Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rośliny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rośliny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 lipca 2026

Plotę sobie...



Plotę wianki z łąkowych kwiatków i moich własnych hortensji, które zaczynają dopiero kwitnąć, ale kwitną obficie. Suszę rozmaite roślinki i będę układać z nich bukiety. Dawno temu lubiłam takie kompozycje z suchych kwiatów, robiłam je najczęściej z róż i kłosów zbóż, z różnymi trawami. Potem na długo przestały mi się podobać takie dekoracje. A teraz znowu wracam do nich, w nieco innej odsłonie. 



Wianek dość słusznych rozmiarów, 65 cm średnicy. Może to nie jest mistrzostwo świata, nie jestem biegła w tej dziedzinie, ale jakoś wyszło. Przy pomocy sznurka połączyłam bluszcz, hortensje, wrotycz, trochę lawendy i jakieś trawy. Najpierw to podeschnie na leżąco, potem pewnie trzeba będzie trochę pouzupełniać, bo się rozluźni, i wtedy będzie dalej schło już na wisząco - do góry nogami, rzec można. Albowiem przeznaczenie tego wianka jest od dawien dawna zaplanowane - będzie ramą do górnego oświetlenia w altance, skomponowanego z tzw. cotton balls. No, zobaczymy, co z tego wyjdzie, nie omieszkam pokazać światu.



Od znajomych dostałam wiadro jagód. Zwykle robiłam je do słoików zasypując cukrem i zagotowując. Tym razem nie bardzo mi się chciało, więc większość zamroziłam, a część zasiliła sezonowe koktajle na bazie kefiru/jogurtu/śmietany/mleka, z dodatkiem zeszłorocznych truskawek w syropie. Oraz galaretki owocowe z wkładką z jagód, żurawiny i pokrojonych w kosteczkę jabłek. 

Po czym, przy okazji oddawania pustego wiaderka, dostałam kolejne dwa 10-litrowe wiadra jagód. Połowa znowu do zamrażarki, resztę zagotowałam z cukrem i zapakowałam do słoiczków. Taka niespodziewana robota mi się trafiła, trochę może nie w czas, bo z roboty zasadniczej czyli z firmy wracałam zmordowana (wiadomo, końcówka to najwięcej zamieszania), no ale darowanemu koniowi... Fajnie, że ktoś tych jagód za mnie tyle nazbierał :). Te jagody zaś zainspirowały nas do wycieczki w okoliczne lasy, ale pogoda się zbiesiła, od sobotniego wieczoru ciągle padało, więc trzeba to przełożyć. 

W ogrodzie po raz drugi w tym sezonie zakwitł oleander, spisany już prawie na straty, bo jakoś zmarniał nagle. Do tej pory rósł sobie w donicy i był kłopot z targaniem krzaka z ogrodu zimowego do letniego i na odwrót, w zależności od pory roku, po czym się okazywało, że jednak pogoda nieodpowiednia bo nagły przymrozek albo przeciwnie, a to znowu jakieś robactwo sie zalęgło, i w końcu podjęliśmy decyzję, że wsadzamy do ziemi i niech sobie radzi. Na razie poradził sobie świetnie, bo z suchego badyla wypuścił kwiaty i mnóstwo nowych liści. Na zimę będziemy okrywać włókniną. 



Firma w zasadzie już zamknięta, ale jeszcze w ostatnich dniach były różne rozliczenia, jeszcze ktoś coś sobie przypomniał, że potrzebuje ode mnie jakichś informacji czy kwitów, a to znowu trzeba jednemu i drugiemu to czy tamto objaśnić, przekazać itd. Zostało sprzątanie, czyli wywożenie gratów, sprzętów, komputerów, mebli, papierów, wybujałych przez te lata kwiatów biurowych. Od klientów dostałam trochę prezentów, kwiatki, czekoladki, flaszki. Oraz taki jeden kwiatek na przykład, który podobno modny był za czasów naszych babć, a ja nie kojarzyłam - gloksynia. Ma ciekawe mięsiste, dość grube i omszone płatki kwiatowe, pięknie kwitnie, ale jest dość wrażliwa. Nie za dużo wody, nie za dużo słońca, ale za mało też nie, no i żeby przeciągów nie było... Postawiłam na oknie w przedpokoju, od północnego wschodu, chyba jej tu dobrze.

Umówiłam się jeszcze z moimi dziewczynami na koniec miesiąca, bo została do zrobienia wypłata, świadectwa pracy, ostatnie ogarnięcie. Nie wiem jeszcze co dalej z lokalem, nie mogę się zdecydować, trochę mi szkoda się z nim rozstać, bo to było kiedyś piękne 100-metrowe mieszkanie w poniemieckiej kamienicy, duże okna, sufit na wysokości 3,5 metra, pierwsze piętro. Nawet pytałam syna, czy nie chce na mieszkanie, bo jego jest małe, ale on myśli o domu z garażem, a raczej o garażu z domem (klasyczny grzebacz samochodowo-motocyklowy - to jego pasja, więc przede wszystkim chodzi o ten garażo-warsztat, jakaś stodoła itd). Więc chyba lokal na sprzedaż, tylko trzeba będzie trochę odświeżyć, ale teraz nie chce mi się o tym myśleć.

W sobotę, dzień po oficjalnym zamknięciu firmy, rzuciłam się w wir prac ogrodowych. Krzaczory niektóre wołały o przycięcie w zasadzie od jesieni, ale wtedy nie wszystkie dałam radę ogarnąć, na wiosnę też było co innego do roboty, potem to wszystko zakwitło, no i dopiero teraz można było ciąć. Nie będę odkładać na jesień, bo znowu coś nie wyjdzie... 


te hortensje z tyłu są wyższe ode mnie, dopiero zaczynają kwitnąć

Naharatałam zatem żywotników, krzewuszek, berberysów, irg i co mi tak jeszcze pod sekator wpadło, przy okazji przycięłam też trochę bez, bo rozrastał się trochę bez sensu, właściwie to miałam już mały bzowy zagajnik. Gąszcz zniknął, zrobiło się miejsce na żurawki i tawułki, o których ciągle myślałam, a nie bardzo było gdzie wsadzić. Po tej akcji odsłoniła się jedna oszklona ściana ogrodu zimowego, która była mocno z zewnątrz zarośnięta, i ujawniła swoje sponiewierane oblicze. W środku okna owszem na bieżąco umyte, ale na zewnątrz nie było podejścia, bo ten gąszcz, oraz trochę tam jest pochyło, bo na skarpie, więc z jakąś drabiną to niezbyt bezpiecznie w tych krzakach. Więc teraz trzeba będzie dobrze się przyłożyć. Robota nie mam, ale i tak byłby problem, bo u góry są małe szybki i mimo wszystko trzeba tam się wspiąć i ręcznie doczyścić. Powinnam dokupić lancę/przedłużkę do myjki okiennej (mam Karchera).


gąszcz w środku i na zewnątrz

Tak więc początek wolności zapowiada się intensywnie roboczo w domu i zagrodzie. Snuję różne plany na ogród, bo zaraz jesień i trzeba w końcu obsadzić ugory w różnych miejscach. W jednym kwiatki i krzaczki ozdobne, w drugim jakaś spożywka.

Ślimakom zapowiedziałam, że jak spróbują mi coś obżerać, to już nie będzie nierównej ekologicznej walki, tylko wkroczy ciężka chemia czyli niebieskie granulki. Mimo protestów męża, który każdemu sponiewieranemu ślimakowi gotów robić sztuczne oddychanie, już w ubiegłym roku posypałam truciznę w rejonie świeżo posadzonych funkii, bo to przysmak tych oślizgłych obrzydliwców i zaraz na drugi dzień sie zleciały, jak tylko kwiatki posadziłam. Któregoś roku w czasie ślimaczej plagi poległy mi całe zagony truskawek i od tej pory już ich nie uprawiałam. Ale jesienią zamierzam posadzić nową plantacyjkę i już nie będzie zmiłuj. Na szczęście ślimory chyba zrozumiały, bo widuję tylko pojedyncze egzemplarze, czmychające na mój widok gdzie pieprz rośnie.



