poniedziałek, 3 maja 2021

Konie i koty.

Jakoś nie mogę się rozkręcić z blogowaniem w tym roku. Częstotliwość publikowania wpisów spadła mi drastycznie... nie o statystyki zresztą chodzi, a o kontakt z życiem blogowym. Chyba to ogólnoświatowe pandemiczne spowolnienie odbija się nawet na tak prostych i przyjemnych działaniach, jak aktywność na własnym blogu. Ale nie będę tu marudzić, przejdźmy do obrazka, bo dawno nie pokazywałam żadnych malunków. Dzisiaj zatem prezentuję Wam obraz ukończony dosłownie przed chwilą. 



Konie mnie nigdy nie zawiodły. Mam na myśli konie malowane, rysowane. Zawsze lubiłam je malować, a nawet jak ich wizerunki wychodziły mi nie całkiem idealnie, to i tak byłam zadowolona, bo samo malowanie tych pięknych zwierząt niezmiennie jest dla mnie wielką przyjemnością. Konie są niezwykle wdzięcznymi obiektami malarskimi - dlatego co jakiś czas wracam do tego tematu. 

Ten obraz zaczęłam malować kilka tygodni temu, ale w natłoku innych obowiązków musiałam na jakąś chwilę przerwać... A w międzyczasie kupiłam album Sławomira Szeredy, o którym wspominałam w poprzednim poście. Album z przepięknymi portretami koni, malowanymi akwarelami, a w zdecydowanej większości - po prostu rysowanymi ołówkiem. Ale jakież to piękne rysunki! Obejrzenie tych wspaniałych obrazów zmotywowało mnie do dokończenia mojego dzieła :). 


Obraz inspirowany zdjęciem znalezionym na Pintereście, namalowany farbami olejnymi na tzw. podkładzie malarskim (płótno naciągnięte na płytę - lubię ten typ podłoża, bo jest bardzo stabilne, a płótno dość gładkie i dobrze zagruntowane). Rozmiar 50x70 cm.

Od malowania odciągało mnie mnóstwo rzeczy, wiadomo - praca, dom, ogród itd... Ale przyznam się, że było też wielogodzinne surfowanie po Pintereście i innych głębinach internetu... Tyle tam fantastycznych inspiracji! Najnowsza moja miłość to patchwork. Tkaniny artystyczne uwielbiam i podziwiam od zawsze, nawet kiedyś coś tam próbowałam tkać i łączyć z innymi tworzywami.  Ale o patchworkach napiszę w kolejnym wpisie, obiecuję że dłuższym :). 



Z powodu, o którym powiem na końcu, chciałam pokazać Wam dawno nie widziane tutaj moje koteczki, ale nie wszystkim dało się w ten deszczowo-leniwy dzień zrobić zdjęcia. Na razie jeszcze mieszka z nami ciągle pięć sztuk (Kocia wyprowadzi się ze swoim państwem, czyli z młodymi, jak w końcu zrobią to mieszkanie po dziadku). Sfotografować dały się dzisiaj tylko trzy, Basia i Sabcia śpią cały dzień w altance, albo zaszyte w zakamarki gospodarczej wiaty i odmówiły współpracy. Lecimy według starszeństwa:

Czarnuszka najstarsza, w czerwcu skończy 16 lat. Słabowita już z niej emerytka, całymi dniami śpi na wielkim, rozłożystym fotelu zaopatrzonym w podgrzewaną matę, prawie się stamtąd nie rusza. Jej królestwem jest ogród zimowy, ma tam swoje kocyki i miseczki, i pilnujemy, żeby jej reszta kociej hałastry nie przeszkadzała.

Czarnuszka


Sabinka - właśnie świętuje 5 urodzinki. We wczesnej młodości była największą kocią rozrabiarą w okolicy, teraz już trochę się utemperowała. Pieszczoszka pańcia, sypia zwykle w jego łóżku, ale generalnie jest na nas lekko obrażona, bo poziom zakocenia domu spowodował, że jej królowanie nie jest już takie bezdyskusyjne. Trikolorka w typie hieny, czyli cętkowana. Fotka inną razą, bo pannica przesypia dzień w szopce.


I trzy (prawie dwuletnie) siostrzyczki, których historię opowiadałam tutaj: "Basia i Balbinka, czyli demolka po kociemu" :

Basiunia, która nas sobie sama wybrała, najbardziej przytulaśna i zarazem najodważniejsza z całej trójki. Lubi spać na człowieku. Bardzo żarłoczna, niezły już z niej klocuszek :). Ale z tej trójki to ona właśnie pierwsza została wysterylizowana, bo pierwszą ruję miała zaraz po  szóstym miesiącu życia. Często koty po sterylce robią się bardziej "kanapowe", trzymają się domu, mniej wędrują a więcej jedzą. Typowy pręgowany burasek. Dzisiaj bez foty.

Balbinka, autystyczna i zawsze spłoszona trikolorka, najmniejsza z naszych kotków, ale za to największa powsinoga, ciągle się gdzieś włóczy. Ulubione miejscówki ma poza domem, a w domu do spania służy jej suszarka na pranie, gdzie w końcu trzeba było zainstalować dla niej kocyk, żeby nie spadała z niej razem z suszącymi się rzeczami. Siłą rzeczy na wieszanie prania zrobiło się mniej miejsca. Balbunia właśnie jest szykowana do sterylki, ale na razie dostaje tabletki, podobnie jak Kocia. Balbi to moja ulubienica, ślicznie umaszczona (na zdjęciach nie widać białych łapeczek), jest przeurocza ze swoim wiecznie zdziwionym pyszczkiem i białymi wąsikami:).

Balbinka



Kocia, która jest de facto koteczką naszego syna i jego dziewczyny, przejściowo w naszym domku na gościnnych występach (na czas słynnego już remontu). Największa domatorka, przy temperaturze poniżej 10 stopni w ogóle nie wychodzi z domu. Ma zresztą najdelikatniejsze, jedwabiste futerko, więc pewnie bardziej marznie niż reszta futrzaków. Najlepsze miejscówki to parapety wewnętrzne i ogród zimowy, skąd ma dobry widok na podwórko.


Kocia




I teraz czas wyjawić, po co ja tu dzisiaj o tych kotach... Pięć kotów to jeszcze nie tak dużo. Ale Drevni Kocurek ma ich aż dwanaście sztuk, przygarniętych z dobrego serca biedaków, niegdyś przez kogoś porzuconych, schorowanych. Teraz mają ciepły domek, są bezpieczne, kochane, dopieszczane, karmione i leczone... ale niestety - za coraz mniejszą w pandemii pensję. Możliwości opiekunki tego mruczącego tuzina futrzaków powoli się kończą, a przecież kotków nie można wyrzucić na bruk, ani przestać leczyć, trzeba je codziennie nakarmić, wymienić żwirek... Więc w imieniu Kocurka proszę Was o pomoc, drobne finansowe wsparcie dla kociaków, na karmę i lekarstwa - zbiórka jest na POMAGAM.PL, tutaj link - https://pomagam.pl/3mcmefi - każda wpłata się liczy, grosz do grosza i kotki nie będą głodować. Hej, czy są tutaj kociarze?! Kochani, dorzućcie co-nieco do kociego koszyczka u Drevniego Kocurka!

*****



czwartek, 1 kwietnia 2021

Książki - nie tylko o sztuce. Boznańska, Łempicka, Czapski, Konopnicka, Szymiczkowa i inni.

Po ponad rok trwającym kryzysie czytelniczym niedawno wróciłam do dość intensywnego czytania. Sama nie potrafię precyzyjnie wskazać przyczyny tej długiej przerwy - pierwszy raz coś takiego mnie dopadło. Najpierw przypisywałam to przemęczeniu wzroku, ale zmiana okularów nie pociągnęła za sobą poprawy czytelniczej statystyki. Po prostu przez jakiś czas nie mogłam sobie znaleźć interesującej lektury, wydawało mi się, że wszystkie wartościowe pozycje już przeczytałam, a poziom najnowszej, nowomodnej literatury zbyt często napawał mnie zgrozą i zniechęceniem do dalszych poszukiwań. A przecież ileż można czytać klasykę...! 

No i ostatnio znalazłam sobie odpowiednią dla mnie półeczkę - z biografiami. Oczywiście najchętniej sięgam po życiorysy i wspomnienia malarzy i innych postaci ze świata szeroko pojętej kultury i sztuki, ale ciekawią mnie także opowieści o przemysłowcach, naukowcach, innych ludziach wybitnych, z tym że najmniej - o politykach, chociaż i tutaj można znaleźć trochę ciekawych historii.

Część z tych książek, które przeczytałam ostatnio, kupiłam pod wpływem opinii przeczytanych na zaprzyjaźnionych blogach. Chciałabym więc także podzielić się z Wami moimi wrażeniami z lektury, bo może i kogoś z moich miłych gości zaciekawi któraś pozycja.

