piątek, 6 maja 2022

Kleksy.

Wracam do żywych, czyli do blogosfery - może na chwilę, a może na dłużej, sama jeszcze nie wiem. Będzie to taki raczej nieśpieszny powrót, zapewne z przerwami, bo wciąż jestem w niedoczasie na kilku frontach. I szczerze mówiąc nie mam jakiegoś szczególnego przypływu chęci do blogowania. Wydawało mi się jednak, że jak nie odkurzę teraz bloga, to za miesiąc czy dwa już w ogóle o nim zapomnę. No zobaczymy... Dzisiaj tylko krótki raport ze spraw bieżących. 

Nasz Dżemik, o którym było tutaj i tutaj, ma 9 miesięcy, waży prawie 40 kg i wciąż uważa, że jest małym kotkiem, a wygląda tak:



A przecież jak do nas przybył z końcem września, to był taką słodką kluseczką:



Jak się pewnie domyślacie, taki wyczynowy piesio rozmiarów cielaka, w wieku przedszkolnym, ma kiełbie we łbie (pomimo wrodzonej mądrości właściwej owczarkom niemieckim), niespożytą energię i ciekawość świata, co w połączeniu z jego dość potężną masą daje efekty w postaci: rozgryzionego w drobiazgi zwalistego fotela, który służył kilku pokoleniom psów za leżankę, przerytego na wskroś i do cna trawnika (darmowa wertykulacja), wydrążonych półmetrowej głębokości i jeszcze większej średnicy dziur w rabatkach (nie trzeba będzie kopać pod nowe nasadzenia), oraz pomniejszych modyfikacji wystroju, w rodzaju rozbitej dużej lampy z ceramiczną podstawą (stara była, zrobiło się miejsce na nową), przerobionych na frędzelki i koronki kilku kocyków (czas był najwyższy, żeby je wyrzucić) itd... A potem oczywiście najchętniej uwala się na kanapie - pańcio pozwalał jak Dżemik był mały, no i teraz ma konkurencję do miejsca na poobiednią drzemkę.




No, wesoło z nim jest... ;) - ale o ogrodzie w tym roku to raczej trzeba zapomnieć, chwilowo mamy tam skrzyżowanie kretowiska z pobojowiskiem. Przewiduję jedynie skrzynkowo-balkonową uprawę pomidorków koktajlowych, ogórków, cukinii... Z roślin ozdobnych od wielu lat mam w ogrodzie głównie byliny i krzewy, raczej takie małoobsługowe i dość odporne na niesprzyjające warunki. Jest więc nadzieja, że przetrzymają radosny okres Dżemikowego szczenięctwa. Może uda mi się dosadzić trochę ciekawych traw, natomiast żadnych delikatnych kwiatowych rarytasów na pewno nie będę w tym roku wprowadzać. Marzy mi się kilka nowych odmian ciemierników i powiększenie cebulkowej rabatki (tulipany, hiacynty, szafirki itd), ale nie wiem, czy do jesieni dogadamy się w tej sprawie z naszym pieseczkiem.

Mam natomiast nieco bardziej realny plan odtworzenia niegdysiejszej domowej dżungli. No, może to nieco na wyrost zamierzenia, ale był czas, kiedy mieliśmy naprawdę mnóstwo roślin w domu, a teraz jakoś pustawo... Kolejne remonty dały w kość niektórym egzemplarzom - kurz budowlany, przestawianie z miejsca na miejsce, przeciągi... Zginęły tym sposobem monstrualne paprocie i różne pnącza. Były też cudowne pomysły mojego męża, polegające na wyniesieniu (pod moją nieobecność) na słoneczny taras starych potężnych okazów, które przez całe lata stały w dość cienistych kątach... Spaliły się tak piękne monstery i fikusy. Kolekcję kaktusów zabrał ze sobą, wyprowadzając się "na swoje", starszy syn. Pielęgnował je i uwielbiał, nie żałowałam więc, dobrze mają u niego. Kilka roślin nie przeżyło pierwszej zimy w ogrodzie zimowym. No ale fakt - inne za to się wzmocniły, jak choćby mój aloes, wciąż ten sam, znowu pięknie zakwitł, w tym roku nawet dwukrotnie! Czasem też winien był brak czasu i chęci, czyli zaniedbania w pielęgnacji. Teraz i czasu mam więcej, i miejsca w domu, więc zaczynam się rozglądać za roślinkami :).

*****




Nasi młodzi wyprowadzili się w końcu do wyremontowanego mieszkania po dziadku, zabrali ze sobą swoją Kocię... Było z tym jednak trochę zamieszania, Kocia odcierpiała tydzień w nowym lokum, chowała się po kątach, rozpaczała, ale za radą weta dostała feromonową obróżkę i wydawało się, że nawet trochę pomogło... na chwilę. Pozostałe u nas siostrzyczki Koci, czyli Basiunia i Balbinka, przez kilka dni zapytywały dużymi oczkami gdzie się podziała trzecia siostrunia, widać było, że są zaniepokojone jej nagłym zniknięciem. Trzymały się razem, jak nigdy przedtem, chyba na zasadzie "jak będziemy razem we dwie, to może już żadnej z nas nie porwą!".

Po trzech tygodniach Kocia przyjechała do nas w odwiedziny na weekend. Siostrunie najpierw obwąchały ją nieufnie, ale za chwilę wszystko było po staremu. Kocia odbyła dwie dłuższe pozadomowe wycieczki samopas, nie zginęła, wróciła, pomieszkała, pospała, pojadła... po dwóch dniach pojechała znowu do siebie. Wszystko było ok, ale jej państwo wymyślili nagle, że lecą na półtora tygodnia na wczasy.... No i super, młodzi polecieli, a Kocia znowu wylądowała u nas. Wyglądała na zadowoloną, spała jak należy, czasem wychodziła na dwór, bawiła się z resztą stada. 

Schody się zaczęły dopiero, jak państwo wrócili i zabrali kota do mieszkania. Kocia u nich za dnia owszem spała, ale około 20tej zaczynała świrować. Chodziła, domagała się uwagi i pieszczot, miauczała, chrobotała wszystkim, skakała po meblach... Młodzi wcześnie rano wstają do pracy, więc te nocne serenady i harce mocno dały im w kość. Proponowaliśmy więc, żeby Kocia została u nas na stałe, bo chyba jej dobrze "na wsi" i w kocim towarzystwie, no ale młodzi chcieli mieć kota u siebie. Postanowiono zatem, że odbędą się kolejne próby przywożenia jej na kilka dni do nas, potem znowu do nich, może zajarzy, że to nie na zawsze i jakoś się uspokoi. 

