sobota, 31 stycznia 2026

Mandala, która miała być cała na biało. Oraz lutowe święta.

Wymyśliłam sobie kiedyś serię mandali, każda z jednym wiodącym kolorem. Zamierzałam je malować według kolejności na palecie barw. Kiedy przyszedł czas na realizację, zaczęłam więc od bazowej bieli... no ale przecież nie chcę takiej całkiem biało-białej. Choć można, oczywiście, samą fakturą podziałać. Ale nie o to chodziło tym razem. Więc po urealnieniu wizji dzieło miało być w różnych odcieniach bieli przełamanej głównie umbrą i sepią, z dodatkiem odrobinki starego złota oraz kropelki oranżu. A wyszło jak widać, czyli tak ogólnie beżowo, z jeszcze ciemniejszymi elementami, bo nie mogłam się powstrzymać przed dodaniem jakiegoś kontrastu :))). W każdym razie - teraz mam jednak zapotrzebowanie na jasną i łagodną paletę barw, więc pewnie wkrótce powstanie jakaś jaśniejsza w kolorycie kompozycja. Może biel z szałwiową zielenią i szmaragdem...? A potem z szarościami i szafirem? Wyobraźnia podsuwa pomysły, ale doby nie rozciagnę, więc zobaczymy, jak to będzie z realizacją...



Kolory na zdjęciach -  jak zwykle - i tak niezupełnie zgodne z rzeczywistością, dzień szarobury, w sztucznym oświetleniu wychodzi jeszcze gorzej.... 



Użyte materiały to tektura trójwarstwowa jako podłoże, karton, trochę kordonka, farby akrylowe i ptasie pióra. Staram się wykorzystywać to co mam nagromadzone (nie tyle z uwagi na oszczędność, co na chęć zredukowania nadmiernych zapasów), dlatego zrobiłam tę mandalę na tekturze z jakiegoś opakowania, a nie na porządnym podłożu malarskim, bo musiałabym je najpierw kupić. Tektura jest podklejona drugą, wiec jest dość sztywna i stabilna. A dzieła tego dla potomnych nie planuję zachować, największą frajdą była zabawa z tworzeniem, malowaniem, wycinaniem, klejeniem. Teraz to już można wrzucić do pieca... A nie, wróć - nie można, bo te farby wytworzą szkodliwy dym, który zagraża planecie bardziej niż spaliny odrzutowców i azjatyckich fabryk.




Farby akrylowe użyte do namalowania tego obrazka/kolażu to dla mnie stosunkowo nowa technika, w sensie że dość późno poznana. W czasach szkolnych malowałam najpierw plakatówkami, potem temperami, które bardzo polubiłam, a gdzieś w okolicy matury zaczęłam malować olejami i zakochałam się w tych farbach na długie lata. I ta miłość trwa, maluję w zasadzie tylko farbami olejnymi. Jakiś czas temu zaczęłam też oswajać na nowo akwarele, ale bez większego entuzjazmu, natomiast stęskniłam się za temperami. A że tempery zostały w zasadzie wyparte przez akryle, to sięgnęłam po te farby, bo maluje się nimi bardzo podobnie, choć niezupełnie tak samo. Pokazywałam już na blogu kilka obrazków malowanych akrylami i chyba za każdym razem powtarzałam, że nie polubiłam tej techniki. Przede wszystkim nie odpowiada mi to, co dla wielu twórców jest zaletą, a mianowicie szybkie schnięcie. Dlatego klasyczne obrazy wolę malować olejami, które pozwalają na spokojną pracę z barwami i tworzenie łagodnych przejść tonalnych, natomiast akryle doskonale nadają się do prac szybkich lub bardziej graficznych. Pomijam tu kwestię używania mediów spowalniających schnięcie, bo nie lubię używać takich dodatków. Więc jak pojawia się pomysł namalowania mandali, to farby akrylowe są pierwszym wyborem.





Użycie piórek zainspirowane jest mandalami Joasi (Jyoti). Po drodze do pracy mam zieleń nadrzeczną oraz dwa skwery porośnięte starymi drzewami, gdzie przebywa sporo ptactwa, więc czasem zdarza mi się zbierać pogubione piórka. Najczęściej kawcze, wronie i gołębie, czasem jakiś inny piórkowy drobiazg. I jak już się trochę nazbiera, to kombinuję - co by tu z nich zrobić. Teraz mam pomysł na kilka mandalek w rozmaitych kolorach, z doczepionymi piórkami. Ale jeszcze nie zaraz, inne projekty się wpychają w kolejkę.

Rozmiar 50x60cm.


********


Ponieważ luty za chwilę, to zgodnie z zapoczątkowanym pod koniec roku zwyczajem podrzucam tu kalendarium lutowych świąt, takich mniej znanych, nie-religijnych, nie-politycznych, po prostu do dobrej zabawy. Pogrubione są "kulinarne".

  • 1 lutego - Dzień Gumy do Żucia
  • 2 lutego - Dzień Pozytywnego Myślenia
  • 2 lutego - Dzień Świstaka w USA i Kanadzie, a u nas Dzień Niedźwiedzia
  • 2 lutego - Dzień Naleśnika
  • 3 lutego - Dzień Podlaskiej Muzyki
  • 3 lutego - Dzień Ciasta Marchewkowego
  • 3 lutego - Międzynarodowy Dzień Golden Retrievera
  • 4 lutego - Narodowy Dzień Domowej Zupy
  • 4 lutego - Dzień Wdzięczności dla Kuriera
  • 5 lutego - Światowy Dzień Nutelli
  • 6 lutego - Międzynarodowy Dzień Barmana (niby branżowe, ale...)
  • 9 lutego - Międzynarodowy Dzień Pizzy
  • 10 lutego - Światowy Dzień Suchych Nasion Roślin Strączkowych
  • 12 lutego - Ogólnopolski Dzień Pisania Piórem
  • 12 lutego - Tłusty Czwartek
  • 13 lutego - Międzynarodowy Dzień Kochania Samego Siebie
  • 14 lutego - Walentynki
  • 15 lutego - Dzień Singla
  • 17 lutego - Dzień Kota
  • 17 lutego - Ostatki, tzw. Śledzik
  • 24 lutego - Dzień Niespodziewanego Całusa
  • 25 lutego - Światowy Dzień Zakłądki do Książki
  • 26 lutego - Dzień Kabanosa
  • 26 lutego - Dzień Pozdrawiania Blondynek
  • 26 lutego - Światowy Dzień Pistacji
  • 28 lutego - Dzień Spania w Miejscach Publicznych

pamiętacie moją mandalę ze żmiją?


Wymieniłam m.in. 2 lutego - Dzień Niedźwiedzia. Było to święto obchodzone w Europie na długo przed wymyślonym dopiero w średniowieczu przez kościół katolicki dniem Matki Bożej Gromnicznej. Niedźwiedź był niezwykle silnym i zarazem tajemniczym zwierzęciem, przypisywano mu moce magiczne, a od 2 lutego wypatrywano, czy wyjrzy już ze swojej gawry, co miało zwiastować nadejście wiosny. Obecnie misie mają jeszcze inne święta, a mianowicie 27 lutego jest Międzynarodowy Dzień Niedźwiedzia Polarnego, 23 marca Światowy Dzień Niedźwiedzia i 26 marca Dzień Niedźwiedzia Grizzly - wszystkie te święta mają rolę edukacyjną, ustanowiono je w celu ochrony tych zagrożonych gatunków.

