne raczej mnie nie porywało, albowiem ekscytowałam się twórczością paryskich malarzy na przełomie XIX i XX wieku, poczynając od impresjonistów, przez ekspresjonistów, fowistów, kubistów, tzw. szkołą paryską z Modiglianim na czele (uwielbiam do dzisiaj) itd, ale fascynowała mnie także sztuka Starożytnego Wschodu. To co się działo pomiędzy oraz później - jakby mniej mnie interesowało :). 




Chełmoński od dzieciństwa wykazywał talent rysunkowy, który mógł rozwijać dzięki wsparciu utalentowanego plastycznie ojca. Nieustannie rysował i malował, już w gimnazjum marzył o zostaniu malarzem. Zaraz po egzaminach maturalnych pokazał swoje obrazy Wojciechowi Gersonowi, który kierował wówczas akademicką Klasą Rysunkową w Warszawie. Po krótkim kursie rysunku klasycznego Gerson uznał, że uczeń ma potencjał i przyjął go do swojej szkoły. Gerson wychował wielu znanych później malarzy, jak choćby Aleksander Gierymski czy Alfred Kowalski. Za podstawę jego sukcesu uważano miedzy innymi niestereotypowe metody. Jak wspominali jego uczniowie: "objaśniał budowę kształtu przez nachylenie płaszczyzn zasadniczych łączonych zaokrągleniami stosunek świateł do cieni w motywach oswietleniowych, walory tonów, proporcje i chwytanie ruchu biegiem linii w zmiennych kierunkach, a przez to wyrabiał pojęcie i o kształcie, i o wrażeniu na oko, czyli malarskim efekcie." Zachęcał uczniów zarówno do samodzielnego studiowania teorii i historii sztuki, ale także... praw fizyki. Czy pamiętacie moje rozważania o związkach matematyki ze sztuką, przy okazji haftu matematycznego? No właśnie :). Ale odbiegłam od tematu...

Lata spędzone w Klasie Rysunkowej Gersona, i wśród innych jego uczniów, ukształtowały Chełmońskiego jako artystę, ale także jako człowieka. Już wówczas całe jego życie było podporządkowane sztuce. Bywało głodno i chłodno, ale zawsze rysunek i malowanie były pierwszą potrzebą. Kiedy zmarł ojciec Józefa, rodzina znalazła się w trudnym położeniu materialnym, jednak wkrótce przyjaciel rodziny zaprosił młodego malarza do swojego majątku na Podolu, dzięki czemu Chełmoński mógł poświęcić się malowaniu stepowych pejzaży, ptaków i scen z codziennego życia chłopów i ziemiaństwa. W wielu obrazach widoczne były jeszcze wpływy i inspiracje malarstwem Gersona, ale Chełmoński zaczął już wypracowywać własny styl, w którym główną rolę grały nastrój i walory malarskie. Oto jedna z jego prac  z tego wczesnego okresu (1870r) - mały obrazek (26,5x34,5cm) "Sanie przed szałasem nocą":


źródło


Gersonowi zawdzięcza Chełmoński także udział w pierwszych wystawach w warszawskiej Zachęcie. Materialnie początkowo wiodło się młodemu malarzowi raczej kiepsko, tym bardziej, że swoimi obrazami nie trafiał w ówczesne gusta publiczności i krytyków, a po śmierci ojca został niemal bez środków do życia. Miał jednak trochę szczęścia do życzliwych sponsorów. Jednym z nich okazał się starszy kolega ze szkoły Gersona - Maksymilian Gierymski, któremu bardzo się spodobały prace Józefa. Dzięki jego pomocy Chełmoński mógł zrealizować swoje marzenie o podjęciu dalszych studiów w Królewskiej Akademii Sztuki w Monachium. W Monachium dosć szybko odnotowuje pierwsze sukcesy, krytycy piszą coraz życzliwej o jego obrazach, udaje mu się także sprzedać kilka prac. Po kilku latach wraca do Warszawy, gdzie z kilkoma kolegami malarzami wynajmuje pracownię i maluje nadal sceny rodzajowe i pejzaże. Wkrótce porzuca jednak także Warszawę, gdzie jego malarstwo nie znajdowało uznania, i udaje się do Paryża - znowu dzięki pomocy wpływowych sympatyków. Tutaj publiczność przyjmuje jego obrazy znacznie bardziej entuzjastycznie, co oczywiście przekłada się na zdecydowaną poprawę sytuacji materialnej artysty.




W tym czasie (1875-1887r) powstają obrazy o tematyce polskiej, z zapamiętanych przez artystę widoków, które nadzwyczajnie potrafił odtworzyć. Między innymi obrazy z czwórką koni - Chełmoński niemal obsesyjnie powtarzał niektóre motywy, aby osiągnać w końcu pożądany rezultat. To monumentalne dzieło (275x660cm), do którego powstało wcześniej mnóstwo szkiców, studiów i innych wersji, znajduje się obecnie w Muzeum Narodowym w Krakowie:


źródło



Jak pisze Ristujczina: "Choć wszystkie punkty zbiegu akcentują postać woźnicy, odśrodkowa kompozycja sprawia, iż stojący przed płótnem widz ma wrażenie, że za chwilę zostanie stratowany." Te rozpędzone, silne i żywiołowe konie naturalnej wielkości miał okazję podziwiać w paryskiej pracowni Podkowiński - jak sam twierdził, to właśnie te "apokaliptyczne" zwierzęta z obrazu Chełmońskiego były inspiracją do jego słynnego "Szału uniesień".

