sobota, 14 marca 2026

Lauren Weisberger - ta od "Diabeł ubiera się u Prady".

Gdyby nie to, że mąż podsunął mi do czytania akurat te dwie książki, które wygrzebał u znajomych, to nadal pewnie bym nie wiedziała o istnieniu osoby o nazwisku Weisberger. Bo film "Diabeł ubiera się u Prady" owszem kilka razy oglądałam i może jeszcze kiedyś obejrzę, ale nie zakonotowałam sobie, że autorką książki, na podstawie której ów film nakręcono, była Lauren Weisberger. Nic mi to nazwisko nie mówiło. Być może kiedyś, przy okazji filmu, do ucha mi wleciało, ale drugim zaraz wyleciało. Dla zainteresowanych skrót życiorysu autorki - podaję za portalem "Lubimy czytać":

Amerykańska pisarka i dziennikarka. Ukończyła Cornell University. Przez rok włóczyła się z plecakiem po świecie, odwiedzając m.in. Europę, Izrael, Egipt, Tajlandię, Indie i Nepal. Po powrocie do USA podjęła pracę w prestiżowym magazynie mody „Vogue”, a następnie w czasopiśmie podróżniczym „Departures”; uczestniczyła też w warsztatach literackich. Swoją szefową z „Vogue’a”, Annę Wintour, sportretowała jako Diabła w opublikowanej w 2003 roku powieści Diabeł ubiera się u Prady, która okazała się światowym bestsellerem. Powodzenie debiutanckiej książki przełożyło się na sukces jej filmowej adaptacji z Meryl Streep i Anne Hathaway w rolach głównych. Oprócz Diabła…, Weisberger ma w swoim dorobku pięć powieści: Portier nosi garnitur od Gabbany, W pogoni za Harrym Winstonem, Ostatnia noc w Chateau Marmont, Zemsta ubiera się u Prady, Gra singli oraz najnowszą When Life Gives You Lululemons, która w USA ukazała się latem 2018 roku.




Jak wspomniałam - film "Diabeł ubiera się u Prady" obejrzałam kilka razy - bo mi się spodobał, rzecz jasna. Oczywiście nie wszyscy zapewne są fanami tej produkcji, ale film zdobył mnóstwo nagród i niewątpliwie odniósł zasłużony sukces. Dlaczego w ogóle ten film obejrzałam? Bo uwielbiam Meryl Streep. I to był powód główny, bo dla samej Meryl Streep obejrzę każdy film, w którym ona zagra. Lubię też Anne Hathaway. Opis fabuły wyglądał dość interesująco, więc z tych powodów obejrzałam po raz pierwszy. Dlaczego natomiast oglądałam po raz kolejny? Bo to jest świetny film :). Genialni aktorzy, aktorki zwłaszcza, ale na przykład Stanley Tucci też był fantastyczny. No i od czasu do czasu chyba większość z nas lubi obejrzeć sobie życie tzw. wyższych sfer, nawet jeśli ta wyższość dotyczy wyłącznie pieniędzy, których sami nie mamy - tak z ciekawości, jak można sobie dzięki nim życie ulepszyć albo spieprzyć. Piękne stroje, piękne wnętrza itd. Miło się ogląda, mnie zawsze interesuje scenografia, plenery, kostiumy itd. Zwracam uwagę na przykład na takie rzeczy, jak dobór kolorów - w niektórych filmach jest to bardzo widoczne, że stroje i wnętrza są w jednej tonacji, albo przeciwnie - kontrastowo bardzo przemyślnie dobrane - kilka seriali w TV obejrzałam tylko dlatego, że podobała mi się scenografia, po prostu sprawiało mi przyjemność oglądanie, fabuła nie była istotna. A w tym konkretnie filmie dochodzi jeszcze dynamiczna akcja, błyskotliwe dialogi i wyraziści bohaterowie, miesza się życie zwykłych ludzi z blichtrem i blaskiem fleszy i brylantów, świat prostych rzeczy i drobnych codziennych przyjemności zderza się z bezpardonową walką o wpływy, duże pieniądze i rozgłos medialny. Mamy okazję zajrzeć za kulisy rozgrywek personalnych w świecie wielkiej mody, zarówno na najwyższych szczeblach, jak i wśród aspirujących asystentek. Film skłania też do refleksji i zastanowienia nad tym, co w życiu jest ważne, ile można poświęcić dla kariery i czy warto zaprzedać duszę Diabłu. Nie będę streszczać, bo większość pewnie ten film zna, no i nie po to jest ten wpis. Miało być o książkach.


Meryl Streep jako Miranda
w filmie "Diabeł ubiera się u Prady"


Książki "Diabeł ubiera się u Prady" jednak nie przeczytałam. I nie planuję. Bo film jest bardzo dobry, a książka zwykle bywa czymś zupełnie innym. Nie chcę przeżywać rozczarowania. Tym bardziej teraz, kiedy przeczytałam kolejne książki tej samej autorki i mam poczucie straconego czasu. Natomiast z pewnością obejrzę drugą część filmu (bo gra Meryl Streep), chociaż trochę się obawiam, bo z sequelami różnie bywa...

Ale ad rem...

  • LAUREN WEISBERGER - "Portier nosi garnitur od Gabbany". Wydawnictwo Albatros, 2010r, 448 str.

Po przeczytaniu 1/4 książki byłam już nią okropnie zmęczona, ale brnęłam dalej, no bo może coś się rozkręci. W połowie uznałam, że nie dam rady jej doczytać do końca, bo tak naprawdę nic się nie dzieje, akcja żadna, jeśli nie liczyć opisów kolejnych podobnych do siebie eventów, poziom literacki beznadziejny, gorzej niż w typowym Harlequinie. Ale... w tym momencie, czyli gdzieś około połowy książki, nastąpiło przełamanie i dalej jakoś dało się czytać. Więc ostatecznie dojechałam do końca, nawet bez większych skrótów. Książka jednak generalnie słaba. Gdyby mocno skrócić tę pierwszą część (nudną i straszliwie przegadaną, w większości o niczym, o jakichś wydumanych bzdurach), to byłaby to - moim zdaniem - książka co najwyżej przeciętna. 

Styl jest bardzo nierówny, początek bez pomysłu, rozwleczony niemiłosiernie, później już idzie nieco bardziej składnie i w miarę ciekawie, można się trochę wciągnąć w całą tę historię, chociaż też szału nie ma. A zatem krótko o fabule. Część pierwsza to zwyczajne, codzienne dialogi bez polotu, drobiazgowe obserwacje niezbyt rozgarniętej dziewczyny, takiej słodkiej idiotki, mówiąc wprost. W gruncie rzeczy cała ta historia to próba odgrzewania kotleta, bo scenariusz bezpiecznie bazuje na głównych pomysłach z pierwszej książki. Jedno się sprzedało, to może i drugie się sprzeda, a pomysłów oryginalnych jak widać brak. Tam jednak były przynajmniej jakieś skomplikowane intrygi oraz spektakularna przemiana bohaterki, tutaj natomiast narratorka przez połowę książki chodzi z imprezy na imprezę, ciągle zachwyca się mnóstwem pięknych i chudych ludzi, o których nic nie wiemy, poza tym, że są cudowni, piękni, mają piękną skórę i piękne ręce, nogi itd. I nieustannie ktoś kogoś obejmuje i całuje i wszyscy się ekscytują, że ojej tak dużo ludzi i ojej jacy oni cudowni i w ogóle ojej jaka cudowna impreza i tak dalej w tym stylu, ojej. Co chwila okazuje się, że to czy tamto miejsce jest absolutnie zachwycające i seksowne, a ludzie też niesamowicie seksowni. Bez konkretów. Żadnej próby przekonania czytelnika, bardziej precyzyjnego opisania zjawiska. Pewnie są czytelnicy, którzy tak lubią - autor pisze, że jest cudownie, to oni natychmiast czują, że jest cudownie, nie zawracając sobie głowy dociekaniem - dlaczego mianowicie jest tak cudownie. Ja dociekam. Chciałabym sama to poczuć z kontekstu, a nie - dowiedzieć się z suchego przekazu.