Dawno temu starszy syn miał w studenckim mieszkaniu w dalekiej stolicy kota, z którym przyjeżdżał do nas na ferie i wakacje. Pierwsza podróż (przez pół Polski) odbyła się przy akompaniamencie nieustającego kociego zawodzenia, ale za drugim czy trzecim razem, jak student zaczynał pakowanie i wyciągał z kąta kontenerek, to kot sam do niego właził i czekał na wyjazd. No ale z Kocią to tak nie zadziałało. Doszło do tego, że przy kolejnej bytności u nas, jak syn tylko wszedł do domu, Kocia na jego widok wystrzeliwała ze swojego posłanka jak z procy i momentalnie chowała się w niedostępnym dla człowieków kącie za kuchenną zabudową, dając jasno do zrozumienia, że nie da się więcej porwać. Skutek całego zamieszania: Kocia obecnie już całkiem mieszka u nas. Czyli mamy sześć kotów i psa.

Czarny Grubcio, co do którego przez parę miesięcy miałam wątpliwości, czy on nie ma gdzieś w pobliżu innego domu, zamieszkał u nas już na stałe. Dziewczynki, czyli wszystkie koteczki, przyzwyczaiły się do niego, z Grubcia taki dość spokojny misio, czasem wychodzi z domu, potem wraca, pałaszuje to co zostało w miseczkach po grymaśnych księżniczkach i maszeruje do piwnicy, gdzie ma swój koci domek i święty spokój. Przesypia tam niemal pół dnia i całą noc. Ostatnio zaprzyjaźnił się z Dżemikiem, Dżemik ustępuje mu miejsce na psim fotelu, wylizuje mu czuprynę, a Grubciowi to pasi :).

Natomiast 17-letnia emerytka Czarnuszka mocno się posunęła ze swoją starością i właściwie to spodziewamy się, że lada dzień odejdzie za Tęczowy Most. Chudzinka się z niej zrobiła, futerko przerzedziło, kuśtyka trochę niezdarnie, czasem coś jej się w łebku pokićka i widać, że nie wie gdzie się obrócić, taki koci Alzheimer. Ale poza tym nie widać, żeby jej coś konkretnego dolegało, przejściowo tylko był jakiś stan zapalny w oczku, ale sytuacja już opanowana, apetyt ma całkiem niezły jak na tę zerową aktywność, tylko tak sobie powolutku słabnie i przygasa... Nie biega po dworze w zasadzie od dwóch lat, tylko czasem ma ochotę na przewietrzenie futerka i lubi wtedy posiedzieć sobie na wycieraczce przed drzwiami wejściowymi. Nikt jej nie dokucza, ma status szacownej rezydentki, smakołyki ulubione są dla niej specjalnie chowane i pod nosek podtykane... 





I tak to.... A ja sobie ostatnio dziubię takie oto drobnostki, naszło mnie na mini obrazeczki, jakieś bzdurki, gryzmołki, abstrakcje, zakładki i takie tam inne zajmowacze czasu :). Te abstrakcyjne akwarelki nazywam kleksami, bo bazą tutaj są głównie kleksy albo jakieś przypadkowe mazaje w nieskomplikowanych kolorach, po wyschnięciu podrasowane nieco bazgrołami wykonanymi czarnym cienkopisem, białym żelopisem i metaliczną farbką w kolorze miedzianym.



Oczywiście zdjęcia do bani, nie ogarniam tego - na komputerze wyglądają bardzo dobrze, a po przeniesieniu do bloggera jakaś kaszana. Muszę spróbować robić wpisy z telefonu, bo zdjęcia robię teraz telefonem, może po drodze nie zgubi się ich jakość. Ale szczerze mówiąc nie przepadam za używaniem telefonu tam, gdzie można to zrobić za pomocą komputera. 

A kolejny wpis będzie książkowy i o pewnej mojej nowej pasji.

*****



sobota, 18 grudnia 2021

Do wiosny...

Moi Drodzy, ogłaszam małą przerwę na blogu - mniej więcej do wiosny. 

Zaangażowałam się w dwa projekty, które wymagają ode mnie sporego nakładu pracy i oczywiście czasu, a z tym u mnie zawsze krucho, dlatego z czegoś muszę chwilowo zrezygnować. Na wielu blogach widzę pewien zastój zimowy, więc może nikt nie zauważy, że i u mnie cisza :). O projektach na razie nie chcę się rozwodzić, o jednym - żeby nie zapeszyć, a o drugim - bo o działalności charytatywnej nie lubię opowiadać, będzie o tym wiadomość tam gdzie trzeba. Może coś opowiem po powrocie. 

Jeden pomysł narodził się dość dawno, ale realizacja jakoś się odwlekała i ślimaczyła, aż tu terminy zaczęły świecić na czerwono, więc dostałam nagłego przyśpieszenia... A drugi wyskoczył znienacka niedawno, ale tutaj z kolei termin krótki, a pracy moc!

Tak więc żegnam się z Wami na jakieś dwa-trzy miesiące, może wpadnę czasem na "inspekcję" Waszych blogów ;), ale nie obiecuję większej aktywności.

Tymczasem pozdrawiam serdecznie wszystkich moich stałych i przelotnych Gości, życząc radosnych, spokojnych Świąt i wszystkiego najlepszego w nadchodzącym roku!

*****


sobota, 27 listopada 2021

Książki - do czytania i do oglądania.

Dzisiaj temat zastępczy, bo nie mogę się zebrać z wpisem z obrazkami (albo ciągle coś w tych obrazkach poprawiam, albo zdjęcia zupełnie nie wychodzą, albo z tekstem coś mi nie idzie). Otóż chcę Wam polecić (a w dwóch czy trzech przypadkach - odradzić) kilka książek, które wybrałam sobie do czytania na jesienne wieczory. 


ups, jedna książka się nie załapała na zdjęciu...


Od pewnego czasu chętnie sięgam po biografie znanych osób, głównie z szeroko rozumianych kręgów artystycznych, ale także - biznesowych. Pomiędzy nimi zawsze mam coś do poczytania z zakresu historii sztuki, oczywiście uwielbiam też bogato ilustrowane albumy poświęcone malarstwu, lubię tematykę psychologiczno-socjologiczną, z tym że raczej w formie esejów lub wywiadów, niż poradników czy dzieł stricte naukowych. Gdzieś pomiędzy czasem trafia się beletrystyka, z tym że najczęściej jest to klasyka, nowości jakoś rzadziej trafiają w mój gust, kiedyś już o tym pisałam...

A zatem mam tutaj w małym listopadowym stosiku czytelniczym:

  1. "Polki na Montparnassie"
  2. "Tamara Łempicka. Triumf życia"
  3. "Pola"
  4. "Dom Gucci"
  5. "Nie ma się czego bać"
  6. "Samotny jak Szwed?"
  7. "Mehoffer - geniusz polskiej secesji"

 

"Polki na Montparnassie" - Sylwia Zientek.

Z noty wydawniczej: 



"Nieznane historie polskich malarek w legendarnej dzielnicy Paryża.  W Warszawie i Krakowie nie tylko zabraniano im portretowania nagich modeli, ale nawet malowania obrazów historycznych. Ówcześni artyści – z Matejką na czele – uważali, że malarstwo jest wbrew naturze kobiety. Najodważniejsze wsiadały więc w pociąg do Paryża, by tam uczyć się, rozwijać i spełniać marzenia o karierze.



