sobota, 22 czerwca 2024

Książki - o poniemieckim.

Dzisiaj niejako z rozpędu, ale już na koniec tej serii książkowych wpisów - opowiem Wam o kilku pozycjach, które przeczytałam ostatnio jedną po drugiej - w większości zainspirowana recenzjami z serwisu "Na kanapie", o którym rozpisywałam się w dwóch ostatnich postach. Jak to często bywa - nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, czy też - wszystko ma złe i dobre strony. W przypadku mojej przygody z serwisami czytelniczo-recenzenckimi poza przekonaniem o niskim poziomie tychże, wyniosłam też coś dobrego, a mianowicie kilka cennych znajomości z wiarygodnymi recenzentami, którym mogę zaufać prawie w ciemno, bo zgadzają nam się poglądy, oceny, a także upodobania co do rodzaju lektur. Tak właśnie trafiłam na trop tych książek, o których dzisiaj chcę Wam opowiedzieć. Co nie znaczy, że wszystkie były wysoko oceniane - po niektóre sięgnęłam pomimo wskazanych wad i niedostatków, po prostu z ciekawości, bo jednak chciałam ich treść poznać.




Wszystkie - w mniejszym lub większym stopniu - łączy terytorium i czas. Są to bowiem książki opisujące - w różny sposób i z różnych punktów widzenia - dzieje naszych Ziem Zachodnich, nazywanych dawniej Ziemiami Odzyskanymi, polsko-niemieckie przenikanie kulturowe, przejmowanie przez Polaków tych terenów, odejście Niemców, spotkania po latach, życie osadników na poniemieckim. Dlaczego ten temat tak mnie wciągnął? Bo tutaj właśnie mieszkam, a moi rodzice jako młodzi ludzie przyjechali w latach 50-tych na te tereny z Polski centralnej, tutaj też osiedliła się dalsza rodzina z centralnych rejonów Polski, a rodzina mojego męża przyjechała aż spod Stanisławowa (dzisiejsza Ukraina). Pamiętam z dzieciństwa pozostałe jeszcze wiele lat po wojnie w wielu miejscach ruiny domów, rozszabrowane niemieckie i żydowskie cmentarze, pozostałości niemieckich napisów - wyzierające spod farby na elewacjach nawet do dzisiaj, poniemieckie meble i inne przedmioty niemal w każdym domu w latach 60tych (a w wielu - do tej pory), niegdyś pogardzanie i niszczone, teraz wyszukiwane, odnawiane, doceniane. Były też różne świadectwa obecności ówczesnych wojsk sojuszniczych, czyli Rosjan. Ale to już trochę inna historia. A zatem...

Na pierwszy ogień poszła niepozorna książeczka, która miała być smakowitą przystawką przed daniem głównym, ale niestety nieco mnie rozczarowała...

  • HENRYK WANIEK - "Miasto niebieskich tramwajów". Wydawnictwo FORMA, 2017r, stron 124.

Ta akurat pozycja przyciągnęła mnie tytułem, bo wiadomo - niebieskie tramwaje to Wrocław, jedno z moich ulubionych miast, tam studiowałam ja, mój mąż, nasz syn, tam mieszkają nasi znajomi, no i jakby nie było - stolica naszego województwa, więc z prowincji często tam jeździmy po kulturę i sztukę, czasem po zakupy, a także żeby się spotkać z przyjaciółmi, pospacerować po Ogrodzie Botanicznym itd. Notka wydawnicza na ostatniej stronie okładki zapowiada prawdziwą ucztę dla ducha. Obiecuje smakowite i wieloznaczne opowieści, napisane z finezyjnym literackim kunsztem, podszyte dowcipem, metafizyką, kulturowymi dywagacjami. Tytuł książki zaś jednoznacznie kojarzy się z Wrocławiem. No i na to mnie złapali. Co prawda gdzieś tam wyczytałam, że jednak nie tylko o Wrocław chodzi, ale machnęłam ręką, przeważyły niebieskie tramwaje, uwiodła mnie obietnica intrygujących, nieco surrealistycznych dykteryjek, wrocławskich smaczków. Zresztą nazwisko autora nie było mi obce, kojarzyłam je pozytywnie. Ale - jak to często bywa - blurb żyje swoim życiem, niekoniecznie powiązanym z zasadniczą treścią i stylem dzieła.