Również w Paryżu powstał obraz, który - z bogatego dorobku Chełmońskiego - ja najbardziej lubię, a mianowicie "Dropie" (66,5x100,5cm), znajdujący się obecnie w Muzeum Narodowym w Warszawie. Oczywiście najlepiej oglądać to dzieło na żywo, a zdjęcie - w powiększeniu:


źródło

Ten obraz był w pewnym sensie przełomowy dla Chełmońskiego, ponieważ od tego mniej więcej momentu porzucił dynamiczne, ekspresyjne kompozycje oraz mocne i kontrastowe barwy, na rzecz spokojnych pejzaży bez sztafażu i spokojnych, stonowanych barw. I w takim klimacie powstał drugi mój ulubiomy obraz Chełmońskiego - "Kuropatwy na śniegu" (123x199cm), namalowany już po powrocie do Polski, w Kuklówce, gdzie osiedlił się i mieszkał już do końca życia:

źródło

Za "Kuropatwy" Chełmoński zebrał mnóstwo entuzjastycznych recenzji, a następnie otrzymał  najwyższą nagrodę na Wystawie Międzynarodowej w Berlinie w 1891r.

Autorka pięknie opowiada o obrazach Chełmońskiego, analizuje szczegóły, pisze o motywach i okolicznościach powstania kolejnych dzieł, zwraca uwagę czytelnika na zmiany, jakie zachodziły w twórczości artysty pod wpływem różnych okoliczności. O "Dropiach" pisze tak (fragment): "W porannej mgle rozmywają się kontury, barwy tracą moc i wyrazistość, a przestrzeń nabiera nierealnego, baśniowego charakteru. Chełmoński z czułoscią portretuje poszukujące pożywienia stado ptaków, nadaje im indywidualne rysy, studiuje ich charakterystyczne ruchy. Jego uwaga skupia się na malarskiej materii kompozycji: barwach i rysunku podkreślającego źdźbła traw. Wyszukana kolorystyka utrzymana w złamanych błękitach, srebrzystych zieleniach i zgaszonych brązach wywołuje nastrój melancholii, ewokuje refleksje na temat przemijania i śmierci. Przypomina o zapachach jesieni, wilgotnym powietrzu i przejmującym zimnie, tak charakterystycznych dla depresyjnych listopadowych dni. Scena zaskakuje swą zwyczajnością, celebrowaniem pospolitości i ciszy."

Chełmoński, wychowany w duchu patriotyzmu, miał też wpojone poczucie obowiązku wobec społeczeństwa i swojej klasy, co wiązało się z założeniem rodziny. Wybór drogi artystycznej nie ułatwiał tego zadania, ale dopóki odnosił sukcesy - wszystko udawało się pogodzić. Ożenił się w 1978r z Marią Korwin-Szymanowską i po podróży poślubnej po całej Europie osiedlił się wraz z żoną w Paryżu, gdzie wynajął luksusowe mieszkanie, które stało się miejscem spotkań bohemy artystycznej. Dużo w tym czasie malował, jego obrazy budziły zainteresowanie klienteli także zza oceanu, jednak w pewnym momencie, po zmianie przepisów celnych, ten rynek się załamał. Chełmoński, żeby utrzymać wystawny poziom życia, do którego zdążył już przywyknąć, maluje więc coraz więcej, ale też gorzej, co spotyka się znowu z krytyką. Pogarszająca się sytuacja finansowa i zła passa malarska odbijają się na życiu rodzinnym. Rodzina wraca do kraju, Chełmoński maluje, podróżuje po Kresach w poszukiwaniu tematów do pejzaży, rodzą się kolejne dzieci, dwaj synowie jednak umierają. Ostatnia córka urodziła się już po rozstaniu rodziców - z jej późniejszych relacji wiemy, że Chełmoński odciął jej matkę od starszych córek i nie interesował się losem żony ani ostatniej, utalentowanej plastycznie córki. Zresztą starsze dziewczynki też wysłał na pensję. Czułym i troskliwym ojcem to on na pewno nie był, podobno także wobec żony stosował przemoc fizyczną i psychiczną. Zresztą zawsze najważniejsza dla niego była sztuka, a po rozstaniu z żoną zaczął stronić od ludzi, więcej za to obcował z naturą i nieustannie malował, co znowu zaowocowało sukcesami artystycznymi. Krytyka w tym czasie mu sprzyja, Chełmoński bierze udział w kolejnych ważnych wystawach, otrzymuje liczne nagrody, sprzedaje swoje dzieła.

Ludzie nie zapamiętali go - jako człowieka - zbyt dobrze, ale sądząc po jego pracach był uważnym obserwatorem i człowiekiem wrażliwym na stosunki społeczne panujące na wsi. Namalował mnóstwo scen rodzajowych, których bohaterami byli przedstawieni bardzo realistycznie chłopi polscy i ukraińscy. Pod koniec życia, kiedy pogorszył się stan jego zdrowia, Chełmoński zupełnie już unikał towarzystwa innych ludzi i popadł w dewocję. 

Książkę czyta się z dużą przyjemnością, to pięknie opowiedziana historia, no i ogromnym plusem albumu jest ogromna ilość reprodukcji, dzięki czemu można równolegle do tekstu przyglądać się szczegółom obrazów, bez konieczności szperania po internetach.

********


  • LUBA RISTUJCZINA - "Alfons Mucha. Mistrz secesji i plakatu". Wydawnictwo SBM, str. 240.
I oto już szósty w moim księgozbiorze album Ristujcziny (planach mam kolejne).



Z Wikipedii: Alfons Maria Mucha 1860-1939 - czeski grafik i malarz, jeden z czołowych przedstawicieli secesji i fin de siecle'u. Twórczość Muchy łączy tradycje bizantyńskie i współczesne. Znakiem rozpoznawczym Muchy są grafiki kobiet w stylu belle epoque – wyidealizowana postać pięknej kobiety otoczonej naręczem kwiatów i liści, symbolami i arabeskami.