W dzielnicy Montparnasse, stolicy artystycznego świata, żyło blisko dwieście Polek-artystek. Malowały, ale i kochały, przeżywały życiowe dramaty i uniesienia, nierzadko przymierając głodem.  Ciężko pracowały, nie godząc się na wykluczenie ze świata sztuki. Anna Bilińska-Bohdanowicz, jako pierwsza polska malarka cieszyła się międzynarodową karierą; Alicja Halicka, ukrywająca swą twórczość przed mężem, znanym malarzem, stała się cenioną kobietą-kubistką; obrazy Meli Muter, przyjaciółki Władysława Reymonta i R.M Rilkego, ulubionej portrecistki paryskich elit międzywojnia, zmarłej w nędzy i zapomnieniu, dziś poszukiwanie są przez muzea i kolekcjonerów na całym świecie.



Żyły wreszcie jak chciały. Maria Dulębianka, propagatorka równouprawnienia kobiet, została partnerka życiową Marii Konopnickiej. Aniela Pająkówna utrzymywała ojca jej córki, Stanisława Przybyszewskiego, niewiernego kochanka. Irena Reno, bezpruderyjna, umiejąca cieszyć się życiem, nie bała się żyć w trójkącie z dwoma mężczyznami.



Sylwia Zientek dotarła do unikalnych, często nigdy niepublikowanych materiałów, na których oparła tę napisaną z pasją i miłością książkę. Jej tłem są niezwykle burzliwe czasy: od zaborów, przez trudy wojny 1914-1918, szaleństwo lat 20., niepokój lat 30., tragedię II wojny światowej."


okładka to kolaż z kilku obrazów różnych artystek


Świetna, fascynująca wręcz opowieść, choć drażnił mnie pomysł na przeplatanie wątków dotyczących konkretnych osób. Jeden rozdział o kawałku życia Meli Muter, potem rozdział o Annie Bilińskiej, kolejny o Oldze Boznańskiej i znowu rozdział o Muter, takie puzzle. Chodziło chyba o w miarę równoległe i chronologiczne (choć też nie zawsze) przedstawienie dziejów poszczególnych bohaterek i zarazem życia paryskiej bohemy. Nie przekonał mnie ten zabieg, raczej wolałabym każdą bohaterkę mieć w jednej opowieści, niż w rozrzuconych odcinkach. Dajmy na to: wciąga mnie historia Bilińskiej, a tu nagle ciach! w połowie wątku, koniec rozdziału, a kolejny o Pająkównie czy Halickiej, dopiero trzy rozdziały dalej znowu odcinek o Bilińskiej... 

Ale dość o tym, bo konstrukcja książki jest chyba jedynym, jak dla mnie, mankamentem. Autorce trzeba przyznać, że na 480 stronach zgromadziła naprawdę dużo interesujących informacji o naszych artystkach, dotarła do wielu mało znanych faktów i dokumentów, i potrafiła zrobić z tego doskonałą opowieść. Dodatkowy plus za ilustracje (chociaż mogłoby być ich więcej) i za przepiękną okładkę (na zdjęciu niestety nie widać aksamitnej faktury i połysku detali w kolorze starego złota). Miło trzymać w ręku taką książkę :).


"Tamara Łempicka. Triumf życia" - Małgorzata Czyńska.




Obrazy Tamary Łempickiej były cenione już za jej życia, a obecnie osiągają zawrotne ceny. Jest trzecią na świecie najdrożej "sprzedającą się" malarką na świecie, Ponad 20 jej dzieł sprzedano za kwoty ponad milion dolarów. Ostatni rekord to "Portret Marjorie Ferry" - ponad 16 mln funtów. Konsekwentnie, z dużą fantazją i odwagą budowała sama swoją legendę, zabiegała o dobre zamówienia u bogatych, znanych i wpływowych ludzi, ubierała się w najlepszych domach mody, bywała tam gdzie trzeba, malowała tak jak chciała, nie ulegając panującym trendom. Talent, spryt, pragnienie sławy i bogactwa, pełne kontrowersyjnych epizodów i skandali życie osobiste, romanse z mężczyznami i kobietami, do tego ciężka praca - tak się osiąga sukces.

Portret Marjorie Ferry - sprzedany za ok. 82 mln zł


Nazwisko Łempickiej przyciąga czytelników, więc powstało mnóstwo mniej lub bardziej udanych publikacji na jej temat. O jednej pisałam już tutaj: "Książki - nie tylko o sztuce (...)".  Książka Czyńskiej należy do grupy "pomiędzy", jest bowiem tylko krótkim opracowaniem tego, co powszechnie wiadomo, z naciskiem na skandale i rozmaite nieobyczajności kobiety wyzwolonej, ekstrawaganckiej i niezależnej, femme fatale, jaką była, lub - na jaką pozowała - Łempicka. Ktoś w recenzji napisał, że ta książka prezentuje poziom Harlequina. No, może to przesada, ale faktem jest, że autorka niespecjalnie się natrudziła. Zebrała garść znanych faktów, dorzuciła trochę ubarwiających szczegółów, ale książka nie wnosi nic nowego. Nadal mam więc niedosyt, jeśli chodzi o informacje o życiu Łempickiej.  Postać tej niezwykłej malarki była tak wyjątkowa na tle epoki, że dla czytelnika słabo zorientowanego w jej biografii książka pani Czyńskiej może się wydawać szalenie interesująca. Ja jednak oczekiwałam więcej szczegółów, konkretów, faktów, ciekawostek dotąd nie odkrytych, może opartych nie o powszechnie i łatwo dostępne źródła, ale na przykład o wypowiedzi osób, które znały Łempicką, o jakieś mniej znane dokumenty... Nic takiego tam nie ma. Książka krótka i rozczarowująca.


"Pola" - Daniela Droscher.

Beletrystyczna opowieść o niektórych epizodach z życia Poli Negri. Kupiłam tę książkę pod wpływem przeczytanej gdzieś entuzjastycznej opinii. No i się niestety rozczarowałam. 




Główny wątek miał chyba w założeniu dotyczyć okresu współpracy Poli Negri z hitlerowską wytwórnią filmową, ale dochodzimy do tego dopiero w połowie książki, po drodze skacząc po różnych mniej i bardziej istotnych wydarzeniach, zarówno z okresu świetności gwiazdy, jak i jej dzieciństwa, w rozmaitej kolejności, pomijając przy tym ważne dla artystycznej biografii epizody, a za to z jakąś dziwaczną szczegółowością wnikając w detale o żadnym znaczeniu. Autorka książki chciała prawdopodobnie ubarwić swoją opowiastkę, próbując wciągać czytelnika w nudne (moim zdaniem) pogawędki i kłótnie rodzinne, dodając "smaczki" scenograficzne i bez polotu opisując emocje, nie porwała mnie jednak ta niespójna mieszanka, czasem nawet budząc pewien niesmak usilnym dramatyzowaniem i sztucznością. Podobno książka jest dowcipna... mnie raczej znudziła. Kilka razy chciałam ją całkiem odłożyć, ale miałam nadzieję, że to się jakoś rozkręci i luźne skrawki posklejają w zgrabną całość. Dobrnęłam do końca z poczuciem zmarnowanego czasu.

