niedziela, 10 maja 2026

Co ma PESEL do podróży?

Ostatnio zarobiona jestem w pracy, ale odliczam już dni do zamknięcia firmy, 31 lipca finito! Trochę mi dziwnie, bo to jednak kawał życia w tej robocie (która miała być na chwilę), ale nie jestem sentymentalna, więc przede wszystkim raduję się faktem, że będę miała mnóstwo czasu na przyjemne zajęcia. Jest trochę armagedonu z tym zamykaniem firmy, mnóstwo spraw do ogarnięcia, ale nic to, potem już dolce far niente oraz spełnianie marzeń! Na razie nie mam nawet zbyt wiele czasu (ani siły) na porządki w obejściu, coś tam robię w domu i ogrodzie tylko tak z doskoku. Na dopieszczanie otoczenia będzie czas pod koniec lata. Urlopu z wyjazdami też na razie nie planuję, dopiero we wrześniu mamy jechać na Węgry, mąż naciska, bo on ze względów zdrowotnych uwielbia te ich wody termalne. Mamy kilka ulubionych miejscówek. I może morze. Też jesienią. Nasze polskie morze oczywiście, bo to z kolei ja uwielbiam, a wieki nie byłam, chociaż dawniej to był obowiązkowy punkt w planach urlopowych, w różnych porach roku, łącznie z pięknym śnieżnym Sylwestrem któregoś roku. Są trzy miejsca na świecie, w których mogłabym mieszkać - nasze wybrzeże, Bieszczady i Kraków. Najlepiej na zmianę. Ale ze wskazaniem na Bałtyk.

W temacie spełniania marzeń na emeryturze ostatnio trafiły mi się dwie czy trzy rozmowy o korzystaniu z życia przez emerytów. Jako że przez pomyłkę w peselu jestem już podobno w wieku dość zaawansowanym, co nieustająco niezmiernie mnie dziwi, to i znajomych mam też sporo emerytów lub prawie-prawie. Przedział 50-70+. No i tak sobie myślę, że to jest chyba tak, że ciągnie swój do swego. Ci, co podróżują, trzymają sie bliżej tych, co też kochają podróże, "manualni" czyli rozmaici twórcy, rękodzielnicy itp - szukają ludzi o podobnych zainteresowaniach, naukowcy, politycy itd - wolą przebywać wśród osób dzielących z nimi te pasje. 

Wykreśliłam dawno temu z listy znajomych rozmaitych osobników, których nie mogłam strawić. Marudy, pesymiści, szukający problemów, politykujący, pieniacze, wiecznie niezadowoleni itd. Różnie w życiu bywało i czasem człowiek był zmuszony utrzymywać jakieś tam kontakty z takimi negatywnymi osobnikami, ale na szczeście teraz już nic nie muszę i to jest dobry aspekt słusznego wieku i stabilizacji życiowej, zawodowej itd. Unikam ludzi, którzy wiecznie narzekają, gadają o problemach - zwykle zresztą bardziej wydumanych niż realnych, z niczego nie są zadowoleni, obgadują wszystkich dookoła, w dodatku wszystko wiedzą najlepiej. Niektórzy z nich owszem nawet podróżują po świecie, bo mają czas i pieniądze, a jednak uważam ich za nudnych starych zrzędów. W mojej ocenie mają smutne, nudne życie, bez pasji. A pasją mogą być rozmaite rzeczy. 

Niedawno spotkałam dawno nie widzianego starszego pana, który kiedyś miał drobny biznesik oraz gospodarstwo rolne. Taki prosty człowiek, jak to się mówi. W zasadzie to poza tym, że pomagałam mu dawniej służbowo w pewnych sprawach, nie bardzo miałam z nim o czym rozmawiać. Przynajmniej tak mi się wydawało. No więc tak grzecznościowo go zapytałam co też teraz porabia, bo wiem że ów biznesik zlikwidował, gospodarstwo mocno okroił i korzystał z zasłużonej, choć mało płatnej, emerytury. Myślałam, że siedzi tam na tej swojej wsi i karmi kury. A pan się rozgadał i widziałam, że oczy mu się zaiskrzyły, bo wsiadł na ulubionego konika. A otóż się okazało, że on jest pasjonatem naszych pobliskich Karkonoszy. Jak mi zaczął opowiadać ile to on szlaków i bezdroży w tych górach obszedł, to mi  z kolei oko nieco zbielało, a potem jeszcze się okazało, że on nie tylko po tych górach chodzi, ale też czyta, rozmawia z mieszkańcami, dopytuje, szuka dawnych śladów po obiektach, które tu niegdyś były, szuka rozmaitych tajemniczych miejsc z historią albo legendą, zbiera minerały, bada skały i rośliny. Nawet zaprenumerował sobie czasopismo jakieś niszowe o tych Karkonoszach. No byłam w lekkim szoku. W życiu bym nie pomyślała, że on w ogóle coś czyta, a jeszcze że ma taką dogłebną wiedzę o kawałku naszego regionu... Zaimponował mi.

Drugi pan, z którym też niegdyś miałam trochę służbowych kontaktów, po zamknięciu firmy i przejściu na emeryturę lubił sobie czasem pojechać na jakąś wycieczkę, no i na jednej wycieczce w Rzymie kolega go namówił na kupno na jakimś targu starej monety, mówiac że to ciekawy egzemplarz, że mu się opłaci, że zarobi itd. Kupił z ciekawości, bo na zarobku mu specjalnie nie zależało, bo majętny był. Ale w domu zaczął szukać informacji i tak stopniowo wciągnął się w temat, a że nic innego nie miał do roboty, to koło 70-tki stał się numizmatykiem, kolejne wyjazdy były nastawione na poszukiwanie ciekawych monet, spotkania z innymi kolekcjonerami, giełdy itd. Przy okazji zaczął też interesować się malarstwem, wyszukiwał na tych giełdach obrazy dawnych mistrzów, czasem trafiały się jakieś perełki. A w wolnych chwilach organizował w swoim domu i ogrodzie imprezy, których uczestnicy w zimie korzystali z domowej sauny, a następnie na golasa harcowali po śniegu, gorsząc sąsiadów - o czym donieśli mi właśnie ci sąsiedzi, przypadkiem też moi znajomi. A towarzystwo całe pod 70-kę. Wesołe jest życie staruszka :).

Mam też grono znajomych w podobnym wieku, którzy spotykają się w klubie włóczykija i co tydzień jeżdżą na jakieś wycieczki. Wycieczki są jednodniowe, więc niezbyt dalekie, ale bardzo urozmaicone. Raz po jakichś rezerwatach przyrody, raz zwiedzanie zamków czy ruin, to znów wędrówki po górach, odwiedzanie muzeów i manufaktur, albo spacery po ciekawych miasteczkach z wygadanym przewodnikiem. 

Są i tacy, co lubią dalekie i egzotyczne podróże, niektórzy co chwila gdzieś latają. Co prawda niektórzy z nich po powrocie rozmawiają tylko o hotelach, bo niewiele więcej widzieli, ale są i tacy, co sami sobie organizują zwiedzanie okolic, czasem dość ekstremalnie. Niektórych nosi po bardziej sportowych destynacjach, więc wyczynowe rowery, wspinaczki, narty, joga itp. No i grupa artystów albo prawie-artystów, w każdym razie osoby, które coś tworzą, rzeźbią, malują itp. Spotykają się w pracowniach, jeżdżą na wystawy. Inni uczą się tańca czy śpiewu. Wiele z tych osób pomimo osiagnięcia wieku emerytalnego nadal pracuje, prowadzi biznesy. 

Lubię i bardzo szanuję ludzi, którzy mają pasję. Interesują się jakimś tematem i mają o nim dużą wiedzę. Nie pamiętam kto to powiedział; "można być w kropli wody odkrywcą, a można wędrując dookoła świata przeoczyć wszystko". W jednym komentarzu na innym blogu przeczytałam taką diagnozę: "jedni podróżują do śmierci, a inni urodzili się starzy". Aha, czyli jak nie podróżuję, to znaczy, że urodziłam się stara? To chyba nie o to chodzi z tą starością. Dla mnie starzy są ludzie, którzy mają stare mózgi. Narzekają, zrzędzą, nie mają żadnej pasji czy zainteresowań poza ocenianiem i krytykowaniem innych. Ja mam plany i marzenia, mam mnóstwo zainteresowań, lubię się uczyć nowych rzeczy, poznawać nowych ludzi. Koło 60-tki zrobiłam podyplomowe studia rolnicze (bo był pomysł kupienia paru hektarów, a nikt w rodzinie nie miał uprawnień, no to kto, jak nie ja) i bardzo się w ten temat wciągnęłam, doczytywałam sporo poza programem. Uczę sie włoskiego, bo tak. Wcale niekoniecznie muszę jechać do Włoch, bo mnie tam nie ciągnie. Widocznie jestem stara?Napisałam niedawno znajomemu pracę inżynierską, chociaż nie mam nic wspólnego z jego dziedziną. Pomógł mi dostarczając literaturę i notatki z wykładów, ale jednak musiałam się tego nauczyć, zrozumieć, zrobić projekt, tabelki i wykresy, rozwiązać zadania - w dodatku w trybie mocno przyśpieszonym, bo terminy goniły. Zresztą wiele razy w życiu pisałam dla znajomych albo za pieniądze prace dyplomowe i magisterskie, jakieś  referaty. Od pielęgniarstwa, przez ekonomię, filozofię, socjologię, informatykę, po tematy politechniczne. Pracuję umysłowo (o pracy zawodowej opowiem jak już z tym skończę), czytam, interesują mnie rozmaite tzw. poważne tematy. W wolnym czasie maluję obrazki. Ale ktoś mówi, że jestem stara, bo nie podróżuję. A ja rozmawiam z "podróżnikami" i często się okazuje, że o miejscach, które odwiedzili, wiem więcej niż oni. Dla mnie to oni są starzy. Oczywiście są różne kategorie podróżników, ale właśnie o to chodzi, że nie można tak wszystkich wrzucać do jednego worka. 