"Miasto niebieskich tramwajów" to niewielka książeczka - zawiera szesnaście, a właściwie siedemnaście (wliczając coś w rodzaju wstępu) krótkich opowiadań. Autor, Henryk Waniek, opowiada o swoich przeżyciach związanych z Wrocławiem, ale i z innymi miejscami na Dolnym i Górnym Śląsku, są to bowiem rejony, w których się urodził (w 1942r w Oświęcimiu), wychował, studiował i mieszkał (Katowice, przelotnie Wrocław). Jest pisarzem, publicystą, malarzem. Dawno temu czytałam jego książkę "Finis Silesiae", która zrobiła na mnie mocne i niezapomniane wrażenie, toteż z dużą nadzieją sięgnęłam po ten zbiorek opowiadań. Nadzieja, powiadają, umiera ostatnia, ale moja w tym wypadku poległa gdzieś w połowie książeczki. Wrocław bowiem był na początku, potem szybko się zgubił, pojawili się różni ludzie, których drogi życiowe mniej lub bardziej pokrzyżowały się ze ścieżkami Wańka, ale także postaci historyczne i fikcyjne, powiązane z Wrocławiem nie zawsze wprost, czasem nieco umownie. Potem krajobraz nieco się rozszerza na dolno- i częściowo także górnośląski i historyczne rozkminki na temat miejsc i ludzi, którzy na tych ziemiach żyli niegdyś, przed wojną i tuż po niej. Podróżujemy z autorem w czasoprzestrzeni, zaglądając już nie do Wrocławia, ale Breslau (niemiecka nazwa Wrocławia), a także Chemitz, Dresden... Wrocłąw jest tylko pretekstem. Bogactwo historyczne i swoisty tygiel kulturowy, buzujący jeszcze długie lata po wojnie, to wszystko daje podstawę do rozważań o dziejach - nie tyle narodów, co jednostek, o naturze ludzkiej, o przeszłości i przyszłości. Znałam już te klimaty z "Finis Silesiae", ale w obszernej książce miało to wszystko odpowiedni kontekst i wydźwięk. Tutaj nie chwyciło mnie za serce, nie przykuło uwagi, nie przekonało. Przyznam bowiem, że opowiadania nie są moją ulubioną formą literacką, więc może to także w jakimś stopniu wpłynęło na mój odbiór, bo oczekiwałam większej spójności, co przecież w przypadku zbioru opowiadań nie jest obligatoryjne ani oczywiste. Wielbiciele małych form zapewne będą bardziej usatysfakcjonowani, bo obiektywnie muszę przyznać, że każde z opowiadań z osobna jest mniejszą lub większą perełką.

*****

I oto ta właśnie książka, o której wyżej wspomniałam i przeczytałam ją po raz kolejny, po kilkunastu latach:
  • HENRYK WANIEK - "Finis Silesiae". Wydawnictwo Dolnośląskie 2003r, stron 360.



Ta historia została wymyślona, ale później okazało się, że miała wiele wspólnego z tym, co wydarzyło się naprawdę. Pomysł na nią zrodził się w głowie Henryka Wańka po obejrzeniu wydanego w 1942 roku albumu fotograficznego "Die schlesische Landschaft". Znalazły się w nim 163 fotografie przedwojennego Śląska, głównie krajobrazy, lasy, góry... Żadnych typowych dla tamtych czasów propagandowych wizerunków miast obwieszonych flagami ze swastykami... za to pojawiająca się na niektórych z nich młoda kobieta, zawsze odwrócona tyłem lub bokiem do obiektywu, jakby znalazła się tam zupełnie przypadkowo. Nasuwało to myśl o jakimś związku fotografa z tą tajemniczą dziewczyną... Kilka fotografii stało się więc zalążkiem do opowiedzenia miłosnej historii tych dwojga, ale tłem i motywem przewodnim jest Śląsk, jego skomplikowana historia, z Niemcami i Polakami, którym przyszło tam żyć. Spokój krajobrazów zatrzymanych w kadrach, odwieczne góry, trwające niemal niezmiennie cudowne lasy i łąki, a obok - pogranicze dwóch państw, Polski i Niemiec, które wkrótce zostaną wepchnięte w wojenną zawieruchę. Waniek nieśpiesznie opowiada o ulotnych chwilach, które składają się na przeżycia młodych ludzi, zanurzonych w niespokojnym czasie, w świecie spolaryzowanych postaw, gdzie toczy się normalne, spokojne, sielskie życie, a obok płynie rzeka nienawiści i żądzy władzy. Utrwalone na fotograficznej kliszy momenty, zamienione w opowieść pełną nostalgii za minionym pięknym czasem. Ułamki sekund, o których Waniek opowiada długo i nieśpiesznie, bo przecież każda chwila miała gdzieś kiedyś jakiś początek, a potem jakiś dalszy ciąg. "Finis Silesiae" - koniec Śląska, koniec jakiegoś etapu w dziejach zamieszkujących te tereny ludzi. Jedni musieli te miejsca opuścić, inni musieli je zasiedlić. Ale pozostały te same góry, wiele z utrwalonych na zdjęciach krajobrazów nie uległo większym przeobrażeniom. Zmienili się ludzie, ich podejście do tej ziemi, do tego, co zastali. Więc coś się jednak skończyło.