Wysłałam swoje zgłoszenia do Art-Madam i Pakamery, będę próbować sprzedawać moje wytworki. W domu leżą stosy obrazków, no i będzie wreszcie czas na malowanie, więc dzieł przybędzie. Tak że jedne drzwi zatrzasnęłam i otwieram od razu następne :). Pomysł z otwarciem sklepiku na portalu z rękodziełem kiełkował od dawna, ale w moim przypadku to nie jest taka prosta (czytaj: tania) sprawa, bo mam zarejestrowaną firmę i jestem w dodatku czynnym VATowcem, więc nie mogę korzystać z dobrodziejstwa mniej opodatkowanej i nieozusowanej działalności nierejestrowanej. Połowa zarobku pójdzie na opłaty. Ale zobaczymy jak to się rozwinie. Jak się rozmaluję, to może pomyślę raczej o stronach związanych bardziej ze sztuką, albo puszczę to innymi kanałami... Na razie dopiero zaczynam tę przygodę, więc zobaczymy.

Zastanawiałam się też, co ja będę robić w sferze umysłowej, jak już opanuję ten mój włoski w stopniu w miarę zadowalającym. Bo ja lubię takie zajęcia do myślenia i uczenia się czegoś nowego. Ostatnie moje wyczyny to podyplomowe rolnictwo (bo były pomysły, żeby kupić działkę rolniczą, a na to trzeba mieć papiery, no to kto, jak nie ja, i tadam! mam to!), potem intensywna współpraca przy pisaniu projektu inżynierskiego oraz pracy dyplomowej z tejże inżynierii, a teraz nauka włoskiego. No i wymyśliłam: będę uczyć się grać w szachy! Bo nie umiem. A na Duo też są szachy, więc spróbuję. Tak że plany mi się rozwijają, nudy nie będzie :). 

Rozwalają mnie zatroskane pytania od co piątej osoby w stylu "a co pani będzie w domu robić"? Ale niestety, dla niektórych ludzi praca to całe ich życie, nawet niekoniecznie z powodów finansowych. Bo jeszcze bym zrozumiała, że ktoś musi, bo mu emerytury nie wystarczy do pierwszego, bo komuś pomaga itd, ale przerażające jest, że wiele osób po prostu nie ma innych zainteresowań, pasji itd. Jak przechodzą na emeryturę , to tracą sens życia. Straszne. 

Mi to na szczęście nie grozi :).



********


piątek, 24 października 2025

Pikasiak.

Witajcie po rocznej przerwie... i po małym falstarcie ;). Wznowienie działania bloga miało być w rocznicę ostatniego wpisu, no ale się oczywiście pokićkało. Tuż po opublikowaniu posta (30 września br) chciałam jeszcze coś dopisać, ale po edycji "poprawkowej" coś się namieszało, chyba za szybko gdzieś poklikałam, musiałam to na spokojnie rozpracować. A akurat inne zajęcia weszły mi w paradę i trochę się wszystko przeciągnęło. Ale już chyba wracam na właściwe tory, ufff...

W ciągu tych minionych dwunastu (a doliczając falstart - trzynastu) miesięcy po raz kolejny byłam jednak bliska zamknięcia bloga. Od jakiegoś czasu obserwowałam licznik wyświetleń i zastanawiałam się, czy - mimo tego zastoju - prędzej wybije na nim okrągła liczba 200 tysięcy, czy też minie okrągły rok od ostatniego wpisu. No i prawie się to zbiegło. Jeśli chodzi o wyświetlenia bloga, to wiadomo, że trochę idzie ruchu sztucznego, ale w takim martwym okresie to nie ma tego wiele, natomiast o dziwo - zdarzały się czasem komentarze aktywnych czytelników, nawet do starszych postów, czyli ktoś tu jednak czasem zagląda i czyta. Więc zmobilizowana rocznicą i tą okrągłą liczbą zebrałam się w końcu i zadecydowałam, że jednak wracam na blog. Może nie zaraz tam z przytupem, ale powoli spróbuję się rozkręcić. 

*****

Znalazłam kamyk. Niewielki, około 6 na 6 centymetrów, płaski, niby nic takiego, ale wyobraźnia od razu podsunęła mi skojarzenia - najpierw ze słynnymi głowami z Wysp Wielkanocnych, a zaraz później z portretami pędzla Picassa, z jego najbardziej kubistycznego okresu.

Kamyk:


Moje skojarzenia i inspiracje:

Moai, posągi z tufu wulkanicznego, powstałe prawdopodobnie około 1000 lat temu, na Wyspach Wielkanocnych:

źródło


Portret Dory Maar (Pablo Picasso, obraz olejny, 1937r):

źródło

Zgromadziłam dodatki, pokombinowałam, no i tak wyszło:





Próby uchwycenia na zdjęciu tęczowego błysku kryształków i skrawka płyty CD, średnio udane:





No takie tam... Ostatnio mniej maluję, częściej bawię się takimi właśnie drobiazgami. tworzę cudaki z papier-mache i mandale z rozmaitych elementów, robię też zakładki - nie wiem po co, bo sama nie używam, po prostu malowanie i klejenie takich drobnostek sprawia mi frajdę, jest nieskomplikowaną odskocznią od pracy zawodowej wymagającej myślenia, nie zajmuje dużo czasu, nie wymaga jakichś specjalnych przygotowań. Zakładki i inne twory pokażę w kolejnych wpisach.

Myślę czasem o tym, żeby założyć sobie konto na jakiejś stronie sprzedającej rękodzieło, jak np. Pakamera, Art-Madam itp, bo mam w szufladach całe mnóstwo takich pierdółek, rysunków, malunków, haftów i innych dziwności gromadzonych przez lata. Takie tam, wiecie, tworki produkowane w wolnych chwilach, dla zajęcia rąk. Może już dawno bym to gdzieś wstawiła, ale jak czytam regulaminy, to nie do końca mi te warunki odpowiadają. Zwłaszcza konieczność posiadania firmy, bo ja swoją już właśnie chciałabym zamknąć, no i jako "stary" przedsiębiorca nie mogę korzystać z działalności nierejestrowanej bez ZUSu, czyli parę stów musiałabym co miesiąc oddawać na składkę zdrowotną i to już się robi trochę bez sensu, bo milionów raczej na tym rękodziele nie zarobię. No i tak sobie to wszystko leży, szuflady puchną, a ja ciągle tworzę i dopycham tam nowe drobiażdżki. 


*****

Zabrałam się też za poprawianie niektórych starych obrazków. Te rysowane kredkami pokazywałam jakiś czas temu.

Obrazki te wisiały przez jakiś czas na ścianie i nieco wyblakły pod wpływem słońca, ale w zasadzie od początku były... blade, więc w końcu zdecydowałam, że trzeba im trochę "poprawić makijaż" ;). Niezbyt rozsądnie narysowałam je na papierze w kolorze piaskowym - sama nie wiem, co mnie podkusiło? Nie wyszło to dobrze, kolory byłyby bardziej wyraziste na białym podkładzie. Poza tym papier dość miękki, co nie pozwalało na mocne dociskanie kredek, ponieważ zostawałyby głębokie ślady. No ale po poprawkach jest odrobinę lepiej. Poniżej wersje przed:

piesio (był w tym wpisie: https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2020/07/prawo-serii.html


... i myszolek 

(z tego wpisu:  https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2020/08/myszolek.html)



A tak to wygląda po zabiegach upiększających:










*****

Działam trochę w zapuszczonym przez ostatnie cztery lata ogródku. Te cztery lata to okres dziecięctwa i szalonej młodości Dżemika - dzikie galopady przez rabatki, rycie w trawniku, kopanie dziur wszędzie gdzie się da i gdzie się nie da, wylegiwanie się na świeżo posadzonych roślinkach... 


o mnie ta gadka?

