Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 października 2026

Czego nauczył mnie Lee Iacocca?

Aktualizacja 16.10.2026r. Mój blog zniknął na tydzień, a tak po prawdzie to ja sama go "zniknęłam". Ale ponieważ kilka osób dopytywało już co się stało i czy zgodnie z zapowiedzią przeniosłam się na inną platformę, to uznałam, że jednak wypada napisać parę słów wyjaśnienia.

No cóż, zwyczajna sprawa - człowiek coś sobie planuje, a tu bach, życie robi psikusa i wywraca wszystko do góry nogami. Żadna katastrofa, ale spadły na mnie nowe rodzinne obowiązki, a jeszcze nie ogarnęłam wszystkich spraw po zamknięciu firmy i takie tam jeszcze różności... Po wyprawieniu z domu dzieci wydaje się, że będzie już spokój, no ale rodzice się starzeją i dla odmiany trzeba się zająć ich sprawami, wyskoczyło też parę rzeczy do pozałatwiania z naszym własnym domem, bo nagle wszystkie firmy i instytucje chcą nam coś zmieniać, modernizować, wymieniać liczniki wody i gazu, doprowadzać światłowody itd. Internet akurat działa nam dobrze, ale już cała ulica ma swiatłowód, to się obawiam, że nam w końcu odetną ten starożytny, więc trzeba się za to zabrać, a wiąże się to z przekopaniem ogródka, kolejnymi ekipami, itd, więc odwlekamy... W dodatku wszystko po kolei się komplikuje i ślimaczy, najbardziej przez biurokrację. Kiedyś szło się do firmy i z panią albo panem w okienku załatwiało wszystko raz dwa, a teraz zdalnie, elektronicznie, owszem chętnie, tylko że to oni tam po drugiej stronie mają z tym ciągle problemy, jeden nie ogarnia, odsyła do drugiego, drugi dzwoni albo pisze i wszystko od nowa, bo też nie ogarnia, ach, milion komplikacji, narzucają nam coś, czego sami nie potrafią obsłużyć, wszystko trwa dłużej niż za króla Ćwieczka. I zamiast podpisać umowę w biurze firmy, do której podejdę kiedy zechcę, jak drzewiej bywało, muszę warować w domu i czekać na kuriera, osobiście, bo z własnym dowodem osobistym, zapłacić tylko kartą, bo gotówki nie uznają za prawny środek płatniczy, co zawsze mnie irytuje, bo drobne wolę płacić gotówką, grube płacę przelewem, a codzienne zakupy robi mąż. Karta bógwiegdzie, a kurier nagle wyskakuje z terminalem i szukaj teraz wiatru w polu. Niby drobiazgi, ale upierdliwe. Ja tu nie widzę ułatwień dla klienta, to są ułatwienia dla urzędów i dostawców mediów. 

No ale, wracając do zawieszenia bloga... W pewnym momencie zastanowiłam się nad priorytetami i uznałam, że najpierw muszę różne sprawy ogarnąć, poustawiać, bo miotam się od jednego do drugiego i ciągle jakieś diabły z pudełka wyskakują, a ja jestem w niedoczasie. Uświadomiłam sobie, że chociaż nie publikuję często nowych wpisów, to samo ich przygotowywanie, a także odwiedzanie innych blogów, pisanie i czytanie komentarzy, odpowiadanie itd - zajmuje mi mnóstwo czasu. Czasem jest to podzielone na ileś tam krótkich kawałków w ciągu dnia, ale w sumie daje pokaźną ilość czasu. I w zwiazku z tym któregoś dnia po prostu wycofałam publiczną widoczność bloga. I wiecie co? Podziałało. Zyskałam dużo czasu i spokoju, skupiłam się na ważnych sprawach do załatwienia.

Ale oczywiście nie zamierzam całkiem likwidować bloga, parę dłuższych przerw już zaliczyłam i potem wracałam. W każdym razie, żeby nie przedłużać:  chwilowo ZAWIESZAM BLOG. Za jakiś czas wrócę, jak ogarnę życie :). Na razie jednak nie będę się tutaj udzielać, postaram się jednak odpowiadać na komentarze i czasem zajrzę na Wasze blogi.

A poniżej pierwotny tekst tego wpisu, z drobnymi poprawkami.


Lee Iacocca - ikona przemysłu motoryzacyjnego. Może nie kojarzyłabym w ogóle tego nazwiska, gdyby wiele lat temu ktoś nie podsunął mi autobiografii tego pana, jako bardzo interesującej i inspirującej pozycji, wartej przeczytania.




Lido Anthony "Lee" Iacocca (15.10.1924-02.07.2019),  (poniższe informacje cytuję w większości stąd: źródło)  syn włoskich imigrantów, był jednym z tych ludzi, o których można powiedzieć, że sukces mają wpisany w geny. 

W 1942 roku z wyróżnieniem ukończył uczelnie Allentown High School i Lehigh University w Pensylwanii, które opuścił z tytułem inżyniera, potem w Princeton zdobył tytuł magistra. W sierpniu 1946 roku rozpoczął pracę w Fordzie jako inżynier, ale szybko przeniósł się do działu marketingu i sprzedaży, co okazało się strzałem w dziesiątkę. W 1960 roku Iacocca został wybrany na wiceprezesa i mianowany dyrektorem generalnym Ford Division. W nagrodę w 1970 roku został prezesem spółki. Pięć lat później został wiceprezesem Forda, w 1967 r. wiceprezesem wykonawczym, a 10 grudnia 1970 r. prezesem Ford Motor Company. To on stworzył kultowego Forda Mustanga, który przyniósł firmie ogromne zyski i popularność. 

W paśmie sukcesów zdarzały się też potknięcia, jednak to nie one były powodem, dla którego nagle w roku 1978 Lee Iacocca został wyrzucony przez samego Henry’ego Forda pomimo osiągnięcia przez firmę rekordowego zysku 2 mld dolarów. Stało się to z powodu trwającego wiele lat konfliktu między tymi panami. 

Jak sam Iacocca mówił o sobie, w Fordzie dowiedział się, jak szybko można wspiąć się na sam szczyt oraz jak brutalnie można z niego spaść. Cios był dotkliwy, jednak Lee pozbierał się dość szybko, tym bardziej, że inny amerykański gigant, Chrysler Corporation, bliski bankructwa w tamtym momencie (gigantyczne długi, fatalna opinia) , już czekał na niego z otwartymi ramionami. Iacocca jako prezes szybko zrestrukturyzował firmę i postawił ją na nogi.

Aby dać przykład pracownikom i pokazać, że wierzy w sukces, obniżył swoją własną pensję do symbolicznego 1 dolara rocznie. Zyskał tym ogromny szacunek i namówił związki zawodowe do ustępstw. Przekonał Kongres USA do udzielenia pożyczek Chryslerowi, udowadniając, że upadek firmy zniszczy tysiące miejsc pracy. Wprowadził na rynek oszczędne auta platformy K-Car, które idealnie trafiły w czas kryzysu paliwowego oraz stworzył Chryslera Voyagera – pierwszego nowoczesnego minivana, który zapoczątkował zupełnie nową modę na auta rodzinne. Sam występował w reklamach telewizyjnych Chryslera, mówiąc wprost do Amerykanów: "Jeśli znajdziesz lepszy samochód, kup go!". Zbudował tym ogromne zaufanie publiczne. Ostatnim modelem, który odniósł sukces, a który miał mocne wsparcie Lee Iacocki, był Jeep Grand Cherokee. Niewiele wcześniej Chrysler przejął Jeepa jako jedną z kilku małych marek.

Chrysler nie tylko nie zbankrutował, ale już w latach 80. spłacił wszystkie długi przed terminem i zaczął zarabiać miliardy dolarów. Iacocca stał się legendą biznesu. Pokazał swojemu byłemu szefowi z Forda, że najlepszą zemstą za niesprawiedliwe zwolnienie jest własny, spektakularny sukces odniesiony u jego rywala.

Choć Lee Iacocca postawił na nogi Chryslera i zrobił dla tego producenta więcej, a z Fordem się pokłócił, to jednym z ostatnich motoryzacyjnych akcentów, związanych z jego nazwiskiem jest produkt marki Ford. W 2009 roku wypuszczono limitowany do 45 sztuk model Forda - Mustang Iacocca Silver 45th Anniversary Edition – wydany na 45. rocznicę Mustanga. Pomimo zwolnienia z Forda, producent nie zapomniał, komu zawdzięcza sukces sportowego hitu wszech czasów. Lee otrzymał pierwszy z 45 egzemplarzy. 