Jego ojciec pracował jako woźny w sądzie, więc rodzinie się nie przelewało, a sam Alfons dosć szybko musiał podjąć pracę jako sekretarz gminny, żeby pomóc w utrzymaniu rodziny. Marzył jednak o malowaniu, brał więc dorywcze prace, które umożliwiały mu zajęcie się tym, co sprawiało mu przyjemność. Początkowo zajmował się przygotowywaniem dekoracji i plakatów związanych z wydarzeniami kulturalnymi w rodzinnym mieście. Bez powodzenia próbował dostać się do praskiej Akademii Sztuk Pięknych, wyjechał więc do Wiednia, gdzie zatrudnił się w znanej pracowni projektowania dekoracji teatralnych. Następnie, dzięki protekcji czeskiego hrabiego Khuen-Belasiego podjął studia w monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych, a stamtąd przeniósł się do prywatnej Akademii Julian w Paryżu. W stolicy Francji osiadł na dłużej. Tutaj zetknął się ze środowiskiem impresjonistów, a z Gauguinem miał nawet przez pewien czas wspólną pracownię. Podejmował różne zlecenia na projektowanie ilustracji do książek oraz plakatów. 

Przełomowym momentem w jego karierze było zaprojektowanie plakatu do sztuki teatralnej "Gismonda", w której główną rolę grała ówczesna gwiazda - Sarah Bernhardt. Nieznany artysta momentalnie został okrzyknięty jednym z najwiekszych twórców secesji, a pięcioletni kontrakt z Bernhardt umocnił tę pozycję. Projektował plakaty, scenografię, kostiumy, a nawet biżuterię aktorki.




Od tej pory tworzył grafiki na zamówienie, różnego rodzaju afisze i prospekty reklamowe, kalendarze, okładki książek i czasopism, a także projektował serie obrazów drukowanych na jedwabiu. Były to kolekcjonerskie tzw. panneaux decoratifs, złożone z kilku grafik z jednym przewodnim motywem, jak np. pory roku, kamienie szlachetne, kwiaty itp. Te same grafiki były powielane na pocztówkach i w nieco większych formatach i doskonale się sprzedawały. 


cykl "Kamienie szlachetne" (źródło)

Z czasem otrzymywał zlecenia coraz bardziej ambitne, projektował wnętrza reprezentacyjnych obiektów, witraże, meble, ale także drobne przedmioty jak sztućce i inne naczynia, oczywiście w tej niezwykle dekoracyjnej secesyjnej stylistyce.

Sala Burmistrzowska w Pradze
projekt Malowideł i wystroju A. Mucha


po lewej wnętrze sklepu jubilerskiego, po prawej ozdoby biżuteryjne
- projekty Alfonsa Muchy

Alfons Mucha pochodził z rodziny katolickiej i sam początkowo był gorliwym katolikiem, interesował się jednak także mistycyzmem, a w czasie pobytu we Francji przystąpił do paryskiej loży masońskiej Wielkiego Wschodu Francji. 60 lat po II wojnie światowej ujawniony został duży zbiór dzieł Muchy poświęconych tematyce masońskiej - obrazy, malowidła, projekty regaliów i symboli przeznaczonych do czeskich i słowackich lóż. Prace te przechowywała pewna czeska rodzina, ukrywając je najpierw przed NSDAP, a potem przed komunistami.

Życie osobiste, rodzinne, układało mu się nadzwyczaj dobrze, ożenił się w 1906r i wkrótce doczekał się syna i córki. Bardzo często malował żonę i dzieci, niekiedy w przedstawieniach alegorycznych.


po lewej portret żony, po prawej projekty opakowań


W 1910 roku rozpoczął pracę nad cyklem nazwanym "Epopeja słowiańska", przedstawiającym w monumentalnej formie dzieje Słowian od prehistorii aż do XIX wieku. Łącznie w ciągu 18 lat namalował w tym cyklu 20 obrazów o rozmiarach ponad 6x8 metrów. Sponsorem przedsięwzięcia był poznany w czasie pobytu artysty w USA milioner, dzięki któremu Mucha mógł poświęcić się tej pracy, która miała być dziełem jego życia i spełnieniem patriotycznych marzeń. 

jeden z obrazów z cyklu "Epopeja słowiańska" (źródło)


Cykl jednak nie spotkał się z przychylnym przyjęciem w jego ojczyźnie. Zarzucano mu reakcyjny akademizm i nacjonalistyczną interpretację faktów. Nieco lepiej odbierano jego dzieła w USA, jednak artysta do końca życia pozostał w Pradze, gdzie w 1939r zmarł wkrótce po wkroczeniu wojsk hitlerowskich i po przesłuchaniu przez gestapo. Ristujczina dosć obszernie opisuje poszczególne obrazy "Epopei słowiańskiej", z odniesieniem do historii i wyjaśnieniem alegorii przedstawionych na obrazach.


po lewej żona artysty pozująca do jednego z obrazów,
po prawej obraz z cyklu "Epopeja słowiańska"


Oczywiście wszystkie te informacje są dostępne gdzieś tam w internecie, można też wybrać się do muzeum i zobaczyć oryginały obrazów, ale ja uwielbiam mieć w domu w zasięgu ręki takie albumy, które stanowią kompendium wiedzy o artyście i jego dziełach, lubię czasem sięgnąć na półkę i przypomnieć sobie to i owo, oglądając jednocześnie piękne reprodukcje. Albumy autorstwa Ristujcziny zawierają oczywiscie bogatą bibliografię i źródła zdjęć, a także ilustrowane kalendaria z najważniejszymi momentami z życia i twórczości artystów.

