sobota, 29 sierpnia 2020

Papugi i porzeczki - pastele olejne.

Efekt moich eksperymentów z pastelami olejnymi - pierwsza praca w tej technice, niezbyt udana oczywiście...




Trochę się z tym namęczyłam, urok debiutu ;))). Ale... skąd w ogóle i dlaczego te papugi...?
Otóż - błądząc po internetach - trafiłam niedawno na fantastyczne miejsce, gdzie odbywają się dostępne dla wszystkich lekcje malarstwa i rysunku pod okiem doktora Tomasza Wełny. To pracownia OKO oraz strona na FB , gdzie pan Tomasz Wełna prowadzi na żywo kursy malarstwa i rysunku, codziennie pojawiają się nowe odcinki, nowe tematy i przeróżne techniki. 
No i jak znalazłam, tak wsiąkłam...

Wspominałam w poprzednim poście, że dostałam w prezencie zestaw mix-mediowy, zawierający między innymi pastele olejne, w liczbie aż 54 sztuk. Przyznam się, że nie miałam okazji rysować wcześniej takimi pastelami, używałam dotychczas wyłącznie pasteli suchych, a to jest zupełnie inna technika. 
No i w tej sytuacji nie za bardzo wiedziałam, jak się za nie zabrać, jak wykorzystać ich właściwości.
Jasne, można się uczyć po omacku, czyli metodą prób i błędów, ale o wiele przyjemniej jest robić to jednak pod okiem kogoś doświadczonego, poznać od razu różne sztuczki i tajemnice danej techniki. Albo... skorzystać z jakiegoś internetowego kursu :). No i właśnie taki kurs znalazłam na stronie pana doktora Wełny!

Wśród kilku setek nagranych lekcji moją uwagę przykuł uroczy portrecik dwóch papużek falistych, wykonany, jak się okazało, właśnie pastelami olejnymi :).

Najpierw obejrzałam lekcję "na sucho" i w trakcie przekonałam się, że te pastele dają więcej możliwości, niż mi się wydawało. Oczywiście - w rękach mistrza! Zobaczyłam, jakie dodatkowe media i narzędzia mogą się przydać, no i w głowie już miałam całą serię rysunków wykonanych tą techniką ;). Ale obejrzeć - to nie to samo, co samemu wykonać.

Po ukończeniu tej pierwszej wersji papużek już mniej więcej wiedziałam, jakie błędy popełniłam. 
Zabrałam się więc ponownie za ten sam temat, z zamiarem poprawnego wykonania obrazka. Powiem jednak szczerze, że w połowie straciłam zapał i ostatecznie drugiej wersji nie skończyłam. Może szło trochę lepiej, ale nie na tyle, żeby mnie zadowoliło. Doszłam do wniosku, że nie ma sensu się z tym męczyć, skoro już na te papugi patrzeć nie mogę.


Skoro papugi mnie nie uszczęśliwiły, to znalazłam sobie na stronie Pracowni OKO inny filmik z pastelami olejnymi - "Jak narysować pastelami olejnymi czerwone porzeczki". Tutaj było łatwiej, bo bez wcierania pasteli w papier i bez dodatkowych sztuczek z pomocniczymi narzędziami. No i narysowałam te porzeczki tak, jak widać poniżej:




Odrobinę lepiej, ale sporo pracy jeszcze przede mną :))).

To teraz trochę technicznie ;).
Do wykonania obrazka z papugami, oprócz pasteli olejnych, użyłam także nożyka, ale minimalnie. Pan Tomasz pokazywał, jak fantastycznie wydrapuje się pastel nożykiem, uzyskując strukturę piór, jednak u mnie warstwa pasteli była za cienka na takie zabiegi, więc nie za bardzo te drapanki były widoczne, dlatego dałam sobie z tym spokój, bo nie było sensu. 
Zalecane było także użycie wiszera, ale nie cierpię go używać, więc też odpuściłam sobie. W tej wersji zrezygnowałam również z użycia terpentyny. Tak więc wykorzystane były praktycznie same pastele i mój palec :).

Ponieważ niedawno w komentarzach padło pytanie o różnice między pastelami suchymi a olejnymi, to tak z grubsza wyjaśnię to na bazie mojej teoretycznej wiedzy i skromnych doświadczeń. Pastele suche co prawda znam dość dobrze, ale olejne dopiero poznaję.