W "Diabeł ubiera się u Prady" Andrea, zwyczajna dziewczyna marząca o pracy w przeciętnej redakcji, zostaje dziwnym trafem asystentką wpływowej szefowej najważniejszego pisma o modzie. Jak się dowiadujemy - to praca, o której marzą tysiące dziewczyn na Manhattanie. W "Portier nosi garnitur od Gabbany" główna bohaterka Betty Robinson też szuka pracy, trafia - a jakże - do znanej i modnej agencji eventowej czy też public relations, jak bajkowy Kopciuszek trafia od razu na - częściowo służbowy - bal establishmentu, a stamtąd nie wiadomo znowu jakim cudem ląduje w mieszkaniu i łóżku faceta "o którym marzą tysiące dziewczyn na Manhattanie". Przystojny, seksowny, bogaty, utytułowany, ustosunkowany, grzeczny (nie przeleciał pijanej panienki a nawet się nią zaopiekował) itd. Oczywiście, jakżeby inaczej. Wachlarz przymiotników nie jest zresztą zbyt bogaty, powtarzają się wciąż te same określenia, z których niewiele wynika, trudno sobie zwizualizować te postaci. No i nie do końca wiadomo, dlaczego bohaterka nie chce tego uroczego przystojniaka. Koleżance mówi, że to rozpuszczony bogaty dzieciak, ale chyba żadna opisana systuacja tego nie uzasadnia, a chwilami nawet wręcz przeciwnie. I no cóż - bohaterka właściwie sama nie wie, czy go chce. I tak się ta kwestia wałkuje na dwustu stronach. Gdzieś tam pod koniec to i owo się wyjaśnia, chociaż zaskoczeń brak, bo średnio inteligentna osoba dość szybko domyśli się kto jest kim w intrygach szytych grubymi nićmi. Ale mniejsza o przewidywalną i nudną fabułę. Jak wspomniałam - Betty snuje te swoje rozkminki na poziomie gimnazjalistki przez pół książki, a przecież jest 27-letnią kobietą pracującą w znanej firmie obsługującej ważnych klientów, biznesmenów, projektantów, artystów, dziennikarzy itd - i nawet, jak się z czasem okazuje, zawodowo doskonale sobie radzi. Po którejś tam już książce-kalce pani Weisberger mogłaby jednak bardziej się wysilić i dopracować postać głownej bohaterki, dialogi i całą fabułę. Oraz pozbyć się swojej obsesji na punkcie chudych ludzi.

No i dopiero gdzieś w połowie, kiedy już miałam rzucić to marne książczydło w kąt, zaczęło się powoli coś dziać, jakiś nagły zwrot w ślimaczej akcji, nowy amant wkracza znienacka w życie naszej nieogarniętej bohaterki. I tu znowu bez zaskoczeń, bo jest kucharzem i marzy o własnej restauracji - podobnie jak chłopak Andrei z "Diabeł ubiera sie u Prady". No patrzcie państwo, jak oryginalnie. Pani Weisberger najwyraźniej bała się przełamać sprawdzony schemat z udanego debiutu. Na szczęście jednak wzięła się w końcu w garść i nawet styl jej się nieco poprawił. Miałam wrażenie, jakby dwie części książki napisały dwie różne osoby. Fabuła nabrała rumieńców, pojawili się inni bohaterowie, jakieś nowe sytuacje, trochę życia rodzinnego z oryginalnymi postaciami, trochę wspomnień szkolnych - miłych i niemiłych, coraz bardziej zagmatwane machinacje, a główna bohaterka przestała odgrywać głupkowate dziewczątko.

Tak więc ostatecznie doczytałam do końca, ale nie polecam. Mimo kilku całkiem inteligentnie napisanych fragmentów - książka niestety prezentuje poziom początkującej pisarki piszącej wprawki do szuflady, z mnóstwem amatorskich błędów stylistycznych i konstrukcyjnych. Nie wiem, w jakiego czytelnika pani Weisberger celowała, może to miała być powieść dla nastolatek i dlatego ja nie poznałam się na tym arcydziele? Ma jednak sporo wielbicielek, więc może ja się rzeczywiście nie znam. 




Za drugą książkę nie miałam ochoty się zabierać, ale skoro ją już miałam pod ręką, to zaryzykowałam...


  • LAUREN WEISBERGER - "Gra singli". Wydawnictwo Albatros, 2019r, 447 str.

Tutaj autorka postanowiła jednak zaszaleć, zerwała z bezpiecznym schematem i zmieniła nieco okoliczności, a mianowicie rzuciła czytelników na kort tenisowy. Oczywiście chodzi o oszałamiający świat WIELKIEGO tenisa i wielkich pieniędzy. Zaglądamy za kulisy rozgrywek turniejowych na najwyższym poziomie - Wimbledon, trenerzy, sparingpartnerzy, treningi, kontrole przedmeczowe i antydopingowe, diety, rehabilitacje, sponsorzy, kwestie sprzętu i ubrań sportowych, których niewłaściwy wybór może zmienić bieg historii, rywalizacja i współpraca, kreowanie wizerunku itd. A równolegle próby układania sobie normalnego życia - rodzina, przyjaciele itd.

No i tę książkę czytało mi się może bez większych emocji, ale było lepiej niż z poprzednią. Bohaterka - młoda utalentowana tenisistka - zachowuje się odrobinę bardziej dojrzale niż Betty z poprzedniej książki, więc już to było dla mnie plusem. Prawdopodobnie jednak za miesiąc nie bardzo będę pamietać o czym dokładnie była ta opowieść, bo - poza opisem przygotowań do kolejnych meczów i życia osobistego głównej bohaterki, podporządkowanego terminarzowi treningów i rozgrywek - niewiele się dzieje, żadnych zaskoczeń, znowu dużo rzeczy daje się przewidzieć. Jest wredna rywalka, jeden chłopak, potem drugi i trzeci, miła trenerka a potem wredny trener, no takie tam...

Obie te lektury niewiele wniosły w moje życie, ale umówmy się, że były po prostu lekkim usypiaczem wieczorową porą. I może wielu osobom przypadną do gustu, ale mnie się średnio podobały, takie zwyczajne historyjki, druga opowiedziana trochę lepiej niż pierwsza.

Kolejny wpis będzie też książkowy, ale już w całkiem innych klimatach.


