niedziela, 30 sierpnia 2026

Artysta czy rękodzielnik?




Trochę teoretycznie dzisiaj będzie, taki mały wykładzik, może przynudzę nieco, ale cóż, poniosło mnie badawczo :))). Otóż pociągnę tutaj temat z posta "Rękodzieło i nietoperze", w którym pisałam, że nazywam moją twórczość nie sztuką, tylko rękodziełem. Marysia Nowicka napisała w komentarzu: "ja myślę o sobie...twórca, czasami także artysta. A rękodzielnik kojarzy mi się z manufakturzystą, czyli z kimś kto działa co prawda ręcznie ale tworzy jakąś serię według cudzych wzorów. Bo już kogoś kto tworzy serie ale pierwowzory on sam wymyślił nazywam twórcą :)"

No i tak się zawiesiłam i zadumałam nad tym komentarzem, aż musiałam to sobie w głowie poukładać. Twórca czy artysta, no ok, zgoda, przy czym powiedziałabym tak: każdy artysta jest twórcą, ale nie każdy twórca jest artystą. Ale nie do końca się zgadzam z tą drugą częścią komentarza. W każdym razie chciałam to przemyśleć, zdefiniować i posegregować pojęcia. Bo otóż myślę, że oczywiście twórcą jest każdy, kto tworzy coś mniej lub bardziej indywidualnego, według własnej wizji. Ale rękodzieło i manufaktura to jednak nie to samo, już z samej definicji. Rękodzieło to tworzenie własnoręcznie (bez jakiegoś wypasionego sprzętu) przedmiotów unikatowych, o indywidualnych cechach. Unikatowość wynika ze sposobu wytwarzania (ręcznie, prostymi narzędziami), pozostawia niepowtarzalny ślad ręki twórcy. Ale niekoniecznie jest odtwarzaniem cudzych wzorów, ani też wytwarzaniem czegoś seryjnie. Manufaktura to już taka bardziej zmechanizowana produkcja seryjnych wyrobów przez większy zespół ludzi.

Żeby sprawdzić, czy nie jestem jednak w tak zwanym mylnym błędzie, dla własnego oświecenia pokusiłam się o sprawdzenie, co na ten temat mówi Wikipedia i inne źródła internetowe:

Rękodzieło (ang. handmade) to przedmioty wytwarzane ręcznie lub przy użyciu prostych narzędzi, w sposób nieprzemysłowy. Łączy ono pracę ludzkich rąk z walorami estetycznymi i artystycznymi, a każdy taki wyrób jest unikatowy i niepowtarzalny.

Główne cechy rękodzieła
  • Praca ręczna: Powstaje bez udziału wielkich maszyn fabrycznych.
  • Unikalność: Dwa egzemplarze nigdy nie są identyczne.
  • Wartość artystyczna: Posiada walory estetyczne i ozdobne.
  • Użyteczność: Często łączy piękno z praktycznym zastosowaniem w życiu codziennym.
Dlaczego jest cenne?
  • Wymaga czasu, cierpliwości oraz umiejętności twórcy.
  • Odzwierciedla pasję, tradycję oraz indywidualny styl.
  • Jest alternatywą dla masowej produkcji fabrycznej

Oczywiście ja też jestem twórcą, ale artysta to moim zdaniem taki ciut wyższy poziom. Nie mam skłonności do megalomanii, wolę skromność od śmiesznej przesady. Znam twórców, którzy niby sami coś wymyślają, ale ewidentnie naśladują, w dodatku dość nieudolnie, znanych artystów. No i cóż - i jeden i drugi to podobno artysta, tylko że mistrz rzadko o sobie tak mówi, a ów początkujący uczeń podkreśla na każdym kroku, że jest artystą. Dla mnie to dość śmieszne i żenujące. 

Od razu chcę zaznaczyć, że odnoszę te tutaj refleksje do siebie, nie oceniam tu i nie próbuję zaszufladkować twórczości innych osób, wyrokować kto jest artystą a kto rzemieślnikiem czy też rękodzielnikiem, wyjaśniam jedynie dlaczego moich dzieł nie uważam za sztukę, a raczej za rękodzieło. 

Pomijam takie rzeczy jak chodniczki, ptaki z papier-mache itp, ale skupię się na obrazkach. Obrazy, które maluję, wciąż są na etapie nauki, ćwiczenia. Kiedyś dawno temu moja profesorka z liceum powiedziała mi, że moje prace są wciąż takie za bardzo "domokulturowe". I coś w tym było i niestety mam poczucie, że nadal jest. Za mało jednak w życiu malowałam, po ogólniaku nikt mnie już tego też nie uczył, dlatego w moim malarstwie zbyt mało jest mojej własnej wizji - wciąż próbuję, naśladuję, uczę się, zbyt ostrożnie, niepewnie. Maluję takie grzeczne obrazki, rzadko zdarza mi się namalować coś, z czego jestem naprawdę zadowolona, z tego że namalowałam po swojemu, dokładnie tak jak sobie to wyobrażałam, a czasem nawet lepiej. Jak pozbędę się tych różnych zahamowań, to wtedy już będzie sztuka. Lepsza lub gorsza, ale sztuka.

A wracając do rozważań co jest sztuką, co rękodziełem, a co produktem manufaktury... Sweter zrobiony na drutach według własnej autorskiej koncepcji jest rękodziełem. Ale czy sztuką? hmmm... W każdym razie na pewno nie ma to nic wspólnego z manufakturą, skoro mówimy o jednostkowym egzemplarzu, a nie serii.

