piątek, 23 lutego 2024

Książki. Ristujczina z Klimtem, Palikot z Leśmianem i Dehnel z Chopinem.

Dzisiaj jedna książka z mojej bajki, ale dwie pozostałe takie mniej oczywiste. Zobaczcie sami, co mi się trafiło...



*****


  • JANUSZ PALIKOT - "Nic-nic. Ontologia na marginesach Leśmiana". Wyd. Centrum Kultury w Lublinie, 2018r, 300 str., okładka miękka ze skrzydełkami i obwolutą.



Nie miałam nawet świadomości, że mamy tę książkę. Mąż dostał ją jakiś czas temu w prezencie, ale jakoś mu nie podeszła tak od razu do czytania, odstawił na półkę i zapomniał. Niedawno szperając w biblioteczce wygrzebał ją i dał mi, mówiąc - "chyba ci się spodoba, bo to taka intelektualna lektura". Hmm??? No dobra, zobaczmy, cóż to takiego. Przyznam szczerze, że mimo pewnej sympatii z dawniejszych czasów (nieco zweryfikowanej późniejszymi działaniami biznesowymi tego pana, ale w ten wątek nie będę się tutaj wdawać), jakoś specjalnie nie interesowała mnie pozapolityczna działalność pana Palikota. Wydawało mi się, że jego filozoficzne dywagacje wtrącane w rozmaitych wypowiedziach są jakimś marginalnym zjawiskiem, zupełnie nie znałam też jego twórczości literackiej, chociaż owszem, coś mi się tam o uszy obiło. Bardziej kojarzył mi się jednak z biznesem i piwem :). No więc trochę mnie ta książka zaskoczyła.



Jak określić jednym zdaniem to dzieło? Poza tym, oczywiście, że jest to dzieło z dziedziny ontologii, jak sam tytuł wskazuje. Mam z tym problem, bo jest to książka dość trudna, wymagająca. Trzeba się do niej trochę przygotować, przypomnieć sobie poezję Leśmiana, zanurzyć się najpierw w tej poezji, a potem, mając ją w sobie, spróbować podążać za tokiem rozważań Palikota, jego nowatorską interpretacją leśmianowskiej poezji. 

Może posłużę się cytatem z obwoluty, autorstwa Piotra Augustyniaka, żeby zobrazować Wam lepiej, z czym mamy do czynienia:

Janusz Palikot pisał tę książkę nie tylko, jak głosi jej tytuł, na marginesach Leśmianowych wierszy. Pisał ja transowo między ich wersami, słowami i sylabami, odsłaniając przed sobą i nami świat w jego fascynującej nieoczywistości. Palikot objawia się tu szerszemu kręgowi czytelników jako myśliciel drapieżny, bezkompromisowy, dogłębny, ostry. Rozcinając przy pomocy brzytwy aforyzmu naskórek rzeczywistości, narosły ze zdroworozsądkowych banałów i obiegowych półprawd,, zapada się w otchłań jej paradoksów i nierozstrzygalności. Być może ktoś mógłby napisać podobną książkę bez wierszy Leśmiana. Pisząc ją jednak z Leśmianem i przy Leśmianie Janusz Palikot przywraca jego poezji należne miejsce w polskiej literaturze jako twórczości na wskroś metafizycznej, a nawet - jak mógłby się wyrazić Cezary Wodziński - trans-metafizycznej.

A co to w ogóle jest ontologia? Dawno temu, w czasach licealnych, interesowałam się filozofią, czytałam dość sporo na ten temat, ale to było wieki temu, dzisiaj mnie to tak nie wciąga, a i wiele teorii wyleciało mi zupełnie z głowy. Coś mi więc dzwoniło, ale tak żeby komuś to wyjaśniać, to już nie bardzo... Więc cytując za Wikipedią:

Ontologia – dział filozofii dotyczący bytu; zajmuje się strukturą rzeczywistości oraz pojęciami istoty, istnienia, jego sposobów, przedmiotu i jego własności, przyczynowości, czasu, przestrzeni oraz możliwości i konieczności; w analizie ostatnich dwóch pojęć korzysta z logik modalnych Ontologię czasem utożsamia się z metafizyką, jednak niektórzy rozdzielają te dyscypliny; przykładowo robi to tradycja fenomenologiczna.

 




O tej książce można opowiadać długo, rozbierać ją na czynniki pierwsze bez końca, ale powstałaby z tego kolejna książka. Autor snuje rozważania filozoficzno-obyczajowo-kulturowe, zagłębia się zarówno w porównania podobnych wątków u innych twórców, jak i przekłada je na własne obserwacje życiowe. Jeśli interesuje Was poezja, Leśmiana zwłaszcza, a może przeciwnie - mieliście w latach szkolnych problem z jej odbiorem - warto przeczytać tę ontologię, spojrzeć inaczej na Leśmiana, a może przy okazji - także na Palikota.




Dodatkowym atutem książki jest duża ilość niezwykle interesująco dobranych ilustracji, cytatów - nie tylko z Leśmiana, ale też nawiązań do innych znanych dzieł wielkich mistrzów i rozmaite inne smaczki i dygresje. Rzecz wielowątkowa i wielowarstwowa, do przemyśleń. 

Akurat trafiłam na wpis R.A.Ciężkiej o książkach filozoficznych i filozofujących, pod wartym zacytowania tytułem: "Jeśli nie wiesz, czy coś jest mądre, czy dziwne, to zapewne było filozoficzne". Jeśli lubicie takie klimaty, zajrzyjcie też pod ten link, jest tam wymienionych kilka pozycji w tym duchu.


*****


  • JACEK DEHNEL - " Serce Chopina". Wyd. Biuro Literackie, Stronie Śląskie, 2018r, 38 str., okładka miękka.



Kupiłam tę książeczkę jakiś czas temu, przy okazji zamawiania któregoś tomu opowieści o śledztwach profesorowej Szczupaczyńskiej. Autorami tej serii, pod pseudonimem Maryla Szymiczkowa, są Piotr Tarczyński i Jacek Dehnel. A że panów kojarzę raczej słabo, jeśli chodzi o literaturę, to pomyślałam sobie, że warto się zapoznać z ich inną twórczością, skoro kryminały ze Szczupaczyńską tak bardzo przypadły mi do gustu. Poezja nie jest, co prawda, moim ulubionym gatunkiem, ale przeczytałam gdzieś intrygującą recenzję tomików Dehnela, zatem sięgnęłam po pierwszy z brzegu, jaki znalazłam w internetowej księgarni. W pierwszym podejściu i po pobieżnym przekartkowaniu "Serca Chopina" raczej nie byłam oczarowana, ale odłożyłam sobie książeczkę na jakiś wolny wieczór. I się okazało, że przy odpowiednim nastawieniu czyta się świetnie, w końcu to rzecz na pół godzinki raptem, wliczając w to odpłynięcia myślami w nurcie poezji i rozważania własne.




Okładka i układ tomiku (strona A, strona B) imitują płytę winylową, a konstrukcja wiersza nawiązuje do muzyki Chopina, stanowiąc jeden długi utwór, w którym zmieniają się tonacje i nastroje, natężenie dźwięków, tempo i rytm. Zaczynamy od wspomnienia Chopina i jego serca, które odbyło długą drogę do polskiej ziemi, potem zaglądamy do domów mieszkańców Warszawy, zwykłych ludzi, wnikamy w ich emocje, przeżycia, tęsknoty, nadzieje, wędrujemy z nimi po Europie, szukając ukojenia i spełnienia. Utwór wciągający emocjonalnie, wielowymiarowy, wzruszający i poruszający, zmuszający do przemyśleń.

*****


  • LUBA RISTUJCZINA - "Gustaw Klimt. Twórca złotej secesji". Wydawnictwo SBM, 240 str., okładka twarda.