Zaczęłam kiedyś na blogu prowadzić taki cykl "książki o sztuce" (tutaj można znaleźć posty z cyklu) - tytuł dzisiejszego wpisu nawiązuje więc do tamtego projektu, ale nie będzie to - tak jak dawniej - obszerna recenzja tylko jednej pozycji, lecz raczej krótkie notki o kilkunastu książkach, no a książki... nie tylko o sztuce, niektóre z nich są tylko do czytania, inne wyłącznie do oglądania, a w niektórych znajdzie się i coś dla oczu, i coś dla duszy :).

Oto mój pierwszy stosik, który chcę Wam zaprezentować (od razu zdradzam, że będą dwa i... coś jeszcze na koniec):


To lecimy po kolei...


"Boznańska. Non finito" - Angelika Kuźniak.

W nocie wydawniczej napisano, że Angelika Kuźnak jest mistrzynią biografii. I nie da się temu twierdzeniu zaprzeczyć - autorka zgromadziła ogromną ilość materiałów źródłowych, dotarła do wielu świadków, przekopała się przez piramidy archiwalnych listów i zapisków. Co chwila podaje konkretne źródło informacji - nazwisko świadka lub rodzaj dokumentu. Niewątpliwie jest to więc najbardziej wiarygodna biografia, jaką można sobie wyobrazić, w dodatku naszpikowana naprawdę niesamowitą ilością szczegółów z życia wielkiej malarki. 

Jeśli zaś chodzi o samą Boznańską - z kart tej książki wyłania się zupełnie inna kobieta, niż ją sobie wyobrażałam na podstawie podręcznikowych notek, krótkich artykułów publikowanych przy okazji wystaw, lub omawiających poszczególne dzieła artystki. Jednocześnie uświadomiłam też sobie, że kojarzę Boznańską tak naprawdę z niewielką liczbą obrazów, tych, które mi się najbardziej podobały i zapadły w pamięć: mój ulubiony - "Imieniny babuni", "Dziewczynka z chryzantemami", "Bretonka", autoportrety, obrazy z wnętrza pracowni, kilka innych portretów... Wydawało mi się, że była zdziwaczałą starą panną, spacerującą po Paryżu w starożytnej sukni z trenem i tiurniurą modną niemal sto lat wcześniej, stroniącą od ludzi, z melancholijno-depresyjną naturą... Tak mniej więcej przedstawia ją wiele artykułów skupiających się na jej obrazach, a nie na niej samej.

Tymczasem biografia pióra pani Kuźniak wprowadza nas w niezwykle plastycznie ukazany codzienny świat malarki, która okazuje się być osobą ogromnie towarzyską, otoczoną wianuszkiem licznych wielbicieli (co nie zmienia faktu, że nigdy nie wyszła za mąż), rozdającą pieniądze wszystkim potrzebującym, dokarmiającą liczne stadko zamieszkujących pracownię białych myszek, kochającą zwierzęta i ludzi, a nade wszystko - malarstwo!  Pasjonująca, bardzo wciągająca lektura, zwłaszcza dla wielbicieli malarstwa Olgi Boznańskiej. Książka ilustrowana jest licznymi fotografiami przedstawiającymi malarkę w różnych okresach jej życia, szkoda tylko, że niewiele jest reprodukcji jej obrazów, bo uczta duchowa byłaby pełna.


"Marlena. Błękitny anioł w garniturze". C. W. Gortner.


Nie jestem fanką Marleny Dietrich, zresztą jej epoka dawno minęła, nie ogląda się dzisiaj na co dzień filmów z jej udziałem... Ale pamiętam z dawnych lat, kiedy w telewizji zamiast sitcomów i bigbrotherów różnej maści (dla niepoznaki pod coraz to nowymi tytułami) emitowano czasem stare dobre filmy. Trudno zaprzeczyć - Marlena Dietrich zawsze robiła wielkie wrażenie. Zapisała się w dziejach światowej kinematografii jako gwiazda wielkiego formatu. O jej życiu wiedziałam jednak niewiele, pamiętając tylko jakieś urywki, na przykład o tym, że nie chciała grać dla Hitlera i zdecydowanie odcięła się od nazistowskiej ojczyzny.

Książka jest zbeletryzowaną biografią, napisana żywo, ciekawie, wciąga od pierwszego rozdziału - może to zresztą zasługa niezwykłego, burzliwego życia Marleny. Wyrwała się z biedy i - dzięki determinacji, ciężkiej pracy, pasji i braku zahamowań - doszła bardzo wysoko. Błyskawiczna kariera wiązała się z jednej strony ze sławą, blichtrem, pieniędzmi, a z drugiej - zawirowaniami w życiu osobistym i uczuciowym. Liczne romanse, zarówno z mężczyznami, jak i z kobietami, brak rodzinnej stabilizacji (mimo, że miała męża i córkę), wojaże po świecie... Potem czas wojny - Marlena jedzie na front, śpiewa dla żołnierzy i to nie tylko na scenie, ale też przy łóżkach ciężko rannych, w szpitalach polowych. W jej biografii mnóstwo jest momentów budzących skrajne emocje w czytelniku. Książka zapada w pamięć i w serce. Znakomita lektura, serdecznie polecam.

"Śladami Tamary Łempickiej. Tamara oczami Tatiany" Tatiana de Rosnay.

W przeciwieństwie do dwóch wcześniej wspomnianych pozycji - to nie za bardzo jest książka do czytania, raczej tylko do oglądania. Treści mało i nieciekawie podana, zwłaszcza jeśli mamy już jakieś podstawowe wiadomości na temat artystki. Tamara Łempicka nazywana jest królową art deco, jej obrazy osiągają obecnie zawrotne ceny. Pokusa zabłyśnięcia blaskiem odbitym od jej sławy jest więc niezwykle silna. Nie oparła jej się pani de Rosnay i wyprodukowała dość udany w warstwie graficznej album z reprodukcjami obrazów Łempickiej. Córka autorki zaś zrobiła do albumu serię wystylizowanych zdjęć, mających oddać ducha epoki. 

Niestety, panie poszły na łatwiznę. Po pierwsze - nie jest to z pewnością biografia warta uwagi, ponieważ dowiadujemy się jedynie tyle, co można wyczytać w internecie wpisując hasło Tamara Łempicka. Autorka próbuje uatrakcyjnić wątłą treść, stosując formę monologu, czy też listu, skierowanego do malarki, sugerując czytelnikowi jakąś osobistą duchową (aczkolwiek jednokierunkową) więź z artystką. Nadmiernie podkreślone aspekty erotyczne życia prywatnego Tamary Łempickiej, chyba na zasadzie, że seks zawsze się dobrze sprzedaje, za to niewiele ciekawostek biograficznych, nie mówiąc już o warsztacie malarskim, bo na tym pani Rosnay chyba się nie zna. Kilka stron poświęconych jest rozważaniom autorki pod drzwiami domu, w którym kiedyś Łempicka miała pracownię. I zdjęcie pani Rosnay pod tymi drzwiami, na całą stronę. Nawet nie zadała sobie trudu, żeby dowiedzieć się czegoś więcej, choćby które konkretnie okna należały do tej pracowni - sama pisze o tym wprost. Na kilku stronach. Dla mnie to trochę irytujące zabiegi, mające napompować sztucznie zawartość książki, a nie wnoszące nic do mojej wiedzy na temat Tamary Łempickiej. Ktoś słusznie napisał w jednej z recenzji, że za mało jest w tej książce Łempickiej, a za dużo de Rosnay. Fotografie Charlotte de Rosnay służą zaś chyba tylko promocji fotografki, niektóre zupełnie bez sensu. Poniżej próbka:

 


Jedyna zaleta tej pozycji to doskonałe reprodukcje obrazów Łempickiej i świetna jakość wydania. 

"Europa w rodzinie. Czas odmieniony". Maria Czapska.

Teraz zdecydowanie coś do czytania, chociaż jest też mnóstwo zdjęć z archiwów rodzinnych. Dwie książki zebrane w jeden tom. Znakomita saga rodu Czapskich, napisana przez jedną z jego przedstawicielek, a więc autentyczne wspomnienia, całkiem sprawnie napisane, z mnóstwem szczegółów, które niezwykle plastycznie pokazują czytelnikowi życie codzienne tej mocno rozgałęzionej, arystokratycznej, a zarazem kosmopolitycznej rodziny, a przez ten pryzmat - burzliwe dzieje Europy końca XIX i niemal połowy XX wieku. Doprawdy można się podczas tej lektury wiele razy mocno zdziwić, jak daleko (i wysoko) sięgały powiązania rodzinne i wpływy tego rodu. Przy tym - ta książka to niezwykle interesujący obraz dziejów ówczesnej Europy, z dość specyficznego punktu widzenia, pokazujący detale, o których milczy oficjalna historia. Przeczytałam jednym tchem, zaskoczona niezwykłym realizmem opisanych wydarzeń. Fascynująca historia upadku arystokracji w okresie międzywojennym. 