I znowu podpowiada Wikipedia:

Słowo manufaktura pochodzi z łaciny (manu factus - ręką zrobiony, czyli jakby to samo co rękodzieło, ale przypisano ten termin do bardziej zorganizowanej formy wytwórczości) i zgodnie z przyjętą terminologią oznacza dawny zakład produkcyjny lub współczesną firmę, w której towary powstają głównie ręcznie, ale z wykorzystaniem prostych maszyn, przy jednoczesnym podziale pracy między wyspecjalizowanych pracowników. Jest to forma pośrednia między małym warsztatem rzemieślniczym a zautomatyzowaną fabryką.

Więc jeśli ktoś sam plecie koszyki, powtarzalne z reguły, to jest rzemieślnikiem i tworzy rękodzieło, ale nie jest to przecież manufaktura.


Taki ciekawy artykuł znalazłam - "Sztuka a rękodzieło" (link).

Pozwolę sobie wkleić tutaj obszerne fragmenty, bo to trochę porządkuje pojęcia:

Sztuka to twórczość, która koncentruje się przede wszystkim na idei, przekazie i ekspresji. (...) W sztuce ważne jest nie tylko „co widzimy”, ale też: dlaczego dana praca powstała, jakie emocje wywołuje. jakie pytania stawia.

Dzieło sztuki nie musi mieć funkcji użytkowej – jego główną rolą jest komunikacja z odbiorcą.

Rękodzieło, nazywane też rzemiosłem artystycznym, to twórczość, która łączy estetykę z funkcją użytkowąMoże obejmować: ceramikę, biżuterię, tekstylia, przedmioty dekoracyjne, autorskie obiekty użytkowe.

W rękodziele bardzo ważne są: materiał i technika wykonania, precyzja i jakość, funkcjonalność przedmiotu.

Nie oznacza to jednak, że rękodzieło jest „mniej twórcze”. Wręcz przeciwnie – wymaga ogromnych umiejętności, kreatywności i wyczucia formy.

Sztuka a rękodzieło – najważniejsze różnice: funkcja, kontekst odbioru (...).


Czy rękodzieło to sztuka? 
Choć granica bywa płynna, można wskazać kilka kluczowych różnic:

FUNKCJA: 

sztuka – przede wszystkim ekspresja i przekaz
rękodzieło – połączenie estetyki i funkcji użytkowej
 

KONTEKST ODBIORU: 

sztuka – oglądana jako dzieło, często w kontekście galerii
rękodzieło – używane, noszone lub obecne w codziennym otoczeniu

SPOSÓB PREZENTACJI:

sztuka – często jako część kolekcji lub cyklu
rękodzieło – jako pojedyncze produkty lub serie

PROCES DECYZJI ZAKUPOWEJ:

rękodzieło – łączy estetykę z praktycznym zastosowaniem
sztuka – bardziej emocjonalny, często związany z kolekcjonowaniem

Warto jednak podkreślić: to nie jest podział „lepsze-gorsze”, to są po prostu różne formy twórczości.

Czy rękodzieło to sztuka? Odpowiedź brzmi: to zależy. Niektóre formy rękodzieła mają wyraźnie artystyczny charakter i mogą funkcjonować na pograniczu sztuki. Z drugiej strony wiele prac rękodzielniczych powstaje z myślą o użytkowości.

Dlatego zamiast próbować jednoznacznie je rozdzielać, lepiej spojrzeć na to w ten sposób - sztuka i rękodzieło to dwa różne języki twórczości, które czasem się przenikają.

No i nie będę dalej tego rozwijać, w każdym razie granice są dość płynne i każdy przypadek wymaga indywidualnej oceny.

********

Moje rękodzielnictwo ostatnio utknęło, bo spadły na mnie znienacka obowiązki związane z opieką nad starszą osobą. Ogarnęłam już trochę harmonogram zadań, zapowiedziałam, że fanaberii nie będę zaspokajać, no i starsza osoba nieco się sama w związku z tym wzięła w garść. Tak że damy radę, niemniej jednak wolny czas odrobnę się skurczył.

Faza na ptaki z papier-mache minęła, jedną płomykówkę wyrzuciłam, bo mi się zupełnie nie podobała, dwie ptasie sztuki jak widać stoją tymczasowo na szafie. Do projektu wrócę pewnie w długie jesienne wieczory.



********


I jeszcze w odpowiedzi na pytania w sprawie techniki produkcji chodniczka-szmaciaka, bo dziewczyny pytały, wklejam link (pod zdjęciem)  do znalezionego filmiku (samego filmu nie potrafię z Pinteresta wstawić, w ogóle mam problem ze wstawianiem filmów, chyba coś robię nie tak, będę wdzięczna za podpowiedzi):


https://pin.it/4RakFj98n


Ten jeszcze wzbogacony o pokaz jak najlepiej łączyć ze sobą paski dzianiny t-shirtowej:

https://pin.it/7CIBXcoy2


********


piątek, 21 sierpnia 2026

Skorupy.