Jak wiadomo, wiele innych świąt w kalendarzu katolickim zostało również wprowadzonych poprzez zawłaszczenie miejscowych zwyczajów (tzw. pogańskich) i przypisanie im nowej roli. Dla przykładu:

Wielkanoc - to dawniejsze Święto Wiosenne, święto ku czci Jaryły, pożegnanie starego i powitanie nowego. Zwyczaje z tym świętem związane kultywowane są nadal w formie niemal takiej jak samej przed nastaniem chrześcijaństwa. Święconka spożywana obecnie jako uroczyste śniadanie dawniej była darem dla bóstw w intencji dobrych zbiorów. Palmy wielkanocne były niegdyś zwykłymi gałązkami wierzbowymi z baziami, którymi okładano się nawzajem, żeby wypędzić zło. Śmigus-dyngus sprowadzał się głównie do oblewania wodą młodych dziewcząt, ponieważ miało to sprowadzać płodność. Pisanki znane były Celtom i Germanom, potem zawędrowały do Słowian. Topienie Marzanny to oczywiście też zwyczaj znany wczesnym Słowianom.

Boże Narodzenie, którego data w katolickim kalendarzu nie ma nic wspólnego z przypuszczalną datą narodzin Jezusa (była to raczej wiosna, lub według najnowszych obliczeń - sierpień), to było dawniej święto roku solarnego i dostatku. Korzenie ma zarówno w tradycji rzymskiego dnia Sol Invictus, jak i słowiańskich Szczodrych Godów, kiedy to obchodzono przesilenie zimowe, początek roku wegetacyjnego, święto dostatku i odwoływano się przy tym do dusz zmarłych przodków, którym poświęcano uroczystą wieczerzę. W językach słowiańskich nazywano to święto m.in. kolędą, wiązało się to także z odwiedzaniem sąsiadów z muzyką i śpiewem. Podobne święto było w tym samym czasie obchodzone w różnych zakątkach świata. 12 potraw symbolizowało 12 miesięcy, a dobrze widoczne gwiazdy Drogi Mlecznej były wróżbą obfitości mleka w kolejnym roku, toteż wypatrywano pierwszej gwiazdy, która nie miała nic wspólnego z betlejemską. Istniał także wówczas zwyczaj dzielenia się chlebem, a dzieci dostawały szczodre dary, w postaci orzechów, jabłek i słodkich placków w kształcie zwierząt. Ponieważ u Słowian dbano przy tym o duchy przodków, był zwyczaj palenia ognia na grobach zmarłych, a na stole pozostawiano dla nich talerz. Pod sufitem wieszano udekorowaną gałąź jodły, która w późniejszych wiekach została zastąpiona niemiecką choinką.

Kult Przodków świętowano zresztą kilka razy w roku, w tym jako tzw. Dziady, przeobrażone później w Zaduszki. Wiąże się z tym m. in. zwyczaj palenia ognia (zniczy) na grobach, aby dusze przodków się ogrzały, a także aby znalazły drogę ze świata materialnego do duchowego.

Wśród zwyczajów wczesnych Słowian, przysposobionych na potrzeby wiary katolickiej, można wymienić jeszcze między innymi: stypę (znaną i obchodzoną bardzo spektaktularnie już w starożytności), święte źródła, kulty różnych świętych i relikwii, witanie chlebem i solą, obsypywanie młodej pary ryżem lub pszenicą, Święto Matki Boskiej Zielnej i Zielone Świątki, Święto Plonów (Dożynki), i szereg innych obrzędów. 

Dla zainteresowanych tym tematem - link do ciekawego tekstu (klik).

A na koniec jeszcze o Tłustym Czwartku, bo też przypada akurat w lutym. Dawniej znany jako Mięsopust albo Zapusty - to także zwyczaj wywodzący się z czasów przedchrześcijańskich  (w tradycji pogańskiej - Święto Tłustego Jadła). Świętowano wówczas koniec zimy i nadejście wiosny. Imprezowano przy tłustych mięsach, winie i pączkach w wersji wytrawnej, czyli z ciasta chlebowego z nadzieniem ze słoniny, mięsa i ziół. Słodkie pączki pojawiły się w XVI wieku. Trafienie na pączka z ukrytym w nadzieniu migdałem lub orzeszkiem miało być dobrą wróżbą.

U nas w Tłusty Czwartek jada się pączki lub faworki (ja jestem fanką tych drugich), natomiast co kraj, to obyczaj, i tak:

  • USA - pankejki ze słodkim twarożkiem, bitą śmietaną, masłem orzechowym, czekoladą i polane syropem klonowym,
  • Wielka Brytania - cienkie naleśniki z dżemem, owocami i czekoladą,
  • Francja - naleśniki w karmelu z masłem zwane crêpes Suzette,
  • Włochy (u nich nie czwartek, lecz Tłusty Wtorek) - pączki wenecjańskie z drożdżowego ciasta z bakaliami, lub castagnole - kuleczki z kruchego ciasta, smażone i posypane cukrem pudrem, nadziane słodkim kremem, likierem lub bitą śmietaną,
  • Hiszpania - churrosy, czyli długie karbowane pałeczki z wytrawnego ciasta podawane z dodatkiem dużej ilości karmelu, czekolady i bitej śmietany,
  • Skandynawia - kanelbullar, cynamonowe drożdżówki z czekoladowym nadzieniem i bitą śmietaną.


********

wtorek, 27 stycznia 2026

Malowana matematyka.

Do tego wpisu pośrednio zainspirowała mnie Marysia Nowicka, która w komentarzu pod poprzednim postem z miśkami podlinkowała wpisy CudARTeńki dotyczące haftu matematycznego. Z kursików CudARTeńki co prawda nie skorzystałam, bo tyle to w zasadzie już sama opanowałam, ale za to czytając jej wpisy zainteresowałam się historią tego haftu. Doszukałam więc jeszcze to i owo w internecie, zwłaszcza na Wikipedii polskiej i angielskiej, i na podstawie tych dwóch źródeł mogę Wam teraz przekazać trochę ciekawostek. 

Oczywiście zastanawiałam się kiedyś, dlaczego ten haft jest nazywany matematycznym, ale przychodziły mi do głowy takie proste skojarzenia związane z jego przygotowywaniem: na schemacie wyznacza się krzywe, na których umieszcza się dziurki w odpowiednich odstępach (punkty zaczepienia nici, czyli początku i końca lub przecięcia linii), natomiast nici prowadzone są jako linie proste (czy też bardziej - odcinki). A podczas haftowania trzeba liczyć odstępy między nitkami. Były to jednak takie tam sobie moje luźne rozmyślania. Tymczasem okazuje się, że ten haft ma bardzo poważne źródło naukowe i moim zdaniem jest to fascynująca historia, dlatego chcę wam o tym opowiedzieć.

Prekursorką tego sposobu haftowania była Mary Everest Boole (1832-1916) - i nie, ona nie była hafciarką, tylko matematyczką.


źródło

Mary była samoukiem, ale od wczesnych lat wykazywała duże zdolności i zainteresowanie matematyką, rozbudzone przez pierwszego guwernera, który miał nietypowe podejście do pojmowania i nauczania matematyki. Jednym z jej nauczycieli był jej późniejszy mąż, George Boole, profesor matematyki i pionier logiki. Mary miała z nim pięć córek, ale owdowiała mając zaledwie 32 lata. Zaczęła wówczas pracować jako bibliotekarka, a jednocześnie - i tu wkleję fragmenty z Wikipedii - "udzielała również prywatnych korepetycji z matematyki i opracowała filozofię nauczania, która obejmowała wykorzystanie materiałów naturalnych i aktywności fizycznych w celu zachęcenia do kreatywnego pojmowania przedmiotu. Mary udzielała korepetycji uczniom nowymi metodami, wykorzystując przedmioty naturalne, takie jak patyki czy kamienie. Jednym z jej najbardziej znaczących osiągnięć w dziedzinie manipulacji fizycznych jest haftowanie krzywych z użyciem kart do szycia, które odkryła jako formę rozrywki w dzieciństwie. (...) Jej książka „Philosophy and Fun of Algebra” (Filozofia i zabawa algebrą) w interesujący sposób wyjaśniała dzieciom algebrę i logikę, zaczynając od bajki i wplatając w całość fragmenty historii. Mary zachęcała do wykorzystywania wyobraźni matematycznej w połączeniu z krytycznym myśleniem i kreatywnością. To, wraz z refleksyjnym pisaniem dziennika i tworzeniem własnych wzorów, było niezbędne do wzmocnienia zrozumienia i pojmowania. Ważna była również nauka kooperatywna, ponieważ uczniowie mogli dzielić się odkryciami w środowisku korepetycji rówieśniczych i rozwijać nowe pomysły i metody. " (Wikipedia). 