Niektórzy mówią, że albo ma się psa, albo ogród. Razem to raczej nie wychodzi. Odpuściłam sobie próby ogarniania tego chaosu, trzeba było po prostu przeczekać. No i teraz roboty ogrom. Rzecz w tym, że ogród od pewnego czasu staramy się nieco przeorganizować, z bezobsługowego trawnikowo-iglakowo-bylinowego typowo miejskiego ogródka (bo na bardziej wymagający przy intensywnej pracy nie mieliśmy czasu) od paru lat staramy się zrobić sielsko-kwiatowo-owocowy zakątek. Wymaga to niestety sporo pracy i czasu, a ani ja, ani mąż, nie jesteśmy ogrodnikami z pasji i powołania, więc robimy to tak trochę z doskoku, w wolnych chwilach. Mąż szczęśliwie już od paru miesięcy na emeryturze, ja już prawie-prawie, jedną nogą, rzec można, bo lada moment zamykam firmę, więc czasu będziemy mieli dużo... za to sił pewnie nieco mniej ;). Ale jednak sama widzę, że jak codziennie coś tam się podziobie, to ogród zaczyna jakoś wyglądać. 

Osiem (?) lat temu zasadziliśmy drzewa i krzewy owocowe, trochę iglaków poszło pod topór, żeby zrobić miejsce na nasadzenia według nowej koncepcji. Niektóre rośliny mój mąż (z ADHD) spontanicznie sam kupował i wsadzał tam gdzie akurat było miejsce, po czym jednak okazywało się, że nie zawsze były to miejsca sensownie wybrane. No więc trzeba było to i owo poprzesadzać. Przede wszystkim niektóre rosną za gęsto, inne mają niewłaściwie dobrane stanowiska. Muszę rozdzielić te, które preferują glebę kwaśną, od tych, które na takiej źle rosną, podobnie z cieniolubnymi, które jakimś dziwnym zrządzeniem losu wylądowały na słonecznej rabacie, itd...

(fotki sprzed dwóch tygodni, niestety pierwsze przymrozki dokonały znacznych spustoszeń)





Moim tegorocznym kwiatowym odkryciem są dalie. Podziwiałam je w innych ogródkach i zawsze wydawało mi się, że są to kwiaty delikatne i wymagające. No nic z tych rzeczy, jak się okazało. Pod wpływem nagłego impulsu zamówiłam - już w pełni sezonu - karpy kilku odmian, tak na próbę. Przesyłka dotarła z małymi modyfikacjami, bo się okazało, że o tej porze dwie odmiany nie nadawały się już do sprzedaży i w zamian dostałam trzy inne plus gratis w postaci cebulek żółtych mieczyków. Mieczyki wyrosły, ale chyba coś je podgryzło, po nagle klapnęły i padły. Możliwe też, że pomógł im Dżemik, bo chyba je trochę podlał po swojemu. Natomiast dalie, dla bezpieczeństwa przed Dżemikiem, wsadziłam w skrzynkach na balkonie. No i pięknie wyrosły i doskonale się trzymają, co kwiatkom pod moją "opieką" nie zawsze się zdarza :).





Jestem zachwycona, bo przekonałam się, że są mało wymagające i świetnie się nadają na słoneczną rabatę, gdzie zaplanowałam docelowo je posadzić w przyszłym roku (na balkonie jest "patelnia"). Przetrwały nawet pierwszy październikowy przymrozek, niestety po kolejnym już się w większości poddały. Żałuję, że przed zapowiadanym oziębieniem nie pościnałam ich do wazonów, bo doskonale się do tego nadają i miałyby trochę przedłużony żywot. Oprócz tych, które już mam, w przyszłym roku dokupię jeszcze duże talerzowe i kaktusowe i pójdziemy bardziej w kierunku ciemnego różu i fioletu. Nie przepadam za żółtymi kwiatami, a tutaj akurat trochę żółci mi się trafiło (jedne zamówione, drugie to te "zastępcze").


kaktusowa, ale z tych mniejszych





Niektóre nawet po przekwitnięciu ślicznie wyglądają:





Był plan rozmaitych nasadzeń jesiennych, ale dopadło mnie przeziębienie, które zbiegło się z niesprzyjającą pogodą, no i na przełomie września i października odpuściłam sobie ogrodowanie w tych warunkach. Skupiam się teraz na rozmaitych logistyczno-organizacyjno-prawnych kwestiach związanych z planowanym (po raz kolejny zresztą, ale teraz to już nieodwołalnie) zamknięciem firmy. Na ogród będzie czas już po tym zamieszaniu, na wiosnę.



*****


O niektórych książkach, które przez ten rok przeczytałam, stopniowo Wam opowiem w kolejnych wpisach, bo sporo tego było i muszę to jakoś przebrać, wybrać i ogarnąć, dzisiaj natomiast tylko kilka zdań o najświeższej przeczytanej pozycji.
O "karkonoskiej serii kryminalnej" Sławka Gortycha tu i ówdzie słyszałam i czytałam, ale szczerze pisząc nie planowałam po nią sięgać. Nie moja tematyka. Z gór to ja tylko Bieszczady kocham, Karkonosze znam pobieżnie, bo to w końcu rzut kapciem ode mnie, więc parę razy gdzieś tam się zapuszczałam, od znajomych też różne karkonoskie opowieści słyszałam, ale żeby mnie to pociągało... nie, nie, nie. Kryminały jako gatunek - też hmmm... zasadniczo to nie jest tak, że jestem wielbicielką kryminałów, chociaż czytam po kolei całą Agatę Christie i czasem innych "kryminalistów", ale samo hasło "kryminał" zupełnie na mnie nie działa. Zapowiedź, że pojawiają się tam jakieś wątki z okresu II wojny światowej, też nie brzmi zachęcająco, bo ten rozdział przerobiłam za młodu bardzo intensywnie i jakoś mnie już nie kręci. Z recenzji książek Gortycha niewiele wynikało, nic mnie nie kusiło. To po co czytać? Ale los miał wobec mnie inne plany i wcisnął mi pierwszy tom za pośrednictwem męża, który przyniósł mi książkę od kogoś, kto bardzo polecał...





No i masz - nie chciałam, samo przyszło. Przekartkowałam, przeczytałam zakończenie, słowo od autora, dedykacje itd, no i zabrałam się do czytania lekko może już zaciekawiona, acz jeszcze nieufna. Pierwszą noc mocno zarwałam z powodu tej lektury, drugą też, ale już z sukcesem, bo skończyłam czytać. Świetna książka! Z pewnością sięgnę po kolejne tomy serii. Podobno można je czytać oddzielnie, ale pewne nawiązania do wcześniejszych tomów pomagają w lepszej orientacji co do osób, sytuacji, historii itd.


Opinie o książkach Gortycha są skrajnie różne. Można się przyczepiać do nieco naiwnie prowadzonych dialogów, krytycy serii twierdzą, że w realu nikt tak nie mówi, ale... ja wybaczam te niedociągnięcia, bo rozumiem, że autor chciał przede wszystkim wprowadzić czytelnika dokładnie w szczegóły, urozmaicając narrację rozbudowanymi monologami bohaterów. Wątek romansowy wciśnięty trochę na siłę, też można czepiać się szczegółów, ale to kwestia poboczna. No i - zależy, kto co lubi i czego w książkach szuka. Jeden mój kolega w podstawówce zapytany przez polonistkę jakie książki lubi czytać, odpowiedział: "takie, w których jest dużo dialogów i..... żeby się strzelali!" :)))). Mam wrażenie, że niektórzy recenzenci są na tym mniej więcej poziomie. Skupiają się na jednym aspekcie, na przykład krytykują dialogi, które może nie są mocną stroną książki, a nie dostrzegają zupełnie zalet i całokształtu, jak naładowana jest ciekawostkami górskimi i historycznymi faktami, jak interesująco poprowadzone są wątki z trzech okresów dziejowych, jak budowane jest napięcie. Nie jest to klasyczny krwawy kryminał, raczej tajemnicza historia splatająca losy wielu osób uwikłanych w niespokojne dzieje Ziem Odzyskanych. Dla mnie właśnie to było najciekawsze (a o moim zainteresowaniu "poniemieckim" pisałam przy okazji innych lektur, w tym poście: https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2024/06/ksiazki-o-poniemieckim.html ).


