sobota, 4 kwietnia 2026

Włoszczyzna.

Do niedawna Italia nie miała dla mnie żadnego uroku, Włosi mnie denerwowali swoją krzykliwością, na wszystkie propozycje podróży do Włoch kręciłam nosem, bo nie moje klimaty, na zachwyty znajomych czy mojego męża prychałam i przewracałam oczami (no może nie jawnie, ale tak w środku). Aż tu nagle... no, dobra, może nie tak bardzo nagle, ale stopniowo nastąpił jakiś przełom. Nie jestem typem podróżnika, więc to nie chęć podróżowania i zwiedzania Italii pchnęła mnie w objęcia włoszczyzny. Bo jeśli już podróże, to ciągnie mnie raczej na północ. Nie lubię gorąca, tłumów, rozwrzeszczanych i leniwych południowców itd, kuchnia może być, ale bez przesady, za dużo makaronu i tych dziwnych morskich robali itd. No i tak to. Najbardziej odpowiada mi zwiedzanie na ekranie, czyli oglądanie dalekich świata stron w telewizji czy tam innym internecie. Ze szczegółowymi opowieściami, bez konieczności stania w kolejkach, przepychania się w spoconym tłumie, wdychania kurzu i różnych lokalnych smrodów, oganiania się przed żebrakami oraz robactwem fruwającym i pełzającym, narażania się na okradzenie, przypalenie słońcem czy inne nieprzyjemności. Mąż mówi, że jestem kosmitką. Nie wykluczam.

O tym, że zaczęły mi te Włochy wchodzić w głowę, wspominałam w tym wpisie: "Wenecja moja miłość (...)". Opowiadałam tam o książce Renaty Pawłowskiej "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście". Tak mi się ta książka - a właściwie to piękna opowieść o Wenecji - spodobała, że czym prędzej nabyłam inne książki tej autorki, o których dzisiaj Wam opowiem. W międzyczasie trafiałam na inne blogi Polek mieszkających we Włoszech, poznawałam codzienne szczegóły życia w tamtych rejonach, nawet zaczęło mi się podobać... Ciekawiło mnie też zawsze, jak Polacy, którzy postanowili osiedlić się w innym kraju, oswajają te swoje nowe miejsca na ziemi - kupują jakieś ruiny, odnawiają, urządzają. To bardziej tak od strony przedsięwzięcia architektoniczno-wnętrzarskiego. Parę razy trafiłam na Polaków remontujących dla siebie stare domy właśnie we Włoszech. Przyglądałam się, też mi się podobało. No i coś tam zaczęło kiełkować...

No i w końcu... zaczęłam uczyć się włoskiego. Myśl o tym co prawda chodziła za mną od dawna. Nie tyle o włoskim konkretnie, co tak w ogóle. Pierwszy powód to chęć nauczenia się jakiegoś języka obcego w stopniu komunikatywnym przynajmniej, tak po prostu, żeby móc uchodzić za człowieka światowego, hehe :). Bo szkolna wiedza nieco wyparowała nie użytkowana przez kilka dekad. Nie mam zbyt wielu okazji, żeby korzystać, więc i motywacja słaba, no ale postanowiłam się w tym temacie ogarnąć.

Angielski mnie nie pociąga, nigdy się go nie uczyłam w jakiejś zorganizowanej formie, coś tam pojmuję, tyle co mi w pracy potrzebne, i wystarczy. W szkole miałam rosyjski (takie to czasy były) i francuski. Po rosyjsku to nawet mogłabym się teraz całkiem swobodnie dogadać, ale umówmy się: nie o taki światowy język mi chodzi.

Francuskiego nigdy nie lubiłam i nie miałam żadnej motywacji, żeby się go uczyć, poza zaliczeniem przedmiotu, ma się rozumieć. Coś tam w głowie po latach zostało, sporo rozumiem, no ale z mówieniem to już słabo... Podobał mi się natomiast niemiecki i nawet gdzieś w podstawówce krótko chodziłam na kurs niemieckiego, ale się pokomplikowało zdrowotnie, musiałam przerwać i w sumie nigdy do tego nie wróciłam. Sporo rozumiem w tym języku, mieszkając rzut beretem od zachodniej granicy człowiek trochę nasiąka przy rozmaitych okazjach. Ale do całkiem swobodnej rozmowy to jeszcze trochę mi brakuje.

No i drugi motyw do tej nauki języka obcego to ćwiczenie szarych komórek na stare lata. Pracuję dość intensywnie umysłowo, ale to uruchamia tylko jedną wyspecjalizowaną grupę komórek, a trzeba rozruszać też inne. Tylko że ilekroć zabierałam się za naukę języków, to jakoś to nie szło. A to zajęcia były bardzo późno wieczorem, prowadzone dość niemrawo, zasypiałam. Próbowałam z kursów multimedialnych - zaczynałam niemiecki, nawet w desperacji chciałam przypomnieć sobie francuski (jakieś podstawy miałam, więc była nadzieja, że łatwiej pójdzie). Zawsze jednak rozkładała mnie konieczność drobiazgowej nauki gramatyki, niemrawe dialogi itd. No jak w szkole, nuda panie, nuda, nie mogłam się wciągnąć w stały rytm nauki. No bo po co ja mam wkuwać odmiany tysiąca czasowników nieregularnych w pięciu czasach oraz trybie dokonanym i niedokonanym, jak nie znam jeszcze wielu podstawowych słówek - przymiotników, rzeczowników itd? Nie planując konkretnego zastosowania zniechęcałam się.

Niedawno syn (urodzony poliglota, nie wiem po kim on to ma, swobodnie rozmawia po niemiecku, angielsku i hiszpańsku prywatnie i zawodowo, uczy się portugalskiego i rosyjskiego), zapytał mnie, czy próbowałam Duolingo. Bez większej nadziei spróbowałam zatem, no i wreszcie zaskoczyło! Wybrałam ostatecznie do nauki język włoski, bo łatwy, gramatyka dość prosta, wymowa też, słowa się w dużej części kojarzą. No i spodobało mi się to Duolingo. Pewnie czytają to osoby, które ten system znają, ale może komuś się przyda tych parę informacji. Ciągle powtarzam, że gdyby mnie w ten sposób uczono w szkole i na tych różnych kursach, to ja bym już dawno rozmawiała w sześciu językach. Oczywiście są mankamenty, ale o tym za chwilę. 

Teraz będzie kawałek o Duolingo, jeśli kogoś to nie interesuje, nich przeskoczy parę akapitów.

Nauka jest urozmaicona, bez żadnego wkuwania regułek i ćwiczenia odmian na sucho - wszystko odbywa się w dialogach, nieustannej aktywnej komunikacji. Powtarzanie słówek w różnych zdaniach i kontekstach, tłumaczenie z polskiego na włoski i odwrotnie, wstawianie słówek, mówienie, słuchanie dialogów, pisanie - to wszystko przeplatane tak, że człowiek się nie nudzi. Ćwiczenia są inteligentnie dopasowane do słabych stron użytkownika. Jak mi coś nie idzie i robię błędy, to potem mam ćwiczenia przypominające i utrwalające. Pojawiają się różne postaci animowane, które ze mną rozmawiają, można włączyć dodatkową opcję z videorozmową, można skorzystać z ćwiczeń na czas albo różnych gier zespołowych. Jednocześnie włączona jest w to wszystko rywalizacja z innymi użytkownikami, polegająca na punktowaniu zadań i awansach do wyższej ligi. Można to zignorować, ale jednak ma działanie motywujące. No bo jak widzę, że w mojej aktualnej lidze jestem na miejscu 11 a do wyższej awansuje 10 osób, to się przykładam, żeby zdobyć jeszcze tych parę punktów, przerabiam kilka kolejnych lekcji czy ćwiczeń.