Ilu mieliście takich nauczycieli? Zwłaszcza od tych "poważniejszych" przedmiotów?

Mary wierzyła, że dzieci mogą uczyć się matematyki przez zabawę, stąd między innymi pomysł nowego wykorzystania tych wspomnianych kart do haftowania, z zastosowaniem reguł matematycznych, m.in. krzywych Béziera opartych o koncepcję obwiedni rodziny linii prostych (które wówczas jeszcze się nie nazywały Beziera). Jeśli teorie matematyczne Was interesują, to kliknijcie sobie na ten zaznaczony link, tam jest długi naukowy wywód na ten temat. A tutaj najprostszy przykład, wykorzystywany w hafcie matematycznym:


Krzywe Béziera kwadratowe w sztuce sznurkowej : Punkty końcowe (  ) i punkt kontrolny ( × ) definiują krzywą Béziera kwadratową (  ).


Obecnie teoria tych krzywych wykorzystywana jest powszechnie m.in. w projektowaniu, grafice komputerowej itd. Mary Boole swoje koncepcje opracowała jednak sporo przed panem Bezierem i nazywała je ściegiem krzywoliniowym. I tutaj pojawia się termin "string art" (sztuka sznurkowa), który ma wiele synonimów, m.in. filografia, haft strukturalny, haft na papierze itd. Charakteryzuje się układem kolorowych nici przewleczonych między punktami w celu utworzenia różnych wzorów. Pierwotnie polegało to na oplataniu sznurkiem lub nicią sieci gwoździków wbitych w pokrytą aksamitem deseczkę. Z czasem udoskonalono technikę i materiały, a w drugiej połowie XX wieku sztuka sznurkowa oraz haft matematyczny stały się już popularnym hobby.

Podstawą haftu matematycznego jest porządek i symetria – krótkie odcinki sznurków czy też nici tworzą złudzenie optyczne w postaci kół, fal czy elips, a tak naprawdę są to proste odcinki umieszczone stycznie do siebie pod różnymi kątami. Ich tworzenie oparte jest na prostych zasadach matematycznych, których znajomość wystarczy do wymyślenia wzoru.
Za CudARTeńką podaję linki do Rosyjskiej Galerii Narodowej z pięknymi obrazami wyhaftowanymi właśnie w technice haftu matematycznego:






A na zachętę wklejam kilka zdjęć z tej galerii - obejrzyjcie w powiększeniu, to wszystko jest "namalowane" haftem matematycznym:









Niesamowite. No nie powiem, oko mi lekko zbielało, bo do tej pory widziałam tylko prościuteńkie hafciki, zwykle na karteczkach okolicznościowych - gdzież im tam do tych malowideł! Ale od początku miałam świadomość potencjału, bo ta technika daje wspaniałe pole do całkiem sprawnego "malowania" dużych połaci kolorowymi nićmi. Czy mi się będzie chciało aż tak? Nie sądzę. Ale miło było poznać :).

********



niedziela, 25 stycznia 2026

Nici, nitki i niteczki...

Dzisiaj zaprezentuję Wam coś, czego dawno na tym blogu nie było i pewnie rzadko się pojawi. Kiedyś już wspominałam, że wiele lat temu lubiłam haftować i nawet miałam wówczas bardzo aktywny blog hafciarski. Brałam wtedy udział w różnych zabawach blogowych, SAL-ach czyli wspólnym haftowaniu itd. Zresztą mam wrażenie, że 20 lat temu takie zabawy były chyba bardziej popularne. Miłość do haftu trwała kilka lat, potem przeminęła z wiatrem, ale został mi duży zapas nici do haftowania i rozmaitych akcesoriów hafciarskich. Czasem się zastanawiałam jak by tu sensownie zagospodarować te zapasy, ale brakowało konkretnego pomysłu. No i proszę bardzo, trafiłam na coś, co mi w tym pomoże.


Dołączyłam mianowicie pod wpływem nagłego impulsu (czyli bez zastanowienia w co się pakuję, ja - kobieta zapracowana, bez odrobiny wolnego czasu) do zabawy blogowej ogłoszonej na blogu JAMIOŁOWO (tutaj link do początku zabawy) pod nazwą "NICI, NITKI I NITECZKI". Co miesiąc prowadząca będzie nam podawać temat przewodni. Każda z uczestniczących osób ma wykonać i zaprezentować pracę wykonaną z użyciem nici, mulin, wełenek, tasiemek, sznurków itp.  No i właśnie wpasowało mi się to w chodzące po głowie pomysły na wykorzystanie nicianych zapasów. Dużo ich może w tych projektach nie zużyję, ale zawsze to będzie jakiś progres. Oczywiście po dwóch tygodniach, wiedząc, że kompletnie nie mam na to czasu, plułam sobie w brodę, że się zadeklarowałam, no ale słowo się rzekło.. Zatem - wracając do zabawy:


Motywem przewodnim stycznia jest 

MIŚ 

lub coś, co kojarzy się

 z zimą, śniegiem, mrozem.


Moja wizja objawiła mi się w głowie momentalnie, jak tylko zabłądziłam na blog Anetty i zobaczyłam temat zabawy. Dlatego to był impuls i decyzja zapadła w jednej sekundzie. Gorzej było z realizacją, ze względu na wspomniany totalny brak czasu i konieczność przetestowania nowej techniki. Co do tematu, to mam jeszcze taką refleksję: otóż wydawało mi się, że temat jest dość wąski, ale jak zaczęły się pojawiać na blogach wpisy innych uczestniczek zabawy, to się ze zdziwieniem zorientowałam, że ja to chyba jednak jakaś mało kreatywna jestem :). Dla mnie miś to miś, a zima to śniegowe pejzaże, lodowe sople, płatki śniegu... Tymczasem w zabawie pojawiły się wydziergane ciepłe sweterki, szydełkowe zawieszki mające z zimą wspólny biały kolor i temu podobne dość swobodne wariacje na temat zimy. Nie pierwszy raz odnoszę wrażenie, że fantazja i luz w podejściu do tematu oraz zabawa w skojarzenia to nie są moje żywioły :). Mnie się zadanie styczniowe skojarzyło tak po prostu ze śnieżną połacią, na której dwa polarne misie siedzą i patrzą na zorzę i gwiazdy:




Zatem jest i zima i nawet misie dwa. Jak widzicie (albo i nie, biorąc pod uwagę jakość moich zdjęć) - praca jest wykonana na papierze i łączy malunek akwarelowy z haftem. Pierwotnie miał to być jakiś tam sobie swobodny haft, bo już dawno myślałam o obrazkach połączonych z haftem. Ale szukając natchnienia w internecie i zastanawiając się jak to konkretnie zrobić, natrafiłam na rodzaj haftu właśnie na papierze, o którym coś tam słyszałam, widziałam nawet gotowe przykłady, ale tak dokładnie nie wiedziałam, na czym to polega. To tak zwany haft matematyczny. Wykorzystywany najczęściej w kartkach okolicznościowych i prostych obrazkach. Sama dawniej wyszywałam głównie krzyżykami, było też trochę needlepointa i haftu białego oraz różne własne wariacje, ale ten matematyczny jakoś mnie nie pociągał i nawet mnie wtedy nie zaciekawiło na czym ta technika dokładnie polega. Ale do mojego pomysłu pasował jak ulał, więc poszperałam w internetach i obejrzałam kilka filmików. 

