środa, 3 lutego 2021

Pierrot.

 Dwa miesiące od ostatniego wpisu zleciały nie wiem kiedy... Hmmm, no cóż, ale nie ma co się nad tym rozwodzić... Żadne nieszczęścia mnie nie dopadły, ot po prostu wena, zwłaszcza ta pisarska, mnie opuściła i nie mogłam wykrzesać z siebie żadnego sensowego wpisu na blog. Ale - żeby nie przynudzać i nie przedłużać - witajcie w roku 2021 :))).




Przedstawiam Wam dzisiaj obrazek pierwszy z cyklu, który przewiduję na kilka, a może i więcej sztuk - pomysłów w tym temacie mam sporo. Modelem jest lalka przedstawiająca chyba Pierrota (?), a autorką oryginalnej lalki, której zdjęcie mnie zainspirowało, jest Alisa Filippova Chętnie bym tutaj wkleiła kilka zdjęć tychże lalek (bo jest ich spora kolekcja), które zachwyciły mnie już jakiś czas temu, ale jak znam nowego niewydarzonego bloggera, to potem na Waszych blogach jako miniatura mojego wpisu pojawią się zdjęcia lalek, zamiast mojego obrazka. Ktoś pomyśli, że robię albo kolekcjonuję lalki, a mimo wszystko jednak wolę, żeby mnie kojarzono raczej z moim skromnym amatorskim malarstwem, niż z najpiękniejszymi nawet lalkami. Po ostatniej bezużytecznej modernizacji bloggera wciąż potykam się o takie idiotyczne niespodzianki. 

W każdym razie - pani Filippova zrobiła takich lalek dużo, wiele z nich nawiązuje do postaci z Alicji w krainie czarów", są całkiem spore, niektóre wielkości tak z grubsza połowy dorosłego człowieka. I tak mnie jakoś naszło, żeby je namalować. 

W realu kolory są nieco bardziej wyraziste, jak zwykle nie udało mi się tego wiernie uchwycić na zdjęciach.



Obraz namalowany farbami olejnymi na tzw. tablicy malarskiej (płótno naciągnięte na płytę), rozmiar 50x70cm.

*****

A co u mnie słychać? Maluję, staram się codziennie coś namalować lub narysować, chociaż nie idzie to w takim tempie jak bym chciała. Bo ciągle coś... A to praca z nadgodzinami, a to w domu się nazbiera różnych "michałków" do ogarnięcia, a to mnie przewiało i trochę unieruchomiło oraz obrzydziło jakiekolwiek czynności poza popijaniem zbawiennych naparów (przyczyna - wyskakiwanie z ciepłego domu za kotami na dworze: a to wpuść, a to wypuść, a to łaskawca nie wie czy chce wejść, czy jednak wyjść, a człowiek jak idiota sterczy w otwartych na ziąb drzwiach, a jak jeden jaśnie-kot już wyszedł, to drugi akurat właśnie chce wyjść i tak w kółko)... Oglądam w wolnych chwilach inspiracyjne zdjęcia i filmiki, ostatnio wciągnęły mnie filmy na YT z lekcjami malowania w wykonaniu między innymi Igora Sacharowa. Nie cała twórczość tego pana mi się podoba, bo trochę za dużo jest w niej tzw. tanich efektów, ale artysta ma ciekawe, dość niefrasobliwe podejście do malowania, tworzy swoje obrazy w mojej ulubionej technice czyli farbami olejnymi i pokazuje jak łatwo osiągnąć ciekawe efekty, zwłaszcza w pejzażu. No i Sacharow maluje często szpachelką, a ja z tym narzędziem jeszcze się nie polubiłam, więc spróbuję się zmierzyć. Kilka lekcji planuję "przerobić" w całości, wybrałam sobie takie bardziej stonowane, monochromatyczne pejzaże. Oczywiście - jak mi najpierw ktoś tanio sprzeda trochę wolnego czasu :).

*****

A teraz słuchajcie, znaczy się - czytajcie i uważajcie, bo dzielę się z Wami postanowieniem noworocznym. Nigdy dotąd takich postanowień nie robiłam, no ale jest ważna okazja. Za nami finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dwudziesty dziewiąty już! A pamiętam początki... chyba nikt nie wierzył, że ta akcja przetrwa tyle lat i tak się rozwinie :). Ale ja nie o historii Orkiestry chciałam, tylko o aukcjach związanych z Orkiestrą, między innymi na Allegro, bo tam akurat zajrzałam. Ciekawiły mnie przedmioty z zakresu "sztuka", szczególnie malarstwo. Nawet kilka obrazków na moją kieszeń znalazłam i podjęłam licytację, jednak na koniec tak się to rozhulało, że odpuściłam. Trochę żałuję, ale trudno, przepadło. No ale to też nie o tym miało być...

Przeglądając wystawione obrazy i obrazki pomyślałam sobie, że to w sumie wstyd, że ja niczego nie dałam dla Orkiestry. No jakoś mi to nie przyszło wcześniej do głowy. Ludzie wystawiają co tam mają, niekoniecznie wielkie dzieła sztuki, po prostu dary serca. Więc i na moje bazgroły pewnie by się znaleźli chętni, konto Orkiestry wzbogaciło by się o parę złotych... Czemu ja głupia o tym nie pomyślałam...???