Moja ulubiona ostatnio autorka książek o sztuce - Luba Ristujczina i jej książka/album o Klimcie. Opowiadałam już wcześniej o innych książkach tej autorki, historyczki sztuki: "Stanisław Wyspiański. Artysta i wizjoner" (tutaj)"Józef Mehoffer. Geniusz polskiej secesji" (tutaj)"Wojciech Kossak. Najwybitniejszy batalista" (tutaj)

Po tym ostatnim tekście odezwała się do mnie pani Luba , pisząc w mailu o tym, że taki pozytywny odbiór motywuje ją do dalszej pracy i pisania kolejnych książek, oraz dołączyła podziękowanie za miłą recenzję. Oczywiście bardzo mnie ucieszył ten sympatyczny gest, świadczący o tym, że autorka rzeczywiście myśli o swoich czytelnikach. Skłoniło mnie to też do pewnych przemyśleń na temat tych moich opinii/recenzji o książkach. Recenzjami trudno je nazwać, w każdym razie nie spełniają podstawowych wymagań dla recenzji profesjonalnych. Piszę raczej skrótowo o osobistych refleksjach związanych z przeczytaną książką, nie zawsze jestem obiektywna. Od pewnego czasu poprawiłam się tylko na tyle, że zamieszczam metryczki, czyli informacje "techniczne" o samej książce (ilość stron, rok wydania, wydawnictwo, okładka). A z drugiej strony - lubię książki czytać i o nich pisać. Więc może powinnam pisać bardziej profesjonalnie? Na moim blogu jest pewien misz-masz, trochę o książkach, trochę o moich obrazkach, czasem wstawki z życia moich zwierzaków czy z ogrodu. Od pewnego czasu chodziło mi po głowie, żeby trochę to ogarnąć, skupić się tylko na książkach i obrazkach, no i jeśli chodzi o tematykę, to tak powoli zaczyna to wyglądać. Nie mam jednak ambicji prowadzenia profesjonalnego bloga recenzenckiego, to wymagałoby porządnego przyłożenia się do pracy, dogłębnej i wszechstronnej analizy ocenianego dzieła itd. Ale na to brakuje mi po prostu czasu.  Zatem - lecimy po staremu, czyli będę się tutaj z Wami dzielić moimi skrótowo ujętymi refleksjami po lekturze.






Album o Klimcie to wspaniale opracowane kompendium wiedzy o tym znanym artyście, w przepięknej szacie graficznej. Poznajemy życie malarza na tle interesująco zarysowanej epoki i jego twórczość w zestawieniu z malarstwem innych artystów tamtych czasów. Jaki był Klimt? Pracowity, perfekcyjny i zdyscyplinowany, niezbyt towarzyski, a przecież uznany za skandalistę belle epoque i guru Wiedeńskiej Secesji. Na początku artystycznej drogi zajmował się wykonywaniem dekoracji dla teatrów, malowaniem konwencjonalnych portretów na zamówienie i szeregiem innych zajęć. które pomagały mu podreperować wątły budżet. Ostatecznie jednak stał się twórcą niezależnym, którego sztuka jednych gorszyła, innych przyciągała. Najbardziej nam znane obrazy ze "złotego" okresu zostały namalowane u schyłku nurtu art nouveau, w związku z czym wkrótce zostały uznane za przestarzałe i niemodne. Dopiero w latach 60tych XX wieku odżyło zainteresowanie twórczością Klimta. W 2006r jego obraz "Portret Adele Bloch-Bauer" został sprzedany za 135 milionów dolarów, a niemal wszędzie na świecie w sklepach z pamiątkami i bibelotami można kupić porcelanę i inne drobiazgi ozdobione motywami z obrazów Klimta.






Wspaniale opracowana pozycja, ogrom wiedzy przy jednoczesnej oszołamiająco bogatej ikonografii. Polecam gorąco, rzecz warta swojej ceny, a nawet, powiedziałabym, w cenie okazyjnej, Często bywa tak, że za ciężkie pieniądze dostajemy album w grubej lakierowanej okładce, z modnym nazwiskiem twórcy, ale z mizerną treścią i niewielką liczbą ilustracji. W przypadku książek/albumów Ristujczyny czytelnik otrzymuje naprawdę niemal kompletne opracowanie o życiu i twórczości artysty, a także o innych towarzyszących okolicznościach i tle historycznym, w dodatku z ogromną ilością świetnych ilustracji - reprodukcji obrazów i zdjęć z epoki.

*****


środa, 31 stycznia 2024

Tego obrazu nie będzie.

Chwilowo jest, więc pokazuję, póki istnieje, ale zaraz zostanie unicestwiony i nawet mam konkretny pomysł, co z niego będzie. Miałam nie pokazywać, ale co tam, zobaczcie, co mi się nie udało i nie zamierzam tego poprawiać w nieskończoność :).




Miał być wpis z dalszego ciągu malowania białego na białym, ale musiałam się w końcu rozprawić z tym oto obrazkiem, który stał od paru miesięcy niedokończony, jak wyrzut sumienia... Zaczęty wieki temu, porzucony z braku chęci i natchnienia, i prawie już skazany na zapomnienie. Najpierw stał na sztaludze, potem odstawiłam go do kąta, bo i tak praca nad nim zupełnie mi nie szła. Przez dłuższy czas niemal go nie zauważałam, zajmowałam się innymi rzeczami i omijałam go wzrokiem i myślą. Ale w końcu trzeba było podjąć jakąś decyzję, dokończyć, całkiem przemalować, albo wyrzucić w cholerę. No nie, szkoda podobrazia, coś bym na nim zrobiła, jakiś kolaż może... Ostatecznie jednak zabrałam się za malowanie, przy czym z pierwotnej wersji niewiele zostało. Tutaj wersja przedostatnia, wcześniejszych niestety nie uwieczniłam:




Obraz ma wymiary 50x60cm, namalowany jest farbami olejnymi na podobraziu płytowym z naciągniętym płótnem.

Zredukowałam większość tego, co było na początku i w moim pierwotnym zamyśle. Nie jestem zadowolona z tego obrazka ani trochę i dlatego jego los został już przesądzony, zostanie poddany totalnemu recyklingowi.

Ja wiem, że zaraz kilka osób napisze, że jest ok, całkiem dobry obraz, a ja jestem zbyt krytyczna wobec siebie ;). Tylko że ja po prostu miałam zupełnie inną wizję, ale jakoś nie bardzo potrafiłam to namalować. Już nie wspomnę o przekłamaniach kolorystycznych na zdjęciach...

Jeszcze raz wersja aktualna (przed unicestwieniem):




Sam motyw uwielbiam i podeszłam do niego już po raz trzeci. Inspiracją było zdjęcie w książce o stadninie koni w Janowie. Po raz pierwszy, wiele lat temu, narysowałam tę scenkę tuszem, tzw. piórkiem czyli artystyczną stalówką (bo były to czasy przedcienkopisowe) i to chyba była najbardziej udana wersja. Rysunek powędrował do kolegi jako upominek imieninowy. Jakiś czas później książka ponownie wpadła mi w ręce, przypomniało mi się to zdjęcie i tym razem namalowałam obrazek z tymże motywem - farbami olejnymi. To jest właśnie ta poprzednia wersja - kolorystyka dość monochromatyczna, sepiowo-oliwkowa, rozmiar A3 (zdjęcie przejaskrawione):



Średnio byłam jednak z niego zadowolona, więc od pewnego czasu myślałam nad kolejną wersją. Miałam nadal zdjęcie-inspirację i dość jasną wizję jak chcę to tym razem namalować, w trochę innym stylu. Najważniejsze miało być słoneczne światło wpadające szeroką falą do ciemnego wnętrza, tworzące kolorowe załamania jak w kalejdoskopie, taki zalew słońca i barw. Najpierw było za bardzo kolorowo i jasno, potem, w kolejnej wersji, trochę jakby ktoś fajerwerki odpalił, w końcu stopniowo zamalowałam większość tych kolorowych refleksów. W rzeczywistości jest tam jednak nieco więcej niuansów i cieplejszych tonów, ale mój aparat nie potrafi zbalansować błękitów i żółciami i czerwieniami, wybiera co mu tam pasuje.


Jak widać - główny motyw niemal nie zmieniony, chodziło mi w zasadzie tylko o tło, żeby była większa przestrzeń i podkreślone wrażenie światła wpadającego do ciemnego wnętrza. 