No więc to jest tak: najpierw trzeba przygotować sobie szkic całego obrazka, potem schemat samego haftu i sensownie podziurkować odrysowany wzór, mając w głowie wizję, jak nici będą przebiegać. Na początku to dość skomplikowana sprawa, zwłaszcza jak się nigdy wcześniej czegoś takiego nie projektowało i trzeba sobie wizualizować w głowie ostateczny efekt. Potem przeciąga się przy pomocy igły nitkę przez te przygotowane dziurki, ale trzeba to robić w określonej kolejności, licząc omijane dziurki, tak żeby nitki ładnie się układały. W gruncie rzeczy to już była najprzyjemniejsza część pracy, bo jak wszystko jest przygotowane, to samo haftowanie leci błyskawicznie. 




Jeśli chodzi o użycie nici (co było głównym warunkiem w zabawie) to muliną zostały wyhaftowane kolorowe pasma zorzy polarnej i załamania na śniegu oraz złoto-brokatową nicią metaliczną pojedyncze gwiazdki. Trochę może ta zorza wygląda jak fajerwerki sylwestrowe, no ale Sylwester to w końcu też zima, więc pozostajemy w temacie :))).

Zdjęcia robiłam po oprawieniu obrazka, nie uniknęłam więc odbić światła na szkle, ale chciałam to ująć tak, żeby było widać strukturę haftu.



Może nie jest to mistrzostwo świata, ale jak na pierwsze dzieło w nowej dla mnie technice, to jestem zadowolona z efektu, w każdym razie - pierwsze koty za płoty :). 

Podsumowanie pierwszego miesiąca zabawy i prac wszystkich uczestniczek będzie pod koniec stycznia na blogu Jamiołowo:



A przy okazji pokażę Wam co mi zostało po owej dawnej pasji hafciarskiej. Przede wszystkim mnóstwo mulin i trochę innych nici (metalicznych i kordonków), oraz rozmaite przydasie: tamborki, nożyczki, igły do haftu krzyżykowego (z tępymi końcówkami, w tym złote), trochę moich gotowych wyszywanek i piękna książka o różnych rodzajach haftu. Tutaj część moich zbiorów, reszta tkwi gdzieś w różnych szufladach:


150 kolorów muliny DMC w jednym pudełku, a jest ich jeszcze więcej


takie fikuśne nożyczki są obiektem pożądania hafciarek :)

Kilka moich haftów, które uchowały się w czeluściach szuflady:




No i parę słów o książce:

  • VIA LAURIE - "Piękne Hafty". Wydawnictwo Świat Książki, 2008r, 128 str.


Zalety książki: dokładnie opisane różne, w tym także mało znane, rodzaje haftów, piękne zdjęcia i przykłady do samodzielnego wykonania. Wad nie dostrzegam, poza tym, że w zasadzie książkę głównie się ogląda i podziwia te nieziemskie hafty, bo do praktycznego zastosowania to naprawdę trzeba mieć talent i cierpliwość oraz opanowane podstawy haftowania.

Przedstawione w książce rodzaje haftów: haft czarny, haft Casalguidi, na kanwie, crazy patchwork, mieszany, przestrzenny, Hardanger, złotą nicią, jakobiński, wstążeczkowy. Autorka omawia także rodzaje nici do haftowania, zalecając używanie nici ręcznie farbowanych, między innymi tych, których sama jest producentką ;). Oczywiście jest tu trochę marketingu, ale szczerze pisząc, wiem ze swoich skromnych doświadczeń, że nawet haft nicią fabrycznie cieniowaną (czyli niejednolicie zabarwioną) daje o wiele wspanialszy efekt niż taką zwykłą jednokolorową. Że nie wspomnę o różnicach między nićmi jedwabnymi i bawełnianymi... Podobne niuanse dotyczą tkanin do haftów, ale nie będę się już tutaj zagłębiać w fachowe wywody, bo pewnie mało Was to interesuje :). Mnie najbardziej korciło, żeby zmierzyć się z haftem Casalguidi, ale jak zwykle - wieczny brak czasu, nie wszystko da się upchnąć w planie dnia.

haft Casalguidi

haft jakobiński

Każdy rodzaj haftu to w książce oddzielny rozdział z omówieniem jego historii i techniki oraz konkretnym przykładem ze szczegółowym opisem wykonania krok po kroku i dołączonymi schematami do skopiowania. Dla pasjonatów :).

********


niedziela, 11 stycznia 2026

Mojsze Szagałow vel Marc Chagall.

Wspominałam niedawno o biografii Chagalla - właśnie skończyłam ją czytać. Miałam zamiar jeszcze dokupić album z reprodukcjami jego obrazów, ale koszyk w empiku już pęka w szwach, na stoliku piętrzy się stos do przeczytania, tak że na razie sobie odpuściłam. Zresztą chyba będzie lepiej, jak wybiorę się do stacjonarnej księgarni w pobliskiej metropolii, bo kupowanie albumów on-line to trochę jak kupowanie kota w worku. Człowiek tak do końca nie wie, co tam w środku jest. A do tej biografii zapewne jeszcze wrócę, więc wtedy już będę ją czytać oglądając obrazy :).


  • JACKIE WULLSCHLAGER - "Chagall". Wydawnictwo Marginesy, 2025r, str.607.


Mimo że nowoczesnym malarstwem francuskim (czyli od przełomu XIX i XX wieku) pasjonowałam się od początku liceum, to na Chagalla zwróciłam baczniejszą uwagę w zasadzie dopiero po obejrzeniu filmu "Notting Hill", gdzie obraz "Panna młoda" (zdjęcie poniżej) najpierw pojawia się w postaci reprodukcji na plakacie wiszącym w domu bohatera granego przez Hugh Granta, a potem w oryginale podarowanym mu przez dziewczynę graną przez Julię Roberts. W filmie jako rekwizyt oczywiście pojawiła się kopia obrazu, a i tak producenci musieli ją po zakończeniu zdjęć zniszczyć, aby uniknąć ryzyka ewentualnej sprzedaży falsyfikatu - w tym czasie oryginał był wyceniany w przedziale od 500 tys. do miliona dolarów. W filmie temat tego oto obrazu i kozła grającego na skrzypcach przewija się kilka razy, tworząc jakby klamrę spinającą fabułę:


M. Chagall 1950r "Panna młoda" (źródło)


"Marc Chagall, malarz wspomnień i snów, poeta koloru" (z opisu na okładce). Picasso mówił o nim: "Kiedy Matisse umrze, Chagall pozostanie jedynym malarzem, który rozumie, czym naprawdę jest kolor". I niestety - pierwsze wrażenie po wzięciu do ręki tej książki, to rozczarowanie, że ilustracji jest tak mało. Są głównie zdjęcia (czarno-białe oczywiście) Chagalla, jego rodziny i przyjaciół, a kolorowych reprodukcji jego cudownych obrazów zaledwie kilka. Dlatego muszę koniecznie dokupić album, bo szukanie w necie obrazów, o których się czyta w książce, to trochę dziwne doświadczenie. Pod tym względem książka jest niekompletna i to jest w zasadzie jedyny jej mankament. Opowieść o życiu artysty jest tutaj niezwykle szczegółowa, ale przecież on malował obrazy, autorka wciąż do nich nawiązuje, ale to trochę jak rozmawianie ze ślepym o kolorach. Ja co prawda większość tych obrazów kojarzę, ale czytając o nich chciałabym mieć jednak przed oczami konkretną reprodukcję. A niektórych w ogóle nie znam, więc tym bardziej...

Ale sama książka, czyli jej treść, jest świetna. Przede wszystkim - podziwiać należy ogrom pracy włożonej przez autorkę w rozbudowany kontekst genealogiczny, historyczno-kulturowy i oczywiście artystyczny. Wykorzystała mnóstwo nieznanych dotąd dokumentów, w tym niezwykle poetyckie listy Chagalla i jego pierwszej żony Belli. Wprowadzane kolejno postaci - krewni, przyjaciele, nauczyciele, inni artyści tworzący w tym czasie itd - mają tutaj swoje całkiem rozbudowane, odrębne historie. Na poczatku nawet trochę mnie to nużyło, ale w miarę czytania zaczęło mi się podobać, że poznaję tak dokładnie otoczenie, w jakim wychowywał się, dorastał, a później tworzył Chagall.