Otóż pastele suche zawierają znacznie mniej tłustego lepiszcza niż olejne, przypominają kredę znaną ze szkoły. Kiedy rysujemy pastelami suchymi, to na papierze osadza się proszek z pigmentem. Możemy go wetrzeć bardziej w strukturę papieru (najczęściej robi się to palcem), rozetrzeć mieszając z innymi kolorami, zacierając barwne granice, albo rozprowadzić wodą przy pomocy pędzelka. Szczerze mówiąc - dawno temu sporo rysowałam pastelami, ale nigdy nie używałam do nich wody, więc trudno mi mówić o takim połączeniu i jego efektach, ale wiem, że niektórzy pasteliści tak właśnie robią. Ja używam tylko własnych palców, jednak w przypadku suchych pasteli robi się to delikatnie, proszek bardzo ładnie i lekko się rozprowadza i miesza.

Natomiast pastele olejne są, jak sama nazwa wskazuje, bardziej tłuste, lepkie, miękkie. W dotyku trochę przypominają glinę albo plastelinę. Pastele olejne wchodzą w papier miękko, wtapiają się w podłoże, ale znacznie trudniej niż suche dają się mieszać lub ścierać. Wymieszać je lub rozprowadzić można za pomocą własnego palca, ponieważ pod wpływem ciepła stają się bardziej miękkie, plastyczne. Przypomina to wcieranie w papier plasteliny. 

Zdecydowanie nie jest to moja ulubiona metoda, bo w malowaniu czy rysowaniu nie lubię rozwiązań siłowych, a tutaj trzeba użyć sporo siły i energii, już po pierwszym obrazku palce mnie bolały i było to trochę zniechęcające. Dla mnie malowanie to malowanie, a nie lepienie jak z gliny czy plasteliny :). 

Można też użyć pędzelka i medium dedykowanego do farb olejnych, czyli oleju lnianego lub - jeszcze lepiej - terpentyny. Wówczas pastele zachowują się trochę jak farba olejna, rozpuszczają się i dają się rozprowadzać i mieszać. No... powiedzmy. Taka imitacja malowania farbami. Nie przemawia to do mnie, podobnie jak kredki akwarelowe - wolę malować akwarelami, po prostu. W kredkach chcę zachować ich rysunkowy charakter, po to po nie sięgam. Jak chcę malować, to biorę farby.

Nakładanie i wciskanie palcami pasteli olejnych wymaga sporo energii i - przynajmniej na razie - nie kontroluję tego tak jak farby czy kredki. Nieprzewidywalność może być ciekawym elementem zabawy twórczej, ale mnie to jakoś nie kręci. W każdym razie pastele olejne nie porwały mnie jako technika.


Papugi na tle moich pasteli z "kuferka skarbów", o którym była mowa w poprzednim wpisie :).



Przy porzeczkach było mniej wciskania palcami, niż przy papugach, i obyło się bez dodatkowych przyborów, więc podobało mi się już trochę bardziej ;). Trochę zresztą oswoiłam się już z konsystencją tych pasteli. Miałam jednak problem z nanoszeniem niektórych kolorów warstwowo, zwłaszcza białych blików, które powinny być wyraźniejsze. U pana Tomka biała kredka zostawiała ostry ślad, u mnie rozmazywała się ze spodnią warstwą koloru. W tym wypadku może to być wina samych pasteli, u pana Tomasza Winston-Newton, u mnie Mont Marte, czyli zapewne półka niżej ;). Chociaż może to być też wina za słabego u mnie roztarcia tła. Doświadczenie ma znaczenie, nie da się ukryć. W rezultacie jednak moje porzeczki nie są tak świetliste jak u wykładowcy.

Ale... jak to się mówi - pierwsze koty za płoty :). Nie powiedziałam w tym temacie ostatniego słowa i pewnie jeszcze parę obrazków w pastelach olejnych powstanie :). Bądź co bądź to było pierwsze z nimi spotkanie, muszę trochę poćwiczyć. Akwarelami na początku też nie umiałam się posługiwać, tak szczerze mówiąc, ale wiadomo, że praktyka czyni mistrzem, więc nie należy się zniechęcać. Akwarele z grubsza już ogarniam, to i olejnym pałeczkom dam radę :).