Opowieść Marii Czapskiej jest zarówno świetnym dokumentem, jak i wspaniałą, literacką opowieścią. Na początku jest co prawda mnóstwo nazwisk i dat, ale można się w nich dość łatwo odnaleźć z pomocą dołączonego drzewa genealogicznego. Później są historie z codziennego życia w majątku w Przyłukach, podróże po Europie, dykteryjki i anegdoty o wujkach i ciotkach, rodzeństwie i kuzynostwie, i tak dalej... I wreszcie lata wojenne, emigracja... Maria była zawsze mocno związana z bratem, Józefem, więc sporo wspomnień jest związanych z jego losami. Po przeczytaniu historii rodu Czapskich naturalną koleją rzeczy sięgnęłam więc po biografię Józefa Czapskiego - malarza.



"Prawie nic. Józef Czapski. Biografia malarza". Eric Karpeles.

Malarstwo Józefa Czapskiego nigdy mnie jakoś szczególnie nie pasjonowało. Kojarzyłam oczywiście jego nazwisko, głównie z grupą "kapistów" - polskich młodych malarzy, którzy - dzięki pieniądzom zebranym przez tzw. Komitet Paryski (od pierwszych liter pochodzi nazwa "kapizm", "kapiści") wyjechali do Paryża na 7 lat, a po powrocie wnieśli do polskiego malarstwa elementy postimpresjonizmu. Kiedy wspomniałam o nim w rozmowie z mężem, on skojarzył od razu Czapskiego z okresem wojennym - Czapski był bowiem więźniem obozów w Starobielsku i Griazowcu, napisał wspomnienia z tych czasów, później był członkiem komisji badających zbrodnię katyńską. Po wojnie osiadł w Paryżu, współtworzył "Kulturę". Barwna postać, dotąd mało mi znana.

Autor biografii, Eric Karpeles (także malarz i ponadto pisarz), trafił na nazwisko Czapskiego za sprawą wydanych w postaci książkowej notatek Czapskiego, które były zapisem wykładów o Prouście, jakie wygłaszał w języku francuskim (z pamięci) dla współwięźniów w obozie w Starobielsku - z potrzeby obcowania z kulturą, robienia czegoś normalnego w tych nienormalnych warunkach. Karpeles zaś był fanem Prousta i zbierał właśnie materiały do książki o nim, kiedy ktoś mu podsunął notatki Czapskiego. Karpeles sam pisze: "Jednego dnia nic o nim nie wiedziałem, a następnego całkiem mną zawładnął". Ta fascynacja zaowocowała niezwykle obszerną, drobiazgową biografią Czapskiego. 

No i muszę się przyznać, że chociaż chylę czoła przed autorem, który wykonał naprawdę kawał dobrej roboty - nie przeczytałam tej pozycji w całości. No cóż, nie jestem fanką historii, zwłaszcza tej wojennej, wojskowej i politycznej. Dlatego te obszerne rozdziały pominęłam lub wręcz "przeskoczyłam". O wiele bardziej ciekawiły mnie koleje losu malarza, jego twórczość, najpierw z kapistami, później - już po wojnie - indywidualna, konsekwentna, według narzuconego sobie rygoru praca artystyczna. To imponujące i motywujące. 

Myślę, że z czasem będę wracać do tej książki i stopniowo przeczytam także te pominięte teraz fragmenty. Bo warto. Sporo ilustracji - fotografie i pokaźny zestaw reprodukcji prac Czapskiego.

"Miłość jest warta starania. Rozmowy z mistrzami". Justyna Dąbrowska.

Przeczytałam gdzieś entuzjastyczną recenzję tej książki. Wiec kupiłam w ciemno. Po wstępnym przejrzeniu miałam jednak wątpliwości. Zbiór rozmów/wywiadów, a w nich powtarzające się te same pytania, takie dość ogólne, o życiu, o to, co w tym życiu jest najważniejsze,  trochę jak ankieta.... hmmm... No, ale dajmy jej szansę. Więc przeczytałam.

Rozmówcami autorki są między innymi: Andrzej Strumiłło, Kazimierz Kutz, Ryszard Horowitz, Tadeusz Rolke... Dopiero po czwartym chyba rozdziale zorientowałam się, co łączy te wszystkie osoby. Otóż jest to pokolenie dzisiejszych niemal (lub ponad) 90-latków! Każde z nich przeżyło jedną lub dwie wojny, bagażem doświadczeń mogliby obdzielić tysiąc osób. W rozmowach opartych o podstawowy zestaw pytań przewijają się wątki z niezwykłych życiorysów tych wszystkich fascynujących postaci ze świata nauki, kultury, sztuki... Co ciekawe - niemal wszyscy oni są u schyłku życia nadal aktywni, praca, którą wykonują, jest wciąż ich pasją. Są rozmowy o przemijaniu, sensie życia, śmierci, niezwykłe przemyślenia, mądre uwagi. I uderzająca pogoda ducha, kontrastująca z powszechną tendencją do narzekania i krytykowania wszystkiego i wszystkich. Na pytanie, co jest w życiu najważniejsze, odpowiadają różnymi słowami, ale zazwyczaj okazuje się, że najważniejsza jest miłość, pasja, rodzina. Fascynująca książka, do czytania i wracania do niej.


"Maria Konopnicka. Rozwydrzona bezbożnica". Iwona Kienzler.

Słyszałam o tej książce dawno temu, więc jak mi wpadła w oko przy okazji zakupów internetowych, to bez namysłu wrzuciłam ją do koszyka. 
Niektórzy kojarzą Konopnicką niemal wyłącznie z "Rotą", uznając ją za wieszczkę narodową. Innym przypomina się jeszcze traumatyczna lektura szkolna "Nasza szkapa". A ja pamiętam głównie piękną baśń o "O krasnoludkach i o sierotce Marysi", "Na jagody" i "Szkolne przygody Pimpusia Sadełko". W każdym razie to wszystko daje obraz natchnionej poetki, matki-Polki, pobożnej matrony i przykładnej obywatelki. 

Tymczasem okazuje się, że życie osobiste Marii biegło zupełnie innym, całkiem nieporządnym torem. Owszem, była matką sporej gromadki dzieci i potrafiła się nimi doskonale zajmować aż do ich dorosłości, pomagała nawet mężowi, z którym się zresztą de facto dość szybko rozstała, był bowiem dla niej raczej kulą u nogi, nie potrafiąc nawet sensownie poprowadzić swoich interesów. Maria tymczasem była zaradna, energiczna, aktywnie szukała pracy, znała 6 języków obcych, wykonywała rozmaite zajęcia, starając się jednak żyć z pisania. Jej życie to ciągłe przeprowadzki, rozmaite romanse, związki ze znacznie młodszymi mężczyznami, ale także (podobno) z kobietami. Między tym wszystkim stała troska o dzieci, które przynosiły jej sporo zmartwień i kłopotów, chociaż może czasem polegało to tylko na niespełnieniu matczynych projektów. Wiele jej decyzji i wyborów było dość kontrowersyjnych, naraziła się też kościołowi, ponieważ nie uznawała instytucjonalnego pośrednictwa między Bogiem a wiernymi, krytykowała kler bez przebierania w słowach. To miedzy innymi spowodowało, że z ambon nazywano ją bezwstydną bezbożnicą.

Książka bardzo ciekawa, zdziwiły mnie niektóre krytyczne recenzje, ale dotyczyły one głównie źródeł, ponieważ podobno jest to kompilacja tekstów już znanych. No cóż, dla mnie to była pierwsza przeczytana biografia Konopnickiej, więc nie mam porównania, a czytało się ją świetnie :).

"Autobiografia Alicji B. Toklas". Gertruda Stein.

Ta książka załapała się na zdjęciu, bo dopiero co ją kupiłam, ale jest to drugie wydanie, jakie nabyłam, ponieważ poprzednie mocno się zużyło i trzeba było je wymienić. Książka, do której z wielką przyjemnością wracam co pewien czas. Tak naprawdę jest to autobiografia samej Gertrudy Stein, znanej kolekcjonerki i mecenaski wielu malarzy, przyjaciółki między innymi Picassa, w której salonie spotykało się mnóstwo sław pierwszej połowy ubiegłego stulecia. Obszerniej o książce pisałam tutaj - klik! Jedyny mankament obecnego wydania -  poza okładką żadnych ilustracji, zdjęć lub reprodukcji obrazów.


A teraz dwie książki z obrazkami, czyli bardziej do oglądania niż czytania.


"Sławomir Szereda. Konie rysowane".

Nazwisko Szereda nie jest mi całkiem obce, parę razy natknęłam się w internecie na piękne, realistyczne rysunki koni tego artysty, ale jakoś nigdy nie zagłębiłam się w całkoształt jego twórczości. Ten pięknie wydany album znalazłam dość przypadkowo, przeczesując którąś z internetowych księgarni w poszukiwaniu ciekawych albumów z malarstwem - raz na jakiś czas robię sobie taki prezent :).


Jest to typowy album formatu mniej więcej A4, zawierający na 135 stronach ponad 120 reprodukcji cudownych rysunków i akwareli. Jedyny temat tych prac to konie, głównie arabskie, w większości (lub może nawet wszystkie) ze stadniny w Janowie. Szereda maluje i rysuje konie od 40 lat, jego prace były prezentowane na niezliczonych wystawach i zdobią prywatne kolekcje wielu znamienitych osób na całym świecie. 