No to teraz właśnie zaczęłam myśleć. I mam takie postanowienie noworoczne, że za rok, na jubileuszową, trzydziestą już edycję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, wystawię na licytację kilka (a może więcej) obrazków. Howgh! Na wypadek amnezji zapisałam to sobie w kilku miejscach. Mam nawet pomysły na obrazki specjalnie na ten cel. Żeby mi tylko zdrowie dopisało i czasu nie zabrakło, bo pomysłów to ja mam zawsze dużo :).



*****

Teraz z innej beczki :). Mam dla Was dwie ciekawe propozycje, a właściwie to ma je dla Was Danusia Popowicz, nasza polska specjalistka od Zentangle. Otóż Danusia wymyśliła wyzwania, z których pierwsze najbardziej zapewne spodoba się wielbicielom zakładek oraz molom książkowym. Po szczegóły zapraszam na blog DENIMIX.PL, do tego wpisu: http://www.denimix.pl/2020/12/12-miesiecy-z-ksiazka-i-pisakiem.html . Znajdziecie tam między innymi ciekawe, zawierające pewną niespodziankę, zakładki do pobrania. 

Drugie wyzwanie przeznaczone jest dla fanów ATC, lub osób, które dopiero chcą rozpocząć swoją przygodę z kartami kolekcjonerskimi.  Tutaj znajdziecie wszystkie informacje i szczegóły zabawy: http://www.denimix.pl/p/wyzwanie-zentangle-atc-2021.htmlOba wyzwania zaczęły się co prawda już w styczniu, ale myślę, że nie będzie problemu z dołączeniem nieco później. Miłej zabawy!


*****

niedziela, 6 grudnia 2020

Katedra na Wawelu (olej).

 Sama się dziwię, że takie coś namalowałam. Nie przepadam za malowaniem architektury, nie przepadam za tak drobiazgowym malowaniem. A tu jakoś tak wyszło... Wciągnęło mnie w te detale.



W realu na obrazie wieże mają kolor szmaragdowy, a niebo kilka bladych (!) odcieni błękitu i nie jest to tak rozmazane. Tak, wiem, nie powinnam tego tłumaczyć, tylko w końcu zmienić aparat. Ech...

Katedrę na Wawelu zawsze chciałam namalować, ale ciągle nie mogłam się za to zabrać, a to brak weny, a to brak koncepcji, a to brak czasu, i tak schodziło... No ale w końcu zebrałam się w sobie i jest. Prawdopodobnie będą kolejne wersje, w innych ujęciach, ze szczególnym uwzględnieniem Kaplicy Zygmuntowskiej, do której mam szczególną słabość :).  I mam nadzieję, że z mniejszą precyzją, bo tutaj trochę mnie poniosło z tym dziubaniem szczególików. Ale na tym temacie krakowska przygoda się nie skończy, bo w Krakowie jest przecież także mnóstwo innych ciekawych miejsc, jak choćby Planty, Sukiennice, czy mój ulubiony kościółek św. Wojciecha, który raz już się na moim blogu pojawił w wersji symbolicznej - przy okazji zabawy w rysowanie w stylu Zentangle skojarzeń z miastami (tutaj).

Kraków jest miastem moich marzeń. Są dwa miejsca, o których często myślałam, że chciałabym tam zamieszkać - Kraków i Bieszczady. O Bieszczadach już kiedyś także pisałam - przy okazji recenzji książki ze zmarnowanym tytułem (tutaj). A skoro tak się z tym malowaniem rozkręcam ostatnio, to i bieszczadzkie połoniny na pewno pojawią się na moich obrazkach, bo już mi chodzą po głowie :). Ale dzisiaj czas na Kraków.

Pomysł w zasadzie był taki, żeby namalować tylko fragment z kopułami Kaplicy Zygmuntowskiej i Kaplicy Wazów, znalazłam nawet kilka zdjęć z ciekawymi ujęciami, ale potem pomyślałam, że na pierwszy ogień wezmę bardziej ogólny widok na katedrę. Miało być bardziej schematycznie, taka próba przed malowaniem kaplicy. Ale zaczęłam oczywiście od szkicu, no i jakoś tak wyszło, że chyba za bardzo się do tego szkicu przyłożyłam, narysowałam mnóstwo detali i potem w trakcie malowania szkoda mi było te szczegóły pominąć :). Tak to szło:










Obraz olejny o wymiarach 50x60cm.

Kolory na obrazie wyszły dość realistycznie, trudno mi jednak było na zdjęciach uzyskać dobry balans między turkusowo-szmaragdowymi wieżami na tle błękitnego nieba - a ceglanymi murami, złotą kopułą i resztą kolorów. Za dużo wyzwań na jeden raz dla mojego aparatu :).