Język Wańka jest specyficzny. Pisze bardzo krótkimi zdaniami, często równoważnikami zdań, wręcz pojedynczymi słowami. A jednocześnie cała ta opowieść jest niezwykle malarska, plastyczna, obfita. Autor wspaniale opisuje piękno miejsc, krajobrazów całego niemal Śląska. O ludziach, ich emocjach i przeżyciach opowiada natomiast tak, że niemal czujemy to samo, co jego bohaterowie, utożsamiamy się z nimi. Bardzo poruszająca, nostalgiczna historia miejsc, które nie są już takie, jakie były, i ludzi, których już nie ma.

*****
  • KAROLINA KUSZYK - "Poniemieckie". Wydawnictwo Czarne, 2019r, stron 464.

Książka rewelacyjna, najciekawsza chyba z tego zestawu, który Wam tu dzisiaj prezentuję. Naszpikowana faktami, zapisem mnóstwa rozmów i notatek z pamiętników ludzi, którzy tuż po wojnie przyjechali na Ziemie Odzyskane (a tak po prawdzie - uzyskane) ze wschodu, z ziem utraconych, ale także z Polski centralnej. Co mnie najbardziej ucieszyło - to, że autorka urodziła się i długo mieszkała w Legnicy, w której ja także spędziłam dzieciństwo, miałam tam też bliską rodzinę, pamiętam więc i kojarzę wiele miejsc i faktów, o których Karolina Kuszyk opowiada we fragmentach poświęconych Liegnitz/Legnicy.  Wspaniały dokument, oparty na wspomnieniach wielu osób pamiętających okres tuż po wojnie. Mam do tej książki duży sentyment, bo nawet rozdziały poświęcone innym niż Legnica miastom i rejonom Ziem Zachodnich nasuwają skojarzenia z tym, co znam z Dolnego Śląska, z miast, w których przez wiele lat mieszkałam. 

Z informacji od wydawnictwa:

"Karolina Kuszyk – sama „wychowana na poniemieckim” – tropi ślady, wczytuje się we wspomnienia osadników i przesiedleńców, a przede wszystkim rozmawia – z przedstawicielami trzech pokoleń ludzi mieszkających w poniemieckich domach i korzystających z poniemieckich przedmiotów, ze zbieraczami i kolekcjonerami, z poszukiwaczami niemieckich skarbów, z regionalistami z ziem zachodnich i północnych odkrywającymi przedwojenną historię swoich małych ojczyzn. I zadaje pytania. Czym są dla nas poniemieckie rzeczy? Wdzięcznymi, lecz niewiele mówiącymi gadżetami w rodzaju obrazka z Aniołem Stróżem przeprowadzającym dzieci przez kładkę nad przepaścią? Obcymi śmieciami, na których rodzice i dziadkowie musieli się urządzać, bo nie mieli innego wyjścia? Jak bardzo dom poniemiecki musiał się napracować, żeby zasłużyć na miano polskiego? A co się stało z niemieckimi cmentarzami na ziemiach przyłączonych do Polski w 1945 roku?

Opowiadając o tym, jak biografie poniemieckich domów, rzeczy i cmentarzy splatały się z losami ich polskich spadkobierców od powojnia po współczesność, autorka zastanawia się także, czym jest dziś polskość i ile obcości potrafimy znieść w tym, co określamy mianem własnego."

Uwaga: ta książka na pewno spodoba się osobom, które mają z tymi terenami coś wspólnego, żyją na "poniemieckim", mają związane z tym wspomnienia i doświadczenia. Dla pozostałych mnogość szczegółów może się okazać przytłaczająca. Dla mnie to fantastyczna lektura.

*****


  • ZBIGNIEW ROKITA - "Odrzania. Podróż po Ziemiach Odzyskanych". Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK, 2023r, str. 312.