Chętnie przeczytam o Waszych doświadczeniach z pastelami olejnymi - jakich narzędzi i ewentualnie mediów do tego używacie? Jakiej firmy pastele posiadacie?

Wracając do pasteli suchych - znam jeszcze pewien myk z fiksatywą. Otóż pastelowego proszku nie da się nakładać warstwami jedną na drugą wielokrotnie, bo po prostu w pewnym momencie to wszystko będzie się osypywać, papier przestanie cały ten proszek trzymać. Wtedy wystarczy spryskać rysunek fiksatywą, czyli medium przeznaczonym do utrwalania pasteli (tańszą a równie dobrą alternatywą jest lakier do włosów). Po przeschnięciu powierzchnia rysunku robi się lekko chropowata, a wcześniejsze warstwy pasteli są "związane" fiksatywą jak spoiwem - i wówczas spokojnie można nakładać kolejne warstwy pasteli. 
Doszłam do tego sama, przez przypadek, kiedy utrwaliłam obrazek, a w efekcie okazało się, że kolory nieco się zmieniły (co jest normalnym efektem utrwalania). Chciałam rysunek poprawić i wtedy odkryłam, że mogę po nim rysować i nie mieszają mi się kolory z poprzedniej warstwy, nic się nie osypuje. Niby logiczne, ale wcześniej o tym nie pomyślałam. 
Tę metodę stosował w swoich pastelach miedzy innymi Degas, korzystając ze specjalnie dla niego przygotowanego do tego celu preparatu i uzyskując dzięki temu charakterystyczne świetliste kontrasty (tzw. martwy ton).

Czy istnieje jakaś podobna metoda w przypadku pasteli olejnych? Tego jeszcze nie wiem :). Inna rzecz, że nadmiar nałożonych warstw pasteli olejnych można zdrapać nożykiem, patyczkiem albo własnym paznokciem. Jak wspomniałam - próbowałam użyć do rysowania papuzich piór nożyka typu skalpel oraz ostrego patyczka i dało się nimi zeskrobać pastele do "żywego" papieru. W miejscach, gdzie warstwa pasteli jest grubsza, daje to fajny efekt. Tak więc w razie konieczności poprawek jest taka opcja ze zdrapywaniem.




A z kursów pana Wełny zamierzam korzystać jak najczęściej, więc spodziewajcie się kolejnych efektów tej nauki :).


*****

wtorek, 25 sierpnia 2020

Myszolek.

Tak naprawdę to nie jestem pewna co to za myszowaty stworek, ale jak go zwał, tak zwał, wygląda uroczo na tej owocowej gałązce :). I to jest kolejne zdjęcie - po futrzastym złodzieju sardynek z tego posta (klik!) i psiaku z tego wpisu (klik!) - które tak mnie ujęło, że znowu MUSIAŁAM! przenieść je kredkami na papier :). Zdjęcie wyszperane na Pintereście, do nazwiska autora nie dotarłam.





Z kredkami to mnie tak naszło niedawno... bo ostatni raz rysowałam nimi... hohoho! - w podstawówce! - a zapewniam Was, że to już prehistoria... Później były "poważniejsze" media - farby i pastele, no i o kredkach w ogóle zapomniałam. Od pewnego czasu jednak trafiałam w internecie na niesamowite dzieła artystów posługujących się właśnie tymi wzgardzonymi przeze mnie niegdyś przyborami... pooglądałam... no i w końcu postanowiłam przeprosić się z kredkami, a w każdym razie - spróbować od nowa :).

Obrazek z myszką narysowałam kredkami Polychromos firmy Faber Castell. Mój zestaw składa się z 36 sztuk, użyłam ponad połowę z posiadanych kolorów. Plus kilka akcentów białego żelopisu :).
Sam rysunek bez passe-partout i ramki jest w rozmiarze A4 (około 20x30cm).