********


Linki do postów, w których pisałam o innych książkach Luby Ristujcziny:

"Gustaw Klimt. Twórca złotej secesji"

"Stanisław Wyspiański. Artysta i wizjoner"


"Wojciech Kossak - najwybitniejszy batalista"

"Józef Mehoffer - geniusz polskiej secesji"

********

Wieści z życia rodzinnego: my oczywiście ciągle młodzi, ale kotki nam się starzeją, zwłaszcza Sabinka. Ma co prawda dopiero 10 lat, ale swoje przeżyła. Kiedyś była postrachem osiedla, ganiała wszystkie obce koty, mówiliśmy, że Sabcia rządzi na dzielni. Niestety przejawiało się to także silnym instynktem łowieckim - Sabinka polowała na wszystko, co się rusza (ptaki, ryby, padalce). Od pewnego czasu jednak ma widoczne oznaki Alzheimera - zapomina, że już jadła i co chwila żąda napełnainia miseczki, kręci się w te i wefte, patrzy na nas pytająco "co to ja chciałam?", niektóre skoki z mebla na mebel wychodzą jej jakoś niezdarnie, czasem nie wyceluje, widać że ma obawy przed bardziej karkołomnymi akrobacjami. Ostatnio jakiś katarek się przyplątał i oczka cóś kaprawieją... Trzeba zrobić kotu przegląd. Nasza najstarsza koteczka dożyła 18 lat, no ale dla kota wychodzącego 10 lat to też już słuszny wiek. No i niestety z Basiunią też coś jest nie teges, pojawiło się posikiwanie z krewką, tak lekko podbarwione, no ale trzeba czym prędzej kotę zbadać. Tak że po roku czy prawie dwóch spokoju zdrowotnego ze stadem - ten tydzień będzie pod znakiem wędrówek do weta.

********

sobota, 14 marca 2026

Lauren Weisberger - ta od "Diabeł ubiera się u Prady".

Gdyby nie to, że mąż podsunął mi do czytania akurat te dwie książki, które wygrzebał u znajomych, to nadal pewnie bym nie wiedziała o istnieniu osoby o nazwisku Weisberger. Bo film "Diabeł ubiera się u Prady" owszem kilka razy oglądałam i może jeszcze kiedyś obejrzę, ale nie zakonotowałam sobie, że autorką książki, na podstawie której ów film nakręcono, była Lauren Weisberger. Nic mi to nazwisko nie mówiło. Być może kiedyś, przy okazji filmu, do ucha mi wleciało, ale drugim zaraz wyleciało. Dla zainteresowanych skrót życiorysu autorki - podaję za portalem "Lubimy czytać":

Amerykańska pisarka i dziennikarka. Ukończyła Cornell University. Przez rok włóczyła się z plecakiem po świecie, odwiedzając m.in. Europę, Izrael, Egipt, Tajlandię, Indie i Nepal. Po powrocie do USA podjęła pracę w prestiżowym magazynie mody „Vogue”, a następnie w czasopiśmie podróżniczym „Departures”; uczestniczyła też w warsztatach literackich. Swoją szefową z „Vogue’a”, Annę Wintour, sportretowała jako Diabła w opublikowanej w 2003 roku powieści Diabeł ubiera się u Prady, która okazała się światowym bestsellerem. Powodzenie debiutanckiej książki przełożyło się na sukces jej filmowej adaptacji z Meryl Streep i Anne Hathaway w rolach głównych. Oprócz Diabła…, Weisberger ma w swoim dorobku pięć powieści: Portier nosi garnitur od Gabbany, W pogoni za Harrym Winstonem, Ostatnia noc w Chateau Marmont, Zemsta ubiera się u Prady, Gra singli oraz najnowszą When Life Gives You Lululemons, która w USA ukazała się latem 2018 roku.




Jak wspomniałam - film "Diabeł ubiera się u Prady" obejrzałam kilka razy - bo mi się spodobał, rzecz jasna. Oczywiście nie wszyscy zapewne są fanami tej produkcji, ale film zdobył mnóstwo nagród i niewątpliwie odniósł zasłużony sukces. Dlaczego w ogóle ten film obejrzałam? Bo uwielbiam Meryl Streep. I to był powód główny, bo dla samej Meryl Streep obejrzę każdy film, w którym ona zagra. Lubię też Anne Hathaway. Opis fabuły wyglądał dość interesująco, więc z tych powodów obejrzałam po raz pierwszy. Dlaczego natomiast oglądałam po raz kolejny? Bo to jest świetny film :). Genialni aktorzy, aktorki zwłaszcza, ale na przykład Stanley Tucci też był fantastyczny. No i od czasu do czasu chyba większość z nas lubi obejrzeć sobie życie tzw. wyższych sfer, nawet jeśli ta wyższość dotyczy wyłącznie pieniędzy, których sami nie mamy - tak z ciekawości, jak można sobie dzięki nim życie ulepszyć albo spieprzyć. Piękne stroje, piękne wnętrza itd. Miło się ogląda, mnie zawsze interesuje scenografia, plenery, kostiumy itd. Zwracam uwagę na przykład na takie rzeczy, jak dobór kolorów - w niektórych filmach jest to bardzo widoczne, że stroje i wnętrza są w jednej tonacji, albo przeciwnie - kontrastowo bardzo przemyślnie dobrane - kilka seriali w TV obejrzałam tylko dlatego, że podobała mi się scenografia, po prostu sprawiało mi przyjemność oglądanie, fabuła nie była istotna. A w tym konkretnie filmie dochodzi jeszcze dynamiczna akcja, błyskotliwe dialogi i wyraziści bohaterowie, miesza się życie zwykłych ludzi z blichtrem i blaskiem fleszy i brylantów, świat prostych rzeczy i drobnych codziennych przyjemności zderza się z bezpardonową walką o wpływy, duże pieniądze i rozgłos medialny. Mamy okazję zajrzeć za kulisy rozgrywek personalnych w świecie wielkiej mody, zarówno na najwyższych szczeblach, jak i wśród aspirujących asystentek. Film skłania też do refleksji i zastanowienia nad tym, co w życiu jest ważne, ile można poświęcić dla kariery i czy warto zaprzedać duszę Diabłu. Nie będę streszczać, bo większość pewnie ten film zna, no i nie po to jest ten wpis. Miało być o książkach.