Jakiś czas temu pisałam na blogu o książkach o starości. A może niezupełnie o starości, ale o tym, jak można korzystać z życia mając 70, 80 czy nawet 90 lat. I jak młody można mieć umysł w starym ciele. Wklejam fragmenty z tamtych wpisów:



Justyna Dąbrowska "Miłość jest warta starania. Rozmowy z mistrzami" . Rozmówcami autorki są między innymi: Andrzej Strumiłło, Kazimierz Kutz, Ryszard Horowitz, Tadeusz Rolke... Dopiero po czwartym chyba rozdziale zorientowałam się, co łączy te wszystkie osoby. Otóż jest to pokolenie dzisiejszych niemal (lub ponad) 90-latków! Każde z nich przeżyło jedną lub dwie wojny, bagażem doświadczeń mogliby obdzielić tysiąc osób. W rozmowach opartych o podstawowy zestaw pytań przewijają się wątki z niezwykłych życiorysów tych wszystkich fascynujących postaci ze świata nauki, kultury, sztuki... Co ciekawe - niemal wszyscy oni są u schyłku życia nadal aktywni, praca, którą wykonują, jest wciąż ich pasją. Są rozmowy o przemijaniu, sensie życia, śmierci, niezwykłe przemyślenia, mądre uwagi. I uderzająca pogoda ducha, kontrastująca z powszechną tendencją do narzekania i krytykowania wszystkiego i wszystkich. Na pytanie, co jest w życiu najważniejsze, odpowiadają różnymi słowami, ale zazwyczaj okazuje się, że najważniejsza jest miłość, pasja, rodzina. Fascynująca książka, do czytania i wracania do niej.

Justyna Dąbrowska "Nie ma się czego bać. Rozmowy z mistrzami". Zbiór fascynujących wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury, nauki, ludźmi w wieku mocno zaawansowanym, a jednocześnie pełnymi optymizmu i werwy, bardzo aktywnymi, zaangażowanymi w rozmaite prace i przedsięwzięcia, dzielącymi się swoimi jakże mądrymi i pozytywnymi przemyśleniami o życiu, o wartościach, o tym, co jest ważne. Lektura bardzo budująca, budząca ciepłe uczucia, szalenie pozytywna, dobra na stany depresyjne i długie jesienne wieczory.

Ale co powiecie na przykład o Simonie Kossak, która nie wiem czy gdzieś w życiu w ogóle podróżowała, ale na pewno nie podróże były jej pasją, tylko przyroda, zwłaszcza ta nasza, lokalna, żadne tam egzotyczne cuda. I tutaj chciałam podlinkować wpis o cudownej książce o Simonie, ale... nie znalazłam go na blogu. A byłam pewna, że pisałam. No to teraz w paru zdaniach napiszę.





  • LECH WILCZEK - "Moje życie z Simoną Kossak". Wydawnictwo Marginesy, 2023r, s. 335.

Cudowna opowieść partnera życiowego Simony Kossak, bogato okraszona jego niesamowitymi zdjęciami, a także fotografiami z albumów rodzinnych. Simona - ostatnia w prostej linii ze sławnego rodu Kossaków, porzuciła tętniącą życiem Kossakówkę i przeniosła się do chaty z bali na skraju Puszczy Białowieskiej. Poświęciła całe życie badaniom rodzimej przyrody i walce o jej ochronę, o zachowanie naturalnych siedlisk zwierząt i ptaków. Pracowała w zakładzie Polskiej Akademii Nauk w Białowieży, była profesorem nauk leśnych, popularyzatorką wiedzy o przyrodzie. Zżyła się z puszczą i jej mieszkańcami, w jej domu mieszkały ptaki, dziki, sarny, lisica, a zwierzęta w lesie znały ją i podchodziły jak oswojone. Wiele osób kojarzy ją z audycji radiowych, w których opowiadała o leśnych stworzeniach, powstał także film biograficzny, chociaż może nie do końca zgodny z prawdą. O książce trudno opowiadać, bo to jest książka specyficzna, bardzo osobista, pełna wzruszających momentów, dużo mówią też liczne fotografie. Wilczek opisuje ich spotkanie, wspólną pracę, codzienne życie, mnóstwo zabawnych historii związanych z Simoną, jej zaangażowanie w opiekę nad zwierzętami i ochronę puszczy. Była kobietą pełną pasji, żyła pełnią życia, chociaż nigdzie daleko nie podróżowała. 












Polecam te lektury wszystkim, którzy uważają, że jak ktoś nie podróżuje, to znaczy, że jest stary. 

Poznałam w sieci mnóstwo ludzi z wielkim apetytem na życie, którzy jednak upatrywali szczęście nie w dalekich wyprawach, ale w celebrowaniu chwil i dopieszczaniu najbliższego otoczenia - domu, ogrodu. Ostatnio dużo pisze się i mówi o tym, jak zwolnić i cieszyć się życiem bez pośpiechu.

W poprzednim wpisie wspomniałam, że 4 maja został ustanowiony Światowym Dniem Powolności. Pomysł narodził się w głowie Włocha, Bruno Contigianiego, menedżera i pracoholika, który jednak uznał, że życie ucieka mu przez palce. Założył więc stowarzyszenie The Art of Living Slowly (Sztuka Powolnego Życia) którego celem jest krzewienie idei, że unikając pośpiechu i stresu można poprawić jakość życia. (...) Włosi jak mało kto przykładają wagę do wolniejszego życia. To oni przecież wymyślili ideologię Slow Food, a więc delektowania się wykwintną kuchnią, unikania Fast foodów. 

A więc u Włochów passeggiata, a u Japończyków - ikigai, czyli filozofia szczęścia. "Ikigai w wolnym tłumaczeniu oznacza "powód życia". Filozofia ta mówi, by czerpać przyjemność z codziennych spraw i by każdy dzień sam w sobie był wystarczającą motywacją do wstania z łóżka. To przeciwieństwo zachodniego sposobu postrzegania szczęścia jako ekscytujących wydarzeń czy wyjątkowego spędzania czasu. To właśnie według zasad ikigai żyją mieszkańcy Okinawy, czyli najbardziej długowieczni ludzie świata. Filozofia ikigai zachęca też, by aktywnie "poszukiwać samego siebie" - odkrywać, co sprawia nam największą przyjemność, co nas wyróżnia i sprawia, że jesteśmy wyjątkowi. Chodzi więc o to, by w życiu znaleźć też czas na rzeczy, które nie są użyteczne. Może to być pisanie wierszy do szuflady, tworzenie rzeźb czy przedmiotów, które nigdy nikomu się nie przydadzą. Cenny jest sam proces twórczy, podejmowanie wyzwań, a także ciągłe samodoskonalenie. (...) Japońska filozofia szczęścia zachęca do czerpania radości z każdej chwili - zarówno pracy, domowych obowiązków, jak i chwil relaksu. Jej podstawą jest cieszenie się z prozaicznych czynności i akceptowania rzeczywistości, zamiast ciągłego wyczekiwania na przyjemności, Ikigai mówi też o życiu w harmonii z otoczeniem - zarówno z ludźmi, jak i przyrodą. Badania japońskich naukowców z Uniwersytetu Tohoku w Sendai na grupie ponad 50 tys. mieszkańców Osaki wykazały też, że osoby kierujące się zasadami ikigai są bardziej zadowolone z życia i zdrowsze - znacznie rzadziej zapadają na schorzenia układu krążenia czy choroby cywilizacyjne."(źródło) 


poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Epicki dylemat z profesorową w tle. I ptasi prototyp.

Prototyp, czyli gawrokruk. Ale najpierw będzie o Szczupaczyńskiej.





Lubię profesorową Szczupaczyńską, lubię te krakowskie smaczki w każdej kolejnej opowieści, autentyczne postaci z przeszłości, które się tam pojawiają. Książki Maryli Szymiczkowej, czyli panów Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego, to cykl uroczych kryminałów osadzonych w realiach Krakowa na przełomie XIX i XX wieku. Poprzednich pięć tomów opisywałam tutaj: "Tajemnica domu Helclów", "Rozdarta zasłona", "Seans w Domu Egipskim", "Złoty róg" oraz "Śmierć na Wenecji". Jak na szpilkach czekałam na kontynuację. No i w końcu, po dłuższej przerwie, ukazał się kolejny tom... Już prawie chciałam go nawet zamówić w przedsprzedaży, ale... się okazało, że wydawnictwo Znak Literanova zrobiło czytelnikom głupiego psikusa i wydało ten tom w zupełnie zmienionej szacie graficznej, a konkretnie w okładce nie mającej nic wspólnego z dotychczas wydanymi pozycjami z cyklu. Jednocześnie wznowiono poprzednie tomy, w tejże nowej, żeby nie rzec - nowoczesnej - okładce. I żeby nie było, że tylko ja wydziwiam - czytałam wiele opinii czytelników niezadowolonych z tego posunięcia, nie mającego nic wspólnego z szacunkiem dla czytelnika.