A dlaczego Kraków? Trudno mi jednoznacznie wskazać pierwotne źródło tej fascynacji, bo mam to jeszcze z dzieciństwa. Pierwsze wycieczki i zwiedzanie Krakowa, we wczesnej podstawówce - z tatą, który studiował na Akademii Górniczo-Hutniczej, więc spędził tam kilka lat i znał miasto doskonale. Potem, w dorosłym życiu, też nie omijałam żadnej okazji do kolejnych wycieczek. Moje malarskie pasje również prowadziły do Krakowa, wszak mówi się, że jest miastem artystów - więc biografie wielu mistrzów nierozerwalnie wiązały się z Krakowem, tam jest bogactwo zgromadzonych dzieł sztuki, tam też - obiekt moich westchnień, najstarsza w Polsce Akademia Sztuk Pięknych.
A więc były też marzenia związane ze studiami na krakowskiej ASP. I te wszystkie historie typu "zaczarowana dorożka", artystyczna bohema itd. Wiecie, człowiek młody, to mu się roi :). Nie będę się dzisiaj zagłębiać w opowieści o moich krakowskich sentymentach, może opowiem stopniowo przy kolejnych obrazkach z tego miasta.
Ale to nieprędko, na razie dość mam dziubania cegiełek, gzymsików itd. Na sztalugach inne tematy :).

*****

wtorek, 24 listopada 2020

Żurawie jeszcze raz.

Lecące żurawie w promieniach wschodzącego (a może zachodzącego?) słońca. Inspiracją ponownie było zdjęcie pana Wojciecha Gotkiewicza (tutaj -klik- mój poprzedni obraz z żurawiami).




Olej 40x50 cm, na podmalówce akrylowej, a dokładniej na obrazie z ogrodem Mehoffera z tego -klik- wpisu. Tamten obrazek nie podobał mi się kompletnie, więc przemalowałam, jak to często u mnie bywa. Najpierw zamalowałam wszystko akrylowym tłem w szarościach. Przez chwilę zastanawiałam się, czy by nie zrobić tych żurawi w całości akrylami, ale... Malowanie olejami to rozkosz sama w sobie - zupełnie inne doznanie, niż malowanie akrylami. Nie mogłam więc sobie odmówić tej przyjemności :). I w ogóle to ja już widzę, że moje szumne zapowiedzi, że będę malować po kolei większość obrazów z panem Tomkiem Wełną, raczej trzeba wrzucić do kosza. Bo zdecydowanie wciągnęły mnie oleje, moja młodzieńcza miłość :). Na sztaludze zresztą już mam przygotowane podobrazie z podmalówką pod kolejny obraz olejny.


Kiedy jakiś czas temu trafiłam na stronę Pracowni OKO - byłam zachwycona sposobem prowadzenia lekcji przez pana Tomka i panią Darię (zresztą nadal jestem ich fanką!), obejrzałam większość nagranych filmów, według niektórych namalowałam kilka obrazków, a zaplanowałam dużo więcej. Równolegle jednak wróciłam do dawno zarzuconego malowania farbami olejnymi, no i przypomniałam sobie jaka to frajda :). A że na stronie Pracowni OKO lekcji z farbami olejnymi jest zaledwie kilka i w dodatku nie wszystkie tematy mi się spodobały, to zaczęłam malować własne pomysły. No i tak się porobiło, że z zaplanowanych wcześniej lekcji do przerobienia z panem Tomkiem zrezygnowałam teraz z większości. Początkowo to wspólne malowanie traktowałam jako naukę i rzeczywiście te ćwiczenia dużo mi dały. Najważniejsze chyba było odblokowanie uśpionych pasji. Na pewno nadal będę korzystać z lekcji Pracowni OKO, ale więcej będę malować także według własnych pomysłów. 





Staram się nadrobić stracony czas. Kiedy byłam młoda, chciałam malować. Malowanie było moim marzeniem i największą miłością. W ogóle nie wyobrażałam sobie, co innego mogłabym w życiu robić. Ale zawsze słyszałam, że to fajne hobby, ale zawód to trzeba mieć jakiś pożyteczny. I nawet dużo później, kiedy miałam już swoje dorosłe i samodzielne życie, miałam to wbite gdzieś tam z tyłu głowy, że malowanie to tylko hobby, zabawa, fanaberia, można to robić w wolnym czasie. A ja tego wolnego czasu wciąż nie miałam, bo nawet jak miałam, to wmawiałam sobie, że na pewno są rzeczy ważniejsze do zrobienia niż moje malowanie... Nie jestem wyjątkiem. Ileż to ja takich historii słyszałam i czytałam... Malujemy (lub tworzymy coś innego) jako dzieci, potem dorośli każą nam wybrać sobie jakiś sensowny zawód i dopiero na emeryturze, kiedy w końcu poczujemy się wolni, wracamy do realizacji dziecięcych marzeń.

Czy słyszeliście o Grandma Moses? Może nawet kiedyś już o niej wspomniałam na blogu... Cytuję za Wikipedią:

Anna Mary Robertson Moses (ur. 7 września 1860 , zm. 13 grudnia 1961) − amerykańska malarka.

Przez wiele lat była jedyną liczącą się przedstawicielką sztuki naiwnej w USA. Zaczęła malować w latach 30., w wieku 70 lat. Treścią obrazów były wspomnienia z czasów dzieciństwa, młodości i całego życia spędzonego na farmie. Jej celem było utrwalenie obrazu amerykańskiej wsi i ludzi tam żyjących.