Meryl Streep jako Miranda
w filmie "Diabeł ubiera się u Prady"


Książki "Diabeł ubiera się u Prady" jednak nie przeczytałam. I nie planuję. Bo film jest bardzo dobry, a książka zwykle bywa czymś zupełnie innym. Nie chcę przeżywać rozczarowania. Tym bardziej teraz, kiedy przeczytałam kolejne książki tej samej autorki i mam poczucie straconego czasu. Natomiast z pewnością obejrzę drugą część filmu (bo gra Meryl Streep), chociaż trochę się obawiam, bo z sequelami różnie bywa...

Ale ad rem...

  • LAUREN WEISBERGER - "Portier nosi garnitur od Gabbany". Wydawnictwo Albatros, 2010r, 448 str.

Po przeczytaniu 1/4 książki byłam już nią okropnie zmęczona, ale brnęłam dalej, no bo może coś się rozkręci. W połowie uznałam, że nie dam rady jej doczytać do końca, bo tak naprawdę nic się nie dzieje, akcja żadna, jeśli nie liczyć opisów kolejnych podobnych do siebie eventów, poziom literacki beznadziejny, gorzej niż w typowym Harlequinie. Ale... w tym momencie, czyli gdzieś około połowy książki, nastąpiło przełamanie i dalej jakoś dało się czytać. Więc ostatecznie dojechałam do końca, nawet bez większych skrótów. Książka jednak generalnie słaba. Gdyby mocno skrócić tę pierwszą część (nudną i straszliwie przegadaną, w większości o niczym, o jakichś wydumanych bzdurach), to byłaby to - moim zdaniem - książka co najwyżej przeciętna. 

Styl jest bardzo nierówny, początek bez pomysłu, rozwleczony niemiłosiernie, później już idzie nieco bardziej składnie i w miarę ciekawie, można się trochę wciągnąć w całą tę historię, chociaż też szału nie ma. A zatem krótko o fabule. Część pierwsza to zwyczajne, codzienne dialogi bez polotu, drobiazgowe obserwacje niezbyt rozgarniętej dziewczyny, takiej słodkiej idiotki, mówiąc wprost. W gruncie rzeczy cała ta historia to próba odgrzewania kotleta, bo scenariusz bezpiecznie bazuje na głównych pomysłach z pierwszej książki. Jedno się sprzedało, to może i drugie się sprzeda, a pomysłów oryginalnych jak widać brak. Tam jednak były przynajmniej jakieś skomplikowane intrygi oraz spektakularna przemiana bohaterki, tutaj natomiast narratorka przez połowę książki chodzi z imprezy na imprezę, ciągle zachwyca się mnóstwem pięknych i chudych ludzi, o których nic nie wiemy, poza tym, że są cudowni, piękni, mają piękną skórę i piękne ręce, nogi itd. I nieustannie ktoś kogoś obejmuje i całuje i wszyscy się ekscytują, że ojej tak dużo ludzi i ojej jacy oni cudowni i w ogóle ojej jaka cudowna impreza i tak dalej w tym stylu, ojej. Co chwila okazuje się, że to czy tamto miejsce jest absolutnie zachwycające i seksowne, a ludzie też niesamowicie seksowni. Bez konkretów. Żadnej próby przekonania czytelnika, bardziej precyzyjnego opisania zjawiska. Pewnie są czytelnicy, którzy tak lubią - autor pisze, że jest cudownie, to oni natychmiast czują, że jest cudownie, nie zawracając sobie głowy dociekaniem - dlaczego mianowicie jest tak cudownie. Ja dociekam. Chciałabym sama to poczuć z kontekstu, a nie - dowiedzieć się z suchego przekazu.

W "Diabeł ubiera się u Prady" Andrea, zwyczajna dziewczyna marząca o pracy w przeciętnej redakcji, zostaje dziwnym trafem asystentką wpływowej szefowej najważniejszego pisma o modzie. Jak się dowiadujemy - to praca, o której marzą tysiące dziewczyn na Manhattanie. W "Portier nosi garnitur od Gabbany" główna bohaterka Betty Robinson też szuka pracy, trafia - a jakże - do znanej i modnej agencji eventowej czy też public relations, jak bajkowy Kopciuszek trafia od razu na - częściowo służbowy - bal establishmentu, a stamtąd nie wiadomo znowu jakim cudem ląduje w mieszkaniu i łóżku faceta "o którym marzą tysiące dziewczyn na Manhattanie". Przystojny, seksowny, bogaty, utytułowany, ustosunkowany, grzeczny (nie przeleciał pijanej panienki a nawet się nią zaopiekował) itd. Oczywiście, jakżeby inaczej. Wachlarz przymiotników nie jest zresztą zbyt bogaty, powtarzają się wciąż te same określenia, z których niewiele wynika, trudno sobie zwizualizować te postaci. No i nie do końca wiadomo, dlaczego bohaterka nie chce tego uroczego przystojniaka. Koleżance mówi, że to rozpuszczony bogaty dzieciak, ale chyba żadna opisana systuacja tego nie uzasadnia, a chwilami nawet wręcz przeciwnie. I no cóż - bohaterka właściwie sama nie wie, czy go chce. I tak się ta kwestia wałkuje na dwustu stronach. Gdzieś tam pod koniec to i owo się wyjaśnia, chociaż zaskoczeń brak, bo średnio inteligentna osoba dość szybko domyśli się kto jest kim w intrygach szytych grubymi nićmi. Ale mniejsza o przewidywalną i nudną fabułę. Jak wspomniałam - Betty snuje te swoje rozkminki na poziomie gimnazjalistki przez pół książki, a przecież jest 27-letnią kobietą pracującą w znanej firmie obsługującej ważnych klientów, biznesmenów, projektantów, artystów, dziennikarzy itd - i nawet, jak się z czasem okazuje, zawodowo doskonale sobie radzi. Po którejś tam już książce-kalce pani Weisberger mogłaby jednak bardziej się wysilić i dopracować postać głownej bohaterki, dialogi i całą fabułę. Oraz pozbyć się swojej obsesji na punkcie chudych ludzi.