To teraz o mankamentach. Nie podoba mi się, że po zaliczeniu kolejnego modułu nie mam już dostępu do poprzedniego modułu i nie mogę zrobić sobie powtórki z całego materiału. Powtórki są co prawda w końcowych lekcjach każdej sekcji, z tym że są one wyrywkowe, a nie całościowe i nie mogę sobie sama dobrać tematów.

Druga sprawa - aplikacja uczy przede wszystkim słownictwa, podstawowych zwrotów oraz rozumienia ze słuchu, ale mniej wagi przykłada do swobodnej konwersacji, przynajmniej na tym etapie początkowym. Tak że po ukończeniu ostatniego modułu (albo w trakcie) warto poszukać możliwości bardziej aktywnego rozmawiania. Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że nauczyłam się w ciągu 4 miesięcy na tyle dużo, że jak słyszę włoską piosenkę, to wiem o czym ona jest i z grubsza rozumiem o czym Włosi mówią, sama jakieś proste zdania w codziennych sytuacjach, w sklepie, w domu, hotelu, knajpie, taksówce, u lekarza, na ulicy czy lotnisku, potrafię sklecić dość poprawnie. Z tekstu napisanego rozumiem jeszcze więcej. Teraz kwestia doszlifowania opanowanego już materiału, tak żebym nie musiała długo się zastanawiać nad każdą kwestią. Później będzie można pomyśleć o konwersacjach z żywym człowiekiem.

Po trzech miesiącach trochę zwolniłam tempo, przestałam przejmować się punktami i rywalizacją, codziennie robię tylko jedną lekcję, natomiast zajęłam się uporządkowaniem notatek, które robiłam w trakcie. Szukam też jakiegoś audiobooka po włosku. Musi to być książka, której treść znam, coś tam już sobie namierzyłam. Będę słuchać i próbować zrozumieć. Słucham włoskich piosenek - mąż uwielbia i ciągle coś w domu puszcza, to się przysłuchuję. 

A w międzyczasie czytam po polsku o Italii:





  • RENATA PAWŁOWSKA - "Włochy - 111 przygód. Miasteczka, festiwale, szlaki i smaki". Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2022, s.384.

Tak po prawdzie nie nie obiecywałam sobie zbyt wiele po tej książce, ale zostałam pozytywnie zaskoczona. To nie jest jedna długa opowieść, ale jakby kasetka ze 111 pigułkami, z których każda zawiera jakiś tajemniczy ekstrakt z włoskich ciekawostek. Na każdą z ciekawostek przypada kilka stron (w tym zdjęcia), więc nie ma tu miejsca na obszerne opisy i długie historie. To raczej zachęta, krótka wizytówka nietypowych i wartych odwiedzenia miejsc, interesujących lokalnych wydarzeń, wyselekcjonowanych smakołyków podawanych w mało znanych knajpkach, pięknych tras do wędrówek poza utartymi szlakami. Dostajemy też od razu konkretne wskazówki - kiedy najlepiej w to miejsce się udać, jak się tam dostać, gdzie zjeść i co wybrać z menu, ile to kosztuje itd.

Lubię połazić tak właśnie poza głównymi szlakami, nawet odpuścić sobie jakąś dajmy na to fontannę di Trevi obleganą przez dzikie tłumy (bo obejrzę ją sobie dokładnie i ze szczegółami na ekranie), a wylądować w klimatycznej lokalnej knajpce, gdzie wśród tubylców można zjeść jakiś nietypowy smakołyk. O takich właśnie miejscach opowiada Renata Pawłowska. I jak już się do Włoch wybiorę w dłuższą podróż, to chciałabym właśnie te miejsca odwiedzić. 

Wśród propozycji mamy kilka przepięknych tras trekkingowych o różnym stopniu trudności, a także dłuższe trasy na przejażdżki samochodowe, połączone z podziwianiem niesamowitych krajobrazów. Można wybrać malowniczy Szlak 10 Kapliczek, Szlak 52 Tuneli, albo rejs łodzią po jeziorze porośniętym lotosami (jeden z największych takich akwenów poza Japonią), wędrówki po rezerwatach przyrody albo jednym z najbardziej malowniczych kanionów na świecie.  Autorka podaje dokładne informacje - jak dostać się w te miejsca, gdzie zostawić samochód, gdzie zjeść, co warto zabrać ze sobą, kiedy jest najlepsza pora na "załapanie się" na najpiękniejsze widoki i najlepszą pogodę.

W książce znajdziemy także propozycje odwiedzenia niezwykłych miejsc ulubionych przez artystów, choć mowa tu nie o powszechnie znanych zabytkach, dziełach Giotta czy Mantegny, ale na przykład o sztuce ulicznej, jak graffiti. Dzięki wskazówkom autorki możemy odwiedzić Międzynarodową Wioskę Artystów, w której warto zajrzeć do jednej z kilkudziesięciu pracowni, klubów czy kawiarni artystycznych. A może wybierzecie się do wioski znanej z malowanych drzwi: co roku artyści malują przeróżne obrazy na drzwiach w całej wiosce? - w określone dni można podziwiać ich przy pracy.

Czy wiecie, gdzie we Włoszech znajduje się jedna z najstarszych, a zarazem największych kawiarni świata, nazywana niegdyś kawiarnią bez drzwi, w której hitem jest niepowtarzalny napój przygotowany z gorącego espresso i kremowej, zimnej mięty? A słyszeliście o włoskich targach ryżu, którym towarzyszy impreza na miarę niemieckiego Oktoberfest, z ponad stu rodzajami risotta w roli głównej? Albo o niezwykle widowiskowych festiwalach latawców, o podziemnym mieście, czy o najsłynniejszej dziurce od klucza, do której ustawiają się kolejki? 

Z książki dowiemy się także, dlaczego będąc w Bolonii nie należy zamawiać spaghetti alla bolognese, tylko tagliatelle al ragù. Obszerny wpis poświęcony jest omówieniu rozmaitych rodzajów makaronów i dań z makaronem w roli głównej. Jednak włoska kuchnia to nie tylko pasta, autorka zdradza nam więc mnóstwo ciekawostek o innych specjałach oraz miejscach, w których warto ich spróbować. Renata Pawłowska twierdzi, że we włoska kuchnia to nie tylko makarony, ryby i warzywa, ale też mnóstwo dań mięsnych, wśród których najpopularniejsza jest bistecca alla fiorentina - dowiemy się więc wszystkiego o historii tego dania, sposobach przyrządzania, oraz miejscach, w których dostaniemy najlepszą fiorentinę. Oczywiście sporo miejsca zajmują też informacje o słynnych włoskich deserach.