Sama bardzo lubię malować/rysować konie, więc ten album oglądam z ogromną przyjemnością. Świetnie wydany, może być doskonałym prezentem, chociaż tani nie jest (mnie się udało upolować go w dobrej promocji). 

"Rośliny i zwierzęta. Atlasy historii naturalnej w epoce Linneusza".

Bardzo ciekawy i przepięknie wydany album, w którym zgromadzono ogromną ilość ilustracji, w tym część z atlasów przyrodniczych, sprzed nawet 200 lat. W tamtych czasach przyrodnik nie miał aparatu fotograficznego, więc efekty swoich obserwacji musiał umieć możliwie realistycznie przedstawić przy pomocy pióra, ołówka, akwareli. Wymagało to oczywiście obok wiedzy przyrodniczej - także talentu plastycznego i dodatkowo ogromnej cierpliwości. Część pokazanych w albumie ilustracji jest zresztą dziełem artystów malarzy, których pasją było właśnie obserwowanie przyrody. Niektóre rysunki były potem powielane przez rytowników, którzy na podstawie oryginałów przygotowywali matryce do druku (drzeworyty, częściej miedzioryty, lub bardziej skomplikowane techniki). Część z nich była potem jeszcze ręcznie kolorowana gwaszami lub akwarelami. Tytaniczna wręcz praca. I jak to się ma do dzisiejszej fotografii cyfrowej...?



Album jest bardzo ciekawy także od strony technicznej, wydano go bowiem na niepowlekanym papierze o wysokiej gęstości, w kolorze naturalnej bieli, co pozwoliło na możliwie najwierniejsze oddanie kolorów i szczegółów oryginalnych ilustracji. Z kolei specjalnie dobrany papier z recyklingu, przypominający nieco grubą, zwartą i sztywną, doskonałej jakości tekturę, posłużył do wykonania pięknej okładki, z bajecznie kolorową ilustracją i wytłoczonym tytułem.

Może warto wspomnieć o autorze tego całego projektu. Krzysztof Radoszek jest absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, z zawodu i pasji jest designerem. Jego specjalnością są właśnie artystyczne projekty wydawnictw albumowych i oryginalne kampanie wizerunkowe ważnych instytucji kultury. A jednocześnie jest entuzjastą nauk przyrodniczych, przyrodnikiem amatorem, uważnym obserwatorem. Takie połączenie gwarantuje uzyskanie genialnego efektu w postaci wyjątkowego, niesamowitego wręcz albumu ilustracji przyrodniczych. Piękna rzecz :).

*****

To teraz drugi stosik, a raczej wachlarzyk :).

"Tajemnica domu Helclów" (i kontynuacja). Maryla Szymiczkowa.

Lubię kryminały dobrze napisane, ładnym, literackim językiem, z rozbudowanym scenariuszem, nie ograniczonym wyłącznie do morderstwa, okraszonego co najwyżej tanimi, acz dobrze sprzedającymi się, efektami - w postaci hektolitrów krwi lub długich opisów wyuzdanego seksu. Sama tajemnica, wątek kryminalny - to nie jest najważniejsze. Na tym powinna być jeszcze osnuta ciekawa, pięknie opowiedziana historia. Jakieś interesujące tło socjologiczne lub plastycznie przedstawione miejsce, otoczenie, dekoracje. Interesujący ludzie. 

I tak właśnie napisana jest seria kryminałów autorstwa Maryli Szymiczkowej, a tak naprawdę duetu - Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego. Zachęcona dobrymi recenzjami na zaprzyjaźnionych blogach kupiłam za jednym zamachem cztery kolejne tomy: "Tajemnica domu Helclów", "Rozdarta zasłona", "Seans w domu egipskim" i "Złoty róg". Kiedy zaczęłam czytać pierwszy tom - już po pierwszym rozdziale wiedziałam, że czeka mnie literacka uczta :). 


Każda z powieści stanowi odrębną całość, jednak czytanie ich po kolei pozwala na lepsze poznawanie postaci, które występują w każdym tomie. Główną bohaterką jest profesorowa Zofia Szczupaczyńska, którą ktoś w recenzji nazwał polską panną Marple. Rzecz dzieje się w Krakowie przełomu XIX i XX wieku, mamy wspaniale sportretowanych przedstawicieli ówczesnej śmietanki towarzyskiej, ale i urzędników, służących, artystów. Dla mnie to dodatkowa gratka, bo obok rewelacyjnie oddanego krakowskiego klimatu tamtych czasów mamy także pojawiające się gęsto postaci świata kultury i sztuki, z Matejką, Wyspiańskim, Tetmajerem czy Rydlem na czele.

Poza tymi estetycznymi wrażeniami jest oczywiście w każdym tomie nowy wątek kryminalny, wspaniale poprowadzony, z zaskakującym zakończeniem i rozwiązaniem. Zofia Szczupaczyńska, żona profesora medycyny, osoba o nieco denerwującym sposobie bycia, wścibska i energiczna, nie mając nic lepszego do roboty zaczyna angażować się w rozwiązywanie zagadek kryminalnych. Pasjonująca lektura, świetne studium socjologiczne, mnóstwo smaczków i krakowskich ciekawostek historycznych. Ostatnia część trochę mnie tylko rozczarowała, bo za dużo tam jest jak na mój gust historii, rewolucji, polityki (główny wątek osnuty na treści "Wesela" Wyspiańskiego). Ale z niecierpliwością czekam na kolejny tom!

*****

Na koniec, jako bonusik dla wytrwałych ;) - nie książka tym razem, lecz pewna szczególna płyta, do której doprowadziły mnie przepiękne rysunki Karoliny Gletkier. Od dość dawna obserwuję blog tej niezwykłej artystki (tutaj), która tworzy rzeczy magiczne. Nie są jej obce tajniki sztuk wszelakich, pamiętam jej zabawne kapelusiki i fascynatory, i mikroskopijną książkę artystyczną o księżycu... Tworzy też niezwykłą biżuterię z wykonanymi przez siebie ceramicznymi elementami, a szczególnie oczarowała mnie nadzwyczaj precyzyjnymi rysunkami, w których przenika się świat natury z fantazją - koty czytają książki, psy chodzą w wełnianych swetrach, a mchy i ptasie pióra ukazane są z mikroskopijną dokładnością. Muszę się pochwalić, że mam szczęście posiadać jeden z tych oryginalnych rysunków, portret kruka Arka :). 

Niedawno Karolina napisała, że jej rysunki ozdobiły okładkę wydanej właśnie nowej płyty Krzysztofa Jurkiewicza "Listopad". Przyznam się szczerze, że nie znałam wcześniej tego artysty, a płytę pewnie kupiłabym choćby tylko ze względu na rysunki Karoliny :). Mam jednak także zaufanie do jej wyboru muzyka, dla którego zdecydowała się narysować te ilustracje. I nie zawiodłam się! Płyta zawiera zestaw pięknych ballad, napisanych i wykonanych przez znakomitego artystę, obdarzonego urzekającym głosem. Krzysztof Jurkiewicz reprezentuje szeroko pojęty nurt folkowy, ma na swoim koncie mnóstwo napisanych i skomponowanych piosenek studenckich i szant, kilkanaście wydanych płyt. Próbka jego twórczości tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=VVTCEoHlDGI&t=4636s

A to płyta "Listopad" z rysunkiem Karoliny Gletkier (rysunki są także wewnątrz i na drugiej stronie okładki) oraz portret kruka Arka, narysowany przez Karolinę, ten który mam w swojej kolekcji :)



Wygląda na to, że lubię kruki, a Karolina lubi je rysować :))).

*****

piątek, 19 marca 2021

Colombina.

Jak ktoś z przemiłych Tuzaglądaczy słusznie niedawno zauważył, Pierrot z poprzedniego wpisu to postać z commedia dell'arte, czyli tradycyjnej ludowej włoskiej komedii. Tematyka przedstawień, pomimo dużego obszaru improwizacji, była powtarzalna, w związku z czym pojawiały się stale te same postaci. Najbardziej dzisiaj kojarzą nam się z commedia dell'arte chyba właśnie Pierrot, dalej Arlekin, Colombina, może Poliszynel, Kapitan czy Scapino... Nie wiem, czy lalka Alisy Filippovej, która posłużyła mi za inspirację do tego obrazka, była w zamyśle artystki właśnie Colombiną, ale tak ją nazwałam, bo pasowała mi do Pierrota... Konsekwentnie powinnam więc teraz namalować także Arlekina, z którym Colombina we włoskim teatrze romansowała, ale chyba będę musiała go wymyśleć, bo wśród lalek Filippovej nie znalazłam odpowiedniego modela :). Ale podoba mi się idea takiej serii obrazków inspirowanych lalkami, więc coś tam się już maluje i mam kolejne pomysły, może w nieco innym klimacie i z bogatszą scenerią... zobaczymy, co mi tam wena jeszcze do głowy i na sztalugi przyniesie. 

