Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 września 2024

...i po powodzi.


Blog porasta kurzem, więc zanim ogarnę poważniejszy temat, żeby nie zaniedbywać stałych czytelników - wpadam z krótkim przeglądem wydarzeń.



Kolejna powódź nowego tysiąclecia przetacza się przez Europę, zahaczyła też o moje miasto, ale - poza dużym zamieszaniem i apokaliptycznymi korkami w całym mieście - nie narobiła dużych szkód. Mimo, że rzekę mamy wcale nie z tych najmniejszych. Teren jednak pagórkowaty i rzeka zasadniczo płynie w wyraźnej dolinie, co w dużym stopniu zabezpiecza nas przed potopem. Woda podniosła pięciokrotnie (!) swój normalny poziom, przekroczyła znacznie stan alarmowy, ale utrzymała się minimalnie poniżej wcześniej notowanych stanów powodziowych. Chociaż... było blisko i przez kilka dni dość nerwowo kontrolowaliśmy stan na stronie HydroIMGW. Ucierpiało (nieznacznie) raptem kilka domów wybudowanych nieroztropnie na terenie zalewowym. 

Natomiast uliczne korki trwały trzy doby na skutek profilaktycznego zamykania mostów łączących prawo- i lewobrzeżną część metropolii (przy stanie wody pół metra poniżej poziomu jezdni). Jednego dnia nie było ani jednej czynnej przeprawy, później uruchomiono jeden most, akurat nie ten główny, więc zamieszanie było straszne. Potem woda zaczęła minimalnie opadać i w końcu mosty otwarto. A już było groźnie - wkurzeni ulicznym galimatiasem mieszkańcy odgrażali się dokonaniem samosądu na władzach miasta. Brak informacji o konkretnych działaniach, o zastępczych trasach miejskich autobusów jeżdżących objazdami, w pierwszym dniu brak policjantów kierujących ruchem itd... Ja mam na szczęście zdrowe nogi, więc w momencie, kiedy działał tylko ten jeden most i całe zmotoryzowane miasto stało godzinami w drogowym klinczu, szłam sobie spacerkiem do i z pracy dłuższą niż zwykle drogą, bo nie przez "mój" zamknięty most, tylko przez ten drugi, nadkładając jakiś kilometr, ale - jak się okazywało - było to i tak szybciej, niż samochodem! Słoneczko świeciło, całkiem przyjemny spacer :).

Tak więc deszcz przestał padać, woda w końcu opadła, no i mamy wreszcie (co prawda, według prognoz - tylko chwilowo) przepiękną, złotą polską jesień :). Lato było za gorące na intensywne prace polowe, toteż ze zdwojoną energią nadrabiam teraz ogrodowe zaległości. W gruncie rzeczy nie wiadomo w co najpierw ręce włożyć, tyle się tego nazbierało... Przekwitają, a właściwie to na razie zmieniają kolor hortensje - z białego na różowy. Wolę je białe, no ale i tak pięknie wyglądają. Zamierzam je trochę przeorganizować, bo były za gęsto posadzone, więc kilka zostanie przeniesionych na nowe miejsce. Na pewno dwie ogrodowe, które mąż kiedyś wsadził "na chwilę" między bukietowymi :).





To nowe miejsce to trójkątny kawałek po drugiej stronie domu, gdzie był taki niemal leśny zakątek, trochę już przez lata zapuszczony. Nadszedł czas na jego uporządkowanie. Wyrosły tam wielkie świerki i daglezje - czubki mają ponad dachem domu. Rozrosły się szeroko cisy i żywotniki, między nimi ogromna azalia pontyjska, berberys, a dołem gąszcz irgi i bluszczu. Na południowym skrawku tego trójkąta rośnie nasze najstarsze drzewo - 35-letnia brzoza, a u jej stóp - mahonie, pigwowce i barwinek. Między te drzewa doprowadzony jest odpływ z jednej z rynien i teraz planuję zrobić tam wyłożony granitową kostką okrąg, takie odpływowe oczko wodne. Może jakąś pluskawkę też się tam zainstaluje... i żabę z piaskowca ;). Dookoła będą rosły paprocie, parzydło i takie tam, jeszcze się rozglądam za odpowiednimi roślinkami. Może ławeczkę się dostawi, do posiedzenia w cieniu w kolejne gorące lato... Na razie jest dzicz i bałagan. Jak to ogarnę, to przyjdzie czas na obfocenie.

*****

Wspominałam w poprzednim wpisie o pracach remontowych w naszym domu. Remont może nie kapitalny, ale zakres prac jest spory, bo wiele czasu minęło od poprzedniego, a chcemy jak najwięcej zrobić u progu emerytury, żeby mieć spokój na stare lata. Priorytetem był remont głównej łazienki i schodów zewnętrznych i to zostało zrobione w pierwszej kolejności. W tak zwanym międzyczasie (jak schły jakieś fugi czy coś) został zrobiony ocieplony sufit w ogrodzie zimowym - i to chyba najbardziej mnie cieszy. Dom jest na planie litery L otwartej na południe, ogród zimowy wypełnia miejsce między ramionami tej "elki", ma kształt kwadratu 5 na 5 metrów i dach z półprzezroczystego poliwęglanu - co było dobre w starym klimacie, a od paru lat niestety powodowało, że pomieszczenie latem zamieniało się w przegrzaną szklarnię. Kombinacje z podwieszaniem zacieniającej siatki ogrodniczej były raczej słabym półśrodkiem. Ostatnio była to więc już tylko zwyczajna graciarnia i nocna sypialnia Dżemika. Wypełnienie sufitu między krokwiami wełną mineralną i pokrycie płytą gipsową dało nadspodziewanie dobry efekt i nareszcie będzie tutaj fajne miejsce do wypoczynku, z widokami z obu stron na zieloną ścianę drzew i krzewów. Jestem w trakcie urządzania i dopieszczania.

Teraz planujemy wymianę schodów do ogrodu. Schodków jest tylko sześć, ale temat rozszerzy się o wymianę balustrady na przyległym tarasie i dodanie jej przy tych schodkach. Stara balustrada jest drewniana, nieco rozchwiana i trochę już nadgryziona zębem czasu oraz kocimi pazurami, nowa ma być kuta, podobnie jak jest zrobiona balustrada na balkonie piętro wyżej. W międzyczasie drobne malowanko w środku domu, a w planie jeszcze wyrównanie, podniesienie i poszerzenie podjazdu od strony ogrodu, bo korzenie potężnego świerka (który w momencie sadzenia był małą doniczkową choinką, a teraz ma jakieś 15 metrów wysokości i ze sześć średnicy) wysadzają nam kostkę brukową, a w innych miejscach nieco się zapadło i ogólnie kiepsko to wygląda, więc trzeba w końcu coś z tym zrobić, zanim ktoś nogę złamie.

No i na koniec tej remontowej historii czeka nas kolejne spore wyzwanie, a mianowicie likwidacja drugiej małej łazienki na dole, dzięki czemu powiększy się kuchnia, natomiast nowa łazienka powstanie kosztem dużego przedpokoju. Czyli znowu całkiem spory armageddon. No i potem oczywiście remont tej powiększonej kuchni. Ja w sumie bym tego nie ruszała, ale mąż się uparł, gada o tym od pięciu lat, kasę na to odłożył, no dobra, niech będzie... Zresztą ten temat to już chyba w przyszłym roku ruszymy, może się coś w planach pozmienia. Część prac wykonuje nasz syn (sam albo z rzeczonym majstrem), bo chociaż inżynier, to lubi tak zwyczajnie majsterkować, spawać, piłować, przykręcać, dokręcać itd, a kiedyś miał krótki epizod z pracą w roli tzw. kafelkarza w dużej firmie, gdzie odbył porządne przeszkolenie, czego efektem jest wykonany samodzielnie remont mieszkania po dziadku i nasza łazienka. Ma przy tym dużo cierpliwości do dopracowywania drobiazgów, w czym zresztą dorównuje mu nasz majster, więc prace idą może niezbyt szybko, ale za to porządnie. Prawdopodobnie jednak ta nowa łazienka i kuchnia to pieśń przyszłości, czyli raczej następnego roku. 