Ktoś bardzo dosadnie napisał w recenzji na stronie Empiku: 

"Takie wydawnictwo jak Znak powinno rozumieć, że dla wielu czytelników książka to nie tylko zawartość intelektualno-estetyczna, ale i sensualny przedmiot, rodzaj fetyszu, który sprawia przyjemność samym istnieniem. I tenże Znak wydaje tom nr 6 w innej okładce. Kompletny BRAK LOJALNOŚCI wobec czytelników. Kupiłem ten tom, może wydrukuję sobie nawet ładniejszą wersję okładki, ale odebraliście mi całą przyjemność z nowej powieści. Wielki zawód." 


Tak wyglądają okładki pierwszych pięciu tomów:



A tak szósty tom w nowej wersji graficznej:


źródło


Może nie brzydka, ale całkiem inna bajka, ni przypiął, ni wypiął, zupełnie nowa stylistyka. Niby nie okładka jest najważniejsza, słuchaczom audiobooków i nabywcom wersji elektronicznej to wszystko jedno, ale my, tradycjonaliści, kochający książki w ich materialnej, papierowej postaci, czujemy się oszukani.

Tak więc konsternacja i dylemat... Oczywiście mam co czytać, więc mnie to nie pili, ale... miotam się między przymknięciem oka na tę wizualną niedogodność, a twardą obrazą. Po licznych skargach i prośbach czytelników autorzy zdecydowali się łaskawie udostępnić link do pobrania pliku z projektem obwoluty w starej stylistyce z początku serii. Czyli można sobie wydrukować i obłożyć albo obkleić książkę. Żenujący kompromis. Ale tam pod tym linkiem też są jakieś komplikacje z zakładaniem konta (żeby ten jeden plik pobrać), potem wydrukować to trzeba na A3 w kolorze, ja takiej drukarki nie posiadam, więc w sumie za dużo zamieszania, no i jeszcze papier nie powinien być taki zwyczajny 80g, bo to się zaraz podrze... A tymczasem panowie autorzy zdziwieni, że ludzie domagają się zachowania jednolitej szaty graficznej. No doprawdy... (link do dyskusji na ten temat na FB Profesorowej Szczupaczyńskiej : link

Tak by to miało wyglądać po obłożeniu tymże wydrukiem okładki w starej wersji:

Tak więc prawie już wymazałam z pamięci kwestię kontynuacji śledztw profesorowej, a co tam, kij z nią, jest tyle innych książek do przeczytania, życia nie wystarczy... A tu nagle Teatralna coraz to napomyka o słuchaniu Segdy czytającej ten najnowszy tom o Szczupaczyńskiej, ech... W dodatku podobno świetna jest ta opowieść i Segda świetnie czyta. No naprawdę, jak tak można się znęcać i człowieka zanęcać...

Może to dla wielu osób śmieszne, ale ja mam do książek stosunek dość tradycyjny, lubię mieć książkę w ręku, czuć jej zapach i słyszeć szelest kartek. Lubię czytać. Nie cierpię słuchać, jak ktoś inny czyta na głos. Całe długie lata sama czytałam na głos dzieciom i mężowi (bo się podpinał jako słuchacz, jak już po etapie bajek doszliśmy do szkolnych lektur, z gimnazjum włącznie). Podobno świetnie czytałam ;). I nie mówcie mi, że są znakomici lektorzy. No może są, ale dla mnie to oni zawsze za wolno czytają, a niektórzy z nazbyt narzucającą się interpretacją i intonacją, które zakłócają mi odbiór. 

No ale te napomknienia Teatralnej o słuchaniu profesorowej... Trudno się oprzeć... No cóż, pomyślałam, że może to okazja, żeby jednak wreszcie dać oczom odpocząć i nauczyć się słuchać. Mąż ma Audiotekę w subskrypcji, zajrzałam więc. Jest - Szczupaczyńska z Segdą. Z tym że w opcji poza Klubem, czyli dodatkowo płatne, dla klubowiczów raptem 22 złote z groszami, więc nie majątek, nie w tym rzecz, no ale trzeba ten zakup przeprocesować. Jakby był jeden klik, to bym ją już miała. Ale klików trzeba kilka, więc może jednak najpierw sprawdzę, czy aby na pewno mi się spodoba... 

Włączyłam zatem fragment dostępny do posłuchania (dostępne jest 68 min). Yyyhhhh... no cóż... po trzech minutach miałam dosyć. Nie, nie, nie, i jeszcze raz nie. Kompletnie mi się to nie podoba. Może Segda dobrze czyta, ale dla mnie to jest za sztuczne. Za silne akcenty w co drugim słowie, intonacja nie taka, jakbym chciała, ach nie, nie, nie. Nie jestem w stanie tego słuchać. Skreślam audiobooki raz na zawsze, koniec i kropka.

No i tym sposobem nie mam wyjścia, muszę kupić wersję do czytania. A żeby nie patrzeć na odjechaną nie w tę stronę co trzeba okładkę, musiałabym zdecydować się na ebooka. To jeszcze najpierw musiałabym kupić czytnik. Rozważałam to już kiedyś, no ale zawsze jednak przeważała miłość do książek w tradycyjnej postaci. Tak że tak to, chwilowo jestem bez Szczupaczyńskiej, nie dojrzałam do żadnej opcji. Może pożyczę papierową, ale na szybkie oddanie, żeby mi nie straszyła na półce tą znienawidzoną okładką... 

Ale pewnie kiedyś jednak kupię czytnik. Na pewno. 

O tak. Postanowione.

Tak że teraz muszę poszperać po rankingach i obczaić temat, ale też chętnie poznam opinie posiadaczy czytników - korzystacie? które polecacie? I ewentualnie słuchawki nauszne (do środka ucha w życiu nic nie włożę).


********



O ptakach, które by siedziały na desce pod sufitem w pokoju na poddaszu, już dawno myślałam... ale czego to ja jeszcze nie miałam zrobić, to długo by wymieniać. No ale się w końcu zmobilizowałam. Jętki pod sufitem zostały zabudowane od góry jakiś czas temu w ramach docieplenia chałupy, belkowanie widać, ale ptaki tam już nie usiądą, natomiast jest miejsce na półko-deskę nad oknem w ścianie szczytowej i tam ptaszarnia ma docelowo zamieszkać. Ale to po remoncie pokoju. Na razie zabrałam się za produkcję rzeczonych ptaków. 

Uwielbiam pracę z papierem i tekturą. Na rzeźbiarkę się nie nadaję, ale z kawałków tektury albo papier-mache coś tam mogę ulepić. Po początkowych perypetiach z dawno nie używanym i zaschniętym wikolem oraz brakiem odpowiedniego drucika na nóżki - w końcu ulepiłam takiego oto stwora ptakopodobnego:




Miał być kruk, bo one mają taki wspaniały, charakterystycznie dramatyczny wygląd, ale wielkością wyszedł mi bardziej zbliżony do kawki. Z tym że dziobisko bardziej takie krukowate, zatem chyba to coś pośredniego, jakiś kuzyn gawrona. Krukogawron. Albo gawrokruk. 

Wahałam się między fantastyką a realizmem, ale na bardziej fantastyczne odloty przyjdzie jeszcze czas. Odwłok i głowa ze zgniecionego papieru, na to najpierw taśma papierowa, żeby nadać kształt i żeby się kupy trzymało, potem masa papierowo-klejowa, pomalowane farbami akrylowymi, doklejone skrzydła i ogon z kartonu. 




Miałam jeszcze dokleić prawdziwe pióra znalezione w okolicy, ale mam tylko gołębie, srocze i jakiś drobiazg, to wykorzystam je do kolejnych ptaków. A na oczka będą jeszcze czarne dżety, jak je kupię. Na razie muszą wystarczyć namalowane (nienaturalnie niebieskie, żeby się jakoś odznaczały).

Spodziewam się, że jakieś podobieństwo udało sie uchwycić. Dumą napawa mnie fakt, że udało mi się za pierwszym podejściem ulepić go tak, że stał na tych swoich łapkach z nieco koślawymi paluszkami bez podpórki, czyli udało mi się dobrze go wyważyć. Chociaż owszem trochę jest nieproporcjonalny, no ale to nie miał być konkurs na najbardziej realistycznego ptaka. Ten jest pierwszy z zaplanowanej serii, na pewno będzie ich więcej, mam pomysły na ulepszenia, ale chwilowo zarobiona jestem w firmie, jak już rzucę tę robotę gdzieś koło sierpnia, to dla odmiany rzucę się w wir tworzenia.




No i, jakżeby inaczej, trochę ciekawostek o krukowatych, bo studiowałam sobie przy okazji lepienia. Informacje zebrane z różnych miejsc w internecie.




KRUK

Największy (wielkości myszołowa, waga do 1,5 kg, rozpiętość skrzydeł do 1,5 metra!), cały czarny z metalicznym połyskiem. Posiada potężny dziób i klinowaty (zaostrzony) ogon w locie. Samotnik lub para, unika ludzi, żyje w lasach i górach.