Przez przypadek sprzedała kilka obrazów, które w 1938 przyniosły jej światową sławę. Malowała bardzo intensywnie po 1939 m.in. A Beautiful World, (1948). Swoje życie opisała w autobiografii My Life’s History (1952).

A oto jeden z jej obrazów:



Czyż nie jest uroczy?! 
Babcia Moses ukończyła tylko kilka klas w wiejskiej jednosalowej szkółce, całe życie pracowała na farmie, urodziła 10 dzieci. Dopiero kiedy skończyła 70 lat i powiedziano jej, że jest już za stara na pracę w gospodarstwie, kupiła sobie pierwsze przybory plastyczne.
Malowała niemal do końca życia (zauważcie - żyła 101 lat!), a przez ostatnich 10 lat sprzedano jej obrazy za ponad 100 tys. dolarów.

Tak że spoko, mam jeszcze przed sobą mnóstwo czasu na podbicie rynku sztuki :)))).

*****

poniedziałek, 23 listopada 2020

Książki o sztuce. Betty Edwards "Rysunek. Odkryj talent dzięki prawej półkuli mózgu".

Kochani, serdecznie Wam dziękuję za ciepłe przyjęcie mojego ostatniego obrazka z krwawnikiem w porcelanowym dzbanku! Zaskoczyła mnie tak duża ilość komentarzy  - pozytywnych, a czasem nawet wręcz entuzjastycznych. No bo wiadomo - jak coś średnio wyjdzie, to komentarzy jest mniej i są takie bardziej... wyważone :))). Tak więc widocznie krwawnik raczej się spodobał :).

Cieszy mnie to ogromnie, bo umacnia mnie w przeświadczeniu, że idę dobrą drogą. Ja sama jestem z tego obrazka zadowolona i czuję, że odpowiada on temu, co i jak lubię malować. A lubię przede wszystkim farby olejne, co wielokrotnie już podkreślałam. Mimo więc pewnej sympatii dla akwareli i niedawno poznanych akryli - prawdopodobnie będę malować głównie olejami. Tematyka pewnie będzie różna, ale tonacja raczej spokojna, jak w krwawniku. Obrazy malowane akrylami z panem Tomkiem były ciekawym doświadczeniem, ale ta krzykliwa kolorystyka w niektórych (ogród Mehoffera albo martwa natura z dynią) niezupełnie mi odpowiada. A do własnych tematów to jakoś bardziej mi oleje pasują.

Ale zostawmy to, co już było i co ma dopiero nastąpić.  



Pierwszą ilustracją do dzisiejszego wpisu jest taki oto skromny szkic pejzażu, wykonany miękkim ołówkiem, metodą negatywową. Był to - a jakże - temat jednej z lekcji w Pracowni OKO (link). I może bym go sobie odpuściła, ale zmieniłam zdanie, kiedy zaczęłam czytać książkę, o której chcę Wam dzisiaj opowiedzieć. 

Rysunek nawiązuje do jednego z zalecanych w książce ćwiczeń - rysowania negatywowego. Polega to z grubsza rzecz biorąc na rysowaniu tego, co jest poza głównym obiektem, czyli pustych przestrzeni między elementami tego obiektu i między obiektem a krawędzią kartki. Rysunki i na przykład akwarele malowane tą metodą dają czasem spektakularne efekty. W tym pejzażyku metoda negatywowa została wykorzystana tylko częściowo, we fragmentach - widać to głównie tam, gdzie są trawy podświetlone słońcem, na ciemnym tle wody i drzew. W książce to ćwiczenie jest nieco bardziej skomplikowane, rysuje się na przykład przestrzenie negatywowe krzesła z giętym oparciem. 

Istotą tego zadania było skupianie się na postrzeganiu krawędzi i kształtów - niekoniecznie zasadniczych elementów rysunku. Puste przestrzenie w rysunku traktujemy tak samo jak konkretne przedmioty, skupiamy się tak samo na głównych obiektach, jak i na fragmentach przestrzeni między nimi, tworząc razem spójną, bogatą w formy i walory układankę. Rysując tradycyjną metodą nie uzyskałabym tak fajnego rezultatu, bo trawy albo by się zgubiły w tle, albo w ogóle byłyby narysowane ciemniejszą kreską na jasnym tle i efekt podświetlenia w ogóle by nie zaistniał.

Ale wróćmy do książek. Otóż, korzystając z podpowiedzi pana Wełny, kupiłam sobie niedawno dwie ciekawe pozycje o sztuce, kreatywności, rozwijaniu swoich talentów: 



Przejrzałam na początku obie pozycje dość wnikliwie. Książka Julii Cameron wydaje mi się jednak przesadnie "uduchowiona" i trochę za bardzo w stylu poczytnych, acz mało wartościowych, poradników w rodzaju "moc jest w tobie", więc polecać jej nie będę. Ale jest w niej także trochę pożytecznych treści, więc na pewno przeczytam ją w całości (pomijając rozwlekłe listy pytań), coś się z tego na pewno wyłuska :). Tutaj link - do ciekawej rozmowy na temat książki "Droga artysty"  . 