Ważnym i ciekawie opowiedzianym wątkiem jest przewijająca się w zasadzie przez całą książkę opowieść o żydowskim pochodzeniu  Mojsze Szagałowa (pierwotnie nazwisko brzmiało Segal), znanego później jako Marc Chagall. Urodził się w 1887r jako najstarsze z dziewięciorga dzieci w ubogiej chasydzkiej rodzinie, w żydowskim sztetlu pod Witebskiem, na terenie obecnej Białorusi. Ojciec był sprzedawcą śledzi, matka zajmowała się domem i dziećmi, i pomagała mężowi. Sama była analfabetką, ale to właśnie ona pomogła marzycielskiemu i nieśmiałemu synowi w dostaniu się do szkoły, gdzie były rygorystyczne limity miejsc dla żydowskich uczniów. Dorastanie wśród chasydzkiej, a więc bardzo religijnej społeczności, ukształtowało w znacznym stopniu wyobraźnię młodego artysty. Na całej jego twórczości mocno odbiły się dziecięce obserwacje z codziennego życia w sztetlu, pomieszane z uduchowioną wyobraźnią. Jego obrazy przedstawiają bardzo często sceny związane ze zwierzętami gospodarskimi, biedne uliczki, prostych ludzi, żydowskich grajków, wesela i pogrzeby, a to wszystko w nieco sennym, fantastycznym anturażu. Mimo biedy był to dla niego szczęśliwy okres. Chasydyzm, popularny wśród biedniejszych warstw Żydów w europie Wschodniej, był ruchem religijnym o silnie emocjonalnym charakterze, uznawał śpiew i taniec za wyraz pobożnosci, a miłość do wszystkiego, co żyje, a więc i ludzi, i zwierząt, traktował jako sposób radosnego obcowania z Bogiem. Chagallowi bardzo bliskie były krowy, śledzie symbolizowały na jego obrazach ojca, kozy zaś odnoszą się do Dnia Pojednania. Mistycyzm chasydzki powodował, iż wizja artysty odbiegała mocno od znanego zwykłym obywatelom wizerunku brudnych uliczek i biednych ludzi. Jeden z krytyków tak pisał o obrazach Chagalla: "To, że brudna i śmierdząca żydowska dziura, o krętych uliczkach z domami bez okien, mnóstwem brzydkich ludzi, przygarbionych pod brzemieniem nędzy, może w oczach malarza stać się miejscem pełnym wdzięku, poezji i piękna - oczarowuje nas, a jednocześnie zadziwia".

Mając 19 lat Chagall rozpoczął naukę w Szkole Carskiego Towarzystwa Upowszechniania Sztuki, później kontynuował ją w szkole prywatnej. Otrzymane stypendium otworzyło mu drogę do dalszej edukacji artystycznej w Paryżu, gdzie związał się z awangardowymi malarzami tworzącymi na Montparnasse. Początki były trudne, ale dość szybko stał się jednym z najbardziej znanych i cenionych przedstawicieli tzw. Szkoły Paryskiej. Ożenek z córką żydowskiego jubilera z Witebska (która też była artystką i dość nowoczesną, jak na tamte czasy, kobietą) oraz własne pierwsze sukcesy artystyczne zapewniły mu finansową niezależność i możliwość tworzenia. W awangardowych kręgach artystycznych początku XX wieku sztuka akademicka była odrzucana, jako zbyt wytworna i przebrzmiała, poszukiwano świeżości, odmienności. Odrealnione i pełne barw obrazy Chagalla, malowane w prymitywnej manierze, wpisały się w nowoczesny nurt malarstwa, gdzie prym wiedli tacy artyści, jak zauroczony tahitańskim kolorytem Gauguin, czy Picasso i Matisse zafascynowani rzeźbą afrykańską. 

Za początek artystycznej drogi on sam uznawał obraz "Nieboszczyk", namalowany w 1911 roku, jako wspomnienie sceny widzianej w dzieciństwie w Witebsku. Zgaszony, ciemny koloryt z pierwszych obrazów w kolejnych dziełąch dość szybko ustąpił miejsca mocnym, czystym barwom.


M. Chagall 1911r "Nieboszczyk"


Nie sposób tutaj opisywać wszystkich dzieł Chagalla. Autorka biografii opowiada o nich niezwykle barwnie i szczegółowo, odnosząc się przy tym do wspomnień z młodości artysty i wskazując ich szczególne miejsce w sztuce początku XX wieku. Chagall wniósł do historii modernizmu ekspresyjną, mistyczną wrażliwość, a Andre Breton ogłosił go ojcem surrealizmu: "Jego wybuch liryzmu datuje się o 1911r, kiedy wyłącznie dzięki niemu metafora triumfalnie wkroczyła do nowoczesnego malarstwa".

Chagall powiedział: „..tematy wszystkich moich obrazów przywiozłem z Rosji, a Paryż dodał im światła…” . Pewne jest, że Paryż go docenił. Marc Chagall był pierwszym żyjącym malarzem, którego obrazy powieszono w Luwrze.


M. Chagall 1911r "Ja i wieś" (źródło)

Chagall żył 98 lat, dużo podróżował, co - podobnie jak różne wydarzenia na światowej arenie -nie pozostało bez wpływu na jego twórczość. W czasie wojny przeniósł się z Paryża do Nowego Jorku, później wrócił jednak do Europy. Odwiedził Izrael, Grecję, a także Polskę. Był człowiekiem pełnym wewnętrznych sprzeczności, niezwykle wrażliwym, a jego sztuka była wyrazem jego osobistych przeżyć, doświadczeń i emocji. Zmarł w 1985 w Saint-Paul-de-Vence we Francji i tam został pochowany. Od 1973 istnieje w Nicei muzeum Chagalla.

Biografia Chagalla pióra Jackie Wullschläger jest nadzwyczaj bogatą opowieścią o malarstwie burzliwego w dziejach sztuki okresu, wychodząca daleko poza twórczość jednego artysty. Znakomita książka, świetnie opowiedziana historia wspaniałego artysty i jego czasów. Chętnie sięgnę po kolejne książki Jackie Wullschläger.


********


czwartek, 1 stycznia 2026

Co świętować w styczniu.

Dawno nie było obrazków, więc jako ilustracja (nie na temat, co prawda) jeden z moich ostatnich olejów, niewielki, 30x40 cm, w dwóch wersjach sztucznego oświetlenia, bo dziennego światła to ani wczoraj ani dzisiaj nie można było uświadczyć.






Nowy rok zaczął nam się od powrotu od znajomych przed północą, bo w domu czekało stado wystraszonych kotów i pies. W ubiegłym roku było nawet dość spokojnie, owszem trochę postrzelali, ale krótko i niezbyt intensywnie, więc miałam nadzieję, że ludzie mądrzeją i tym razem będzie cywilizowane świętowanie. Niestety, rozpętał się jakiś armageddon. Wokół nas przez ostatni rok powstało niemal całe nowe osiedle i chyba sami neandertalczycy się tam powprowadzali, bo kanonada była jakby świat się kończył. Niektórzy ludzie mają może pieniądze, ale ani rozumu, ani empatii.

Ale zmieńmy temat -  jako że zaczyna się nowy miesiąc, chciałam podtrzymać moją nową świecką tradycję na tym blogu i podrzucić tutaj propozycje do imprezowania na styczeń. Co prawda i tak zaczyna się karnawał, więc okazji do szaleństw nie zabraknie, ale nie wszyscy lubią klasyczne bale i tradycyjne karnawałowe domówki, czy - jak to się drzewiej mawiało - prywatki. 

Nietypowe święta w styczniu - jest tego więcej, wymieniam tutaj głównie kulinarne (pogrubione dla ułatwienia) i trochę jakichś zabawnych albo przynajmniej dających okazję do zabawy.