Ze zdjęciami niestety był problem, zrobiłam je w końcu dogorywającym telefonem. Nowy telefon (z wypasionym aparatem podobno) chwilowo leży w szufladzie, może przez weekend go w końcu ogarnę i mam nadzieję, że to już po raz ostatni raczę Was tak kiepskimi fotami.




Obraz namalowany farbami olejnymi na płycie malarskiej (płótno naciągnięte na płytę), rozmiar 50x70cm. Miałam zamiar pokazać go jeszcze w lutym, jakoś tak schodziło, a pod koniec miesiąca dopadł mnie okropny katar, zatoki zawalone, ból głowy i ogólnie wszystko do bani, oszczędzę Wam dalszych szczegółów. W każdym razie na komputer nie mogłam patrzeć, no i znowu się odwlekło... Zaczęty kolejny obraz z serii "lalkowej" musiał też w związku z tym swoje odleżeć... Ale już się pozbierałam i działam, chociaż przez tę chwilową przerwę wpadły mi do głowy jeszcze inne pomysły... Ale o tym potem.

Ostatnio (nie po raz pierwszy zresztą) miotam się między różnymi pomysłami i zaczętymi projektami, trochę maziam farbami, trochę szkicuję, to znowu zagłębiam się w przepastne głębie Pinteresta, poszukując inspiracji... Kuszą mnie rozmaite nowe techniki, czasem nawet odległe od malarstwa, jak choćby makramy, gipsowe odlewy roślin, różnego rodzaju tkaniny artystyczne, papier-mache, biżuteria... Efekt jest taki, że ilość inspiracji trochę mnie przytłoczyła :). Doba ma jednak ograniczoną liczbę godzin, a ja wciąż zasuwam w pracy, która daje mi chleb, więc czasu na radosną twórczość artystyczną zostaje mi niewiele. Z konieczności więc pozostaję przy tym co dotychczas robiłam, ale lubię pooglądać, podpatrzeć jak to czy tamto się robi. Może kiedyś...



W twórczości ogranicza mnie też trochę, może nawet bardziej mentalnie niż realnie, przejściowe zagęszczenie w naszym domu. Od ponad pół roku mieszkamy z synem i prawie-synową, którzy wprowadzili się do nas (zresztą za naszą namową, w celach oszczędnościowych, ma się rozumieć) na czas szykowania mieszkania po dziadku. Wcześniej mieszkali w wynajętym lokum, wygodnie i przyjemnie, ale dość drogo (zwłaszcza mając na uwadze konieczność odłożenia kasy na własne mieszkanie i to jeszcze w pandemii, kiedy przychody nieco spadły, a przejściowo to nawet prawie ich nie było). Czynsz za te pół roku to jest trochę grosza, więc akurat z grubsza na materiały remontowe wystarczyło. 

Mieszkanie dziadka okazało się bowiem istną stajnią Augiasza, bo za swojego życia energiczny były frontowiec nie pozwalał tam niczego ruszać, naprawiać i ulepszać. Elektryka wpuścił dopiero jak z kolejnego wyłącznika zaczęło iskrzyć i zrobiliśmy mu na ten temat niemal karczemną awanturę. Remont jest więc totalny, łącznie z kompletną wymianą wszystkich instalacji, burzeniem ścian, wymianą podłóg, drzwi itd. A wielka płyta kryje masę niespodzianek, głównie pod postacią braku poziomów i pionów oraz kątów prostych gdziekolwiek, nie mówiąc już o takich drobnostkach jak tajemniczy garb na podłodze, zajmujący obszar 1/3 głównego pokoju, który trzeba było skuć i wyrównać, bo podnieść poziomu podłogi akurat tutaj nie można, do tego jakieś nienormatywne otwory drzwiowe itd. Po drodze przydarzyły się też atrakcje związane z brakoróbstwem producentów i niesolidnością dostawców. 

Ale, mimo takich zawirowań, można powiedzieć, że jest już bliżej niż dalej :). Właśnie odbył się montaż kuchni i plac budowy zaczął się przeistaczać w mieszkanie dla ludzi. Teraz jeszcze trochę bałaganu z łazienką, a reszta to już przy tym bajka. Młodzi nie traktują tego mieszkania jako docelowego na całe życie, więc urządzają tak, żeby było ładnie i miło, ale w wersji nie ruinującej portfela. Mają odłożone jakieś pieniądze, oboje pracują, my tam coś dorzucimy na nową drogę życia, sporo prac robią we własnym zakresie - więc chyba ogarną to raz-dwa, przynajmniej w podstawowej wersji.

A jak się od nas wyprowadzą... Będę miała pracownię! Odzyskam na moje potrzeby pokój syna, całkiem spory i dobrze doświetlony, z ogromnym tarasem - i tam będzie moje artystyczne królestwo :))). Powiem Wam, że - z jednej strony fajnie, jak dzieci z nami mieszkają, ale - nasz domek jest mały i chociaż może powierzchni by wystarczyło, to jest dość kiepsko zaaranżowany jak na potrzeby dwóch rodzin. Za dużo części wspólnych, źle zaprojektowane ciągi komunikacyjne, a dostosowanie wymagałoby ogromnych nakładów. Mamy zresztą mglistą wizję, że może kiedyś zamieszkamy wspólnie, ale w dużym, dobrze zaprojektowanym domu, posadowionym na dużej działce, gdzie synowa będzie miała kozy, a ja ule :))). No co, nie śmiać się proszę, pomarzyć nie można ??? :))))))))

Przy okazji wyprowadzi się też Kocia - koteczka Młodych, skądinąd siostrzyczka naszych dwóch najmłodszych kotek - Basiuni i Balbinki. Kocia pójdzie ze swoim państwem do bloku, ale chyba nie będzie z tego powodu cierpiała, bo i tak była z całego stada największą domatorką. Zwłaszcza jak spadł śnieg i mróz ścisnął, Kocia jak wielka dama wyszła tyko na próg, nieufnie pomacała białą zaspę łapką i cofnęła się do domu. Zupełnie jej to nie odpowiadało i przez cały śnieżny tydzień w ogóle nie chciała wychodzić z domu. W przeciwieństwie do autystycznej Balbuni, która w śniegu wyprawiała istne szaleństwa.

Zostaniemy więc na gospodarstwie sami z mężem... i czwórką kotów. Dwa lata temu w ciągu kilku miesięcy pożegnaliśmy nasze dwie suczki i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów teraz nie mamy psa. Coraz częściej więc mąż przebąkuje, że trzeba by wziąć jakiegoś pieska, który by nas wyprowadzał na spacery... Trochę się przed tym bronię, bo pamiętam jak to było z dwiema starymi, schorowanymi sukami, ale pewnie i tak skończy się na wizycie w schronisku... No, chyba że znowu jakiś biedak sam się do nas przypałęta, jak to nieraz bywało :). I w sumie to tak by było najlepiej, bo ze schroniska to pewnie wrócilibyśmy z tuzinem psów...

*****

A tak wygląda moja Colombina w towarzystwie wcześniej namalowanego Pierrota (którego już bym chętnie trochę przemalowała):


*****

W kolejnym wpisie będzie książkowo, bo trochę fajnych rzeczy kupiłam i przeczytałam, może kogoś z Was coś z tego zaciekawi :).


środa, 3 lutego 2021

Pierrot.

 Dwa miesiące od ostatniego wpisu zleciały nie wiem kiedy... Hmmm, no cóż, ale nie ma co się nad tym rozwodzić... Żadne nieszczęścia mnie nie dopadły, ot po prostu wena, zwłaszcza ta pisarska, mnie opuściła i nie mogłam wykrzesać z siebie żadnego sensowego wpisu na blog. Ale - żeby nie przynudzać i nie przedłużać - witajcie w roku 2021 :))).




Przedstawiam Wam dzisiaj obrazek pierwszy z cyklu, który przewiduję na kilka, a może i więcej sztuk - pomysłów w tym temacie mam sporo. Modelem jest lalka przedstawiająca chyba Pierrota (?), a autorką oryginalnej lalki, której zdjęcie mnie zainspirowało, jest Alisa Filippova Chętnie bym tutaj wkleiła kilka zdjęć tychże lalek (bo jest ich spora kolekcja), które zachwyciły mnie już jakiś czas temu, ale jak znam nowego niewydarzonego bloggera, to potem na Waszych blogach jako miniatura mojego wpisu pojawią się zdjęcia lalek, zamiast mojego obrazka. Ktoś pomyśli, że robię albo kolekcjonuję lalki, a mimo wszystko jednak wolę, żeby mnie kojarzono raczej z moim skromnym amatorskim malarstwem, niż z najpiękniejszymi nawet lalkami. Po ostatniej bezużytecznej modernizacji bloggera wciąż potykam się o takie idiotyczne niespodzianki. 

W każdym razie - pani Filippova zrobiła takich lalek dużo, wiele z nich nawiązuje do postaci z Alicji w krainie czarów", są całkiem spore, niektóre wielkości tak z grubsza połowy dorosłego człowieka. I tak mnie jakoś naszło, żeby je namalować. 

W realu kolory są nieco bardziej wyraziste, jak zwykle nie udało mi się tego wiernie uchwycić na zdjęciach.