********



W ostatnią niedzielę lutego, kiedy po kilku tygodniach mrozu nagle wybuchła wiosna i na termometrze było już 19 na plusie,  zrobiłam inspekcję domku dla pszczółek murarek. Domek zainstalowaliśmy w ubiegłym roku w ogrodowej altance, trochę późno, bo pod koniec lata, ale okazało się, że jeszcze jakieś spóźnialskie pszczoły poskładały tam swoje jajeczka i pozalepiały komórki. Miałam nadzieję zobaczyć na wiosnę wygryzanie i wyloty nowych owadów... Ale się okazało, że wystarczyło kilka ciepłych dni  w lutym - i oto pszczółek już w domku nie ma! Z jednej strony - cieszę się, że pomogliśmy pożytecznym owadom trochę się rozmnożyć, ale z drugiej - martwię się, że jeszcze zima zaskoczy i biedaczki pomarzną. No i jedzenia to dla nich w zasadzie jeszcze za bardzo na przełomie lutego i marca nie ma, bo niewiele kwitnie, w każdym razie nie w moim ogrodzie. Pierwsze podobno wygryzają się samce, samiczki jakieś 2 tygodnie później. Muszę pomyśleć o posadzeniu bardzowczesnowiosennych kwiatów na przyszły rok, żeby kolejne pokolenie miało gotową spiżarkę. Jedna murarka zapyla sto razy tyle kwiatów, co pszczoła miodna, są to więc bardzo pożyteczne zapylacze. A w ogrodzie mamy drzewa i krzewy owocowe, więc tacy pomocnicy są bardzo potrzebni, żeby owocki były, wiadomka.



Może to jest mało widoczne, ale kilka rurek trzcinowych i drewienkowych jest jeszcze zalepionych, część wygryzionych, a część nie była w ogóle zamieszkana. Czy w szyszkach i wiórkach coś mieszkało, to nie mam pojęcia, tak po wierzchu nie widać, a nie rozgrzebywałam, żeby się przekonać.

********

Zmieniłam sobie nicka. W życiu pozablogowym znajomi różnie do mnie mówią, niektórzy właśnie Megi, a że wydaje mi się to takie dość neutralne, nie za bardzo oficjalne i nie za bardzo zdrobniałe, to tak tutaj będę sie podpisywać. Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, żebyście używali innych form mojego imienia, wedle woli :).

******

czwartek, 12 marca 2026

Zamiast nitkowej zabawy.

W styczniu wspomniałam, że spontanicznie zgłosiłam się do blogowej zabawy "Nici, nitki i niteczki". Do styczniowego hasła "Miś albo zima" zrobiłam obrazek akwarelowy uzupełniony haftem matematycznym (tutaj można zobaczyć). Użycie dowolnych nici było podstawowym warunkiem, a mnie naszło właśnie na wyszywanie na papierze. Wciągnęła mnie wtedy historia powstania tej techniki i poświęciłam temu ten wpis: "Malowana matematyka". Dzisiaj jeszcze trochę ten temat rozwinę, ale najpierw jeszcze kilka słów o wspomnianej zabawie, bo... nie wywiążę się z marcowego zadania.

W lutym już miałam problem z realizacją zadania, nie do końca pasował mi temat walentynkowo-zimowy, ale przypadkowo znalazłam swój niedokończony haft - świąteczny samplerek, więc dokończyłam go i udało mi się w ten sposób wypełnić zobowiązanie. W marcu dalszy ciąg zabawy  "Nici, nitki i niteczki" - tym razem Anetta zaproponowała temat wiosenno-wielkanocny: kury, kurczaki, zajączki, baranki, jajka, bazie itp, oraz ewentualnie inne skojarzenia z wiosną, no i wskazane zostały kolory pastelowe. 



Wklejam banerek, ale niestety nie wyrobię się z zadaniem, zupełnie nie mogę się za to zabrać. W pracy zawalona jestem teraz robotą i w domu najchętniej odrywam się od wszystkiego czytając książki, albo grzebiąc w ogródku, bo akurat ostatnio pogoda dopisuje. A wena twórcza zupełnie mnie opuściła. Tak że sorry, ale w tym miesiącu odpuszczam udział w zabawie.

********

Kiedy pisałam post o hafcie matematycznym i jego historii, wspomniałam o string art, czyli tzw. sztuce sznurkowej, która była pierwowzorem do opracowania tej techniki haftowania. Szukając ciekawych przykładów gotowych haftów matematycznych nie trafiłam na nic spektakularnego, poza tymi z rosyjskiej galerii, które wówczas pokazałam w moim wpisie. Natomiast Anetta w komentarzu zwróciła moją uwagę właśnie na string art, wspominając, że w Polsce stała się ostatnio popularna. No i faktycznie, do stworzenia własnych całkiem ładnych obrazków z nici można kupić w róźnych sklepach kraftowych gotowe zestawy. Na przykład takie:

obrazek 40x40cm (źródło)



(źródło)

Zestaw kosztuje około 70-80 zł (na chińskich portalach o około 25% mniej), więc nie jest to tania impreza, ale jeśli ktoś chce się nauczyć i uzna ten wydatek za koszt nauki, to nie jest najgorzej. Dostajemy komplet materiałów oraz narzędzi, tak że od razu można przystąpić do działania, a potem, mając już za sobą ten pierwszy raz i minimum nabytego doświadczenia - dokupić dodatkowe nici i gwoździki i można robić własne projekty. Są też książki o sztuce sznurkowej, z przykładami i opisami wykonania. No i istnieje na przykład taka  strona internetowa String Art  Polska , gdzie można znaleźć jeszcze więcej (i jeszcze droższych, ale z dołączonym video-tutorialem) zestawów do tworzenia nicianych przeplatanek, a także uzyskać wiele wskazówek oraz obejrzeć lub zamówić niesamowite gotowe prace, np. całkiem realistyczne portrety zrobione w tej technice - no i to już jest wyższa szkoła jazdy:

(źródło)

A tutaj kilka przykładów string art z Pinteresta:





Najczęściej są to różnego rodzaju takie właśnie fraktale, mandale itp, ale bardziej zaawansowani twórcy potrafią ze szpulki nici i kilograma gwoździków wypleść taki jak wyżej realistyczny portret czy pejzaż - w sieci można znaleźć filmiki, na których widać cały proces wyplatania takiego skomplikowanego obrazu.

Oczywiście mimo pewnych podobieństw to wszystko nie jest haftem matematycznym, bo w hafcie nie wbijamy gwoździ w deseczkę, tylko dziurkujemy papier i przeciągamy nitkę przez te dziurki. Efekt jest zbliżony, ale w hafcie wygląda to delikatniej i estetyczniej, no i łatwiej jest zrobić jakiś drobny wzór, bo jednak nici przeciąga się nieco inaczej. Więc ja jednak będę trzymać się haftu, bo te gwoździki trochę mnie odstraszają :).