W fabule "Schroniska, które przestało istnieć" przewijają się dwa główne wątki - historia pewnej niemieckiej "operacji" z końca wojny oraz współcześnie dziejące się rozmaite wydarzenia, które się ze sobą przeplatają, a czasem nawet okazuje się, że mają niespodziewane wspólne korzenie. Sprawy tajemnicze i ponure mieszają się z całkiem miłą codziennością, pojawiają się coraz to nowi bohaterowie, podejrzane typki i sympatyczni ludzie, a nawet... Duch Gór. Jest lekko zarysowany wątek romantyczny, jest mroczna tajemnica z przeszłości, a potem jeszcze druga i trzecia... Zaskakujące zwroty akcji, bogate tło historyczne oparte na autentycznych wydarzeniach, które miały miejsce w latach pod koniec wojny i tuż po jej zakończeniu. Autor ma tzw. lekkie pióro, więc czyta się to dość przyjemnie i szybko. Ja na pewno chętnie przeczytam kolejne tomy z tej serii. Na zachętę dodam, że "Schronisko, które przestało istnieć" uzyskało tytuł Książki Roku w kategorii Debiut na portalu Lubimyczytać.pl w roku 2022, a kolejne tomy zdobyły tytuł Książki Roku w latach 2023 i 2024. O czymś to świadczy. I jeszcze - zacytuję za Lubimyczytać.pl:


" Trzy tomy Karkonoskiej Serii Kryminalnej doceniono także tytułem Najlepszej Górskiej Książki Roku na Festiwalu Literatury Górskiej w Lądku-Zdroju w latach 2023 i 2024. W uzasadnieniu jury zaznaczyło, że powieści przełamują tabu dotyczące odkrywania powojennych dziejów Karkonoszy widzianych w perspektywie polsko-niemiecko-czeskiej historii ich mieszkańców.
Autor został również uhonorowany Karkonoską Nagrodą Literacką przyznawaną przez polsko-niemieckie jury za wybitne osiągnięcia w dziedzinie literatury, kultury i sztuki Śląska, które szczególnie służą duchowi humanizmu i porozumienia. "

*****

Czaiłam się na kolejny tom Maryli Szymiczkowej (Dehnel & Tarczyński) o śledztwach profesorowej Szczupaczyńskiej, i już-już miałam go zamówić w przedsprzedaży, ale okazało się, że zostanie wydany (w listopadzie) chyba tylko w nowej szacie graficznej, zastosowanej w drugim wydaniu pierwszych pięciu tomów. Przynajmniej tak to wygląda w zapowiedziach. Nie podoba mi się ta nowa kolorowa grafika na okładce, a poza tym chciałabym mieć na półce jakoś spójnie wyglądający rządek serii. Może wygląd na półce to nie jest priorytet, ale jestem mocno rozczarowana tą zmianą i na razie wstrzymałam się z zakupem.



*****

No i sprawy techniczne. Jakiś czas temu, przy blogowych porządkach, usunęłam sobie niechcący listę ulubionych blogów na bocznym pasku. Znaczy - chcący, ale miało być chwilowo, w celu uporządkowania, a okazało się, że to na amen i nieodwołalnie, przynajmniej w tym kształcie jaki był. Była to kiedyś fajna sprawa, widoczne nazwy blogów, ikonki i zajawki najnowszych wpisów. Niestety do tej pory nie udało mi się tego odtworzyć, mimo wielu podejść. Przy okazji zniknęła mi też część blogów z listy czytelniczej na panelu sterowania. Ostatnio dopisałam te z nich, które udało mi się już odnaleźć. Nie wszystkie nazwy i adresy pamiętam, ale sukcesywnie będę listę powiększać i mam nadzieję, że stopniowo da się to wszystko odtworzyć.

A zwierzaki mają wywalone i śpią na zapas.

Przykład daje Basiunia, największy śpioszek (i żarłoczek) w stadzie:


PS. stado w stanie niezmienionym od poprzedniego roku: owczarek niemiecki Dżemik (4 lata) i cztery kocie dziewczynki: Sabinka (9 lat) i siostrzyczki Balbinka, Basiunia i Kocia (po 6 lat). Zwierzaki nam się starzeją, tylko my wciąż młodzi ;).

*****

poniedziałek, 30 września 2024

...i po powodzi.


Blog porasta kurzem, więc zanim ogarnę poważniejszy temat, żeby nie zaniedbywać stałych czytelników - wpadam z krótkim przeglądem wydarzeń.



Kolejna powódź nowego tysiąclecia przetacza się przez Europę, zahaczyła też o moje miasto, ale - poza dużym zamieszaniem i apokaliptycznymi korkami w całym mieście - nie narobiła dużych szkód. Mimo, że rzekę mamy wcale nie z tych najmniejszych. Teren jednak pagórkowaty i rzeka zasadniczo płynie w wyraźnej dolinie, co w dużym stopniu zabezpiecza nas przed potopem. Woda podniosła pięciokrotnie (!) swój normalny poziom, przekroczyła znacznie stan alarmowy, ale utrzymała się minimalnie poniżej wcześniej notowanych stanów powodziowych. Chociaż... było blisko i przez kilka dni dość nerwowo kontrolowaliśmy stan na stronie HydroIMGW. Ucierpiało (nieznacznie) raptem kilka domów wybudowanych nieroztropnie na terenie zalewowym. 

Natomiast uliczne korki trwały trzy doby na skutek profilaktycznego zamykania mostów łączących prawo- i lewobrzeżną część metropolii (przy stanie wody pół metra poniżej poziomu jezdni). Jednego dnia nie było ani jednej czynnej przeprawy, później uruchomiono jeden most, akurat nie ten główny, więc zamieszanie było straszne. Potem woda zaczęła minimalnie opadać i w końcu mosty otwarto. A już było groźnie - wkurzeni ulicznym galimatiasem mieszkańcy odgrażali się dokonaniem samosądu na władzach miasta. Brak informacji o konkretnych działaniach, o zastępczych trasach miejskich autobusów jeżdżących objazdami, w pierwszym dniu brak policjantów kierujących ruchem itd... Ja mam na szczęście zdrowe nogi, więc w momencie, kiedy działał tylko ten jeden most i całe zmotoryzowane miasto stało godzinami w drogowym klinczu, szłam sobie spacerkiem do i z pracy dłuższą niż zwykle drogą, bo nie przez "mój" zamknięty most, tylko przez ten drugi, nadkładając jakiś kilometr, ale - jak się okazywało - było to i tak szybciej, niż samochodem! Słoneczko świeciło, całkiem przyjemny spacer :).

Tak więc deszcz przestał padać, woda w końcu opadła, no i mamy wreszcie (co prawda, według prognoz - tylko chwilowo) przepiękną, złotą polską jesień :). Lato było za gorące na intensywne prace polowe, toteż ze zdwojoną energią nadrabiam teraz ogrodowe zaległości. W gruncie rzeczy nie wiadomo w co najpierw ręce włożyć, tyle się tego nazbierało... Przekwitają, a właściwie to na razie zmieniają kolor hortensje - z białego na różowy. Wolę je białe, no ale i tak pięknie wyglądają. Zamierzam je trochę przeorganizować, bo były za gęsto posadzone, więc kilka zostanie przeniesionych na nowe miejsce. Na pewno dwie ogrodowe, które mąż kiedyś wsadził "na chwilę" między bukietowymi :).