No i dopiero gdzieś w połowie, kiedy już miałam rzucić to marne książczydło w kąt, zaczęło się powoli coś dziać, jakiś nagły zwrot w ślimaczej akcji, nowy amant wkracza znienacka w życie naszej nieogarniętej bohaterki. I tu znowu bez zaskoczeń, bo jest kucharzem i marzy o własnej restauracji - podobnie jak chłopak Andrei z "Diabeł ubiera sie u Prady". No patrzcie państwo, jak oryginalnie. Pani Weisberger najwyraźniej bała się przełamać sprawdzony schemat z udanego debiutu. Na szczęście jednak wzięła się w końcu w garść i nawet styl jej się nieco poprawił. Miałam wrażenie, jakby dwie części książki napisały dwie różne osoby. Fabuła nabrała rumieńców, pojawili się inni bohaterowie, jakieś nowe sytuacje, trochę życia rodzinnego z oryginalnymi postaciami, trochę wspomnień szkolnych - miłych i niemiłych, coraz bardziej zagmatwane machinacje, a główna bohaterka przestała odgrywać głupkowate dziewczątko.

Tak więc ostatecznie doczytałam do końca, ale nie polecam. Mimo kilku całkiem inteligentnie napisanych fragmentów - książka niestety prezentuje poziom początkującej pisarki piszącej wprawki do szuflady, z mnóstwem amatorskich błędów stylistycznych i konstrukcyjnych. Nie wiem, w jakiego czytelnika pani Weisberger celowała, może to miała być powieść dla nastolatek i dlatego ja nie poznałam się na tym arcydziele? Ma jednak sporo wielbicielek, więc może ja się rzeczywiście nie znam. 




Za drugą książkę nie miałam ochoty się zabierać, ale skoro ją już miałam pod ręką, to zaryzykowałam...


  • LAUREN WEISBERGER - "Gra singli". Wydawnictwo Albatros, 2019r, 447 str.

Tutaj autorka postanowiła jednak zaszaleć, zerwała z bezpiecznym schematem i zmieniła nieco okoliczności, a mianowicie rzuciła czytelników na kort tenisowy. Oczywiście chodzi o oszałamiający świat WIELKIEGO tenisa i wielkich pieniędzy. Zaglądamy za kulisy rozgrywek turniejowych na najwyższym poziomie - Wimbledon, trenerzy, sparingpartnerzy, treningi, kontrole przedmeczowe i antydopingowe, diety, rehabilitacje, sponsorzy, kwestie sprzętu i ubrań sportowych, których niewłaściwy wybór może zmienić bieg historii, rywalizacja i współpraca, kreowanie wizerunku itd. A równolegle próby układania sobie normalnego życia - rodzina, przyjaciele itd.

No i tę książkę czytało mi się może bez większych emocji, ale było lepiej niż z poprzednią. Bohaterka - młoda utalentowana tenisistka - zachowuje się odrobinę bardziej dojrzale niż Betty z poprzedniej książki, więc już to było dla mnie plusem. Prawdopodobnie jednak za miesiąc nie bardzo będę pamietać o czym dokładnie była ta opowieść, bo - poza opisem przygotowań do kolejnych meczów i życia osobistego głównej bohaterki, podporządkowanego terminarzowi treningów i rozgrywek - niewiele się dzieje, żadnych zaskoczeń, znowu dużo rzeczy daje się przewidzieć. Jest wredna rywalka, jeden chłopak, potem drugi i trzeci, miła trenerka a potem wredny trener, no takie tam...

Obie te lektury niewiele wniosły w moje życie, ale umówmy się, że były po prostu lekkim usypiaczem wieczorową porą. I może wielu osobom przypadną do gustu, ale mnie się średnio podobały, takie zwyczajne historyjki, druga opowiedziana trochę lepiej niż pierwsza.

Kolejny wpis będzie też książkowy, ale już w całkiem innych klimatach.


********



W ostatnią niedzielę lutego, kiedy po kilku tygodniach mrozu nagle wybuchła wiosna i na termometrze było już 19 na plusie,  zrobiłam inspekcję domku dla pszczółek murarek. Domek zainstalowaliśmy w ubiegłym roku w ogrodowej altance, trochę późno, bo pod koniec lata, ale okazało się, że jeszcze jakieś spóźnialskie pszczoły poskładały tam swoje jajeczka i pozalepiały komórki. Miałam nadzieję zobaczyć na wiosnę wygryzanie i wyloty nowych owadów... Ale się okazało, że wystarczyło kilka ciepłych dni  w lutym - i oto pszczółek już w domku nie ma! Z jednej strony - cieszę się, że pomogliśmy pożytecznym owadom trochę się rozmnożyć, ale z drugiej - martwię się, że jeszcze zima zaskoczy i biedaczki pomarzną. No i jedzenia to dla nich w zasadzie jeszcze za bardzo na przełomie lutego i marca nie ma, bo niewiele kwitnie, w każdym razie nie w moim ogrodzie. Pierwsze podobno wygryzają się samce, samiczki jakieś 2 tygodnie później. Muszę pomyśleć o posadzeniu bardzowczesnowiosennych kwiatów na przyszły rok, żeby kolejne pokolenie miało gotową spiżarkę. Jedna murarka zapyla sto razy tyle kwiatów, co pszczoła miodna, są to więc bardzo pożyteczne zapylacze. A w ogrodzie mamy drzewa i krzewy owocowe, więc tacy pomocnicy są bardzo potrzebni, żeby owocki były, wiadomka.