My, Odrzanie, jesteśmy inni niż Wiślanie. Generalnie cała Polska jest niejednolita kulturowo, światopoglądowo i tak dalej, co doskonale widać chociażby przy okazji wyborów, gdzie całkiem wyraźnie zaznacza się podział na wschód i zachód, na Odrzanię i Wiślanię. Ale wystarczy przejechać nasz kraj od wschodu na zachód czy odwrotnie, żeby w samym krajobrazie i układzie miast zobaczyć tę odmienność. Wiślania to mieszkańcy na ogół zasiedziali od wieków i pokoleń, a Odrzania, czyli Ziemie Odzyskane (albo jak ktoś woli, bardziej poprawnie dziejowo - Uzyskane), to ludność napływowa zewsząd, trochę zza powojennej wschodniej granicy, z obecnej Ukrainy czy Litwy, ale w większości, jak wskazują statystyki - z polski centralnej. Z tym, że w kolejnym pokoleniu nie identyfikujemy się już tak mocno jak nasi rodzice i dziadkowie, z Kresami, z Zamojszczyzną czy Mazowszem. Bo my już jesteśmy stąd. Ale moje pokolenie pamięta jeszcze czasy zimnej wojny i obawy dziadków, że Niemcy tutaj jeszcze wrócą "po swoje", że zabiorą. I tęsknoty Kresowiaków za dawną ojcowizną pozostawioną na wschodzie. Więc przez długie lata powojenne nikt nie dbał o zastane, poniemieckie. Burzono, rozszabrowywano. Zaraz po wojnie Rosjanie wywieźli infrastrukturę przemysłową i co tam się jeszcze dało. Potem polska władza ludowa zarządziła odbudowę stolicy, na którą wywieziono z Wrocławia i innych dolnośląskich miast miliony, a może nawet miliardy cegieł - z ruin, ale i z celowo burzonych domów, bo nikt nie wiedział, czy ten nowy powojenny porządek długo się utrzyma. Wywieziono resztki urządzeń, których nie zdążyli zabrać Rosjanie, zagrabiono na potrzeby warszawskich muzeów (i pewnie też - domów notabli) dzieła sztuki. Przez te wszystkie lata jednak zmieniła się też mentalność społeczna Odrzan, wymieszanych z różnych zakątków kraju. Jak słusznie zauważa Rokita, mieszkaniec Odrzanii przeniesiony nagle gdzieś na Zamojszczyznę czuje się, jakby był za granicą, w jakimś zupełnie innym kraju. I vice versa. Inaczej wyglądają miasta i wioski, inaczej zachowują się i myślą ludzie. Wiem, bo mam rodzinę w centrum i na wschodzie Polski :). Nie będę tu wyłuszczać powodów, dla których tak jest, żeby nie zanudzać, niektórzy to znają, inni niech sobie przeczytają - u Rokity i u Kuszyk.

Książkę Rokity (nagrodzonego NIKE 2021 za słynną śląską opowieść "Kajś") redakcja określiła jako włóczęgowski poemat reporterski. No cóż, z pewną dozą dobrej woli można się z tym poniekąd zgodzić, ale że poemat, to już lekka przesada. Autor wędruje po Odrzanii, zainspirowany chyba trochę wspomnianą wyżej książką Karoliny Kuszyk, bo nawet kilka razy się do niej odwołuje i nawiązuje. Różnica między tymi książkami jest taka, że pani Kuszyk opracowała temat bardzo solidnie, jest to niemal rodzaj dokumentu, w którym zebrano wspomnienia i refleksje wielu, bardzo wielu osób, z którymi autorka osobiście rozmawiała, a także analizę wspomnień z pamiętników nadsyłanych na konkurs dla osiedleńców na Ziemiach Zachodnich. Opowiada o zastanych mieszkaniach, domach, gospodarstwach, ale i cmentarzach, parkach, o znajdowanych skarbach mniejszej i większej wartości,  ukrytych przez Niemców przed wysiedleniem... Natomiast pan Rokita wędruje po tych terenach i snuje swoje rozważania i wątpliwości, czasem z kimś porozmawia, opisuje dość szczegółowo te rozmowy, ale jakoś więcej tam tych nie prowadzących donikąd dumań, niż konkretów. Czyta się dość lekko, autor ma spory dystans do całej historii tych ziem, do odniemczania i spolszczania, do przenikania się kultur, ale też nie wnosi nic nowego, nie przyciąga niczym uwagi. Zwłaszcza, jeśli wcześniej przeczytało się "Poniemieckie". Jeśli więc chcecie przeczytać opowieść dokumentalną, to polecam "Poniemieckie" Karoliny Kuszyk. Jeśli wolicie tylko musnąć temat, tak z grubsza się zorientować w klimacie zasiedlania Ziem Odzyskanych, odbudowy, wchłaniania przez nowych mieszkańców tego, co pozostało po poprzednikach, oswajania polskości z niemieckością, to przeczytajcie "Odrzanię" Zbigniewa Rokity. 