A wracając do haftu matematycznego - trafiłam w internecie na ciekawą stronę z bardziej szczegółowymi informacjami o Mary Everest-Boole, o której opowiadałam we wspomnianym wpisie. Jestem zafascynowana jej pomysłami, wyobraźnią i dokonaniami, więc chciałam to tutaj przekazać i sama dla siebie - utrwalić. Wklejam więc poniżej dość obszerne fragmenty, które mówią o ciekawym podejściu do metod nauczania matematyki, ale można je przenieść także na inne dziedziny:

""Z czasem Mary zaczęła uczyć, stosując metodę nauczania Déplace'a, włączając własne rozwiązania. Interesowało ją pokazanie, jak zwyczajne, codzienne czynności przygotowują dzieci do nauki matematyki. „…Dzieci robią takie rzeczy, jak malowanie lub szycie, liczenie dziesiątkami,… dzielenie się jabłkiem lub malowanie obrazu na ścianie. A w podświadomości rozwija się… rozumienie zera i nieskończoności, dodawania lub mnożenia przez ujemne… i wiele innych fundamentalnych idei matematycznych…”. Naturalne materiały i wyobraźnia: to była magiczna kombinacja, która budziła entuzjazm na jej lekcjach matematyki. Dziewczynki używały igieł, nici i tektury do tworzenia krzywych długimi ściegami. Chłopcy używali scyzoryków do ścinania gałęzi z żywopłotów. Używali opasek na kapelusze i listew z pudełek po cygarach do konstruowania trójwymiarowych figur. Wkrótce została uznana nawet przez dyrektora London Board of Education za wybitną i błyskotliwą nauczycielkę, gdy pewnego dnia, wchodząc do jej klasy, jedenastoletni uczeń pokazał mu zabawkę, którą zrobili na lekcji, a która demonstrowała zmieniający się promień krzywizny paraboli . Mary wierzyła, że ​​dzieci powinny „mieć okazję zobaczyć, jak jeden kształt geometryczny powstaje z drugiego. Lampa umieszczona na dnie głębokiego, okrągłego dzbana wyświetla na kawałku tektury przekroje stożkowe , które zmieniają się wraz ze zmianą położenia tektury”. Mary zauważyła, że ​​dzieci uwielbiają obserwować zmieniające się cienie, a to bardzo dobrze wpływa na naukę geometrii. Jeden z uczniów Mary napisał: „Myślałem, że się bawimy, a nie uczymy. Ale z czasem zdałem sobie sprawę, że Mary dała nam moc, która polega na samodzielnym myśleniu i odkrywaniu tego, co chcemy wiedzieć”.

Mary wynalazła również geometrię cięciw i tzw. „wykresy Boole’a”, które pomagają uczniom uczyć się geometrii kątów i przestrzeni. Mary napisała: „W moim dzieciństwie karty o różnych kształtach sprzedawano parami do zadań krawieckich. Karty były zaprojektowane tak, aby można było na nich malować; i miały rząd dziurek wokół krawędzi, przez które zszywano dwie karty. Ponieważ nie umiałam malować, coś podpowiedziało mi, że mogłabym ozdobić karty, przeplatając jedwabne nici przez puste przestrzenie za pomocą dziurek. Kiedy znudziło mi się przeplatanie w taki sposób, że nici krzyżowały się na środku i pokrywały całą kartę, przyszło mi do głowy, aby zmienić rozrywkę, przekładając nić z każdej dziurki do takiej, która nie była dokładnie naprzeciwko niej, i w ten sposób pozostawiając przestrzeń pomiędzy. Teraz czuję ekscytację, z jaką odkryłam, że mała pusta przestrzeń pozostawiona na środku karty była ograniczona symetryczną krzywą złożoną z maleńkiego kawałka każdej z moich prostych jedwabnych nici; jej kształt zależy od obrysu karty…” Przyjaciółka Mary napisała książkę zatytułowaną A Rhythmic Approach to Mathematics, w której opisano pewne eksperymenty z kartami Boole'a.

Mary uważała się za psychologa matematycznego. Jej celem było „…zrozumienie, jak ludzie, zwłaszcza dzieci, uczą się matematyki i nauk ścisłych, używając rozumujących części swojego umysłu, ciała i procesów podświadomych”.  Mary wierzyła, że ​​dzieciom należy dawać przedmioty matematyczne do zabawy i że każde dziecko powinno rozwijać idee i wzorce we własnym tempie. Mary nie była zwolenniczką pielęgnowania konkurencyjności w młodym wieku, co widać w jej słowach: „Stymulowanie konkurencyjności w procesach myślowych w młodym wieku jest szkodliwe zarówno dla układu nerwowego, jak i intuicji naukowej, a tam, gdzie dominuje rywalizacja, można uczyć tylko martwej matematyki”. Kolejną jej mocną stroną była komunikacja. Organizowała popularne niedzielne wieczorne rozmowy, podczas których studenci i Mary dyskutowali o matematyce Boole’a, filozofii, prawach zwierząt, logice, historii naturalnej Darwina, psychologii i tak dalej, oraz o tym, jak każda z tych dyscyplin wpływa na pozostałe. Koncentrowała te sesje na rozrywce, a nie na nauczaniu. Niektóre z jej publikacji zostały wydane pośmiertnie. Wiele z dokonań Mary Boole można nadal podziwiać w szkołach, mimo że w epoce wiktoriańskiej spotykały się one niekiedy z obojętnością.""

Źródło:  https://mujeresconciencia.com/2017/08/10/mary-everest-boole-1832-1916/

********


Trochę Was chyba dzisiaj zanudziłam ;). Za kilka dni wrzucę wpis książkowy, a później będzie bardziej malunkowo-obrazkowo.



wtorek, 24 lutego 2026

Jeszcze tylko 300 dni!

Do kolejnego Bożego Narodzenia jeszcze tylko 300 dni!  (no, prawie...)

Wszyscy już zapomnieli, szykują się do wiosny, a ja tu z takim tematem...


Tak w ogóle to jestem raczej taka "nieświąteczna", w sensie że wolę imprezowanie spontaniczne, niż pod rygorem daty w kalendarzu, no ale... nie wyłamuję się, skoro większość jest za, no bo w sumie co mi szkodzi. W rodzinie jest wciąż podtrzymywana tradycja, więc spotykamy się przy tej okazji. Sama mam miłe wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to cała liczna rodzina spotykała się w Wigilię u cioci (a ściślej mówiąc - ciotecznej babci) i wspólnie świętowała. Potem takie Wigilie odbywały się przez wiele lat u mnie, w gronie około 18-20 osób, a ostatnio moja siostra przejęła pałeczkę. Zmieniał się skład, bo jedni umierali, inni się rodzili, rodzina trochę się rozpierzchła po świecie, jedni wyjechali, inni wrócili, niektórzy wpadają z daleka na święta. Jak by nie było - to fajna okazja do spotkania całej rodziny w jednym czasie i miejscu. 

Nie mam też nic przeciwko dekoracjom bożonarodzeniowo-noworocznym, nawet je lubię, z przyjemnością dekoruję zawsze dom, zapalamy mnóstwo światełek, stroimy choinkę, a w tle obowiązkowo lecą dżingobele. 



Żeby nie wpadać w gorączkę przedświątecznych zakupów w ostatniej chwili, przy różnych okazjach i w wolnych chwilach w ciągu roku kupuję rozmaite świąteczne gadżety i robię sama dekoracje, które umilają potem zimowe wieczory. Niedawno, zamawiając jakieś akcesoria do ekspresu kawowego, zobaczyłam w ofercie sklepu urocze kubki z motywami "christmasowymi" (w odpowiedniej do pory roku promocji, ma się rozumieć). Spodobały mi się, więc kupiłam. Poczekają te 300 dni, albo wjadą na stół bez okazji :). 

I to jest jedna część historii, która prowadzi do tytułu dzisiejszego wpisu. 