Przyznam się też, że na początku podejrzewałam, że namieszała trochę tłumaczka (Sława Lisiecka), bo nawet pojedyncze zdania są jakoś nieskładnie skonstruowane, użyte wyrazy i określenia czasem nie pasują do sceny i rażą niezgrabnym stylem, jakby ktoś nie umiał dobrze przełożyć na język polski zawartej w zdaniu myśli czy idiomu. No, nie wiem... Przekładem można zepsuć najlepszą książkę, ale przecież można też to i owo naprawić, zatem rola tłumacza ma wielką wagę.  Ogólna konstrukcja i cały pomysł na tak - a nie inaczej - poprowadzoną historyjkę, to już jednak "wina" autorki. Źle mi się to czytało, nie jest to ani wybitne dzieło literackie, ani dobrze napisana biografia. Czytałam ostatnio sporo naprawdę dobrze napisanych biografii, a także świetnej beletrystyki opartej o życiorysy słynnych osób, i na tym tle "Pola" jest brzydkim kaczątkiem, ubogą krewną. Nie polecam.


"Dom Gucci" - Sara Gay Forden.




I tutaj, dla kontrastu, mamy przykład świetnie napisanej i dobrze dopracowanej w szczegółach historii kilku pokoleń rodu Guccich, ze szczególnym naciskiem na markę Gucci. Na tej książce oparto film, który zebrał doskonałe recenzje, niestety ja go jeszcze nie widziałam. Od razu wyjaśnię, że nie jestem wielką fanką mody, a sygnowane nazwiskiem Gucci miewam czasem tylko perfumy (no tak, jestem fanką perfum marki Gucci, ale perfumy to akurat raczej poboczny nurt działalności tej firmy). Pamiętam mgliście, sprzed blisko 20 lat, doniesienia medialne o zastrzeleniu Maurizio Gucciego i ciągnącym się dwa lata śledztwie, ale wtedy to w ogóle mało mnie to obchodziło. Teraz sięgnęłam po tę akurat książkę przeczesując księgarnie w poszukiwaniu ciekawych biografii, w tym - znanych biznesmenów. Pociągają mnie takie historie typu "od zera do milionera", o drodze do fortuny, o budowaniu marki, o zarządzaniu wielkimi firmami, wreszcie (czasami) - o przyczynach ich upadku.

I powiem Wam, że to jest naprawdę doskonała lektura, świetnie napisana opowieść, której niezwykły scenariusz napisało po prostu życie. Aż trudno uwierzyć, że tyle niesamowitych zdarzeń i zwrotów akcji przytrafiło się w stuletniej historii rodziny. Mamy tu klasyczną drogę od chłopca okrętowego i boya hotelowego do założyciela jednej z najbardziej znanych marek modowych, ale dalej jest coraz ciekawiej, bo poza rozwojem firmy, kolejnymi pomysłami biznesowymi i nowymi projektami - mamy wielkie miłości, sławę i oszołamiające bogactwo, rozrywki milionerów, międzynarodowe kontrakty, znane nazwiska polityków, artystów, a w ślad za wielkimi pieniędzmi - oszustwa, kryminalne afery, zdrady, knowania, pościgi, wreszcie morderstwo, śledztwo z rozmaitymi komplikacjami, przypadkowe i zaskakujące rozwiązanie tajemnicy... Są akcenty humorystyczne, wątki romantyczne, kryminał i dramat... wszystko. A całość napisana lekko i zgrabnie, wciągająca i trzymająca w napięciu. Owszem, są też dość obszerne rozdziały opisujące szczegółowo kwestie ekonomiczne, podziały i łączenie spółek, wycenę udziałów, podkupowanie konkurencji, notowania giełdowe itp..., więc wielu czytelników te fragmenty, mocno naszpikowane cyframi, pewnie znużą, ale dla mnie to było również bardzo ciekawe, lubię takie konkretne informacje, one zresztą były częścią życia Guccich.


"Nie ma się czego bać. Rozmowy z mistrzami" - Justyna Dąbrowska.




Kolejna interesująca pozycja autorstwa Justyny Dąbrowskiej, po "Miłość jest warta starania" - o której opowiadałam we wpisie "Książki - nie tylko o sztuce". Zbiór fascynujących wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury, nauki, ludźmi w wieku mocno zaawansowanym, a jednocześnie pełnymi optymizmu i werwy, bardzo aktywnymi, zaangażowanymi w rozmaite prace i przedsięwzięcia, dzielącymi się swoimi jakże mądrymi i pozytywnymi przemyśleniami o życiu, o wartościach, o tym, co jest ważne. Lektura bardzo budująca, budząca ciepłe uczucia, szalenie pozytywna, dobra na stany depresyjne i długie jesienne wieczory. Polecam :).


"Samotny jak Szwed?" - Katarzyna Tubylewicz.




Mam mieszane uczucia po przeczytaniu tej książeczki. Sporo sobie po niej obiecywałam, miałam nadzieję na bardziej wnikliwe potraktowanie tematu, na nostalgiczną, ale pełną uroku opowieść o magii Skandynawii... Tymczasem mamy tutaj garść wywiadów z rozmaitymi, dość przypadkowymi, osobami, które od zawsze lub od niedawna mieszkają w Szwecji, ich obserwacje i przemyślenia na temat legendarnego zamiłowania Szwedów do samotniczego trybu życia i do "osobności". Okraszone mało efektownymi zdjęciami syna autorki i mało istotnymi refleksjami o kupowaniu bułek, łażeniu po pustkowiach i relacjach autorki z synem. Przyznam się, że ostatnie rozdziały tylko przekartkowałam. Nudne, miałkie, nijakie. Nie polecam.



"Józef Mehoffer - geniusz polskiej secesji" - Luba Ristujczina.




Tym razem zaskoczenie bardzo pozytywne - ta pozycja to doprawdy wspaniała rzecz. Spodziewałam się klasycznego albumu z dużą ilością reprodukcji dzieł Józefa Mehoffera, ale z małą ilością treści, a tymczasem - ku mojemu przyjemnemu zdumieniu - znalazło się miejsce i na jedno, i na drugie :). Może z minimalną szkodą dla jakości reprodukcji, ale ilość zarówno ilustracji, jak i szczegółów biograficznych, jest doprawdy imponująca. Przy cenie około 65zł (w promocji, po przecenie z około 100zł) 240-stronicowe dzieło o wymiarach 24x33cm,  w twardej okładce, naszpikowane ilustracjami i ogromną wiedzą, uważam za bardzo trafiony zakup. 