Z ciekawych miejsc, poza pięknymi sanktuariami czy zamkami, warto wspomnieć o muzeum lalek, w którym prezentowanych jest ponad tysiąc lalek i innych zabawek z różnych epok, czy też o ogrodach Bardini z oszołamiającym tunelem z glicynii.

Jeśli przyjedziemy do Włoch zimą, autorka ma dla nas także propozycje sezonowych atrakcji, jak na przykład jarmarki bożonarodzeniowe -  z książki dowiemy się, gdzie są te najciekawsze, co warto na nich zobaczyć, kupić, zjeść lub wypić, jakie są ceny itd. Znajdziemy tu także informacje o innych atrakcjach zimowych, jak na przykład wystawa niezwykłych szopek wykonanych przez artystów z piasku.

Podsumowując - to świetny przewodnik do wędrowania poza obleganymi przez turystów szlakami.


  • RENATA PAWŁOWSKA - "Jezioro Garda. 158 km tras, przysmaków i ciekawostek". Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2023, s.448.

Jednym  z piękniejszych miejsc we Włoszech jest jezioro Garda i jego okolice, obejmujące całkiem spory obszar na styku trzech regionów: Trentino, Lombardii oraz Wenecji Euganejskiej. Ma powierzchnię prawie 370 km kwadratowych, długość około 51 km, szerokość blisko 17 km, a długość linii brzegowej to aż 158 km. Dzięki temu, że obszar jeziora otoczony jest pasmami górskimi, panuje tutaj łagodny mikroklimat, sprzyjający nawet uprawie cytryn - tutejsze gaje cytrynowe są najdalej na północ położonymi ich uprawami na świecie. No i taki duży obszar to zarazem bardzo urozmaicony krajobraz, mnóstwo miasteczek oferujących przybyszom cały wachlarz atrakcji, niezliczona ilość tras do pieszych wędrówek.

Ujęło mnie i nawet nieco rozbawiło wyznanie autorki, że jej przygoda z jeziorem Garda zaczęła się od... niechęci do niego :). Bo za dużo ludzi, za bardzo "turystycznie". Świetnie to rozumiem, bo dla mnie też - im mniej ludzi, tym lepiej. I zawsze potrafimy znaleźć jakieś wymówki, żeby tam nie jechać. No ale... potem następuje jednak ten dzień, kiedy dla świętego spokoju dajemy się namówić na wyjazd - i okazuje się, że tam jest pięknie i uroczo! I potem chce się tam wracać jak najczęściej. 

Rozpisałam się bardzo o książce "Włochy. 111 przygód", więc nie chcę Was tutaj zanudzić szczegółowym opowiadaniem o zawartości tej kolejnej pozycji, wspomnę więc tylko w dużym skrócie, co w niej znajdziecie:

  • informacje ogólne: o samym jeziorze, topografii okolicy, klimacie i roślinności, o tym jakiego rodzaju urlop można tam zorganizować - w zależności od upodobań, ulubionych aktywności, towarzystwa itp, gdzie nocować, jak dojechać i jak się przemieszczać w okolicy jeziora (pociągi, autobus, promy, statki itp);
  • atrakcje dla turystów: plaże (w tym dla psów), wodospady, termy, ogrody, targowiska, szlaki, punkty widokowe, trasy trekkingowe o różnym stopniu trudności, parki rozrywki;
  • urokliwe miasteczka, a w nich zamki, pałace, muzea, światynie, winnice i winiarnie - wszystkie zostały opisane z podaniem najciekawszych informacji o historii, interesujących miejscach wartych odwiedzenia i innych atrakcjach;
  • specjały kuchni gardańskiej: w zależności od tego, w jakim rejonie jeziora będziemy przebywać, spotkamy w menu tradycyjne potrawy różnych regionów, królują oczywiście ryby złowione w Gardzie, ale są też inne dania kuchni włoskiej - z książki można się o nich sporo dowiedzieć, jak są przygotowywane i gdzie najlepiej je zamawiać;
  • lokalne specjały to przede wszystkim wina, oliwy, sery, a także szafran i trufle - oczywiście można je tutaj kupić;
  • wycieczki w miejsca bardziej oddalone od jeziora: to rozdział, w którym są szczegółowe propozycje dla osób, które spędzają nad Gardą więcej czasu i chciałyby zwiedzić także nieco dalsze miejsca - Werona, Bergamo, Mediolan, dolina Ledro i inne, dowiemy się co warto zobaczyć, jak dojechać, co i gdzie zjeść.

Trzy mapy bardzo ułatwiają znalezienie omawianych miejsc i zaplanowanie trasy, a duża ilość zdjęć, wykonanych przez autorkę podczas jej wędrówek, zachęca do zobaczenia tego wszystkiego osobiście i na żywo.

********


Jeśli miałabym wskazać ksiażkę Renaty Pawłowskiej, która najbardziej mnie zachwyciła, to bezapelacyjnie pierwsze miejsce zajęłaby jednak "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście" - pisałam o niej obszernie tutaj (klik). To przepiękna opowieść o Wenecji i nawet jeśli się do Włoch nie wybieracie, to warto po nią sięgnać, żeby poczuć klimat tego miasta. W zasadzie to właśnie po lekturze tej książki doszłam do wniosku, że dam się w końcu namówić na urlop we Włoszech :).

Książkę "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście" można kupić stacjonarnie w sklepiku w Krakowie przy ul. Malborskiej 140 oraz on-line pod tym linkiem:

https://wloska9.pl/renata-pawlowska/wenecja-moja-milosc-zakochany-przewodnik-po-miescie-renata-pawlowska.html

Pozostałe książki są dostępne w wielu księgarniach stacjonarnych i internetowych.



********

piątek, 27 marca 2026

Milewski, Sveta Katarina i kwietniowe świętowanie.

Zacznę od małej retrospekcji... W maju 2021r, kiedy WHO poluzowała część ograniczeń związanych z pandemią covidową, wybraliśmy się z przyjaciółmi do Chorwacji. Ktoś ze znajomych polecił nam wyspę Świętej Katarzyny. 

W Chorwacji byłam wiele razy, za każdym razem w innym miejscu, ale na Katarinie podobało mi się najbardziej. Może jeszcze kiedyś tam wrócimy, z tym że jedną z zalet tamtego pobytu był ten szczególny fakt, że było to pierwsze otwarcie po dwóch latach pandemicznego zamknięcia, w związku z czym turystów było jeszcze niewielu. Za to mnóstwo rybitw, które pozakładały gniazda na bezludnej wyspie i się dziwiły, że jednak jakieś człowieki się pojawiły :). Nie były dokuczliwe, chociaż przy śniadaniu na hotelowym tarasie trzeba było pilnować talerza, ale krzyczały na nas, jak podeszlismy za blisko krzaków,w których one miały akurat młode. Fajnie było podglądać te ptasie rodzinki, młode w różnym wieku, niektóre nieloty jeszcze w upierzeniu przypominającym futro. Trochę je dokarmialiśmy. No ale wracając do tematu... w efekcie tego pierwszego otwarcia - brak tłumów, za to obsługa miała mniej roboty, w związku z czym bardziej się koło nas uwijała ;). No i to taka zielona wyspa, to mi się podobało, bo nie lubię ani spalonych słońcem plaż i bezdrzewnych połaci, ani tych chorwackich ciasnych uliczek w miasteczkach w stylu rzymskim, szczególnie jak żar się z nieba leje i duchota tam panuje.