Książka świetna, napisana z pasją, czyta się ją z zapartym tchem. Przeczytałam ją dość dawno temu, ale do dzisiaj pamiętam jedną z myśli przewodnich jej bohatera: Kiedy cię wyrzucą, najlepszą zemstą jest przejść do konkurencji i osiągnąć z nią sukces. Może było to wyrażone w nieco innych słowach, ale taka jest idea.


W związku z czym... 
...skoro blogger mnie nie chce, przeniosę się na wordpress.

Oczywiście żadna zemsta, ubytku jednej mało aktywnej blogerki twórcy bloggera nie zauważą. Ale nie chcę być deptana jak mrówka. 

Decyzja podjęta zatem, tylko życie złośliwie mi się akurat trochę pokomplikowało i chwilowo nie mam na to czasu tyle ile bym potrzebowała. Ale się szykuję.

Co do bloggera, to doskonale wiecie, jakie są z nim od dłuższego czasu problemy. Utraciliśmy już kiedyś kilka fajnych funkcji, niedawno był duży kryzys związany z aktualizacją blogów, nowe posty pokazywały się na listach czytelniczych po kilku dniach, były też przerwy w możliwości komentowania. Mniej więcej po tygodniu administratorzy bloggera łaskawie pochylili się nad problemami maluczkich i w końcu przywrócili aktualizacje postów. Jednakowoż... Wszystko to coraz gorzej wygląda, a najbardziej wkurzająca jest postawa z gatunku "nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi".

Na platformie Reddit znalazłam kilka tematów, gdzie ludzie zajmujący się tym na blogach od strony technicznej piszą, że Googlowi po prostu przestaje się opłacać blogger, zwłaszcza w tej darmowej opcji. Dlatego od wielu lat nie inwestują, nie robią z tym nic. A świat idzie do przodu, więc jednak czasem coś tam trzeba zaktualizować, ale robią to niechlujnie i stąd te nasze kłopoty. Myślę, że traktują to jako poligon doświadczalny dla raczkujących prgramistów, bo ciągle się coś sypie. 

Ja bym nie miała nic przeciwko temu, żeby jakąś drobną opłatę ponosić. Opłacam telefon, internet, tv, netflix, duolingo, audiotekę i jeszcze kilka innych rzeczy, to zrozumiałabym, że i tutaj nie ma nic za darmo. Tylko że nikt mi tego nie zaproponował. Podobno są jakieś płatne opcje na blogspocie, ale nie dogrzebałam się do szczegółów, więc nie wiem, może to tylko coś dla profesjonalistów...

No ale skoro jest jak jest, to idę do konkurencji.

Zrobiłam najpierw oczywiście research - gdzie założyć łatwy w obsłudze blog, czyli gdzie najłatwiej i najtaniej. Dużych wymagań nie mam, piszę takie tam zwyczajne rzeczy na blogu, wrzucam trochę zdjęć, czytelnicy mogą komentować, ot i w zasadzie wszystko. No i odpowiedź była w zasadzie jedna: wordpress. Może nie tak łatwo jak na blogspocie, ale jak się nie ma co się lubi...

No ale. Jak zaczęłam się zagłębiać, to się przede wszystkim dowiedziałam, że są dwa worpressy: org i com. 

Worpress.com jest faktycznie całkiem darmowy, dla takiego prostego bloga wystarczający, ale jest jedno bardzo duże ale: REKLAMY! No niestety, ale tego śmiecia nie zdzierżę, zwłaszcza że nie bardzo miałabym wpływ na te reklamy, ich treść, a wiem, jakie to jest dla mnie upierdliwe na blogach wordpressowych, na które sama zaglądam. Zatem reklamom mówimy stanowcze nie! Co więc pozostaje?  Wordpress.org. I tutaj dla tych, co podobnie jak ja mają już bloggerowych fochów powyżej dziurek w nosie, link do łopatologicznej instrukcji jak założyć blog na wordpress.org:

I jakby komuś było mało, to podobnych samouczków jest więcej. Może jak już sama to ogarnę, to napiszę krok po kroku jak ja to zrobiłam.

Pytanie jednak, czy ja chcę przenieść cały blog, czy zacząć od nowa? Lubię zaczynać od nowa, więc kusi mnie ta opcja. W końcu stary blog mogę zostawić w archiwum, w razie jakby mi się coś odmieniło. Myślę też o tym, jak ten blog ma wyglądać i funkcjonować. Bo chyba jednak nie mam czasu, ochoty i potrzeby zamieszczania wpisów częściej niż dwa-trzy razy w miesiącu. Każdy kto prowadzi blog wie doskonale, ile czasu to zabiera, przygotowanie posta, odpowiadanie na komentarze, kontakt z czytelnikami czyli także odwiedziny na innych blogach. Wszystko to fajne, ale potem się dziwię, gdzie mi ten czas ucieka... Przy nowych obowiązkach (związanych z pomocą podupadłej ostatnio na zdrowu rodzicielce) z czegoś muszę zrezygnować, a priorytetem miała być twórczość własna, czyli skupienie się na malowaniu. Bo przez całe życie zawsze coś było ważniejsze. No to kiedy, jak nie teraz?

Rozważałam też porzucenie bloga na rzecz Instagrama, ale ta platforma ma jednak inny charakter... Pytań dużo, zastanawiam się... Obecna formuła, jak dla mnie, wyczerpała się i mam poczucie, że stoję w miejscu. W dodatku tam, gdzie wydaje mi się, że się dobrze dogadam, okazuje się, że ktoś ma wewnętrzny imperatyw pouczania wszystkich, także tych, którzy mają podobne zdanie. Jakoś tak mi się ostatnio parę razy przydarzyło zupełnie nieoczekiwanie. Zdziwiłam się, no ale czy ja muszę się na to narażać? W realnym życiu unikam takich osób, tym bardziej więc w internecie. Ale krąg fajnych ludzi i miejsc się zacieśnia, blogosfera jałowieje. Więc jeszcze nie wiem...

A tak z innej beczki - na Gwiazdkę zażyczyłam sobie prezent: lornetkę ornitologiczną. Będę podglądać ptaki. 


********


poniedziałek, 30 września 2024

...i po powodzi.


Blog porasta kurzem, więc zanim ogarnę poważniejszy temat, żeby nie zaniedbywać stałych czytelników - wpadam z krótkim przeglądem wydarzeń.



Kolejna powódź nowego tysiąclecia przetacza się przez Europę, zahaczyła też o moje miasto, ale - poza dużym zamieszaniem i apokaliptycznymi korkami w całym mieście - nie narobiła dużych szkód. Mimo, że rzekę mamy wcale nie z tych najmniejszych. Teren jednak pagórkowaty i rzeka zasadniczo płynie w wyraźnej dolinie, co w dużym stopniu zabezpiecza nas przed potopem. Woda podniosła pięciokrotnie (!) swój normalny poziom, przekroczyła znacznie stan alarmowy, ale utrzymała się minimalnie poniżej wcześniej notowanych stanów powodziowych. Chociaż... było blisko i przez kilka dni dość nerwowo kontrolowaliśmy stan na stronie HydroIMGW. Ucierpiało (nieznacznie) raptem kilka domów wybudowanych nieroztropnie na terenie zalewowym. 

Natomiast uliczne korki trwały trzy doby na skutek profilaktycznego zamykania mostów łączących prawo- i lewobrzeżną część metropolii (przy stanie wody pół metra poniżej poziomu jezdni). Jednego dnia nie było ani jednej czynnej przeprawy, później uruchomiono jeden most, akurat nie ten główny, więc zamieszanie było straszne. Potem woda zaczęła minimalnie opadać i w końcu mosty otwarto. A już było groźnie - wkurzeni ulicznym galimatiasem mieszkańcy odgrażali się dokonaniem samosądu na władzach miasta. Brak informacji o konkretnych działaniach, o zastępczych trasach miejskich autobusów jeżdżących objazdami, w pierwszym dniu brak policjantów kierujących ruchem itd... Ja mam na szczęście zdrowe nogi, więc w momencie, kiedy działał tylko ten jeden most i całe zmotoryzowane miasto stało godzinami w drogowym klinczu, szłam sobie spacerkiem do i z pracy dłuższą niż zwykle drogą, bo nie przez "mój" zamknięty most, tylko przez ten drugi, nadkładając jakiś kilometr, ale - jak się okazywało - było to i tak szybciej, niż samochodem! Słoneczko świeciło, całkiem przyjemny spacer :).

Tak więc deszcz przestał padać, woda w końcu opadła, no i mamy wreszcie (co prawda, według prognoz - tylko chwilowo) przepiękną, złotą polską jesień :). Lato było za gorące na intensywne prace polowe, toteż ze zdwojoną energią nadrabiam teraz ogrodowe zaległości. W gruncie rzeczy nie wiadomo w co najpierw ręce włożyć, tyle się tego nazbierało... Przekwitają, a właściwie to na razie zmieniają kolor hortensje - z białego na różowy. Wolę je białe, no ale i tak pięknie wyglądają. Zamierzam je trochę przeorganizować, bo były za gęsto posadzone, więc kilka zostanie przeniesionych na nowe miejsce. Na pewno dwie ogrodowe, które mąż kiedyś wsadził "na chwilę" między bukietowymi :).