Druga część to zabawa blogowa "Nici, nitki i niteczki" organizowana przez Anettę. Co miesiąc dostajemy wytyczne do przygotowania swojej pracy twórczej, no i na luty temat zabawy to 

"Serce, miłość, ciepło, a także zima ...i może coś pysznego".  


Od początku nie miałam jednak na to pomysłu, bo tworzenie jakichś obrazków czy innych gadżetów z walentynkową symboliką zupełnie mi nie odpowiadało. Nie, że mam coś przeciwko Walentynkom, ale tworzyć nic w tym stylu na tę okazję nie zamierzam, bo noworoczne to owszem, ale komeryjna serduszkomania trochę mnie irytuje w nadmiarze, zwłaszcza że jest bardzo monotematyczna (serduszka, serduszka, serduszka i nic więcej, no i wszystko na czerwono), więc tego typu dekoracji nie robię. Wobec tego, myśląc o dość obszernym temacie zabawy, próbowałam skupić się na zimie. Pojawił mi się na moment pomysł, żeby nawiązać do obrazka ze stycznia, tematyką i techniką. Były niedźwiedzie w Arktyce, to może dla odmiany pingwiny na Antarktydzie? Ale to jakoś tak bez szału... Miałam nadzieję, że kolejny temat na luty bardziej mnie porwie. Inne dziewczyny biorące udział w zabawie nie mają takich dylematów, robią na przykład szalik i już, jest motyw zimowy, nie da się zaprzeczyć. Ktoś nawet na niteczkową zabawę zgłosił jakieś kulinarne dzieło, zdaje się pasztet, czyli można i tak. Ja jednak aż tak daleko nie chciałabym odlecieć. Czas natomiast leciał, nic ciekawego do połowy miesiąca nie wymyśliłam, no i w końcu doszłam do wniosku, że skoro mi temat nie leży, to sobie odpuszczę, w końcu to ma być zabawa, czyli przyjemność, a nie jakiś przymus. 




Aleee.... jednak! Otóż, przekładając swoje hafciarskie przydasie, natrafiłam na niedokończony haft sprzed lat. Nie wiem dlaczego kiedyś go porzuciłam, a potem zapomniałam o nim całkiem. No i tak rozmyślając teraz nad nim doznałam olśnienia, że to może być mój "fant" na zabawę u Anetty. Jest haft, a więc użyte są nici, jest tematyka świąt zimowych, czyli łapie się w temacie lutowym, więc czemu nie? A przy okazji zagospodaruję jakoś ten zalegający w szufladzie niedokończony projekt. Szybciutko zatem dohaftowałam brakującą ćwiartkę, bo wzór jest bardzo prosty i łatwo poszło. Znalazłam stosowną ramkę (chociaż lepsza byłaby większa, z passe-partout, ale najwyżej kiedyś się to wymieni), no i mam gotową dekorację na kolejne grudniowe święta :).



A przy okazji zatęskniłam za haftowaniem krzyżykami, bo już daawno tego nie robiłam i nawet myślałam, że raczej nie wrócę do wyszywania.

Haft na kanwie 18ct, mulina DMC, rozmiar samego haftu około 25x25 cm. Taki rodzaj haftu nazywany jest samplerem, czyli próbnikiem, bo w dawnych czasach pomagał w nauce haftowania, oraz był wzornikiem do kopiowania i naśladowania, a także służył do nauki czytania i liczenia (często zawierał wzory liter, cyfr itd). Z biegiem lat wzorniki z przypadkowych zbiorów różnego rodzaju ściegów przeobraziły się w starannie opracowane kompozycje i zaczęły pełnić funkcję dekoracyjną. Pierwsze znane samplery pojawiły się w XVI wieku, a podstawowym ściegiem był zawsze haft krzyżykowy.

Przy okazji pokażę jeszcze inny wyhaftowany przeze mnie dawno temu sampler "Drzewo Życia" według wzoru Jana Houtmana (z małymi modyfikacjami). Taki rodzaj samplera był tworzony przy okazji ślubu i zazwyczaj zawierał imiona lub inicjały małżonków i datę ślubu. 


45x33 cm, kanwa 18ct kolor ecru, mulina DMC - kolory 3011 i 371.


To było większe wyzwanie, haftowałam najpierw z zapałem, ale pod koniec miałam już dosyć tej monotonnej pracy. Efekt może jest ciekawy, dużo się tutaj dzieje, ale haftowanie identycznych krzyżyków w tylko dwóch kolorach to jednak straszna nuda. Haft leży też w czeluściach szuflady, zapomniany od wielu lat. Może kiedyś doczeka się oprawy...




********

A na koniec tradycyjnie jak co miesiąc - marcowa ściąga, czyli nieoczywiste okazje do świętowania w marcu:
  •  1 marca - Dzień Przytulania Bibliotekarza

  • 2 marca - Dzień Staroci
  • 3 marca - Światowy Dzień Dzikiej Przyrody

  • 4 marca - Kaziuki (obchodzone głównie na Podlasiu, okazja do degustacji tradycyjnych potraw litewskich)
  • 4 marca - Międzynarodowy Dzień Mistrza Gry (RPG)
  • 5 marca - Dzień Teściowej
  • 5 marca - Dzień Doceniania (doceniaj, nie oceniaj)
  • 6 marca - Dzień Czystego Stołu
  • 7 marca - Dzień Płatków Śniadaniowych
  • 9 marca - Światowy Dzień Drzemki w Pracy
  • 10 marca - Dzień Całowania w Czoło
  • 13 marca - Dzień Klejnotów
  • 14 marca - Dzień Motyli
  • 17 marca - Dzień Świętego Patryka - irlandzkie, ale przyjęło się i u nas, jest okazją do imprezowania oraz picia piwa i whisky
  • 20 marca - Dzień Bez Mięsa
  • 20 marca - Dzień Wróbla
  • 21 marca - Dzień Wagarowicza
  • 21 marca - Światowy Dzień Lasu
  • 21 marca - Międzynarodowy Dzień Poezji
  • 21 marca - Dzień Wierzby
  • 24 marca - Europejski Dzień Lodów Rzemieślniczych
  • 25 marca - Międzynarodowy Dzień Gofra
  • 26 marca - Międzynarodowy Dzień szpinaku
  • 27 marca - Międzynarodowy Dzień Teatru
  • 28 marca - Dzień Doceniania Chwastów
  • 28 marca - Dzień Żelków
  • 30 marca - Światowy Dzień Muffinka
  • 31 marca - Światowy Dzień Budyniu

Lodami w lutym objadłam się tak, że w marcu to "lodowe" święto chyba odpuszczę :). Dzień bez mięsa mam codziennie, natomiast może skorzystam z okazji żeby przyjrzeć się bliżej kuchni litewskiej.



********

niedziela, 8 lutego 2026

Mandala mexicana.

Jestem trochę w niedoczasie ze wszystkim, więc wpadam tym razem na króciutko i pokazuję kolejną mandalę tekturkową. Jakoś tak mimochodem zmajstrowałam ją w mandalowym ciągu, więc czym prędzej pokazuję. Dłuższe opowieści będą w kolejnym wpisie, jak ogarnę rzeczywistość wokół mnie.