Na Katarinę ze stałego lądu można się dostać tylko wodną taksówką (ewentualnie wpław, co młodzież czasem praktykuje), kursującą co pół godziny, bez żadnych opłat. Samochód zostawia się na parkingu w pobliżu kapitanatu portu, zabiera manatki i wsiada na pokład. Po kilku minutach rejsu jesteśmy na wyspie, obsługa zabiera bagaże meleksem do hotelu, a pasażerowie pokonują pieszo te całe 50 metrów do recepcji. Cała wyspa to teren i obiekty należące do jednego hotelu, mnóstwo zieleni i alejek do niezbyt intensywnego spacerowania. I zero samochodów, motorków i dyskotek.


po lewej wyspa Sveta Katarina, po prawej Rovinj - widać różnicę :)
zdjęcie z internetu


A tu widok z Katariny na Rovinj:

zdj. moje


Ponieważ gości, jako się rzekło, było jeszcze bardzo mało, to basen hotelowy w ciągu całego dnia wyglądał jak w prospektach reklamowych - niemal pusty:


zdj. moje


Zamówione drinki dla czterech osób przyniosło nam dwóch kelnerów i kierownik sali. Tak nas obskakiwali, że czuliśmy się jak milionerzy na prywatnej wyspie. No ale ja nie o tym chciałam... 

Codziennie wyprawialiśmy się na stały ląd - do Rovinij, żeby połazić, zjeść kolację itd, czasem gdzieś dalej.  Natomiast na "naszej" wyspie spacerowaliśmy i leniuchowaliśmy nad basenem albo na plaży. I w trakcie tego łazikowania po zakamarkach wyspy odkryliśmy taką oto tablicę na ścianie głównego budynku hotelu, nieco zasłoniętą jakimś krzakiem, tak że nie rzuciła nam się w oczy od razu:

zdj. moje

Można sobie powiększyć, ale dla ułatwienia przepisałam tę część, która jest po polsku:

IGNACY KAROL hrabia KORWIN MILEWSKI

27.04.1846 - 16.10.1926

Wybitny polski kolekcjoner malarstwa, mecenas sztuki, kawaler maltański, 

od 1899 do 1926 właściciel i mieszkaniec wyspy Święta Katarzyna,  

fundator najstarszej części tej rezydencji, 

wzniesionej dla eksponowania cennej kolekcji malarstwa polskiego.


Przyznam się, że o panu Milewskim wcześniej nie słyszałam, albo nie zapamiętałam. Czym prędzej uzupełniłam więc wiedzę i teraz Wam o nim co nieco opowiem, bowiem jest ku temu szczególny powód... Informacje na temat burzliwego życia i oryginalnych pomysłów Milewskiego podaję w oparciu o artykuł zamieszczony na portalu "Niezła Sztuka" (link) z roku 2017 - którego źródłem jest prawdopodobnie artykuł na portalu "Rynek i Sztuka" (link) z roku 2013, bo większość tekstu powtórzona jest słowo w słowo, chociaż na Niezłej Sztuce nie ma o tym wzmianki. A może oba artykuły mają jeszcze jakieś inne wspólne źródło, do którego się nie przyznały? A pod każdym tekstem podpisała się inna osoba. Ot, taka trochę niesmaczna ciekawostka... Cytaty poniżej pochodzą z "Niezłej Sztuki", reprodukcje z "Niezłej Sztuki" i Wikipedii.

Ignacy Karol Korwin-Milewski urodził się 27 kwietnia 1846 roku. Wysoki poziom materialny rodzina zawdzięczała imponującemu posagowi matki Ignacego. Dzięki temu on i jego młodszy brat odebrali staranne wykształcenie za granicą (obaj ukończyli wydział prawa w Paryżu). W 1870 roku Ignacy postanowił jednak, że chce zostać artystą malarzem i w tym celu przeniósł się do Monachium, ówczesnej mekki polskich artystów. Ostatecznie jednak po pięciu latach studiów doszedł do wniosku, że jego talent nie jest wystarczający, aby pozostać przy tym zajęciu. Pojechał zatem do Rzymu, aby - z sukcesem, dzięki pieniądzom, oczywiście - wystarać się u papieża o dziedziczny tytuł hrabiowski. Nie do końca rozumiem ten zabieg, bo oboje rodzice Ignacego pochodzili ze szlacheckich rodów herbowych (vide - Wikipedia), no ale mniejsza z tym, może papieska pieczątka była do czegoś potrzebna. (EDIT: w komentarzu pod postem Lech wyjaśnił tę kwestię, można sobie doczytać.) Następnie oddał się działalności politycznej, która przyniosła mu sławę warchoła, a także awanturniczego snoba. Ostatecznie, po licznych romansach i ekscentrycznych wybrykach, jednym z ostatnich pomysłów był zakup jachtu, którym odbywał rejsy po Morzu Śródziemnym. "Morskie eskapady natchnąć musiały Milewskiego do dokonania jednego z bardziej oryginalnych zakupów epoki, mianowicie wyspy eksterytorialnej Santa Catarina na Adriatyku u wybrzeży Chorwacji, nieopodal miasta Rovinj, na której zamieszkał na stałe w 1905 roku. Tam też niebotycznym kosztem wystawił pałac według projektu krakowskiego architekta, Teodora Talowskiego, pałac, który stał się domem dla gromadzonej już wtedy fantastycznej kolekcji obrazów." 

"Stańczyk w czasie balu na dworze królowej Bony wobec straconego Smoleńska"
Jan Matejko


Na marginesie dodam, że akurat nazwisko Talowskiego jest mi znane, a to za sprawą cyklu książek Maryli Szymiczkowej o profesorowej Szczupaczyńskiej. Zawarte w nich opisy kamienic projektowanych przez Talowskiego skłoniły mnie swego czasu do bliższego zapoznania się z jego działalnością i tym sposobem dowiedziałam się, że na Świętej Katarzynie, w Chorwacji, mieszkałam w hotelu, który był niegdyś zaprojektowanym przez Talowskiego budynkiem przeznaczonym na galerię sztuki polskiego hrabiego.

Aleksander Gierymski
 "Żydówka z cytrynami"


Od tego mniej więcej czasu Milewski nieco się ustatkował i poświęcił dużo czasu i pieniędzy na stworzenie niezwykłej kolekcji malarstwa polskiego. O koncepcji tej kolekcji sam tak mówił: „Życząc sobie mieć zbiór mniej więcej kompletny i stanowiący całość oryginalną, choćby w skromnych rozmiarach, muszę się ograniczyć pewnymi ramami, a za takowe wybrałem specjalność w rodzaju Nowej Pinakoteki w Monachium. Że więc nabywam obrazy artystów-rodaków, obecnie żyjących, a między takimi wyłącznie tych, co należą lub należeli do szkoły monachijskiej”. 