To nowe miejsce to trójkątny kawałek po drugiej stronie domu, gdzie był taki niemal leśny zakątek, trochę już przez lata zapuszczony. Nadszedł czas na jego uporządkowanie. Wyrosły tam wielkie świerki i daglezje - czubki mają ponad dachem domu. Rozrosły się szeroko cisy i żywotniki, między nimi ogromna azalia pontyjska, berberys, a dołem gąszcz irgi i bluszczu. Na południowym skrawku tego trójkąta rośnie nasze najstarsze drzewo - 35-letnia brzoza, a u jej stóp - mahonie, pigwowce i barwinek. Między te drzewa doprowadzony jest odpływ z jednej z rynien i teraz planuję zrobić tam wyłożony granitową kostką okrąg, takie odpływowe oczko wodne. Może jakąś pluskawkę też się tam zainstaluje... i żabę z piaskowca ;). Dookoła będą rosły paprocie, parzydło i takie tam, jeszcze się rozglądam za odpowiednimi roślinkami. Może ławeczkę się dostawi, do posiedzenia w cieniu w kolejne gorące lato... Na razie jest dzicz i bałagan. Jak to ogarnę, to przyjdzie czas na obfocenie.

*****

Wspominałam w poprzednim wpisie o pracach remontowych w naszym domu. Remont może nie kapitalny, ale zakres prac jest spory, bo wiele czasu minęło od poprzedniego, a chcemy jak najwięcej zrobić u progu emerytury, żeby mieć spokój na stare lata. Priorytetem był remont głównej łazienki i schodów zewnętrznych i to zostało zrobione w pierwszej kolejności. W tak zwanym międzyczasie (jak schły jakieś fugi czy coś) został zrobiony ocieplony sufit w ogrodzie zimowym - i to chyba najbardziej mnie cieszy. Dom jest na planie litery L otwartej na południe, ogród zimowy wypełnia miejsce między ramionami tej "elki", ma kształt kwadratu 5 na 5 metrów i dach z półprzezroczystego poliwęglanu - co było dobre w starym klimacie, a od paru lat niestety powodowało, że pomieszczenie latem zamieniało się w przegrzaną szklarnię. Kombinacje z podwieszaniem zacieniającej siatki ogrodniczej były raczej słabym półśrodkiem. Ostatnio była to więc już tylko zwyczajna graciarnia i nocna sypialnia Dżemika. Wypełnienie sufitu między krokwiami wełną mineralną i pokrycie płytą gipsową dało nadspodziewanie dobry efekt i nareszcie będzie tutaj fajne miejsce do wypoczynku, z widokami z obu stron na zieloną ścianę drzew i krzewów. Jestem w trakcie urządzania i dopieszczania.

Teraz planujemy wymianę schodów do ogrodu. Schodków jest tylko sześć, ale temat rozszerzy się o wymianę balustrady na przyległym tarasie i dodanie jej przy tych schodkach. Stara balustrada jest drewniana, nieco rozchwiana i trochę już nadgryziona zębem czasu oraz kocimi pazurami, nowa ma być kuta, podobnie jak jest zrobiona balustrada na balkonie piętro wyżej. W międzyczasie drobne malowanko w środku domu, a w planie jeszcze wyrównanie, podniesienie i poszerzenie podjazdu od strony ogrodu, bo korzenie potężnego świerka (który w momencie sadzenia był małą doniczkową choinką, a teraz ma jakieś 15 metrów wysokości i ze sześć średnicy) wysadzają nam kostkę brukową, a w innych miejscach nieco się zapadło i ogólnie kiepsko to wygląda, więc trzeba w końcu coś z tym zrobić, zanim ktoś nogę złamie.

No i na koniec tej remontowej historii czeka nas kolejne spore wyzwanie, a mianowicie likwidacja drugiej małej łazienki na dole, dzięki czemu powiększy się kuchnia, natomiast nowa łazienka powstanie kosztem dużego przedpokoju. Czyli znowu całkiem spory armageddon. No i potem oczywiście remont tej powiększonej kuchni. Ja w sumie bym tego nie ruszała, ale mąż się uparł, gada o tym od pięciu lat, kasę na to odłożył, no dobra, niech będzie... Zresztą ten temat to już chyba w przyszłym roku ruszymy, może się coś w planach pozmienia. Część prac wykonuje nasz syn (sam albo z rzeczonym majstrem), bo chociaż inżynier, to lubi tak zwyczajnie majsterkować, spawać, piłować, przykręcać, dokręcać itd, a kiedyś miał krótki epizod z pracą w roli tzw. kafelkarza w dużej firmie, gdzie odbył porządne przeszkolenie, czego efektem jest wykonany samodzielnie remont mieszkania po dziadku i nasza łazienka. Ma przy tym dużo cierpliwości do dopracowywania drobiazgów, w czym zresztą dorównuje mu nasz majster, więc prace idą może niezbyt szybko, ale za to porządnie. Prawdopodobnie jednak ta nowa łazienka i kuchnia to pieśń przyszłości, czyli raczej następnego roku. 


*****

Zdjęcie nie na temat, ale akurat ten zwierz dał się sfotografować (bo spał!) - nasza największa śpioszka, żarłoczka i pieszczoszka, Basiunia:

BASIUNIA


Miałam nie pisać tym razem o moich zwierzakach, bo wydawało mi się, że ostatnio opowiedziałam co ciekawsze historie, ale po przejrzeniu wcześniejszych wpisów nie znalazłam ważnej informacji o zmianie liczebności stada. Otóż ubył nam jeden kot, czarny Grubcio. Zniknął, zdematerializował się. Szczerze pisząc - nawet jakoś bardzo nie rozpaczamy, bo jesteśmy przekonani, że Grubcio po prostu wrócił na swoje stare mieszkanie. No i właśnie byłam przekonana, że ja o tym wszystkim już pisałam, ale nie znalazłam takiego wpisu. Podobno ostatnio Blogger usuwa ludziom różne treści, wedle swojej nie do końca przejrzystej polityki i z nieujawnianych blogerom powodów, ale do licha chyba nie usunął mi historii kota?! Tak więc chyba wpis miał być, na pewno go pisałam, ale może coś sama usunęłam, zdarza mi się czasem wywalić jakiś niedokończony post.

Zatem, wracając do Grubcia... Przypomnę może najpierw, skąd się Grubcio u nas wziął. Otóż zaczął do nas przychodzić jakieś trzy lata temu. Różne koty czasem zachodzą do naszego ogrodu, zwykle jakieś młode kocurki szukające przygód, ale one wpadają tak na krótkie wizyty, a Grubcio wyraźnie sobie upodobał nas, albo nasz ogród, natomiast mój mąż zachwycił się wielkim, dostojnym, czarnym kocurem i zaczął go ugaszczać. Przynosił mu smakołyki, a Grubcio z godnością te dary przyjmował. Z czasem zaczął pojawiać się regularnie około godziny osiemnastej, najwyraźniej oczekując kolacji. No więc mąż szykował mu jedzonko, a ja któregoś razu zdjęłam kotu przeciwpchelną obróżkę, bo miał ją jakoś tak mocno zaciśniętą, a że miał też wielkie, jakby trochę wybałuszone oczy, to wyglądał, jakby się w tej obróżce dusił. Tak więc kot został ugoszczony i uwolniony z chomąta i chyba mu się to wszystko spodobało, bo zaczął wchodzić do domu. Za pierwszą wizytą obszedł całe domostwo, zrobił siku elegancko do kuwety i chyba postanowił, że będzie tutaj mieszkał. Tak też zrobił. Przez całe lato i jesień sypiał w altance, przychodził do domu na jedzonko, ale często znikał na dzień czy dwa, tak więc podejrzewaliśmy, że ma jednak jakiś swój pierwszy dom, do którego wraca. Ostatecznie jednak w mroźne noce zaczęliśmy wpuszczać go do domu. Polubili się z Dżemikiem i w związku z tym sypiali razem w ogrodzie zimowym. 