GAWRON

Średni, cały czarny. Charakterystyczna cecha to jasna, naga skóra u nasady dzioba (wygląda jak "łysy" dziób) u dorosłych osobników. Towarzyski, tworzy duże stada w miastach i parkach.

WRONA SIWA

Średnia. Łatwa do rozpoznania po szarym tułowiu i czarnych skrzydłach, głowie oraz ogonie. Często w parach lub małych grupach, bardzo inteligentna, powszechna w miastach.


KAWKA

Najmniejsza z nich, z szaro-czarnym upierzeniem i jasnymi oczami. Też bardzo towarzyska, jak gawrony. Zresztą oba te gatunki koegzystują ze sobą i nawet współpracują. O kawkach ostatnio dużo czytałam - odkryto, że mają w mózgach prawie tyle neuronów co naczelne, tylko gęściej upakowane, a inteligencją dorównują szympansom. Są świetnie zorganizowane, w ich stadach obowiązuje hierarchia jak w wojsku, przy czym można awansować, a dzieci dziedziczą przynależność do "kasty" po rodzicach. Rozpoznają swoje odbicie w lustrze, co jest ewenementem w świecie zwierząt.

Krukowate należą do najinteligentniejszych ptaków na świecie. Kruki wykazują wysoki poziom zdolności poznawczych, rozwiązując skomplikowane testy i wykazując się dobrym zrozumieniem relacji przyczynowo-skutkowych. 
Potrafią abstrakcyjnie myśleć, liczyć, odróżniać kształty, a nawet używać narzędzi do wydobywania pożywienia. Wyróżnia je także zdolność do naśladowania ludzkiej mowy i komunikacji w zaawansowany sposób.

Wrony są niezwykle sprytne, szczególnie w środowisku miejskim, gdzie potrafią używać ruchu samochodów do rozłupywania orzechów. Wrony brodate słyną z wytwarzania i używania narzędzi do zdobywania pokarmu.

Wszystkie te gatunki potrafią używać narzędzi, planować i uczyć się. Mają świetną pamieć, poznają ludzi, pamiętają który daje jeść, a który je skrzywdził- i to po wielu latach.

I uwaga, co za niespodzianka mi się przydarzyła wczoraj właśnie! Czasem spotykają mnie zjawiska niemal nadprzyrodzone. Bo jak wytłumaczyć fakt, że chociaż chyba nigdy wcześniej nie natknęłam się na kruka w naturze, to właśnie kiedy mam głowę nabitą krukowatymi, mój gawrokruk akurat się suszy po malowaniu, ja sobie siedzę z mężem w altance i opowiadam mu o krukach, a tu nagle - słyszymy gardłowe, potężne krakanie i przed nami przelatuje nieśpiesznie i dostojnie ogromny kruk! Gdybym była tam sama, to bym chyba pomyślała, że mam zwidy. One raczej nie zapędzają się do miasta, są samotnikami, i jak się nie mieszka pod lasem to raczej trudno je spotkać. Kawki i gawrony żyją tłumnie w miastach, spotykam je codziennie. Wrony rzadko, ale są nie do pomylenia w tych siwych kubraczkach, no i znacznie mniejsze. A to było potężne, czarne ptaszysko, sunące nisko nad ziemią z doniosłym krakaniem. Normalnie ciary. Powiadam Wam, niesamowite przeżycie. Może w innej sytuacji nie zrobiłoby to na mnie aż takiego wrażenia, ale ja od paru dni żyłam krukami, oglądałam filmiki z nimi, słuchałam nagrań. No i ściągnęłam go myślami.


Porządnego, dużego kruka, z charakterystyczną "brodą", to ja jeszcze kiedyś zrobię. Teraz w planie jest najpierw papierowa sowa płomykówka, potem może dzięcioł, sójka i sroka, a z ptasiego drobiazgu na pewno sikorki i może rudziki, gile... No i później jeszcze kury, oczywiście, ale dla nich będzie inna grzęda. Tak się składa, że mieszkam przy ulicy Ptasiej. No cóż, miejsce zamieszkania zobowiązuje. Będę miała ptasią pracownię :).


********

No a przy okazji, skoro za chwilę maj, to - zgodnie z moją małą świecką tradycją - zestawienie nietypowych świąt na kolejny miesiąc. Uwzględniłam głównie takie, które same w sobie są okazją do zabawy, wyróżnione są te bardziej kulinarne:

  • 1 maja - Ogólnopolskie Święto Kaszanki
  • 1 maja - Międzynarodowy Dzień Partyzanckiego Sadzenia Słoneczników*
  • 1 maja - Święto Konwalii
  • 2 maja - Dzień Grilla
  • 2 maja - Światowy Dzień Tuńczyka (przyrodniczo i kulinarnie)
  • 3 maja - Dzień bez Komputera
  • 4 maja - Światowy Dzień Powolności*
  • 4 maja - Międzynarodowy Dzień Gwiezdnych Wojen
  • 5 maja - Dzień bez Makijażu
  • 6 maja - Międzynarodowy Dzień bez Diety
  • 9 maja - Światowy Dzień Ptaków Wędrownych
  • 10 maja - Dzień Zołzy (Zgrabna,   Obrotna,   Ładna,   Zaradna,   Ambitna)
  • 12 maja - Międzynarodowy Dzień Limeryków
  • 13 maja - Międzynarodowy Dzień Hummusu
  • 15 maja - Święto Polskiej Muzyki i Plastyki
  • 15 maja - Dzień Niezapominajki
  • 15 maja - Dzień Dojazdu Rowerem do Pracy
  • 16 maja - Międzynarodowy Dzień Światła
  • 16 maja - Dzień Wolnej Kultury
  • 17 maja - Światowy Dzień Pieczenia
  • 18 maja - Światowy Dzień Muzeów
  • 19 maja - Dzień Mycia Samochodów
  • 19 maja - Dzień Dobrych Uczynków
  • 20 maja - Światowy Dzień Pszczół
  • 21 maja - Międzynarodowy Dzień Herbaty
  • 21 maja - Dzień Odnawiania Znajomości
  • 22 maja - Światowy Dzień Gotów
  • 23 maja - Dzień Teścia
  • 24 maja - Dzień Braci
  • 24 maja - Europejski Dzień Parków Wodnych
  • 24 maja - Europejski Dzień Parków Narodowych
  • 24 maja - Dzień Ślimaka (w sensie zarówno spożywczym jak i przyrodniczym)
  • 25 maja - Dzień Królewny
  • 26 maja - Dzień Samolotów z Papieru
  • 28 maja - Światowy Dzień Hamburgera
  • 29 maja - Europejski Dzień Sąsiada
  • 30 maja - Międzynarodowy Dzień Ziemniaka
  • 30 maja - Światowy Dzień Soku
  • 31 maja - Światowy Dzień bez Tytoniu
  • 31 maja - Światowy Dzień bez Majtek
  • 31 maja - Międzynarodowy Dzień Cytrynówki

Trochę tego jest, przy czym w maju nieco mniej niż w poprzednich miesiącach jest okazji kulinarnych. Za to więcej zachęcających do wyjścia z domu, spacerowania i przyglądania się przyrodzie. A ja sobie zrobię Dzień Królewny i Dzień Cytrynówki ;).

I kilka wyjaśnień do niektórych świąt (źródło):

Inspiracją dla Richarda Reynoldsa, pomysłodawcy międzynarodowego Dnia Partyzanckiego Sadzenia Słoneczników, był koloryt jakiego dodają one nawet najbardziej ponurym miejscom. Obchody święta mają zachęcić do sadzenia słoneczników w swojej okolicy, zwłaszcza, że nie wymagają one szczególnej pielęgnacji ani warunków.


Dzień Powolności
 narodził się w 2007 roku z inicjatywy Włochów, a konkretnie Bruno Contigianiego. Był on obiecującym menedżerem i … pracoholikiem. Doszedł jednak do wniosku, że w ten sposób życie ucieka mu przez palce. Założył więc stowarzyszenie The Art of Living Slowly (Sztuka Powolnego Życia) którego celem jest krzewienie idei, że unikając pośpiechu i stresu można poprawić jakość życia poszczególnych osób, pracowników i wszystkich obywateli". Potwierdzeniem tego jest charakterystyczne logo The Art of Living Slowly, na którym widnieje sympatyczny ślimak. Włosi jak mało kto przykładają wagę do wolniejszego życia. To oni przecież wymyślili ideologię Slow Food, a więc delektowania się wykwintną kuchnią, unikania Fast foodów.

Cała akcja zaczęła się w zimny lutowy dzień na Piazza San Babila w Mediolanie, gdzie grupa ludzi, trochę dla zabawy, zwracała uwagę ludziom że zbyt szybko idą. Po pewnym czasie jego koncepcja polegająca na unikaniu pośpiechu rozprzestrzeniła się już na cały kraj i świat. Różne wydarzenia odbywają się już nie tylko we włoskich miastach, ale i w Nowym Jorku, Paryżu czy Londynie.