To nowe miejsce to trójkątny kawałek po drugiej stronie domu, gdzie był taki niemal leśny zakątek, trochę już przez lata zapuszczony. Nadszedł czas na jego uporządkowanie. Wyrosły tam wielkie świerki i daglezje - czubki mają ponad dachem domu. Rozrosły się szeroko cisy i żywotniki, między nimi ogromna azalia pontyjska, berberys, a dołem gąszcz irgi i bluszczu. Na południowym skrawku tego trójkąta rośnie nasze najstarsze drzewo - 35-letnia brzoza, a u jej stóp - mahonie, pigwowce i barwinek. Między te drzewa doprowadzony jest odpływ z jednej z rynien i teraz planuję zrobić tam wyłożony granitową kostką okrąg, takie odpływowe oczko wodne. Może jakąś pluskawkę też się tam zainstaluje... i żabę z piaskowca ;). Dookoła będą rosły paprocie, parzydło i takie tam, jeszcze się rozglądam za odpowiednimi roślinkami. Może ławeczkę się dostawi, do posiedzenia w cieniu w kolejne gorące lato... Na razie jest dzicz i bałagan. Jak to ogarnę, to przyjdzie czas na obfocenie.

*****

Wspominałam w poprzednim wpisie o pracach remontowych w naszym domu. Remont może nie kapitalny, ale zakres prac jest spory, bo wiele czasu minęło od poprzedniego, a chcemy jak najwięcej zrobić u progu emerytury, żeby mieć spokój na stare lata. Priorytetem był remont głównej łazienki i schodów zewnętrznych i to zostało zrobione w pierwszej kolejności. W tak zwanym międzyczasie (jak schły jakieś fugi czy coś) został zrobiony ocieplony sufit w ogrodzie zimowym - i to chyba najbardziej mnie cieszy. Dom jest na planie litery L otwartej na południe, ogród zimowy wypełnia miejsce między ramionami tej "elki", ma kształt kwadratu 5 na 5 metrów i dach z półprzezroczystego poliwęglanu - co było dobre w starym klimacie, a od paru lat niestety powodowało, że pomieszczenie latem zamieniało się w przegrzaną szklarnię. Kombinacje z podwieszaniem zacieniającej siatki ogrodniczej były raczej słabym półśrodkiem. Ostatnio była to więc już tylko zwyczajna graciarnia i nocna sypialnia Dżemika. Wypełnienie sufitu między krokwiami wełną mineralną i pokrycie płytą gipsową dało nadspodziewanie dobry efekt i nareszcie będzie tutaj fajne miejsce do wypoczynku, z widokami z obu stron na zieloną ścianę drzew i krzewów. Jestem w trakcie urządzania i dopieszczania.

Teraz planujemy wymianę schodów do ogrodu. Schodków jest tylko sześć, ale temat rozszerzy się o wymianę balustrady na przyległym tarasie i dodanie jej przy tych schodkach. Stara balustrada jest drewniana, nieco rozchwiana i trochę już nadgryziona zębem czasu oraz kocimi pazurami, nowa ma być kuta, podobnie jak jest zrobiona balustrada na balkonie piętro wyżej. W międzyczasie drobne malowanko w środku domu, a w planie jeszcze wyrównanie, podniesienie i poszerzenie podjazdu od strony ogrodu, bo korzenie potężnego świerka (który w momencie sadzenia był małą doniczkową choinką, a teraz ma jakieś 15 metrów wysokości i ze sześć średnicy) wysadzają nam kostkę brukową, a w innych miejscach nieco się zapadło i ogólnie kiepsko to wygląda, więc trzeba w końcu coś z tym zrobić, zanim ktoś nogę złamie.

No i na koniec tej remontowej historii czeka nas kolejne spore wyzwanie, a mianowicie likwidacja drugiej małej łazienki na dole, dzięki czemu powiększy się kuchnia, natomiast nowa łazienka powstanie kosztem dużego przedpokoju. Czyli znowu całkiem spory armageddon. No i potem oczywiście remont tej powiększonej kuchni. Ja w sumie bym tego nie ruszała, ale mąż się uparł, gada o tym od pięciu lat, kasę na to odłożył, no dobra, niech będzie... Zresztą ten temat to już chyba w przyszłym roku ruszymy, może się coś w planach pozmienia. Część prac wykonuje nasz syn (sam albo z rzeczonym majstrem), bo chociaż inżynier, to lubi tak zwyczajnie majsterkować, spawać, piłować, przykręcać, dokręcać itd, a kiedyś miał krótki epizod z pracą w roli tzw. kafelkarza w dużej firmie, gdzie odbył porządne przeszkolenie, czego efektem jest wykonany samodzielnie remont mieszkania po dziadku i nasza łazienka. Ma przy tym dużo cierpliwości do dopracowywania drobiazgów, w czym zresztą dorównuje mu nasz majster, więc prace idą może niezbyt szybko, ale za to porządnie. Prawdopodobnie jednak ta nowa łazienka i kuchnia to pieśń przyszłości, czyli raczej następnego roku. 


*****

Zdjęcie nie na temat, ale akurat ten zwierz dał się sfotografować (bo spał!) - nasza największa śpioszka, żarłoczka i pieszczoszka, Basiunia:

BASIUNIA


Miałam nie pisać tym razem o moich zwierzakach, bo wydawało mi się, że ostatnio opowiedziałam co ciekawsze historie, ale po przejrzeniu wcześniejszych wpisów nie znalazłam ważnej informacji o zmianie liczebności stada. Otóż ubył nam jeden kot, czarny Grubcio. Zniknął, zdematerializował się. Szczerze pisząc - nawet jakoś bardzo nie rozpaczamy, bo jesteśmy przekonani, że Grubcio po prostu wrócił na swoje stare mieszkanie. No i właśnie byłam przekonana, że ja o tym wszystkim już pisałam, ale nie znalazłam takiego wpisu. Podobno ostatnio Blogger usuwa ludziom różne treści, wedle swojej nie do końca przejrzystej polityki i z nieujawnianych blogerom powodów, ale do licha chyba nie usunął mi historii kota?! Tak więc chyba wpis miał być, na pewno go pisałam, ale może coś sama usunęłam, zdarza mi się czasem wywalić jakiś niedokończony post.

Zatem, wracając do Grubcia... Przypomnę może najpierw, skąd się Grubcio u nas wziął. Otóż zaczął do nas przychodzić jakieś trzy lata temu. Różne koty czasem zachodzą do naszego ogrodu, zwykle jakieś młode kocurki szukające przygód, ale one wpadają tak na krótkie wizyty, a Grubcio wyraźnie sobie upodobał nas, albo nasz ogród, natomiast mój mąż zachwycił się wielkim, dostojnym, czarnym kocurem i zaczął go ugaszczać. Przynosił mu smakołyki, a Grubcio z godnością te dary przyjmował. Z czasem zaczął pojawiać się regularnie około godziny osiemnastej, najwyraźniej oczekując kolacji. No więc mąż szykował mu jedzonko, a ja któregoś razu zdjęłam kotu przeciwpchelną obróżkę, bo miał ją jakoś tak mocno zaciśniętą, a że miał też wielkie, jakby trochę wybałuszone oczy, to wyglądał, jakby się w tej obróżce dusił. Tak więc kot został ugoszczony i uwolniony z chomąta i chyba mu się to wszystko spodobało, bo zaczął wchodzić do domu. Za pierwszą wizytą obszedł całe domostwo, zrobił siku elegancko do kuwety i chyba postanowił, że będzie tutaj mieszkał. Tak też zrobił. Przez całe lato i jesień sypiał w altance, przychodził do domu na jedzonko, ale często znikał na dzień czy dwa, tak więc podejrzewaliśmy, że ma jednak jakiś swój pierwszy dom, do którego wraca. Ostatecznie jednak w mroźne noce zaczęliśmy wpuszczać go do domu. Polubili się z Dżemikiem i w związku z tym sypiali razem w ogrodzie zimowym. 