Obraz namalowany farbami olejnymi na tzw. tablicy malarskiej (płótno naciągnięte na płytę), rozmiar 50x70cm.

*****

A co u mnie słychać? Maluję, staram się codziennie coś namalować lub narysować, chociaż nie idzie to w takim tempie jak bym chciała. Bo ciągle coś... A to praca z nadgodzinami, a to w domu się nazbiera różnych "michałków" do ogarnięcia, a to mnie przewiało i trochę unieruchomiło oraz obrzydziło jakiekolwiek czynności poza popijaniem zbawiennych naparów (przyczyna - wyskakiwanie z ciepłego domu za kotami na dworze: a to wpuść, a to wypuść, a to łaskawca nie wie czy chce wejść, czy jednak wyjść, a człowiek jak idiota sterczy w otwartych na ziąb drzwiach, a jak jeden jaśnie-kot już wyszedł, to drugi akurat właśnie chce wyjść i tak w kółko)... Oglądam w wolnych chwilach inspiracyjne zdjęcia i filmiki, ostatnio wciągnęły mnie filmy na YT z lekcjami malowania w wykonaniu między innymi Igora Sacharowa. Nie cała twórczość tego pana mi się podoba, bo trochę za dużo jest w niej tzw. tanich efektów, ale artysta ma ciekawe, dość niefrasobliwe podejście do malowania, tworzy swoje obrazy w mojej ulubionej technice czyli farbami olejnymi i pokazuje jak łatwo osiągnąć ciekawe efekty, zwłaszcza w pejzażu. No i Sacharow maluje często szpachelką, a ja z tym narzędziem jeszcze się nie polubiłam, więc spróbuję się zmierzyć. Kilka lekcji planuję "przerobić" w całości, wybrałam sobie takie bardziej stonowane, monochromatyczne pejzaże. Oczywiście - jak mi najpierw ktoś tanio sprzeda trochę wolnego czasu :).

*****

A teraz słuchajcie, znaczy się - czytajcie i uważajcie, bo dzielę się z Wami postanowieniem noworocznym. Nigdy dotąd takich postanowień nie robiłam, no ale jest ważna okazja. Za nami finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dwudziesty dziewiąty już! A pamiętam początki... chyba nikt nie wierzył, że ta akcja przetrwa tyle lat i tak się rozwinie :). Ale ja nie o historii Orkiestry chciałam, tylko o aukcjach związanych z Orkiestrą, między innymi na Allegro, bo tam akurat zajrzałam. Ciekawiły mnie przedmioty z zakresu "sztuka", szczególnie malarstwo. Nawet kilka obrazków na moją kieszeń znalazłam i podjęłam licytację, jednak na koniec tak się to rozhulało, że odpuściłam. Trochę żałuję, ale trudno, przepadło. No ale to też nie o tym miało być...

Przeglądając wystawione obrazy i obrazki pomyślałam sobie, że to w sumie wstyd, że ja niczego nie dałam dla Orkiestry. No jakoś mi to nie przyszło wcześniej do głowy. Ludzie wystawiają co tam mają, niekoniecznie wielkie dzieła sztuki, po prostu dary serca. Więc i na moje bazgroły pewnie by się znaleźli chętni, konto Orkiestry wzbogaciło by się o parę złotych... Czemu ja głupia o tym nie pomyślałam...???

No to teraz właśnie zaczęłam myśleć. I mam takie postanowienie noworoczne, że za rok, na jubileuszową, trzydziestą już edycję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, wystawię na licytację kilka (a może więcej) obrazków. Howgh! Na wypadek amnezji zapisałam to sobie w kilku miejscach. Mam nawet pomysły na obrazki specjalnie na ten cel. Żeby mi tylko zdrowie dopisało i czasu nie zabrakło, bo pomysłów to ja mam zawsze dużo :).



*****

Teraz z innej beczki :). Mam dla Was dwie ciekawe propozycje, a właściwie to ma je dla Was Danusia Popowicz, nasza polska specjalistka od Zentangle. Otóż Danusia wymyśliła wyzwania, z których pierwsze najbardziej zapewne spodoba się wielbicielom zakładek oraz molom książkowym. Po szczegóły zapraszam na blog DENIMIX.PL, do tego wpisu: http://www.denimix.pl/2020/12/12-miesiecy-z-ksiazka-i-pisakiem.html . Znajdziecie tam między innymi ciekawe, zawierające pewną niespodziankę, zakładki do pobrania. 

Drugie wyzwanie przeznaczone jest dla fanów ATC, lub osób, które dopiero chcą rozpocząć swoją przygodę z kartami kolekcjonerskimi.  Tutaj znajdziecie wszystkie informacje i szczegóły zabawy: http://www.denimix.pl/p/wyzwanie-zentangle-atc-2021.htmlOba wyzwania zaczęły się co prawda już w styczniu, ale myślę, że nie będzie problemu z dołączeniem nieco później. Miłej zabawy!


*****

niedziela, 6 grudnia 2020

Katedra na Wawelu (olej).

 Sama się dziwię, że takie coś namalowałam. Nie przepadam za malowaniem architektury, nie przepadam za tak drobiazgowym malowaniem. A tu jakoś tak wyszło... Wciągnęło mnie w te detale.



W realu na obrazie wieże mają kolor szmaragdowy, a niebo kilka bladych (!) odcieni błękitu i nie jest to tak rozmazane. Tak, wiem, nie powinnam tego tłumaczyć, tylko w końcu zmienić aparat. Ech...

Katedrę na Wawelu zawsze chciałam namalować, ale ciągle nie mogłam się za to zabrać, a to brak weny, a to brak koncepcji, a to brak czasu, i tak schodziło... No ale w końcu zebrałam się w sobie i jest. Prawdopodobnie będą kolejne wersje, w innych ujęciach, ze szczególnym uwzględnieniem Kaplicy Zygmuntowskiej, do której mam szczególną słabość :).  I mam nadzieję, że z mniejszą precyzją, bo tutaj trochę mnie poniosło z tym dziubaniem szczególików. Ale na tym temacie krakowska przygoda się nie skończy, bo w Krakowie jest przecież także mnóstwo innych ciekawych miejsc, jak choćby Planty, Sukiennice, czy mój ulubiony kościółek św. Wojciecha, który raz już się na moim blogu pojawił w wersji symbolicznej - przy okazji zabawy w rysowanie w stylu Zentangle skojarzeń z miastami (tutaj).

Kraków jest miastem moich marzeń. Są dwa miejsca, o których często myślałam, że chciałabym tam zamieszkać - Kraków i Bieszczady. O Bieszczadach już kiedyś także pisałam - przy okazji recenzji książki ze zmarnowanym tytułem (tutaj). A skoro tak się z tym malowaniem rozkręcam ostatnio, to i bieszczadzkie połoniny na pewno pojawią się na moich obrazkach, bo już mi chodzą po głowie :). Ale dzisiaj czas na Kraków.

Pomysł w zasadzie był taki, żeby namalować tylko fragment z kopułami Kaplicy Zygmuntowskiej i Kaplicy Wazów, znalazłam nawet kilka zdjęć z ciekawymi ujęciami, ale potem pomyślałam, że na pierwszy ogień wezmę bardziej ogólny widok na katedrę. Miało być bardziej schematycznie, taka próba przed malowaniem kaplicy. Ale zaczęłam oczywiście od szkicu, no i jakoś tak wyszło, że chyba za bardzo się do tego szkicu przyłożyłam, narysowałam mnóstwo detali i potem w trakcie malowania szkoda mi było te szczegóły pominąć :). Tak to szło:










Obraz olejny o wymiarach 50x60cm.

Kolory na obrazie wyszły dość realistycznie, trudno mi jednak było na zdjęciach uzyskać dobry balans między turkusowo-szmaragdowymi wieżami na tle błękitnego nieba - a ceglanymi murami, złotą kopułą i resztą kolorów. Za dużo wyzwań na jeden raz dla mojego aparatu :).

A dlaczego Kraków? Trudno mi jednoznacznie wskazać pierwotne źródło tej fascynacji, bo mam to jeszcze z dzieciństwa. Pierwsze wycieczki i zwiedzanie Krakowa, we wczesnej podstawówce - z tatą, który studiował na Akademii Górniczo-Hutniczej, więc spędził tam kilka lat i znał miasto doskonale. Potem, w dorosłym życiu, też nie omijałam żadnej okazji do kolejnych wycieczek. Moje malarskie pasje również prowadziły do Krakowa, wszak mówi się, że jest miastem artystów - więc biografie wielu mistrzów nierozerwalnie wiązały się z Krakowem, tam jest bogactwo zgromadzonych dzieł sztuki, tam też - obiekt moich westchnień, najstarsza w Polsce Akademia Sztuk Pięknych.
A więc były też marzenia związane ze studiami na krakowskiej ASP. I te wszystkie historie typu "zaczarowana dorożka", artystyczna bohema itd. Wiecie, człowiek młody, to mu się roi :). Nie będę się dzisiaj zagłębiać w opowieści o moich krakowskich sentymentach, może opowiem stopniowo przy kolejnych obrazkach z tego miasta.
Ale to nieprędko, na razie dość mam dziubania cegiełek, gzymsików itd. Na sztalugach inne tematy :).