źródło


To już 32. Bolesławieckie Święto Ceramiki. Podobno największy festiwal rzemiosła w Polsce. Program obejmuje przede wszystkim targi ceramiki, w tym głównie stoiska lokalnych fabryk i manufaktur. Najwięksi producenci to Zakłady Ceramiczne "Bolesławiec" i "Ceramika Artystyczna" (de facto w obu tych fabrykach produkcja opiera się w bardzo dużej mierze na pracy ręcznej, zwłaszcza w zakresie zdobienia, czyli malowania i stempelkowania wyrobów) oraz Manufaktura. Oprócz nich w Bolesławcu i okolicach działa około 40 mniejszych zakładów wytwarzających charakterystyczne naczynia ceramiczne dekorowane tradycyjnymi kobaltowymi wzorami stempelkowymi oraz malowane ręcznie w inne wzory. W czasie święta prezentują swoje wyroby (nie tylko ceramiczne) także rzemieślnicy spoza regionu, również goście zagraniczni, łącznie około 100 wystawców/sprzedawców. A odwiedzający i kupujący to też goście z całego świata.

(pogrubione w tekście nazwy zakładów i wydarzeń w większości są podlinkowane, można sobie więc doczytać trochę szczegółów)


W programie 32. Bolesławieckiego Święta Ceramiki  (19-23 sierpnia 2026r) najważniejsze punkty, poza targami ceramiki, to:

  • wystawa poplenerowa 61. Międzynarodowego Pleneru Ceramiczno-Rzeźbiarskiego,
  • wernisaż wystawy "Nowe wzornictwo w ceramice bolesławieckiej",
  • pokazy toczenia na kole garncarskim,
  • Miasteczko Teatru Glina Da - malowanie leiwem glinianym, występy artystów, konkursy i animacje,
  • Bolesławiecka Parada z Miłości do Gliny Teatr Glina Da Ci Skrzydła prowadzona przez Papę Bogdana Nowaka (niegdyś znana jako Gliniada, ale zaistniał spór co do praw do tej nazwy, więc oficjalnie używana jest taka bardziej skomplikowana, a i tak wszyscy mówią o gliniadzie);
  • tradycyjny Bieg po Ceramiczną Filiżankę (po schodach 8-piętrowego biurowca urzędu miasta)
  • wystawa Jubileusz 80-lecia Zakładów Ceramicznych "Bolesławiec" w nowym Muzeum Ceramiki


A o co chodzi z tą bolesławiecką ceramiką? W Polsce nie jest popularna, ale jest hitem eksportowym, który podbija świat, niezwykle pożądanym towarem szczególnie w USA i Japonii, ale także w Niemczech, Kanadzie, Korei Pd. 70% produkcji ceramiki bolesławieckiej trafia na eksport do 30 krajów jako produkt premium. Największy producent ręcznie dekorowanej ceramiki - Ceramika Artystyczna - zatrudnia blisko 400 osób i generuje ponad 50 mln zł przychodu rocznie. Niewiele mniejsze są Zakłady Ceramiczne "Bolesławiec", które otrzymały nagrodę Dolnośląskiego Gryfa w kategorii Ambasador Dolnego Śląska. A łącznie zakładów wytwarzających tradycyjną ceramikę jest w Bolesławcu i okolicach ponad 40! Japończycy piszą o tej ceramice książki, nagrywają filmy, japońscy influenserzy przyjeżdżają, żeby pokazać się na tle stempelkowych naczyń. A bolesławieccy ceramicy produkują dla nich 20-elementowe zestawy do sushi zdobione stempelkami. Bolesławieckie wyroby prezentował w swoim ekskluzywnym katalogu Robert Redford, amerykańskie sklepy internetowe sprzedają je jako "polish pottery" w oszołamiających cenach.

(większość zdjęć z oficjalnej strony Urzędu Miasta B-c oraz lokalnych portali informacyjnych)






Ceramika bolesławiecka jest ręcznie malowana, unikalna, trwała i praktyczna (nie straszna jej zmywarka, mikrofalówka czy piekarnik). Pokazuje, jak rzemiosło i autentyczność mogą być globalnym biznesem w erze zalewu masowej i taniej produkcji z Azji. 

Tradycja miasta ceramiki sięga XVI wieku, kiedy to działała już pierwsza garncarnia, zaś w 1897 roku powstała Królewska Ceramiczna Szkoła Zawodowa. A dlaczego akurat tutaj? Bo wokół Bolesławca są ogromne pokłady kaolinu - białej, bardzo delikatnej glinki porcelanowej (skład: kaolinit z domieszką kwarcu i miki). 

Kaolin ma ph zbliżone do skóry i nie powoduje uczuleń, dlatego stosuje się go także w kosmetyce. Stąd pomysł Papy Nowaka na malowanie się gliną (a dokładniej - leiwem, czyli taką płynną postacią tej glinki), co dało impuls do Parady z Miłości do Gliny, do której każdy może się przyłączyć. Na miejscu chętni smarują się i natryskują leiwem, można dostać kostium do przebrania, a na koniec spłukać z siebie glinę (zdjęcia poniżej z poprzedniej parady, ze strony Teatru Glina Da na Fb)



w poprzednich latach w ramach parady odbywały się nawet autentyczne śluby "glinoludów":


pomysłodawca parady - Papa glinolud Bogdan Nowak na swoim wehikule:





Obecnie działające zakłady produkujące ceramikę, także te największe, to de facto manufaktury. Każde naczynie malowane jest ręcznie za pomocą stempelków gąbkowych i pędzla. Doliczono się 700 różnych form i 3000 wzorów. Główny trzon załóg stanowią artyści-dekoratorzy, projektanci wzorów, specjaliści od wypalania w wysokich temperaturach.





Ceramikę można kupić na głównym targu urządzonym w Rynku oraz w stałych sklepach fabrycznych głównych producentów w różnych punktach miasta. Główne ulice z takimi sklepami to Kościuszki (tamże największe fabryki) i Zgorzelecka.