Józef Chełmoński
 "Scena z powstania styczniowego"




Żeby ten cel zrealizować, Milewski nawiązał bliskie kontakty z polskimi artystami, odwiedzał ich w pracowniach, wspierał, sponsorował. "Zgodnie ze sformułowaną przez siebie teorią kolekcjoner włączał kolejno do swego zbioru dzieła, które dziś uznawane są za kanon polskiego malarstwa. Wymienić pośród nich należy między innymi "Plac Opery Paryskiej nocą", "Trumnę chłopską" i "Anioł Pański" Aleksandra Gierymskiego, "Targ na konie na Groblach w Krakowie" Juliusza Kossaka, "Babie lato" Józefa Chełmońskiego, "Pocztylion" Alfreda Wierusza-Kowalskiego, "Łowienie raków" Leona Wyczółkowskiego, "Stańczyka" Jana Matejki czy "Aktorów przed Hamletem" pędzla Władysława Czachórskiego"W kolekcji znalazły się także obrazy Piotra Michałowskiego, Stanisława Witkiewicza, Franciszka Żmurko, Wincentego Wodzinowskiego, Józefa Brandta, Józefa Pankiewicza, Jacka Malczewskiego, Anny Bilińskiej-Bohdanowicz, Jana Stanisławskiego.


"Łowienie raków" Leon Wyczółkowski (źródło)


Ciekawym i ambitnym pomysłem było zamówienie autoportretów żyjących wówczas polskich malarzy. "Zamówieniom składanym malarzom towarzyszyły liczne obostrzenia, do których każdy z twórców, jeżeli chciał umieścić swój autoportret w zbiorze kolekcjonera, musiał się dostosować. Milewski pragnął posiadać wizerunki artystów wszystkie w tym samym formacie, modele mieli być tak samo upozowani: na wprost, w ujęciu do kolan z paletą w dłoni, zachowując przy tym naturalną wielkość malowanej postaci."

Prawie 20 artystów przystało na te warunki, za wyjątkiem Matejki, który uzyskał od protektora ustępstwo i wykonał swój autoportret w pozycji siedzącej w fotelu. Obecnie 17 z tych autoportretów znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Autoportret - Jan Matejko


W roku 1883 Milewski rozpoczął starania o przekazanie całego zbioru obrazów społeczeństwu polskiemu. Chciał nawet przeznaczyć odpowiednią kwotę na wybudowanie gmachu muzealnego, jednak rozmowy prowadzone z władzami Krakowa i Lwowa na temat konkretnej lokalizacji i zapewnienia bezpieczeństwa zbiorom nie przyniosły rezultatu. Kolekcja została więc udostępniona zwiedzającym do oglądania w Wiedniu, gdzie cieszyła się ogromnym zainteresowaniem, po czym odbyła wędrówkę po salach wystawowych w całej Europie.


Jacek Malczewski 
"Autoportret z paletą"


W 1922r na skutek wylewu krwotocznego Milewski został częściowo sparaliżowany, a zasoby finansowe, którymi tak rozrzutnie gospodarował (częściowo też odebrane przez byłą żonę i kochanki), poważnie się skurczyły. Ostatecznie zdecydował się na sprzedaż swoich zbiorów, jednak nie znalazł odpowiedniego kupca na kolekcję jako całości. Obrazy zostały więc wystawione na aukcji i kolekcja uległa rozproszeniu. Obecnie znaczna jej część znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie. Milewski zmarł w 1926r w chorwackiej Puli i został pochowany w Rovinj. W tym roku przypada więc 180 rocznica jego urodzin i 100 rocznica śmierci.



A teraz czas na comiesieczną przypominajkę - co można świętować w kwietniu:
  • 1 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Ptaków
  • 1 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Klauna
  • 3 kwietnia - Dzień Tęczy
  • 4 kwietnia - Dzień Marchewki
  • 4 kwietnia - Światowy Dzień Bezdomnych Zwierząt 
  • 5 kwietnia - Dzień Karmelu
  • 7 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Domków dla Lalek
  • 8 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Opozycji przeciw GMO
  • 8 kwietnia - Dzień Miłośników ZOO
  • 9 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Jednorożca (powstał jako konkurencja do depresyjnego Blue Monday)
  • 12 kwietnia - Dzień Czekolady
  • 12 kwietnia - Dzień Chomika
  • 12 kwietnia - Dzień Czystych Okien
  • 13 kwietnia - Dzień Scrabble
  • 14 kwietnia - Dzień Patrzenia w Niebo
  • 15 kwietnia - Światowy Dzień Sztuki
  • 17 kwietnia - Światowy Dzień Kostki Rubika
  • 17 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Paskudy
  • 19 kwietnia - Dzień Czosnku
  • 20 kwietnia - Dzień Marihuany
  • 23 kwietnia - Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich
  • 24 kwietnia - Europejski Dzień Śniadania
  • 28 kwietnia - Dzień Sera Camembert
  • 29 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Tańca
  • 30 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Jazzu
  • 30 kwietnia - Ogólnopolski Dzień Koni

Przeróżnych świąt niemal każdego dnia jest znacznie więcej, ale przedstawiam tutaj mój subiektywny wybór. Głównie są to święta, które mogą być okazją do fajnej zabawy, święta kulinarne, poświęcone niektórym zwierzakom, rozmaitym hobby itp.

A Dzień Czekolady to ja obchodzę codziennie ;).

********

I na koniec - prezentacja zabaweczki Dżemika, bo kiedyś Izie obiecałam i wyleciało mi z głowy, a właśnie odebrałam z paczkomatu kolejną. Tadam!



Przy okazji koty mają nowe pudełko, a jak wiadomo wszystkie koty kochają pudełka, do których można wejść i sobie w nich bezpiecznie posiedzieć:


Kocia - pierwsza zainteresowana


Piłka jest z grubej i dość twardej gumy termoplastycznej, bardzo wytrzymała, z uchwytami, w środku ma piłeczkę tenisową z piszczałką. Kupuję w Zooplusie, dlatego link podaję do tego akurat sklepu, jest tam dokładny opis: Kong piłka dla psa . Jest dość ciężka, więc rzucanie jej wymaga sprawnego ramienia, ale dla psa, który ma problemy ze stawami, nie trzeba mieć piłki latającej wysoko i daleko, taka wystarczy.

Wcześniej Dżemik miał taką oto ukochaną piłeczkę (po szczenięcym etapie piłek tenisowych oraz pluszowych i gumowych maskotek) - niestety tak się wprawił w jej rozgryzaniu w drobny mak, że nie wytrzymywała dłużej jak tydzień i trzeba było znaleźć jakąś inną, trwalszą zabawkę:


pierwsza ukochana piłeczka


Zabawek dla dużych psów jest jak na lekarstwo. Nie mówię tu o profesjonalnych przyrządach do treningów różnego rodzaju, tylko o zabawkach, którymi pies mógłby od czasu do czasu sam się zająć, ewentualnie z małą pomocą człowieka. My mamy już swoje lata i nie będziemy z dużym psem całymi dniami szaleć i ekstremalnie biegać. Godzina albo dwie szybkiego marszu po polach, trochę zabawy z rzucaniem piłeczki, zazwyczaj na własnym terenie, ale pies sporo czasu przebywa sam, chociażby jak jesteśmy w pracy. Wiadomo, że psia zabawa to najczęściej - oprócz gonitwy - gryzienie i szarpanie zębami różnych przedmiotów. A cóż może wytrzymać nieustanne wbijanie wilczych kłów? Oprócz "gryzaków" przypominających wyglądem, a czasem i zapachem, wielkie kości, które akurat mojego pieseczka nie interesują, do wyboru jest głównie sporo różnego rodzaju piłek, które można rzucać, ale którymi pies po prostu chętnie sam się bawi, czyli gryzie i przenosi z miejsca na miejsce. Ostatnio właśnie ta piłka z pierwszych zdjęć jest głównym obiektem miłości Dżemika. Niestety ją także potrafi "wykończyć", ale to jednak trwa nieco dłużej niż z tą mniejszą fioletową. Średnio raz na kwartał kupuję nową. Dla wilczura odpowiedni jest większy rozmiar (średnica dwa razy większa od tej fioletowej). Te szczegółowe informacje są przeznaczone głównie dla Izy, sympatycznej pańci sympatycznego owczarka niemieckiego Bazyla :) - ale może komuś się to jeszcze przyda.

na ulubionej sofie

 im większy pies, tym bardziej na środku leży
 - tutaj na środku kuchni    



********

niedziela, 22 marca 2026

Luba Ristujczina - kolejne albumy.