*****

wtorek, 24 listopada 2020

Żurawie jeszcze raz.

Lecące żurawie w promieniach wschodzącego (a może zachodzącego?) słońca. Inspiracją ponownie było zdjęcie pana Wojciecha Gotkiewicza (tutaj -klik- mój poprzedni obraz z żurawiami).




Olej 40x50 cm, na podmalówce akrylowej, a dokładniej na obrazie z ogrodem Mehoffera z tego -klik- wpisu. Tamten obrazek nie podobał mi się kompletnie, więc przemalowałam, jak to często u mnie bywa. Najpierw zamalowałam wszystko akrylowym tłem w szarościach. Przez chwilę zastanawiałam się, czy by nie zrobić tych żurawi w całości akrylami, ale... Malowanie olejami to rozkosz sama w sobie - zupełnie inne doznanie, niż malowanie akrylami. Nie mogłam więc sobie odmówić tej przyjemności :). I w ogóle to ja już widzę, że moje szumne zapowiedzi, że będę malować po kolei większość obrazów z panem Tomkiem Wełną, raczej trzeba wrzucić do kosza. Bo zdecydowanie wciągnęły mnie oleje, moja młodzieńcza miłość :). Na sztaludze zresztą już mam przygotowane podobrazie z podmalówką pod kolejny obraz olejny.


Kiedy jakiś czas temu trafiłam na stronę Pracowni OKO - byłam zachwycona sposobem prowadzenia lekcji przez pana Tomka i panią Darię (zresztą nadal jestem ich fanką!), obejrzałam większość nagranych filmów, według niektórych namalowałam kilka obrazków, a zaplanowałam dużo więcej. Równolegle jednak wróciłam do dawno zarzuconego malowania farbami olejnymi, no i przypomniałam sobie jaka to frajda :). A że na stronie Pracowni OKO lekcji z farbami olejnymi jest zaledwie kilka i w dodatku nie wszystkie tematy mi się spodobały, to zaczęłam malować własne pomysły. No i tak się porobiło, że z zaplanowanych wcześniej lekcji do przerobienia z panem Tomkiem zrezygnowałam teraz z większości. Początkowo to wspólne malowanie traktowałam jako naukę i rzeczywiście te ćwiczenia dużo mi dały. Najważniejsze chyba było odblokowanie uśpionych pasji. Na pewno nadal będę korzystać z lekcji Pracowni OKO, ale więcej będę malować także według własnych pomysłów. 





Staram się nadrobić stracony czas. Kiedy byłam młoda, chciałam malować. Malowanie było moim marzeniem i największą miłością. W ogóle nie wyobrażałam sobie, co innego mogłabym w życiu robić. Ale zawsze słyszałam, że to fajne hobby, ale zawód to trzeba mieć jakiś pożyteczny. I nawet dużo później, kiedy miałam już swoje dorosłe i samodzielne życie, miałam to wbite gdzieś tam z tyłu głowy, że malowanie to tylko hobby, zabawa, fanaberia, można to robić w wolnym czasie. A ja tego wolnego czasu wciąż nie miałam, bo nawet jak miałam, to wmawiałam sobie, że na pewno są rzeczy ważniejsze do zrobienia niż moje malowanie... Nie jestem wyjątkiem. Ileż to ja takich historii słyszałam i czytałam... Malujemy (lub tworzymy coś innego) jako dzieci, potem dorośli każą nam wybrać sobie jakiś sensowny zawód i dopiero na emeryturze, kiedy w końcu poczujemy się wolni, wracamy do realizacji dziecięcych marzeń.

Czy słyszeliście o Grandma Moses? Może nawet kiedyś już o niej wspomniałam na blogu... Cytuję za Wikipedią:

Anna Mary Robertson Moses (ur. 7 września 1860 , zm. 13 grudnia 1961) − amerykańska malarka.

Przez wiele lat była jedyną liczącą się przedstawicielką sztuki naiwnej w USA. Zaczęła malować w latach 30., w wieku 70 lat. Treścią obrazów były wspomnienia z czasów dzieciństwa, młodości i całego życia spędzonego na farmie. Jej celem było utrwalenie obrazu amerykańskiej wsi i ludzi tam żyjących.

Przez przypadek sprzedała kilka obrazów, które w 1938 przyniosły jej światową sławę. Malowała bardzo intensywnie po 1939 m.in. A Beautiful World, (1948). Swoje życie opisała w autobiografii My Life’s History (1952).

A oto jeden z jej obrazów:



Czyż nie jest uroczy?! 
Babcia Moses ukończyła tylko kilka klas w wiejskiej jednosalowej szkółce, całe życie pracowała na farmie, urodziła 10 dzieci. Dopiero kiedy skończyła 70 lat i powiedziano jej, że jest już za stara na pracę w gospodarstwie, kupiła sobie pierwsze przybory plastyczne.
Malowała niemal do końca życia (zauważcie - żyła 101 lat!), a przez ostatnich 10 lat sprzedano jej obrazy za ponad 100 tys. dolarów.

Tak że spoko, mam jeszcze przed sobą mnóstwo czasu na podbicie rynku sztuki :)))).

*****

poniedziałek, 23 listopada 2020

Książki o sztuce. Betty Edwards "Rysunek. Odkryj talent dzięki prawej półkuli mózgu".

Kochani, serdecznie Wam dziękuję za ciepłe przyjęcie mojego ostatniego obrazka z krwawnikiem w porcelanowym dzbanku! Zaskoczyła mnie tak duża ilość komentarzy  - pozytywnych, a czasem nawet wręcz entuzjastycznych. No bo wiadomo - jak coś średnio wyjdzie, to komentarzy jest mniej i są takie bardziej... wyważone :))). Tak więc widocznie krwawnik raczej się spodobał :).

Cieszy mnie to ogromnie, bo umacnia mnie w przeświadczeniu, że idę dobrą drogą. Ja sama jestem z tego obrazka zadowolona i czuję, że odpowiada on temu, co i jak lubię malować. A lubię przede wszystkim farby olejne, co wielokrotnie już podkreślałam. Mimo więc pewnej sympatii dla akwareli i niedawno poznanych akryli - prawdopodobnie będę malować głównie olejami. Tematyka pewnie będzie różna, ale tonacja raczej spokojna, jak w krwawniku. Obrazy malowane akrylami z panem Tomkiem były ciekawym doświadczeniem, ale ta krzykliwa kolorystyka w niektórych (ogród Mehoffera albo martwa natura z dynią) niezupełnie mi odpowiada. A do własnych tematów to jakoś bardziej mi oleje pasują.

Ale zostawmy to, co już było i co ma dopiero nastąpić.  



Pierwszą ilustracją do dzisiejszego wpisu jest taki oto skromny szkic pejzażu, wykonany miękkim ołówkiem, metodą negatywową. Był to - a jakże - temat jednej z lekcji w Pracowni OKO (link). I może bym go sobie odpuściła, ale zmieniłam zdanie, kiedy zaczęłam czytać książkę, o której chcę Wam dzisiaj opowiedzieć. 

Rysunek nawiązuje do jednego z zalecanych w książce ćwiczeń - rysowania negatywowego. Polega to z grubsza rzecz biorąc na rysowaniu tego, co jest poza głównym obiektem, czyli pustych przestrzeni między elementami tego obiektu i między obiektem a krawędzią kartki. Rysunki i na przykład akwarele malowane tą metodą dają czasem spektakularne efekty. W tym pejzażyku metoda negatywowa została wykorzystana tylko częściowo, we fragmentach - widać to głównie tam, gdzie są trawy podświetlone słońcem, na ciemnym tle wody i drzew. W książce to ćwiczenie jest nieco bardziej skomplikowane, rysuje się na przykład przestrzenie negatywowe krzesła z giętym oparciem. 

Istotą tego zadania było skupianie się na postrzeganiu krawędzi i kształtów - niekoniecznie zasadniczych elementów rysunku. Puste przestrzenie w rysunku traktujemy tak samo jak konkretne przedmioty, skupiamy się tak samo na głównych obiektach, jak i na fragmentach przestrzeni między nimi, tworząc razem spójną, bogatą w formy i walory układankę. Rysując tradycyjną metodą nie uzyskałabym tak fajnego rezultatu, bo trawy albo by się zgubiły w tle, albo w ogóle byłyby narysowane ciemniejszą kreską na jasnym tle i efekt podświetlenia w ogóle by nie zaistniał.

Ale wróćmy do książek. Otóż, korzystając z podpowiedzi pana Wełny, kupiłam sobie niedawno dwie ciekawe pozycje o sztuce, kreatywności, rozwijaniu swoich talentów: 



Przejrzałam na początku obie pozycje dość wnikliwie. Książka Julii Cameron wydaje mi się jednak przesadnie "uduchowiona" i trochę za bardzo w stylu poczytnych, acz mało wartościowych, poradników w rodzaju "moc jest w tobie", więc polecać jej nie będę. Ale jest w niej także trochę pożytecznych treści, więc na pewno przeczytam ją w całości (pomijając rozwlekłe listy pytań), coś się z tego na pewno wyłuska :). Tutaj link - do ciekawej rozmowy na temat książki "Droga artysty"  . 

