piątek, 4 września 2026

Wesołe jest życie staruszka oraz globalna kicha na blogspocie.

Poważnie się zastanawiam, czy to już agonia bloggera na blogspocie? Coraz gorzej się dzieje, znikają przydatne funkcje, nie aktualizują się posty na listach czytelniczych, a teraz jeszcze spierniczyło się pisanie komentarzy, zarówno u siebie jak i u innych. I nie podpowiadajcie mi, żeby wyczyścić pamieć podręczną i inne takie bzdety, bo to wszystko już zrobiłam. I nic. Inni też mają ten problem, niektórzy nie, ale epidemia trwa i się rozlewa... Jak to elegancko określiła Teatru - chujnia z patatajnią. Kompromitacja informatycznego narybku bloggera. Albo celowe działanie, żeby się ludzie sami stąd wynieśli. No i szkoda, bo było fajnie, pierwszy blog założyłam właśnie na bloggerze jakieś ćwierć wieku temu i bardzo mi się tutaj w blogosferze spodobało. Ale jak widać nic nie jest wieczne, idą zmiany, nie zawsze na lepsze, niestety. No zobaczymy, może się odetka... W każdym razie informuję, że próbowałam pisać komentarze na kilku blogach oraz odpowiadać u siebie, niestety na razie nie da się ich opublikować.

Wspomniałam niedawno gdzie mieszkam, więc dzisiaj jako ilustracje zamieszczam kilka fotek domowych, żeby nie było wątpliwości. Wszystkie skorupy to oczywiście bolesławiecka ceramika.


na kuchennym stole

na kuchennym blacie

Zbieranina taka w różnych wzorach, jako pełny komplet jest tylko serwis herbaciany (i jeden jeszcze w całkiem innych wzorkach stoi zapakowany w pudle). Po różnych szafkach są jeszcze upchane pojedyncze kubki, filiżanki ze spodkami oraz półmiski i naczynia do zapiekania wyciągane na okazje imprezowe. To są solidne rzeczy, wytrzymujące spokojnie zarówno piekarnik jak i zmywarkę, ale dość ciężkie, więc na codzień tych dużych naczyń raczej nie używam.


O tym serwisie już kiedyś opowiadałam, jak to przypadkiem odkryłam go w pudle, o którym mąż mi tylko wspomniał, że dostał od kogoś jakąś ceramikę...


W zasadzie wszystkie bolesławieckie skorupy, jakie mam, dostaliśmy przy różnych okazjach, jakieś okolicznościowe podarki, pożegnania, uczczenia, podziękowania itp, czasem jakieś loterie charytatywne. Jeśli coś kupiłam, to dlatego, że sama dawałam w prezencie. Ale w planie dla siebie mam wazę na zupę, a w marzeniach cały serwis obiadowy, w upatrzony wzór z przewagą bieli i kobaltowymi kropeczkami. Oczywiście zawsze są ważniejsze rzeczy na liście zakupowej, a serwis za parę tysi spada na dalsze miejsce.

********


Jakiś czas temu Renata z bloga "Kalejdoskop Renaty" sporządziła listę swoich drobnych przyjemności, takich zwyczajnych, codziennych, które składają się na poczucie szczęścia. Wśród nich najzabawniejsze wydało mi się "Obudzenie się z bólem kręgosłupa, a nie z innym, poważniejszym problemem" :))). I tak sobie pomyślałam, że faktycznie, trzeba się cieszyć tym, co się ma i odczuwać wdzięczność, że nie jest gorzej. Warto czasem porównać się z tymi, co mają gorzej, a nie wzdychać, że inni mają lepiej. I bardzo podoba mi się hasło Teatralnej, że trzeba sobie robić święto każdego dnia. Bardzo słusznie. Oczywiście nie zawsze można poszaleć na maksa, ale przynajmniej wydłubać dla siebie rodzynki z tego tortu zwanego życiem.


Dobre życie nie oznacza luksusu.
Dobre życie oznacza, że nawet siedząc
na kamieniu, umiesz siedzieć radośnie.

Sadhguru

Młodość to stan umysłu. Oboje z mężem jesteśmy emerytami, w wieku więc dość słusznym, a jednak wszyscy dają nam "na wygląd" mniej lat niż mamy. To chyba w dużej mierze sprawa wewnętrznego światłą i spokoju, równowagi umysłowej, nastawienia do świata, życia, ludzi w ogóle i samych siebie w szczególności. A my mamy to nastawienie jak najbardziej pozytywne. Zwłaszcza do siebie i życia :))).