Pańcio wieczorami chodził z psem na długie spacery i Grubcio zaczął się do nich przyłączać. Zdarzało się przy tym niekiedy, że Grubcio odłączał się od ekipy i skręcał w nieodległą od naszego domu uliczkę i znikał w zaroślach. Zjawiał się potem wieczorem, albo na drugi dzień, albo czasem nawet po dwóch dniach. Wcale nie głodny zresztą, tak więc krzywda mu się nie działa, ktoś go dokarmiał. I pewnego dnia taka oto historia... Mąż z Dżemikiem i Grubciem wracają z wieczornej przebieżki, a ulicą idzie jakiś chłopak, przygląda się i w końcu pyta: "a ten kot to pana? bo nam kiedyś taki sam zginął..." Mąż opowiedział mu historię Grubcia, ale chłopak jakoś nie domagał się zwrotu kota czy coś, poszedł w swoją stronę. Myśleliśmy, że opowie w domu i może za kilka dni ktoś się zjawi w sprawie identyfikacji i ewentualnych negocjacji co do przeprowadzki Grubcia, ale nikt się nie odezwał. Może się pogodzili ze stratą kota, może mają już innego, może uznali, że po dwóch latach kot ma już stałe, wybrane przez siebie miejsce, to nie ma sensu robić zamieszania... Tak więc Grubcio mieszkał u nas i był już całkiem naszym kotem. 

Aż razu któregoś, podczas wieczornej przechadzki z pańciem i Dżemikiem, Grubcio zboczył z trasy i udał się w sobie wiadome chaszcze, tam gdzie zwykle to robił. Z tym że tym razem już się u nas nie pojawił. Ani tego wieczoru, ani następnego ranka, ani... No nie wrócił i już. Mamy przeświadczenie, że on gdzieś tam miał jakąś swoją drugą miejscówkę, a może wrócił do swojego starego domu? Kot moich znajomych kiedyś zginął... i wrócił po dwóch latach. Tak po prostu. Dlatego nie szukaliśmy Grubcia jakoś intensywnie. Zniknął w miejscu, gdzie nic złego nie powinno mu się stać, więc to była raczej kwestia jego wyboru.


GRUBCIO


Zostały cztery koteczki i pies. Szczerze mówiąc, przy tej świadomości, że prawdopodobnie nie stała mu się żadna krzywda, nawet jestem zadowolona, bo jest znacznie mniej zamieszania. Grubcio z dziewczynami miał zawsze na pieńku i trzeba było pilnować, żeby ich gdzieś razem nie zamknąć, osobno karmić, regulować ruch kotów przy wchodzeniu i wychodzeniu z domu i między pokojami. Fajny był, ale wybrał inne życie.





*****



piątek, 27 sierpnia 2021

Koty i rośliny.

Ostatnie dwa miesiące zleciały mi niepostrzeżenie, nie wiem jak i kiedy... Dopiero co lato się zaczęło, a tu już bociany odlatują... Blog zarósł pajęczynami... Pisałam ten post nieśpiesznie i na raty przez całe lato, bo jakoś nie mogłam się zebrać, żeby ogarnąć to wszystko do publikacji. No i tak dopisywałam, dopisywałam to i owo, aż się w końcu zrobił taki długi elaborat, że teraz muszę go trochę rozparcelować na przynajmniej dwa wpisy. Dzisiaj więc o kotach i roślinach, a za tydzień najdalej postaram się pokazać jakieś moje obrazki.




Niemal w całej Polsce w lipcu i sierpniu szalały na przemian ulewy i afrykańskie upały, a u mnie dość spokojnie, przez cały lipiec całkiem przyzwoita temperatura w okolicy 22 stopni, z nielicznymi skokami do 24-26 stopni, popadywało czasem raczej w godzinach nocnych, wiec nieuciążliwie, a pożytecznie. Po pracy miło było posiedzieć na tarasie, wakacyjnie bardzo :). Pogoda sprzyjała też pracom ogrodowym, zrobiliśmy trochę porządków, bo w tej ciepłej wilgoci rosło wszystko jak szalone (to niepożądane - niestety najbardziej). Dopiero ostatnie dni lipca były nieco bardziej upalne, ale lekko przeplatane chmurkami i z przyjemną chłodzącą bryzą. Baaardzo przyjemnie :). Nie cierpię upałów, ale taki lipiec był całkiem spoko. Sierpień zaczął się pochmurnie z małymi przebłyskami słoneczka, ale z temperaturami w okolicy 20 stopni, deszcz umiarkowany sporadycznie, całkiem spoko. I w ogrodzie dało się coś zrobić i pospacerować, i na tarasie poleniuchować, nie topiąc się w upale. Lubię tak :). Ostatni tydzień dopiero mamy trochę chłodniejszy i dżdżysty. Mam nadzieję, że wrzesień mnie nie zawiedzie i będzie ciepły i słoneczny.

Udało nam się zorganizować na początku lata całkiem fajny wyjazd urlopowy do Chorwacji, za którą co prawda - w przeciwieństwie do mojego męża - nie przepadam, bo zwykle jest za gorąco (zdecydowanie preferuję zimniejsze klimaty, wiecie, fiordy Norwegii i te rzeczy...) - ale było około 22 stopni, czyli miło, początek sezonu popandemicznego, więc jeszcze mało ludzi, hotelik uroczy, okolica dość zielona (półwysep Istria, więc północna część kraju), czyli jak dla mnie super. Zaraz potem rozwiązał się worek z rozmaitymi odkładanymi wcześniej imprezami imieninowo-ślubnymi, w tym mieliśmy kilka wyjazdowych dwu-trzydniowych, więc w sumie byłam tym też trochę zaabsorbowana. Tworzenia było niewiele, ale parę rysunków, akryli i akwarelek powstało, stopniowo będę pokazywać. O dziwo oleje poszły chwilowo w odstawkę.

*****

Ale do rzeczy, czyli o czym to ja chciałam... Niedawno wspomniałam Wam o roślinie, którą mam w domu, a która zaskoczyła nas w tym roku niespotykaną u tego gatunku liczbą wypuszczonych w krótkim czasie liści. Mowa o cykasie, znanym także pod nazwą sagowiec. Często mówi się "palma sagowa", ale tak naprawdę cykas nie jest palmą, znacznie bliżej mu do paproci. Nie chcę tu jednak rozprawiać o kwestiach gatunkowych i pokrewieństwie roślin, ale o ich trujących, lub szkodliwych właściwościach, które mogą spowodować poważny uszczerbek na zdrowiu człowieka, ale także naszych czworonożnych przyjaciół.




We wpisie o cykasie (tutaj) napomknęłam o jego szkodliwości, a w komentarzach ten temat jeszcze powrócił. Okazuje się, że niektórzy właściciele kotów wolą pozbyć się tej rośliny z domu, niż narażać swojego pupila na jakieś nieszczęście w wyniku bliskiego kontaktu z kwiatkiem. Pomyślałam więc, że podzielę się z Wami moją skromną wiedzą na temat takich roślinek.

Tak się składa, że jakiś czas temu drążyłam temat niebezpiecznych roślin, kiedy dowiedziałam się, że ciemiernik, rosnący w moim ogrodzie, po którym nie spodziewałabym się szczególnej jadowitości, ma także właściwości trujące. Kontakt z nim może spowodować silne poparzenie i porażenie nerwów. Obchodzę się więc z nim ostrożnie, zawsze w rękawiczkach. Ale w żadnym razie nie chciałabym się go pozbywać, bo to moja ulubiona roślinka ogrodowa. Ma piękne kwiaty i w dodatku kwitnie już w środku zimy! 