*****

Zdjęcie nie na temat, ale akurat ten zwierz dał się sfotografować (bo spał!) - nasza największa śpioszka, żarłoczka i pieszczoszka, Basiunia:

BASIUNIA


Miałam nie pisać tym razem o moich zwierzakach, bo wydawało mi się, że ostatnio opowiedziałam co ciekawsze historie, ale po przejrzeniu wcześniejszych wpisów nie znalazłam ważnej informacji o zmianie liczebności stada. Otóż ubył nam jeden kot, czarny Grubcio. Zniknął, zdematerializował się. Szczerze pisząc - nawet jakoś bardzo nie rozpaczamy, bo jesteśmy przekonani, że Grubcio po prostu wrócił na swoje stare mieszkanie. No i właśnie byłam przekonana, że ja o tym wszystkim już pisałam, ale nie znalazłam takiego wpisu. Podobno ostatnio Blogger usuwa ludziom różne treści, wedle swojej nie do końca przejrzystej polityki i z nieujawnianych blogerom powodów, ale do licha chyba nie usunął mi historii kota?! Tak więc chyba wpis miał być, na pewno go pisałam, ale może coś sama usunęłam, zdarza mi się czasem wywalić jakiś niedokończony post.

Zatem, wracając do Grubcia... Przypomnę może najpierw, skąd się Grubcio u nas wziął. Otóż zaczął do nas przychodzić jakieś trzy lata temu. Różne koty czasem zachodzą do naszego ogrodu, zwykle jakieś młode kocurki szukające przygód, ale one wpadają tak na krótkie wizyty, a Grubcio wyraźnie sobie upodobał nas, albo nasz ogród, natomiast mój mąż zachwycił się wielkim, dostojnym, czarnym kocurem i zaczął go ugaszczać. Przynosił mu smakołyki, a Grubcio z godnością te dary przyjmował. Z czasem zaczął pojawiać się regularnie około godziny osiemnastej, najwyraźniej oczekując kolacji. No więc mąż szykował mu jedzonko, a ja któregoś razu zdjęłam kotu przeciwpchelną obróżkę, bo miał ją jakoś tak mocno zaciśniętą, a że miał też wielkie, jakby trochę wybałuszone oczy, to wyglądał, jakby się w tej obróżce dusił. Tak więc kot został ugoszczony i uwolniony z chomąta i chyba mu się to wszystko spodobało, bo zaczął wchodzić do domu. Za pierwszą wizytą obszedł całe domostwo, zrobił siku elegancko do kuwety i chyba postanowił, że będzie tutaj mieszkał. Tak też zrobił. Przez całe lato i jesień sypiał w altance, przychodził do domu na jedzonko, ale często znikał na dzień czy dwa, tak więc podejrzewaliśmy, że ma jednak jakiś swój pierwszy dom, do którego wraca. Ostatecznie jednak w mroźne noce zaczęliśmy wpuszczać go do domu. Polubili się z Dżemikiem i w związku z tym sypiali razem w ogrodzie zimowym. 

Pańcio wieczorami chodził z psem na długie spacery i Grubcio zaczął się do nich przyłączać. Zdarzało się przy tym niekiedy, że Grubcio odłączał się od ekipy i skręcał w nieodległą od naszego domu uliczkę i znikał w zaroślach. Zjawiał się potem wieczorem, albo na drugi dzień, albo czasem nawet po dwóch dniach. Wcale nie głodny zresztą, tak więc krzywda mu się nie działa, ktoś go dokarmiał. I pewnego dnia taka oto historia... Mąż z Dżemikiem i Grubciem wracają z wieczornej przebieżki, a ulicą idzie jakiś chłopak, przygląda się i w końcu pyta: "a ten kot to pana? bo nam kiedyś taki sam zginął..." Mąż opowiedział mu historię Grubcia, ale chłopak jakoś nie domagał się zwrotu kota czy coś, poszedł w swoją stronę. Myśleliśmy, że opowie w domu i może za kilka dni ktoś się zjawi w sprawie identyfikacji i ewentualnych negocjacji co do przeprowadzki Grubcia, ale nikt się nie odezwał. Może się pogodzili ze stratą kota, może mają już innego, może uznali, że po dwóch latach kot ma już stałe, wybrane przez siebie miejsce, to nie ma sensu robić zamieszania... Tak więc Grubcio mieszkał u nas i był już całkiem naszym kotem. 

Aż razu któregoś, podczas wieczornej przechadzki z pańciem i Dżemikiem, Grubcio zboczył z trasy i udał się w sobie wiadome chaszcze, tam gdzie zwykle to robił. Z tym że tym razem już się u nas nie pojawił. Ani tego wieczoru, ani następnego ranka, ani... No nie wrócił i już. Mamy przeświadczenie, że on gdzieś tam miał jakąś swoją drugą miejscówkę, a może wrócił do swojego starego domu? Kot moich znajomych kiedyś zginął... i wrócił po dwóch latach. Tak po prostu. Dlatego nie szukaliśmy Grubcia jakoś intensywnie. Zniknął w miejscu, gdzie nic złego nie powinno mu się stać, więc to była raczej kwestia jego wyboru.


GRUBCIO


Zostały cztery koteczki i pies. Szczerze mówiąc, przy tej świadomości, że prawdopodobnie nie stała mu się żadna krzywda, nawet jestem zadowolona, bo jest znacznie mniej zamieszania. Grubcio z dziewczynami miał zawsze na pieńku i trzeba było pilnować, żeby ich gdzieś razem nie zamknąć, osobno karmić, regulować ruch kotów przy wchodzeniu i wychodzeniu z domu i między pokojami. Fajny był, ale wybrał inne życie.





*****



wtorek, 28 listopada 2023

Książki. O kocie i Szkocie, oraz o kolejnym śledztwie profesorowej Szczupaczyńskiej.

To miał być jeden dłuższy wpis z książkami i obrazkami, ale ponieważ rzadko tutaj bywam, to postanowiłam jednak podzielić post na dwie części. Na początku roku zarzekałam się, że będę częściej pojawiać się na blogu... a wyszło jak zawsze, czyli imponujący jeden wpis na miesiąc, w porywach do dwóch, raz tylko zdarzyły się trzy... o zgrozo. Więc - żeby nieco "zagęścić" ten mój żenujący kalendarz blogowy - tym razem z jednego posta będą dwa ;). Dzisiaj książki, a następnym razem obrazek... albo może dwa, bo drugi się jeszcze dopracowuje.



  • MARYLA SZYMICZKOWA - "Śmierć na Wenecji". Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK, Kraków 2023r, 349 str., okładka miękka.

To świeżo wydany, piąty z kolei tom serii o śledztwach profesorowej Szczupaczyńskiej  - o poprzednich czterech tomach pisałam tutaj:  https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2021/04/ksiazki-nie-tylko-o-sztuce-boznanska.html . Czekałam na dalszy ciąg przygód profesorowej, mając nadzieję głównie na krakowskie smaczki, opowieści o życiu w Krakowie przełomu XIX i XX wieku, o charakterystycznych postaciach z kręgów artystycznych. Autorzy (Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński, ukrywający się za pseudonimem Maryla Szymiczkowa) szczodrze czerpią z ówczesnej prasy lokalnej i raczą nas zręcznie wplecionymi w akcję szczególikami, którymi żyło społeczeństwo Krakowa. Co prawda mam wrażenie, że w ostatnich dwóch tomach jakoś coraz jakby mniej tych ciekawych epizodów , ale klimat Krakowa tamtych lat w został zachowany, pojawiają się też nowe wątki wyszperane w ówczesnych annałach.

Skąd jednak w Krakowie Wenecja? To nazwa ulicy położonej u zbiegu rzek Młynówki i Rudawy. W tym miejscu kilka razy dochodziło do powodzi - na okładce książki autentyczne zdjęcie z tego miejsca z roku 1903. Tam właśnie dzieje się akcja kolejnej kryminalnej opowieści, w której rozwiązaniu pomaga (w tajemnicy przed mężem) szacowna pani profesorowa. Zaraz na początku dowiadujemy się o dwóch topielcach, przy czym jednego wyłowiono z płynącej ulicą powodziowej rzeki, a drugiego znaleziono w jego własnej wannie. Profesorowa energicznie włącza się w śledztwo, nie wahając się przed rozmaitymi karkołomnymi zabiegami, w tym wizytą w Michalikowej Jamie, gdzie zbierało się towarzystwo gejów, zwanych w owym czasie uniurgami. Biorąc pod uwagę fakt, że obaj panowie autorzy prywatnie są małżeństwem, obawiałam się trochę, że będzie jakiś nachalny manifest LBGTQ+, ale temat został potraktowany z dystansem i było nawet dość zabawnie.