A to jest wspomniane zdjęcie:




Kilka słów o źródle inspiracji, czyli książce z tymże zdjęciem. 

Jest to bardzo interesująco napisana historia stadniny w Janowie do początku lat 80-tych, a przy okazji sporo ciekawostek o koniach w ogóle, o arabach w szczególności. Obszerniej pisałam już o tej książce w tym wpisie, więc nie będę tego tutaj kopiować. Jeśli kogoś temat ciekawi, to proszę zajrzeć pod ten link, książkę bardzo polecam wszystkim miłośnikom koni.

Niedawno widziałam na stronie janowskiej stadniny informację, że jest tam 480 koni, z czego 340 czystej krwi arabskiej, sporo jest także angloarabów. Nie będę się rozpisywać o najnowszych dziejach stadniny, kto się interesuje ten wie, jakie skandale i kontrowersje miały miejsce w okresie tzw. dobrej zmiany, jak niemal doprowadzono do bankructwa nasz skarb narodowy, jak skutecznie odstraszono bogatych hodowców od kupowania u nas koni, jak przepychanki i karuzela kolejnych prezesów, robiących karierę ale nie mających odpowiednich kompetencji i doświadczenia, w dodatku nie akceptowanych przez załogę i nie radzących sobie z podstawowymi problemami, wymazała z czołówki światowych stadnin nazwę Janów Podlaski. Nie zaszkodziły stadninie wojny i komuna, po niemal 200 latach prosperity rozłożyła ją na łopatki dobra zmiana. Mam nadzieję, że teraz już idzie ku lepszemu.


*****

Na malowanie nie mam ostatnio zbyt wiele czasu, bo zawsze coś... Sporo czytam, ale też brakuje czasu na pisanie recenzji, może wkrótce coś uda się naskrobać, garść poksiążkowych refleksji... Dziergam, szyję. Aktualnie robię na drutach sweter dla dziecka, a że dziecko jest dużym starym koniem, to trochę tego dziergania jest. Oczywiście jak pytałam jesienią, czy nie potrzebuje porządnego ciepłego swetra, to nie. Teraz nagle tak. A sweter będzie ciepły, dość gruby, mięciutki i milutki, bo z wełny merino, czyli najlepszej na świecie, bo nie gryzącej :). Wzór najmniej skomplikowany, bo dżersej po całości, dziecko tak chciało. Robię od góry na okrągło z rękawami reglanowymi, bez szycia. No ale brak komplikacji ze wzorem niekoniecznie jest zaletą, bo jak jest jakiś wzór do liczenia i pilnowania oczek, to jakoś szybciej z tą robótką czas leci, a tu ocean prawych oczek, nuuuda.... Mam nadzieję, że dziecko będzie zadowolone, to następny sweter zrobię już z jakimiś wariacjami typu wzór strukturalny, warkoczyk, czy bardziej ozdobne ściągacze. I może porwę się na jakąś bardziej ekskluzywną włóczkę, z Malabrigo dawno nic nie robiłam, marzy mi się :). Na zdjęciu niedawno zrobiony mój sweterek (poszalałam z warkoczykami), jeszcze nie zblokowany, a w tle synkowy w trakcie dziergania, oba z Big Merino Dropsa. Włóczka taka trochę sznurkowa, ale jednak merino, no i miało być grubo i ciepło :). Robienie z tej samej włóczki ma swoje zalety, bo wiadomo już, jakie druty się najlepiej sprawdzą, jaka próbka i jak się to zachowa w użyciu i po praniu.




Zdrówka Wam życzę, Kochani, Waszym zwierzątkom takoż. Moje stado zdrowe, a ja się od jesieni impregnuję propolisem i miksturą czosnkową (tutaj przepis) i jakoś choróbska mnie omijają, póki co. Oby tak dalej :).

*****


sobota, 6 stycznia 2024

Białe na białym - floksy.

To kolejny obrazek malowany równolegle ze Switełaną Rodionową - pisałam o tej mojej najnowszej  inspiracji w poprzednim poście "Malowanie na ekranie" - tutaj. Mam wrażenie, że z każdym kolejnym obrazkiem idzie mi coraz lepiej, maluje mi się w każdym razie swobodniej i pewniej, chociaż oczywiście do pełnego zadowolenia droga jeszcze daleka :).

Rodionowa w kilku filmach na YT pokazała jak malować białe kwiaty na białym tle. Na pierwszy raz wybrałam obraz z bukietem floksów. Filmy Rodionowej głównie oglądam, do słuchania jest niewiele, artystka mało mówi i w dodatku nie wszystko dokładnie rozumiem (bo po rosyjsku i niezbyt wyraźnie), ale zwróciłam uwagę na moment, kiedy pokazywała i omawiała jak różne są odcienie bieli na tym obrazie i jakimi kolorami trzeba ją namalować. Do bieli na obrazie z floksami użyłam więc - oprócz bieli tytanowej i cynkowej - drugie tyle: czerni, ultramaryny, ochry, umbry, sieny i po odrobinie czegoś tam jeszcze. Bieli w stanie czystym, nie zmieszanym z innymi kolorami, użyłam zaledwie punktowo w samych kwiatkach, na filiżance i w blikach na wazonie. A przecież w ustawionym w pracowni "modelu" prawie wszystko było białe: płatki kwiatów, ściana, obrus, filiżanka. Przeźroczysty szklany wazon i tylko zielone łodygi i listki floksów.  

Jak zwykle moje zdjęcia pozostawiają sporo do życzenia, a przede wszystkim nie oddają wiernie barw:



Malowanie bieli jest ciekawym doświadczeniem. W naturze czysta, nieskazitelna biel niemal nie występuje, ponieważ biel zawsze odbija światło oraz inne kolory. Wystarczy położyć na białej kartce cytrynę, a na drugiej - pomidora. Jak się przyjrzymy, to dostrzeżemy różnicę w kolorze obu kartek. Ta z cytryną będzie odbijała kolor żółty i będzie się nam wydawała nieco żółtawa, ta z pomidorem będzie miała lekkie zabarwienie czerwienią. Albo popatrzmy na białą ścianę w różnym oświetleniu: zupełnie inaczej będzie wyglądała w ciemnym kącie, inaczej przy oświetleniu tradycyjną żarówką, halogenem, wreszcie - gdy padnie na nią promień słońca. Że nie wspomnę o kolorze abażuru, który odbije się na tej - wciąż białej przecież - ścianie. Jak abażur będzie zielony, to ściana będzie się wydawała zielona, to oczywiste. W nocy będzie czarna - nie ma światła, nie ma czego odbić, bieli nie ma. A przecież tak naprawdę wiemy, że ta ściana jest wciąż biała, bo taką farba ją pomalowaliśmy, prawda? Ot, taki optyczny psikus :). To taka wiedza chyba jeszcze ze szkoły podstawowej, o ile dobrze pamiętam. Osobom zainteresowanym tematem polecam bardzo ciekawy i obszerny artykuł o różnych podejściach do kwestii barw  pt. "Teoria koloru" (tutaj).

I jeszcze przytoczę Wam jeszcze takie ciekawe fragmenty z innego artykułu Czy czarny i biały to kolory?, tym razem konkretnie o czerni i bieli:

Jak można zauważyć w tęczy, czerń nie znajduje się w widmie widzialnych kolorów. Z wyjątkiem czerni wszystkie inne kolory są odbiciem światła. Czarny to brak światła. W przeciwieństwie do bieli i innych barw czysta czerń może istnieć w naturze bez obecności żadnego światła.

Niektórzy uważają, że biel jest kolorem, ponieważ białe światło zawiera wszystkie barwy w widmie światła widzialnego. Z kolei wiele osób uważa czerń za kolor, gdyż trzeba połączyć inne pigmenty, aby utworzyć ten kolor na papierze. Jednak w sensie technicznym czerń i biel nie są kolorami, ale odcieniami. Uzupełniają one kolory. „A jednak działają jak kolory. Wywołują uczucia. Mogą być ulubionym kolorem dziecka.” — mówi projektant grafiki Jimmy Presler.