W książce pani Cameron sporo miejsca zajmują zadania i ćwiczenia, różne check listy i pytania, na które trzeba odpowiedzieć, ale czy one komukolwiek w czymś pomogą...? Wątpię. Powtarzające się co kilka stron zadania typu "uzupełnij zdanie >gdybym się nie bał to...<" lub "wymień pięć rzeczy, które lubisz" oraz "przypomnij sobie, co lubiłeś robić w dzieciństwie", które zapełniają połowę książki, mnie raczej odstraszają i nudzą, bo jestem przekonana, że niewiele wnoszą w moje życie i niczego w nim nie zmienią. Ponieważ jednak książkę napisała osoba, która rzeczywiście sama doświadczyła wielu zakrętów na swojej drodze artystycznej, to w pewnym stopniu pomaga ona uzmysłowić sobie własne wewnętrzne ograniczenia i główne problemy w rozwoju kreatywności. Do przeczytania, ale nie obligatoryjnie :).

Na pierwszy ogień wzięłam więc "Rysunek" Betty Edwards, bo wydał mi się bardziej rzeczowy, w formie kursu podzielonego na konkretne dni, z praktycznymi zadaniami rysunkowymi do wykonania. Ćwiczeń nie ma wcale dużo, ważniejsza jest teoria, którą się potem w tych ćwiczeniach realizuje. 

Różnych teorii na temat rozwoju duchowego, wzmacniania poczucia swojej wartości i temu podobnych, to ja się już w życiu naczytałam - teraz potrzebuję właśnie praktyki, ćwiczeń, konkretów, jasnego planu działania. W tej książce jest owszem sporo teorii, ale zupełnie innego rodzaju. To są rezultaty konkretnych i wieloletnich badań naukowych z zakresu neurologii i neuropsychologii. Autorka sama przez ponad ćwierć wieku opracowywała metody nauczania, które mają zastosowanie nie tylko w dziedzinach związanych ze sztuką, ale wszędzie tam, gdzie potrzebne jest kreatywne działanie.

Książka Betty Edwards jest dla mnie w pewnej części jak objawienie. I w sumie to niby nie ma tam nic, o czym bym wcześniej nie wiedziała, bo tematy dotyczące neurologii i działania mózgu zawsze mnie ciekawiły, ale moja wiedza była bardzo rozproszona, niespójna i przede wszystkim - nie wynikały z niej konkretne przełożenia na mój osobisty rozwój artystyczny. A tutaj są konkretne przykłady wykorzystania tej wiedzy, pomocne w rozwijaniu twórczego postrzegania rzeczywistości i w rozwijaniu posiadanych talentów, szczególnie tych artystycznych.

Jednym z ćwiczeń, zalecanych do wykonania przez panią Edwards, jest rysowanie, a właściwie kopiowanie, szkicu obróconego do góry nogami. Chodzi przy tym o to, żeby nie myśleć CO się rysuje, jaki obiekt, tylko podążać wzrokiem za kolejnymi elementami samego rysunku, liniami widocznymi na wzorcowym szkicu i kopiowanie tego co widzimy, a nie tego, co lewa mądralińska półkula mózgu mówi nam, że tam jest narysowane. Kiedy nie uruchamiamy myślenia i analizowania jaką bryłę mamy narysować, to rysujemy po prostu linearne przedstawienie tego, co tak naprawdę nasze oko widzi. Naszą ręką kieruje wtedy prawa, intuicyjna półkula, które przyjmuje rzeczy takie, jakimi są. I okazuje się, że - czary mary - po odwróceniu ukończonego rysunku, nasze dzieło jest niemal idealnym odwzorowaniem skomplikowanego obrazu. Nawet jeśli nie mieliśmy wcześniej żadnego przygotowania rysunkowego i uważaliśmy, że kompletnie nie umiemy rysować. Gdybyśmy próbowali narysować go patrząc na niego w normalnym ustawieniu, to trudno by nam było wyłączyć najmądrzejszą na świecie, tłumaczącą nam wszystko po swojemu, lewą półkulę. Wtedy rysowanie skomplikowanych układów brył i skrótów perspektywicznych staje się trudną do wykonania sztuką - nawet dla biegłych zawodowców, ponieważ zamiast skupić się na tym co widzimy, przetwarzamy w lewej półkuli naszą wiedzę o przedmiotach, przeliczamy w głowie proporcje, kąty, głębię i perspektywę, trójwymiarowe ułożenie w przestrzeni itd, podczas gdy chodzi przecież o płaski, linearny, dwuwymiarowy rysunek. Betty Edwards uczy nas patrzeć dwuwymiarowo i przenosić to na papier.