Książka - jak poprzednie - napisana z polotem i dowcipem, pełna krakowskich ciekawostek (chyba się powtarzam, ale dla mnie to duża gratka i ogromny plus serii), profesorowa w formie, intryga wspaniale zaplątana, trudności w śledztwie odpowiednio się mnożą, atmosfera gęstnieje, emocje rosną... Trochę mnie martwi, że autorzy planują kolejne tomy przenieść z akcją nieco dalej od Krakowa, do Zakopanego na przykład, ale tak czy inaczej - na pewno tę kolejną przygodę profesorowej też przeczytam :).


  • DEAN NICHOLSON - "Świat Nali. Człowiek, kot i ich podróż dookoła świata". Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2021r, 400 stron, okładka miękka.
Jakiś czas temu przeczytałam sympatyczny artykuł o Szkocie, który jeździł po świecie rowerem, a towarzyszką jego wypraw była urocza koteczka imieniem Nala. I całkiem niedawno znowu trafiłam na kolejny artykuł o tej niezwykłej parze, o tutaj (polecam wszystkim kociarzom!): https://ksiazki.wp.pl/szkot-i-jego-kot-o-niezwyklej-przyjazni-ktora-odmienila-wszystko-ta-historia-dzieje-sie-naprawde-6944352193358656a . Pooglądałam filmiki i w rezultacie kupiłam książkę, którą "połknęłam" w jeden wieczór, a jej lektura naładowała mnie pozytywnie na tydzień co najmniej :). To nie jest fikcja, to zapis rzeczywistych wydarzeń, a historia toczy się dalej i na bieżąco jest relacjonowana na Instagramie (@1bike1world). Bohaterowie tej niezwykłej wyprawy byli całkiem niedawno także w Polsce :).


zdjęcie z podlinkowanego artykułu


Książka napisana jest bardzo lekko, czyta się przyjemnie, a że cała historia jest urocza i wzruszająca, szczególnie dla zwierzolubów, to trudno się od niej oderwać. Dean rozpoczął swoją podróż w 2018 roku z kolegą, planując objazd niemal całego świata, ale drogi im się dość szybko rozeszły, więc dalej jechał już sam... Do czasu, aż w Bośni spotkał malutkiego, zgubionego (lub porzuconego) koteczka. Od tego czasu Dean i Nala są niemal nierozłączni i wszędzie podróżują razem. Drugie dno tej historii to przemiana głównego bohatera. Na początku wyprawy Dean miał około 30 lat i dość beztrosko  wiódł raczej hulaszczy żywot. Zapominał o różnych sprawach, o nic nie dbał, nie przejmował się jutrem ani własnym zdrowiem, nie mówiąc o jakiejkolwiek odpowiedzialności, planowaniu itd. Od momentu, kiedy przygarnął Nalę, zaczął się zmieniać, dojrzewał życiowo. Najważniejsze stały się potrzeby i zdrowie Nali, oczywiście nie obyło się bez dramatycznych błędów i pomyłek, jednak na pierwszym miejscu była zawsze troska o futrzastą podopieczną. Przepiękna historia, tym bardziej, że najprawdziwsza. 

W pewnym momencie pojawiła się też niezwykła popularność Deana i Nali. Jednego wieczoru, odpalając swój Instagram, Dean odkrył, że z 3 tysięcy obserwatorów nagle zrobiło się ich 150 tysięcy i dosłownie co minutę ktoś lajkował jego profil! Na początku nie bardzo wiedział co się dzieje i co z tym zrobić. Ale z czasem zaczął wykorzystywać tę sytuację do pomocy różnym organizacjom zajmującym się zwierzętami. No, nie będę Wam dalej opowiadać, poczytajcie pod wskazanym wyżej linkiem, albo na Insta, albo kupcie tę książkę :). Dobry nastrój gwarantowany!


A tak w temacie kotów, takie coś znalazłam w internecie:

KOTY TO:

      • 1% materii
      • 49% antymaterii
      • 50% fanaberii
A tutaj dwa z moich pięciu kotów - one wszystkie teraz spędzają tak całe dnie (noce też, na szczęście):


To Basiunia (na pierwszym planie) i Kocia - siostrzyczki. Człowiek przychodzi do łóżka wieczorową porą i niestety, miejscówka zajęta! 




A kocie domki i legowiska stoją wolne. Chyba się tam przeniosę...

A Balbinka (trzecia z siostrzyczek) pilnuje grzejnika:




Pozdrawiam serdecznie Was i Wasze koty!

*****


piątek, 6 maja 2022

Kleksy.

Wracam do żywych, czyli do blogosfery - może na chwilę, a może na dłużej, sama jeszcze nie wiem. Będzie to taki raczej nieśpieszny powrót, zapewne z przerwami, bo wciąż jestem w niedoczasie na kilku frontach. I szczerze mówiąc nie mam jakiegoś szczególnego przypływu chęci do blogowania. Wydawało mi się jednak, że jak nie odkurzę teraz bloga, to za miesiąc czy dwa już w ogóle o nim zapomnę. No zobaczymy... Dzisiaj tylko krótki raport ze spraw bieżących. 

Nasz Dżemik, o którym było tutaj i tutaj, ma 9 miesięcy, waży prawie 40 kg i wciąż uważa, że jest małym kotkiem, a wygląda tak:



A przecież jak do nas przybył z końcem września, to był taką słodką kluseczką:



Jak się pewnie domyślacie, taki wyczynowy piesio rozmiarów cielaka, w wieku przedszkolnym, ma kiełbie we łbie (pomimo wrodzonej mądrości właściwej owczarkom niemieckim), niespożytą energię i ciekawość świata, co w połączeniu z jego dość potężną masą daje efekty w postaci: rozgryzionego w drobiazgi zwalistego fotela, który służył kilku pokoleniom psów za leżankę, przerytego na wskroś i do cna trawnika (darmowa wertykulacja), wydrążonych półmetrowej głębokości i jeszcze większej średnicy dziur w rabatkach (nie trzeba będzie kopać pod nowe nasadzenia), oraz pomniejszych modyfikacji wystroju, w rodzaju rozbitej dużej lampy z ceramiczną podstawą (stara była, zrobiło się miejsce na nową), przerobionych na frędzelki i koronki kilku kocyków (czas był najwyższy, żeby je wyrzucić) itd... A potem oczywiście najchętniej uwala się na kanapie - pańcio pozwalał jak Dżemik był mały, no i teraz ma konkurencję do miejsca na poobiednią drzemkę.




No, wesoło z nim jest... ;) - ale o ogrodzie w tym roku to raczej trzeba zapomnieć, chwilowo mamy tam skrzyżowanie kretowiska z pobojowiskiem. Przewiduję jedynie skrzynkowo-balkonową uprawę pomidorków koktajlowych, ogórków, cukinii... Z roślin ozdobnych od wielu lat mam w ogrodzie głównie byliny i krzewy, raczej takie małoobsługowe i dość odporne na niesprzyjające warunki. Jest więc nadzieja, że przetrzymają radosny okres Dżemikowego szczenięctwa. Może uda mi się dosadzić trochę ciekawych traw, natomiast żadnych delikatnych kwiatowych rarytasów na pewno nie będę w tym roku wprowadzać. Marzy mi się kilka nowych odmian ciemierników i powiększenie cebulkowej rabatki (tulipany, hiacynty, szafirki itd), ale nie wiem, czy do jesieni dogadamy się w tej sprawie z naszym pieseczkiem.