W nauce kolor czarny to brak światła. A kolor jest zjawiskiem światła. Ale czarny obiekt lub czarne obrazy wydrukowane na białym papierze są tworzone z pigmentu, a nie ze światła. Artyści muszą więc używać najciemniejszego koloru farby dla przybliżonej czerni.

To, co widzisz jako pigment o czarnym kolorze lub światło o białym kolorze, w rzeczywistości składa się z różnych jasnych lub ciemnych kolorów. Nic nie może być czystą bielą lub czystą czernią, z wyjątkiem niefiltrowanego światła słonecznego lub głębi czarnej dziury.

A czy wiecie, jaki kolor ma futro niedźwiedzia polarnego? Otóż wcale nie jest ono białe. Taki polarny misio skórę ma całkiem czarną, co jest logiczne, ponieważ kolor czarny najlepiej "trzyma" ciepło, którego pod biegunem raczej brakuje. Natomiast futro jest bezbarwne i przeźroczyste. Poszczególne włosy są wypełnione powietrzem, co daje doskonałe właściwości izolacyjne, a jednocześnie ich powierzchnia nie jest gładka, wręcz przeciwnie - pokryta jest rozmaitymi wypustkami i nierównościami, które mają za zadanie załamywanie i odbijanie światła. Do tego dochodzi kolejna sztuczka, mianowicie niedźwiedzie włosy w czasie nieustannych kąpieli nasiąkają minerałami morskimi - a połączenie tych wszystkich czynników powoduje zmianę długości fali promieni ultrafioletowych i powstanie zjawiska luminescencji. Czyli miś odbija światło i świeci bielą. Ciekawy artykuł na ten temat - tutaj.

Ale porzućmy te fascynujące rozważania o bieli i wróćmy do obrazka. Wyżej było zdjęcie zrobione w świetle dziennym, tutaj jest w oświetleniu sztucznym światłem ciepłym:



W temacie bieli przypomniał mi się epizod z książki "Burza kolorów", o której pisałam tutaj (klik). Rzecz dzieje się w Wenecji w XVI wieku, ale w rozmowie o kolorach Giorgione rzuca przypuszczenie, że może ktoś kiedyś wpadnie na niezwykły pomysł i namaluje biały kwadrat na białym tle. To oczywiście nawiązanie do słynnego obrazu Kazimierza Malewicza z 1918 roku "Białe na białym", przedstawiającego właśnie biały kwadrat na białym tle (link dla zainteresowanych: Kompozycja suprematyczna).

No i jeszcze raz obrazek, tym razem w oświetleniu sztucznym białym/zimnym. Na monitorze mojego komputera ta wersja jest najbardziej zbliżona do oryginału:




Obraz olejny 40x50cm, płótno na blejtramie.

*****


niedziela, 10 grudnia 2023

Malowanie na ekranie.

Nigdy nie byłam fanką sztuki zaangażowanej, niosącej jakieś przesłanie. Dzieło sztuki ma mi się podobać, tak zwyczajnie, wizualnie, bez podtekstów i domysłów co autor miał na myśli. A jeśli nawet nie trzeba się domyślać, bo jasno i wprost z samego dzieła wynika, na jaki problem artysta chciał zwrócić naszą uwagę, to w moich kategoriach jest to tzw. sztuka użytkowa, jak meble, tkaniny, plakaty itd. Kilka razy zdarzyło mi się stworzyć jakąś grafikę okolicznościową czy plakat, ale to było w czasach szkolnych, kiedy musieliśmy robić takie rzeczy w ramach lekcji. Sama dla siebie maluję/rysuję tematy, które są według mnie po prostu ładne. Maluję konie, ptaki, pejzaże. Jakoś nigdy nie namalowałam kota... hmmm... w sumie nie wiem dlaczego, chyba trzeba będzie nadrobić to niedopatrzenie. Nie maluję portretów, bo przy mojej prozopagnozji wszystkie twarze byłyby takie same, a w każdym razie niepodobne do modela :). Nie maluję wedut - kilka razy coś tam się trafiło, Kraków zwłaszcza, bo to moje ukochane miasto, ale generalnie jakoś mi ten temat nie leży. Żadnych martwych natur, budynków, ulic, tłumów, pojedynczych postaci. Mało maluję kwiatów, bo średnio mi wychodzą, a przecież bardzo lubię oglądać obrazy z kwiatami. No więc postanowiłam wyjść ze swojej strefy komfortu, jak to się teraz modnie mówi, i poćwiczyć trochę malowanie kwiatków.

Niedawno natrafiłam na YT na filmiki malarki Swietłany Rodionowej, na których można prześledzić cały proces malowania przez artystkę poszczególnych obrazów. Dominującym tematem są u niej właśnie kwiaty. Same obrazy może nie są jakoś szczególnie w moim typie, ale zaciekawił mnie proces malarski. No bo ja w zasadzie nie mam solidnego przygotowania artystycznego, jestem samoukiem, więc staram się korzystać z takich lekcji na YT. Pooglądałam, poprzyglądałam się, jak pani Swietłana buduje obraz od ogółu do szczegółu, jak dobiera kolory, zaciekawiły mnie niektóre gesty, pociągnięcia pędzla... Jakim ruchem maluje elementy tła, a jakim poszczególne listki. Nie mogę wyzbyć się maniery trzymania pędzla tak jak ołówek czy pióro, co niestety prowadzi do zbyt precyzyjnej, nieco "sztywnej" pracy. Na to też zwróciłam uwagę - Radionowa trzyma pędzel luźno, za końcówkę trzonka, i paćka tym pędzlem plamy, z których wyłania się kształt. Ja tak nie potrafię, chcę się nauczyć. 

Szczególnie spodobały mi się obrazy w cyklu "białe na białym", czyli białe kwiaty na białym tle, i pomyślałam sobie, że warto spróbować takiego malowania razem z nią. Ale na pierwszy rzut wzięłam sobie za wzór bardziej kolorowe bukiety. Pokażę Wam dzisiaj dwa moje obrazki z tych "lekcji". 

Bukiet z różami i peoniami. No i tak to wyszło, pokazuję w dwóch wersjach oświetlenia, a oczywiście w realu wygląda to jeszcze inaczej, coś pomiędzy :)





Obraz olejny, płótno na blejtramie, 40x50cm.

A tutaj jest filmik i obraz Swietłany Rodionowej:


Oczywiście widać tę przepaść między nami :))). U niej bukiet jak żywy, u mnie wyszło trochę... laurkowo ;). Ale nic to, uczę się, mam teraz więcej czasu, ćwiczenie czyni mistrzem, będzie lepiej!

Ja mam niestety skłonność do wygłaskiwania i dziubania szczególików, więc ten mój obrazek jest taki bardziej wymęczony, ale właśnie to malowanie równolegle do filmiku miało mi pomóc trochę zwalczyć te niepożądane nawyki. 

I drugi obrazek, chryzantemki, też w realu coś pomiędzy tymi dwiema wersjami:




Obraz olejny, płótno na blejtramie, 40x50cm.

A tak to wyglądało u artystki:




Z tych chryzantem jestem bardziej zadowolona, zwłaszcza że namalowałam je znacznie szybciej i swobodniej, w zasadzie w tempie Rodionowej. Pierwszy bukiet trochę mnie zmęczył i pewnie za jakiś czas namaluję go od nowa. Chciałabym też jeszcze kilka obrazków z tą artystką namalować, mam nadzieję, że będzie mi szło coraz lepiej :).

*****



wtorek, 28 listopada 2023

Książki. O kocie i Szkocie, oraz o kolejnym śledztwie profesorowej Szczupaczyńskiej.

To miał być jeden dłuższy wpis z książkami i obrazkami, ale ponieważ rzadko tutaj bywam, to postanowiłam jednak podzielić post na dwie części. Na początku roku zarzekałam się, że będę częściej pojawiać się na blogu... a wyszło jak zawsze, czyli imponujący jeden wpis na miesiąc, w porywach do dwóch, raz tylko zdarzyły się trzy... o zgrozo. Więc - żeby nieco "zagęścić" ten mój żenujący kalendarz blogowy - tym razem z jednego posta będą dwa ;). Dzisiaj książki, a następnym razem obrazek... albo może dwa, bo drugi się jeszcze dopracowuje.