Przyjdzie taki czas,
gdy z uniesieniem
siebie powitasz, stojącego
u swego progu, w swoim lustrze
i uśmiechniecie się na powitanie
i powiesz, usiądź tu. Jedz.
Pokochasz nieznajomego, swoje byłe ja.
Podaj wino. Podaj chleb. Oddaj serce
swemu nieznanemu, porzuconemu,
sercu, co cię zawsze kochało.
Zdejmij z półki miłosne listy
fotografie, daremne bileciki,
zedrzyj z lustra swe odbicie.
Siądź. Świętuj własne życie.

(Derek Walcott, "Miłość po miłości")

Dzisiaj piszę tak trochę nieskładnie, co mi tam do głowy przyszło, bo różne tematy się zbierają i wiszą mi potem w zaczętych postach, więc dzisiaj to i owo wyrzucam od razu...

********


Przeczytałam gdzieś kiedyś uwagę na temat nauki języków, że nie ma sensu uczyć się jakiegoś języka (chyba chodziło o japoński), żeby raz w życiu pojechać na parę dni do tego kraju, gdzie prawdopodobnie i tak można się dogadać w bardziej powszechnym angielskim dajmy na to. No więc według mnie to jest tak, że sensem może być sama frajda z nauki. Ja się uczę włoskiego, chociaż nie jest pewne czy kiedykolwiek pojadę do Włoch, wcale nie planuję, a jak już pojadę to też pewnie na tydzień, może raz czy dwa w życiu. I nawet nie wiem, czy będę miała odwagę odezwać się po włosku :). Lubię uczyć się nowych rzeczy, włoski mi się spodobał bo jest dość łatwy, komuś może się podobać japoński czy chiński, bo trudny i chce mieć satysfakcję, że się nauczył takiego trudnego języka. A jaki jest sens w kolekcjonowaniu różnych dziwnych rzeczy? Jednym z dziwniejszych zbieractw jest dla mnie kolekcjonowanie magnesów na lodówkę. Po pierwsze lodówka oblepiona tymi magnesami wygląda moim zdaniem okropnie, równie dobrze można by ją upaćkać pisakami albo plasteliną, ja nie cierpię takiego ozdóbstwa. No a wielu ludziom się to podoba, jest przecież cały przemysł produkcji magnesów lodówkowych. Może to nie jest pragmatyczne, ale widocznie dla mnóstwa ludzi - przyjemne w jakimś sensie. A ja mam tak, że lubię się uczyć nowych rzeczy.

********


Praktykuję jogę. Sama. Nauczyłam się pół wieku temu. Nie lubię sal gimnastycznych, sportowych zajęć zbiorowych. Nie są to systematyczne sesje, ale staram się codziennie chociaż chwilkę przeznaczyć na jakieś ćwiczenia, choćby powitanie słońca, taki klasyk, oprócz tego joga twarzy i ćwiczenia szyi w wolnych chwilach. Nigdy nie byłam typem sportowca, nie lubię biegać, jeździć na rowerze, grać w jakieś gry zespołowe, skakać aerobikowo. Miałam w życiu krótki epizod gry w siatkówkę, nawet się wciągnęłam, ale to było w liceum - szkoła skupiała się na selekcji do reprezentacji, a ja wybitna w tym nie byłam, więc moja kariera siatkarska skończyła się po dwóch latach, a potem to już nie bardzo było gdzie i z kim grać. Zdecydowanie natomiast jestem chodziarzem, uwielbiam łazić, chodzić na krótsze spacery i długie wędrówki. Z mężem i jego psem chodzę więc codziennie na spacery, a właściwie to z naszym Dżemikiem trzeba powiedzieć, że na marszobiegi :). Przeważnie około godzinki. Dawniej chodziłam do i z pracy (około 1,5 km w jedną stronę, chyba że jeszcze zahaczyłam o punkty handlowe, to dużo więcej. Teraz do pracy już nie chodzę, więc idę do miasta z mojej wsi (osiedla za rzeką) - żeby się przejść, pod dowolnym pretekstem, po przysłowiową gazetę. Po drodze mam rzekę, więc czasem idę dłuższą drogą, wzdłuż rzeki od jednego mostu do drugiego i dopiero tam kieruję się do miasta. Pięknie tam zawsze było, mnóstwo zieleni, widoki, ptactwo wodne itd... Ostatnio trochę jest niestety plac budowy mocno rozgrzebany, bo powstał właśnie nowy most, a stary jest wyburzany i powstanie drugi równoległy, co ma rozładować wieczne korki w tym wąskim gardle. Na razie mamy ciągły armagedon, co chwila zmiana organizacji ruchu, a pieszo to całkiem można się w tym zaplątać i latać trzeba dookoła...