Trochę w poprzednim wpisie ponarzekałam na przeczytane książki, teraz więc dla kontrastu opowiem Wam o przepięknych albumach, które zachwyciły mnie od pierwszego wejrzenia i nadzwyczajnie uszczęśliwiły. Dwie solidne pozycje, duży format ok. 33x40cm, twarde okładki, kredowy papier, bardzo konkretne wagowo - z ciekawości je zważyłam, jeden tom to około 1,7 kg ;). A zawartość - miodzio!




  • LUBA RISTUJCZINA - "Józef Chełmoński. Romantyk polskiego pejzażu"   Wydawnictwo SBM, str. 242.

Przecudny album, z mnóstwem zdjęć i pięknych reprodukcji, a jednocześnie zawierający ogrom interesujących informacji. To kolejna pozycja autorstwa Luby Ristujcziny w mojej biblioteczce, wydana w tej samej serii. W zasadzie jej książki mogę kupować w ciemno, za każdym razem jestem zachwycona. Imponująca ikonografia, fantastycznie opowiedziana historia życia i twórczości artysty, obejmująca szeroki kontekst historyczny, artystyczny, środowiskowy. 

Wydaje mi się, że Józef Chełmoński jest u nas chyba dość powszechnie znany, dzięki swoim nastrojowym pejzażom, w których widać jego zachwyt ojczystym krajobrazem, wiejskim scenkom rodzajowym, niezwykle realistycznym wizerunkom ptaków i zwierząt. Po śmierci Matejki został uznany za najwybitniejszego żyjącego polskiego malarza, ale jako człowiek budził wiele kontrowersji, głównie za sprawą wielkiego, obsesyjnego wręcz oddania sztuce, okupionego zruinowanym życiem rodzinnym. Trochę tutaj o nim w dużym skrócie przypomnę, bo obrazy (niektóre) kojarzymy, a o człowieku czasem niewiele wiemy. Ja sama zainteresowałam się jego twórczością (a co dopiero - życiem) dość późno, bo za młodu malarstwo realistyczne raczej mnie nie porywało, albowiem ekscytowałam się twórczością paryskich malarzy na przełomie XIX i XX wieku, poczynając od impresjonistów, przez ekspresjonistów, fowistów, kubistów, tzw. szkołą paryską z Modiglianim na czele (uwielbiam do dzisiaj) itd, ale fascynowała mnie także sztuka Starożytnego Wschodu. To co się działo pomiędzy oraz później - jakby mniej mnie interesowało :). 




Chełmoński od dzieciństwa wykazywał talent rysunkowy, który mógł rozwijać dzięki wsparciu utalentowanego plastycznie ojca. Nieustannie rysował i malował, już w gimnazjum marzył o zostaniu malarzem. Zaraz po egzaminach maturalnych pokazał swoje obrazy Wojciechowi Gersonowi, który kierował wówczas akademicką Klasą Rysunkową w Warszawie. Po krótkim kursie rysunku klasycznego Gerson uznał, że uczeń ma potencjał i przyjął go do swojej szkoły. Gerson wychował wielu znanych później malarzy, jak choćby Aleksander Gierymski czy Alfred Kowalski. Za podstawę jego sukcesu uważano miedzy innymi niestereotypowe metody. Jak wspominali jego uczniowie: "objaśniał budowę kształtu przez nachylenie płaszczyzn zasadniczych łączonych zaokrągleniami stosunek świateł do cieni w motywach oswietleniowych, walory tonów, proporcje i chwytanie ruchu biegiem linii w zmiennych kierunkach, a przez to wyrabiał pojęcie i o kształcie, i o wrażeniu na oko, czyli malarskim efekcie." Zachęcał uczniów zarówno do samodzielnego studiowania teorii i historii sztuki, ale także... praw fizyki. Czy pamiętacie moje rozważania o związkach matematyki ze sztuką, przy okazji haftu matematycznego? No właśnie :). Ale odbiegłam od tematu...

Lata spędzone w Klasie Rysunkowej Gersona, i wśród innych jego uczniów, ukształtowały Chełmońskiego jako artystę, ale także jako człowieka. Już wówczas całe jego życie było podporządkowane sztuce. Bywało głodno i chłodno, ale zawsze rysunek i malowanie były pierwszą potrzebą. Kiedy zmarł ojciec Józefa, rodzina znalazła się w trudnym położeniu materialnym, jednak wkrótce przyjaciel rodziny zaprosił młodego malarza do swojego majątku na Podolu, dzięki czemu Chełmoński mógł poświęcić się malowaniu stepowych pejzaży, ptaków i scen z codziennego życia chłopów i ziemiaństwa. W wielu obrazach widoczne były jeszcze wpływy i inspiracje malarstwem Gersona, ale Chełmoński zaczął już wypracowywać własny styl, w którym główną rolę grały nastrój i walory malarskie. Oto jedna z jego prac  z tego wczesnego okresu (1870r) - mały obrazek (26,5x34,5cm) "Sanie przed szałasem nocą":


źródło


Gersonowi zawdzięcza Chełmoński także udział w pierwszych wystawach w warszawskiej Zachęcie. Materialnie początkowo wiodło się młodemu malarzowi raczej kiepsko, tym bardziej, że swoimi obrazami nie trafiał w ówczesne gusta publiczności i krytyków, a po śmierci ojca został niemal bez środków do życia. Miał jednak trochę szczęścia do życzliwych sponsorów. Jednym z nich okazał się starszy kolega ze szkoły Gersona - Maksymilian Gierymski, któremu bardzo się spodobały prace Józefa. Dzięki jego pomocy Chełmoński mógł zrealizować swoje marzenie o podjęciu dalszych studiów w Królewskiej Akademii Sztuki w Monachium. W Monachium dosć szybko odnotowuje pierwsze sukcesy, krytycy piszą coraz życzliwej o jego obrazach, udaje mu się także sprzedać kilka prac. Po kilku latach wraca do Warszawy, gdzie z kilkoma kolegami malarzami wynajmuje pracownię i maluje nadal sceny rodzajowe i pejzaże. Wkrótce porzuca jednak także Warszawę, gdzie jego malarstwo nie znajdowało uznania, i udaje się do Paryża - znowu dzięki pomocy wpływowych sympatyków. Tutaj publiczność przyjmuje jego obrazy znacznie bardziej entuzjastycznie, co oczywiście przekłada się na zdecydowaną poprawę sytuacji materialnej artysty.