Rysowałam, podobnie jak w przypadku pieska z motylkiem i kota z sardynką, na papierze Clairefontaine w kolorze naturel (ciepły piaskowy beż). Nie było to najszczęśliwszym pomysłem, bo rysuję raczej delikatnie, bez mocnego nacisku - więc kolory na tym beżu się "rozmywają", giną w tle. Ale nie mogłam się oprzeć, bo papier jest fantastyczny pod każdym względem, no i chciałam zachować ciągłość stylistyczną tej mini-serii :).
Tak było w trakcie pracy (zaczynam zazwyczaj od oczu):




Oprócz wspomnianych Polychromosów mam drugi zestaw kredek - 34 sztuk firmy Mont Marte. Wiele odcieni się nie pokrywa, więc mam w sumie do dyspozycji 70 kolorów, a nawet te podobne z obu zestawów dają inny efekt, o czym kiedyś jeszcze będzie mowa... Łączenie ich jednak w jednym rysunku to operacja dość ryzykowna, o czym wspominałam już we wpisie z pieskiem i motylkiem.

Planuję taki bardziej techniczny post dla zainteresowanych, tam bardziej szczegółowo opowiem o moich doświadczeniach z kredkami tych dwóch firm.
A na razie... pochwalę się Wam wspaniałym prezentem urodzinowym, jaki dostałam nie tak dawno temu od własnych dzieci. Szczerze mówiąc to właśnie ten prezent dał mi mentalnego kopniaka do wznowienia malowania i rysowania!




W zestawie firmy Mont Marte są farbki akwarelowe, akrylowe i olejne - po 12 kolorów każdego rodzaju, kredki (34 szt), pastele olejne (aż 54 szt!), markery (42 szt), kilka pędzelków, ołówki, gumka, temperówka... Istny Sezam :). Samo opakowanie jest fantastyczne, ta śliczna drewniana walizeczka z piętrowymi wkładami przyda się pewnie jeszcze długo później do przechowywania farb lub akcesoriów. 




O testowaniu zawartości "czarodziejskiej skrzynki" i o jakości materiałów będę bardziej szczegółowo pisać w miarę wypróbowywania kolejnych skarbów, bo kilka zaglądających tutaj osób już pytało właśnie o kredki, a może komuś jeszcze się ta wiedza  przyda... Sama takich informacji często szukam.




Kolory, jak zwykle u mnie, mało realistyczne na zdjęciu...

Część tych ślicznych rzeczy z "cudownej skrzyneczki" traktuję jako uzupełnienie moich zapasów, bo akwarele, farby olejne czy wspomniane kredki już posiadam, ale po pierwsze - wiadomo, że tego nigdy nie jest za dużo ;), a po drugie - na przykład nigdy nie malowałam akrylami! Dacie wiarę? Malowałam w swoim życiu całkiem sporo olejami i ostatnio trochę akwarelami, ale akryle jakoś mnie ominęły. Dawno, dawno temu bardzo lubiłam tempery i wyobrażam sobie, że akryle to jest trochę podobna technika, no więc oto okazja do spróbowania sama do mnie przyszła :). 

Nie mam też jakiegoś większego doświadczenia z pastelami olejnymi, a tutaj jest całkiem spory zestaw kolorów, więc mam już w głowie pewne bardzo konkretne pomysły na ich wykorzystanie i już się na to cieszę :). Pastele suche owszem znam i dawniej je nawet bardzo lubiłam, ale to jednak jest zupełnie co innego, całkiem inna technika.

No i flamastry/pisaki/markery czy jak je zwał... Tyle pięknych kolorów! Nigdy bym jednak wcześniej nie pomyślała, żeby je kupić i coś nimi tworzyć, jakoś mnie do tej techniki nie ciągnęło... ale skoro się same przede mną zmaterializowały... na pewno je wykorzystam, nawet już coś zaczęłam - w technice mieszanej :). Może to i dobrze, że ktoś mi takie rzeczy podstawił pod nos, sama czuję teraz nagły przypływ mocy twórczych i kreatywności! Gdyby nie ten prezent, to pewnie bym przez kolejne trzy lata wciąż rysowała te swoje czarne i złote mandale... :))). A tak - przyszedł czas na wyjście ze swojej strefy komfortu, jak to się teraz modnie mówi, i - na eksperymenty artystyczne!


Tak wygląda tylna strona opakowania "zewnętrznego" mojego zestawu.


Przyznam, że trochę mnie ten piękny prezent oszołomił, bo najważniejszy w nim był chyba ukryty przekaz: maluj, kobieto, rysuj i twórz! Bo u mnie to zawsze tak - myślę sobie, że może machnęłabym jakiś obrazek, chętnie coś bym namalowała, narysowała, no ale przecież trzeba posprzątać, ugotować, uprać, przeplewić ogród, poprzycinać krzaki itd... nie wspominając o pracy zawodowej, która nie zawsze kończy się o 15tej - i potem nagle brakuje czasu na obrazki... Czas to zmienić, ustawić nowe priorytety!