We Włoszech przy okazji Dnia Powolności każdego roku organizowanych jest wiele ciekawych atrakcji. Na przykład w jednym z barów w Mediolanie minister kultury Vittorio Sgarbi czytał uczestnikom poezję Dantego. Innym ciekawym happeningiem zorganizowanym stolicy Lombardii był Powolny Bieg, w którym zwycięzcą zostaje ostatni na mecie. W Rzymie świętujący zwiedzają mniej znane zabytki, spotykają się na placach, grają w szachy. Wiecznie zabiegani Nowojorczycy udają się z kolei na spacer do Central Parku, by zobaczyć najstarsze drzewo. W ramach Dnia Powolności odbywają się też kursy jogi w plenerze, a w wielu miastach przechodnie otrzymują od wolontariuszy ulotki, które zawierają dekalog powolnego życia. 



sobota, 4 kwietnia 2026

Włoszczyzna.

Do niedawna Italia nie miała dla mnie żadnego uroku, Włosi mnie denerwowali swoją krzykliwością, na wszystkie propozycje podróży do Włoch kręciłam nosem, bo nie moje klimaty, na zachwyty znajomych czy mojego męża prychałam i przewracałam oczami (no może nie jawnie, ale tak w środku). Aż tu nagle... no, dobra, może nie tak bardzo nagle, ale stopniowo nastąpił jakiś przełom. Nie jestem typem podróżnika, więc to nie chęć podróżowania i zwiedzania Italii pchnęła mnie w objęcia włoszczyzny. Bo jeśli już podróże, to ciągnie mnie raczej na północ. Nie lubię gorąca, tłumów, rozwrzeszczanych i leniwych południowców itd, kuchnia może być, ale bez przesady, za dużo makaronu i tych dziwnych morskich robali itd. No i tak to. Najbardziej odpowiada mi zwiedzanie na ekranie, czyli oglądanie dalekich świata stron w telewizji czy tam innym internecie. Ze szczegółowymi opowieściami, bez konieczności stania w kolejkach, przepychania się w spoconym tłumie, wdychania kurzu i różnych lokalnych smrodów, oganiania się przed żebrakami oraz robactwem fruwającym i pełzającym, narażania się na okradzenie, przypalenie słońcem czy inne nieprzyjemności. Mąż mówi, że jestem kosmitką. Nie wykluczam.

O tym, że zaczęły mi te Włochy wchodzić w głowę, wspominałam w tym wpisie: "Wenecja moja miłość (...)". Opowiadałam tam o książce Renaty Pawłowskiej "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście". Tak mi się ta książka - a właściwie to piękna opowieść o Wenecji - spodobała, że czym prędzej nabyłam inne książki tej autorki, o których dzisiaj Wam opowiem. W międzyczasie trafiałam na inne blogi Polek mieszkających we Włoszech, poznawałam codzienne szczegóły życia w tamtych rejonach, nawet zaczęło mi się podobać... Ciekawiło mnie też zawsze, jak Polacy, którzy postanowili osiedlić się w innym kraju, oswajają te swoje nowe miejsca na ziemi - kupują jakieś ruiny, odnawiają, urządzają. To bardziej tak od strony przedsięwzięcia architektoniczno-wnętrzarskiego. Parę razy trafiłam na Polaków remontujących dla siebie stare domy właśnie we Włoszech. Przyglądałam się, też mi się podobało. No i coś tam zaczęło kiełkować...

No i w końcu... zaczęłam uczyć się włoskiego. Myśl o tym co prawda chodziła za mną od dawna. Nie tyle o włoskim konkretnie, co tak w ogóle. Pierwszy powód to chęć nauczenia się jakiegoś języka obcego w stopniu komunikatywnym przynajmniej, tak po prostu, żeby móc uchodzić za człowieka światowego, hehe :). Bo szkolna wiedza nieco wyparowała nie użytkowana przez kilka dekad. Nie mam zbyt wielu okazji, żeby korzystać, więc i motywacja słaba, no ale postanowiłam się w tym temacie ogarnąć.

Angielski mnie nie pociąga, nigdy się go nie uczyłam w jakiejś zorganizowanej formie, coś tam pojmuję, tyle co mi w pracy potrzebne, i wystarczy. W szkole miałam rosyjski (takie to czasy były) i francuski. Po rosyjsku to nawet mogłabym się teraz całkiem swobodnie dogadać, ale umówmy się: nie o taki światowy język mi chodzi.

Francuskiego nigdy nie lubiłam i nie miałam żadnej motywacji, żeby się go uczyć, poza zaliczeniem przedmiotu, ma się rozumieć. Coś tam w głowie po latach zostało, sporo rozumiem, no ale z mówieniem to już słabo... Podobał mi się natomiast niemiecki i nawet gdzieś w podstawówce krótko chodziłam na kurs niemieckiego, ale się pokomplikowało zdrowotnie, musiałam przerwać i w sumie nigdy do tego nie wróciłam. Sporo rozumiem w tym języku, mieszkając rzut beretem od zachodniej granicy człowiek trochę nasiąka przy rozmaitych okazjach. Ale do całkiem swobodnej rozmowy to jeszcze trochę mi brakuje.

No i drugi motyw do tej nauki języka obcego to ćwiczenie szarych komórek na stare lata. Pracuję dość intensywnie umysłowo, ale to uruchamia tylko jedną wyspecjalizowaną grupę komórek, a trzeba rozruszać też inne. Tylko że ilekroć zabierałam się za naukę języków, to jakoś to nie szło. A to zajęcia były bardzo późno wieczorem, prowadzone dość niemrawo, zasypiałam. Próbowałam z kursów multimedialnych - zaczynałam niemiecki, nawet w desperacji chciałam przypomnieć sobie francuski (jakieś podstawy miałam, więc była nadzieja, że łatwiej pójdzie). Zawsze jednak rozkładała mnie konieczność drobiazgowej nauki gramatyki, niemrawe dialogi itd. No jak w szkole, nuda panie, nuda, nie mogłam się wciągnąć w stały rytm nauki. No bo po co ja mam wkuwać odmiany tysiąca czasowników nieregularnych w pięciu czasach oraz trybie dokonanym i niedokonanym, jak nie znam jeszcze wielu podstawowych słówek - przymiotników, rzeczowników itd? Nie planując konkretnego zastosowania zniechęcałam się.

Niedawno syn (urodzony poliglota, nie wiem po kim on to ma, swobodnie rozmawia po niemiecku, angielsku i hiszpańsku prywatnie i zawodowo, uczy się portugalskiego i rosyjskiego), zapytał mnie, czy próbowałam Duolingo. Bez większej nadziei spróbowałam zatem, no i wreszcie zaskoczyło! Wybrałam ostatecznie do nauki język włoski, bo łatwy, gramatyka dość prosta, wymowa też, słowa się w dużej części kojarzą. No i spodobało mi się to Duolingo. Pewnie czytają to osoby, które ten system znają, ale może komuś się przyda tych parę informacji. Ciągle powtarzam, że gdyby mnie w ten sposób uczono w szkole i na tych różnych kursach, to ja bym już dawno rozmawiała w sześciu językach. Oczywiście są mankamenty, ale o tym za chwilę. 

Teraz będzie kawałek o Duolingo, jeśli kogoś to nie interesuje, nich przeskoczy parę akapitów.

Nauka jest urozmaicona, bez żadnego wkuwania regułek i ćwiczenia odmian na sucho - wszystko odbywa się w dialogach, nieustannej aktywnej komunikacji. Powtarzanie słówek w różnych zdaniach i kontekstach, tłumaczenie z polskiego na włoski i odwrotnie, wstawianie słówek, mówienie, słuchanie dialogów, pisanie - to wszystko przeplatane tak, że człowiek się nie nudzi. Ćwiczenia są inteligentnie dopasowane do słabych stron użytkownika. Jak mi coś nie idzie i robię błędy, to potem mam ćwiczenia przypominające i utrwalające. Pojawiają się różne postaci animowane, które ze mną rozmawiają, można włączyć dodatkową opcję z videorozmową, można skorzystać z ćwiczeń na czas albo różnych gier zespołowych. Jednocześnie włączona jest w to wszystko rywalizacja z innymi użytkownikami, polegająca na punktowaniu zadań i awansach do wyższej ligi. Można to zignorować, ale jednak ma działanie motywujące. No bo jak widzę, że w mojej aktualnej lidze jestem na miejscu 11 a do wyższej awansuje 10 osób, to się przykładam, żeby zdobyć jeszcze tych parę punktów, przerabiam kilka kolejnych lekcji czy ćwiczeń.

To teraz o mankamentach. Nie podoba mi się, że po zaliczeniu kolejnego modułu nie mam już dostępu do poprzedniego modułu i nie mogę zrobić sobie powtórki z całego materiału. Powtórki są co prawda w końcowych lekcjach każdej sekcji, z tym że są one wyrywkowe, a nie całościowe i nie mogę sobie sama dobrać tematów.

Druga sprawa - aplikacja uczy przede wszystkim słownictwa, podstawowych zwrotów oraz rozumienia ze słuchu, ale mniej wagi przykłada do swobodnej konwersacji, przynajmniej na tym etapie początkowym. Tak że po ukończeniu ostatniego modułu (albo w trakcie) warto poszukać możliwości bardziej aktywnego rozmawiania. Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że nauczyłam się w ciągu 4 miesięcy na tyle dużo, że jak słyszę włoską piosenkę, to wiem o czym ona jest i z grubsza rozumiem o czym Włosi mówią, sama jakieś proste zdania w codziennych sytuacjach, w sklepie, w domu, hotelu, knajpie, taksówce, u lekarza, na ulicy czy lotnisku, potrafię sklecić dość poprawnie. Z tekstu napisanego rozumiem jeszcze więcej. Teraz kwestia doszlifowania opanowanego już materiału, tak żebym nie musiała długo się zastanawiać nad każdą kwestią. Później będzie można pomyśleć o konwersacjach z żywym człowiekiem.