W tym czasie (1875-1887r) powstają obrazy o tematyce polskiej, z zapamiętanych przez artystę widoków, które nadzwyczajnie potrafił odtworzyć. Między innymi obrazy z czwórką koni - Chełmoński niemal obsesyjnie powtarzał niektóre motywy, aby osiągnać w końcu pożądany rezultat. To monumentalne dzieło (275x660cm), do którego powstało wcześniej mnóstwo szkiców, studiów i innych wersji, znajduje się obecnie w Muzeum Narodowym w Krakowie:


źródło



Jak pisze Ristujczina: "Choć wszystkie punkty zbiegu akcentują postać woźnicy, odśrodkowa kompozycja sprawia, iż stojący przed płótnem widz ma wrażenie, że za chwilę zostanie stratowany." Te rozpędzone, silne i żywiołowe konie naturalnej wielkości miał okazję podziwiać w paryskiej pracowni Podkowiński - jak sam twierdził, to właśnie te "apokaliptyczne" zwierzęta z obrazu Chełmońskiego były inspiracją do jego słynnego "Szału uniesień".

Również w Paryżu powstał obraz, który - z bogatego dorobku Chełmońskiego - ja najbardziej lubię, a mianowicie "Dropie" (66,5x100,5cm), znajdujący się obecnie w Muzeum Narodowym w Warszawie. Oczywiście najlepiej oglądać to dzieło na żywo, a zdjęcie - w powiększeniu:


źródło

Ten obraz był w pewnym sensie przełomowy dla Chełmońskiego, ponieważ od tego mniej więcej momentu porzucił dynamiczne, ekspresyjne kompozycje oraz mocne i kontrastowe barwy, na rzecz spokojnych pejzaży bez sztafażu i spokojnych, stonowanych barw. I w takim klimacie powstał drugi mój ulubiomy obraz Chełmońskiego - "Kuropatwy na śniegu" (123x199cm), namalowany już po powrocie do Polski, w Kuklówce, gdzie osiedlił się i mieszkał już do końca życia:

źródło

Za "Kuropatwy" Chełmoński zebrał mnóstwo entuzjastycznych recenzji, a następnie otrzymał  najwyższą nagrodę na Wystawie Międzynarodowej w Berlinie w 1891r.

Autorka pięknie opowiada o obrazach Chełmońskiego, analizuje szczegóły, pisze o motywach i okolicznościach powstania kolejnych dzieł, zwraca uwagę czytelnika na zmiany, jakie zachodziły w twórczości artysty pod wpływem różnych okoliczności. O "Dropiach" pisze tak (fragment): "W porannej mgle rozmywają się kontury, barwy tracą moc i wyrazistość, a przestrzeń nabiera nierealnego, baśniowego charakteru. Chełmoński z czułoscią portretuje poszukujące pożywienia stado ptaków, nadaje im indywidualne rysy, studiuje ich charakterystyczne ruchy. Jego uwaga skupia się na malarskiej materii kompozycji: barwach i rysunku podkreślającego źdźbła traw. Wyszukana kolorystyka utrzymana w złamanych błękitach, srebrzystych zieleniach i zgaszonych brązach wywołuje nastrój melancholii, ewokuje refleksje na temat przemijania i śmierci. Przypomina o zapachach jesieni, wilgotnym powietrzu i przejmującym zimnie, tak charakterystycznych dla depresyjnych listopadowych dni. Scena zaskakuje swą zwyczajnością, celebrowaniem pospolitości i ciszy."

Chełmoński, wychowany w duchu patriotyzmu, miał też wpojone poczucie obowiązku wobec społeczeństwa i swojej klasy, co wiązało się z założeniem rodziny. Wybór drogi artystycznej nie ułatwiał tego zadania, ale dopóki odnosił sukcesy - wszystko udawało się pogodzić. Ożenił się w 1978r z Marią Korwin-Szymanowską i po podróży poślubnej po całej Europie osiedlił się wraz z żoną w Paryżu, gdzie wynajął luksusowe mieszkanie, które stało się miejscem spotkań bohemy artystycznej. Dużo w tym czasie malował, jego obrazy budziły zainteresowanie klienteli także zza oceanu, jednak w pewnym momencie, po zmianie przepisów celnych, ten rynek się załamał. Chełmoński, żeby utrzymać wystawny poziom życia, do którego zdążył już przywyknąć, maluje więc coraz więcej, ale też gorzej, co spotyka się znowu z krytyką. Pogarszająca się sytuacja finansowa i zła passa malarska odbijają się na życiu rodzinnym. Rodzina wraca do kraju, Chełmoński maluje, podróżuje po Kresach w poszukiwaniu tematów do pejzaży, rodzą się kolejne dzieci, dwaj synowie jednak umierają. Ostatnia córka urodziła się już po rozstaniu rodziców - z jej późniejszych relacji wiemy, że Chełmoński odciął jej matkę od starszych córek i nie interesował się losem żony ani ostatniej, utalentowanej plastycznie córki. Zresztą starsze dziewczynki też wysłał na pensję. Czułym i troskliwym ojcem to on na pewno nie był, podobno także wobec żony stosował przemoc fizyczną i psychiczną. Zresztą zawsze najważniejsza dla niego była sztuka, a po rozstaniu z żoną zaczął stronić od ludzi, więcej za to obcował z naturą i nieustannie malował, co znowu zaowocowało sukcesami artystycznymi. Krytyka w tym czasie mu sprzyja, Chełmoński bierze udział w kolejnych ważnych wystawach, otrzymuje liczne nagrody, sprzedaje swoje dzieła.

Ludzie nie zapamiętali go - jako człowieka - zbyt dobrze, ale sądząc po jego pracach był uważnym obserwatorem i człowiekiem wrażliwym na stosunki społeczne panujące na wsi. Namalował mnóstwo scen rodzajowych, których bohaterami byli przedstawieni bardzo realistycznie chłopi polscy i ukraińscy. Pod koniec życia, kiedy pogorszył się stan jego zdrowia, Chełmoński zupełnie już unikał towarzystwa innych ludzi i popadł w dewocję. 

Książkę czyta się z dużą przyjemnością, to pięknie opowiedziana historia, no i ogromnym plusem albumu jest ogromna ilość reprodukcji, dzięki czemu można równolegle do tekstu przyglądać się szczegółom obrazów, bez konieczności szperania po internetach.

********


  • LUBA RISTUJCZINA - "Alfons Mucha. Mistrz secesji i plakatu". Wydawnictwo SBM, str. 240.
I oto już szósty w moim księgozbiorze album Ristujcziny (planach mam kolejne).



Z Wikipedii: Alfons Maria Mucha 1860-1939 - czeski grafik i malarz, jeden z czołowych przedstawicieli secesji i fin de siecle'u. Twórczość Muchy łączy tradycje bizantyńskie i współczesne. Znakiem rozpoznawczym Muchy są grafiki kobiet w stylu belle epoque – wyidealizowana postać pięknej kobiety otoczonej naręczem kwiatów i liści, symbolami i arabeskami.