  • MARYLA SZYMICZKOWA - "Śmierć na Wenecji". Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK, Kraków 2023r, 349 str., okładka miękka.

To świeżo wydany, piąty z kolei tom serii o śledztwach profesorowej Szczupaczyńskiej  - o poprzednich czterech tomach pisałam tutaj:  https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2021/04/ksiazki-nie-tylko-o-sztuce-boznanska.html . Czekałam na dalszy ciąg przygód profesorowej, mając nadzieję głównie na krakowskie smaczki, opowieści o życiu w Krakowie przełomu XIX i XX wieku, o charakterystycznych postaciach z kręgów artystycznych. Autorzy (Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński, ukrywający się za pseudonimem Maryla Szymiczkowa) szczodrze czerpią z ówczesnej prasy lokalnej i raczą nas zręcznie wplecionymi w akcję szczególikami, którymi żyło społeczeństwo Krakowa. Co prawda mam wrażenie, że w ostatnich dwóch tomach jakoś coraz jakby mniej tych ciekawych epizodów , ale klimat Krakowa tamtych lat w został zachowany, pojawiają się też nowe wątki wyszperane w ówczesnych annałach.

Skąd jednak w Krakowie Wenecja? To nazwa ulicy położonej u zbiegu rzek Młynówki i Rudawy. W tym miejscu kilka razy dochodziło do powodzi - na okładce książki autentyczne zdjęcie z tego miejsca z roku 1903. Tam właśnie dzieje się akcja kolejnej kryminalnej opowieści, w której rozwiązaniu pomaga (w tajemnicy przed mężem) szacowna pani profesorowa. Zaraz na początku dowiadujemy się o dwóch topielcach, przy czym jednego wyłowiono z płynącej ulicą powodziowej rzeki, a drugiego znaleziono w jego własnej wannie. Profesorowa energicznie włącza się w śledztwo, nie wahając się przed rozmaitymi karkołomnymi zabiegami, w tym wizytą w Michalikowej Jamie, gdzie zbierało się towarzystwo gejów, zwanych w owym czasie uniurgami. Biorąc pod uwagę fakt, że obaj panowie autorzy prywatnie są małżeństwem, obawiałam się trochę, że będzie jakiś nachalny manifest LBGTQ+, ale temat został potraktowany z dystansem i było nawet dość zabawnie.

Książka - jak poprzednie - napisana z polotem i dowcipem, pełna krakowskich ciekawostek (chyba się powtarzam, ale dla mnie to duża gratka i ogromny plus serii), profesorowa w formie, intryga wspaniale zaplątana, trudności w śledztwie odpowiednio się mnożą, atmosfera gęstnieje, emocje rosną... Trochę mnie martwi, że autorzy planują kolejne tomy przenieść z akcją nieco dalej od Krakowa, do Zakopanego na przykład, ale tak czy inaczej - na pewno tę kolejną przygodę profesorowej też przeczytam :).


  • DEAN NICHOLSON - "Świat Nali. Człowiek, kot i ich podróż dookoła świata". Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2021r, 400 stron, okładka miękka.
Jakiś czas temu przeczytałam sympatyczny artykuł o Szkocie, który jeździł po świecie rowerem, a towarzyszką jego wypraw była urocza koteczka imieniem Nala. I całkiem niedawno znowu trafiłam na kolejny artykuł o tej niezwykłej parze, o tutaj (polecam wszystkim kociarzom!): https://ksiazki.wp.pl/szkot-i-jego-kot-o-niezwyklej-przyjazni-ktora-odmienila-wszystko-ta-historia-dzieje-sie-naprawde-6944352193358656a . Pooglądałam filmiki i w rezultacie kupiłam książkę, którą "połknęłam" w jeden wieczór, a jej lektura naładowała mnie pozytywnie na tydzień co najmniej :). To nie jest fikcja, to zapis rzeczywistych wydarzeń, a historia toczy się dalej i na bieżąco jest relacjonowana na Instagramie (@1bike1world). Bohaterowie tej niezwykłej wyprawy byli całkiem niedawno także w Polsce :).


zdjęcie z podlinkowanego artykułu


Książka napisana jest bardzo lekko, czyta się przyjemnie, a że cała historia jest urocza i wzruszająca, szczególnie dla zwierzolubów, to trudno się od niej oderwać. Dean rozpoczął swoją podróż w 2018 roku z kolegą, planując objazd niemal całego świata, ale drogi im się dość szybko rozeszły, więc dalej jechał już sam... Do czasu, aż w Bośni spotkał malutkiego, zgubionego (lub porzuconego) koteczka. Od tego czasu Dean i Nala są niemal nierozłączni i wszędzie podróżują razem. Drugie dno tej historii to przemiana głównego bohatera. Na początku wyprawy Dean miał około 30 lat i dość beztrosko  wiódł raczej hulaszczy żywot. Zapominał o różnych sprawach, o nic nie dbał, nie przejmował się jutrem ani własnym zdrowiem, nie mówiąc o jakiejkolwiek odpowiedzialności, planowaniu itd. Od momentu, kiedy przygarnął Nalę, zaczął się zmieniać, dojrzewał życiowo. Najważniejsze stały się potrzeby i zdrowie Nali, oczywiście nie obyło się bez dramatycznych błędów i pomyłek, jednak na pierwszym miejscu była zawsze troska o futrzastą podopieczną. Przepiękna historia, tym bardziej, że najprawdziwsza. 

W pewnym momencie pojawiła się też niezwykła popularność Deana i Nali. Jednego wieczoru, odpalając swój Instagram, Dean odkrył, że z 3 tysięcy obserwatorów nagle zrobiło się ich 150 tysięcy i dosłownie co minutę ktoś lajkował jego profil! Na początku nie bardzo wiedział co się dzieje i co z tym zrobić. Ale z czasem zaczął wykorzystywać tę sytuację do pomocy różnym organizacjom zajmującym się zwierzętami. No, nie będę Wam dalej opowiadać, poczytajcie pod wskazanym wyżej linkiem, albo na Insta, albo kupcie tę książkę :). Dobry nastrój gwarantowany!


A tak w temacie kotów, takie coś znalazłam w internecie:

KOTY TO:

      • 1% materii
      • 49% antymaterii
      • 50% fanaberii
A tutaj dwa z moich pięciu kotów - one wszystkie teraz spędzają tak całe dnie (noce też, na szczęście):


To Basiunia (na pierwszym planie) i Kocia - siostrzyczki. Człowiek przychodzi do łóżka wieczorową porą i niestety, miejscówka zajęta! 




A kocie domki i legowiska stoją wolne. Chyba się tam przeniosę...

A Balbinka (trzecia z siostrzyczek) pilnuje grzejnika:




Pozdrawiam serdecznie Was i Wasze koty!

*****


niedziela, 19 listopada 2023

Książki. O nieśmiertelnym psie, o pigmentach i malarzach, o pieniądzach i innych rzeczach - a wszystko to z Wenecją w tle.

Przedstawiam Wam dzisiaj zestaw trzech książek, w pewien sposób ze sobą powiązanych. Na początek - dwa tytuły Dibbena:


Po te dwie książki nieznanego mi wcześniej autora sięgnęłam pod wpływem przeczytanej u Moniki Olgi (tutaj) entuzjastycznej recenzji "Burzy kolorów". Opinia dotyczyła co prawda pozycji, o której opowiem w drugiej kolejności, ale zaintrygowała mnie na tyle, że - nie zastanawiając się jakoś bardzo, a jedynie posiłkując się notką wydawniczą (o ja głupia blondynka, a przecież wiem, że to nie jest nigdy rzetelne) - wrzuciłam do koszyka także "Mam na imię Jutro". I przeczytałam je w kolejności napisania, czyli najpierw "Jutro", potem "Burzę".


  • DAMIAN DIBBEN - "Mam na imię Jutro". Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2022r, 383 str, okładka twarda z obwolutą.