Kilka zdjęć z wnętrza książki (na marginesach drobnym druczkiem cytowane są fragmenty listów Mehoffera i innych dokumentów źródłowych):





Luba Ristujczina jest historykiem sztuki, o twórczości Mehoffera opowiada więc bardzo fachowo i rzeczowo, a jednocześnie bardzo interesująco prowadzi narrację dotyczącą drogi życiowej i rozwoju artystycznego swojego bohatera. Szczerze mówiąc, ta książka otworzyła mi oczy na twórczość Mehoffera, którego dotąd uważałam za artystę mniejszej rangi niż jego przyjaciel Stanisław Wyspiański. Po tej lekturze mam zupełnie inne wyobrażenie i pojęcie o ogromie dorobku artystycznego Mehoffera. Z całego serca polecam osobom zainteresowanym twórczością tego artysty, mimo dość wysokiej ceny - naprawdę warto. A ja już sobie ostrzę zęby na inne pozycje autorstwa pani Ristujcziny, może Mikołaj coś mi przyniesie :))).


*****

A na koniec Basiunia i jej stosunek do otaczającego świata. Jak widać na wszystko ma wywalone, liczy się tylko pełny brzuszek i święty spokój :).


absorbowanie ciepełka z ostatnich promieni jesiennego słoneczka




wbrew pozorom to nie chwilowe wygibasy, ale półgodzinna drzemka w najwygodniejszej pozycji


kula futra i tłuszczyku

***

sobota, 30 października 2021

Pejzaż jesienny.

Uwielbiam jesień, to moja ukochana pora roku. Oczywiście największy urok ma złota polska jesień, słoneczna, ciepła, pełna bajecznych kolorów liści, przebarwiających się po pierwszych przymrozkach. Ale kocham też późnojesienne mgły, zapach ognisk, butwiejących liści, mokrej ziemi... Wykreśliłabym tylko z kalendarza te najbardziej wietrzne i deszczowe dni, kiedy nawet ciepła kurtka z kapturem nie chroni przed przemoknięciem i zapaleniem ucha, zatok itp... A że takich kilka dni akurat się ostatnio trafiło, to siedząc w domu, popijając herbatki rozgrzewające z imbirem, miodem i cytryną, namalowałam "ku pokrzepieniu serc" taki oto kolorowy złotojesienny pejzażyk, nieco kiczowaty - jak z rosyjskiej bajki :). Ale zawsze powtarzam, że największe kicze wymyśla sama natura :))) - te wszystkie wschody i zachody słońca, krajobrazy malowane wszystkimi kolorami... Szkoda tylko, że - jak zwykle na moich zdjęciach - kolory odbiegają od oryginału. Jak próbuję manipulować filtrami, to podbicie czerwieni skutkuje zgaszeniem błękitów, a zwiększenie nasycenia chłodnych barw tłumi ogniste oranże i fiolety. Jak nie kijem go, to pałką. Więc już nie kombinuję, bo i tak mi blogger po swojemu okroi z barw, wrzucam jak jest:



Obrazek zainspirowany zdjęciem z internetu, ale w niemal identycznych okolicznościach przyrody byłam jeszcze niedawno całkiem realnie w pobliskim lesie. Wypisz-wymaluj takie same kępy rudziejących traw, fiolety ostatnich wrzosów, lśniące bielą i złotem brzozy, czerwone buki, a w tle ciemnozielone świerki. 

Obraz 50x70 cm, akryl. 

No nie lubię akryli i już. Próbuję się do nich przekonać, bo mają pewne zalety, jak choćby szybkie schnięcie, więc łatwo coś poprawić, zamalować... Tyle tylko, że to jest jednocześnie ich główna wada, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Lubię tłustą konsystencję farb olejnych i możliwość mieszania kolorów bezpośrednio na płótnie. Z akrylami jest trudniej, trzeba by używać mediów spowalniających wysychanie, a to z kolei jest samo przez się uciążliwe. 

A tymczasem...



Dżemik rośnie jak na drożdżach, jest co najmniej trzy razy większy niż jak do nas przybył trzy tygodnie temu i zaczyna wyglądać jak pies :). Mały mądralinek dużo rozumie, uczy się błyskawicznie co wolno, a czego nie wolno - na przykład wie już, że nie wolno gryźć pańci po rękach i nogach (w pierwszym tygodniu nadgarstki miałam jak po przemocy domowej, posiniaczone i poranione, a kapcie i skarpetki wszystkie podziurawione), w ogóle wie, że "nie wolno" znaczy, że nie wolno :). Uczy się piorunem, kojarzy co znaczy "przynieś", chociaż na razie dotyczy to rzucanych zabawek. Z sikaniem zeszło trochę dłużej, ale są wyraźne postępy. Na razie to jeszcze niemowlak, więc je kilka razy dziennie, a sikał początkowo jakąś niesamowitą ilość razy. Teraz stara się trochę dłużej wytrzymać z tym sikaniem, sygnalizuje piśnięciem, że chce wyjść na dwór za potrzebą, tyle tylko, że reagować trzeba natychmiast. Ale to i tak duży sukces, bo już kontroluje sytuację i wie, że trzeba na dworze. Kupa na szczęście od początku zawsze na dworze. 

Jak widzicie - zwierzaki u nas czują się jak domownicy, kanapy i fotele należą do nich :).



Dżemik jest bardzo ruchliwy, jak to dzieciak - jak się wyśpi, podje, rozkręci się, to potem jest zabawa, a na jej koniec dzikie galopady i szaleństwa, aż piesio padnie na twarz ze zmęczenia. Nakupiłam mu zabawek, niech się dziecko rozwija :). Ukochana jest ośmiornica do tarmoszenia i gryzienia, potrafi dość długo sam się nią bawić. Taka niby prosta zabawka... Fajnie się sprawdza też szarpak z kolorowym sznurem i kokonek, do którego wkłada się smakołyki. Dżemik od razu załapał, jak te smakołyki wydobyć, ale trochę czasu to zawsze zabiera, więc ma zajęcie. Oczywiście sam nie będzie się ciągle bawił, trzeba z nim wyjść, pobiegać itd. Mąż, główny sprawca tego zamieszania z pieskiem, trochę nieruchawy się zrobił na stare lata, ale stara się przynajmniej chodzić z pupilem na spacery, no i wychodzi z nim po kilka razy do ogrodu. Dżemik wykopał już sobie sporą dziurę w ziemi i uwielbia tam leżeć, co nie budzi mojego aplauzu, bo wiadomo, sprzątania i tak jest ogrom... Świetna zabawa jest też z liśćmi opadłymi z drzew i z patykami rozmaitymi po przycinaniu drzew. Dzisiaj zamówiłam w Zooplusie kolejne zabawki, w tym frisbee - Dżemik będzie miał okazję do biegania, pańciowi będzie łatwiej. Ja po pracy wariuję z Dżemikiem najpierw w ogrodzie, potem w domu, walczymy z poduszką, wydzieramy sobie nawzajem ośmiornicę (nazywaną, dla uproszczenia, robakiem), albo ja ją rzucam, a Dżemik pędzi po nią jak szalony, biegamy dookoła stołu itd. I robimy przytulanki :). Wiadomo, trzymamy z Dżemikiem sztamę :).



*****


niedziela, 10 października 2021

Dżemik i żurawie.