Pańcio wieczorami chodził z psem na długie spacery i Grubcio zaczął się do nich przyłączać. Zdarzało się przy tym niekiedy, że Grubcio odłączał się od ekipy i skręcał w nieodległą od naszego domu uliczkę i znikał w zaroślach. Zjawiał się potem wieczorem, albo na drugi dzień, albo czasem nawet po dwóch dniach. Wcale nie głodny zresztą, tak więc krzywda mu się nie działa, ktoś go dokarmiał. I pewnego dnia taka oto historia... Mąż z Dżemikiem i Grubciem wracają z wieczornej przebieżki, a ulicą idzie jakiś chłopak, przygląda się i w końcu pyta: "a ten kot to pana? bo nam kiedyś taki sam zginął..." Mąż opowiedział mu historię Grubcia, ale chłopak jakoś nie domagał się zwrotu kota czy coś, poszedł w swoją stronę. Myśleliśmy, że opowie w domu i może za kilka dni ktoś się zjawi w sprawie identyfikacji i ewentualnych negocjacji co do przeprowadzki Grubcia, ale nikt się nie odezwał. Może się pogodzili ze stratą kota, może mają już innego, może uznali, że po dwóch latach kot ma już stałe, wybrane przez siebie miejsce, to nie ma sensu robić zamieszania... Tak więc Grubcio mieszkał u nas i był już całkiem naszym kotem. 

Aż razu któregoś, podczas wieczornej przechadzki z pańciem i Dżemikiem, Grubcio zboczył z trasy i udał się w sobie wiadome chaszcze, tam gdzie zwykle to robił. Z tym że tym razem już się u nas nie pojawił. Ani tego wieczoru, ani następnego ranka, ani... No nie wrócił i już. Mamy przeświadczenie, że on gdzieś tam miał jakąś swoją drugą miejscówkę, a może wrócił do swojego starego domu? Kot moich znajomych kiedyś zginął... i wrócił po dwóch latach. Tak po prostu. Dlatego nie szukaliśmy Grubcia jakoś intensywnie. Zniknął w miejscu, gdzie nic złego nie powinno mu się stać, więc to była raczej kwestia jego wyboru.


GRUBCIO


Zostały cztery koteczki i pies. Szczerze mówiąc, przy tej świadomości, że prawdopodobnie nie stała mu się żadna krzywda, nawet jestem zadowolona, bo jest znacznie mniej zamieszania. Grubcio z dziewczynami miał zawsze na pieńku i trzeba było pilnować, żeby ich gdzieś razem nie zamknąć, osobno karmić, regulować ruch kotów przy wchodzeniu i wychodzeniu z domu i między pokojami. Fajny był, ale wybrał inne życie.





*****



sobota, 14 września 2024

Fiński poziom absurdu, humoru i horroru.

Jak widać po ciszy na blogu - miałam wakacje :). No, przyznam, że były to głównie wakacje od bloga, bo jakichś wyjazdowo-urlopowych ekscesów nie było - te są zaplanowane na późnojesienne tygodnie. Od kiedy nie wiążą nas wakacje dzieci w wieku szkolnym - wypady urlopowe odbywamy zwykle wiosną, jesienią, czasem zimą. Lato to co najwyżej wczasy pod własną gruszą, a raczej czereśnią, ewentualnie jedno-dwudniowe wypady. 

Klimat tego lata zdecydowanie nie sprzyjał jakiejkolwiek mojej aktywności, bo ja jestem z zimnolubnych i upały mnie wykańczają (w dodatku takie na zmianę z oberwaniami chmury i temu podobnymi zawirowaniami aury). Niewiele malowałam, w ogrodzie coś tam ledwo podziubałam, ale bez szału, ruszyliśmy tylko trochę z remontem ponad 30-letniego domu... No ale jednak obrazków parę się nazbierało od tego ostatnio pokazywanego, więc powoli będę je tu zamieszczać, na zmianę z wpisami książkowymi, bo mam kilka przygotowanych - i od tego zacznę, czyli dzisiaj będzie głównie o książkach.




Opowiem Wam o kryminalnej trylogii pióra fińskiego autora, którego rodacy okrzyknęli najbardziej inteligentnym spośród fińskich pisarzy. Ekhm... Chyba miałam lepsze wyobrażenie o inteligencji Finów ;). Nie, żeby Antti Tuomainen sprawiał wrażenie mało inteligentnego, ale po takich rekomendacjach spodziewałam się tam jakiegoś niesamowitego polotu, a szczerze mówiąc, poza różnymi wtrąceniami z paru poważnych dziedzin (filozofia, matematyka itp) szału nie ma. Ale zaraz Wam to wszystko szczegółowo wyłuszczę.

Już nie pamiętam, co mnie skłoniło do zapisania sobie książek autorstwa Antti Tuomainena na liście "na później" w Empiku - na pewno czyjaś recenzja, ale teraz już widzę, że za bardzo jej nie sprawdziłam w innych źródłach i jakoś tak bezrefleksyjnie wrzuciłam niedawno trzy tomy do koszyka. Potrzebna mi była lektura lekka i przyjemna, a jednocześnie inteligentna, w jakimś ciekawym stylu, taki przerywnik w poważniejszych książkach, którymi się ostatnio obkładam. No i ciekawa byłam nowych kryminałów, nieznanych mi dotąd autorów. Tuomainen określany jest jako jeden z najlepszych towarów eksportowych Finlandii, zdobywał w swoim kraju liczne laury i nagrody, blurby zapowiadają zabawną i ekscytującą przygodę czytelniczą, zatem z dużą nadzieją sięgnęłam po te książki. Poniewczasie wczytałam się jednak bardziej wnikliwie w recenzje na moim ulubionym portalu "Lubimy czytać" i okazało się, że jednak polscy czytelnicy nie podzielają zachwytu rodaków pana Tuomainena... Widocznie trochę inaczej pojmujemy humor oraz inteligencję ;). No i dla mnie kolejna nauczka, żeby nie rzucać się od razu na trylogie, tylko zacząć od pojedynczej pozycji... No ale dobra, kupiłam, więc jakoś przez to przebrnęłam, nie było najgorzej, chociaż uczucia miałam mieszane...

A zatem:

  • ANTTI TUOMAINEN - " Czynnik królika". Wydawnictwo Albatros, 2023r, str.383.


Bohaterem jest tracący właśnie posadę aktuariusz firmy ubezpieczeniowej, matematyk z krwi i kości, z zawodu i pasji, Henri Koskinen. Chwilę później dowiaduje się, że zmarł jego brat (z którym utrzymywał raczej luźne kontakty), pozostawiając mu w spadku park przygody (nie - rozrywki, jak zawsze powtarza), a także, co ujawnia się kolejną chwilę później, spore długi, co gorsza - zaciągnięte w podejrzanych miejscach. W całej tej historii jest sporo krwawych wątków i mrożących krew w żyłach sytuacji, mamy paru nieboszczyków i zamachy na życie, pościgi i ucieczki, ale... opisane są w taki sposób, że czytelnik zupełnie nie czuje emocji. Doprawdy, bardziej przerażające są opisy zbrodni u staroświeckiej Agathy Christie. Brakuje mi w tej książce opisu wrażeń i przeżyć, emocjonalnych napięć. Ale tak po prawdzie - takie jest chyba założenie autora. Mamy wczuć się w sposób myślenia narratora, który jest jednocześnie głównym bohaterem opowieści. A jest to człowiek wykazujący cechy autystyczne, nieco oderwany od tzw. normalnego życia, przyzwyczajony do szacowania ryzyka w każdej sytuacji, myślący liczbami i wykresami, przeliczający wszystko zgodnie z zasadami statystycznymi i wzorami matematycznymi. Dlatego też tok narracji jest nieco beznamiętny, mamy po prostu krok po kroku szczegółowy zapis suchych faktów.

W pierwszym tomie poznajemy zasady funkcjonowania parku przygody, którego właścicielem i zarządcą stał się niespodziewanie ten oryginalny człowiek. Prawie natychmiast zaczynają się dziać przedziwne rzeczy, nasz bohater wprost z zacisza firmy ubezpieczeniowej, w której spokojnie opracowywał swoje tabelki i wykresy, wpada w wir krwawych porachunków i podejrzanych transakcji, w końcu niechcący sam staje się przestępcą... A wszystko to dzieje się w scenerii gigantycznych urządzeń zabawowych, olbrzymich królików, labiryntów i zjeżdżalni, wśród których szaleją nienasycone dzieciaki. Prawdopodobnie chodziło o kontrastową absurdalność sytuacji, ale jakoś mnie to nie przekonało.

Dość nietypowy jest wspomniany zabieg autora, polegający na beznamiętnym wyliczaniu kolejnych zdarzeń, w zasadzie bez emocjonalnej oceny, tak abyśmy mogli "wejść w skórę" aktuariusza znającego się na liczbach i rachunku prawdopodobieństwa, a nie mającego pojęcia o uczuciach, na przykład o miłości. Bo i taki wątek się pojawia.