Na podstawie reprodukcji zamieszczonej w książce w pozycji obróconej do góry nogami narysowałam kopię rysunku Picassa z portretem Igora Strawińskiego. Dla ułatwienia rysowałam w podobnym formacie jak reprodukcja w książce. Na rysunek autorka książki daje czytelnikowi mniej więcej godzinę. Ja rysowałam około 10 minut, dość pośpiesznie, bo chciałam szybko sprawdzić co z tego w ogóle wyniknie. Wynikło nawet całkiem nieźle. Rysunek w gruncie rzeczy jest dość prosty. Jeden poważniejszy błąd, który dostrzegłam, jest na twarzy, którą rysowałam na końcu i nieopatrznie włączyłam myślenie (czyli dokładniej - lewą półkulę), niestety, co spowodowało, że narysowałam linię podbródka, której na oryginalnym rysunku wcale nie ma. Zorientowałam się co prawda od razu, ale że rysowałam cienkopisem (a powinnam ołówkiem), to wymazać się nie dało :). 

No dobrze, może ja już coś tam trochę potrafię rysować, więc poszło dość szybko, ale daję Wam słowo, że gdybym to rysowała z reprodukcji w normalnej pozycji, to zajęłoby mi to minimum pół godziny, a efekt byłby znacznie gorszy. Ważnym elementem na tym rysunku jest ułożenie nóg, ze skrótem perspektywicznym, na którym normalny rozum się wykłada i doprawdy ciężko to tak narysować, żeby wyglądało realistycznie. Natomiast patrząc na obróconą reprodukcję nie myślimy, co która kreska oznacza, czy to noga czy ręka, tylko zwracamy uwagę na wzajemne położenie i proporcje tych kresek. I wtedy łatwiej się rysuje realistycznie. Nie myślimy wtedy o perspektywie, konstrukcji bryły czy anatomii. Książka ma na celu nauczenie nas pracy w trybie prawopółkulowym, czyli intuicyjnie, swobodnie, bez rozkminiania istoty rzeczy.

W tym ćwiczeniu, podobnie jak w innych z tej książki, chodziło o to, żeby nauczyć się patrzeć prawopółkulowo. Po prostu patrzeć. A nie - myśleć i analizować co też widzimy i jak dajmy na to wygląda ta bryła z tamtej strony, której tak naprawdę w czasie malowania nie widzimy, więc ta wiedza do niczego nie jest nam potrzebna.




Drugi rysunek według tej metody rysowałam z panem Tomkiem Wełną, link do filmu z lekcją jest tutaj: Rysowanie do góry nogami. To jest próba kopii rysunku Durera - portret matki. Wydaje się dość skomplikowany, a metodą w odwrotnym ułożeniu narysowałam go dość szybko. Może nie idealnie, w moim wykonaniu to był tylko szybki szkic, ale nie chciałam poświęcać na to ćwiczenie zbyt wiele czasu, chciałam za to szybko zobaczyć rezultat takiego odwróconego rysowania. I tak samo jak poprzednio: wiem, że próba narysowania w normalnym ustawieniu zajęłaby mi znacznie więcej czasu i wiązała by się ze sporym stresem (od czego zacząć, jak to rysować, żeby uchwycić podobieństwo itp). W metodzie odwróconej w ogóle nie zaprzątamy sobie głowy podobieństwem, po prostu odwzorowujemy linie, ich układ wobec siebie i krawędzi kartki itd.

Tak wygląda oryginalny rysunek Durera:



Gdyby w szkołach podstawowych uczono rysunku według metody pani Edwards, mielibyśmy wokół siebie mnóstwo artystów i przede wszystkim szczęśliwych ludzi, którzy pozwalają swojej prawej półkuli mózgu na aktywność i nie poddają się terrorowi lewopółkulowców :). Książkę serdecznie polecam, nie tylko tym, którzy chcą rysować :).

Do rysunków - pejzaż metodą negatywową i portret matki Durera - użyłam ołówków Faber Castell B6 i B8 oraz kartek ze zwykłych szkolnych bloków rysunkowych.




Ostatnio miałam przez tydzień problemy z internetem, dlatego od ostatniego wpisu zeszło trochę czasu, ale już po kłopocie, więc mam nadzieję, że kolejny post pojawi się nieco szybciej :).

*****

niedziela, 8 listopada 2020

Krwawnik w porcelanowym dzbanku.

Tym razem farby olejne, kolejny przerywnik między akrylami :). Mimo wszystko z farb najbardziej lubię olejne. Nie mogłam więc przejść obojętnie obok tego tematu na stronie Pracowni OKO. 

Jak wiecie, od pewnego czasu uczę się malować pod kierunkiem pana Tomasza Wełny i pani Darii Rzepieli, korzystając z udostępnianych przez nich lekcji. Moim najnowszym odkryciem są akryle, którymi wcześniej nie malowałam (chociaż trochę podobne są do znanych mi temper). Powoli oswajam tę technikę, ale do farb olejnych ciągnie mnie zawsze i niezmiennie, więc co jakiś czas po prostu muszę nimi coś namalować :).



Obrazek niby prosty, spokojny, na oko w zasadzie trzy kolory - szarość, zieleń i biel... Skromna wiązanka polnego kwiecia, chwastu poniekąd (chociaż to także pożyteczne ziółko)... Ta skromność i prostota przemówiły do mnie, ale pomyślałam sobie, że może wcale nie będzie tak prosto namalować ten temat i że może to być ciekawe wyzwanie.