W poprzedniej mandali kilka osób dopatrzyło się inspiracji afrykańskich, no to tym razem mamy coś w stylu mexico. W centrum mandali umieściłam przywiezioną niegdyś przez me dziecię z Meksyku ceramiczną miniaturkę Kamienia Słońca, uważanego przez niektórych za kalendarz aztecki, ponieważ zawiera symbole różnych dat i okresów. Jednak najprawdopodobniej jest to przedstawienie mitu o pięciu słońcach, związanych z pięcioma erami kosmologicznymi w kalendarzu azteckim. W środku znajduje się wizerunek Tonatiuha, jednego z bóstw słońca, otoczony "wizytówkami" pozostałych czterech bóstw oraz symbolami kalendarzowymi i kosmicznymi. 

Oryginalny dysk Kamienia Słońca jest dość potężny, ma 358 cm średnicy, blisko metr grubości i waży 24 tony. Ze względu na wartość artystyczną i historyczną uważany jest za najcenniejsze rękodzieło azteckie

oryginalny Kamień Słońca w Narodowym Muzeum Antropologicznym w Meksyku
Foto: Rosemania - https://www.flickr.com/photos/rosemania/4419055059/, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=9695824


Moja miniaturka Kamienia ma średnicę 11 cm :). A cały obrazek: 50x70 cm.



Pozostałe elementy na obrazku nie mają realnych odniesień do jakichś konkretnych meksykańskich czy azteckich symboli, to jedynie wytwory mojej wyobraźni, może tylko odrobinę zainspirowane tamtejszą kulturą, zwłaszcza kolory zapożyczone. Koło tekturowe wycięte kiedyś (już nie pamiętam po co) samo się prosiło o wykorzystanie, nakleiłam to na podkład także z tektury, z opakowania po odkurzaczu. Lekko mi to zjechało na jeden bok, chyba w czasie przyciskania zestawem ciężkich przedmiotów, żeby się dobrze skleiło. No i skleiło się na amen, więc musi zostać jak jest :). 


Mam obecnie fazę upcyklingową i staram się wykorzystać rozmaite materiały, które walają się gdzieś po domu. Nie wynika to z oszczędności ani nawet proekologicznego podejścia, tylko zwyczajnie zaczęłam się wkurzać, że tyle śmieci z każdego kąta wyziera. Najwiekszy chomik w domu to mój mąż, jemu wszystko się przyda, ale ja sama jakoś tak niechcący dołożyłam to i owo do tych zbiorów. Tak że teraz jest akcja "czyszczenie magazynów". W związku z tym pewnie jakieś nowe mandale powstaną, albo coś w tym stylu. Ja po prostu lubię takie rzeczy robić :).



I to by było chwilowo na tyle, uciekam do spraw pracowych, a wrócę tutaj jak już uratuję świat.

*******

sobota, 31 stycznia 2026

Mandala, która miała być cała na biało. Oraz lutowe święta.

Wymyśliłam sobie kiedyś serię mandali, każda z jednym wiodącym kolorem. Zamierzałam je malować według kolejności na palecie barw. Kiedy przyszedł czas na realizację, zaczęłam więc od bazowej bieli... no ale przecież nie chcę takiej całkiem biało-białej. Choć można, oczywiście, samą fakturą podziałać. Ale nie o to chodziło tym razem. Więc po urealnieniu wizji dzieło miało być w różnych odcieniach bieli przełamanej głównie umbrą i sepią, z dodatkiem odrobinki starego złota oraz kropelki oranżu. A wyszło jak widać, czyli tak ogólnie beżowo, z jeszcze ciemniejszymi elementami, bo nie mogłam się powstrzymać przed dodaniem jakiegoś kontrastu :))). W każdym razie - teraz mam jednak zapotrzebowanie na jasną i łagodną paletę barw, więc pewnie wkrótce powstanie jakaś jaśniejsza w kolorycie kompozycja. Może biel z szałwiową zielenią i szmaragdem...? A potem z szarościami i szafirem? Wyobraźnia podsuwa pomysły, ale doby nie rozciagnę, więc zobaczymy, jak to będzie z realizacją...



Kolory na zdjęciach -  jak zwykle - i tak niezupełnie zgodne z rzeczywistością, dzień szarobury, w sztucznym oświetleniu wychodzi jeszcze gorzej.... 



Użyte materiały to tektura trójwarstwowa jako podłoże, karton, trochę kordonka, farby akrylowe i ptasie pióra. Staram się wykorzystywać to co mam nagromadzone (nie tyle z uwagi na oszczędność, co na chęć zredukowania nadmiernych zapasów), dlatego zrobiłam tę mandalę na tekturze z jakiegoś opakowania, a nie na porządnym podłożu malarskim, bo musiałabym je najpierw kupić. Tektura jest podklejona drugą, wiec jest dość sztywna i stabilna. A dzieła tego dla potomnych nie planuję zachować, największą frajdą była zabawa z tworzeniem, malowaniem, wycinaniem, klejeniem. Teraz to już można wrzucić do pieca... A nie, wróć - nie można, bo te farby wytworzą szkodliwy dym, który zagraża planecie bardziej niż spaliny odrzutowców i azjatyckich fabryk.




Farby akrylowe użyte do namalowania tego obrazka/kolażu to dla mnie stosunkowo nowa technika, w sensie że dość późno poznana. W czasach szkolnych malowałam najpierw plakatówkami, potem temperami, które bardzo polubiłam, a gdzieś w okolicy matury zaczęłam malować olejami i zakochałam się w tych farbach na długie lata. I ta miłość trwa, maluję w zasadzie tylko farbami olejnymi. Jakiś czas temu zaczęłam też oswajać na nowo akwarele, ale bez większego entuzjazmu, natomiast stęskniłam się za temperami. A że tempery zostały w zasadzie wyparte przez akryle, to sięgnęłam po te farby, bo maluje się nimi bardzo podobnie, choć niezupełnie tak samo. Pokazywałam już na blogu kilka obrazków malowanych akrylami i chyba za każdym razem powtarzałam, że nie polubiłam tej techniki. Przede wszystkim nie odpowiada mi to, co dla wielu twórców jest zaletą, a mianowicie szybkie schnięcie. Dlatego klasyczne obrazy wolę malować olejami, które pozwalają na spokojną pracę z barwami i tworzenie łagodnych przejść tonalnych, natomiast akryle doskonale nadają się do prac szybkich lub bardziej graficznych. Pomijam tu kwestię używania mediów spowalniających schnięcie, bo nie lubię używać takich dodatków. Więc jak pojawia się pomysł namalowania mandali, to farby akrylowe są pierwszym wyborem.





Użycie piórek zainspirowane jest mandalami Joasi (Jyoti). Po drodze do pracy mam zieleń nadrzeczną oraz dwa skwery porośnięte starymi drzewami, gdzie przebywa sporo ptactwa, więc czasem zdarza mi się zbierać pogubione piórka. Najczęściej kawcze, wronie i gołębie, czasem jakiś inny piórkowy drobiazg. I jak już się trochę nazbiera, to kombinuję - co by tu z nich zrobić. Teraz mam pomysł na kilka mandalek w rozmaitych kolorach, z doczepionymi piórkami. Ale jeszcze nie zaraz, inne projekty się wpychają w kolejkę.

Rozmiar 50x60cm.