Jego ojciec pracował jako woźny w sądzie, więc rodzinie się nie przelewało, a sam Alfons dosć szybko musiał podjąć pracę jako sekretarz gminny, żeby pomóc w utrzymaniu rodziny. Marzył jednak o malowaniu, brał więc dorywcze prace, które umożliwiały mu zajęcie się tym, co sprawiało mu przyjemność. Początkowo zajmował się przygotowywaniem dekoracji i plakatów związanych z wydarzeniami kulturalnymi w rodzinnym mieście. Bez powodzenia próbował dostać się do praskiej Akademii Sztuk Pięknych, wyjechał więc do Wiednia, gdzie zatrudnił się w znanej pracowni projektowania dekoracji teatralnych. Następnie, dzięki protekcji czeskiego hrabiego Khuen-Belasiego podjął studia w monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych, a stamtąd przeniósł się do prywatnej Akademii Julian w Paryżu. W stolicy Francji osiadł na dłużej. Tutaj zetknął się ze środowiskiem impresjonistów, a z Gauguinem miał nawet przez pewien czas wspólną pracownię. Podejmował różne zlecenia na projektowanie ilustracji do książek oraz plakatów. 

Przełomowym momentem w jego karierze było zaprojektowanie plakatu do sztuki teatralnej "Gismonda", w której główną rolę grała ówczesna gwiazda - Sarah Bernhardt. Nieznany artysta momentalnie został okrzyknięty jednym z najwiekszych twórców secesji, a pięcioletni kontrakt z Bernhardt umocnił tę pozycję. Projektował plakaty, scenografię, kostiumy, a nawet biżuterię aktorki.




Od tej pory tworzył grafiki na zamówienie, różnego rodzaju afisze i prospekty reklamowe, kalendarze, okładki książek i czasopism, a także projektował serie obrazów drukowanych na jedwabiu. Były to kolekcjonerskie tzw. panneaux decoratifs, złożone z kilku grafik z jednym przewodnim motywem, jak np. pory roku, kamienie szlachetne, kwiaty itp. Te same grafiki były powielane na pocztówkach i w nieco większych formatach i doskonale się sprzedawały. 


cykl "Kamienie szlachetne" (źródło)

Z czasem otrzymywał zlecenia coraz bardziej ambitne, projektował wnętrza reprezentacyjnych obiektów, witraże, meble, ale także drobne przedmioty jak sztućce i inne naczynia, oczywiście w tej niezwykle dekoracyjnej secesyjnej stylistyce.

Sala Burmistrzowska w Pradze
projekt Malowideł i wystroju A. Mucha


po lewej wnętrze sklepu jubilerskiego, po prawej ozdoby biżuteryjne
- projekty Alfonsa Muchy

Alfons Mucha pochodził z rodziny katolickiej i sam początkowo był gorliwym katolikiem, interesował się jednak także mistycyzmem, a w czasie pobytu we Francji przystąpił do paryskiej loży masońskiej Wielkiego Wschodu Francji. 60 lat po II wojnie światowej ujawniony został duży zbiór dzieł Muchy poświęconych tematyce masońskiej - obrazy, malowidła, projekty regaliów i symboli przeznaczonych do czeskich i słowackich lóż. Prace te przechowywała pewna czeska rodzina, ukrywając je najpierw przed NSDAP, a potem przed komunistami.

Życie osobiste, rodzinne, układało mu się nadzwyczaj dobrze, ożenił się w 1906r i wkrótce doczekał się syna i córki. Bardzo często malował żonę i dzieci, niekiedy w przedstawieniach alegorycznych.


po lewej portret żony, po prawej projekty opakowań


W 1910 roku rozpoczął pracę nad cyklem nazwanym "Epopeja słowiańska", przedstawiającym w monumentalnej formie dzieje Słowian od prehistorii aż do XIX wieku. Łącznie w ciągu 18 lat namalował w tym cyklu 20 obrazów o rozmiarach ponad 6x8 metrów. Sponsorem przedsięwzięcia był poznany w czasie pobytu artysty w USA milioner, dzięki któremu Mucha mógł poświęcić się tej pracy, która miała być dziełem jego życia i spełnieniem patriotycznych marzeń. 

jeden z obrazów z cyklu "Epopeja słowiańska" (źródło)


Cykl jednak nie spotkał się z przychylnym przyjęciem w jego ojczyźnie. Zarzucano mu reakcyjny akademizm i nacjonalistyczną interpretację faktów. Nieco lepiej odbierano jego dzieła w USA, jednak artysta do końca życia pozostał w Pradze, gdzie w 1939r zmarł wkrótce po wkroczeniu wojsk hitlerowskich i po przesłuchaniu przez gestapo. Ristujczina dosć obszernie opisuje poszczególne obrazy "Epopei słowiańskiej", z odniesieniem do historii i wyjaśnieniem alegorii przedstawionych na obrazach.


po lewej żona artysty pozująca do jednego z obrazów,
po prawej obraz z cyklu "Epopeja słowiańska"


Oczywiście wszystkie te informacje są dostępne gdzieś tam w internecie, można też wybrać się do muzeum i zobaczyć oryginały obrazów, ale ja uwielbiam mieć w domu w zasięgu ręki takie albumy, które stanowią kompendium wiedzy o artyście i jego dziełach, lubię czasem sięgnąć na półkę i przypomnieć sobie to i owo, oglądając jednocześnie piękne reprodukcje. Albumy autorstwa Ristujcziny zawierają oczywiscie bogatą bibliografię i źródła zdjęć, a także ilustrowane kalendaria z najważniejszymi momentami z życia i twórczości artystów.

********


Linki do postów, w których pisałam o innych książkach Luby Ristujcziny:

"Gustaw Klimt. Twórca złotej secesji"

"Stanisław Wyspiański. Artysta i wizjoner"


"Wojciech Kossak - najwybitniejszy batalista"

"Józef Mehoffer - geniusz polskiej secesji"

********

Wieści z życia rodzinnego: my oczywiście ciągle młodzi, ale kotki nam się starzeją, zwłaszcza Sabinka. Ma co prawda dopiero 10 lat, ale swoje przeżyła. Kiedyś była postrachem osiedla, ganiała wszystkie obce koty, mówiliśmy, że Sabcia rządzi na dzielni. Niestety przejawiało się to także silnym instynktem łowieckim - Sabinka polowała na wszystko, co się rusza (ptaki, ryby, padalce). Od pewnego czasu jednak ma widoczne oznaki Alzheimera - zapomina, że już jadła i co chwila żąda napełnainia miseczki, kręci się w te i wefte, patrzy na nas pytająco "co to ja chciałam?", niektóre skoki z mebla na mebel wychodzą jej jakoś niezdarnie, czasem nie wyceluje, widać że ma obawy przed bardziej karkołomnymi akrobacjami. Ostatnio jakiś katarek się przyplątał i oczka cóś kaprawieją... Trzeba zrobić kotu przegląd. Nasza najstarsza koteczka dożyła 18 lat, no ale dla kota wychodzącego 10 lat to też już słuszny wiek. No i niestety z Basiunią też coś jest nie teges, pojawiło się posikiwanie z krewką, tak lekko podbarwione, no ale trzeba czym prędzej kotę zbadać. Tak że po roku czy prawie dwóch spokoju zdrowotnego ze stadem - ten tydzień będzie pod znakiem wędrówek do weta.

********