(fot. bolec.info.pl)






Na Święcie Ceramiki oprócz targów związanych z ceramiką odbywają się też oczywiście przeróżne koncerty, warsztaty, plenery, wystawy, pokazy, animacje, giełda staroci, punkty gastronomiczne - wiadomka. 

O tegorocznym plenerze ceramicznym:

Tematem 62. edycji pleneru jest SUBLIME – pojęcie obecne w historii sztuki od XVIII wieku, opisujące doświadczenie wzniosłości, które pojawia się pomiędzy zachwytem a niepokojem, pomiędzy pięknem a poczuciem niepewności wobec tego, co większe od nas. Współcześnie idea sublime nabiera nowego znaczenia: w świecie nadprodukcji obrazów i przedmiotów wzniosłość przestaje być monumentalna, a zaczyna ujawniać się w subtelnych momentach przemiany, w procesie, w kruchości materii.

W kontekście ceramiki temat ten odnosi się do doświadczenia pracy z gliną, ogniem i czasem – materiałami, które zawsze niosą w sobie element nieprzewidywalności. Wypał ceramiczny staje się tu metaforą transformacji: momentem, w którym materia przekracza swoje pierwotne granice.

Plener SUBLIME zaprosił artystów do indywidualnej interpretacji tego pojęcia poprzez realizacje powstające w bolesławieckiej ceramice – z wykorzystaniem lokalnego materiału, jego historii oraz procesów produkcyjnych jako przestrzeni refleksji i twórczej przemiany.


Równolegle trwają obchody 80-lecia przybycia w okolice Bolesławca reemigrantów z byłej Jugosławii. Mieszka tutaj mnóstwo ludzi z jakimiś korzeniami lub co najmniej tradycjami przywiezionymi z Chorwacji, Bośni, Serbii, małżeństwa polsko-chorwackie. W ciągu roku z przydomowych ogródków słychać bałkańskie śpiewy, latem odbywają się festy bałkańskie, w wielu domach i restauracjach przyjęła się na stałe kuchnia bałkańska. 

...oraz 25-lecie współpracy powiatu bolesławieckiego z niemieckim powiatem siegburgskim. Siegburg nie jest miastem wybranym do tej współpracy przypadkowo. Tak się składa, że największa grupa niemieckich przesiedleńców z Bolesławca trafiła właśnie tam.

No ale, umówmy się, dla publiki, turystów i mediów, najważniejsze jest teraz Święto Ceramiki. Nawet cukiernie wyprodukowały okolicznościowe słodkości:



O Bolesławcu jeszcze czasem opowiem. Bo to moje miasto, tutaj mieszkam :).

piątek, 14 sierpnia 2026

Rękodzieło i nietoperze.

Jak to mówią znajomi emeryci - na emeryturze to człowiek dopiero nie ma czasu. No i mnie też to dopadło, firma niby zamknięta, ale ciągle coś... Porządki w biurze, przeglądanie papierów i przeróżnych drobiazgów i gratów, układanie, wyrzucanie, załatwianie rozmaitych spraw, wypowiadanie umów (internet, telefon, śmieci i tak dalej... no, aż się zdziwiłam, ile tych różności jest). W domu wszystko woła o porządne ogarnięcie, ogród jeszcze bardziej... Do tego powalające fale upałów, przy których nie mam siły oddychać, a co dopiero zająć się czymś konkretnym. Tak więc wszystko idzie w zwolnionym tempie, blog też nie może ruszyć... No ale trzeba w końcu wziąć się w garść. Dzisiaj wpadam tu na krótko, żeby w ogóle ruszyć blog, bo im dłuższa przerwa, tym trudniej wrócić. Postaram się jednak nieco zdyscyplinować w tej kwestii.



Wspomniałam ostatnio, że postanowiłam spróbować sprzedawać swoje obrazki na platformach typu marketplatz... Obrazki zalegają i przybywają, trezba coś z tym zrobić. To było takie dość spontaniczne postanowienie, no ale w końcu jednak przemyślałam to sobie, a mówiąc ściślej: przekalkulowałam. No i wyszło mi, że to się w ogóle nie kalkuluje, zwłaszcza w mojej sytuacji. Jako przedsiębiorca (VATowiec na dodatek) nie mogę korzystać z przywilejów działalności nierejestrowanej (trzeba mieć minimum 5 lat przerwy w DG). Nie będę tu wszystkiego szczegółowo wyliczać, ale wyszło mi, że prawie połowę przychodu (nie dochodu) musiałabym oddać fiskusowi, ZUSowi oraz pośrednikowi. A przecież są jeszcze koszty (materiały itp). Że nie wspomnę o całej buchalterii, której mam już powyżej kokardek. Nie zagłębiając się w szczegóły - po głębszej analizie doszłam do wniosku, że to by nie miało sensu, bo co ja tam zarobię, nie zamierzam przecież produkować obrazków i innych rzeczy hurtowo, na ZUS nie wystarczy (minimalna zdrowotna 432 zł!). A jak nie zarobię, to lepiej niech sobie to leży dalej na szafie czy w szufladzie. Parcia na ten zarobek nie mam, tak więc pomyślałam, że odpuszczę jednak sobie te Pakamery i inne takie ArtMadamy. Coś tam trochę zawsze gdzieś idzie prywatnymi kanałami, niech więc tak zostanie. No ale zanim to sobie w głowie tak do końca poukładałam, to się odezwali i zaprosili, no więc... ostrożnie spróbuję i zobaczymy, jak to pójdzie, ale nie wróżę przyszłości temu biznesowi.