********


Ponieważ luty za chwilę, to zgodnie z zapoczątkowanym pod koniec roku zwyczajem podrzucam tu kalendarium lutowych świąt, takich mniej znanych, nie-religijnych, nie-politycznych, po prostu do dobrej zabawy. Pogrubione są "kulinarne".

  • 1 lutego - Dzień Gumy do Żucia
  • 2 lutego - Dzień Pozytywnego Myślenia
  • 2 lutego - Dzień Świstaka w USA i Kanadzie, a u nas Dzień Niedźwiedzia
  • 2 lutego - Dzień Naleśnika
  • 3 lutego - Dzień Podlaskiej Muzyki
  • 3 lutego - Dzień Ciasta Marchewkowego
  • 3 lutego - Międzynarodowy Dzień Golden Retrievera
  • 4 lutego - Narodowy Dzień Domowej Zupy
  • 4 lutego - Dzień Wdzięczności dla Kuriera
  • 5 lutego - Światowy Dzień Nutelli
  • 6 lutego - Międzynarodowy Dzień Barmana (niby branżowe, ale...)
  • 9 lutego - Międzynarodowy Dzień Pizzy
  • 10 lutego - Światowy Dzień Suchych Nasion Roślin Strączkowych
  • 12 lutego - Ogólnopolski Dzień Pisania Piórem
  • 12 lutego - Tłusty Czwartek
  • 13 lutego - Międzynarodowy Dzień Kochania Samego Siebie
  • 14 lutego - Walentynki
  • 15 lutego - Dzień Singla
  • 17 lutego - Dzień Kota
  • 17 lutego - Ostatki, tzw. Śledzik
  • 24 lutego - Dzień Niespodziewanego Całusa
  • 25 lutego - Światowy Dzień Zakłądki do Książki
  • 26 lutego - Dzień Kabanosa
  • 26 lutego - Dzień Pozdrawiania Blondynek
  • 26 lutego - Światowy Dzień Pistacji
  • 28 lutego - Dzień Spania w Miejscach Publicznych

pamiętacie moją mandalę ze żmiją?


Wymieniłam m.in. 2 lutego - Dzień Niedźwiedzia. Było to święto obchodzone w Europie na długo przed wymyślonym dopiero w średniowieczu przez kościół katolicki dniem Matki Bożej Gromnicznej. Niedźwiedź był niezwykle silnym i zarazem tajemniczym zwierzęciem, przypisywano mu moce magiczne, a od 2 lutego wypatrywano, czy wyjrzy już ze swojej gawry, co miało zwiastować nadejście wiosny. Obecnie misie mają jeszcze inne święta, a mianowicie 27 lutego jest Międzynarodowy Dzień Niedźwiedzia Polarnego, 23 marca Światowy Dzień Niedźwiedzia i 26 marca Dzień Niedźwiedzia Grizzly - wszystkie te święta mają rolę edukacyjną, ustanowiono je w celu ochrony tych zagrożonych gatunków.

Jak wiadomo, wiele innych świąt w kalendarzu katolickim zostało również wprowadzonych poprzez zawłaszczenie miejscowych zwyczajów (tzw. pogańskich) i przypisanie im nowej roli. Dla przykładu:

Wielkanoc - to dawniejsze Święto Wiosenne, święto ku czci Jaryły, pożegnanie starego i powitanie nowego. Zwyczaje z tym świętem związane kultywowane są nadal w formie niemal takiej jak samej przed nastaniem chrześcijaństwa. Święconka spożywana obecnie jako uroczyste śniadanie dawniej była darem dla bóstw w intencji dobrych zbiorów. Palmy wielkanocne były niegdyś zwykłymi gałązkami wierzbowymi z baziami, którymi okładano się nawzajem, żeby wypędzić zło. Śmigus-dyngus sprowadzał się głównie do oblewania wodą młodych dziewcząt, ponieważ miało to sprowadzać płodność. Pisanki znane były Celtom i Germanom, potem zawędrowały do Słowian. Topienie Marzanny to oczywiście też zwyczaj znany wczesnym Słowianom.

Boże Narodzenie, którego data w katolickim kalendarzu nie ma nic wspólnego z przypuszczalną datą narodzin Jezusa (była to raczej wiosna, lub według najnowszych obliczeń - sierpień), to było dawniej święto roku solarnego i dostatku. Korzenie ma zarówno w tradycji rzymskiego dnia Sol Invictus, jak i słowiańskich Szczodrych Godów, kiedy to obchodzono przesilenie zimowe, początek roku wegetacyjnego, święto dostatku i odwoływano się przy tym do dusz zmarłych przodków, którym poświęcano uroczystą wieczerzę. W językach słowiańskich nazywano to święto m.in. kolędą, wiązało się to także z odwiedzaniem sąsiadów z muzyką i śpiewem. Podobne święto było w tym samym czasie obchodzone w różnych zakątkach świata. 12 potraw symbolizowało 12 miesięcy, a dobrze widoczne gwiazdy Drogi Mlecznej były wróżbą obfitości mleka w kolejnym roku, toteż wypatrywano pierwszej gwiazdy, która nie miała nic wspólnego z betlejemską. Istniał także wówczas zwyczaj dzielenia się chlebem, a dzieci dostawały szczodre dary, w postaci orzechów, jabłek i słodkich placków w kształcie zwierząt. Ponieważ u Słowian dbano przy tym o duchy przodków, był zwyczaj palenia ognia na grobach zmarłych, a na stole pozostawiano dla nich talerz. Pod sufitem wieszano udekorowaną gałąź jodły, która w późniejszych wiekach została zastąpiona niemiecką choinką.

Kult Przodków świętowano zresztą kilka razy w roku, w tym jako tzw. Dziady, przeobrażone później w Zaduszki. Wiąże się z tym m. in. zwyczaj palenia ognia (zniczy) na grobach, aby dusze przodków się ogrzały, a także aby znalazły drogę ze świata materialnego do duchowego.

Wśród zwyczajów wczesnych Słowian, przysposobionych na potrzeby wiary katolickiej, można wymienić jeszcze między innymi: stypę (znaną i obchodzoną bardzo spektaktularnie już w starożytności), święte źródła, kulty różnych świętych i relikwii, witanie chlebem i solą, obsypywanie młodej pary ryżem lub pszenicą, Święto Matki Boskiej Zielnej i Zielone Świątki, Święto Plonów (Dożynki), i szereg innych obrzędów. 

Dla zainteresowanych tym tematem - link do ciekawego tekstu (klik).

A na koniec jeszcze o Tłustym Czwartku, bo też przypada akurat w lutym. Dawniej znany jako Mięsopust albo Zapusty - to także zwyczaj wywodzący się z czasów przedchrześcijańskich  (w tradycji pogańskiej - Święto Tłustego Jadła). Świętowano wówczas koniec zimy i nadejście wiosny. Imprezowano przy tłustych mięsach, winie i pączkach w wersji wytrawnej, czyli z ciasta chlebowego z nadzieniem ze słoniny, mięsa i ziół. Słodkie pączki pojawiły się w XVI wieku. Trafienie na pączka z ukrytym w nadzieniu migdałem lub orzeszkiem miało być dobrą wróżbą.