********

Wystawiłam na próbę kilka starszych obrazków na ArtMadam. Zobaczymy, przyglądam się jak to tam w ogóle działa, no szału nie ma. Nie wiem według jakiego algorytmu portal pokazuje rzeczy na pierwszych stronach, mam wrażenie że to jakieś zaprzyjaźnione osoby tam wystawiają, bo są promowane te same nazwiska/firmy od lat. Nowości szybko giną zasłonięte nowszymi nowościami, no bo jednak niektórzy tam hurtowo produkują i sprzedają. W kategorii obrazy długo tych moich prac w ogóle nie było, w końcu gdzieś tam się pojawiły, może ktoś musiał ręcznie korbką zakręcić... W każdym razie podpowiedź dla zainteresowanych: jak masz mało prac, to szybko tam zginiesz, warto sukcesywnie i często wstawiać coś nowego, to jest szansa, że jak ktoś zawiesi oko na jednym przedmiocie, to przy okazji zajrzy na pozostałe wystawiane przedmioty. Dużej nadziei z tym nie wiążę, bo nie produkuję taśmowo (ani arcydzieł, bądźmy szczerzy), na razie wypycham tylko zalegające po kątach obrazki, bo a nuż... Na olx i temu podobnych raczej nie planuję sprzedawać, liczę bardziej na kanały prywatne, bo tutaj zawsze zainteresowanie było, tylko że ja dotychczas nie chciałam bawić się w sprzedawanie. Daję sobie czas do końca września, jak się coś sprzeda na ArtMadam to pojadę z tym dalej, a jak nie, to sobie tę formę odpuszczę.

********

A co czytam? Dawno nie pisałam o książkach... Aktualna lektura to:

  • TERESA KOWALIK, PRZEMYSŁAW SŁOWIŃSKI - "Królewski dar. Co Polska i Polacy dali światu" - część I "Wynalazcy, odkrywcy. badacze". Wyd. Zona Zero Sp. z o.o., Warszawa 2020r, s. 590.

Przeglądam i czytam z tego to co mnie akurat zaciekawi. Są to notki o ponad stu naszych rodakach ze świata nauki, konstruktorach i wynalazcach. Wielu nazwisk nie kojarzyłam do tej pory, a okazuje się, że bez nich świat wyglądałby inaczej. Bardzo ciekawie napisane krótkie opowiadania zawierające zarówno dane biograficzne bohaterów książki, jak i opis najważniejszych ich dokonań oraz często - interesujące anegdoty z życia.

Dla przykładu - dzisiaj moją uwagę przykuły opowieści o Patku i o Banachu.

Stefan Banach (1892-1945) - podobno najwybitniejszy polski matematyk. Z trudem zdał maturę, ukończył tylko dwa lata studiów. Ale w 30. roku życia był już profesorem uniwersytetu i matematykiem o światowej sławie. Ciekawa jest historia jak do tego doszło... Otóż pewnego pięknego dnia, siedząc na ławce na krakowskich plantach, dyskutował z kolegą o całce Lebesgue'a. Przechodzący obok matematyk Hugon Steinhaus zaintrygowany tak niecodziennym tematem zasłyszanej rozmowy zatrzymał się i zapoznał z dyskutantami. Banach pomógł Stenhausowi rozwiązać pewien problem matematyczny, nad którym tamten od dawna się biedził, no i tak nawiązała się współpraca obu panów. W roku 1920 Banach otrzymał na politechnice lwowskiej, gdzie zatrudniony był Steinhaus, stanowisko asystenta, a rok później uzyskał tytuł doktora. To ostatnie też miało dość niecodzienny przebieg. Otóż Banach, namawiany przez współpracowników do napisania pracy doktorskiej, bronił się przed tym mówiąc, że jeszcze nic wielkiego nie osiągnął, więc o czym tu pisać. Jednak jego zwierzchnicy mieli inne zdanie na ten temat, jeden z nich w końcu opracował wszystkie dokonania Banacha, co uznano za doskonałą pracę doktorską. Pewnego dnia Banacha zaczepił ktoś na korytarzu uczelnianym i poprosił, żeby zaszedł na chwilę do dziekanatu, bo są tam jacyś ludzie, którzy mają pewne problemy matematyczne, a on z pewnością mógłby im je doskonale wyjaśnić. Tak więc Banach poszedł do dziekanatu i chętnie odpowiedział na wszystkie pytania, nie mając pojęcia, że właśnie zdał egzamin doktorski przed komisją sprowadzoną specjalnie na tę okoliczność z Warszawy.

Rok 1922, w którym praca doktorska Banacha została opublikowana, uważa się za datę przełomową w historii matematyki XX wieku. Ugruntowane w tej publikacji podstawy analizy funkcjonalnej stały się fundamentem dalszego rozwoju matematyki i nauk przyrodniczych, a w szczególności fizyki. Wiele pojęć i metod przez niego stworzonych i opracowanych znalazło zastosowanie w fizyce kwantowej. Był jednym z twórców tzw. lwowskiej szkoły matematycznej. W opowieści o Banachu autorzy przytaczają jeszcze więcej niezwykłych szczegółów, ciekawostek i dykteryjek. Bardzo ciekawa historia.