Po trzech miesiącach trochę zwolniłam tempo, przestałam przejmować się punktami i rywalizacją, codziennie robię tylko jedną lekcję, natomiast zajęłam się uporządkowaniem notatek, które robiłam w trakcie. Szukam też jakiegoś audiobooka po włosku. Musi to być książka, której treść znam, coś tam już sobie namierzyłam. Będę słuchać i próbować zrozumieć. Słucham włoskich piosenek - mąż uwielbia i ciągle coś w domu puszcza, to się przysłuchuję. 

A w międzyczasie czytam po polsku o Italii:





  • RENATA PAWŁOWSKA - "Włochy - 111 przygód. Miasteczka, festiwale, szlaki i smaki". Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2022, s.384.

Tak po prawdzie nie nie obiecywałam sobie zbyt wiele po tej książce, ale zostałam pozytywnie zaskoczona. To nie jest jedna długa opowieść, ale jakby kasetka ze 111 pigułkami, z których każda zawiera jakiś tajemniczy ekstrakt z włoskich ciekawostek. Na każdą z ciekawostek przypada kilka stron (w tym zdjęcia), więc nie ma tu miejsca na obszerne opisy i długie historie. To raczej zachęta, krótka wizytówka nietypowych i wartych odwiedzenia miejsc, interesujących lokalnych wydarzeń, wyselekcjonowanych smakołyków podawanych w mało znanych knajpkach, pięknych tras do wędrówek poza utartymi szlakami. Dostajemy też od razu konkretne wskazówki - kiedy najlepiej w to miejsce się udać, jak się tam dostać, gdzie zjeść i co wybrać z menu, ile to kosztuje itd.

Lubię połazić tak właśnie poza głównymi szlakami, nawet odpuścić sobie jakąś dajmy na to fontannę di Trevi obleganą przez dzikie tłumy (bo obejrzę ją sobie dokładnie i ze szczegółami na ekranie), a wylądować w klimatycznej lokalnej knajpce, gdzie wśród tubylców można zjeść jakiś nietypowy smakołyk. O takich właśnie miejscach opowiada Renata Pawłowska. I jak już się do Włoch wybiorę w dłuższą podróż, to chciałabym właśnie te miejsca odwiedzić. 

Wśród propozycji mamy kilka przepięknych tras trekkingowych o różnym stopniu trudności, a także dłuższe trasy na przejażdżki samochodowe, połączone z podziwianiem niesamowitych krajobrazów. Można wybrać malowniczy Szlak 10 Kapliczek, Szlak 52 Tuneli, albo rejs łodzią po jeziorze porośniętym lotosami (jeden z największych takich akwenów poza Japonią), wędrówki po rezerwatach przyrody albo jednym z najbardziej malowniczych kanionów na świecie.  Autorka podaje dokładne informacje - jak dostać się w te miejsca, gdzie zostawić samochód, gdzie zjeść, co warto zabrać ze sobą, kiedy jest najlepsza pora na "załapanie się" na najpiękniejsze widoki i najlepszą pogodę.

W książce znajdziemy także propozycje odwiedzenia niezwykłych miejsc ulubionych przez artystów, choć mowa tu nie o powszechnie znanych zabytkach, dziełach Giotta czy Mantegny, ale na przykład o sztuce ulicznej, jak graffiti. Dzięki wskazówkom autorki możemy odwiedzić Międzynarodową Wioskę Artystów, w której warto zajrzeć do jednej z kilkudziesięciu pracowni, klubów czy kawiarni artystycznych. A może wybierzecie się do wioski znanej z malowanych drzwi: co roku artyści malują przeróżne obrazy na drzwiach w całej wiosce? - w określone dni można podziwiać ich przy pracy.

Czy wiecie, gdzie we Włoszech znajduje się jedna z najstarszych, a zarazem największych kawiarni świata, nazywana niegdyś kawiarnią bez drzwi, w której hitem jest niepowtarzalny napój przygotowany z gorącego espresso i kremowej, zimnej mięty? A słyszeliście o włoskich targach ryżu, którym towarzyszy impreza na miarę niemieckiego Oktoberfest, z ponad stu rodzajami risotta w roli głównej? Albo o niezwykle widowiskowych festiwalach latawców, o podziemnym mieście, czy o najsłynniejszej dziurce od klucza, do której ustawiają się kolejki? 

Z książki dowiemy się także, dlaczego będąc w Bolonii nie należy zamawiać spaghetti alla bolognese, tylko tagliatelle al ragù. Obszerny wpis poświęcony jest omówieniu rozmaitych rodzajów makaronów i dań z makaronem w roli głównej. Jednak włoska kuchnia to nie tylko pasta, autorka zdradza nam więc mnóstwo ciekawostek o innych specjałach oraz miejscach, w których warto ich spróbować. Renata Pawłowska twierdzi, że we włoska kuchnia to nie tylko makarony, ryby i warzywa, ale też mnóstwo dań mięsnych, wśród których najpopularniejsza jest bistecca alla fiorentina - dowiemy się więc wszystkiego o historii tego dania, sposobach przyrządzania, oraz miejscach, w których dostaniemy najlepszą fiorentinę. Oczywiście sporo miejsca zajmują też informacje o słynnych włoskich deserach.

Z ciekawych miejsc, poza pięknymi sanktuariami czy zamkami, warto wspomnieć o muzeum lalek, w którym prezentowanych jest ponad tysiąc lalek i innych zabawek z różnych epok, czy też o ogrodach Bardini z oszołamiającym tunelem z glicynii.

Jeśli przyjedziemy do Włoch zimą, autorka ma dla nas także propozycje sezonowych atrakcji, jak na przykład jarmarki bożonarodzeniowe -  z książki dowiemy się, gdzie są te najciekawsze, co warto na nich zobaczyć, kupić, zjeść lub wypić, jakie są ceny itd. Znajdziemy tu także informacje o innych atrakcjach zimowych, jak na przykład wystawa niezwykłych szopek wykonanych przez artystów z piasku.

Podsumowując - to świetny przewodnik do wędrowania poza obleganymi przez turystów szlakami.


  • RENATA PAWŁOWSKA - "Jezioro Garda. 158 km tras, przysmaków i ciekawostek". Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2023, s.448.

Jednym  z piękniejszych miejsc we Włoszech jest jezioro Garda i jego okolice, obejmujące całkiem spory obszar na styku trzech regionów: Trentino, Lombardii oraz Wenecji Euganejskiej. Ma powierzchnię prawie 370 km kwadratowych, długość około 51 km, szerokość blisko 17 km, a długość linii brzegowej to aż 158 km. Dzięki temu, że obszar jeziora otoczony jest pasmami górskimi, panuje tutaj łagodny mikroklimat, sprzyjający nawet uprawie cytryn - tutejsze gaje cytrynowe są najdalej na północ położonymi ich uprawami na świecie. No i taki duży obszar to zarazem bardzo urozmaicony krajobraz, mnóstwo miasteczek oferujących przybyszom cały wachlarz atrakcji, niezliczona ilość tras do pieszych wędrówek.

Ujęło mnie i nawet nieco rozbawiło wyznanie autorki, że jej przygoda z jeziorem Garda zaczęła się od... niechęci do niego :). Bo za dużo ludzi, za bardzo "turystycznie". Świetnie to rozumiem, bo dla mnie też - im mniej ludzi, tym lepiej. I zawsze potrafimy znaleźć jakieś wymówki, żeby tam nie jechać. No ale... potem następuje jednak ten dzień, kiedy dla świętego spokoju dajemy się namówić na wyjazd - i okazuje się, że tam jest pięknie i uroczo! I potem chce się tam wracać jak najczęściej. 

Rozpisałam się bardzo o książce "Włochy. 111 przygód", więc nie chcę Was tutaj zanudzić szczegółowym opowiadaniem o zawartości tej kolejnej pozycji, wspomnę więc tylko w dużym skrócie, co w niej znajdziecie:

  • informacje ogólne: o samym jeziorze, topografii okolicy, klimacie i roślinności, o tym jakiego rodzaju urlop można tam zorganizować - w zależności od upodobań, ulubionych aktywności, towarzystwa itp, gdzie nocować, jak dojechać i jak się przemieszczać w okolicy jeziora (pociągi, autobus, promy, statki itp);
  • atrakcje dla turystów: plaże (w tym dla psów), wodospady, termy, ogrody, targowiska, szlaki, punkty widokowe, trasy trekkingowe o różnym stopniu trudności, parki rozrywki;
  • urokliwe miasteczka, a w nich zamki, pałace, muzea, światynie, winnice i winiarnie - wszystkie zostały opisane z podaniem najciekawszych informacji o historii, interesujących miejscach wartych odwiedzenia i innych atrakcjach;
  • specjały kuchni gardańskiej: w zależności od tego, w jakim rejonie jeziora będziemy przebywać, spotkamy w menu tradycyjne potrawy różnych regionów, królują oczywiście ryby złowione w Gardzie, ale są też inne dania kuchni włoskiej - z książki można się o nich sporo dowiedzieć, jak są przygotowywane i gdzie najlepiej je zamawiać;
  • lokalne specjały to przede wszystkim wina, oliwy, sery, a także szafran i trufle - oczywiście można je tutaj kupić;
  • wycieczki w miejsca bardziej oddalone od jeziora: to rozdział, w którym są szczegółowe propozycje dla osób, które spędzają nad Gardą więcej czasu i chciałyby zwiedzić także nieco dalsze miejsca - Werona, Bergamo, Mediolan, dolina Ledro i inne, dowiemy się co warto zobaczyć, jak dojechać, co i gdzie zjeść.