Sztuką mojej twórczości nie nazywam, chociaż to przecież rzecz względna, no ale wolę tak bez zadęcia, więc trzymam się określenia - rękodzieło. Dawniej więcej malowałam, teraz oprócz obrazków tworzę różności z papier-mache, rozmaitości dziergane i tkane i inne cuda-wianki, ale wkrótce pewnie wrócę do malowania. Jedne rzeczy są może bardziej udane i jakby się uprzeć to można je podciągnąć pod twórczość artystyczną, inne to całkiem proste wytworki moich niespokojnych rąk, bez pretensji do miana sztuki, mniej lub bardziej użyteczne, czasem tylko trochę może ozdobne. Robię to dla siebie, dla samej przyjemności tworzenia - lepienia, malowania, rysowania, dziergania itd. Na sprzedaż pójdą obrazki, może czasem zakładki, bo też mi się ich trochę niechcący w międzyczasie naprodukowało ;). No, zobaczymy...


Stwórz dla siebie wizję tak ekscytującą, 
abyś nie miał czasu na angażowanie się w destrukcyjne aktywności.
Życie naprawdę może być pełne radości, 
wystarczy tylko podjąć wysiłek, wstać i spróbować.

Damian Sobański

Pogoda traktuje nas dość łaskawie, jeśli porównać to z permanentną suszą albo huraganami i gwałtownymi burzami z gradem, jakie nawiedzały inne części kraju. Upały owszem, dają w kość, ale trwają po kilka dni, potem bardzo przelotna burza, spokojny deszcz, który zawsze tam jednak choć odrobinę podlewa ogródek, tak że ziemia nie zamienia się w skorupę, a po nim następuje ochłodzenie do znośnych temperatur. I tak na zmianę. Upały mnie rozwalają, to nie jest mój żywioł, no ale trzy dni wytrzymuję, do kolejnego deszczu. Ostatnio opadów trochę mniej, ale noce przynajmniej w sierpniu są już chłodniejsze, lepiej się śpi.

Pod koniec dnia siadamy na tarasie i obserwujemy uwijające się nietoperze. Dzięki nim nie mamy problemów z muchami, komarami i innymi uciążliwymi owadami. Ryby w stawie też zjadają larwy komarów, więc w zasadzie komary to bardzo rzadko widywani goście w naszym domu i ogrodzie. Natomiast nietoperze bywają też w moim biurze, które mieści się w poniemieckiej kamienicy z niezbadanym przepastnym strychem, w którym prawdopodobnie nietoperki mają jakąś swoją stałą miejscówkę. Jednak latem niemal co roku kilka młodych sztuk włazi nam - chyba przez pomyłkę - do biurowej łazienki przez uchylone na stałe okno. W dzień nie są uciążliwe, bo śpią zazwyczaj w wannie (no tak, mam wannę w biurze), albo w jakimś kącie. No ale biuro nie jest odpowiednim miejscem do mieszkania dla nietoperzy, a one po prostu nie potrafią samodzielnie się wydostać. Robimy więc akcje odławiania nocnych łowców, przy pomocy grubych rękawic i pudełka. Po czym w kolejnym roku znowu ktoś zapomina, że latem okno trzeba na noc zamykać, i kolejne nietoperki mamy w łazience. Podobno dom z nietoperzami to szczęśliwy dom :).


źródło


Te nasze nietoperki biurowe to prawdopodobnie karliki. Jedne z najmniejszych polskich nietoperzy, a każdy z nich potrafi w ciągu nocy zjeść nawet 2 tysiące komarów! Natomiast jakie konkretnie nietoperze latają po naszym ogrodzie to nie wiem dokładnie, bo śmigają o zmierzchu jak błyskawice i trudno im się dokładniej przyjrzeć, ale to też jedne z mniejszych, prawdopodobnie mroczki. 

A w nocy z naszego tarasu, a jeszcze lepiej z balkonu, pięknie widać rozgwieżdżone niebo i Perseidy. Zielsko pachnie, wrotycz, mięta i melisa, bylica i nie wiem co tam jeszcze... Fajnie jest :).


I na koniec - panna Balbinka oczekująca na drapanko po brzuszku - najchętniej wylegująca się na nowym chodniczku wyprodukowanym niedawno przez pańcię ze znoszonych t-shirtów.



... i zaczątek kolejnego chodniczka, mniejszego i w zupełnie innej kolorystyce. Może innemu kotkowi przypadnie do gustu, chociaż w zasadzie to mam już obmyślane nieco inne zastosowanie dla niego...


Materiał: górka czarnych t-shirtów przeznaczonych "na szmaty" i jeden czerwony, oraz odrobina luksusu czyli włóczka o ekskluzywnym składzie wełna z jedwabiem (ale zalegały te kłębki bezużytecznie od lat i w końcu się przydadzą), a dla urozmaicenia muliny w różnych kolorkach, z epoki dawno porzuconej manii haftowania. Wciągnął mnie ten recykling, czy też raczej - upcykling 😀.

********


poniedziałek, 20 lipca 2026

Plotę sobie...



Plotę wianki z łąkowych kwiatków i moich własnych hortensji, które zaczynają dopiero kwitnąć, ale kwitną obficie. Suszę rozmaite roślinki i będę układać z nich bukiety. Dawno temu lubiłam takie kompozycje z suchych kwiatów, robiłam je najczęściej z róż i kłosów zbóż, z różnymi trawami. Potem na długo przestały mi się podobać takie dekoracje. A teraz znowu wracam do nich, w nieco innej odsłonie. 