W zasadzie nawet może odrobinę się zawahałam po przeczytaniu zarysu treści "Jutra", bo to raczej nie są tematy w moim guście, ale przekonało mnie między innymi takie zdanie: "Barwny i zmysłowy obraz życia w różnych epokach, w których wiele się zmienia, ale niezmienna pozostaje więź między dwiema duszami, bo jest silniejsza niż czas". Czujecie to? - "barwny i zmysłowy obraz życia". Aha. Wyobraziłam sobie zatem, że będzie to uczta duchowa, a w każdym razie smakowity majstersztyk literacki, rozbudowane opisy, wyrafinowana gra słów, piękny język itd. O ja naiwna... No więc od razu Wam powiem, że ani barwny, ani zmysłowy ten opis nie jest. Raczej powierzchowny i chaotyczny. Autor chciał upchnąć za dużo w zbyt krótkiej formie, bo temat (całkiem dobry, przyznaję) jest na miarę sagi wielotomowej. I w takiej formie może zamysł by się udał, ale na to potrzebny jest jeszcze dobry, co ja mówię - doskonały! - warsztat literacki.

W tym akapicie odrobinę pospoileruję. Otóż ogólny zarys fabuły jest taki, że pewien człowiek posiadł umiejętność wytwarzania eliksiru nieśmiertelności, po czym zaaplikował go sobie, swojemu psu oraz wspólnikowi. Jednakże wspólnik nagle zaczął mieć pretensje, że został nieśmiertelnym wbrew swojej woli. I zaczyna się mścić, czyli prześladować kumpla i jego psa, przy czym zaraz na początku pies traci z oczu swojego pana i przez ponad 100 lat czeka na niego, potem szuka po świecie itd. Kolejne rozdziały mieszają na zmianę - raz teraźniejszość, raz wydarzenia z początku całej tej historii. Żeby trochę to udziwnić - opowieść snuje pies, on jest narratorem. Ale! - teraz będzie o tym, co mi się nie podoba, bo podoba mi się niewiele, a właściwie to chyba nic, aczkolwiek udało mi się książkę w całości przeczytać, acz nie ukrywam, że trochę się do tego zmuszałam.

Temat, jak już wspomniałam, jest całkiem niezły, chociaż też nie jakiś bardzo nowatorski, ale sposób jego przedstawienia zupełnie mnie nie przekonał. Obsadzenie w roli narratora psa (co samo w sobie też przecież nie jest pomysłem nowym w literaturze) oceniam dość słabo, bo przy tak szeroko zakrojonej akcji z bogatym tłem historycznym, obyczajowym itd, psi punkt widzenia nie bardzo się sprawdził. Trzeba było się zdecydować - albo piszemy z perspektywy czworonoga i wówczas to powinno całkiem inaczej wyglądać, albo skupiamy się na historii, architekturze, dziełach sztuki, opisach bitew itd, ale tutaj z kolei pies nie ma interesujących czytelnika obserwacji, więc narratorem powinien być człowiek. Autor jest zafascynowany Wenecją i próbuje nam pokazać jej najciekawsze budowle, życie na wodzie, obrazy, stroje, ale pies nie ma zbyt wiele w tych kwestiach do powiedzenia, więc nie są to opisy ani rozbudowane, ani porywające, no... dość żenujące raczej. Dibben trochę się chyba gubi w wymyślonej konwencji psiej percepcji. 

Książka zebrała całkiem sporo pozytywnych opinii czytelników, więc widocznie nie wszyscy podchodzą do tego tak jak ja. Dla mnie lektura przestała być interesująca już na początku. Owszem, czyta się dość lekko, ale nie mogę powiedzieć, że z przyjemnością. Tekst napisany poprawnie, nie ma dłużyzn, akcja raz zwalnia, raz przyśpiesza, ale jako całość trochę mnie to znudziło. Brak zaskoczenia, dużo przewidywalności, no i te wszystkie czary-mary, za którymi nie przepadam.... Poza ogólnym przesłaniem o przywiązaniu i tęsknocie brakuje wyrazistych emocji. Przemyka gdzieś wątek wegetarianizmu (pies, który woli jeść poziomki niż mięso i lituje się nad losem rozszarpanego przez innego psa jelonka), pojawiają się psie przemyślenia o ludzkich przywarach... Wszystko to jednak słabo zarysowane i mało przekonujące. Żebyśmy się dobrze zrozumieli - to nie jest zła książka, ale mnie nie porwała.

Jedyne co mi się naprawdę bardzo spodobało - pozycja została bardzo starannie i ładnie wydana, w tzw. serii butikowej, z twardą okładką i śliczną matowo-welurową obwolutą z tłoczonymi złotymi akcentami, a także z wklejoną tasiemką do zakładania (uwielbiam!). Czyli miło się ją trzyma w ręku i ładnie wygląda na półce ;).


  • DAMIAN DIBBEN - "Burza kolorów". Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2023r, 383 str, okładka twarda z obwolutą.

To jest ta właśnie książka, której recenzja skłoniła mnie do zainteresowania się autorem, o którym wcześniej nie słyszałam. Czyli - reklama dźwignią handlu :). W dodatku tutaj tematyka bardziej w moim kręgu zainteresowań, bowiem dotyczy malarstwa, w tym różnych spraw warsztatowych, poszukiwania idealnego pigmentu... Głównym bohaterem jest włoski malarz Giorgione, postać autentyczna, ale dość tajemnicza, z uwagi na mało znane fakty z życiorysu, zatem autor powieści mógł dość swobodnie pofantazjować. Pojawia się tam zresztą więcej postaci historycznych, żyjących w owym czasie, jak na przykład Michał Anioł Buonarotti, Tycjan, Leonardo da Vinci, czy ówczesny przemysłowiec, kupiec i milioner Jakob Fugger, pochodzący z Niemiec, ale mieszkający i prowadzący interesy także w Wenecji, która była w tamtych czasach centrum światowego handlu. 

Głównym wątkiem powieści są zabiegi Giorgionego (nie jestem pewna, ale podobno tak się to odmienia) wokół potencjalnych zleceniodawców oraz poszukiwanie odkrytego jakiś czas temu niezwykłego pigmentu, nazywanego Księciem Orientu. Książka pochłonęła mnie zapewne z powodu takiej właśnie tematyki. Giorgione był jednym z głównych przedstawicieli renesansowego malarstwa weneckiego w nurcie koloryzmu, uznawany jest za mistrza koloru i światła. W trakcie lektury wyszukiwałam sobie w necie dodatkowe informacje o Giorgione i Fuggerze oraz jego żonie (która odgrywa w powieści jedną z głównych ról), bo przy okazji wyszło na jaw, że zniknął gdzieś mój album o Giorgione... W tej sytuacji ilustrację ściągnęłam z internetu - "Śpiąca Wenus" to jeden z jego najbardziej znanych obrazów, na którym później wzorował się Tycjan - "Wenus z Urbino" (on też dokończył to dzieło po śmierci Giorgionego), a jeszcze później Manet - "Olimpia":




Giorgione malował głównie na prywatne zamówienia, dlatego znamy niewiele jego obrazów. Tylko nieliczne z nich były przeznaczone do budynków publicznych, np. kościołów. Żył krótko, zaledwie około 32 lat (data urodzenia nie jest dokładnie znana). 

Cytat z artykułu na portalu "Niezła sztuka" -  Giorgione "Śpiąca Wenus" (tutaj) :

Zdaje się on raczej mitem niż człowiekiem. Los żadnego poety na ziemi nie da się z jego porównać losem. Nie wie się o nim nic lub prawie nic; są nawet tacy, którzy przeczą jego istnieniu. Imię jego nie jest zapisane w żadnej księdze i są ludzie, którzy mu żadnego dzieła nie przypisują na pewne. Jednak cała sztuka wenecka zda się zapalona jego objawieniem”.