Trzy mapy bardzo ułatwiają znalezienie omawianych miejsc i zaplanowanie trasy, a duża ilość zdjęć, wykonanych przez autorkę podczas jej wędrówek, zachęca do zobaczenia tego wszystkiego osobiście i na żywo.

********


Jeśli miałabym wskazać ksiażkę Renaty Pawłowskiej, która najbardziej mnie zachwyciła, to bezapelacyjnie pierwsze miejsce zajęłaby jednak "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście" - pisałam o niej obszernie tutaj (klik). To przepiękna opowieść o Wenecji i nawet jeśli się do Włoch nie wybieracie, to warto po nią sięgnać, żeby poczuć klimat tego miasta. W zasadzie to właśnie po lekturze tej książki doszłam do wniosku, że dam się w końcu namówić na urlop we Włoszech :).

Książkę "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście" można kupić stacjonarnie w sklepiku w Krakowie przy ul. Malborskiej 140 oraz on-line pod tym linkiem:

https://wloska9.pl/renata-pawlowska/wenecja-moja-milosc-zakochany-przewodnik-po-miescie-renata-pawlowska.html

Pozostałe książki są dostępne w wielu księgarniach stacjonarnych i internetowych.



********

piątek, 27 marca 2026

Milewski, Sveta Katarina i kwietniowe świętowanie.

Zacznę od małej retrospekcji... W maju 2021r, kiedy WHO poluzowała część ograniczeń związanych z pandemią covidową, wybraliśmy się z przyjaciółmi do Chorwacji. Ktoś ze znajomych polecił nam wyspę Świętej Katarzyny. 

W Chorwacji byłam wiele razy, za każdym razem w innym miejscu, ale na Katarinie podobało mi się najbardziej. Może jeszcze kiedyś tam wrócimy, z tym że jedną z zalet tamtego pobytu był ten szczególny fakt, że było to pierwsze otwarcie po dwóch latach pandemicznego zamknięcia, w związku z czym turystów było jeszcze niewielu. Za to mnóstwo rybitw, które pozakładały gniazda na bezludnej wyspie i się dziwiły, że jednak jakieś człowieki się pojawiły :). Nie były dokuczliwe, chociaż przy śniadaniu na hotelowym tarasie trzeba było pilnować talerza, ale krzyczały na nas, jak podeszlismy za blisko krzaków,w których one miały akurat młode. Fajnie było podglądać te ptasie rodzinki, młode w różnym wieku, niektóre nieloty jeszcze w upierzeniu przypominającym futro. Trochę je dokarmialiśmy. No ale wracając do tematu... w efekcie tego pierwszego otwarcia - brak tłumów, za to obsługa miała mniej roboty, w związku z czym bardziej się koło nas uwijała ;). No i to taka zielona wyspa, to mi się podobało, bo nie lubię ani spalonych słońcem plaż i bezdrzewnych połaci, ani tych chorwackich ciasnych uliczek w miasteczkach w stylu rzymskim, szczególnie jak żar się z nieba leje i duchota tam panuje.

Na Katarinę ze stałego lądu można się dostać tylko wodną taksówką (ewentualnie wpław, co młodzież czasem praktykuje), kursującą co pół godziny, bez żadnych opłat. Samochód zostawia się na parkingu w pobliżu kapitanatu portu, zabiera manatki i wsiada na pokład. Po kilku minutach rejsu jesteśmy na wyspie, obsługa zabiera bagaże meleksem do hotelu, a pasażerowie pokonują pieszo te całe 50 metrów do recepcji. Cała wyspa to teren i obiekty należące do jednego hotelu, mnóstwo zieleni i alejek do niezbyt intensywnego spacerowania. I zero samochodów, motorków i dyskotek.


po lewej wyspa Sveta Katarina, po prawej Rovinj - widać różnicę :)
zdjęcie z internetu


A tu widok z Katariny na Rovinj:

zdj. moje


Ponieważ gości, jako się rzekło, było jeszcze bardzo mało, to basen hotelowy w ciągu całego dnia wyglądał jak w prospektach reklamowych - niemal pusty:


zdj. moje


Zamówione drinki dla czterech osób przyniosło nam dwóch kelnerów i kierownik sali. Tak nas obskakiwali, że czuliśmy się jak milionerzy na prywatnej wyspie. No ale ja nie o tym chciałam... 

Codziennie wyprawialiśmy się na stały ląd - do Rovinij, żeby połazić, zjeść kolację itd, czasem gdzieś dalej.  Natomiast na "naszej" wyspie spacerowaliśmy i leniuchowaliśmy nad basenem albo na plaży. I w trakcie tego łazikowania po zakamarkach wyspy odkryliśmy taką oto tablicę na ścianie głównego budynku hotelu, nieco zasłoniętą jakimś krzakiem, tak że nie rzuciła nam się w oczy od razu:

zdj. moje

Można sobie powiększyć, ale dla ułatwienia przepisałam tę część, która jest po polsku:

IGNACY KAROL hrabia KORWIN MILEWSKI

27.04.1846 - 16.10.1926

Wybitny polski kolekcjoner malarstwa, mecenas sztuki, kawaler maltański, 

od 1899 do 1926 właściciel i mieszkaniec wyspy Święta Katarzyna,  

fundator najstarszej części tej rezydencji, 

wzniesionej dla eksponowania cennej kolekcji malarstwa polskiego.


Przyznam się, że o panu Milewskim wcześniej nie słyszałam, albo nie zapamiętałam. Czym prędzej uzupełniłam więc wiedzę i teraz Wam o nim co nieco opowiem, bowiem jest ku temu szczególny powód... Informacje na temat burzliwego życia i oryginalnych pomysłów Milewskiego podaję w oparciu o artykuł zamieszczony na portalu "Niezła Sztuka" (link) z roku 2017 - którego źródłem jest prawdopodobnie artykuł na portalu "Rynek i Sztuka" (link) z roku 2013, bo większość tekstu powtórzona jest słowo w słowo, chociaż na Niezłej Sztuce nie ma o tym wzmianki. A może oba artykuły mają jeszcze jakieś inne wspólne źródło, do którego się nie przyznały? A pod każdym tekstem podpisała się inna osoba. Ot, taka trochę niesmaczna ciekawostka... Cytaty poniżej pochodzą z "Niezłej Sztuki", reprodukcje z "Niezłej Sztuki" i Wikipedii.

Ignacy Karol Korwin-Milewski urodził się 27 kwietnia 1846 roku. Wysoki poziom materialny rodzina zawdzięczała imponującemu posagowi matki Ignacego. Dzięki temu on i jego młodszy brat odebrali staranne wykształcenie za granicą (obaj ukończyli wydział prawa w Paryżu). W 1870 roku Ignacy postanowił jednak, że chce zostać artystą malarzem i w tym celu przeniósł się do Monachium, ówczesnej mekki polskich artystów. Ostatecznie jednak po pięciu latach studiów doszedł do wniosku, że jego talent nie jest wystarczający, aby pozostać przy tym zajęciu. Pojechał zatem do Rzymu, aby - z sukcesem, dzięki pieniądzom, oczywiście - wystarać się u papieża o dziedziczny tytuł hrabiowski. Nie do końca rozumiem ten zabieg, bo oboje rodzice Ignacego pochodzili ze szlacheckich rodów herbowych (vide - Wikipedia), no ale mniejsza z tym, może papieska pieczątka była do czegoś potrzebna. (EDIT: w komentarzu pod postem Lech wyjaśnił tę kwestię, można sobie doczytać.) Następnie oddał się działalności politycznej, która przyniosła mu sławę warchoła, a także awanturniczego snoba. Ostatecznie, po licznych romansach i ekscentrycznych wybrykach, jednym z ostatnich pomysłów był zakup jachtu, którym odbywał rejsy po Morzu Śródziemnym. "Morskie eskapady natchnąć musiały Milewskiego do dokonania jednego z bardziej oryginalnych zakupów epoki, mianowicie wyspy eksterytorialnej Santa Catarina na Adriatyku u wybrzeży Chorwacji, nieopodal miasta Rovinj, na której zamieszkał na stałe w 1905 roku. Tam też niebotycznym kosztem wystawił pałac według projektu krakowskiego architekta, Teodora Talowskiego, pałac, który stał się domem dla gromadzonej już wtedy fantastycznej kolekcji obrazów." 

"Stańczyk w czasie balu na dworze królowej Bony wobec straconego Smoleńska"
Jan Matejko


Na marginesie dodam, że akurat nazwisko Talowskiego jest mi znane, a to za sprawą cyklu książek Maryli Szymiczkowej o profesorowej Szczupaczyńskiej. Zawarte w nich opisy kamienic projektowanych przez Talowskiego skłoniły mnie swego czasu do bliższego zapoznania się z jego działalnością i tym sposobem dowiedziałam się, że na Świętej Katarzynie, w Chorwacji, mieszkałam w hotelu, który był niegdyś zaprojektowanym przez Talowskiego budynkiem przeznaczonym na galerię sztuki polskiego hrabiego.