Wianek dość słusznych rozmiarów, 65 cm średnicy. Może to nie jest mistrzostwo świata, nie jestem biegła w tej dziedzinie, ale jakoś wyszło. Przy pomocy sznurka połączyłam bluszcz, hortensje, wrotycz, trochę lawendy i jakieś trawy. Najpierw to podeschnie na leżąco, potem pewnie trzeba będzie trochę pouzupełniać, bo się rozluźni, i wtedy będzie dalej schło już na wisząco - do góry nogami, rzec można. Albowiem przeznaczenie tego wianka jest od dawien dawna zaplanowane - będzie ramą do górnego oświetlenia w altance, skomponowanego z tzw. cotton balls. No, zobaczymy, co z tego wyjdzie, nie omieszkam pokazać światu.



Od znajomych dostałam wiadro jagód. Zwykle robiłam je do słoików zasypując cukrem i zagotowując. Tym razem nie bardzo mi się chciało, więc większość zamroziłam, a część zasiliła sezonowe koktajle na bazie kefiru/jogurtu/śmietany/mleka, z dodatkiem zeszłorocznych truskawek w syropie. Oraz galaretki owocowe z wkładką z jagód, żurawiny i pokrojonych w kosteczkę jabłek. 

Po czym, przy okazji oddawania pustego wiaderka, dostałam kolejne dwa 10-litrowe wiadra jagód. Połowa znowu do zamrażarki, resztę zagotowałam z cukrem i zapakowałam do słoiczków. Taka niespodziewana robota mi się trafiła, trochę może nie w czas, bo z roboty zasadniczej czyli z firmy wracałam zmordowana (wiadomo, końcówka to najwięcej zamieszania), no ale darowanemu koniowi... Fajnie, że ktoś tych jagód za mnie tyle nazbierał :). Te jagody zaś zainspirowały nas do wycieczki w okoliczne lasy, ale pogoda się zbiesiła, od sobotniego wieczoru ciągle padało, więc trzeba to przełożyć. 

W ogrodzie po raz drugi w tym sezonie zakwitł oleander, spisany już prawie na straty, bo jakoś zmarniał nagle. Do tej pory rósł sobie w donicy i był kłopot z targaniem krzaka z ogrodu zimowego do letniego i na odwrót, w zależności od pory roku, po czym się okazywało, że jednak pogoda nieodpowiednia bo nagły przymrozek albo przeciwnie, a to znowu jakieś robactwo sie zalęgło, i w końcu podjęliśmy decyzję, że wsadzamy do ziemi i niech sobie radzi. Na razie poradził sobie świetnie, bo z suchego badyla wypuścił kwiaty i mnóstwo nowych liści. Na zimę będziemy okrywać włókniną. 



Firma w zasadzie już zamknięta, ale jeszcze w ostatnich dniach były różne rozliczenia, jeszcze ktoś coś sobie przypomniał, że potrzebuje ode mnie jakichś informacji czy kwitów, a to znowu trzeba jednemu i drugiemu to czy tamto objaśnić, przekazać itd. Zostało sprzątanie, czyli wywożenie gratów, sprzętów, komputerów, mebli, papierów, wybujałych przez te lata kwiatów biurowych. Od klientów dostałam trochę prezentów, kwiatki, czekoladki, flaszki. Oraz taki jeden kwiatek na przykład, który podobno modny był za czasów naszych babć, a ja nie kojarzyłam - gloksynia. Ma ciekawe mięsiste, dość grube i omszone płatki kwiatowe, pięknie kwitnie, ale jest dość wrażliwa. Nie za dużo wody, nie za dużo słońca, ale za mało też nie, no i żeby przeciągów nie było... Postawiłam na oknie w przedpokoju, od północnego wschodu, chyba jej tu dobrze.

Umówiłam się jeszcze z moimi dziewczynami na koniec miesiąca, bo została do zrobienia wypłata, świadectwa pracy, ostatnie ogarnięcie. Nie wiem jeszcze co dalej z lokalem, nie mogę się zdecydować, trochę mi szkoda się z nim rozstać, bo to było kiedyś piękne 100-metrowe mieszkanie w poniemieckiej kamienicy, duże okna, sufit na wysokości 3,5 metra, pierwsze piętro. Nawet pytałam syna, czy nie chce na mieszkanie, bo jego jest małe, ale on myśli o domu z garażem, a raczej o garażu z domem (klasyczny grzebacz samochodowo-motocyklowy - to jego pasja, więc przede wszystkim chodzi o ten garażo-warsztat, jakaś stodoła itd). Więc chyba lokal na sprzedaż, tylko trzeba będzie trochę odświeżyć, ale teraz nie chce mi się o tym myśleć.