Z jednej strony - fabuła przypomina nieco żenujące, słabej klasy absurdalne komedie amerykańskie, ale z drugiej - w pewnym momencie zaczyna to czytelnika wciągać. Zastanawiamy się, jak ten biedak z tego wszystkiego wybrnie, jak poradzi sobie z kłopotami, w które się wpakował i z osaczającymi go przestępcami... A radzi sobie nadspodziewanie dobrze, może trochę dzięki swoim autystycznym cechom i znajomości reguł matematycznych i statystycznych.

Przyznaję, że trochę mnie ta książka zmęczyła, bo to jednak nie moje klimaty. Brak finezji, cała intryga grubymi nićmi szyta... Ale sam przypadek głównego bohatera był na tyle intrygujący, że dałam radę przeczytać do końca.



Moja ocena: 6/10.

*****


  • ANTTI TUOMAINEN - "Paradoks łosia". Wydawnictwo Albatros, 2023r, str.383.



Dalsze dzieje Henriego Koskinena i kolejne kłopoty związane z parkiem przygody i krążącymi wokół przestępcami. O dziwo, drugi tom bardziej mi się spodobał, jakby autor zaczął trochę poważniej traktować czytelnika. Pierwszy tom miał chyba zanęcić, zaintrygować, w drugim mamy mniej wariackich akcji, za to bliżej poznajemy rozmaite problemy organizacyjne, kadrowe, finansowe itd., związane z funkcjonowaniem parku przygody jako przedsiębiorstwa. Długi, problemy z dostawami sprzętu, nieuczciwa konkurencja, kłopoty z pracownikami, do tego mieszający szyki "zmartwychwstały" brat Henriego. Pojawia się wątek rodzinny, nasz bohater (zakochany już pod koniec pierwszego tomu) próbuje ułożyć sobie życie prywatne, a jednocześnie walczy o miejsce firmy na rynku, o odzyskanie zaufania pracowników, przejmuje się kłopotami brata, wpada w kolejne konflikty ze światem przestępczym. Ten tom czytało mi się znacznie lepiej, mniej było słabego absurdu, więcej przemyślanych akcji. Nadal jednak nie wiem, dlaczego uważa się te książki za komediowe. Przy każdym tomie zdarzyło mi się tylko jeden raz roześmiać się na moment. Lubię komizm sytuacyjny i słowny, ale inteligentny. Sam fakt, że narzędziem zbrodni staje się fragment plastikowego zwierzaka, nie bawi mnie ani trochę.

Moja ocena: 7/10

*****


  • ANTTI TUOMAINEN - "Teoria bobra". Wydawnictwo Albatros, 2024r, str.350.



No i tom trzeci przygód aktuariusza w roli właściciela parku przygody. Rozwija się wątek rodzinny, ale oczywiście mamy kolejnego nieboszczyka, walkę z konkurencją, szpiegostwo, rozmaite podchody i pościgi. Strasznie to wszystko rozwlekłe, bohater-narrator drobiazgowo relacjonuje kolejne czynności: wspominając o myciu zębów przed wyjściem z domu, szczegółowo wymienia szczotkowanie trzonowców, siekaczy, dziąseł i tak dalej, czynność po czynności. Mamy dzięki temu zrozumieć psychikę autystycznego aktuariusza, wierzącego w potęgę matematyki, logiki i statystyki. Od czasu do czasu autor wtrąca rozważania o filozoficznych teoriach Schopenhauera i Leibniza, nieustannie mamy do czynienia z rachunkiem prawdopodobieństwa, ekonomią behawioralną i temu podobnymi pojęciami, które stanowią istotny aspekt działań Henriego. Równolegle jednak aktuariusz próbuje być członkiem rodziny, angażuje się w rozmaite szkolne przedsięwzięcia wynikające z podjętej opieki nad pociechami partnerki, w których początkowo nie potrafi się odnaleźć, z czasem jednak zaczyna mu się podobać nowa rola i ludzie, których przy okazji poznaje.


Moja ocena: 7/10.

*****

Próbki stylu "najinteligentniejszego i jednego z najzabawniejszych" pisarzy Finlandii:



Podsumowanie:

Rozumiem pomysł autora na sylwetkę głównego bohatera, te wszystkie dłużyzny, drobiazgowe opisy kolejno wykonywanych czynności, oszczędne operowanie emocjami, ale... mimo wszystko uważam, że lepiej by to wyglądało skompresowane do jednego tomu. Wiele scen trochę przeskakiwałam, bo doprawdy nie mam ochoty czytać o zmianie biegów w samochodzie na każdym skrzyżowaniu w trakcie pościgu po ulicach miasta, czy za każdym razem jak bohater wychodzi z domu - opis wkładania kolejno kurtki, czapki, szalika itd. Poza tym pomysł co do tych szczególnych cech bohatera (autyzm? asperger?) jest interesujący, a intryga kryminalna ciekawa i dość nietypowa, chociaż niektóre momenty były nieco infantylne. Może miały być zabawne - dla mnie nie były. W sumie - dość dobry kryminał lekkiej kategorii, nietypowy, acz nieco nazbyt rozciągnięty na te trzy tomy. I - pomimo tych wtrąconych tu i ówdzie filozoficznych rozważań i rzucanych obficie finansowo-matematycznych terminów, (aspirujących zapewne do miana literatury wyższych lotów) - raczej dla mało wymagających czytelników.



Podobno ma być nakręcony (albo już jest, nie wiem) film na podstawie tych książek. Raczej nie obejrzę.

*****


A teraz newsy z życia domowego. Jak wspomniałam, przerwa w blogowaniu spowodowana była głównie zamieszaniem remontowym. Wiecie - ciągłe sprzątanie, przestawianie sprzętów, latanie po sklepach, bo jednak to czy tamto nie pasuje i nagle trzeba coś dokupić, wybrać, zadecydować czy to damy tutaj, czy jednak tam, panom majstrom picie donieść w upale itd. A remont mamy totalny, to znaczy w różnych pomieszczeniach i również na zewnątrz domu, ale dzieje się to nie naraz, tylko po kolei, bo główny majster jest jeden i się nie rozerwie, a my też nie mamy siły na totalny armageddon i zdecydowaliśmy się na taki rozwleczony nieco, ale dość spokojny, harmonogram prac. Majster znajomy i sprawdzony, więc tym bardziej nie narzekamy. 

Ostatni poważny remont był ćwierć wieku temu, więc nie dało się pewnych rzeczy dalej odwlekać, no i w sumie uzbierało się tego trochę. Tak więc mamy już za sobą remont większej łazienki: wymiana głównych urządzeń i przy okazji trochę kombinacji z uzupełnianiem kafelków, które ogólnie rzecz biorąc były w świetnej formie i szkoda było skuwać, ale tu i ówdzie trochę się zmieniło położenie wanny czy rozmiar brodzika i coś tam się jeszcze ukruszyło w ferworze. Na szczęście mieliśmy zachomikowany mały zapas płytek sprzed ćwierć wieku, kiedy to łazienka była robiona, więc udało się artystycznie połatać powstałe braki. Efekt świetny, chociaż może nie jest to łazienka marzeń i raczej niezupełnie w myśl aktualnych trendów wnętrzarskich (da się wyczuć klimat lat 90-tych ubiegłego wieku, hehehe...), ale mimo wszystko pachnie i lśni nowością, no i koszt wyszedł nadspodziewanie dużo mniejszy, niż zakładaliśmy, co pozwoli na inne szaleństwa remontowe :). 

Następnie zrobione zostały od nowa schody zewnętrzne, a trochę ich jest, bo dom na skarpie. Poprzednie płytki z jakiegoś pięknego, ale nieprzystosowanego do naszego klimatu, hiszpańskiego klinkieru, rozwarstwiły się i pokruszyły przez te lata i swoim wyglądem wołały o pomstę do nieba. Teraz mamy granit, którego żadna zima nie ruszy. Przy okazji zmieniono położenie furtki, co zwiększyło obszar patrolowany przez Dżemika i dało mu lepszy punkt widokowy na ulicę. Oczywiście nie to było głównym celem przeróbki, tylko nasza wygoda, ale przy okazji pies też zadowolony :). 