Tak wyglądał "model" czyli oryginalny, żywy bukiecik:


Przyznam się, że nie wszystko robię tak jak pan Tomasz. On maluje często palcami, ja nie lubię się aż tak ubabrać, więc unikam takich szaleństw manualnych :). W pewnym stopniu wynika to z tego, że mam pracę zawodową, w której moje ręce powinny wyglądać dość cywilizowanie, a nie zawsze daje się je doprowadzić do idealnego stanu po takiej zabawie. Może spróbuję kiedyś w rękawiczkach nitrylowych. Pan Tomek stosuje też z upodobaniem takie zabiegi jak wydrapywanie, ścieranie szmatką i wymywanie benzyną warstw farby, albo dla kontrastu nakłada farbę bardzo grubo, "kluseczkami" jak to nazywa :). Nie mogę się jakoś do tego przekonać, chociaż faktycznie efekty bywają genialne. Ja maluję płasko, powoli i bardziej precyzyjnie, pan Tomek strukturalnie i bardzo ekspresyjnie, dynamicznie. Jego (i pani Darii) obrazy dzięki temu bardziej "żyją". No w sumie to bym chciała tak malować :). Próbuję czasem robić podobne eksperymenty, ale na razie dość nieśmiało. 

Wracam teraz do akryli, ale oleje będą się w ten akrylowy plan pracy od czasu do czasu wplatać. Trochę z tym malowaniem utknęłam, bo... utknęła gdzieś w drodze przesyłka ze sklepu plastycznego, z paroma potrzebnymi utensyliami. Szczęśliwie po dwóch tygodniach się odnalazła, więc mogę działać dalej :). 

Jeśli zaś chodzi o technikę olejną, to z lekcji pana Tomasza upatrzyłam sobie do namalowania (podlinkowane):  zachód słońca nad morzem, dwór w Komborni (część 1, część 2, część 3), a ostatnio pojawił się ciekawy, "ekspresowy" jesienny pejzażyk z jeziorem. Inne propozycje jakoś mnie nie porwały, a też trzeba powiedzieć, że nie ma ich dużo na stronie Pracowni OKO. Przeważają akwarele (namierzyłam aż około 30, które chciałabym namalować), akryle, pastele olejne, no i różne rysunki - ołówkiem, węglem, tuszem, sangwiną. Moje ukochane oleje niestety w zdecydowanej mniejszości, raptem kilka lekcji :(. Ale nic to, po akrylach chcę jeszcze popracować pod kierunkiem pana Tomka nad akwarelami, jest w czym wybierać, tematów nie zabraknie mi przez długi czas. 

A do olejów inspiracje znajdę sobie wokół siebie :).


*****

 

sobota, 31 października 2020

Martwa natura z dynią.

Serial akrylowy trwa! To kolejny obrazek malowany z Panem Tomkiem Wełną. 

Jakaś kulinarna, warzywno-owocowa martwa natura marzyła mi się od pewnego czasu jako element dekoracyjny nad stołem w kuchni. Nawet dynia była już wymyślona jako główna bohaterka tej kompozycji, brakowało jednak iskry zapalnej do działania. No i oto pojawił się pan Tomasz i lekcja malowania akrylami takiej właśnie spożywczej kompozycji. I proszę bardzo - moja wersja, tradycyjnie już w przekłamanych kolorach (w realu niebieskości tła są mniej zjadliwe i zawierają sporo różnych odcieni, od ultramaryny i cyjanu, przez turkus, do zieleni rozmaitych, które na zdjęciu zniknęły):



Rozmiar A3 (30x40cm), korzystałam tym razem z gotowego podobrazia płytowego (płótno naciągnięte na płytę pilśniową).

Kompozycja z dynią była malowana przez pana Tomka i panią Darię w dwóch wersjach, barwnej w dziennym oświetleniu i walorowej w sztucznym świetle. Obejrzałam oba filmy, malowałam głównie według tej bardziej kolorowej, "dziennej" wersji .




Co mi się w tym obrazku i w pracy nad nim podobało? Przede wszystkim intensywne kolory i kontrasty. W życiu tak nie malowałam! Moje obrazki zawsze były stonowane, pastelowe lub monochromatyczne, spokojne... Nie zawsze było to zaletą, a ja nie umiałam sobie poradzić z mocnymi kolorami, obrazy mi się spłaszczały. Malując tę martwą naturę, czy choćby ogród Mehoffera z poprzedniego wpisu, albo jeszcze wcześniejsze bodiaki Stanisławskiego, załapałam jaka jest technika malowania w ten sposób, jakie powinny być kolejne etapy barwnej kompozycji. Teoretycznie pewne rzeczy się niby wie, to są podstawy malowania! Ale w praktyce nikt dotąd tak krok po kroku nie pokazał mi jak się to robi. W połowie obrazu nie wierzyłam, że coś sensownego z tego będzie. Ale tak samo było z innymi obrazkami malowanymi z panem Tomaszem. Tym razem już wiedziałam, że chociaż to wcale tak nie wygląda, to na koniec będzie naprawdę martwą naturą z dynią :). 