I tak jakoś na marginesie pomyślałam sobie, że mam już bardzo dorosłe dzieci... ;)))



Obrazki ze zwierzakami zostały tymczasowo oprawione, takie ramki były akurat w domu, znalezione przy okazji poremontowych porządków :). Do wystroju jednak średnio pasują, więc zostaną zmienione lub przemalowane. 
Albo, jak to czasem bywa... przyzwyczaimy się :).

Pod poprzednim wpisem z orientalnymi akwarelkami pisałam w komentarzach, że swoje obrazki zazwyczaj albo chowam do szuflady, albo (częściej) wyrzucam, bo nie jestem z nich zadowolona, albo rozdaję. Na ścianach mojego domu prawie nie ma moich prac. 
W młodości rozdawałam właściwie niemal wszystko, co stworzyłam. Potem była długa przerwa w twórczości, a teraz maluję tylko do szuflady (lub kosza). 
No i tak sobie to ostatnio przemyślałam, że może powinnam zmienić podejście. Wróciłam do malowania i rysowania po długiej przerwie - i robię to coraz częściej. Do emerytury coraz bliżej, to może być mój pomysł na życie. Właściwie to od dawna miałam taką wizję i w sumie to nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła spokojnie, na "cały etat" malować :). Więc zaczynam się tymi moimi obrazkami otaczać, wyciągam je zza szaf i z szuflad, oprawiam, wieszam na ścianach...

*****

czwartek, 20 sierpnia 2020

Orientalnie po raz drugi.

Pamiętacie może moją akwarelkę w orientalnych klimatach, zainspirowaną figurkami słoni przywiezionymi przez moje dziecię z Anglii? O tym, jak to było, możecie przeczytać tutaj: "Powiew orientu znad Tamizy". Namalowałam wtedy jeszcze z rozpędu kilka innych obrazków w tym stylu, ale uznałam, że wyszły mi tak sobie średnio i nie nadają się do pokazania. Wylądowały tam, gdzie lądują wszystkie moje obrazki, jedne od razu do kominka, innym dałam szansę i trafiły do szuflady. 


Ale szuflady trochę się przepełniły, zabrałam się więc w końcu za selekcję negatywną, czyli wyrzucanie tego, co pomimo odleżenia w kwarantannie nadal nie zasługuje na moje uznanie. I się okazało, że zachowały się te oto dwie akwarelki z tej małej serii, malowane tylko dwoma kolorami (ultramaryna i jakiś brąz).




Ten po lewej to obrazek pokazywany we wspomnianym wyżej poście, tam jest też trochę ciekawostek o lotosach :). Tutaj jeszcze raz w całości:



Natomiast po prawej to ten malowany mniej więcej w tym samym czasie - były jeszcze chyba dwa, ale jako zupełnie niezadowalające autorkę wylądowały w koszu.


A przy okazji odgrzebania tych obrazków naszło mnie na rozmyślania o mojej niekonsekwencji w uprawianiu jogi... Ale o tym innym razem...

Dzisiaj zapraszam Was na blog Izy "Rękodzieło przy kawie", gdzie zaczynamy zabawę polegającą na stworzeniu własnej interpretacji motywu z inspiracyjnego zdjęcia. Pierwszy temat to KOT Z SARDYNKĄ! Pamiętacie mojego KOTA?! - prezentowałam go tutaj - "Kot z sardynką w trzech odsłonach", a teraz bierze udział w zabawie! Zapraszam w imieniu organizatorki, przyłączcie się! Kilka fajnych propozycji już jest!

Kliknięcie w banerek poniżej przeniesie Was do wpisu z pierwszą częścią zabawy:





*****




czwartek, 13 sierpnia 2020

Pudełeczko na prezencik.

Tak zdrobniale napisałam w tytule "pudełeczko na prezencik" - no bo to faktycznie jest raczej maleństwo, miksera się w nim nie upchnie. 