Najpierw żurawie. Jeden z moich ulubionych tematów. 



Zdjęcia, jak zwykle, nie do końca wierne rzeczywistości. No cóż, fotografia nie jest moją mocną stroną. Inna rzecz, że malowałam przy sztucznym świetle i efekt w dziennym oświetleniu mnie zaskoczył, wyszło mniej kolorowo, niż mi się wydawało. Ale i tak jestem zadowolona, jak na szybki obrazek to wyszło nieźle :).



Obraz 50x60cm, akryle.

Poprzednie moje obrazki z żurawiami pokazywałam tutaj: http://sztukawpapilotach.blogspot.com/2020/11/zurawie-jeszcze-raz.html i tutaj: http://sztukawpapilotach.blogspot.com/2020/10/zurawie.html

*****

A teraz Dżemik:





No tak, tak, dobrze widzicie. Mało nam było 6 kotów, to do kompanii przyjęliśmy jeszcze pieska... który docelowo ma być całkiem sporym psiskiem. Zrobienie zdjęcia jest trudną sztuką, bo jak mnie widzi, to natychmiast się na mnie rzuca, bo wie, że będzie zabawa :). Udało się uchwycić moment, kiedy zajął się na moment próbą gryzienia kości (niby maluch, a zęby ma jak pirania!). Do gryzienia nadaje się wszystko, bo zęby rosną, jeszcze nie wszystkie wyszły, a rozmaite psie gryzaczki są dopiero w drodze z Zooplusa. Futerko za to jeszcze dziecięce, bardziej puszek, ale podbity gęstym podszerstkiem.


Piesio ma w tej chwili 10 tygodni, w papierach ma wpisane, że jest owczarkiem niemieckim. Niby po rasowych rodzicach, ale trafił do nas okrężną drogą i nie wnikaliśmy jak tam dokładnie z tą rasą jest, bo nawet wolelibyśmy, żeby nie był taki bardzo czystorasowy. Owczarki niemieckie z powodu fanaberii hodowców zostały doprowadzone do dziwacznej budowy z opadającym kręgosłupem, co może powodować rozmaite problemy związane z dysplazją stawów biodrowych. A my generalnie kochamy kundelki, więc na rasie nam nie zależy ani trochę, a nawet wręcz przeciwnie. Trafiło się, to wzięlim. Znaczy wziął mąż, bo jak ja bym miała wybierać i decydować, to po pierwsze primo - jestem kociarą, a pies jawi mi się jako masa problemów związanych z uwiązaniem człowieka do domu zamieszkałego przez tegoż psa, więc w ogóle raczej bym psa nie chciała, miałam psy przez długie lata i wiem jak to było, po drugie primo - jak już pies, to bym wolała raczej jakiegoś staruszka ze schroniska. Mąż bardziej psiarz, no i mówi, że woli psa, z którym się zestarzeje. No cóż, nie wiadomo kto ile pożyje, ale na przykład Muszkę wzięliśmy jak miała 14 lat i liczne choroby, była z nami tylko dwa lata i opłakiwaliśmy ją jak najbliższego przyjaciela. Więc trochę rozumiem, że mąż woli odwlec ten moment pożegnania jak najdalej się da.

No cóż, jest jak jest, piesek się pojawił i trzeba się dostosować. Bo oczywiście wywrócił nam życie do góry nogami. I oczywiście jest przeuroczy i przekochany :). To jeszcze taki prawie niemowlak, więc wszystkiego trzeba go nauczyć, wiadomo, że główny problem to sikanie (kupę ogarniamy, na spacerku zwykle się udaje sprawę załatwić). Kotu stawiasz kuwetę i kilkutygodniowy maluch jak po sznurku wędruje do niej w celach wiadomych. Pies inteligencją - przynajmniej w tej kwestii - nie dorównuje kotom, nauka czystości trochę musi potrwać. 



Najlepszą zabawą jest gryzienie mojej ręki oraz zabieranie mi kapci, ale świetnie można się bawić także walcząc z saszetką po karmie dla kotów, drewnianą łyżką albo własnym kocykiem. Jak się piesek wyszaleje, to po godzinie już pada na pysio i śpi przez kolejną godzinę.

Mąż pieska przywiózł dość niespodziewanie i bez papierów, które zostały nam dowiezione dwa dni później. Po drodze coś mu się pokiełbasiło i powiedział mi, że szczeniak nazywa się Jengo (Dżengo). Dokładnie tak nazywa się jednak kot naszego starszego syna, więc uznaliśmy, że pies nie powinien się nazywać tak jak kot. 

Padło więc kilka propozycji nowego imienia. Bolek  - wymyśliła prawie-synowa, a mój mąż i syn bezrefleksyjnie pomysł przyjęli. Mnie się jednak Bolek w ogóle nie podoba jako imię, bo mam raczej negatywne skojarzenia, a poza tym chciałam, żeby to nowe imię jakoś fonetycznie nawiązywało do tego Jenga. Zaproponowałam Dżemik lub Dżizas (Jesus). Druga synowa zaproponowała Dżamis (Jamis) - imię wojownika z Diuny. Jamis mi się nawet podoba, ale jakoś fajniej się woła do malucha Dżemik. Nie pytajcie, czy chodzi o rodzaj konfitury, czy może o sesję jazzową zwaną jam session, a zdrobniale dżemik - ja to rzuciłam jako skojarzenie fonetyczne, starszy syn powiedział, że brzmi smacznie. W gruncie rzeczy jak się komu kojarzy to jego sprawa, mnie się kojarzy z naszym pieskiem :). Chwilowo mieliśmy więc taką sytuację, że jedni mówili Bolek, inni czyli ja - Dżemik. 

I na to wszystko przyjechał z papierami poprzedni chwilowy właściciel psa i się okazało, że maluch ma wpisane imię Vendo, nie żaden tam Jengo. Vendo nie zyskało niczyjej aprobaty (zwłaszcza że ktoś odkrył, że to nazwa jakiejś sieci sklepów, coś jakby pies miał na imię Lidl albo Kaufland), no i każdy pozostał przy swoim. Ale kropla drąży skałę... Ja najwięcej do Dżemika gadam i z nim szaleję, piesek reaguje więc bardzo entuzjastycznie na moje zawołania, no i tak Dżemik wrył się powoli w świadomość męża, reszta rodziny musiała też przyjąć to do wiadomości. Jak ktoś mówił że Bolek to czy tamto, to głośno i wyraźnie dopytywałam się: "mówisz o Dżemiku?". No tak, o Dżemiku :). No i Dżemik górą!

Spójrzcie, jaka mądra mina!