Aleksander Gierymski
 "Żydówka z cytrynami"


Od tego mniej więcej czasu Milewski nieco się ustatkował i poświęcił dużo czasu i pieniędzy na stworzenie niezwykłej kolekcji malarstwa polskiego. O koncepcji tej kolekcji sam tak mówił: „Życząc sobie mieć zbiór mniej więcej kompletny i stanowiący całość oryginalną, choćby w skromnych rozmiarach, muszę się ograniczyć pewnymi ramami, a za takowe wybrałem specjalność w rodzaju Nowej Pinakoteki w Monachium. Że więc nabywam obrazy artystów-rodaków, obecnie żyjących, a między takimi wyłącznie tych, co należą lub należeli do szkoły monachijskiej”. 


Józef Chełmoński
 "Scena z powstania styczniowego"




Żeby ten cel zrealizować, Milewski nawiązał bliskie kontakty z polskimi artystami, odwiedzał ich w pracowniach, wspierał, sponsorował. "Zgodnie ze sformułowaną przez siebie teorią kolekcjoner włączał kolejno do swego zbioru dzieła, które dziś uznawane są za kanon polskiego malarstwa. Wymienić pośród nich należy między innymi "Plac Opery Paryskiej nocą", "Trumnę chłopską" i "Anioł Pański" Aleksandra Gierymskiego, "Targ na konie na Groblach w Krakowie" Juliusza Kossaka, "Babie lato" Józefa Chełmońskiego, "Pocztylion" Alfreda Wierusza-Kowalskiego, "Łowienie raków" Leona Wyczółkowskiego, "Stańczyka" Jana Matejki czy "Aktorów przed Hamletem" pędzla Władysława Czachórskiego"W kolekcji znalazły się także obrazy Piotra Michałowskiego, Stanisława Witkiewicza, Franciszka Żmurko, Wincentego Wodzinowskiego, Józefa Brandta, Józefa Pankiewicza, Jacka Malczewskiego, Anny Bilińskiej-Bohdanowicz, Jana Stanisławskiego.


"Łowienie raków" Leon Wyczółkowski (źródło)


Ciekawym i ambitnym pomysłem było zamówienie autoportretów żyjących wówczas polskich malarzy. "Zamówieniom składanym malarzom towarzyszyły liczne obostrzenia, do których każdy z twórców, jeżeli chciał umieścić swój autoportret w zbiorze kolekcjonera, musiał się dostosować. Milewski pragnął posiadać wizerunki artystów wszystkie w tym samym formacie, modele mieli być tak samo upozowani: na wprost, w ujęciu do kolan z paletą w dłoni, zachowując przy tym naturalną wielkość malowanej postaci."

Prawie 20 artystów przystało na te warunki, za wyjątkiem Matejki, który uzyskał od protektora ustępstwo i wykonał swój autoportret w pozycji siedzącej w fotelu. Obecnie 17 z tych autoportretów znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Autoportret - Jan Matejko


W roku 1883 Milewski rozpoczął starania o przekazanie całego zbioru obrazów społeczeństwu polskiemu. Chciał nawet przeznaczyć odpowiednią kwotę na wybudowanie gmachu muzealnego, jednak rozmowy prowadzone z władzami Krakowa i Lwowa na temat konkretnej lokalizacji i zapewnienia bezpieczeństwa zbiorom nie przyniosły rezultatu. Kolekcja została więc udostępniona zwiedzającym do oglądania w Wiedniu, gdzie cieszyła się ogromnym zainteresowaniem, po czym odbyła wędrówkę po salach wystawowych w całej Europie.


Jacek Malczewski 
"Autoportret z paletą"


W 1922r na skutek wylewu krwotocznego Milewski został częściowo sparaliżowany, a zasoby finansowe, którymi tak rozrzutnie gospodarował (częściowo też odebrane przez byłą żonę i kochanki), poważnie się skurczyły. Ostatecznie zdecydował się na sprzedaż swoich zbiorów, jednak nie znalazł odpowiedniego kupca na kolekcję jako całości. Obrazy zostały więc wystawione na aukcji i kolekcja uległa rozproszeniu. Obecnie znaczna jej część znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie. Milewski zmarł w 1926r w chorwackiej Puli i został pochowany w Rovinj. W tym roku przypada więc 180 rocznica jego urodzin i 100 rocznica śmierci.



A teraz czas na comiesieczną przypominajkę - co można świętować w kwietniu:
  • 1 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Ptaków
  • 1 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Klauna
  • 3 kwietnia - Dzień Tęczy
  • 4 kwietnia - Dzień Marchewki
  • 4 kwietnia - Światowy Dzień Bezdomnych Zwierząt 
  • 5 kwietnia - Dzień Karmelu
  • 7 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Domków dla Lalek
  • 8 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Opozycji przeciw GMO
  • 8 kwietnia - Dzień Miłośników ZOO
  • 9 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Jednorożca (powstał jako konkurencja do depresyjnego Blue Monday)
  • 12 kwietnia - Dzień Czekolady
  • 12 kwietnia - Dzień Chomika
  • 12 kwietnia - Dzień Czystych Okien
  • 13 kwietnia - Dzień Scrabble
  • 14 kwietnia - Dzień Patrzenia w Niebo
  • 15 kwietnia - Światowy Dzień Sztuki
  • 17 kwietnia - Światowy Dzień Kostki Rubika
  • 17 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Paskudy
  • 18 kwietnia - Dzień Doceniania Męża
  • 19 kwietnia - Dzień Czosnku
  • 20 kwietnia - Dzień Marihuany
  • 23 kwietnia - Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich
  • 24 kwietnia - Europejski Dzień Śniadania
  • 28 kwietnia - Dzień Sera Camembert
  • 29 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Tańca
  • 30 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Jazzu
  • 30 kwietnia - Ogólnopolski Dzień Koni

Przeróżnych świąt niemal każdego dnia jest znacznie więcej, ale przedstawiam tutaj mój subiektywny wybór. Głównie są to święta, które mogą być okazją do fajnej zabawy, święta kulinarne, poświęcone niektórym zwierzakom, rozmaitym hobby itp.

A Dzień Czekolady to ja obchodzę codziennie ;).

********

I na koniec - prezentacja zabaweczki Dżemika, bo kiedyś Izie obiecałam i wyleciało mi z głowy, a właśnie odebrałam z paczkomatu kolejną. Tadam!



Przy okazji koty mają nowe pudełko, a jak wiadomo wszystkie koty kochają pudełka, do których można wejść i sobie w nich bezpiecznie posiedzieć:


Kocia - pierwsza zainteresowana


Piłka jest z grubej i dość twardej gumy termoplastycznej, bardzo wytrzymała, z uchwytami, w środku ma piłeczkę tenisową z piszczałką. Kupuję w Zooplusie, dlatego link podaję do tego akurat sklepu, jest tam dokładny opis: Kong piłka dla psa . Jest dość ciężka, więc rzucanie jej wymaga sprawnego ramienia, ale dla psa, który ma problemy ze stawami, nie trzeba mieć piłki latającej wysoko i daleko, taka wystarczy.

Wcześniej Dżemik miał taką oto ukochaną piłeczkę (po szczenięcym etapie piłek tenisowych oraz pluszowych i gumowych maskotek) - niestety tak się wprawił w jej rozgryzaniu w drobny mak, że nie wytrzymywała dłużej jak tydzień i trzeba było znaleźć jakąś inną, trwalszą zabawkę:


pierwsza ukochana piłeczka


Zabawek dla dużych psów jest jak na lekarstwo. Nie mówię tu o profesjonalnych przyrządach do treningów różnego rodzaju, tylko o zabawkach, którymi pies mógłby od czasu do czasu sam się zająć, ewentualnie z małą pomocą człowieka. My mamy już swoje lata i nie będziemy z dużym psem całymi dniami szaleć i ekstremalnie biegać. Godzina albo dwie szybkiego marszu po polach, trochę zabawy z rzucaniem piłeczki, zazwyczaj na własnym terenie, ale pies sporo czasu przebywa sam, chociażby jak jesteśmy w pracy. Wiadomo, że psia zabawa to najczęściej - oprócz gonitwy - gryzienie i szarpanie zębami różnych przedmiotów. A cóż może wytrzymać nieustanne wbijanie wilczych kłów? Oprócz "gryzaków" przypominających wyglądem, a czasem i zapachem, wielkie kości, które akurat mojego pieseczka nie interesują, do wyboru jest głównie sporo różnego rodzaju piłek, które można rzucać, ale którymi pies po prostu chętnie sam się bawi, czyli gryzie i przenosi z miejsca na miejsce. Ostatnio właśnie ta piłka z pierwszych zdjęć jest głównym obiektem miłości Dżemika. Niestety ją także potrafi "wykończyć", ale to jednak trwa nieco dłużej niż z tą mniejszą fioletową. Średnio raz na kwartał kupuję nową. Dla wilczura odpowiedni jest większy rozmiar (średnica dwa razy większa od tej fioletowej). Te szczegółowe informacje są przeznaczone głównie dla Izy, sympatycznej pańci sympatycznego owczarka niemieckiego Bazyla :) - ale może komuś się to jeszcze przyda.

na ulubionej sofie

 im większy pies, tym bardziej na środku leży
 - tutaj na środku kuchni    



********