Co zatem można do takiego pudełeczka włożyć? Oprócz jakiegoś drobiazgu z brylantem, ma się rozumieć :)))). Pomysłów może być milion, w zależności od tego kogo i z jakiej okazji chcemy obdarować, no tak dla przykładu:
  • dla rękodzielniczki - guziczki, niteczki, koraliczki, przydasie rozmaite;
  • dla dzieci - słodycze, jakieś gadżety typu magnesiki, ozdoby do włosów;
  • dla przyjaciół - własnoręcznie upieczone personalizowane pierniczki czy inne wytwory rąk własnych;
  • zmieści się nawet apaszka, krawat, czy para niezbyt grubych skarpetek :).

Wykonanie jest bardzo proste!


Ja sobie pomyślałam, że przygotuję kilka takich pudełeczek tak na wszelki wypadek, żeby mieć pod ręką. Czasem w ostatniej chwili potrzebuję ładnie opakować jakiś drobny upominek i wtedy panikuję, że nic odpowiedniego nie mam pod ręką. A do czasu pakowania prezentów pudełka mogą leżeć sobie w szufladzie "na płasko", nie zajmując dużo miejsca. Na razie mam dwa!




Oczywiście można sobie zrobić podobne "poduszkowe" pudełko w skali maxi, powiększając szablon. Pomysłodawczynią i autorką schematu, który można sobie pobrać o tutaj - klik! jest Danusia Popowicz, specjalistka od Zentangle. Danusia udostępnia również swoją grafikę, czyli jak ktoś zupełnie nie ma pomysłu na ozdobienie pudełka we własnym zakresie, to może sobie wydrukować wzór Danusi, potem wystarczy tylko wyciąć, skleić w jednym miejscu, pozaginać i już, gotowe, o takie pudełeczko:

źródło


U mnie pudełka są w mojej ulubionej ostatnio wersji, czyli czarny kartonik z wzorami narysowanymi złotym żelopisem. Zaletą zrobionych w ten sposób pudełeczek jest możliwość personalizacji, czyli ozdobienia motywami kojarzącymi się z obdarowywaną osobą, lub jej imieniem, albo nawet wypisaną dedykacją.




*****

Przy okazji chcę Wam zasygnalizować, że mój post o kocie z sardynką zainspirował Izę z bloga "Rękodzieło przy kawie". Iza wymyśliła ciekawą zabawę dla wszystkich, którzy cokolwiek w jakiejkolwiek technice tworzą, lub dopiero tworzyć zamierzają :). Pomysł jest w trakcie dopracowywania, ale już dzisiaj można się zapoznać z ogólnym zarysem - o tutaj: http://kicikicitata.blogspot.com/2020/08/nie.html

*****

czwartek, 6 sierpnia 2020

Prawo serii.

Jakoś tak mam, że jak mi wpadnie do głowy jeden pomysł na obrazek, to jeszcze zanim go skończę - już lęgnie się kolejny projekt w podobnym stylu i temacie. Przy trzecim czasem wena się kończy, ale bywa i tak, że ciągnie się to znacznie dłużej - vide moje złote mandale i zresztą - mandale w ogóle :).
No i takim to sposobem - po kocie z sardynką - powstał portrecik sympatycznego psiaka. Skorzystałam ze zdjęcia pieska znalezionego na Pintereście, a motylka dorysowałam "z głowy". W kolejce czekają jeszcze myszka i zając... i kto wie, co będzie dalej :).



W rysunku poeksperymentowałam z dwoma rodzajami, a właściwie markami kredek, no i szczerze mówiąc nie był to udany eksperyment. Ale czegoś się nauczyłam, dowiedziałam. Biała i żółta kredka pochodzą z innego zestawu niż reszta, no i to niestety widać w mocnym białym oświetleniu, a na zdjęciach szczególnie bije po oczach. Jak obrazek wisi na ścianie, w normalnym oświetleniu, to jakoś tego dziwnego efektu wybijającej na pierwszy plan żółci nie widać, na szczęście :). 
Poza tym okazało się, że te dwie kredki i całą reszta z tego zestawu są bardziej nawoskowane i źle się na nie nakłada kolejne warstwy innego koloru. 
Ale o moich kredkach i ich właściwościach opowiem innym razem, w jakimś "technicznym" poście :).

Tak było w trakcie pracy:

Na tym etapie dopiero zauważyłam zabawną, ale zupełnie przypadkową zbieżność - zarówno motylek, jak i piesek, mają podobne "umaszczenie" - czarne, białe i rudo-pomarańczowe plamy :))). Użyłam w zasadzie tych samych kolorów do obu stworzonek, pieskowi dodałam tylko więcej brązu.