W sobotę, dzień po oficjalnym zamknięciu firmy, rzuciłam się w wir prac ogrodowych. Krzaczory niektóre wołały o przycięcie w zasadzie od jesieni, ale wtedy nie wszystkie dałam radę ogarnąć, na wiosnę też było co innego do roboty, potem to wszystko zakwitło, no i dopiero teraz można było ciąć. Nie będę odkładać na jesień, bo znowu coś nie wyjdzie... 


te hortensje z tyłu są wyższe ode mnie, dopiero zaczynają kwitnąć

Naharatałam zatem żywotników, krzewuszek, berberysów, irg i co mi tak jeszcze pod sekator wpadło, przy okazji przycięłam też trochę bez, bo rozrastał się trochę bez sensu, właściwie to miałam już mały bzowy zagajnik. Gąszcz zniknął, zrobiło się miejsce na żurawki i tawułki, o których ciągle myślałam, a nie bardzo było gdzie wsadzić. Po tej akcji odsłoniła się jedna oszklona ściana ogrodu zimowego, która była mocno z zewnątrz zarośnięta, i ujawniła swoje sponiewierane oblicze. W środku okna owszem na bieżąco umyte, ale na zewnątrz nie było podejścia, bo ten gąszcz, oraz trochę tam jest pochyło, bo na skarpie, więc z jakąś drabiną to niezbyt bezpiecznie w tych krzakach. Więc teraz trzeba będzie dobrze się przyłożyć. Robota nie mam, ale i tak byłby problem, bo u góry są małe szybki i mimo wszystko trzeba tam się wspiąć i ręcznie doczyścić. Powinnam dokupić lancę/przedłużkę do myjki okiennej (mam Karchera).


gąszcz w środku i na zewnątrz

Tak więc początek wolności zapowiada się intensywnie roboczo w domu i zagrodzie. Snuję różne plany na ogród, bo zaraz jesień i trzeba w końcu obsadzić ugory w różnych miejscach. W jednym kwiatki i krzaczki ozdobne, w drugim jakaś spożywka.

Ślimakom zapowiedziałam, że jak spróbują mi coś obżerać, to już nie będzie nierównej ekologicznej walki, tylko wkroczy ciężka chemia czyli niebieskie granulki. Mimo protestów męża, który każdemu sponiewieranemu ślimakowi gotów robić sztuczne oddychanie, już w ubiegłym roku posypałam truciznę w rejonie świeżo posadzonych funkii, bo to przysmak tych oślizgłych obrzydliwców i zaraz na drugi dzień sie zleciały, jak tylko kwiatki posadziłam. Któregoś roku w czasie ślimaczej plagi poległy mi całe zagony truskawek i od tej pory już ich nie uprawiałam. Ale jesienią zamierzam posadzić nową plantacyjkę i już nie będzie zmiłuj. Na szczęście ślimory chyba zrozumiały, bo widuję tylko pojedyncze egzemplarze, czmychające na mój widok gdzie pieprz rośnie.



Wysłałam swoje zgłoszenia do Art-Madam i Pakamery, będę próbować sprzedawać moje wytworki. W domu leżą stosy obrazków, no i będzie wreszcie czas na malowanie, więc dzieł przybędzie. Tak że jedne drzwi zatrzasnęłam i otwieram od razu następne :). Pomysł z otwarciem sklepiku na portalu z rękodziełem kiełkował od dawna, ale w moim przypadku to nie jest taka prosta (czytaj: tania) sprawa, bo mam zarejestrowaną firmę i jestem w dodatku czynnym VATowcem, więc nie mogę korzystać z dobrodziejstwa mniej opodatkowanej i nieozusowanej działalności nierejestrowanej. Połowa zarobku pójdzie na opłaty. Ale zobaczymy jak to się rozwinie. Jak się rozmaluję, to może pomyślę raczej o stronach związanych bardziej ze sztuką, albo puszczę to innymi kanałami... Na razie dopiero zaczynam tę przygodę, więc zobaczymy.

Zastanawiałam się też, co ja będę robić w sferze umysłowej, jak już opanuję ten mój włoski w stopniu w miarę zadowalającym. Bo ja lubię takie zajęcia do myślenia i uczenia się czegoś nowego. Ostatnie moje wyczyny to podyplomowe rolnictwo (bo były pomysły, żeby kupić działkę rolniczą, a na to trzeba mieć papiery, no to kto, jak nie ja, i tadam! mam to!), potem intensywna współpraca przy pisaniu projektu inżynierskiego oraz pracy dyplomowej z tejże inżynierii, a teraz nauka włoskiego. No i wymyśliłam: będę uczyć się grać w szachy! Bo nie umiem. A na Duo też są szachy, więc spróbuję. Tak że plany mi się rozwijają, nudy nie będzie :). 

Rozwalają mnie zatroskane pytania od co piątej osoby w stylu "a co pani będzie w domu robić"? Ale niestety, dla niektórych ludzi praca to całe ich życie, nawet niekoniecznie z powodów finansowych. Bo jeszcze bym zrozumiała, że ktoś musi, bo mu emerytury nie wystarczy do pierwszego, bo komuś pomaga itd, ale przerażające jest, że wiele osób po prostu nie ma innych zainteresowań, pasji itd. Jak przechodzą na emeryturę , to tracą sens życia. Straszne. 

Mi to na szczęście nie grozi :).



********


niedziela, 12 lipca 2026

A na łące, a w ogrodzie...

Ostatni miesiąc mojej JDG, mnóstwo spraw do ogarnięcia, a jeszcze dziewczyny muszę wysłać na pozostałe z rocznej puli urlopy... Tak że praca niby tylko gdzieś do połowy miesiąca w zasadzie, tyle że bardziej intensywna niż zwykle, nawet w sobotę poszłam do firmy to i owo przejrzeć i uporządkować na spokojnie, kiedy nikt głowy nie zawraca. Brakuje mi więc w tym wszystkim czasu na inne rzeczy, przyjemności, blogowanie itp. 

Udało się jednak skończyć recyklingowy dywanik, tzw. szmaciak.