Młody głównie śpi, trochę się bawi, wychodzi z pańciem do ogrodu (skupiamy się na razie na nauce czystości, na dłuższe spacery przyjdzie czas), je mokre karmy, chętnie podjada kotom, a one z kolei urozmaicają sobie jedzenie podskubując z psiej miski. Koty początkowo były  lekko spłoszone i nieufne, teraz już niewiele sobie robią z nowego członka stada. Dżemik zresztą na razie jest tylko trochę od nich większy, koty uważa chyba za inne pieski i jakoś szczególnie się nimi nie interesuje. Tak że pod tym względem odetchnęliśmy, nie będzie awantur ani popłochu. Przez długie lata mieliśmy w domu równocześnie psy, czasem bardzo duże, i po kilka kotów. Wszystkie zwierzęta żyły zawsze w zgodzie, jedne lubiły się bardziej, inne mniej, ale więcej animozji bywało zwykle w ramach własnej rasy, niż między psami a kotami.

A tak na marginesie - Grubcio, co do którego mieliśmy podejrzenia, że jednak ma jakiś drugi (a raczej - pierwszy) dom, z nastaniem chłodniejszych dni i całkiem zimnych nocy coraz rzadziej się pojawia i jest wyraźnie najedzony. U nas reflektuje tylko na smakołyki. Tak więc chyba NASZYCH kotów jest pięć, a ten szósty tylko taki zaprzyjaźniony :).

*****


czwartek, 23 września 2021

Pomysł na mandalę nie zawsze kończy się mandalą.

Tak mnie jakoś pewnego dnia naszło, żeby "machnąć" sobie mandalę. Bo dawno mandali nie tworzyłam, a przecież to jeden z moich ulubionych motywów. I piórka akurat przyniosłam ze spaceru... 



Swoją drogą - ależ pięknie zaczął się ten wrzesień! Jeszcze kilka dni temu było ciepło i słonecznie, prawdziwa polska złota jesień!... Trochę się teraz zepsuło, zimny tydzień, ale liczę jeszcze na złoty październik :).




No więc na tym spacerze przyszła mi do głowy myśl, żeby zrobić mandalę z piórkami... Do tego tekturka... Pomysł wykorzystania piórek i tektury odgapiłam od Jyoti - niezwykle twórczej i energicznej, zawsze uśmiechniętej artystki - http://jyoti789.blogspot.com/. Uwielbiam jej mandale, ale Joasia tworzy też mnóstwo innych niesamowitych rzeczy, z równie niesamowitych materiałów, jak choćby makramowe bajecznie kolorowe wdzianka, koralikową biżuterię, wianki i... korony! 


Ale... Jak widzicie, z pomysłu na mandalę powstało coś całkiem innego. Dzisiaj pokazuję Wam więc taki hmmm... niemal klasyczny, acz nie dopracowany, kolaż - bo było tutaj malowanie, rysowanie, doklejanie różnych przedmiocików, wycinanie, wydzieranie nawet!, a dokładniej - zdzieranie wierzchniej warstwy tektury falistej. Po drodze, w ferworze układania elementów, zapomniałam, że to miała być mandala, no i tak jakoś spontanicznie i bezplanowo ten kolażyk powstał :). Nie ma w nim żadnego przesłania, nie pytajcie co autorka miała na myśli, bo nic nie miała - ot tak po prostu miło sobie spędzała czas na tworzeniu kompozycji z różnych prostych elementów, coś tam dorysowała, tu i ówdzie podmalowała...



Kolory też same się jakoś tak układały w trakcie pracy: najpierw brązy rozmaite, ciepłe i chłodne, jasne - prawie beżowe i kremowe, i ciemne - niemal w czerń wpadające. Tło całej kompozycji udające czerń zrobiłam z mieszanki szarości Payne'a i umbry palonej, a na nim widać gdzieniegdzie rudobrązowe odbitki szydełkowej serwetki maczanej w farbie, kontrastowo pojawiły się też turkusy, kobalty i grynszpanowe zielenie, które jednak na zdjęciach w większości zniknęły... Akcenty złota zrobiłam złotą farbą akrylową i oczywiście żelopisem. W użyciu była - jako jeden z zasadniczych elementów, tektura falista, ukazująca tu i ówdzie swoją ciekawą strukturę ukrytą pod gładką powierzchnią, były piórka ptasie i kilka guzików, i jeszcze klucz od nie wiadomo czego. Wykorzystałam to co akurat miałam w domu, ale zabawa mi się na tyle spodobała, że zapewne wkrótce będę eksperymentować z innymi materiałami i technikami :). Lubię zabawę z papierem, kartonami, tekturkami, masą papierową itd, pomysłów mam mnóstwo, zobaczymy na co czas pozwoli. 

Tak po prawdzie to myślę, że ten oto kolaż też szybko doczeka się jeszcze rozmaitych przeróbek, doklejanek i domalowanek, bo z efektu jestem średnio zadowolona, na pewno warto go dopracować, więc już mnie korci :))). A może po prostu zostanie jako niezbyt udany prototyp, a skrzydła będę rozwijać w kolejnych, bardziej przemyślanych kompozycjach. Nie chciałam go przeładować, ale jak patrzę na całość, to czegoś mi brakuje... Inna rzecz, że jakbym miała pokazywać tylko prace, z których jestem zadowolona, to ten blog umarłby śmiercią naturalną :).




Opowiem Wam jeszcze trochę o powstawaniu tego projektu. Jeśli pamiętacie post o ptakach i duchach (tutaj), to wiecie, że często zdarza mi się wykorzystywać jako podobrazia moje stare obrazy, z których nie jestem zadowolona. 

Podłoże do tej mandalowej kompozycji znalazłam przy okazji malowania konia z poprzedniego wpisu. Jego pierwszą wersję zaczęłam malować na podobraziu odzyskanym po wielowarstwowym starym obrazie. Natchnienie naszło mnie bowiem nagle w sobotni wieczór, sklepy zamknięte, a w domu - jak się okazało - brak odpowiedniego podłoża do malowania. Postanowiłam więc dać piątą, ostatnią szansę staremu obrazowi. Czego tam już nie było... Pierwszy był chyba pierrot namalowany jakieś ćwierć wieku temu w czarno-białej tonacji, nawet wisiał u nas w pierwszym mieszkaniu jakiś czas... Potem koń, też w tonacji szaro-biało-czarnej. Ale mi się te kolory znudziły, więc namalowałam pejzaż z kwitnącą jabłonką. Szybko jednak uznałam, że pejzaż to nie jest moja bajka. Na jabłonkowym pejzażu zaczęłam więc malować scenę z karnawału w Wenecji. Zaczęłam, ale nie skończyłam, i tak to leżało odłogiem na szafie przez parę lat... Poszukując podłoża malarskiego do końskiego portretu przypomniałam więc sobie o tym arcydziele i przymierzyłam się do malowania... Grubsze warstwy farby ze spodu wymagały jednak pokrycia kolejną grubszą warstwą...Z konieczności zabrałam się do malowania pędzlem i szpachelką. Wolę pędzel, często maluję alla prima, cienką warstwą, ale tutaj próbowałam trochę ukryć fakturę poprzednich malunków.  Bardzo szybko doszłam do wniosku, że takie grube, strukturalne malowanie zupełnie mi nie odpowiada. Musiałam więc powstrzymać wenę i poczekać na zamówione nowe podobrazia. Na takim świeżutkim, gładkim i czystym płótnie zupełnie inaczej się maluje, sama rozkosz :))). Mnie cieszy już sama czynność rozprowadzania farby po gładkim podłożu :). A co dopiero, jak wyłaniają się konkretne kształty, łączą plamy barwne, grają kolory! Tak więc ostatecznie koń został namalowany na nowym podobraziu, a wielowarstwowe dzieło doczekało się w końcu wykorzystania do stworzenia tej oto kompozycji. Taka przyjemna zabawa na jeden wieczór :). Tylko jak zwykle ubolewam, że nie potrafię tego dobrze sfotografować... W zasadzie to nawet na zdjęciach wychodzi to całkiem dobrze, ale po przesłaniu na bloga widzę zupełnie inną jakość, zupełnie kiepską, niestety...