Małych dzieci w naszym domu nie ma, a zwierzęta domowe nigdy dotąd nie wykazywały żadnego zainteresowania zarówno ciemiernikiem, jak i cykasem. Mam wrażenie, że zwierzęta, które nie są stale zamknięte w domu, mają kontakt z przyrodą - a tym samym  silniejszy instynkt samozachowawczy, podobnie jak ich dziko żyjący kuzyni. Kiedyś jednak zastanowiłam się przez chwilę, czy nie pozbyć się z domu i ogrodu takich "podejrzanych" roślin, tak na wszelki wypadek, w razie jakby któremuś kotu przyszło do łebka zapoznać się bliżej z "trujakiem". Okazuje się jednak, że tych niebezpiecznych roślin jest całe mnóstwo! Musiałabym wyrzucić połowę kwiatów doniczkowych i niewiele mniej tych z ogrodu!

Proszę bardzo, poniżej lista roślin, w których czai się trujący jad, podaję ją tutaj za portalem koty.pl  , z małymi modyfikacjami - usunęłam niektóre nazwy łacińskie, tam gdzie są bardziej znane polskie, i zmieniłam kolejność, alfabetycznie odpowiednio do polskich nazw. Pogrubione są nazwy tych roślin, które mam (lub miewam w wazonie) u siebie w domu, lub rosną w naszym ogrodzie, ewentualnie w pobliżu (czyli potencjalnie - wszystkie one byłyby do eksmisji!). Od razu zaznaczam, że mam trochę wątpliwości co do tej listy, ale o tym za moment. I oczywiście nie jestem żadną specjalistką w tej dziedzinie, przytaczam tylko to co zamieścił portal o kotach. No to lecimy z tymi upiornymi roślinami:


DEKORACYJNE (używane do bukietów):

Amarylis (hipeastrum)

Anturium
Ciemiernik

Chryzantema, złocień

Dławisz

Gipsówka 
Jemioła

Ostrokrzew

Poinsecja

Trzmielina japońska
Wilczomlecz

Wiśnia - odmiana ozdobna Solanum pseudocapsicum 

Zimowit jesienny

Żonkil

DONICZKOWE:

Aloes

Alokazja
Azalia

Bluszcz pospolity

Cibora

Cykas – sagowiec
Diffenbachia
Dracena

Epipremnum
Fikusy

Filodendron
Geranium

Heliotrop
Hortensja

Hoja

Klematis, powojnik

Kolokazja

Monstera 
Narcyz

Oleander

Pachypodium

Papryka roczna

Poinsencja
Rododendron – różanecznik

Sanseveria

Skrzydłokwiat 

Szeflera

Tytoń ozdobny

OGRODOWE (i dziko rosnące):

Adenium

Aglaonema

Allamanda
Arisaema triphyllum – obrazkowiec

Aukuba japońska
Awokado (serio??? ale chyba nie owoc?!)

Barwinek różowy

Begonia
Bukszpan

Cestrum nocturnum

Ciemiernik 

Ciemiężyca

Cis pospolity
Clematis virginiana – powojnik wirginijski

Conium maculatum – szczwół plamisty
Cyklamen – fiołek alpejski

Czarny bez

Czerniec gronowy 

Czosnek (hę? psu dodawaliśmy czosnek od czasu do czasu do jedzenia, profilaktycznie na pasożyty, zamiast chemicznych tabletek, za radą weterynarza zresztą, no chyba że kot miałby ten czosnek przedawkować, ale jakoś sobie nie mogę tego wyobrazić)
Datura – bieluń
Delphinium – ostróżka

Descurainia pinnata
Dicentra – ładniszka okazała

Dicentra cucullaria – biskupie serduszka

Dipladenia, Mandewilla

Fasola, zwłaszcza ozdobna

Glicynia, wisteria

Glistnik jaskółcze ziele

Glorioza wspaniała 

Groszek pachnący

Grzyby – wszystkie gatunki 

Hiacynt
Hortensja

Irys
Ipomea purpurea

Jaskier 

Kalia
Kalmia wielkolistna

Kasztanowiec

Kliwia

Konwalia majowa

Krasnokwiat

Kroton

Krwawnik

Krwiowiec kanadyjski 
Lantana 
Ligustr pospolity

Liliowate, lilia
Lobelia 
Łubin

Mak

Miechunka

Miłek wiosenny 

Miodla pospolita (poważnie wątpię, ona ma tyle pozytywnych właściwości, olejek neem może kojarzycie, i bywa spożywana na surowo, więc nie wiem jak mogłaby zaszkodzić)

Mrzechlina, pieczennik 
Melia azedarach
Naparstnica purpurowa

Narcyz
Oleander

Pelargonia

Petunia

Pieris

Pierwiosnek

Piołun

Pokrzyk wilcza jagoda

Pokrzywa

Pokrzywiec szorstkowłosy
Pomidor (tylko część pnąca jest szkodliwa, cokolwiek miałoby to znaczyć - info podaję za portalem koty.pl)

Prunus  – wiśniowate (wiele odmian, m.in. dzika wiśnia, morela, brzoskwinia…)

Przebiśnieg

Rabarbar (toksyczne są liście, ale nie sądzę, żeby koty chciały je jeść)

Rącznik pospolity

Rododendron, różanecznik
Robinia akacjowa, grochodrzew

Rosary bean – Abrus precatorius
Sanguinaria canadensis
Solanaceae – psiankowate (np. ziemniak ale również bieluń)

Solandra

Starzec

Sumak jadowity

Szalej jadowity

Szkarłatka amerykańska

Tojad

Triglochin maritimum – świbka morska

Trzmielina japońska

Tulipan

Wawrzynek wilczełyko

Wiciokrzew

Wilec

Winobluszcz pięciolistkowy

Winogrono (rodzynki) (???)
Ziarna jabłek  (co za bzdura!)

Złotokap (polecam do przeczytania - https://parenting.pl/4-latek-trafil-do-szpitala-z-objawami-silnego-zatrucia-zjadl-ziarenka-silnie-trujacej-rosliny )

Uffff...! Jak sami widzicie, jest tego mnóstwo, w tym sporo roślin, których wcale byśmy o taką jadowitość nie posądzali... Niektóre nazwy w tym spisie wręcz wprawiły mnie w osłupienie. Mam wrażenie, że niektóre zaczerpnięto z obiegowych mitów, a nie rzetelnej naukowej wiedzy, ale nie będę tu o tym rozprawiać, bo w gruncie rzeczy nie wiem na pewno. Chciałam tylko zasygnalizować, że jest problem i trzeba uważać. Chodzi o to, że czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy, że śliczny kwiatek może narobić mnóstwo szkody... 

Oczywiście nie każda z tych roślin jest tak samo mocno toksyczna, lub nie wszystkie części rośliny mają szkodliwe działanie, ale faktem jest, że kontakt z niektórymi może spowodować tragiczne skutki już przez samo nadgryzienie przez kota lub zadrapanie kolcem. Poparzenie pyszczka, nieodwracalne uszkodzenie nerek lub wątroby po zjedzeniu kawałka roślinki, porażenie nerwów, śmierć zwierzęcia... A jeśli dostęp do tych roślin mają małe dzieci, to niebezpieczeństwo oczywiście ich także dotyczy. Mój mąż jest alergikiem i przy nieopatrznym kontakcie z ciemiernikiem nabawił się kiedyś bąbli oparzeniowych na rękach, a oboje mieliśmy podrażnioną skórę po zabiegach pielęgnacyjnych przy cisach. Czasem w ferworze prac ogrodowych po prostu zapominamy o niebezpieczeństwie. Że nie wspomnę o poparzeniu słonecznym u męża, na skutek wypijanych dużych ilości naparów z dziurawca (który uczula na słońce)... ale to już inna historia.

Z drugiej strony - nie wiem dlaczego nie ma na tej liście wielu roślin znanych jako bardzo niebezpieczne, jak choćby dyptam (krzew mojżeszowy), którego olejki eteryczne są drażniące i tak "mocne", że potrafią się zapalić pod wpływem słońca, czy różne odmiany barszczu - Sosnowskiego na przykład, bardzo silnie drażniącego. W każdym razie - to wszystko pod rozwagę, z myślą o bezpieczeństwie naszych futrzastych pupilów. 