W trakcie lekcji dostajemy zawsze ogromną dawkę praktycznych porad. Po raz kolejny na przykład usłyszałam zdanie, że puste przestrzenie należy traktować jak przedmioty, zauważać ich kształty, barwy, położenie względem pozostałych elementów. I jak się to jeszcze praktycznie przećwiczy, namaluje tak jak robi to nauczyciel, to zapada to w pamięć, zostaje w głowie. I w rezultacie ułatwia malowanie :).

Nadal nie jestem zadowolona z przestrzenności moich malowanek, a raczej braku tej przestrzeni, głębi, trójwymiarowości. Ta martwa natura była dobrą okazją do popracowania nad budowaniem bryły kolorami, ale moje postępy oceniam na tróję, tak mniej więcej. Toteż chciałabym namalować jeszcze kolejną naturkę, może tym razem z "żywych" modeli :). Tylko skąd ja na to czas wezmę, ech...




Moi mili, czasem piszę bardzo długie posty, ale ostatnio mam taki natłok przeróżnych spraw, że ledwo udaje mi się wykroić trochę czasu na malowanie, a na pisanie już go niemal wcale nie zostaje. Tak więc wybaczcie, na razie wpadam tak tylko na moment, żeby dać znać co porabiam :). Nawet kilka dni urlopu niewiele dało, bo ogród wymagał pilnej interwencji i takie tam jeszcze remontowe zamieszanie. Nie dość, że w domu rozgardiasz, to jeszcze syn remontuje sobie mieszkanie po dziadku i oczywiście wszyscy jesteśmy w to w jakimś stopniu zaangażowani.

Ale za parę dni będzie nowy obrazek!

:)))

*****


poniedziałek, 26 października 2020

W ogrodzie Mehoffera.

Moi mili stali Zaglądacze na pewno już wiedzą: to kolejny temat malowany razem z panem Tomkiem Wełną i panią Darią Rzepielą, tym razem - inspirowany obrazem Józefa Mehoffera.

Niestety nie udało mi się zrobić lepszego zdjęcia, mój dogorywający aparacik odmówił współpracy i wypluwał tylko takie nieostre potworki - a mimo wszystko chciałam podzielić się z Wami efektem mojego weekendowego tworzenia.


Oryginalny obraz Mehoffera (przedstawiający jego własny dom i ogród w Jankówce) - namalowany farbami olejnymi, ma wymiary 51,5 x 68,5 cm, mój - namalowany akrylami, ma wymiary 50 x 60cm, ciutkę inne proporcje, więc musiałam też odrobinę pokombinować, żeby jakoś zmieścić wszystko co najważniejsze na tym obrazie. A dzieje się na nim sporo!

Tak wygląda oryginał, którego zdjęcie zapożyczyłam z portalu "Niezła sztuka", gdzie można przeczytać ciekawy artykuł ilustrowany wieloma zdjęciami obrazów Mehoffera ("Ogrody Józefa Mehoffera"):



Lekcja malowania nie trwa aż tak długo, żebyśmy mogli dokładnie odtworzyć wszystkie szczególiki obrazu Mehoffera, no ale też nie taki jest cel tej nauki. Przyznam się jednak, że malowałam główne elementy (tak zwane tło, czyli podmalówka, niebo, dom, ścieżka i duże plamy zieleni) zgodnie z tym, co pokazywali państwo Daria i Tomek, ale później, przy detalach, przeszłam już na własny tryb :). Podoba mi się efekt, jaki osiągnęli nasi nauczyciele malując w ekspresowym (jak dla mnie) tempie, z konieczności zresztą upraszczając go znacznie, ale sama wolę to robić wolniej, precyzyjniej. Prawdopodobnie to kwestia wyczucia i doświadczenia, których jeszcze mi sporo brakuje, więc takie intuicyjne, impresjonistyczne malowanie nie do końca mi odpowiada. 

W pewnym momencie myślałam, że nic z tego nie będzie, ale ostatecznie jestem zadowolona z rezultatu. Nie jest to temat ani obraz moich marzeń, ale z każdym takim ćwiczeniem uczę się czegoś nowego. Samo poznawanie właściwości akryli bywa zaskakujące. Wciąż zadziwia mnie jak te farby gasną, tracą blask po wyschnięciu. Farby olejne w zasadzie nie zmieniają nasycenia, natomiast akryle ciemnieją, stają się mniej intensywne. To powoduje, że trzeba malować większymi kontrastami, żeby obraz nie był płaski i mdły. No i nie ma takiej możliwości mieszania kolorów bezpośrednio na obrazie jak w olejach. Po kwadransie farba jest zaschnięta. W olejach - można wrócić do obrazu na drugi dzień i łagodnie łączyć wcześniejsze plamy barwne z nowymi, uzyskując łagodne przejścia. Dla jednego to zaleta, dla kogoś innego - wada. Ale warto mieć tego świadomość. Po prostu maluje się tymi farbami inaczej.

 I jeszcze raz moja wersja:


Najbliższy plan to martwa natura z dyńką :). Konsekwentnie oswajam akryle, taki jest plan. Dopóki mam co wybierać z lekcji pana Wełny - wybieram akryle, żeby trzymać się jednej techniki. Ale jest jeden obraz olejny, który też koniecznie muszę namalować, wiec jakoś wcisnę go do harmonogramu :). 

*****