*****

Dawno nie pisałam o moim domowym zwierzyńcu, a że jedna z blogowych koleżanek dopytywała niedawno co tam u futrzaków słychać, to proszę bardzo, garść najświeższych wiadomości w tym temacie. Zdjęć nie będzie, bo z tym moim kiepskim aparatem to nie będę się wygłupiać, a koty do pozowania cierpliwości nie mają za grosz... ;).

Zwierzolubni pewnie pamiętają, że jesienią zeszłego roku przygarnęliśmy dwie koteczki z sąsiedztwa. Cała historia jest opisana tutaj: "Basia i Balbinka, czyli demolka po kociemu". 

Od czasu urodzenia tych maluchów ich mama jest przez nas dokarmiana, a jak się wykryło, że kicia nie jest w kolejnej ciąży, jak podejrzewaliśmy, tylko się trochę utuczyła, to czym prędzej zawieźliśmy Szkrabcię do weterynarza na zabieg sterylizacji (za zgodą właściciela oczywiście, ale na nasz koszt). No i potem na tydzień wzięliśmy kotkę do nas, żeby ją obserwować do czasu zagojenia, bo z tym jej pańciem to różnie bywa, dopilnuje albo nie... 
Pańcio Szkrabci co prawda tęsknił za nią i dopytywał kiedy mu oddamy kota, tak więc widać, że jednak ma dobre serce, tyle że taki trochę nieogarnięty, wypić lubi czasem, zapomina o obowiązkach...

No w każdym razie - ciążom Szkrabci położyliśmy kres, natomiast do naszego domku wprowadziła się niedawno ostatnia z rodzeństwa, trzecia siostrzyczka Basi i Balbinki - Kocia (był jeszcze czwarty kotek, ale jakiś idiota go przejechał, jak małe kocięta chodziły jeszcze po okolicy z mamą...). Pisałam w tym wcześniejszym poście, że trzeciego kotka od Szkrabci przygarnął mój syn... no ale właśnie niedawno syn razem z dziewczyną i Kocią sprowadził nam się chwilowo do domu :). Nie będę Wam streszczać skomplikowanych historii mieszkaniowych, ale rezultat jest taki, że mamy teraz w domu pięć kotów - 15-letnią Czarnuszkę, 4-letnią Sabinkę i trzy siostrzyczki, które 1 sierpnia obchodziły swoje PIERWSZE URODZINKI :))) - Basię, Balbinkę i Kocię! Najważniejsza wiadomość jest taka, że maluchy się fajnie dogadują, Sabinka towarzystwo toleruje (z wzajemnością), niestety tylko Czarnuszka jest trochę przez całą bandę prześladowana i trzeba ją trochę izolować. Ale to już emerytka i najchętniej całe dni przesypia w jakimś zacisznym kąciku.

Basia to urocza, pręgowana rozrabiara i największa pieszczocha, Kocia bardziej nieśmiała, nieco jeszcze spłoszona nowym miejscem, ma najbardziej jedwabiste futerko z całej trójki, ciemnobrunatne w jaśniejsze plamki. No i introwertyczna, wręcz autystyczna Balbinka, przepiękna szylkretka w czarne i rude łaty, w białych pończoszkach i z zawsze zdziwionym wyrazem pyszczka, wielbicielka paróweczek z szynki, które trzeba jej skubać po kawałeczku i ekstra podawać na zawołanie :).

Nasze koty są wychodzące, Basia i Balbinka już od wiosny są wypuszczane i w zasadzie mają tyle atrakcji w ogrodzie, że wracają do domu tylko na jedzonko. Po dwóch tygodniach aklimatyzacji w nowym miejscu dołączyła do nich także Kocia. Z reguły nawet na noc zostają na dworze. Zamknięte w domu domagają się wypuszczenia tak natarczywie, że zawsze w końcu ktoś nawet w środku nocy otwiera im drzwi. W ogrodzie jest altanka i coś w rodzaju gospodarczego pawilonu, gdzie w razie deszczu mogą się schować, mają tam różne schowki i specjalne, ocieplone miejsca do spania. Wydaje się nam, że są szczęśliwe :).