W takich słowach włoski poeta Gabriele D’Annunzio opisał Giorgionego, renesansowego malarza, którego można postawić w jednym szeregu z najbardziej enigmatycznymi w dziejach sztuki artystami. Właściwie nic o nim nie wiadomo – nawet takie podstawowe informacje, jak data urodzin i śmierci, są raczej umowne niż pewne. Historycy, wciąż spierając się między sobą, próbują ustalić listę jego obrazów. Przypisywane mu dzieła stale poddaje się badaniom, mającym na celu potwierdzenie jego autorstwa. I może to ten brak pewności i aura tajemnicy sprawiły, że historia Giorgionego urosła do rozmiarów legendy.

Tajemnicza postać weneckiego malarza, jego zamiłowanie do koloryzmu, astronomiczne wówczas ceny pigmentów - to wszystko niewątpliwie zainspirowało Dibbena do napisania tej powieści.

Warto wspomnieć też o Fuggerze, o którego zamówienie stara się Giorgione, jest to bowiem interesująca postać historyczna. Uważany jest do dzisiaj za najbogatszego człowieka w dziejach. Prowadził rozliczne interesy na całym świecie, był kupcem i przemysłowcem, jednocześnie także interesował się kulturą i sztuką. W rzeczywistości prawdopodobnie nigdy nie spotkał się z Giorgionem, ten wątek powieści jest zupełną fikcją literacką, ale trzeba przyznać, że autor umiejętnie wplótł autentyczne postaci do wymyślonej przez siebie historii.

Książka bardzo mi się podobała, chociaż trudno mi ocenić, na ile wpłynęły na to moje zainteresowania malarstwem. Może niektóre sytuacje niezupełnie były zgodne z epoką, ale generalnie autor świetnie oddał obraz życia ludzi z rozmaitych sfer w ówczesnej Wenecji, interesująco poprowadził akcję, wprowadził wątki kryminalne i romantyczne, ciekawie opowiedział o warsztacie malarskim w czasach, gdy nie było sklepów z gotowymi farbami w setkach odcieni, a zdobycie najlepszych i najciekawszych pigmentów wymagało sprytu i dużych pieniędzy. Dobrze się czyta, tę pozycję mogę polecić z czystym sumieniem :).


No i w konsekwencji - oczywiście, chociaż to, co prawda, książka z zupełnie innej kategorii:

  • GREG STEINMETZ - "Jakub Fugger i jego epoka. Największy bogacz wszech czasów". Wydawnictwo Studio EMKA, Warszawa 2018r, 345 str., okładka twarda.



No jakże by nie :). Lubię czytać książki o ekonomii, o biznesie, a także o znanych (i przy okazji zazwyczaj bogatych) ludziach z kręgów biznesowych, których do dużych pieniędzy doprowadziła ich własna praca, wiedza, inteligencja. Nie po to, żeby napawać się ogromem ich bogactwa, ale dlatego, że interesuje mnie ekonomia, mechanizmy biznesu i finansów. Ten tytuł jakiś czas temu już przykuł moją uwagę, ale gdzieś mi się zagubił między innymi lekturami, a teraz, w trakcie czytania "Burzy kolorów", w sposób oczywisty wróciłam do myśli, że należałoby poznać życie i działalność tego jegomościa.

Książka jest rzetelną, solidnie opracowaną biografią Fuggera, w dodatku napisaną lekko, przystępnie, a nawet z pewną dawką humoru tu i ówdzie. Szeroko zarysowany obraz gospodarki i stosowanych wówczas rozwiązań, wplecione anegdoty wiele mówiące o tym, jak niesamowitym człowiekiem był Fugger i ile nowego wniósł do ekonomii. 

Jacob Fugger pochodził z ludu, urodził się w Augsburgu w 1459r jako siódmy syn (z dziesięciorga rodzeństwa). Miał jednak to szczęście, że jego rodzice byli ludźmi niezwykle zaradnymi, pracowitymi i przedsiębiorczymi. Udało im się na tyle rozkręcić drobny interes, kontynuowany potem przez starszych synów, że Jakob jako kilkunastoletni chłopak mógł wyjechać do Wenecji, aby tam nauczyć się kupieckiego fachu. Okazał się uczniem niezwykle pojętnym, już wtedy zrozumiał, jak pomocnym narzędziem jest prawidłowo prowadzona księgowość i de facto to on zastosował podwójny zapis bilansowy, który dzisiaj jest standardem niemal na całym świecie. Uważał, że jeśli ktoś ma bałagan w księgach finansowych i pomija szczegóły, to nie panuje nad swoim interesem i traci pieniądze. Rodzinny biznes wprowadził na wyższy poziom profesjonalizmu, zyskując przewagę nad konkurencją. Zarówno on, jak i jego starsi bracia, potrafili wykorzystywać wszelkie okazje do zarobienia dużych pieniędzy, a jeśli możny klient nie dysponował gotówką, to przyjmowali zapłatę w postaci rozmaitych przysług czy przywilejów, herbów, w wydobywanych cennych surowcach, wybijali srebrne monety, udzielali pożyczek, które dotychczas przez Kościół były uznawane za grzech, a których legalizację wkrótce "załatwił" u papieża właśnie Jakob. Bardzo szybko Jakob Fugger stał się najpotężniejszym przemysłowcem, kupcem i bankowcem, dysponował własną flotą handlową, posiadał kopalnie i zakłady przemysłowe. Nie bał się ryzyka, nie wahał się wyłożyć dużych pieniędzy tam, gdzie inni mieli obawy. W interesach był odważny, przebiegły, stanowczy i bezwzględny. Jedynym celem jego życia było zarabianie i pomnażanie pieniędzy. Pieniądze zaś w takiej skali umożliwiały mu sterowanie władcami i papieźami. Miał ogromny wpływ na gospodarkę i rynek finansowy w całej Europie i w dużym stopniu poza nią.

Trzeba jednak przyznać, że pieniądze przeznaczał także szczodrze na pomoc biednym, budował osiedla dla biedaków, przeznaczał spore fundusze na działalność charytatywną. Sam nie miał zbyt szczęśliwego życia osobistego, jego największa miłością były zawsze pieniądze. Gdy umierał w 1525 roku, jego fortuna stanowiła prawie 2% wartości europejskiej gospodarki.

Świetnie napisana, niezwykle barwna i fascynująca opowieść, polecam :).

*****




sobota, 28 października 2023

Kicz, czyli latarnia morska. I rozważania o czosnku.

Taki oto kicz mi wyszedł niespodziewanie. Znalazłam fajne zdjęcie w internecie i koniecznie zachciało mi się ten widok namalować. Nawet całkiem podobnie wyszło, a jednak na zdjęciu jest cudnie, za to obraz wydaje mi się okropnie kiczowaty. Co prawda... zawsze powtarzam, że najbardziej spektakularne kicze tworzy sama natura ;).




Kolorki oczywiście nieco przekłamane. Niestety, połączenie w jednym zdjęciu głębokich błękitów z odcieniami sieny, żółci i oranżu zachodzącego słońca, przekracza możliwości mojego aparatu. No i prawda jest też taka, że całkiem inaczej to wygląda na ekranie komputera, a inaczej na telefonie.

Właściwie to miałam Wam pokazać zupełnie inny obrazek. Ale tamten nie chciał się namalować. To znaczy owszem, malowałam go, malowałam..., ale w żaden sposób nie mogłam dojechać z tym malowaniem do szczęśliwego finału. Gdzieś w połowie utknęłam i zupełnie straciłam koncept. Nie będę się tutaj rozwodzić nad tym nieukończonym dziełem, bo jednak mam nadzieję, że po dłuższej przerwie spłynie na mnie jakaś cudowna wena i uda mi się go dokończyć - a wtedy zaprezentuję go światu i opowiem bardziej szczegółowo jego historię. 




A tymczasem... Po kilku tygodniach paraliżu twórczego, kiedy już z pewnym obrzydzeniem patrzyłam na tamten niedokończony obrazek (a jak miałam go na sztaludze, to nie szło mi też z czymkolwiek innym, próbowałam rysować i malować akwarelami małe obrazki, ale ten niedokończony patrzył na mnie z wyrzutem), doszłam do wniosku, że potrzebna mi jest odskocznia, zmiana tematu. Czyli po prostu muszę go schować gdzieś za szafę na jakiś czas i czym prędzej namalować coś zupełnie innego. Tak też zrobiłam i pewnego pięknego weekendu wyszło spod mojego pędzla takie coś. Inspiracją, jak to często bywa, było zdjęcie znalezione w przepastnych głębinach Pinteresta. 