Mam natomiast nieco bardziej realny plan odtworzenia niegdysiejszej domowej dżungli. No, może to nieco na wyrost zamierzenia, ale był czas, kiedy mieliśmy naprawdę mnóstwo roślin w domu, a teraz jakoś pustawo... Kolejne remonty dały w kość niektórym egzemplarzom - kurz budowlany, przestawianie z miejsca na miejsce, przeciągi... Zginęły tym sposobem monstrualne paprocie i różne pnącza. Były też cudowne pomysły mojego męża, polegające na wyniesieniu (pod moją nieobecność) na słoneczny taras starych potężnych okazów, które przez całe lata stały w dość cienistych kątach... Spaliły się tak piękne monstery i fikusy. Kolekcję kaktusów zabrał ze sobą, wyprowadzając się "na swoje", starszy syn. Pielęgnował je i uwielbiał, nie żałowałam więc, dobrze mają u niego. Kilka roślin nie przeżyło pierwszej zimy w ogrodzie zimowym. No ale fakt - inne za to się wzmocniły, jak choćby mój aloes, wciąż ten sam, znowu pięknie zakwitł, w tym roku nawet dwukrotnie! Czasem też winien był brak czasu i chęci, czyli zaniedbania w pielęgnacji. Teraz i czasu mam więcej, i miejsca w domu, więc zaczynam się rozglądać za roślinkami :).

*****




Nasi młodzi wyprowadzili się w końcu do wyremontowanego mieszkania po dziadku, zabrali ze sobą swoją Kocię... Było z tym jednak trochę zamieszania, Kocia odcierpiała tydzień w nowym lokum, chowała się po kątach, rozpaczała, ale za radą weta dostała feromonową obróżkę i wydawało się, że nawet trochę pomogło... na chwilę. Pozostałe u nas siostrzyczki Koci, czyli Basiunia i Balbinka, przez kilka dni zapytywały dużymi oczkami gdzie się podziała trzecia siostrunia, widać było, że są zaniepokojone jej nagłym zniknięciem. Trzymały się razem, jak nigdy przedtem, chyba na zasadzie "jak będziemy razem we dwie, to może już żadnej z nas nie porwą!".

Po trzech tygodniach Kocia przyjechała do nas w odwiedziny na weekend. Siostrunie najpierw obwąchały ją nieufnie, ale za chwilę wszystko było po staremu. Kocia odbyła dwie dłuższe pozadomowe wycieczki samopas, nie zginęła, wróciła, pomieszkała, pospała, pojadła... po dwóch dniach pojechała znowu do siebie. Wszystko było ok, ale jej państwo wymyślili nagle, że lecą na półtora tygodnia na wczasy.... No i super, młodzi polecieli, a Kocia znowu wylądowała u nas. Wyglądała na zadowoloną, spała jak należy, czasem wychodziła na dwór, bawiła się z resztą stada. 

Schody się zaczęły dopiero, jak państwo wrócili i zabrali kota do mieszkania. Kocia u nich za dnia owszem spała, ale około 20tej zaczynała świrować. Chodziła, domagała się uwagi i pieszczot, miauczała, chrobotała wszystkim, skakała po meblach... Młodzi wcześnie rano wstają do pracy, więc te nocne serenady i harce mocno dały im w kość. Proponowaliśmy więc, żeby Kocia została u nas na stałe, bo chyba jej dobrze "na wsi" i w kocim towarzystwie, no ale młodzi chcieli mieć kota u siebie. Postanowiono zatem, że odbędą się kolejne próby przywożenia jej na kilka dni do nas, potem znowu do nich, może zajarzy, że to nie na zawsze i jakoś się uspokoi. 

Dawno temu starszy syn miał w studenckim mieszkaniu w dalekiej stolicy kota, z którym przyjeżdżał do nas na ferie i wakacje. Pierwsza podróż (przez pół Polski) odbyła się przy akompaniamencie nieustającego kociego zawodzenia, ale za drugim czy trzecim razem, jak student zaczynał pakowanie i wyciągał z kąta kontenerek, to kot sam do niego właził i czekał na wyjazd. No ale z Kocią to tak nie zadziałało. Doszło do tego, że przy kolejnej bytności u nas, jak syn tylko wszedł do domu, Kocia na jego widok wystrzeliwała ze swojego posłanka jak z procy i momentalnie chowała się w niedostępnym dla człowieków kącie za kuchenną zabudową, dając jasno do zrozumienia, że nie da się więcej porwać. Skutek całego zamieszania: Kocia obecnie już całkiem mieszka u nas. Czyli mamy sześć kotów i psa.

Czarny Grubcio, co do którego przez parę miesięcy miałam wątpliwości, czy on nie ma gdzieś w pobliżu innego domu, zamieszkał u nas już na stałe. Dziewczynki, czyli wszystkie koteczki, przyzwyczaiły się do niego, z Grubcia taki dość spokojny misio, czasem wychodzi z domu, potem wraca, pałaszuje to co zostało w miseczkach po grymaśnych księżniczkach i maszeruje do piwnicy, gdzie ma swój koci domek i święty spokój. Przesypia tam niemal pół dnia i całą noc. Ostatnio zaprzyjaźnił się z Dżemikiem, Dżemik ustępuje mu miejsce na psim fotelu, wylizuje mu czuprynę, a Grubciowi to pasi :).

Natomiast 17-letnia emerytka Czarnuszka mocno się posunęła ze swoją starością i właściwie to spodziewamy się, że lada dzień odejdzie za Tęczowy Most. Chudzinka się z niej zrobiła, futerko przerzedziło, kuśtyka trochę niezdarnie, czasem coś jej się w łebku pokićka i widać, że nie wie gdzie się obrócić, taki koci Alzheimer. Ale poza tym nie widać, żeby jej coś konkretnego dolegało, przejściowo tylko był jakiś stan zapalny w oczku, ale sytuacja już opanowana, apetyt ma całkiem niezły jak na tę zerową aktywność, tylko tak sobie powolutku słabnie i przygasa... Nie biega po dworze w zasadzie od dwóch lat, tylko czasem ma ochotę na przewietrzenie futerka i lubi wtedy posiedzieć sobie na wycieraczce przed drzwiami wejściowymi. Nikt jej nie dokucza, ma status szacownej rezydentki, smakołyki ulubione są dla niej specjalnie chowane i pod nosek podtykane... 





I tak to.... A ja sobie ostatnio dziubię takie oto drobnostki, naszło mnie na mini obrazeczki, jakieś bzdurki, gryzmołki, abstrakcje, zakładki i takie tam inne zajmowacze czasu :). Te abstrakcyjne akwarelki nazywam kleksami, bo bazą tutaj są głównie kleksy albo jakieś przypadkowe mazaje w nieskomplikowanych kolorach, po wyschnięciu podrasowane nieco bazgrołami wykonanymi czarnym cienkopisem, białym żelopisem i metaliczną farbką w kolorze miedzianym.



Oczywiście zdjęcia do bani, nie ogarniam tego - na komputerze wyglądają bardzo dobrze, a po przeniesieniu do bloggera jakaś kaszana. Muszę spróbować robić wpisy z telefonu, bo zdjęcia robię teraz telefonem, może po drodze nie zgubi się ich jakość. Ale szczerze mówiąc nie przepadam za używaniem telefonu tam, gdzie można to zrobić za pomocą komputera. 

A kolejny wpis będzie książkowy i o pewnej mojej nowej pasji.

*****



czwartek, 23 września 2021

Pomysł na mandalę nie zawsze kończy się mandalą.

Tak mnie jakoś pewnego dnia naszło, żeby "machnąć" sobie mandalę. Bo dawno mandali nie tworzyłam, a przecież to jeden z moich ulubionych motywów. I piórka akurat przyniosłam ze spaceru... 



Swoją drogą - ależ pięknie zaczął się ten wrzesień! Jeszcze kilka dni temu było ciepło i słonecznie, prawdziwa polska złota jesień!... Trochę się teraz zepsuło, zimny tydzień, ale liczę jeszcze na złoty październik :).




No więc na tym spacerze przyszła mi do głowy myśl, żeby zrobić mandalę z piórkami... Do tego tekturka... Pomysł wykorzystania piórek i tektury odgapiłam od Jyoti - niezwykle twórczej i energicznej, zawsze uśmiechniętej artystki - http://jyoti789.blogspot.com/. Uwielbiam jej mandale, ale Joasia tworzy też mnóstwo innych niesamowitych rzeczy, z równie niesamowitych materiałów, jak choćby makramowe bajecznie kolorowe wdzianka, koralikową biżuterię, wianki i... korony! 