  •  1 stycznia  - Światowy Dzień Kaca
  •  2 stycznia  - Dzień Introwertyka
  •  2 stycznia  - Dzień Ptysia
  •  3 stycznia  - Dzień Słomki do Picia
  •  4 stycznia  - Dzień Spaghetti
  •  5 stycznia  - Dzień Bitej Śmietany
  •  6 stycznia  - Dzień Fasoli
  •  6 stycznia  - Międzynarodowy Dzień Kruchego Ciasta
  •  9 stycznia  - Dzień Moreli
  • 11 stycznia - Dzień Wegetarian
  • 12 stycznia - Dzień Sprzątania Biurka
  • 12 stycznia - Dzień Całowania Złotowłosych (ang. Kiss A Ginger Day, czyli powinno być chyba "Rudowłosych", bo w ang. ginger znaczy imbir ale też rudy)
  • 13 stycznia - Dzień Naklejki
  • 13 stycznia - Dzień Gumowej Kaczuszki
  • 13 stycznia - Dzień Wzajemnej Adoracji
  • 13 stycznia - Dzień Polskiej Wódki
  • 14 stycznia - Dzień Ukrytej Miłości (jak to świętować?)
  • 14 stycznia - Dzień Osób Nieśmiałych (jak wyżej)
  • 15 stycznia - Dzień Bajgla
  • 16 stycznia - Międzynarodowy Dzień Pikantnych Potraw
  • 17 stycznia - Światowy Dzień Pizzy
  • 17 stycznia - Dzień Wszystkich Fajnych
  • 18 stycznia - Światowy Dzień Śniegu
  • 18 stycznia - Dzień Kubusia Puchatka
  • 19 stycznia - Dzień Popcornu
  • 20 stycznia - Dzień Miłośników Sera
  • 21 stycznia - Międzynarodowy Dzień Przytulania
  • 22 stycznia - Dzień Ostrego Sosu
  • 26 stycznia - Dzień Drugiej Połówki
  • 28 stycznia - Międzynarodowy Dzień Lego
  • 29 stycznia - Międzynarodowy Dzień Puzzli
  • 30 stycznia - Dzień Rogalika

********




Plastycznie - przerabiam różne moje stare prace, ale zabrałam się też za oprawianie obrazków, o których zapomniałam, że je w ogóle mam. Oraz, że je kiedyś namalowałam :).

Książkowo - kończę Renaty Pawłowskiej "Włochy, 111 przygód" i napoczęłam już biografię Chagalla, w kolejce czeka Follett i jego "Niech stanie się światłość", może po tym zrobię drugie podejście do "Filarów Ziemi", bo nie pamiętam dlaczego mi się ta książka kiedyś nie spodobała (i chyba jej nie dokończyłam). Ale na razie dam Wam odpocząć od wpisów książkowych, bo cały grudzień tak zleciał mi tu na blogu z książkami.

A poza tym - zaczęłam uczyć się włoskiego z Duolingo. Miałam już kiedyś chyba ze dwa podejścia z jakimiś kursami typu książka+audio, ale jakoś mi to nie szło. A ponieważ syn ma pakiet familijny, to mnie namówił i dopisał do grupy. I nagle się okazało, że nauka języka może być całkiem fajna i przyjemna! Bez zanudzania regułami gramatycznymi i odmianami w czasach, których się prawie nie używa. Po prostu zaczynasz rozmawiać. Tak jak dziecko zaczyna się uczyć powtarzając to co mówią rodzice - nikt przecież dwulatkowi nie każe odmieniać przez przypadki czy klepać jakichś regułek. W ciągu miesiąca nauczyłam się tyle, co w liceum z francuskiego przez cztery lata. Nie zamierzam być tłumaczem, język potrzebny mi jest do tego, żeby się jakoś z Włochami dogadać. A tak naprawdę to pierwszym powodem, dla którego zabrałam się za ten włoski, była potrzeba rozruszania szarych komórek. Mimo emerytury pracuję wciąż i w moim zawodzie nieustannie muszę się szkolić, ale to jest jednak wciąż jedna dziedzina. Neurolodzy zalecają uczenie się czegoś nowego. A języki obce nie były nigdy moją mocną stroną, więc postanowiłam wziąć byka za rogi... Ale żeby ten byk nie był taki bardzo oporny, to wymyśliłam sobie konkretnie język włoski, bo jest dla Polaków dość łatwy, wymowa prawie jak nasza, gramatyka dość prosta. No a w międzyczasie działo się to wszystko, o czym wspomniałam w poprzednim wpisie, więc motywacja mi wzrosła :). Myślę też, że gdyby w szkołach uczono mnie kiedyś języków w taki sposób, jak jest to opracowane w Duolingo, to dzisiaj mówiłabym biegle po francusku i po niemiecku. Nasz system nauczania niestety jest totalnie do bani i nie dotyczy to tylko języków, ale generalnie wszystkich przedmiotów. Przeładowane i fatalnie opracowane programy, nauczyciele w 90% nie nadający się do tego zawodu... no dobra, nie nakręcajmy się. Ten etap na szczęście dawno za mną i moimi dziećmi :). Nie licząc szkoleń zawodowych, ale to całkiem inna bajka.




Wszystkiego najpiękniejszego w nowym roku!

********




piątek, 26 grudnia 2025

"Wenecja - moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście".

Wenecja to jedno z najbardziej znanych na świecie miast, a zarazem żywe muzeum. Tutaj można niemal dotknąć historii, pośród imponujących pałaców odbijających się w wodach Canale Grande poczuć klimat dawnej potęgi Republiki Weneckiej, zapomnieć o świecie, zwolnić, zanurzyć się w legendach... Niektórzy mówią, że Wenecja to nie miejsce, lecz stan ducha. O tym wszystkim opowiada książka, którą chcę Wam dzisiaj zarekomendować.


Miłość do miasta bywa zaraźliwa. Od pewnego czasu zauważam u siebie oznaki podłapania wirusa wenecjańskiego, a jeszcze całkiem niedawno wydawało mi się, że jestem na to całkowicie odporna i zaimpregnowana. Ale udzieliło mi się, bo - jak to mówią - nigdy nie mów "nigdy". Sama nie wiem jak i kiedy to nastąpiło. Nie szukałam, nie interesowałam się, samo tak jakoś przyszło, zaczęło się dziać... no i były znaki ;).

Mój mąż w poprzednim wcieleniu był jaszczurką, kocha słońce, uwielbia też południe Europy, jego klimat, kuchnię, krajobrazy, historię, zabytki i ludzi. A ja zawsze mówiłam - phi, wolę fiordy i lodowce, no może jeszcze nasze Bieszczady. A mąż: pojedźmy do Włoch, Rzym, Wenecja... Nawet był kilka razy beze mnie, a to służbowo, a to z kolegami na nartach. I wszyscy znajomi wzdychali - ach, te Włochy, ach ta Wenecja... Nie rozumiałam tego zauroczenia.

Ale... Coraz częściej zatrzymywałam wzrok na filmach i artykułach o Włoszech, na zdjęciach i opowieściach o Wenecji. Szukałam tego czaru, próbowałam zrozumieć i poczuć. Ale czym innym jest oglądać film, a czym innym - fizycznie zanurzyć się w mieście. Kropla jednak drążyła skałę, nasiąkałam opowieściami o Serenissimie, wciągały mnie coraz bardziej. Błądząc po internecie trafiałam na blogi podróżników i innych pasjonatów zakochanych w Wenecji. Ich opowieści brzmiały dla mnie coraz bardziej fascynująco. W gronie znajomych zaczęło się planowanie wakacji, ten i ów wspomniał znowu o tym mieście... 

Nie lubię spontanicznych wypadów całkiem w ciemno, wolę się przygotować, wiedzieć dokąd konkretnie jadę, co mnie tam czeka, jakie trasy wybrać, gdzie się zatrzymać, gdzie i co jeść, co zwiedzić a co lepiej sobie odpuścić. Z drugiej strony - nie cierpię zorganizowanych wycieczek, takich w wieloosobowych grupach, gdzie pilot czy przewodnik chce zaspokoić wszystkich i trzeba oblecieć w krótkim czasie główne atrakcje, żeby klienci mogli napstrykać jak najwięcej fotek na swoje instagramy czy inne fejsbuki. Lubię iść pod prąd - chciałabym wędrować poza głównymi turystycznymi szlakami, zaglądać w ukryte gdzieś na uboczu zakątki, nieoczywiste miejsca znane tylko lokalsom. Jak tłum idzie w prawo, to ja skręcam w lewo. Wycieczka żywi się przy głównym trakcie w popularnej jadłodajni - a ja szukam jakiejś małej knajpki w bocznej uliczce, gdzie siedzą tylko miejscowi.