Dżemik zresztą aktywnie uczestniczył w pracach budowlanych, pilnował pana majstra i nawet osobiście sprawdził czy zasechł już lepik położony w ramach renowacji na dachu garażu (z uwagi na usytuowanie na skarpie, dostęp do tego dachu jest bardzo łatwy z poziomu ogrodu i górnego spocznika schodów - taki rodzaj nieużywanego tarasu)... Ekhm... No tak, to była katastrofa! - albowiem lepik jednak nie zastygł (miał być przykryty jeszcze papą), a piesek z całą swoją radosną energią i 40-kilogramową masą przecwałował wzdłuż i wszerz zasmarowanej połaci... Wcześniej koty też próbowały, ale jako bardziej inteligentne stworzonka tylko nieufnie pomacały to śmierdzące i lepkie czarne i szybko się wycofały... Było jednak konieczne smarowanie kocich łapek masłem, wycieranie, a i tak zdążyły trochę śladów w domu zostawić, na szczęście tylko na płytkach i panelach podłogowych, co dało się łatwo usunąć. Z psem była gorsza przeprawa - najpierw przebiegł jeszcze po świeżo położonych stopniach z jasnego granitu, zostawiając czarne smołowe odbitki łap, a potem uciekał przed pańciem po całym ogrodzie, czego efektem było obklejenie tych zalepikowanych łap trawą i ziemią. Wyglądał, jakby miał puchate kapcie na wszystkich łapach :). No i tym sposobem mieliśmy wszyscy zajęcie na całe popołudnie: syn czyścił benzyną ekstrakcyjną schody, a my z mężem mieliśmy zabawę z myciem Dżemikowych łap (moczenie w oleju, wydłubywanie spomiędzy palców zlepionej smołą trawy i ziemi, wycieranie ręcznikami papierowymi, mycie płynem do naczyń, płukanie, wycieranie... i tak dwa razy, a i tak pies został na noc na dworze, żeby nie upaprał całej chaty z kanapą na czele... Takie to mamy czasem rozrywki.


Balbinka, zwana również Króliczkiem


Z innych atrakcji - zaobserwowaliśmy w tym roku, że nasza księżniczka i największa domatorka, Kocia, jest niestety kotką łowną. I nie interesuje jej drobnica. Sabinka przynosiła za młodu myszy i małe ptaki - rudziki, sikorki itp, ale Kocię interesuje tylko gruba zwierzyna. A więc na przykład - razu pewnego przytaszczyła mi do pokoju (na pierwszym piętrze) żywą srokę. Jak ona z tym sporym ptakiem wtarabaniła się z ogrodu przez dwa pokoje i schody na górę, to nie mam pojęcia. Sroka prawdopodobnie wpadła do ogrodu zimowego, który w lecie pootwierany jest na wszystkie strony i czasem tam jakiś ptak wleci, a z powrotem to już bywa gorzej. Ptak przytargany przez Kocię był nieco zdezorientowany, ale cały i sprawny, bo jak po wyplątaniu go z firanki otworzyłam szerzej okno, to natychmiast wyleciał w kierunku pobliskich drzew.

Inną razą Kocia przyniosła mi na górę rybę z naszego oczka wodnego, takiego czerwono-białego ozdobnego karasia. Ryba była może nie jakaś mega, ale większa od mojej dłoni, więc też trzeba było się trochę wysilić, żeby ją wyłowić z wody i przytaszczyć pańci do pokoju. Ryba jeszcze żyła i nie była jakoś mocno pokiereszowana, więc z balkonu na pierwszym piętrze wykonała - przy mojej pomocy - skok do wody. Chyba przeżyła, bo nie wypłynęła.

Kochane zwierzaki dbają o nasz komfort psychiczny i dostarczają nam nieustannie rozmaitych rozrywek.

Tak więc dzieje się, do tego ogród sam się sobą nie zajmie... To znaczy - jak najbardziej zajmie, ale niezupełnie zgodnie z moją wizją! Ostatnio trzeba było podjąć decyzję o wycięciu dwóch ciężko chorujących drzew (śliwa i jeden lilak), rozpanoszyły się też pod koniec lata choroby grzybowe (moja ukochana 25-letnia azalia pontyjska!) i mączniak (ogromny, chyba 20-letni wiciokrzew japoński!), więc dałam sobie spokój z ekologią i zabrałam się za solidne opryski, no i intensywne wzmacnianie roślin, co wiąże się z nadprogramowymi pracami ogrodniczymi. A jak jeszcze dochodziły te wszystkie zawirowania pogodowe, raz wściekły upał, raz gradobicie i inne atrakcje, to nie miałam już siły ani na malowanie obrazków tak często jak sobie planowałam, ani nawet na blogowanie. Na szczęście to upalne lato już się na dobre skończyło, najpierw nastał przyjemny chłodek, a teraz mamy osławiony niż genueński i deszcz od dwóch dni, więc stopniowo wróciła mi chęć do życia, tworzenia i blogowania :).

*****

sobota, 6 sierpnia 2022

Książki. O starożytnej medycynie, o mikrobiomie, o sztuce i o... morderstwach.



Obiecałam wpis o książkach, ale czas leci, książek "na liczniku" przybywa nieustannie... no i teraz nie sposób napisać w jednym tekście szczegółowo o wszystkich pozycjach, które przeczytałam w ostatnich miesiącach. Wiecie, że jak ja się rozpiszę, to końca nie widać... Wybrałam więc tylko część z nich, o innych może uda mi się wkrótce napisać oddzielnie. Ciągle sobie obiecuję, że będzie mnie tu na blogu więcej ;).

No to jedziemy - na początek dwie pozycje, w pewnym sensie trochę tematycznie powiązane, obie bowiem traktują o zdrowiu człowieka.

Jurgen Thorwald "Dawna medycyna, jej tajemnice i potęga".






Przeczytałam tę pozycję niemal jednym tchem, bo od niepamiętnych czasów fascynują mnie starożytne cywilizacje, ich organizacja, kultura, sztuka, nauka, wszelkie niesamowite osiągnięcia, które wciąż odkrywamy i nieodmiennie nas zaskakują.

Jurgen Thorwald to autor wielu ciekawych pozycji z zakresu medycyny, ale - przynajmniej te, które czytałam - zaliczyłabym do rodzaju literatury popularnonaukowej. Są to dość swobodne opowieści o pewnych aspektach medycyny, na szerokim, choć z konieczności tylko pobieżnie omówionym, tle innych wydarzeń i okoliczności. 


Biorąc tę książkę do ręki warto więc mieć choćby minimum wiedzy historycznej lub przynajmniej zainteresowania taką tematyką, bo rozumiejąc kontekst kulturowy i historyczny znacznie lepiej pojmiemy niezwykłość opisywanych tu odkryć.
Dla mnie "Dawna medycyna (...)" jest kopalnią fascynującej wiedzy o niezwykłych, do dzisiaj zadziwiających osiągnięciach naszych starożytnych przodków, w zakresie rozpoznawania chorób, metod leczenia, zaawansowanych operacji chirurgicznych, używanych leków i narzędzi, z których wiele do chwili obecnej pozostało nieznacznie tylko zmienionych. 


Przez kilka tysięcy lat świat wcale nie posunął się tak daleko do przodu w swoim rozwoju, jakby nam się mogło wydawać. Odkrywamy dzisiaj na nowo to, co 2-3 a nawet 4 tysiące lat temu doskonale znali i z powodzeniem stosowali lekarze peruwiańscy, hinduscy czy chińscy. 
W sumie zabawna jest konstatacja, że my, Europejczycy, chcący uważać nasz kontynent za źródło cywilizacji podbijającej inne kontynenty, tak naprawdę zniszczyliśmy w czasach podbojów zdobycze dawnych cywilizacji, zachowując zaledwie drobne ułamki wiedzy opracowanej, opisanej i stosowanej przez starożytnych mieszkańców Ameryki Południowej, Egiptu, Babilonii czy Indii. Nasi uczeni dokonują dzisiaj odkryć, które wiele tysięcy lat temu były codziennością dla ówczesnych medyków.


Przede wszystkim - obalony zostaje mit, w który Europejczycy wciąż chcą wierzyć, że rozwój nowożytnej medycyny rozpoczął się w Grecji, a pierwszym znanym i uznanym lekarzem był Hipokrates. Wszystko, co w książce Thorwalda przeczytamy, dowodzi, że co najmniej dwa tysiące lat wcześniej medycy na innych kontynentach doskonale znali się na leczeniu wszelkich chorób, potrafili sporządzać skuteczne leki, przeprowadzali skomplikowane operacje, łącznie z cięciem cesarskim, amputacją kończyn, operacjami plastycznymi z przeszczepami skóry, trepanacją czaszki itd.


Jest w tej książce trochę historii, zarys dziejów dawnych kultur i przede wszystkim - sporo niezwykłych informacji o niesamowitych wręcz osiągnięciach starożytnej medycyny - a wszystko to napisane językiem lekkim i zrozumiałym dla laika, bez nużących naukowych wywodów. 


Thorwald prowadzi nas w kolejnych rozdziałach przez wszystkie kontynenty i krainy, na których terenach znaleziono ślady dawnych wysoko rozwiniętych cywilizacji, omawiając na początku każdej części najpierw tło historyczne, w którym rozwijały się wszelkie nauki, w tym wiedza o medycynie i higienie. Bardzo ważne jest takie wprowadzenie, bo bez wyobrażenia sobie warunków kulturowych, religijnych, politycznych itp, trudno jest zrozumieć kierunki, jakimi podążały myśli i działania starożytnych lekarzy w poszczególnych państwach.