*****


I jeszcze z zupełnie innej beczki, taka mała prywata - specjalnie dla Romanki, fotecka kotecka, ale - uwaga, uwaga - co tam jest najważniejsze, to między nami wiadomo :). 




Chodzi o tło, czyli sofę, przyobleczoną w pokrowiec (wzięty kiedyś przez Romankę za pościel) uszyty przeze mnie niegdyś (w komplecie z dwoma na fotele i jeszcze dodatkowe poduchy), jak się oryginalne zużyły doszczętnie - przy wydatnej pomocy małych jeszcze wtedy dzieci, oraz kotecków i psów ówcześnie u nas mieszkających, ma się rozumieć. 

Sofa jest tradycyjnie miejscem popracowej drzemki pańcia, ale jak pańcia nie ma, to zawsze rezyduje tam któraś "kjujewna": Sabinka, Basiunia, albo - jak tutaj właśnie - Balbinka:


Meble same - mimo upływu wielu lat i intensywnej eksploatacji - są ciągle w dobrej kondycji i bardzo je lubimy, bo są szalenie wygodne. To była jakaś uboczna produkcja firmy robiącej meble dla Ikei, ale że pod własnym szyldem, to musiały się nieco różnić rozmiarami od tych ikeowskich. No i niestety z tego powodu nie można było dopasować oryginalnych ikeowskich pokrowców. Uszyć nikt nie chciał, krawcowe oczami przewracały, a tapicer podejmował się jedynie obicia na wieki wieków amen. A ja się uparłam na pokrowce, które można wrzucić do pralki. No więc kupiłam porządny materiał zasłonowo-obiciowy w Dekorii - według wyraźnego żądania małżonka (finansującego zakup) - w kwiatki. Babcinej łączki bym nie ścierpiała, ale takie większe kwiaty w dość pastelowej tonacji jakoś przebolałam. 
No a jak już coś robię, to porządnie ;), chciałam żeby to miało jakiś sznyt i charakter, dokupiłam więc sznur z wypustką i całość nim obszyłam.  

Sofka prawie w całej okazałości:



I jeden z dwóch foteli - w dziwnej perspektywie, bo obfocenie było sztuką ekwilibrystyczną, jako że wszystko to jest upchnięte w dość zagraconej, tzw. wypoczynkowej części pokoju:




Nie mogłam się za to szycie zabrać, bo to jednak szło w kilometry, do tego wszywanie sznurów i zamków, a najpierw jeszcze były formy, które sama wymierzałam i rozrysowywałam, bo póki nie uszyłam, to nie chciałam pruć starych pokrowców. Ostatecznie jednak nawet tak długo mi z tym nie zeszło, jakieś raptem dwa tygodnie roboty wieczorami po pracy. Jak na amatorkę to nie najgorzej. Mówię Wam, goście nie wierzą, że jam ci to sprawiła, bo wyszło ekstra :). 

Niestety te pokrowce mają już też z dziesięć lat, no może osiem, milion razy prane, trochę zszarzały, spłowiały i się powycierały (no tak, tutaj akurat złośliwy blogger pokazał to ładniej niż jest w rzeczywistości!), eksploatowane są bez umiaru, więc od pewnego czasu się zastanawiam, czy szyć kolejne, no bo jednak same meble są super. Ale wizja tego szycia jednak mnie przeraża, dwa tygodnie wyjęte z życia. Leniwa się zrobiłam... Wolę malować obrazki :).



*****

sobota, 4 września 2021

Koń, jaki jest...

W poprzednim wpisie rozpisałam się okrutnie (gratuluję wszystkim, którzy przez ten elaborat przebrnęli!), więc tym razem krótko i konkretnie. Koński portrecik inspirowany zdjęciem z internetu - akryl 50x60 cm. Miał być olej, ale się okazało, że media rozcieńczalnikowe "wyszły" (a jedno, chyba źle zakręcone - skamieniało po prostu), a tu wena w sobotni wieczór mnie dopadła, musowo było malować, czym tam się dało i pod ręką miało. Z akrylami się nie polubię jakoś szczególnie, są mniej plastyczne niż farby olejne, które uwielbiam, ale od czasu do czasu jakiś szybki obrazek na pewno akrylami jeszcze popełnię :).




O obrazku z koniem więcej opowiadać nie będę - koń, jaki jest, każdy widzi. Oczywiście kolory ciut przekłamane, w oryginale wygląda to bardziej na Saharę w słońcu :).

*****


A z moich spraw domowo-podwórkowych - chciałam Wam zaprezentować naszą Sabinkę, bo niedawno sobie uświadomiłam, że chyba nigdzie na blogu nie ma jej zdjęcia. Umaszczenie ma podobne do Koci (szylkretowe cętki), ale jest większa, zwłaszcza szersza :) i bardziej puchata, w sensie że ma bardziej gęste futro. Kocia przy niej to eteryczna księżniczka. 








Sabinka w młodości była straszną rozrabiarą, mówiliśmy że Sabcia rządzi na dzielni, bo wszystkie okoliczne koty ustawiała i nie było drzew i dachów, na które by nie weszła. Była wtedy znacznie szczuplejsza, a futro miała niesforne, potargane, i razem z tymi cętkami jakoś mi się kojarzyła z hieną cętkowaną, więc nazywałam ją czasem Hienka. Bez złośliwych czy negatywnych podtekstów :). Sabinka została przygarnięta razem z siostrzyczką Pusią, jeszcze bardziej puchatą, pręgowaną buraską. Niestety Pusię pokonał koci katar i jeszcze jako maluch odeszła za Tęczowy Most. Sabinka ma 5 lat i jest ulubienicą mojego męża. 

Dla porównania - Kocia:



I siostra Koci - Balbinka:



Trzecia z siostrzyczek - Basiunia, ostatnio w wielkiej komitywie z Balbinką, nawet śpią razem:



Jak wiecie, mamy jeszcze dwa czarne koty. Czarnuszka, rezydentka, której wszystko wolno, ma szczególne przywileje, należne z racji wieku (16 lat), trochę niedołężna, niemal całą dobę przesypia, i nasz najświeższy nabytek, samozwańczy lokator, który sam do nas przyszedł - Grubcio, o którym pisałam w poprzednim poście. Kotów razem jest więc sześć, a zatem ludzie mieszkają kątem przy kotach...

*****