Może to jest mało widoczne, ale kilka rurek trzcinowych i drewienkowych jest jeszcze zalepionych, część wygryzionych, a część nie była w ogóle zamieszkana. Czy w szyszkach i wiórkach coś mieszkało, to nie mam pojęcia, tak po wierzchu nie widać, a nie rozgrzebywałam, żeby się przekonać.

********

Zmieniłam sobie nicka. W życiu pozablogowym znajomi różnie do mnie mówią, niektórzy właśnie Megi, a że wydaje mi się to takie dość neutralne, nie za bardzo oficjalne i nie za bardzo zdrobniałe, to tak tutaj będę sie podpisywać. Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, żebyście używali innych form mojego imienia, wedle woli :).

******

czwartek, 12 marca 2026

Zamiast nitkowej zabawy.

W styczniu wspomniałam, że spontanicznie zgłosiłam się do blogowej zabawy "Nici, nitki i niteczki". Do styczniowego hasła "Miś albo zima" zrobiłam obrazek akwarelowy uzupełniony haftem matematycznym (tutaj można zobaczyć). Użycie dowolnych nici było podstawowym warunkiem, a mnie naszło właśnie na wyszywanie na papierze. Wciągnęła mnie wtedy historia powstania tej techniki i poświęciłam temu ten wpis: "Malowana matematyka". Dzisiaj jeszcze trochę ten temat rozwinę, ale najpierw jeszcze kilka słów o wspomnianej zabawie, bo... nie wywiążę się z marcowego zadania.

W lutym już miałam problem z realizacją zadania, nie do końca pasował mi temat walentynkowo-zimowy, ale przypadkowo znalazłam swój niedokończony haft - świąteczny samplerek, więc dokończyłam go i udało mi się w ten sposób wypełnić zobowiązanie. W marcu dalszy ciąg zabawy  "Nici, nitki i niteczki" - tym razem Anetta zaproponowała temat wiosenno-wielkanocny: kury, kurczaki, zajączki, baranki, jajka, bazie itp, oraz ewentualnie inne skojarzenia z wiosną, no i wskazane zostały kolory pastelowe. 



Wklejam banerek, ale niestety nie wyrobię się z zadaniem, zupełnie nie mogę się za to zabrać. W pracy zawalona jestem teraz robotą i w domu najchętniej odrywam się od wszystkiego czytając książki, albo grzebiąc w ogródku, bo akurat ostatnio pogoda dopisuje. A wena twórcza zupełnie mnie opuściła. Tak że sorry, ale w tym miesiącu odpuszczam udział w zabawie.

********

Kiedy pisałam post o hafcie matematycznym i jego historii, wspomniałam o string art, czyli tzw. sztuce sznurkowej, która była pierwowzorem do opracowania tej techniki haftowania. Szukając ciekawych przykładów gotowych haftów matematycznych nie trafiłam na nic spektakularnego, poza tymi z rosyjskiej galerii, które wówczas pokazałam w moim wpisie. Natomiast Anetta w komentarzu zwróciła moją uwagę właśnie na string art, wspominając, że w Polsce stała się ostatnio popularna. No i faktycznie, do stworzenia własnych całkiem ładnych obrazków z nici można kupić w róźnych sklepach kraftowych gotowe zestawy. Na przykład takie:

obrazek 40x40cm (źródło)



(źródło)

Zestaw kosztuje około 70-80 zł (na chińskich portalach o około 25% mniej), więc nie jest to tania impreza, ale jeśli ktoś chce się nauczyć i uzna ten wydatek za koszt nauki, to nie jest najgorzej. Dostajemy komplet materiałów oraz narzędzi, tak że od razu można przystąpić do działania, a potem, mając już za sobą ten pierwszy raz i minimum nabytego doświadczenia - dokupić dodatkowe nici i gwoździki i można robić własne projekty. Są też książki o sztuce sznurkowej, z przykładami i opisami wykonania. No i istnieje na przykład taka  strona internetowa String Art  Polska , gdzie można znaleźć jeszcze więcej (i jeszcze droższych, ale z dołączonym video-tutorialem) zestawów do tworzenia nicianych przeplatanek, a także uzyskać wiele wskazówek oraz obejrzeć lub zamówić niesamowite gotowe prace, np. całkiem realistyczne portrety zrobione w tej technice - no i to już jest wyższa szkoła jazdy:

(źródło)

A tutaj kilka przykładów string art z Pinteresta:





Najczęściej są to różnego rodzaju takie właśnie fraktale, mandale itp, ale bardziej zaawansowani twórcy potrafią ze szpulki nici i kilograma gwoździków wypleść taki jak wyżej realistyczny portret czy pejzaż - w sieci można znaleźć filmiki, na których widać cały proces wyplatania takiego skomplikowanego obrazu.

Oczywiście mimo pewnych podobieństw to wszystko nie jest haftem matematycznym, bo w hafcie nie wbijamy gwoździ w deseczkę, tylko dziurkujemy papier i przeciągamy nitkę przez te dziurki. Efekt jest zbliżony, ale w hafcie wygląda to delikatniej i estetyczniej, no i łatwiej jest zrobić jakiś drobny wzór, bo jednak nici przeciąga się nieco inaczej. Więc ja jednak będę trzymać się haftu, bo te gwoździki trochę mnie odstraszają :).