U nas w Tłusty Czwartek jada się pączki lub faworki (ja jestem fanką tych drugich), natomiast co kraj, to obyczaj, i tak:

  • USA - pankejki ze słodkim twarożkiem, bitą śmietaną, masłem orzechowym, czekoladą i polane syropem klonowym,
  • Wielka Brytania - cienkie naleśniki z dżemem, owocami i czekoladą,
  • Francja - naleśniki w karmelu z masłem zwane crêpes Suzette,
  • Włochy (u nich nie czwartek, lecz Tłusty Wtorek) - pączki wenecjańskie z drożdżowego ciasta z bakaliami, lub castagnole - kuleczki z kruchego ciasta, smażone i posypane cukrem pudrem, nadziane słodkim kremem, likierem lub bitą śmietaną,
  • Hiszpania - churrosy, czyli długie karbowane pałeczki z wytrawnego ciasta podawane z dodatkiem dużej ilości karmelu, czekolady i bitej śmietany,
  • Skandynawia - kanelbullar, cynamonowe drożdżówki z czekoladowym nadzieniem i bitą śmietaną.


********

wtorek, 27 stycznia 2026

Malowana matematyka.

Do tego wpisu pośrednio zainspirowała mnie Marysia Nowicka, która w komentarzu pod poprzednim postem z miśkami podlinkowała wpisy CudARTeńki dotyczące haftu matematycznego. Z kursików CudARTeńki co prawda nie skorzystałam, bo tyle to w zasadzie już sama opanowałam, ale za to czytając jej wpisy zainteresowałam się historią tego haftu. Doszukałam więc jeszcze to i owo w internecie, zwłaszcza na Wikipedii polskiej i angielskiej, i na podstawie tych dwóch źródeł mogę Wam teraz przekazać trochę ciekawostek. 

Oczywiście zastanawiałam się kiedyś, dlaczego ten haft jest nazywany matematycznym, ale przychodziły mi do głowy takie proste skojarzenia związane z jego przygotowywaniem: na schemacie wyznacza się krzywe, na których umieszcza się dziurki w odpowiednich odstępach (punkty zaczepienia nici, czyli początku i końca lub przecięcia linii), natomiast nici prowadzone są jako linie proste (czy też bardziej - odcinki). A podczas haftowania trzeba liczyć odstępy między nitkami. Były to jednak takie tam sobie moje luźne rozmyślania. Tymczasem okazuje się, że ten haft ma bardzo poważne źródło naukowe i moim zdaniem jest to fascynująca historia, dlatego chcę wam o tym opowiedzieć.

Prekursorką tego sposobu haftowania była Mary Everest Boole (1832-1916) - i nie, ona nie była hafciarką, tylko matematyczką.


źródło

Mary była samoukiem, ale od wczesnych lat wykazywała duże zdolności i zainteresowanie matematyką, rozbudzone przez pierwszego guwernera, który miał nietypowe podejście do pojmowania i nauczania matematyki. Jednym z jej nauczycieli był jej późniejszy mąż, George Boole, profesor matematyki i pionier logiki. Mary miała z nim pięć córek, ale owdowiała mając zaledwie 32 lata. Zaczęła wówczas pracować jako bibliotekarka, a jednocześnie - i tu wkleję fragmenty z Wikipedii - "udzielała również prywatnych korepetycji z matematyki i opracowała filozofię nauczania, która obejmowała wykorzystanie materiałów naturalnych i aktywności fizycznych w celu zachęcenia do kreatywnego pojmowania przedmiotu. Mary udzielała korepetycji uczniom nowymi metodami, wykorzystując przedmioty naturalne, takie jak patyki czy kamienie. Jednym z jej najbardziej znaczących osiągnięć w dziedzinie manipulacji fizycznych jest haftowanie krzywych z użyciem kart do szycia, które odkryła jako formę rozrywki w dzieciństwie. (...) Jej książka „Philosophy and Fun of Algebra” (Filozofia i zabawa algebrą) w interesujący sposób wyjaśniała dzieciom algebrę i logikę, zaczynając od bajki i wplatając w całość fragmenty historii. Mary zachęcała do wykorzystywania wyobraźni matematycznej w połączeniu z krytycznym myśleniem i kreatywnością. To, wraz z refleksyjnym pisaniem dziennika i tworzeniem własnych wzorów, było niezbędne do wzmocnienia zrozumienia i pojmowania. Ważna była również nauka kooperatywna, ponieważ uczniowie mogli dzielić się odkryciami w środowisku korepetycji rówieśniczych i rozwijać nowe pomysły i metody. " (Wikipedia). 


Ilu mieliście takich nauczycieli? Zwłaszcza od tych "poważniejszych" przedmiotów?

Mary wierzyła, że dzieci mogą uczyć się matematyki przez zabawę, stąd między innymi pomysł nowego wykorzystania tych wspomnianych kart do haftowania, z zastosowaniem reguł matematycznych, m.in. krzywych Béziera opartych o koncepcję obwiedni rodziny linii prostych (które wówczas jeszcze się nie nazywały Beziera). Jeśli teorie matematyczne Was interesują, to kliknijcie sobie na ten zaznaczony link, tam jest długi naukowy wywód na ten temat. A tutaj najprostszy przykład, wykorzystywany w hafcie matematycznym:


Krzywe Béziera kwadratowe w sztuce sznurkowej : Punkty końcowe (  ) i punkt kontrolny ( × ) definiują krzywą Béziera kwadratową (  ).


Obecnie teoria tych krzywych wykorzystywana jest powszechnie m.in. w projektowaniu, grafice komputerowej itd. Mary Boole swoje koncepcje opracowała jednak sporo przed panem Bezierem i nazywała je ściegiem krzywoliniowym. I tutaj pojawia się termin "string art" (sztuka sznurkowa), który ma wiele synonimów, m.in. filografia, haft strukturalny, haft na papierze itd. Charakteryzuje się układem kolorowych nici przewleczonych między punktami w celu utworzenia różnych wzorów. Pierwotnie polegało to na oplataniu sznurkiem lub nicią sieci gwoździków wbitych w pokrytą aksamitem deseczkę. Z czasem udoskonalono technikę i materiały, a w drugiej połowie XX wieku sztuka sznurkowa oraz haft matematyczny stały się już popularnym hobby.

Podstawą haftu matematycznego jest porządek i symetria – krótkie odcinki sznurków czy też nici tworzą złudzenie optyczne w postaci kół, fal czy elips, a tak naprawdę są to proste odcinki umieszczone stycznie do siebie pod różnymi kątami. Ich tworzenie oparte jest na prostych zasadach matematycznych, których znajomość wystarczy do wymyślenia wzoru.
Za CudARTeńką podaję linki do Rosyjskiej Galerii Narodowej z pięknymi obrazami wyhaftowanymi właśnie w technice haftu matematycznego:






A na zachętę wklejam kilka zdjęć z tej galerii - obejrzyjcie w powiększeniu, to wszystko jest "namalowane" haftem matematycznym:









Niesamowite. No nie powiem, oko mi lekko zbielało, bo do tej pory widziałam tylko prościuteńkie hafciki, zwykle na karteczkach okolicznościowych - gdzież im tam do tych malowideł! Ale od początku miałam świadomość potencjału, bo ta technika daje wspaniałe pole do całkiem sprawnego "malowania" dużych połaci kolorowymi nićmi. Czy mi się będzie chciało aż tak? Nie sądzę. Ale miło było poznać :).

********