Ale... Jak widzicie, z pomysłu na mandalę powstało coś całkiem innego. Dzisiaj pokazuję Wam więc taki hmmm... niemal klasyczny, acz nie dopracowany, kolaż - bo było tutaj malowanie, rysowanie, doklejanie różnych przedmiocików, wycinanie, wydzieranie nawet!, a dokładniej - zdzieranie wierzchniej warstwy tektury falistej. Po drodze, w ferworze układania elementów, zapomniałam, że to miała być mandala, no i tak jakoś spontanicznie i bezplanowo ten kolażyk powstał :). Nie ma w nim żadnego przesłania, nie pytajcie co autorka miała na myśli, bo nic nie miała - ot tak po prostu miło sobie spędzała czas na tworzeniu kompozycji z różnych prostych elementów, coś tam dorysowała, tu i ówdzie podmalowała...



Kolory też same się jakoś tak układały w trakcie pracy: najpierw brązy rozmaite, ciepłe i chłodne, jasne - prawie beżowe i kremowe, i ciemne - niemal w czerń wpadające. Tło całej kompozycji udające czerń zrobiłam z mieszanki szarości Payne'a i umbry palonej, a na nim widać gdzieniegdzie rudobrązowe odbitki szydełkowej serwetki maczanej w farbie, kontrastowo pojawiły się też turkusy, kobalty i grynszpanowe zielenie, które jednak na zdjęciach w większości zniknęły... Akcenty złota zrobiłam złotą farbą akrylową i oczywiście żelopisem. W użyciu była - jako jeden z zasadniczych elementów, tektura falista, ukazująca tu i ówdzie swoją ciekawą strukturę ukrytą pod gładką powierzchnią, były piórka ptasie i kilka guzików, i jeszcze klucz od nie wiadomo czego. Wykorzystałam to co akurat miałam w domu, ale zabawa mi się na tyle spodobała, że zapewne wkrótce będę eksperymentować z innymi materiałami i technikami :). Lubię zabawę z papierem, kartonami, tekturkami, masą papierową itd, pomysłów mam mnóstwo, zobaczymy na co czas pozwoli. 

Tak po prawdzie to myślę, że ten oto kolaż też szybko doczeka się jeszcze rozmaitych przeróbek, doklejanek i domalowanek, bo z efektu jestem średnio zadowolona, na pewno warto go dopracować, więc już mnie korci :))). A może po prostu zostanie jako niezbyt udany prototyp, a skrzydła będę rozwijać w kolejnych, bardziej przemyślanych kompozycjach. Nie chciałam go przeładować, ale jak patrzę na całość, to czegoś mi brakuje... Inna rzecz, że jakbym miała pokazywać tylko prace, z których jestem zadowolona, to ten blog umarłby śmiercią naturalną :).




Opowiem Wam jeszcze trochę o powstawaniu tego projektu. Jeśli pamiętacie post o ptakach i duchach (tutaj), to wiecie, że często zdarza mi się wykorzystywać jako podobrazia moje stare obrazy, z których nie jestem zadowolona. 

Podłoże do tej mandalowej kompozycji znalazłam przy okazji malowania konia z poprzedniego wpisu. Jego pierwszą wersję zaczęłam malować na podobraziu odzyskanym po wielowarstwowym starym obrazie. Natchnienie naszło mnie bowiem nagle w sobotni wieczór, sklepy zamknięte, a w domu - jak się okazało - brak odpowiedniego podłoża do malowania. Postanowiłam więc dać piątą, ostatnią szansę staremu obrazowi. Czego tam już nie było... Pierwszy był chyba pierrot namalowany jakieś ćwierć wieku temu w czarno-białej tonacji, nawet wisiał u nas w pierwszym mieszkaniu jakiś czas... Potem koń, też w tonacji szaro-biało-czarnej. Ale mi się te kolory znudziły, więc namalowałam pejzaż z kwitnącą jabłonką. Szybko jednak uznałam, że pejzaż to nie jest moja bajka. Na jabłonkowym pejzażu zaczęłam więc malować scenę z karnawału w Wenecji. Zaczęłam, ale nie skończyłam, i tak to leżało odłogiem na szafie przez parę lat... Poszukując podłoża malarskiego do końskiego portretu przypomniałam więc sobie o tym arcydziele i przymierzyłam się do malowania... Grubsze warstwy farby ze spodu wymagały jednak pokrycia kolejną grubszą warstwą...Z konieczności zabrałam się do malowania pędzlem i szpachelką. Wolę pędzel, często maluję alla prima, cienką warstwą, ale tutaj próbowałam trochę ukryć fakturę poprzednich malunków.  Bardzo szybko doszłam do wniosku, że takie grube, strukturalne malowanie zupełnie mi nie odpowiada. Musiałam więc powstrzymać wenę i poczekać na zamówione nowe podobrazia. Na takim świeżutkim, gładkim i czystym płótnie zupełnie inaczej się maluje, sama rozkosz :))). Mnie cieszy już sama czynność rozprowadzania farby po gładkim podłożu :). A co dopiero, jak wyłaniają się konkretne kształty, łączą plamy barwne, grają kolory! Tak więc ostatecznie koń został namalowany na nowym podobraziu, a wielowarstwowe dzieło doczekało się w końcu wykorzystania do stworzenia tej oto kompozycji. Taka przyjemna zabawa na jeden wieczór :). Tylko jak zwykle ubolewam, że nie potrafię tego dobrze sfotografować... W zasadzie to nawet na zdjęciach wychodzi to całkiem dobrze, ale po przesłaniu na bloga widzę zupełnie inną jakość, zupełnie kiepską, niestety...



*****


I jeszcze z zupełnie innej beczki, taka mała prywata - specjalnie dla Romanki, fotecka kotecka, ale - uwaga, uwaga - co tam jest najważniejsze, to między nami wiadomo :). 




Chodzi o tło, czyli sofę, przyobleczoną w pokrowiec (wzięty kiedyś przez Romankę za pościel) uszyty przeze mnie niegdyś (w komplecie z dwoma na fotele i jeszcze dodatkowe poduchy), jak się oryginalne zużyły doszczętnie - przy wydatnej pomocy małych jeszcze wtedy dzieci, oraz kotecków i psów ówcześnie u nas mieszkających, ma się rozumieć. 

Sofa jest tradycyjnie miejscem popracowej drzemki pańcia, ale jak pańcia nie ma, to zawsze rezyduje tam któraś "kjujewna": Sabinka, Basiunia, albo - jak tutaj właśnie - Balbinka:


Meble same - mimo upływu wielu lat i intensywnej eksploatacji - są ciągle w dobrej kondycji i bardzo je lubimy, bo są szalenie wygodne. To była jakaś uboczna produkcja firmy robiącej meble dla Ikei, ale że pod własnym szyldem, to musiały się nieco różnić rozmiarami od tych ikeowskich. No i niestety z tego powodu nie można było dopasować oryginalnych ikeowskich pokrowców. Uszyć nikt nie chciał, krawcowe oczami przewracały, a tapicer podejmował się jedynie obicia na wieki wieków amen. A ja się uparłam na pokrowce, które można wrzucić do pralki. No więc kupiłam porządny materiał zasłonowo-obiciowy w Dekorii - według wyraźnego żądania małżonka (finansującego zakup) - w kwiatki. Babcinej łączki bym nie ścierpiała, ale takie większe kwiaty w dość pastelowej tonacji jakoś przebolałam. 
No a jak już coś robię, to porządnie ;), chciałam żeby to miało jakiś sznyt i charakter, dokupiłam więc sznur z wypustką i całość nim obszyłam.  

Sofka prawie w całej okazałości:



I jeden z dwóch foteli - w dziwnej perspektywie, bo obfocenie było sztuką ekwilibrystyczną, jako że wszystko to jest upchnięte w dość zagraconej, tzw. wypoczynkowej części pokoju:




Nie mogłam się za to szycie zabrać, bo to jednak szło w kilometry, do tego wszywanie sznurów i zamków, a najpierw jeszcze były formy, które sama wymierzałam i rozrysowywałam, bo póki nie uszyłam, to nie chciałam pruć starych pokrowców. Ostatecznie jednak nawet tak długo mi z tym nie zeszło, jakieś raptem dwa tygodnie roboty wieczorami po pracy. Jak na amatorkę to nie najgorzej. Mówię Wam, goście nie wierzą, że jam ci to sprawiła, bo wyszło ekstra :). 