A wracając do haftu matematycznego - trafiłam w internecie na ciekawą stronę z bardziej szczegółowymi informacjami o Mary Everest-Boole, o której opowiadałam we wspomnianym wpisie. Jestem zafascynowana jej pomysłami, wyobraźnią i dokonaniami, więc chciałam to tutaj przekazać i sama dla siebie - utrwalić. Wklejam więc poniżej dość obszerne fragmenty, które mówią o ciekawym podejściu do metod nauczania matematyki, ale można je przenieść także na inne dziedziny:

""Z czasem Mary zaczęła uczyć, stosując metodę nauczania Déplace'a, włączając własne rozwiązania. Interesowało ją pokazanie, jak zwyczajne, codzienne czynności przygotowują dzieci do nauki matematyki. „…Dzieci robią takie rzeczy, jak malowanie lub szycie, liczenie dziesiątkami,… dzielenie się jabłkiem lub malowanie obrazu na ścianie. A w podświadomości rozwija się… rozumienie zera i nieskończoności, dodawania lub mnożenia przez ujemne… i wiele innych fundamentalnych idei matematycznych…”. Naturalne materiały i wyobraźnia: to była magiczna kombinacja, która budziła entuzjazm na jej lekcjach matematyki. Dziewczynki używały igieł, nici i tektury do tworzenia krzywych długimi ściegami. Chłopcy używali scyzoryków do ścinania gałęzi z żywopłotów. Używali opasek na kapelusze i listew z pudełek po cygarach do konstruowania trójwymiarowych figur. Wkrótce została uznana nawet przez dyrektora London Board of Education za wybitną i błyskotliwą nauczycielkę, gdy pewnego dnia, wchodząc do jej klasy, jedenastoletni uczeń pokazał mu zabawkę, którą zrobili na lekcji, a która demonstrowała zmieniający się promień krzywizny paraboli . Mary wierzyła, że ​​dzieci powinny „mieć okazję zobaczyć, jak jeden kształt geometryczny powstaje z drugiego. Lampa umieszczona na dnie głębokiego, okrągłego dzbana wyświetla na kawałku tektury przekroje stożkowe , które zmieniają się wraz ze zmianą położenia tektury”. Mary zauważyła, że ​​dzieci uwielbiają obserwować zmieniające się cienie, a to bardzo dobrze wpływa na naukę geometrii. Jeden z uczniów Mary napisał: „Myślałem, że się bawimy, a nie uczymy. Ale z czasem zdałem sobie sprawę, że Mary dała nam moc, która polega na samodzielnym myśleniu i odkrywaniu tego, co chcemy wiedzieć”.

Mary wynalazła również geometrię cięciw i tzw. „wykresy Boole’a”, które pomagają uczniom uczyć się geometrii kątów i przestrzeni. Mary napisała: „W moim dzieciństwie karty o różnych kształtach sprzedawano parami do zadań krawieckich. Karty były zaprojektowane tak, aby można było na nich malować; i miały rząd dziurek wokół krawędzi, przez które zszywano dwie karty. Ponieważ nie umiałam malować, coś podpowiedziało mi, że mogłabym ozdobić karty, przeplatając jedwabne nici przez puste przestrzenie za pomocą dziurek. Kiedy znudziło mi się przeplatanie w taki sposób, że nici krzyżowały się na środku i pokrywały całą kartę, przyszło mi do głowy, aby zmienić rozrywkę, przekładając nić z każdej dziurki do takiej, która nie była dokładnie naprzeciwko niej, i w ten sposób pozostawiając przestrzeń pomiędzy. Teraz czuję ekscytację, z jaką odkryłam, że mała pusta przestrzeń pozostawiona na środku karty była ograniczona symetryczną krzywą złożoną z maleńkiego kawałka każdej z moich prostych jedwabnych nici; jej kształt zależy od obrysu karty…” Przyjaciółka Mary napisała książkę zatytułowaną A Rhythmic Approach to Mathematics, w której opisano pewne eksperymenty z kartami Boole'a.

Mary uważała się za psychologa matematycznego. Jej celem było „…zrozumienie, jak ludzie, zwłaszcza dzieci, uczą się matematyki i nauk ścisłych, używając rozumujących części swojego umysłu, ciała i procesów podświadomych”.  Mary wierzyła, że ​​dzieciom należy dawać przedmioty matematyczne do zabawy i że każde dziecko powinno rozwijać idee i wzorce we własnym tempie. Mary nie była zwolenniczką pielęgnowania konkurencyjności w młodym wieku, co widać w jej słowach: „Stymulowanie konkurencyjności w procesach myślowych w młodym wieku jest szkodliwe zarówno dla układu nerwowego, jak i intuicji naukowej, a tam, gdzie dominuje rywalizacja, można uczyć tylko martwej matematyki”. Kolejną jej mocną stroną była komunikacja. Organizowała popularne niedzielne wieczorne rozmowy, podczas których studenci i Mary dyskutowali o matematyce Boole’a, filozofii, prawach zwierząt, logice, historii naturalnej Darwina, psychologii i tak dalej, oraz o tym, jak każda z tych dyscyplin wpływa na pozostałe. Koncentrowała te sesje na rozrywce, a nie na nauczaniu. Niektóre z jej publikacji zostały wydane pośmiertnie. Wiele z dokonań Mary Boole można nadal podziwiać w szkołach, mimo że w epoce wiktoriańskiej spotykały się one niekiedy z obojętnością.""

Źródło:  https://mujeresconciencia.com/2017/08/10/mary-everest-boole-1832-1916/

********


Trochę Was chyba dzisiaj zanudziłam ;). Za kilka dni wrzucę wpis książkowy, a później będzie bardziej malunkowo-obrazkowo.