I w końcu kurier przyniósł przesyłkę:


źródło


Książka, o której chcę Wam opowiedzieć, zauroczyła mnie momentalnie, kiedy tylko zaczęłam ją czytać. Nie jest to typowy przewodnik, jakich wiele - napisanych w formie turystycznego informatora, na podstawie zebranych w internecie danych. Pomiędzy praktycznymi wskazówkami książka Renaty Pawłowskiej (autorki także innych książek o Włoszech oraz bloga Kalejdoskop Renaty) zawiera mnóstwo bardzo osobistych refleksji i wspomnień autorki związanych z poznawaniem przez nią samą Wenecji. A przez blisko 30 lat miała okazję widzieć ją w różnych porach roku, w czasie przypływu i odpływu, w szczycie sezonu turystycznego i poza nim, w czasie karnawału i innych znanych wydarzeń, przemierzyła pieszo i drogą wodną niemal wszystkie uliczki, kanały i zakątki,  spacerowała  po Wenecji i w dzień i w nocy, we mgle i w pełnym słońcu, zaglądała do warsztatów rzemieślniczych i muzeów, obejrzała wielokrotnie najsłynniejsze i te mniej znane zabytki, o których z pasją potrafi opowiadać, spędziła wiele godzin rozmawiając z Wenecjanami, robiła zakupy w weneckich sklepikach i na targu. Z tych wieloletnich doświadczeń i z miłości do Wenecji powstała ta książka.

Podtytuł książki "Zakochany przewodnik po mieście" trzeba więc odczytywać wprost. Jest to bowiem autentyczna opowieść osoby zakochanej w Wenecji, zżytej z miastem i wciąż je odkrywającej. Wędrujemy z autorką po szlakach nieoczywistych, zahaczamy o znane obiekty, które każdy turysta przybywający do Wenecji po raz pierwszy chce na własne oczy zobaczyć, ale kierujemy też swoje kroki za zakochaną przewodniczką Renatą do miejsc nie odkrytych przez tłumy turystów, zaglądamy w tajemnicze zaułki i rozmaite zakamarki, przysiadamy w urokliwych knajpkach z dala od turystycznych tras, próbujemy kuchni miejscowej, niby zwyczajnej i prostej, a zarazem niezwykłej i wyjątkowej, tworzonej z sercem. 

Przejdźmy więc do konkretów. Książkę rozpoczyna osobisty wstęp, w którym autorka opowiada o swoim pierwszym zetknięciu z Wenecją i o tym, jak rozwijała się jej fascynacja Serenissimą, dlaczego pokochała to niezwykłe  miasto i - mieszkając w pobliżu od 1996r - wciąż do niego wraca, nadal odkrywając jego kolejne tajemnice.

Czy wiecie, że w Wenecji jest aż 900 pałaców, 105 kościołów oraz ponad 50 muzeów? Miasto, w dużej części zbudowane dosłownie na wodzie (konkretnie na milionach drewnianych pali wbitych w grząskie podłoże - o szczegółach tej skomplikowanej budowy można przeczytać w jednym z rozdziałów) położone jest na 120 wyspach, a co za tym idzie - aż 400 mostów łączy brzegi 177 kanałów, po których nieustannie pływają setki różnego rodzaju statków i łodzi. Przemieszczać się można wyłącznie drogą wodną lub pieszo. To miasto bez samochodów, rowerów i hulajnóg, bez tego znanego nam zgiełku miejskich ulic. Już samo to narzuca styl życia. Nie wsiądziesz do samochodu, żeby przejechać szybko w inne miejsce. Musisz wygospodarować czas na pieszą wędrówkę lub skorzystać z transportu wodnego. Po prostu musisz zwolnić. A to daje szansę na lepsze poznanie miasta.

Jak pisze Renata Pawłowska: "Prawdziwy urok Wenecji polega właśnie na tym, że za każdym razem, gdy tam jesteś, wiesz, że nigdy nie będzie tak, jak poprzednio: to jak niewyczerpana kopalnia piękna, która zawsze potrafi cię zaskoczyć. Różne pory roku, różne światło, zmieniający się klimat czynią to miejsce wyjątkowym". Dlatego autorka przewodnika zachęca nas, abyśmy się po prostu w Wenecji zgubili, zanurzyli, chłonęli ją, a nie tylko biegali z nosami w google maps i GPS, które i tak w tym mieście często zawodzą. Ja sama po lekturze książki zostałam przekonana, że warto zaplanować sobie dłuższy pobyt, jeśli chcemy to miasto poczuć i posmakować.

Jak więc to zrobić? Jak dojechać, gdzie zamieszkać, jakie miejsca warto zobaczyć, jeśli nie chcemy poprzestać na placu św. Marka, pałacu Dożów i Canale Grande, jakie bilety albo karnety zarezerwować wcześniej, jak za mniejsze pieniądze zwiedzić więcej, kiedy przyjechać, jeśli chcemy uniknąć tłumów, a kiedy - jeśli chcemy załapać się na jakieś atrakcyjne wydarzenia. Przewodnik "Wenecja, moja miłość" na pewno znakomicie nam to ułatwi, znajdziemy tutaj mnóstwo przydatnych informacji i praktycznych wskazówek.

Dla przykładu - ponieważ po Wenecji można poruszać się tylko na własnych nogach albo płynąc jednym ze środków transportu wodnego, przewodnik Renaty Pawłowskiej opisuje dokładnie jak funkcjonuje cały ten system, jakimi trasami, w jakich godzinach (z podziałem na różne pory roku) pływają vaporetti, a jakimi taksówki wodne czy gondole i traghetto, ile to kosztuje, jakie są zniżki i inne opcje. Mamy do tego sporą garść bardzo szczegółowych praktycznych porad, dotyczących przewożenia bagażu, wsiadania i wysiadania z tych wodnych statków (tu omszałe śliskie schodki, tu trzeba przeskoczyć nad wodą, tam przejdziesz spokojnie suchą stopą itd - warto o tym wiedzieć, zwłaszcza jak się jest z dziećmi, osobą starszą czy niepełnosprawną). Jak wybrać gondolę, jeśli już chcemy zafundować sobie taką przejażdżkę i jak zrobić to znacznie taniej. Ale pozostając przy transporcie wodnym - oprócz tych praktycznych konkretów dowiadujemy się też wielu ciekawych rzeczy o samych gondolach, które w imponującej liczbie nawet 10 tysięcy pływały po weneckich kanałach w czasach świetności Republiki Weneckiej (około XVI w.), a obecnie jest ich około 400. Jakie tajemnice i legendy wiążą się z zawodem gondoliera, jak buduje się gondolę, jakie ma charakterystyczne elementy i co one oznaczają, a także gdzie można zobaczyć, jak powstaje kolejna gondola - tego dowiemy się w tym przewodniku. 

W podobny sposób rozwinięte są inne tematy. Wśród opisanych ciekawostek są na przykład niepozorne, ale wszechobecne w pejzażu miasta briccole, drewniane słupy wystające z wody. W zależności od przeznaczenia mają różne oznaczenia, kolory i numery, a jest ich w sumie około 100 tysięcy sztuk. W Wenecji oprócz ludzi mieszkają też oczywiście zwierzęta, wśród nich koty, którym poświęcony jest osobny rozdział. Koty są widoczne wszędzie na ulicach i darzone są szczególnym szacunkiem ze względu na zasługi ich średniowiecznych przodków w ochronie miasta przed szczurami i zarazą. Autorka przytacza różne legendy związane z weneckimi mruczkami.