Cały chodniczek ma wymiary 110x180 cm, ciężko go było zmieścić w całości na zdjęciu.




Poszło całkiem sprawnie, bo to jest taka dość fajna robótka bez spiny, że coś nierówno, czy coś tam - bo właśnie miało być nierówno :). Owszem, trochę było też nauki na własnych błędach, no bo przecież co tam tutoriale na YT, ja pójdę na skróty i sobie ułatwię, a potem kombinowanie i poprawianie. Robiłam go w zasadzie intuicyjnie, ale jakby ktoś chciał sobie wydziergać podobny chodniczek, to filmików z instrukcjami jest pełno w internetach. 


Dorobiłam mu frędzle, bo mi czegoś brakowało na tych końcówkach, a że zdecydowałam się na trudniejszą wersję, skręcaną przy pomocy szydełka... no to ech... trochę mi to zajęło, najbardziej upierdliwy kawałek pracy. Około 250 frędzelków, a każdy trzeba skręcić po 20 razy. Ufff... Następnym razem zrobię zwykłe wiązane.

Bardzo jestem z tego chodniczka zadowolona, pasuje mi do sypialni i w ogóle jest super, taki jak miał być. Kolorem, strukturą, naturalnym składem. I przypomina mi wakacje u babci, bo były tam takie podobne "szmaciaki" tkane przez babcię :). I będą następne dywaniki z pewnością, bo mi się to spodobało -  pierwszy w kolejce jest bardzo kolorowy projekt, a że będzie o połowę mniejszy od tego pierwszego, to pewnie szybciej też mi z nim pójdzie. Na razie jeszcze zbieram materiał w odpowiednich kolorach i dobieram nici. Oprócz starych t-shirtów wykorzystam przy okazji różne resztki wełenek i mulin z czasów, kiedy haftowałam i dużo dziergałam. Aż mi żal, że całkiem niedawno wyrzuciłam poplamione czymś trwale koszulki w ostrym turkusie i fuksji, ech, ależ by mi teraz pasowały... 




Na polach i łąkach pobliskich szaleństwo trwa i kwiecia przeróżnego, wybujało wszystko po deszczach i w ciepełku. Wypatrzyłam kilka nowych gatunków. Nie wszystkie udało mi się rozpoznać i sklasyfikować, ale na przykład pojawiła się taka oto nieznana mi wcześniej roślinka - trojeść amerykańska (asclepias syriaca). Zdjęcie z internetu, bo na przebieżki z psem nie zabieram żadnego sprzętu do fotografowania (a swoją drogą... może powinnam to zmienić):

źródło


Podobno gatunek inwazyjny, niestety. Rośnie kilka kęp takich egzemplarzy tuż przy ścieżce, którą wędrujemy z pieskiem, i zwróciłam na nie uwagę już w momencie, kiedy wypuszczały pierwsze liście, bo wśród morza wiotkich traw i drobnych kwiatków wyróżniały się sporymi rozmiarami, potem pokazały się pąki kwiatowe i z niecierpliwością czekałam na to co też tam się rozwinie. A w międzyczasie oglądałam w internetach jakieś ogrodnicze ciekawostki i rzuciła mi się w oczy ogniście pomarańczowa... trojeść bulwiasta/pomarańczowa (asclepias tuberosa). I już po liściach i pąkach kwiatowych skojarzyłam, że mój łąkowy obiekt zainteresowania to także trojeść. Wszystkie odmiany trojeści są miododajne i pięknie pachną, zwabiają więc do ogrodu motyle i pszczoły. A mam już w planach zakup białej trojeści orszelinowej, bo najbardziej lubię białe kwiaty.

W ogrodzie skończyły się już czereśnie i porzeczki, wiśnie kończymy zbierać, natomiast cieszą mnie posadzone jesienią krzewy borówki amerykańskiej - dostaliśmy kilkuletnie krzaki z likwidowanej plantacji i były obawy, że w pierwszym roku będą słabo owocować, a tu proszę, owocków zawiązało się mnóstwo, pierwsze już jedliśmy!



No i zaczynają kwitnąć kolejne odmiany hortensji - w takiej fazie najbardziej je lubię - biało-limonkowe.


I skarby łąkowe do wazonu - wrotycz, który też bardzo lubię. Część stoi w wodzie, część będzie na suche bukiety. Oraz krwawnik, trawy różne i dzika marchew. Żeby się upewnić, że to marchew a nie inne podobne coś - poczytałam w internetach i obejrzałam ciekawy filmik pana Łuczaja. 


Dowiedziałam się na przykład, że u dzikiej marchwi znakiem rozpoznawczym jest jeden malutki kwiatuszek w kolorze ciemnego bordo, brązu albo wręcz czerni - na samym środku białego kwiatostanu. No i proszę - faktycznie! Oglądałam potem na łące i rzeczywiście wszystkie większe, w pełni rozwinięte kwiatostany marchwi miały ten prawie czarny punkcik na środku. A zanim się dowiedziałam i bacznie przyjrzałam, to myślałam, że to takie robaczki :))).


widoczny na środku czarny kwiatuszek

Lubię takie ciekawostki o roślinach, podobnie jak o ptakach, potem opowiadam rodzinie i znajomym i oni myślą, że ja taka znawczyni jestem :). A to tylko wybiórcza wiedza o tym, co akurat gdzieś zaobserwowałam - po prostu lubię pogłębiać wiedzę, wyszukiwać jak najwięcej ciekawych informacji o napotkanych stworzeniach i roślinach.

********