*****

A tymczasem w moim ogrodzie... 



... czy dostrzegacie na tle zielonego buszu maleńki płomyczek oranżu?

To zakwitł mój aloes!




To jeden z kilku aloesów spędzających lato w ogrodzie. Ale - jak do tej pory - kwitnieniem popisał się tylko ten egzemplarz, i to po raz drugi:




Te aloesowe zdjęcia robiłam jeszcze w lipcu, a teraz w moim ogrodzie kwitną hortensje bukietowe (dwie odmiany). Pokrój mają trochę "rozczochrany", bardzo się rozłożyły na boki, bo pędy wypuściły bardzo długie, w części dość wiotkie, a ogromne kwiatostany mają swoją wagę, więc zaczęły się pokładać po ziemi. Musiałam je podwiązać, ale przez te wyjazdy urlopowo-towarzyskie zabrałam się za to dość późno, więc wygląda to trochę nieporządnie, ciężko było ogarnąć powyginane pędy. 



Mam te hortensje dopiero drugi rok, mąż je sam kupił i posadził, niestety trochę za gęsto, więc będziemy musieli niektóre przesadzić. Cieszę się jednak, że doskonale przezimowały i znowu pięknie zakwitły, bo moje wcześniejsze doświadczenia z hortensjami były zupełnie nieudane. Razem z tymi egzemplarzami były kupione jeszcze hortensje ogrodowe w ciekawych odmianach koronkowych, niestety część nie przezimowała (mea culpa, nie zadbałam o odpowiednie zabezpieczenie), a inne już przekwitły. 





Między hortensjami rośnie też dwuletnia pięknotka (kalikarpa), która mocno przemarzła i nie wyglądała wiosną na coś, co ma przeżyć, ale niespodziewanie jakoś się pozbierała w połowie lata i po mocnym przycięciu z zeschniętych pędów wypuściła piękne, mocne i długie nowe gałązki. No i trzeba będzie zadecydować, co przesadzamy - pięknotkę czy hortensje, bo za bardzo się stłoczyły. Jak się sadzi małą roślinkę, to czasem trudno sobie wyobrazić, że z tego wkrótce będzie duży krzew :). Poza tym wyczytałam, że pięknotka lubi mieć towarzystwo innych koleżanek gatunkowych, żeby wytworzyć owocki, czyli dekoracyjne kuleczki o niesamowitej, fioletowej barwie, utrzymujące się jeszcze w zimie. Chcę więc dokupić jeszcze przynajmniej jedną i posadzić obok, a to będzie wymagało przesadzenia rosnących tuż obok hortensji.


*****

A teraz najświeższy news ze świata zwierząt: mamy nowego kociego lokatora (jego zdjęcie otwiera również ten post):



Spory kocur, dwa razy większy od naszych najmłodszych kotek i trochę większy od tych starszych, ale bardzo grzeczny i towarzyski. Wygląda dość młodo, jest wykastrowany. Czarny jak noc, nazwałam go więc Bambo - na cześć wiadomego murzynka (którego zdaje się usunięto z elementarza pierwszaka, bo był podobno niepoprawny politycznie). Kotek zagościł u nas na stałe i trzeba go było w końcu jakoś nazwać. Czasem mówimy też na niego Bambuś albo Dyzio, ale najczęściej Grubcio, bo jakoś tak odruchowo się ta nazwa nasuwa na widok takiego... hmmm... grubcia :))). Nasz poprzedni kocurek miał oficjalne imię Ponton, ale w gronie rodzinnym też nazywaliśmy go Grubcio. 

Koteczki go tolerują, Balbinka i Kocia tylko czasem trochę burczą, Sabinka i Basiunia nie zwracają na kawalera uwagi, a Czarnuszka nawet całkiem spokojnie go zaakceptowała - nareszcie jeszcze jeden czarny kot, a nie same jakieś kolorowe i łaciate dookoła... 

To Czarnuszka:



Inna rzecz, że Czarnuszka nas trochę martwi, od pewnego czasu powoli nam gaśnie... Ma 16 lat i ostatnio prawie wcale nie wychodzi z domu, w ciepłe dni najwyżej na taras, gdzie ma swoje krzesełko z kocykiem w zacisznym kąciku. I leży sobie całymi dniami na tym krześle, a w nocy na swoim osobistym fotelu w ogrodzie zimowym, czasem skubnie coś z jedzonka, ale widać, że coraz mniej ma energii... Ech...

Bambo natomiast najpierw zachodził do nas tylko towarzysko, ale szybko spodobało mu się menu w naszej kociej stołówce i zaczął się meldować regularnie około 18tej. Pożerał wszystko, tylko na suche chrupki kręcił trochę nosem. Potem przychodził coraz częściej, a od miesiąca to właściwie w naszym ogrodzie mieszka. W czasie burzy pozwoliliśmy mu zakwaterować się przejściowo w zimowym ogrodzie, gdzie stale mieszka Czarnuszka. W upalne dni najchętniej śpi na leżaku w cieniku pod czereśnią, a jak pada to w altance. Po jedzenie wchodzi już sam do domu, z ogrodu przez taras, ogród zimowy, pokój i prosto do kuchni, gdzie koło lodówki (a jakże!) stoją kocie miseczki. Po dwóch tygodniach znajomości pozwiedzał cały dom i kulturalnie zrobił siku do kuwety. Spoko gościu :).

Jak się u nas pojawił, to na szyi miał sztywną plastikową obróżkę przeciwpchelną, ale była tak ciasna, że w końcu mu ją zdjęłam. Poluzować się nie dało, bo już była na ostatniej dziurce. A kotek miał aż wytarte futerko w tym miejscu. W takim ciasnym sztywnym chomącie to ani się położyć, ani jeść... Nawet wytrzeszcz oczu mu się zmniejszył po zdjęciu obroży ;). Wyglądał na zadbanego, ale nie mamy pojęcia skąd przyszedł, nikt w okolicy się do niego nie przyznaje. W ogrodzie ma gdzie spać, są różne zakamarki i kocie kryjówki. Do zimy daleko, zobaczymy - albo zatęskni za swoim poprzednim domem, albo zostanie, to przyjmiemy go do domu na stałe. W końcu to kot wybiera człowieka, a nie człowiek kota. Razem z Grubciem kotów mamy więc już sześć. 

*****

A na koniec Kocia - w posterylkowym bardzo twarzowym kubraczku. 






Wszystkie nasze koteczki są już więc wysterylizowane! Balbinka, o której sterylizacji niedawno pisałam (tutaj - "Kocie sprawy"), zaraz po zabiegu przeszła niesamowitą przemianę. Wcześniej najmniejsza ze stada chudzinka, autystyczna, zawsze zalękniona, uciekająca z domu, bojąca się wszystkiego, nieufna - nagle dostała wilczego apetytu i w ciągu tygodnia zapadnięty brzuszek zamienił się w napęczniały bębenek, koteczka nabrała ciała, wręcz urosła! I zaczęła się rządzić! Chciałaby teraz być królową domu, pokazuje swoją siłę innym kotom. Nie jest agresywna, ale ewidentnie zaznacza swoją dominację. No i nagle stała się największą domatorką i towarzyską przylepką :). Najwyraźniej sterylizacja dobrze jej zrobiła. 

*****

Przypominam jeszcze o zbiórkach na zwierzęta. 


U Drevniego Kocurka: pomagam.pl/3mcmefi

I dramatyczny apel schroniska w Korabiewicach, 
gdzie aż 300 zwierząt czeka na pomoc:   https://zrzutka.pl/5mt2nm


Jeśli nie możecie wspomóc finansowo, to chociaż udostępnijcie, przekażcie dalej.

*****