Jeśli przyjeżdżamy do Wenecji na krótko - zwykle chcielibyśmy zobaczyć te najbardziej znane zabytki. Oczywiście nie sposób szczegółowo opisać tych kilku tysięcy wspaniałych budowli w jednej książce, ale autorka przewodnika wybrała dla nas spośród nich te, które na pewno warto odwiedzić. Opowiada więc o historii imponujących pałaców położonych wzdłuż Canale Grande, będących świadectwem bogactwa i potęgi dawnej Serenissimy, ale i o tych ukrytych dalej, w plątaninie szlaków wodnych, o szczególnych cechach weneckich budowli, prowadzi nas do ich wnętrza, opowiada ciekawe szczegóły z ich bogatej przeszłości. Podobnie opowiada o arcydziełach architektury, malarstwa i rzeźby, które spotyka się tutaj niemal co krok, o kościołach i muzeach, do każdego opisu dodając praktyczne informacje o godzinach otwarcia, cenach biletów, możliwych rezerwacjach itp. Dodatkowy rozdział to informacje o rozmaitych darmowych atrakcjach w Wenecji. Tekst ilustruje imponująca ilość świetnych fotografii, które robiła sama autorka książki w czasie swoich niezliczonych wędrówek po mieście. 

Oprócz zabytków i renomowanych galerii czy muzeów Wenecja to przecież żyjące miasto, więc jest w nim także wiele parków i ogrodów, które warto odwiedzić, słynny targ Rialto, małe sklepiki i galerie, czy tak niezwykłe miejsca, jak choćby przedziwna księgarnia Acqua Alta, z mieszkającymi w niej kotami oraz gondolą. Wenecja to miasto na wodzie, rozłożone na lagunie, otoczone wyspami, które także powinniśmy sobie wpisać do harmonogramu wycieczki, jak na przykład słynne Burano z kolorowymi domami, czy Murano znane z wyrobów z kolorowego szkła, ale też urokliwa Pellestrina, znana między innymi z przepięknych koronek klockowych, magiczna wyspa San Michele, czy oaza spokoju Lido. W zasadzie każda z nich warta jest osobnego dnia zwiedzania. Ale jeśli nie chcemy się wyprawiać na wyspy laguny, to możemy pospacerować też po najbardziej znanych promenadach w sercu miasta, posiedzieć w kawiarniach, które poleca autorka "Zakochanego przewodnika", oglądając przy okazji mnóstwo wspaniałych widoków z imponującymi obiektami architektonicznymi.

Renata Pawłowska zaprasza nas także w swoje ulubione, mniej oblegane przez turystów miejsca, różnorodne perełki ukryte gdzieś dalej od głównych tras, ale ze szczególnym klimatem, ciekawe miejsca widokowe, urocze knajpki, proponuje nietypowe trasy, tłumacząc dokładnie jak dotrzeć w konkretne miejsca i o jakiej porze warto się tam wybrać. Dowiemy się także, jak Wenecja wygląda nocą, jak zwiedzać miasto w miesiącach zimowych i czego się wtedy spodziewać, jakie są najlepsze miejsca do oglądania zachodów słońca, a jakie pozwolą na zrobienie najlepszych zdjęć na Instagram oraz skąd zobaczymy najwięcej (Wenecja z lotu ptaka). 

Z książki dowiemy się oczywiście całkiem sporo o historii miasta, ale też o warunkach życia w dzisiejszych czasach, no i o tym, co turystę najbardziej może zainteresować. Co się dzieje, gdy jest acqua alta, a co wtedy, gdy następuje acqua secca, kiedy te zjawiska występują i jak się wtedy zachować, jaki ma to wpływ na życie miasta (i turystów, ma się rozumieć). Kiedy miasto wygląda inaczej niż na większości instagramowych zdjęć? Renata Pawłowska zachęca na przykład do spaceru nocą w czasie, kiedy Wenecję spowija gęsta mgła, czy do wyprawy łodzią na słone bagna (barene). Wielką zaletą książki są pełne emocji opisy osobistych doświadczeń i przeżyć autorki z wieloletnich wędrówek po mieście na wodzie. 

Osobne rozdziały zawierają informacje dla zwiedzających Wenecję z dziećmi oraz praktyczne wskazówki dla osób z niepełnosprawnościami, znajdziemy też szczegółową rozpiskę proponowanej przez autorkę wycieczki siedmiodniowej, w czasie której można poznać najważniejsze trasy i miejsca na mapie Wenecji. Bo umówmy się - jeden dzień to stanowczo za mało, żeby poznać Perłę Adriatyku :). Ale jeśli nie możemy przeznaczyć na zwiedzanie Wenecji siedmiu dni, znajdziemy w książce informacje o wydarzeniach, które odbywają się tutaj cyklicznie i przyciągają mnóstwo turystów i pasjonatów, jak choćby słynny Karnawał czy Festiwal Filmowy.


mnóstwo pięknych zdjęć!


No i wreszcie - oddzielny rozdział poświęcony jest weneckiej gastronomii, lokalom mniej i bardziej znanym, oraz potrawom, jakich warto w nich spróbować. Oprócz renomowanych restauracji warte uwagi w Wenecji są zwyczajne tawerny z lokalnymi specjałami, opartymi na świeżych produktach, owocach morza, rybach i warzywach. Z przewodnika dowiemy się, gdzie zjeść śniadanie, gdzie pizzę, czego warto spróbować, jakie są najpyszniejsze desery, dokąd pójść na aperitif czy na lody, gdzie napić się kawy, a do tego mieć w bonusie fantastyczną atmosferę, historyczne klimaty czy przepiękne widoki. Renata Pawłowska zaprasza nas do swoich ulubionych lokali, opowiada o ich historii i najlepszych serwowanych w nich daniach, objaśnia nam fenomen weneckich bacari, niewielkich lokali oferujących kieliszek wina i małe przekąski - dowiemy się jak narodziła się tradycja far bàcara i jakich specjałów warto spróbować.

Wybierając się do Wenecji warto zapoznać się ze specyficznym nazewnictwem stosowanym tylko tam, ponieważ używając nawet nieźle opanowanego języka włoskiego czasem nie będziemy mogli się dogadać. Przewodnik zawiera więc rozdział poświęcony wyjaśnieniu tych różnic oraz na końcu - mały przydatny słowniczek. Nawet powszechnie znana nazwa vaporetto po wenecku brzmi całkiem inaczej. 


Na koniec dodam, że książka ma kompaktowe, poręczne rozmiary i okładkę tzw. zintegrowaną (czyli dość elastyczną, coś pośredniego między zwykłą miękką a całkiem twardą i sztywną), co uważam za istotne zalety, jeśli chcemy korzystać z niej rzeczywiście jako z przewodnika będąc z Wenecji. Jest "pakowna" - łatwo ją upchnąć w plecaku czy nawet torebce i w razie potrzeby trzymać ją w ręce w czasie wędrówki, a okładka długo to wytrzyma.


Książkę "WENECJA, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście" otrzymałam od jej autorki. Renata Pawłowska napisała wcześniej także kilka innych świetnych książek o Włoszech i włoskiej kuchni:


Kucharka ze mnie taka sobie, więc na razie pozycję o włoskiej kuchni (z przepisami) odpuściłam sobie, ale już w trakcie czytania książki o Wenecji kupiłam sama dla siebie "Włochy. 111 przygód (...)" i na wyraźne życzenie męża - "Jezioro Garda (...)". Obie dotarły do mnie przed samymi świętami i już są w czytaniu :).




********

Książka "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście" miała premierę 15 grudnia i już można ją kupić. Jest dostępna stacjonarnie w sklepiku w Krakowie przy ul. Malborskiej 140 oraz on-line pod tym linkiem:

https://wloska9.pl/renata-pawlowska/wenecja-moja-milosc-zakochany-przewodnik-po-miescie-renata-pawlowska.html


********




Do zobaczenia w Wenecji!

********