Obraz olejny na podobraziu płytowym (płótno naciągnięte na płytę), rozmiar 50x70 cm.
Tak jak widać na powyższym zdjęciu - lubię malować na takim stabilnym, sztywnym podłożu, niestety podobrazie płytowe nie nadaje się do zawieszenia na ścianie bezpośrednio (no, chyba że za pomocą taśmy dwustronnej), więc dopóki nie mam natchnienia na zawiezienie tych obrazków do oprawy, to stoją tak sobie w różnych miejscach w domu, na podłodze i na różnych półkach i komodach.

*****


A co poza tym...? Kotki zdrowe, pies jeszcze bardziej ;). Tylko najstarsza Sabinka coś niemrawa ostatnio, z obserwacji nic konkretnego nie wynika, ale może weźmiemy ją do weta, żeby obejrzał, krewkę pobrał itd. Człowieki jak koty - im starsze, tym bardziej niemrawe, ale tak ogólnie nieźle się trzymamy. Jak co roku jesienią - aplikujemy sobie miksturę czosnkową zapobiegawczo na wszelkie zarazki i zaraz Wam zapodam recepturę, a przy okazji garść istotnych informacji. 

Składniki w następujących proporcjach: na 100ml miodu (oczywiście od wiarygodnego pszczelarza, nie z marketu!) - sok z jednej cytryny i jedna główka czosnku. To nam da razem pojemność około jednej szklanki (200ml) mikstury. Te ilości można dowolnie mnożyć, stosownie do potrzeb lub w miarę posiadanych składników. Ja robię zwykle razy 4, to wychodzi mi jeden słoik. Jak się zużyje połowa, to nastawiam kolejną porcję, bo to musi trochę odstać. Proporcje można oczywiście trochę modyfikować, zwłaszcza że cytryna cytrynie nie jest równa, to samo dotyczy czosnku - główki bywają różnej wielkości, a i "moc" czosnku też może być większa lub mniejsza.

Przygotowanie: najpierw obrać i przecisnąć przez praskę czosnek, jak nie mamy praski to dobrze zgnieść lub posiekać. I koniecznie odstawić na minimum 15 minut, a dlaczego, to będzie dalej. Po tym czasie połączyć miód, sok z cytryny i czosnek (jak miód jest już twardy, to trzeba go rozetrzeć albo bardzo delikatnie podgrzać, nie więcej jak do 30 stopni), odstawić całość w chłodne i ciemne miejsce, najlepiej do lodówki, na 2-3 tygodnie. Potem można po prostu odcedzić i używać leczniczo sam płyn, a czosnek dodawać do różnych potraw - świetnie się nadaje do surówek jako składnik sosu vinegrette, a mój mąż czasem robi z niego nalewkę z dodatkiem aronii i czegoś tam jeszcze (na nadciśnienie). Druga metoda to zmiksowanie całej mikstury łącznie z czosnkiem i zażywanie w takiej gęstej postaci (po rozcieńczeniu wodą), ewentualnie można wykorzystać jako słodko-kwaśny sos do sałatek, pasztetów itp. W takim przypadku nie musi to "naciągać" tak długo, w zasadzie można używać od razu.

Stosuje się około 1 łyżki dwa razy dziennie, najlepiej rozpuszczone w pół szklanki letniej wody. Można bez rozcieńczania, ale jest ryzyko podrażnienia przewodu pokarmowego. Dawka dotyczy dorosłych, dzieciom oczywiście daje się mniej, w zależności od wieku. No i trzeba wziąć pod uwagę ewentualne przeciwwskazania z uwagi na problemy z wątrobą i temu podobne, ale to nie jest porada medyczna, więc nie rozwijam wątku.

W tym miejscu pozwolę sobie jednak wrzucić odrobinkę mądrości, bo nie wszyscy wiedzą, jak przygotować czosnek, żeby wyciągnąć z niego jak najwięcej korzyści dla zdrowia. Czosnek, żeby uwolnić swoje prozdrowotne właściwości, musi mieć przerwane błony komórkowe, co powoduje, że uwalniają się i łączą ze sobą dwa składniki - alliina i enzym allinaza, z których powstaje allicyna, czyli to, co jest nam potrzebne najbardziej. Kiedy zjadamy całe ząbki czosnku, allicyna nie powstaje (dezaktywuje się w PH poniżej 3, a w żołądku mamy około 1,5). Natomiast po zmiażdżeniu ząbków i odczekaniu kilkunastu minut (żeby nastąpiła właściwa reakcja), czosnek można już poddawać dowolnej obróbce - smażyć, gotować itd. Allicyna nadal zachowa swoje cenne właściwości, nie szkodzi jej wysoka temperatura.

Czosnek jest najsilniejszym antybiotykiem naturalnym, porównywalnym z penicyliną - wystarczy (na przykład podczas przeziębienia) jeść jeden ząbek dwa razy dziennie, skutek jest taki sam jak przy podawaniu antybiotyku. Oczywiście - wcześniej trzeba ten ząbek przygotować, czyli zmiażdżyć i pozwolić zadziałać allinazie na alliinę! Ja w razie ataku chorób grypopodobnych wyciskam codziennie porcję kilku ząbków do małej filiżanki i potem sukcesywnie dodajemy to sobie do zupy, twarożku, na kanapkę itd.

Właściwości czosnku (źródło):

  • działa wazoprotekcyjnie (czyli ochronnie wobec naczyń krwionośnych) i antyagregacyjnie (zapobiega tworzeniu zakrzepów), przez co zapobiega miażdżycy tętnic;
  • obniża ciśnienie tętnicze krwi (skurczowe i rozkurczowe, poprawia przepływ krwi u pacjentów ze zmianami wieńcowymi);
  • reguluje profil lipidowyobniżając stężenie lipidów we krwi (zarówno allicyna jak i ajoen zawarte w czosnku hamują syntezę cholesterolu, w efekcie czego czosnek obniża poziom cholesterolu we krwi);
  • Wpływa pozytywnie na skład mikroflory jelit, działa leczniczo w dysbiozach — stosowanie czosnku wpływa na poprawę mikrobioty — zwiększa jej różnorodność biologiczną, wzrasta liczba gatunków Lactobacillus i Clostridia (w przeprowadzonych badaniach efekt odnotowano już po 3 miesiącach suplementacji czosnkiem);
  • działa przeciwdrobnoustrojowo wobec patogenów wywołujących próchnicę i zapalenia przyzębia — Porphyromonas gingivalis, Aggregatibacter actinomycetemcomitans i Streptococcus mutans;
  • wykazuje silne działanie przeciwbakteryjne — wobec wielu bakterii gram dodatnich i gram ujemnych, a nawet wobec niektórych szczepów antybiotykoopornych;
  • wykazuje działanie przeciwzakrzepowe — działa antyagregacyjnie;
  • zapobiega rozwojowi nowotworów, działa antyoksydacyjnie (działa neutralizująco na wolne rodniki, chelatująco na jony miedzi i żelaza). 
  • Z własnych rodzinnych doświadczeń zaobserwowałam, że jak od października do marca systematycznie pijemy ten "eliksir" (1 łyżka dziennie), to choróbska jesienno-zimowe nas omijają, albo co najwyżej tylko delikatnie muskają. Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że mój mąż jest silnie uczulony na wszelkie pszczele produkty, a w tej miksturze miód mu zupełnie nie szkodzi.  Oboje wyleczyliśmy też czosnkiem, bez aptecznych antybiotyków (plus wspomagająco restrykcyjna dieta, probiotyki itd) w ubiegłym roku zakażenie paciorkowcami i candidą. A więc - polecam, zwłaszcza jako profilaktykę w sezonie grypowym.

    Zdrówka wszystkim życzę, Waszym czworonożnym pupilom także!



    *****