W książce pani Cameron sporo miejsca zajmują zadania i ćwiczenia, różne check listy i pytania, na które trzeba odpowiedzieć, ale czy one komukolwiek w czymś pomogą...? Wątpię. Powtarzające się co kilka stron zadania typu "uzupełnij zdanie >gdybym się nie bał to...<" lub "wymień pięć rzeczy, które lubisz" oraz "przypomnij sobie, co lubiłeś robić w dzieciństwie", które zapełniają połowę książki, mnie raczej odstraszają i nudzą, bo jestem przekonana, że niewiele wnoszą w moje życie i niczego w nim nie zmienią. Ponieważ jednak książkę napisała osoba, która rzeczywiście sama doświadczyła wielu zakrętów na swojej drodze artystycznej, to w pewnym stopniu pomaga ona uzmysłowić sobie własne wewnętrzne ograniczenia i główne problemy w rozwoju kreatywności. Do przeczytania, ale nie obligatoryjnie :).

Na pierwszy ogień wzięłam więc "Rysunek" Betty Edwards, bo wydał mi się bardziej rzeczowy, w formie kursu podzielonego na konkretne dni, z praktycznymi zadaniami rysunkowymi do wykonania. Ćwiczeń nie ma wcale dużo, ważniejsza jest teoria, którą się potem w tych ćwiczeniach realizuje. 

Różnych teorii na temat rozwoju duchowego, wzmacniania poczucia swojej wartości i temu podobnych, to ja się już w życiu naczytałam - teraz potrzebuję właśnie praktyki, ćwiczeń, konkretów, jasnego planu działania. W tej książce jest owszem sporo teorii, ale zupełnie innego rodzaju. To są rezultaty konkretnych i wieloletnich badań naukowych z zakresu neurologii i neuropsychologii. Autorka sama przez ponad ćwierć wieku opracowywała metody nauczania, które mają zastosowanie nie tylko w dziedzinach związanych ze sztuką, ale wszędzie tam, gdzie potrzebne jest kreatywne działanie.

Książka Betty Edwards jest dla mnie w pewnej części jak objawienie. I w sumie to niby nie ma tam nic, o czym bym wcześniej nie wiedziała, bo tematy dotyczące neurologii i działania mózgu zawsze mnie ciekawiły, ale moja wiedza była bardzo rozproszona, niespójna i przede wszystkim - nie wynikały z niej konkretne przełożenia na mój osobisty rozwój artystyczny. A tutaj są konkretne przykłady wykorzystania tej wiedzy, pomocne w rozwijaniu twórczego postrzegania rzeczywistości i w rozwijaniu posiadanych talentów, szczególnie tych artystycznych.

Jednym z ćwiczeń, zalecanych do wykonania przez panią Edwards, jest rysowanie, a właściwie kopiowanie, szkicu obróconego do góry nogami. Chodzi przy tym o to, żeby nie myśleć CO się rysuje, jaki obiekt, tylko podążać wzrokiem za kolejnymi elementami samego rysunku, liniami widocznymi na wzorcowym szkicu i kopiowanie tego co widzimy, a nie tego, co lewa mądralińska półkula mózgu mówi nam, że tam jest narysowane. Kiedy nie uruchamiamy myślenia i analizowania jaką bryłę mamy narysować, to rysujemy po prostu linearne przedstawienie tego, co tak naprawdę nasze oko widzi. Naszą ręką kieruje wtedy prawa, intuicyjna półkula, które przyjmuje rzeczy takie, jakimi są. I okazuje się, że - czary mary - po odwróceniu ukończonego rysunku, nasze dzieło jest niemal idealnym odwzorowaniem skomplikowanego obrazu. Nawet jeśli nie mieliśmy wcześniej żadnego przygotowania rysunkowego i uważaliśmy, że kompletnie nie umiemy rysować. Gdybyśmy próbowali narysować go patrząc na niego w normalnym ustawieniu, to trudno by nam było wyłączyć najmądrzejszą na świecie, tłumaczącą nam wszystko po swojemu, lewą półkulę. Wtedy rysowanie skomplikowanych układów brył i skrótów perspektywicznych staje się trudną do wykonania sztuką - nawet dla biegłych zawodowców, ponieważ zamiast skupić się na tym co widzimy, przetwarzamy w lewej półkuli naszą wiedzę o przedmiotach, przeliczamy w głowie proporcje, kąty, głębię i perspektywę, trójwymiarowe ułożenie w przestrzeni itd, podczas gdy chodzi przecież o płaski, linearny, dwuwymiarowy rysunek. Betty Edwards uczy nas patrzeć dwuwymiarowo i przenosić to na papier.




Na podstawie reprodukcji zamieszczonej w książce w pozycji obróconej do góry nogami narysowałam kopię rysunku Picassa z portretem Igora Strawińskiego. Dla ułatwienia rysowałam w podobnym formacie jak reprodukcja w książce. Na rysunek autorka książki daje czytelnikowi mniej więcej godzinę. Ja rysowałam około 10 minut, dość pośpiesznie, bo chciałam szybko sprawdzić co z tego w ogóle wyniknie. Wynikło nawet całkiem nieźle. Rysunek w gruncie rzeczy jest dość prosty. Jeden poważniejszy błąd, który dostrzegłam, jest na twarzy, którą rysowałam na końcu i nieopatrznie włączyłam myślenie (czyli dokładniej - lewą półkulę), niestety, co spowodowało, że narysowałam linię podbródka, której na oryginalnym rysunku wcale nie ma. Zorientowałam się co prawda od razu, ale że rysowałam cienkopisem (a powinnam ołówkiem), to wymazać się nie dało :). 

No dobrze, może ja już coś tam trochę potrafię rysować, więc poszło dość szybko, ale daję Wam słowo, że gdybym to rysowała z reprodukcji w normalnej pozycji, to zajęłoby mi to minimum pół godziny, a efekt byłby znacznie gorszy. Ważnym elementem na tym rysunku jest ułożenie nóg, ze skrótem perspektywicznym, na którym normalny rozum się wykłada i doprawdy ciężko to tak narysować, żeby wyglądało realistycznie. Natomiast patrząc na obróconą reprodukcję nie myślimy, co która kreska oznacza, czy to noga czy ręka, tylko zwracamy uwagę na wzajemne położenie i proporcje tych kresek. I wtedy łatwiej się rysuje realistycznie. Nie myślimy wtedy o perspektywie, konstrukcji bryły czy anatomii. Książka ma na celu nauczenie nas pracy w trybie prawopółkulowym, czyli intuicyjnie, swobodnie, bez rozkminiania istoty rzeczy.

W tym ćwiczeniu, podobnie jak w innych z tej książki, chodziło o to, żeby nauczyć się patrzeć prawopółkulowo. Po prostu patrzeć. A nie - myśleć i analizować co też widzimy i jak dajmy na to wygląda ta bryła z tamtej strony, której tak naprawdę w czasie malowania nie widzimy, więc ta wiedza do niczego nie jest nam potrzebna.




Drugi rysunek według tej metody rysowałam z panem Tomkiem Wełną, link do filmu z lekcją jest tutaj: Rysowanie do góry nogami. To jest próba kopii rysunku Durera - portret matki. Wydaje się dość skomplikowany, a metodą w odwrotnym ułożeniu narysowałam go dość szybko. Może nie idealnie, w moim wykonaniu to był tylko szybki szkic, ale nie chciałam poświęcać na to ćwiczenie zbyt wiele czasu, chciałam za to szybko zobaczyć rezultat takiego odwróconego rysowania. I tak samo jak poprzednio: wiem, że próba narysowania w normalnym ustawieniu zajęłaby mi znacznie więcej czasu i wiązała by się ze sporym stresem (od czego zacząć, jak to rysować, żeby uchwycić podobieństwo itp). W metodzie odwróconej w ogóle nie zaprzątamy sobie głowy podobieństwem, po prostu odwzorowujemy linie, ich układ wobec siebie i krawędzi kartki itd.

Tak wygląda oryginalny rysunek Durera:



Gdyby w szkołach podstawowych uczono rysunku według metody pani Edwards, mielibyśmy wokół siebie mnóstwo artystów i przede wszystkim szczęśliwych ludzi, którzy pozwalają swojej prawej półkuli mózgu na aktywność i nie poddają się terrorowi lewopółkulowców :). Książkę serdecznie polecam, nie tylko tym, którzy chcą rysować :).

Do rysunków - pejzaż metodą negatywową i portret matki Durera - użyłam ołówków Faber Castell B6 i B8 oraz kartek ze zwykłych szkolnych bloków rysunkowych.




Ostatnio miałam przez tydzień problemy z internetem, dlatego od ostatniego wpisu zeszło trochę czasu, ale już po kłopocie, więc mam nadzieję, że kolejny post pojawi się nieco szybciej :).

*****