Niestety te pokrowce mają już też z dziesięć lat, no może osiem, milion razy prane, trochę zszarzały, spłowiały i się powycierały (no tak, tutaj akurat złośliwy blogger pokazał to ładniej niż jest w rzeczywistości!), eksploatowane są bez umiaru, więc od pewnego czasu się zastanawiam, czy szyć kolejne, no bo jednak same meble są super. Ale wizja tego szycia jednak mnie przeraża, dwa tygodnie wyjęte z życia. Leniwa się zrobiłam... Wolę malować obrazki :).



*****

sobota, 4 września 2021

Koń, jaki jest...

W poprzednim wpisie rozpisałam się okrutnie (gratuluję wszystkim, którzy przez ten elaborat przebrnęli!), więc tym razem krótko i konkretnie. Koński portrecik inspirowany zdjęciem z internetu - akryl 50x60 cm. Miał być olej, ale się okazało, że media rozcieńczalnikowe "wyszły" (a jedno, chyba źle zakręcone - skamieniało po prostu), a tu wena w sobotni wieczór mnie dopadła, musowo było malować, czym tam się dało i pod ręką miało. Z akrylami się nie polubię jakoś szczególnie, są mniej plastyczne niż farby olejne, które uwielbiam, ale od czasu do czasu jakiś szybki obrazek na pewno akrylami jeszcze popełnię :).




O obrazku z koniem więcej opowiadać nie będę - koń, jaki jest, każdy widzi. Oczywiście kolory ciut przekłamane, w oryginale wygląda to bardziej na Saharę w słońcu :).

*****


A z moich spraw domowo-podwórkowych - chciałam Wam zaprezentować naszą Sabinkę, bo niedawno sobie uświadomiłam, że chyba nigdzie na blogu nie ma jej zdjęcia. Umaszczenie ma podobne do Koci (szylkretowe cętki), ale jest większa, zwłaszcza szersza :) i bardziej puchata, w sensie że ma bardziej gęste futro. Kocia przy niej to eteryczna księżniczka. 








Sabinka w młodości była straszną rozrabiarą, mówiliśmy że Sabcia rządzi na dzielni, bo wszystkie okoliczne koty ustawiała i nie było drzew i dachów, na które by nie weszła. Była wtedy znacznie szczuplejsza, a futro miała niesforne, potargane, i razem z tymi cętkami jakoś mi się kojarzyła z hieną cętkowaną, więc nazywałam ją czasem Hienka. Bez złośliwych czy negatywnych podtekstów :). Sabinka została przygarnięta razem z siostrzyczką Pusią, jeszcze bardziej puchatą, pręgowaną buraską. Niestety Pusię pokonał koci katar i jeszcze jako maluch odeszła za Tęczowy Most. Sabinka ma 5 lat i jest ulubienicą mojego męża. 

Dla porównania - Kocia:



I siostra Koci - Balbinka:



Trzecia z siostrzyczek - Basiunia, ostatnio w wielkiej komitywie z Balbinką, nawet śpią razem:



Jak wiecie, mamy jeszcze dwa czarne koty. Czarnuszka, rezydentka, której wszystko wolno, ma szczególne przywileje, należne z racji wieku (16 lat), trochę niedołężna, niemal całą dobę przesypia, i nasz najświeższy nabytek, samozwańczy lokator, który sam do nas przyszedł - Grubcio, o którym pisałam w poprzednim poście. Kotów razem jest więc sześć, a zatem ludzie mieszkają kątem przy kotach...

*****





piątek, 27 sierpnia 2021

Koty i rośliny.

Ostatnie dwa miesiące zleciały mi niepostrzeżenie, nie wiem jak i kiedy... Dopiero co lato się zaczęło, a tu już bociany odlatują... Blog zarósł pajęczynami... Pisałam ten post nieśpiesznie i na raty przez całe lato, bo jakoś nie mogłam się zebrać, żeby ogarnąć to wszystko do publikacji. No i tak dopisywałam, dopisywałam to i owo, aż się w końcu zrobił taki długi elaborat, że teraz muszę go trochę rozparcelować na przynajmniej dwa wpisy. Dzisiaj więc o kotach i roślinach, a za tydzień najdalej postaram się pokazać jakieś moje obrazki.




Niemal w całej Polsce w lipcu i sierpniu szalały na przemian ulewy i afrykańskie upały, a u mnie dość spokojnie, przez cały lipiec całkiem przyzwoita temperatura w okolicy 22 stopni, z nielicznymi skokami do 24-26 stopni, popadywało czasem raczej w godzinach nocnych, wiec nieuciążliwie, a pożytecznie. Po pracy miło było posiedzieć na tarasie, wakacyjnie bardzo :). Pogoda sprzyjała też pracom ogrodowym, zrobiliśmy trochę porządków, bo w tej ciepłej wilgoci rosło wszystko jak szalone (to niepożądane - niestety najbardziej). Dopiero ostatnie dni lipca były nieco bardziej upalne, ale lekko przeplatane chmurkami i z przyjemną chłodzącą bryzą. Baaardzo przyjemnie :). Nie cierpię upałów, ale taki lipiec był całkiem spoko. Sierpień zaczął się pochmurnie z małymi przebłyskami słoneczka, ale z temperaturami w okolicy 20 stopni, deszcz umiarkowany sporadycznie, całkiem spoko. I w ogrodzie dało się coś zrobić i pospacerować, i na tarasie poleniuchować, nie topiąc się w upale. Lubię tak :). Ostatni tydzień dopiero mamy trochę chłodniejszy i dżdżysty. Mam nadzieję, że wrzesień mnie nie zawiedzie i będzie ciepły i słoneczny.

Udało nam się zorganizować na początku lata całkiem fajny wyjazd urlopowy do Chorwacji, za którą co prawda - w przeciwieństwie do mojego męża - nie przepadam, bo zwykle jest za gorąco (zdecydowanie preferuję zimniejsze klimaty, wiecie, fiordy Norwegii i te rzeczy...) - ale było około 22 stopni, czyli miło, początek sezonu popandemicznego, więc jeszcze mało ludzi, hotelik uroczy, okolica dość zielona (półwysep Istria, więc północna część kraju), czyli jak dla mnie super. Zaraz potem rozwiązał się worek z rozmaitymi odkładanymi wcześniej imprezami imieninowo-ślubnymi, w tym mieliśmy kilka wyjazdowych dwu-trzydniowych, więc w sumie byłam tym też trochę zaabsorbowana. Tworzenia było niewiele, ale parę rysunków, akryli i akwarelek powstało, stopniowo będę pokazywać. O dziwo oleje poszły chwilowo w odstawkę.

*****

Ale do rzeczy, czyli o czym to ja chciałam... Niedawno wspomniałam Wam o roślinie, którą mam w domu, a która zaskoczyła nas w tym roku niespotykaną u tego gatunku liczbą wypuszczonych w krótkim czasie liści. Mowa o cykasie, znanym także pod nazwą sagowiec. Często mówi się "palma sagowa", ale tak naprawdę cykas nie jest palmą, znacznie bliżej mu do paproci. Nie chcę tu jednak rozprawiać o kwestiach gatunkowych i pokrewieństwie roślin, ale o ich trujących, lub szkodliwych właściwościach, które mogą spowodować poważny uszczerbek na zdrowiu człowieka, ale także naszych czworonożnych przyjaciół.




We wpisie o cykasie (tutaj) napomknęłam o jego szkodliwości, a w komentarzach ten temat jeszcze powrócił. Okazuje się, że niektórzy właściciele kotów wolą pozbyć się tej rośliny z domu, niż narażać swojego pupila na jakieś nieszczęście w wyniku bliskiego kontaktu z kwiatkiem. Pomyślałam więc, że podzielę się z Wami moją skromną wiedzą na temat takich roślinek.