Antoni Patek (1811-1877) to z kolei postać bardziej znana, chociaż może nie wszyscy zdają sobie sprawę, że to właśnie nasz rodak stworzył markę, która ponad 150 lat od jego śmierci uważana jest za producenta najbardziej ekskluzywnych zegarków na świecie. W młodości brał udział w powstaniu listopadowym, następnie organizował szlak ewakuacyjny powstańców z Prus do Francji, gdzie na pewien czas osiedlił się i pracował jako zecer, potem w Szwajcarii handlował winem i likierami, a także uczył się malarstwa, ostatecznie zaś wylądował w Genewie i zajął się tam zegarmistrzostwem. Początkowo kupował gotowe mechanizmy i robił dla nich artystyczne koperty, sprzedając następnie z odpowiednim zyskiem. Mając 28 lat wraz z innym weteranem powstania, Franciszkiem Czapkiem, przy najdroższej ulicy w Genewie otworzył manufakturę zegarmistrzowską. Aby wejść na szwajcarski rynek, słynący z najwyższej jakości zegarków, musieli być lepsi od najlepszych. Początkowo wyspecjalizowali się w zegarkach kieszonkowych, których mechanizmy były wytwarzane z największą precyzją, a koperty ozdabiane miniaturami, najczęściej o charakterze patriotycznym lub religijnym. Odbiorcami byli przeważnie polscy emigranci. Jeden z tych zegarków, w srebrnej kopercie z białym orłem, kupił Adam Mickiewicz. Dwa lata po uruchomieniu manufaktury, wspólnicy wprowadzili na rynek pierwszy zegarek z niezależnym sekundnikiem. Po kilku latach wspólnicy jednak rozeszli się, ponieważ mieli inne wizje dalszego rozwoju firmy. Patek stawiał na nowoczesne rozwiązania, zatrudniał uzdolnionych zegarmistrzów, którzy wprowadzili sporo nowych pomysłów i wynalazków. Podczas wystawy przemysłowej w Paryżu w roku 1844 Patek poznał Adriena Philippe'a, który także miał na koncie kilka wynalazków rewolucjonizujących mechanizmy zegarowe. Wspólnie przystąpili do realizowania wielkich ambicji - robienia zegarków nowoczesnych, najlepszych, najpiękniejszych i najbardziej funkcjonalnych. W 1851 powstała spółka Patek Philippe & Cie, która istnieje do dziś.

Oryginalne ornamenty zdobiące zegarki były wytwarzane przez samego Patka. Artystyczne wykończenie wraz z doskonałą, nowoczesną technologią, okazały się najlepszą receptą na sukces. Na Wielkiej Wystawie Światowej w Londynie w 1851 roku firma Patek Philippe & Cie odniosła spektakularny sukces, otrzymując złoty medal za swoje wyroby. Przypieczętowała ten sukces królowa brytyjska Wiktoria, kupując zegarek z kwiatowym wzorem z diamentów i nosząc go później jako broszkę przypiętą do sukni. Po tych sukcesach firma Patka stała się ulubioną manufakturą zegarmistrzowską w kręgach arystokracji. Eksluzywne zegarki, pełniące zarazem rolę biżuterii i podkreślające bogactwo i pozycję społeczną właściciela, stały się towarem bardzo pożądanym przez milionerów i koronowane głowy. Patek tę modę wykorzystał, dostosowując podaż do popytu. najdroższy niejubilerski zegarek świata został wykonany w 1933 roku dla pewnego bankiera. W 1999 roku został sprzedany na aukcji Sotheby's za 24 miliony dolarów. Praca nad nim trwała 8 lat. Tłem dla wskazówek jest zmieniająca się codziennie mapa nieba widzianego w danym dniu nad nowojorskim Central Parkiem. Zegarek wygrywa melodię londyńskiego BigBena, użyto w nim 920 komponentów oraz 24-karatowe złoto. A w Genewie znajduje się muzeum firmy Patek Philippe, gdzie na czterech kondygnacjach zgromadzono około 2 tysięcy zegarków i innych eksponatów.

To tylko dwa przykłady, a opowieści jest około setki. Bardzo ciekawa książka, polecam :).

********

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli Twój komentarz nie pojawił się od razu, to niestety wina nowej (gorszej) wersji bloggera, który z nieznanych mi powodów wrzuca niektóre komentarze do spamu - ale nie martw się, na pewno go znajdę i opublikuję :).