W poszczególnych częściach "Dawnej medycyny" znajdziemy dość szczegółowo omówione zdobycze medycyny starożytnego Egiptu, Babilonii, Indii, Chin, Meksyku i Peru.


Blisko 3 tysiące lat temu w Egipcie istniały już szkoły medyczne, a wśród lekarzy wyróżniano specjalistów w zakresie poszczególnych rodzajów chorób. Powstawały ogrody zielarskie, apteki i podręczniki medyczne - zapisane na papirusach i  tabliczkach rozpoznania chorób i sposoby ich leczenia. Niedawno odkryto, że medycyna staroegipska wykorzystywała leki wytwarzane wówczas w Indiach. Dziwne na pozór składniki używane w ówczesnych medykamentach znajdują dzisiaj uzasadnienie w odkryciach nowoczesnej nauki. Stosowano z powodzeniem środki odkażające i znieczulające oraz zapobiegające rozprzestrzenianiu różnych chorób, moskitiery i szkła powiększające, środki antykoncepcyjne zawierające substancje uzyskiwane z dostępnych roślin - o potwierdzonym dzisiaj skutecznym działaniu. Stan higieny, w tym sieć wodociągów i kanalizacji oraz powszechnych łaźni budzi wciąż nasz podziw.


Na terenach starożytnej Babilonii odkryto bogate archiwum w postaci glinianych tabliczek, zawierające pierwsze recepty sprzed ponad 3 tysięcy lat, rachunki za zabiegi medyczne, korespondencję lekarską. Możemy z nich odczytać wiele informacji o codziennym życiu i problemach zdrowotnych mieszkańców Dwurzecza. Znaleziono ponadto narzędzia chirurgiczne i różne zapiski świadczące o umiejętnościach lekarzy mezopotamskich - dokonywali trepanacji czaszki, operowali zaćmę, stosowali cewnikowanie, wlewy i leczenie czopkami. Podobnie jak w Egipcie korzystano także z leków przywożonych z Indii, daleko zaawansowana była znajomość procesów chemicznych i działania różnych roślin, wykorzystywanych do dzisiaj w farmakologii.


I tak autor prowadzi nas kolejno przez pozostałe obszary kulturowe, gdzie przed tysiącami lat lekarze stosowali metody diagnozowania i leczenia, które obecnie wciąż wprawiają w podziw.

Mankamentem książki wydaje się być brak ilustracji (poza sześcioma zdjęciami na stronach tytułowych rozdziałów). Jest to jednak zabieg celowy - mam wrażenie, że wynikający trochę z nieco urażonej ambicji autora. 

Thorwald w trakcie opowieści dość często wspomina o konkretnych zdjęciach różnych ważnych obiektów archeologicznych, które są w zasadzie jedynym źródłem naszej wiedzy o starożytnej medycynie. Jednak w książce tych fotografii nie ma. Kiedy opisuje figurki realistycznie przedstawiające ludzi z konkretnymi objawami chorób lub powołuje się na zdjęcia różnych innych artefaktów - mimowolnie zaczynam wertować książkę w poszukiwaniu ilustracji. Ilustracji niestety nie ma...


Pewne światło na tę dziwną kwestię rzuca posłowie. Otóż impulsem do napisania tej książki był dyskutowany niegdyś, ale ostatecznie nie zrealizowany, projekt opracowania popularnonaukowej historii medycyny. Na potrzeby tego pomysłu przewidziano około 300 ilustracji. Ostatecznie jednak uznano, że nie wystarczy to do stworzenia pozycji przybliżającej w sposób przystępny historię około 4 tysięcy lat medycyny. 


Thorwald, którego poproszono wówczas o opinię, zaproponował więc skupienie się jedynie na fascynującej, owianej tajemnicą i najmniej znanej szerokim kręgom odbiorców historii medycyny starożytnej.  Ten pomysł z kolei nie znalazł uznania drugiego recenzenta, który uważał, że za mało jest do tego tematu materiałów i ilustracji, więc tym bardziej trudno będzie trafić z takim dziełem do szerokiego kręgu odbiorców. 


Zniesmaczony Thorwald podjął więc rękawicę i niejako na przekór tej opinii postanowił napisać "zarys medycyny wczesnohistorycznych kultur ludzkości" - w sposób przystępny dla zwykłego czytelnika, pomijając jednocześnie stronę wizualną takiego opracowania. Chciał w ten sposób udowodnić, że o historii medycyny można opowiadać interesująco, bez podpierania się licznymi obrazkami. Trzeba przyznać, że w dzisiejszych czasach to dość ryzykowny pomysł. Jednak uważam, że Jurgen Thorwald znakomicie sobie poradził z tym wyzwaniem. Książkę czyta się z przyjemnością, mimo że jest obficie naszpikowana wiedzą historyczną i medyczną, autor podał ją jednak w bardzo zręczny i przyjazny sposób.


Michael Mosley "Jelita wiedzą lepiej".




O tej książce wspomniałam już w poprzednim wpisie - "Ogrodowanie i przetwarzanie". Tematyka zdrowego odżywiania i naturalnych metod leczenia zawsze była mi bliska, szczególnie od czasów okołomaturalnych, kiedy to po raz pierwszy zetknęłam się z jogą i wegetarianizmem. W tamtych czasach nie było to jeszcze ani modne, ani powszechne :). Ale przejdźmy do książki, która wpadła mi w ręce przypadkowo parę miesięcy temu, akurat w czasie, kiedy oboje z mężem walczyliśmy z powirusowymi komplikacjami w postaci zakażenia, a może raczej - nadmiernego namnożenia, bo są to mikroorganizmy normalnie bytujące w ludzkich organizmach - paciorkowcem (streptococcus viridans) i drożdżakami (candida albicans). Książka w zasadzie stosunkowo mało wniosła nowego do mojej wiedzy, z większością poruszanych w niej kwestii gdzieś już kiedyś się spotkałam, ale jednak - warto było ją przeczytać i serdecznie ją polecam :). Poukładała mi sporo w głowie, wiele rzeczy przypomniała, inne dokładniej wyjaśniła. 

Autor to absolwent studiów medycznych, ale zajmujący się nie tyle leczeniem, co propagowaniem wiedzy o zdrowiu, a szczególnie o naszym mikrobiomie. Sam poddawał się rozmaitym eksperymentom w ramach naukowych badań o zasiedlających nasz organizm bakteriach, prowadził programy telewizyjne na te tematy, napisał kilka wysoko ocenianych i nagradzanych książek popularnonaukowych.

Książkę "Jelita wiedzą lepiej" czyta się lekko, łatwo i przyjemnie, bo napisana jest niemal w konwencji beletrystycznej, lekkim piórem, z mnóstwem ciekawostek i przykładów z życia, a nawet z przepisami kulinarnymi. Cała historia zaczyna się w momencie, kiedy autor, w ramach kolejnego eksperymentu, połyka mikrokamerkę, która wędruje przez jego przewód pokarmowy. Obserwując kolejne etapy poznajemy równolegle podstawy biologiczne i medyczne z zakresu funkcjonowania układu pokarmowego, wyniki rozmaitych innych badań, skutki zaburzeń, efekty leczenia, możliwości wspomagania naszych przyjaciół - jak Mosley nazywa dobre bakterie, zasiedlające nasz organizm. 

Hipokrates twierdził, że wszelkie choroby zaczynają się w jelitach, a przecież ich praca zależy od tego, jakiego pokarmu im dostarczymy. Dzisiaj wiemy ponadto, że jelita to naprawdę nasz drugi mózg, zawiadujący wszelkimi funkcjami organizmu, a nawet wpływający na pracę tego głównego mózgu, poprzez niezwykle rozwiniętą sieć neuronów. Czy zdajecie sobie sprawę, że sięgając po ciastko, na które naszła Was nagle ochota, spełniacie po prostu rozkaz złych szczepów bakterii, które potrafią stymulować w taki sposób neurony jelitowe, że one wysyłają odpowiedni przekaz do mózgu numer jeden, wyświetlając żądanie: "więcej cukru! zjedz ciasteczko!". Kiedy sobie to uzmysłowimy, możemy zapanować nad zgubnymi nawykami. 