Tak się składa, że jakiś czas temu drążyłam temat niebezpiecznych roślin, kiedy dowiedziałam się, że ciemiernik, rosnący w moim ogrodzie, po którym nie spodziewałabym się szczególnej jadowitości, ma także właściwości trujące. Kontakt z nim może spowodować silne poparzenie i porażenie nerwów. Obchodzę się więc z nim ostrożnie, zawsze w rękawiczkach. Ale w żadnym razie nie chciałabym się go pozbywać, bo to moja ulubiona roślinka ogrodowa. Ma piękne kwiaty i w dodatku kwitnie już w środku zimy! 

Małych dzieci w naszym domu nie ma, a zwierzęta domowe nigdy dotąd nie wykazywały żadnego zainteresowania zarówno ciemiernikiem, jak i cykasem. Mam wrażenie, że zwierzęta, które nie są stale zamknięte w domu, mają kontakt z przyrodą - a tym samym  silniejszy instynkt samozachowawczy, podobnie jak ich dziko żyjący kuzyni. Kiedyś jednak zastanowiłam się przez chwilę, czy nie pozbyć się z domu i ogrodu takich "podejrzanych" roślin, tak na wszelki wypadek, w razie jakby któremuś kotu przyszło do łebka zapoznać się bliżej z "trujakiem". Okazuje się jednak, że tych niebezpiecznych roślin jest całe mnóstwo! Musiałabym wyrzucić połowę kwiatów doniczkowych i niewiele mniej tych z ogrodu!

Proszę bardzo, poniżej lista roślin, w których czai się trujący jad, podaję ją tutaj za portalem koty.pl  , z małymi modyfikacjami - usunęłam niektóre nazwy łacińskie, tam gdzie są bardziej znane polskie, i zmieniłam kolejność, alfabetycznie odpowiednio do polskich nazw. Pogrubione są nazwy tych roślin, które mam (lub miewam w wazonie) u siebie w domu, lub rosną w naszym ogrodzie, ewentualnie w pobliżu (czyli potencjalnie - wszystkie one byłyby do eksmisji!). Od razu zaznaczam, że mam trochę wątpliwości co do tej listy, ale o tym za moment. I oczywiście nie jestem żadną specjalistką w tej dziedzinie, przytaczam tylko to co zamieścił portal o kotach. No to lecimy z tymi upiornymi roślinami:


DEKORACYJNE (używane do bukietów):

Amarylis (hipeastrum)

Anturium
Ciemiernik

Chryzantema, złocień

Dławisz

Gipsówka 
Jemioła

Ostrokrzew

Poinsecja

Trzmielina japońska
Wilczomlecz

Wiśnia - odmiana ozdobna Solanum pseudocapsicum 

Zimowit jesienny

Żonkil

DONICZKOWE:

Aloes

Alokazja
Azalia

Bluszcz pospolity

Cibora

Cykas – sagowiec
Diffenbachia
Dracena

Epipremnum
Fikusy

Filodendron
Geranium

Heliotrop
Hortensja

Hoja

Klematis, powojnik

Kolokazja

Monstera 
Narcyz

Oleander

Pachypodium

Papryka roczna

Poinsencja
Rododendron – różanecznik

Sanseveria

Skrzydłokwiat 

Szeflera

Tytoń ozdobny

OGRODOWE (i dziko rosnące):

Adenium

Aglaonema

Allamanda
Arisaema triphyllum – obrazkowiec

Aukuba japońska
Awokado (serio??? ale chyba nie owoc?!)

Barwinek różowy

Begonia
Bukszpan

Cestrum nocturnum

Ciemiernik 

Ciemiężyca

Cis pospolity
Clematis virginiana – powojnik wirginijski

Conium maculatum – szczwół plamisty
Cyklamen – fiołek alpejski

Czarny bez

Czerniec gronowy 

Czosnek (hę? psu dodawaliśmy czosnek od czasu do czasu do jedzenia, profilaktycznie na pasożyty, zamiast chemicznych tabletek, za radą weterynarza zresztą, no chyba że kot miałby ten czosnek przedawkować, ale jakoś sobie nie mogę tego wyobrazić)
Datura – bieluń
Delphinium – ostróżka

Descurainia pinnata
Dicentra – ładniszka okazała

Dicentra cucullaria – biskupie serduszka

Dipladenia, Mandewilla

Fasola, zwłaszcza ozdobna

Glicynia, wisteria

Glistnik jaskółcze ziele

Glorioza wspaniała 

Groszek pachnący

Grzyby – wszystkie gatunki 

Hiacynt
Hortensja

Irys
Ipomea purpurea

Jaskier 

Kalia
Kalmia wielkolistna

Kasztanowiec

Kliwia

Konwalia majowa

Krasnokwiat

Kroton

Krwawnik

Krwiowiec kanadyjski 
Lantana 
Ligustr pospolity

Liliowate, lilia
Lobelia 
Łubin

Mak

Miechunka

Miłek wiosenny 

Miodla pospolita (poważnie wątpię, ona ma tyle pozytywnych właściwości, olejek neem może kojarzycie, i bywa spożywana na surowo, więc nie wiem jak mogłaby zaszkodzić)

Mrzechlina, pieczennik 
Melia azedarach
Naparstnica purpurowa

Narcyz
Oleander

Pelargonia

Petunia

Pieris

Pierwiosnek

Piołun

Pokrzyk wilcza jagoda

Pokrzywa

Pokrzywiec szorstkowłosy
Pomidor (tylko część pnąca jest szkodliwa, cokolwiek miałoby to znaczyć - info podaję za portalem koty.pl)

Prunus  – wiśniowate (wiele odmian, m.in. dzika wiśnia, morela, brzoskwinia…)

Przebiśnieg

Rabarbar (toksyczne są liście, ale nie sądzę, żeby koty chciały je jeść)

Rącznik pospolity

Rododendron, różanecznik
Robinia akacjowa, grochodrzew

Rosary bean – Abrus precatorius
Sanguinaria canadensis
Solanaceae – psiankowate (np. ziemniak ale również bieluń)

Solandra

Starzec

Sumak jadowity

Szalej jadowity

Szkarłatka amerykańska

Tojad

Triglochin maritimum – świbka morska

Trzmielina japońska

Tulipan

Wawrzynek wilczełyko

Wiciokrzew

Wilec

Winobluszcz pięciolistkowy

Winogrono (rodzynki) (???)
Ziarna jabłek  (co za bzdura!)

Złotokap (polecam do przeczytania - https://parenting.pl/4-latek-trafil-do-szpitala-z-objawami-silnego-zatrucia-zjadl-ziarenka-silnie-trujacej-rosliny )

Uffff...! Jak sami widzicie, jest tego mnóstwo, w tym sporo roślin, których wcale byśmy o taką jadowitość nie posądzali... Niektóre nazwy w tym spisie wręcz wprawiły mnie w osłupienie. Mam wrażenie, że niektóre zaczerpnięto z obiegowych mitów, a nie rzetelnej naukowej wiedzy, ale nie będę tu o tym rozprawiać, bo w gruncie rzeczy nie wiem na pewno. Chciałam tylko zasygnalizować, że jest problem i trzeba uważać. Chodzi o to, że czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy, że śliczny kwiatek może narobić mnóstwo szkody... 

Oczywiście nie każda z tych roślin jest tak samo mocno toksyczna, lub nie wszystkie części rośliny mają szkodliwe działanie, ale faktem jest, że kontakt z niektórymi może spowodować tragiczne skutki już przez samo nadgryzienie przez kota lub zadrapanie kolcem. Poparzenie pyszczka, nieodwracalne uszkodzenie nerek lub wątroby po zjedzeniu kawałka roślinki, porażenie nerwów, śmierć zwierzęcia... A jeśli dostęp do tych roślin mają małe dzieci, to niebezpieczeństwo oczywiście ich także dotyczy. Mój mąż jest alergikiem i przy nieopatrznym kontakcie z ciemiernikiem nabawił się kiedyś bąbli oparzeniowych na rękach, a oboje mieliśmy podrażnioną skórę po zabiegach pielęgnacyjnych przy cisach. Czasem w ferworze prac ogrodowych po prostu zapominamy o niebezpieczeństwie. Że nie wspomnę o poparzeniu słonecznym u męża, na skutek wypijanych dużych ilości naparów z dziurawca (który uczula na słońce)... ale to już inna historia.

Z drugiej strony - nie wiem dlaczego nie ma na tej liście wielu roślin znanych jako bardzo niebezpieczne, jak choćby dyptam (krzew mojżeszowy), którego olejki eteryczne są drażniące i tak "mocne", że potrafią się zapalić pod wpływem słońca, czy różne odmiany barszczu - Sosnowskiego na przykład, bardzo silnie drażniącego. W każdym razie - to wszystko pod rozwagę, z myślą o bezpieczeństwie naszych futrzastych pupilów. 

*****

A tymczasem w moim ogrodzie... 



... czy dostrzegacie na tle zielonego buszu maleńki płomyczek oranżu?

To zakwitł mój aloes!




To jeden z kilku aloesów spędzających lato w ogrodzie. Ale - jak do tej pory - kwitnieniem popisał się tylko ten egzemplarz, i to po raz drugi:




Te aloesowe zdjęcia robiłam jeszcze w lipcu, a teraz w moim ogrodzie kwitną hortensje bukietowe (dwie odmiany). Pokrój mają trochę "rozczochrany", bardzo się rozłożyły na boki, bo pędy wypuściły bardzo długie, w części dość wiotkie, a ogromne kwiatostany mają swoją wagę, więc zaczęły się pokładać po ziemi. Musiałam je podwiązać, ale przez te wyjazdy urlopowo-towarzyskie zabrałam się za to dość późno, więc wygląda to trochę nieporządnie, ciężko było ogarnąć powyginane pędy. 



Mam te hortensje dopiero drugi rok, mąż je sam kupił i posadził, niestety trochę za gęsto, więc będziemy musieli niektóre przesadzić. Cieszę się jednak, że doskonale przezimowały i znowu pięknie zakwitły, bo moje wcześniejsze doświadczenia z hortensjami były zupełnie nieudane. Razem z tymi egzemplarzami były kupione jeszcze hortensje ogrodowe w ciekawych odmianach koronkowych, niestety część nie przezimowała (mea culpa, nie zadbałam o odpowiednie zabezpieczenie), a inne już przekwitły. 





Między hortensjami rośnie też dwuletnia pięknotka (kalikarpa), która mocno przemarzła i nie wyglądała wiosną na coś, co ma przeżyć, ale niespodziewanie jakoś się pozbierała w połowie lata i po mocnym przycięciu z zeschniętych pędów wypuściła piękne, mocne i długie nowe gałązki. No i trzeba będzie zadecydować, co przesadzamy - pięknotkę czy hortensje, bo za bardzo się stłoczyły. Jak się sadzi małą roślinkę, to czasem trudno sobie wyobrazić, że z tego wkrótce będzie duży krzew :). Poza tym wyczytałam, że pięknotka lubi mieć towarzystwo innych koleżanek gatunkowych, żeby wytworzyć owocki, czyli dekoracyjne kuleczki o niesamowitej, fioletowej barwie, utrzymujące się jeszcze w zimie. Chcę więc dokupić jeszcze przynajmniej jedną i posadzić obok, a to będzie wymagało przesadzenia rosnących tuż obok hortensji.


*****

A teraz najświeższy news ze świata zwierząt: mamy nowego kociego lokatora (jego zdjęcie otwiera również ten post):



Spory kocur, dwa razy większy od naszych najmłodszych kotek i trochę większy od tych starszych, ale bardzo grzeczny i towarzyski. Wygląda dość młodo, jest wykastrowany. Czarny jak noc, nazwałam go więc Bambo - na cześć wiadomego murzynka (którego zdaje się usunięto z elementarza pierwszaka, bo był podobno niepoprawny politycznie). Kotek zagościł u nas na stałe i trzeba go było w końcu jakoś nazwać. Czasem mówimy też na niego Bambuś albo Dyzio, ale najczęściej Grubcio, bo jakoś tak odruchowo się ta nazwa nasuwa na widok takiego... hmmm... grubcia :))). Nasz poprzedni kocurek miał oficjalne imię Ponton, ale w gronie rodzinnym też nazywaliśmy go Grubcio. 

Koteczki go tolerują, Balbinka i Kocia tylko czasem trochę burczą, Sabinka i Basiunia nie zwracają na kawalera uwagi, a Czarnuszka nawet całkiem spokojnie go zaakceptowała - nareszcie jeszcze jeden czarny kot, a nie same jakieś kolorowe i łaciate dookoła... 

To Czarnuszka:



Inna rzecz, że Czarnuszka nas trochę martwi, od pewnego czasu powoli nam gaśnie... Ma 16 lat i ostatnio prawie wcale nie wychodzi z domu, w ciepłe dni najwyżej na taras, gdzie ma swoje krzesełko z kocykiem w zacisznym kąciku. I leży sobie całymi dniami na tym krześle, a w nocy na swoim osobistym fotelu w ogrodzie zimowym, czasem skubnie coś z jedzonka, ale widać, że coraz mniej ma energii... Ech...

Bambo natomiast najpierw zachodził do nas tylko towarzysko, ale szybko spodobało mu się menu w naszej kociej stołówce i zaczął się meldować regularnie około 18tej. Pożerał wszystko, tylko na suche chrupki kręcił trochę nosem. Potem przychodził coraz częściej, a od miesiąca to właściwie w naszym ogrodzie mieszka. W czasie burzy pozwoliliśmy mu zakwaterować się przejściowo w zimowym ogrodzie, gdzie stale mieszka Czarnuszka. W upalne dni najchętniej śpi na leżaku w cieniku pod czereśnią, a jak pada to w altance. Po jedzenie wchodzi już sam do domu, z ogrodu przez taras, ogród zimowy, pokój i prosto do kuchni, gdzie koło lodówki (a jakże!) stoją kocie miseczki. Po dwóch tygodniach znajomości pozwiedzał cały dom i kulturalnie zrobił siku do kuwety. Spoko gościu :).

Jak się u nas pojawił, to na szyi miał sztywną plastikową obróżkę przeciwpchelną, ale była tak ciasna, że w końcu mu ją zdjęłam. Poluzować się nie dało, bo już była na ostatniej dziurce. A kotek miał aż wytarte futerko w tym miejscu. W takim ciasnym sztywnym chomącie to ani się położyć, ani jeść... Nawet wytrzeszcz oczu mu się zmniejszył po zdjęciu obroży ;). Wyglądał na zadbanego, ale nie mamy pojęcia skąd przyszedł, nikt w okolicy się do niego nie przyznaje. W ogrodzie ma gdzie spać, są różne zakamarki i kocie kryjówki. Do zimy daleko, zobaczymy - albo zatęskni za swoim poprzednim domem, albo zostanie, to przyjmiemy go do domu na stałe. W końcu to kot wybiera człowieka, a nie człowiek kota. Razem z Grubciem kotów mamy więc już sześć. 

*****

A na koniec Kocia - w posterylkowym bardzo twarzowym kubraczku. 






Wszystkie nasze koteczki są już więc wysterylizowane! Balbinka, o której sterylizacji niedawno pisałam (tutaj - "Kocie sprawy"), zaraz po zabiegu przeszła niesamowitą przemianę. Wcześniej najmniejsza ze stada chudzinka, autystyczna, zawsze zalękniona, uciekająca z domu, bojąca się wszystkiego, nieufna - nagle dostała wilczego apetytu i w ciągu tygodnia zapadnięty brzuszek zamienił się w napęczniały bębenek, koteczka nabrała ciała, wręcz urosła! I zaczęła się rządzić! Chciałaby teraz być królową domu, pokazuje swoją siłę innym kotom. Nie jest agresywna, ale ewidentnie zaznacza swoją dominację. No i nagle stała się największą domatorką i towarzyską przylepką :). Najwyraźniej sterylizacja dobrze jej zrobiła. 

*****

Przypominam jeszcze o zbiórkach na zwierzęta. 


U Drevniego Kocurka: pomagam.pl/3mcmefi

I dramatyczny apel schroniska w Korabiewicach, 
gdzie aż 300 zwierząt czeka na pomoc:   https://zrzutka.pl/5mt2nm


Jeśli nie możecie wspomóc finansowo, to chociaż udostępnijcie, przekażcie dalej.

*****