Jak wspomniałam, lektura tej książki zbiegła się u mnie z odebraniem wyników wymazów z gardła. I się wszystko poukładało... Natychmiast, w jeden dzień, nastąpiło przeorganizowanie żywienia, na początku z małym wspomaganiem odpowiednio dobranymi probiotykami w kapsułkach, u męża musiał też wejść antybiotyk, ja się ograniczyłam do metod naturalnych, w tym na przykład czosnku w rozmaitych postaciach. No i dieta przyjazna dla dobrego mikrobiomu, czyli powrót do tego, co dawniej robiłam, ale jakoś pozwoliłam złym bakteriom zawładnąć moim mózgiem i dobre nawyki poszły w tym okresie w odstawkę, pogarszając tylko stan zdrowia.... Efekt konsekwentnej zmiany żywienia - po tygodniu odczuwalna poprawa samopoczucia, zniknęły chorobowe objawy w jamie ustnej, po trzech tygodniach wymazy były "czyste". Waga momentalnie poszła w dół i złapane w czasie tej małoobjawowej choroby trzy nadmiarowe kilogramy w ciągu miesiąca zniknęły, czuję się lekko, sytuacja w jamie ustnej też wróciła do normy. Pilnujemy teraz, żeby stale były świeże kiszonki, naturalne jogurty i kefir, czosnek - w postaci tzatziki, mikstury czosnkowo-miodowo-cytrynowo-imbirowej, jako dodatek do sałatek, kanapek, zup itd... Poranną kawę robię z łyżeczką cynamonu (zwalcza bakterie i grzyby!), łyżeczką kakao (prebiotyk!) i mielonymi goździkami (podobnie jak cynamon!), pijemy dużo wody, zakwas z ogórków i buraków, pszczele skarby (miód, pierzga, propolis)... Natomiast - zero cukru, białej mąki, przetworzonej żywności. Wróciłam do uważnego czytania składów: chleb "razowy z zakwasem" nie jest tym samym co chleb żytni wyłącznie na zakwasie i bez drożdży. I ja to w zasadzie kiedyś wszystko tak robiłam... Jedna infekcja wywróciła wszystko w moim organizmie, namnożyły się złe bakterie i pokierowały moim mózgiem tak, jak im pasowało. 

To tak w dużym skrócie... no i odbiegłam nieco od treści samej książki, ale ona jest bardzo przydatna w takich właśnie sytuacjach. Metody, jakie zastosowaliśmy, znałam z różnych źródeł, ale w tej książce są one wszystkie zebrane i dokładnie opisane - co, jak i dlaczego. Autor dokładnie opisuje pre- i probiotyki, omawia co one zawierają i jak wspomagają nasze dobre bakterie, po kolei wyjaśnia, jak wdrożyć program odnowienia swojego mikrobiomu, a w następstwie - całego organizmu. Książkę polecam wszystkim, którzy mają jakiekolwiek problemy zdrowotne, ale i tym, którzy po prostu chcą zachować dobre zdrowie. Rzecz naprawdę świetnie napisana :).


Luba Ristujczina "Stanisław Wyspiański. Artysta i wizjoner".




Po tę książkę sięgnęłam bez wahania, po lekturze innej pozycji Luby Ristujcziny "Józef Mehoffer. Geniusz polskiej secesji", o której pisałam tutaj:   http://sztukawpapilotach.blogspot.com/2021/11/ksiazki-do-czytania-i-do-ogladania.html . Tamta pozycja zrobiła na mnie ogromne wrażenie i już wtedy zapowiadałam, że kolejne książki tej autorki na pewno się u mnie pojawią.

O Wyspiańskim nie będę Wam tutaj opowiadać, chyba każdy kojarzy tego wszechstronnego artystę, nazywanego naszym czwartym wieszczem narodowym. Zajmował się malarstwem, architekturą, typografią i plakatem, konserwacją dzieł sztuki (polichromii), projektował meble i witraże, tworzył dramaty i wiersze. O pewnej innej, niezbyt zresztą udanej, książce o Wyspiańskim, pisałam TUTAJ. Tam było rozczarowanie, tym razem jestem zachwycona doskonałą lekturą, która jednocześnie jest przepięknym albumem.






Obie wspomniane książki Ristujcziny - o Mehofferze i o Wyspiańskim - są świetnie napisane i rzetelnie opracowane, z wielką dbałością o szczegóły, źródła, cytaty i przykłady. Imponują przy tym ogromem wspaniałych ilustracji - oryginalnych fotografii z dawnych albumów, dokumentów, szkiców, rysunków, zdjęć witraży i polichromii, wreszcie - znakomitych reprodukcji obrazów. Książka liczy 240 stron formatu nieco większego niż A4, ma wyjściową cenę około stu złotych, ale w wielu księgarniach można ją nabyć za połowę tej ceny, co przy tej zawartości uważam za śmiesznie małą kwotę. Naprawdę warto. 


Agata Christie.



Tym razem w nagłówku wymieniłam tylko imię i nazwisko autorki, bo przeczytałam za jednym zamachem osiem jej książek (i dopiero się rozkręcam!), a wiadomo, że Agata Christie jest królową kryminału :). 

Nie jestem co prawda jakąś zaprzysięgłą fanką kryminału jako gatunku, nie czytam wszystkiego z tej dziedziny jak leci, ani wszystkich autorów, ale jest kilkoro takich, którzy mają we mnie wierną czytelniczkę. Wśród nich jest oczywiście Christie, ale jakoś tak się dziwnie złożyło, że chociaż takiej na przykład Chmielewskiej mam trzy pełne półki w biblioteczce (no przyznaję, miałam kiedyś taką fazę na wczesną Chmielewską), to Christie... ani jednej pozycji! A tu akurat niedawno mąż dostał w prezencie "Morderstwo w Mezopotamii"... Oczywiście książkę znałam, ale - po pierwsze: to Christie!, po drugie: Mezopotamia! Musiałam ją znowu przeczytać! Zanim mąż się do niej przymierzył, to ja w jedną noc już pochłonęłam całą książkę - i natychmiast zalęgło mi się w głowie postanowienie, żeby kupić całą serię. Bo książka jest ładnie wydana, w twardej okładce, i jak się okazało - to jest cały cykl przygotowany przez Wydawnictwo Dolnośląskie w 2020 roku, z okazji stulecia wydania pierwszej powieści z komisarzem Poirotem. Pierwotnie planowano wydać tylko 10 tytułów, na które głosowali czytelnicy, ale wobec dużego zainteresowania serią, podjęto decyzję o kontynuacji. W tej chwili jest już chyba coś około 30 tytułów.

Natychmiast więc zamówiłam kilka wybranych pozycji, w pierwszej kolejności te, które już znałam i lubiłam, a później co jakiś czas dochodziły następne. W ramach tego cyklu mam i przeczytałam więc:

"Morderstwo w Mezopotamii", "Śmierć na Nilu", "Zabójstwo Rogera Ackroyda", "A.B.C.", "Kurtyna", "Morderstwo w Orient Ekspressie", "Pięć małych świnek", "Tajemnicza historia w Styles". Już w drodze są następne :).

No i teraz powinnam napisać jakąś recenzję... Ale cóż nowego można napisać o książkach Agaty Christie?! Chyba już wszystko na ten temat napisano :). Tego, że Christie jest najbardziej znaną na świecie pisarką kryminałów, dowodzi chociażby fakt, że jest zarazem najlepiej sprzedającą się autorką wszech czasów: ponad miliard egzemplarzy w języku angielskim i drugie tyle w tłumaczeniach na kilkadziesiąt języków!

To może chociaż kilka zdań o tej pierwszej książce, od której zaczęło się u mnie kupowanie kolejnych, a szczerze mówiąc była to chyba jedna z pierwszych w ogóle książek Agaty Christie, jakie miałam przyjemność dawno temu poznać. "Morderstwo w Mezopotamii", którego akcja rozgrywa się w środowisku ekipy archeologicznej, jest powieścią szczególną, ponieważ Agata Christie, jako żona archeologa, znała doskonale realia pracy przy wykopaliskach. Dlatego też książka obfituje w doskonale opisane szczegóły miejsca, klimatu, organizacji pracy, narzędzi, używanych preparatów itd. Może to spowodowało, że uznano tę pozycję za jedną z najlepszych w dorobku pisarskim Christie. Wszystkie jej powieści cechuje pewna elegancja w prowadzeniu akcji, świetnie nakreślone sylwetki bohaterów, a jednocześnie doskonale zamaskowane szczegóły, które mogłyby naprowadzić czytelnika na odgadnięcie najważniejszych wątków, motywów czy sprawców zbrodni. Czytam zawsze jej książki z ogromną przyjemnością :).

*****


Poza książkami, które dzisiaj wymieniłam, było jeszcze trochę przypadkowych tytułów, o których już nie będę przynudzać... ale też całkiem sporo czasu poświęciłam na studiowanie (i zdobywanie) wszelkich opracowań dotyczących życia i twórczości pewnej niezwykłej osoby... Z tym, że to jest już całkiem odrębna historia i opowiem o tym innym razem... i chyba wielu moich stałych czytelników mocno zaskoczę :). Najpierw jednak będzie dawno obiecany wpis z obrazkami.