W obu książkach jest chyba dla każdego trochę niespodzianek. Dla mnie na przykład zaskoczeniem była informacja o tym, że Stare Miasto w Gdańsku (nie mylić z Głównym Miastem) wcale nie jest stare, że są to wybudowane po wojnie od podstaw kamienice stylizowane od frontu na wiekowe, a w środku i od podwórka zupełnie współczesne. Może gdzieś tam zachowano coś z historycznych pozostałości, niekoniecznie nawet w tych samych miejscach, gdzie znajdowały się dawniej, ale przy okazji postarano się, aby nie było elementów kojarzących się z pruskością, dołożono dekoracje z polskim rodowodem... taka zdziwność powojenna, kiedy wmawiano nam, że wróciliśmy na swoje, na dawne prapolskie ziemie i trzeba było jakoś ten mit podtrzymać.

z książki "Odrzania" - po prawej mapa Polski z zaznaczonymi terenami utraconymi i przyłączonymi po II wojnie światowej


*****

I jeszcze dla porządku wspomnę o dwóch książkach - również o Ziemiach Zachodnich i ich mieszkańcach dawnych i obecnych, o znikaniu miejscowości, o pięknie krajobrazu, o tym, jak ten krajobraz się zmieniał i dlaczego.
  • FILIP SPRINGER - "Miedzianka. Historia znikania". Wydawnictwo Karakter, 2022r, str. 271.


  • FILIP SPRINGER - "Mein Gott, jak pięknie". Wydawnictwo Karakter, 2023r, str. 251.



Wrzucam te dwie książki jednego autora do jednego opisu, bo - mówiąc szczerze - obie mnie nie wciągnęły, raczej trochę znudziły. O ile "Miedzianka" jest dość konsekwentnie i szczegółowo (aż do znudzenia, niestety) opisaną kilkusetletnią historią jednej miejscowości, która niegdyś nieźle prosperowała, a de facto dzisiaj już nie istnieje, o tyle "Mein Gott, jak pięknie" jest opowieścią o wszystkim i o niczym, nierówną i nieskładną. Niby też o Ziemiach Zachodnich, trochę o historii, trochę o pięknie krajobrazu, trochę tak ogólnie... Ciekawostka, ale dla wytrwałych koneserów. I nie będę się rozpisywać, bo doprawdy szkoda pióra... to jest - klawiatury.





I na tym kończę cykl książkowy (na razie, oczywiście). W kolejnych wpisach planuję pokazać moje obrazki i może wrzucę wkrótce trochę ciekawostek na temat mojego nowego hobby ;).

*****

22 komentarze:

  1. Z książek, o których tym razem opowiedziałaś, chyba najbardziej spodobałaby mi się, albo inaczej, którą najchętniej bym przeczytała jest "Finis Silesiae". Również z uwagi na ten specyficzny język autora.
    Zgadzam się, że ta sama książka będzie inaczej odbierana przez osoby znające opisywane tereny i osoby całkowicie niezwiązane, z zewnątrz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, faktycznie w tym wypadku nie jestem całkiem obiektywna w ocenach ;). Chciałam jak najwięcej się dowiedzieć o tych aspektach, które jakoś mi się kojarzą ze wspomnieniami, ze słyszanymi wielokrotnie opowieściami. W naszym rejonie wciąż często można spotkać Niemców, którzy szukają śladów swoich bliskich, ich domów. Dawniej przyjeżdżali też ci, którzy tutaj mieszkali. Ta lektura to była dla mnie taka podróż sentymentalna, nawet zaczęłam przy okazji wyszukiwać przedwojenne zdjęcia znanych mi miejsc.

      Usuń
  2. Czytałam Miedziankę i Poniemieckie. Nie jest to tematyka, która najbardziej mnie zajmuje, jednak dobrze poczytać coś innego i opartego na historii naszej okolicy.
    Książki z wydawnictwa Czarne - można brać zazwyczaj w ciemno.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak jakoś od niedawna zaczęłam się interesować tą tematyką. Co do wydawnictw, to mam kilka ulubionych, nie przyglądałam się jeszcze "Czarnemu", ale faktycznie, kilka interesujących pozycji kojarzę z tym właśnie wydawnictwem.
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  3. Małgosiu, dopiero z tego Twojego wpisu dowiedziałam się, że chyba jesteśmy sąsiadkami. Przecież Wrocław to moje rodzinne miasto i wszystko to o czym napisałaś, jest mi niezmiernie bliskie. Też pamiętam te czasy, o których napisałaś, a moją książką, którą wprost kocham i mam ją nawet wyszczególnioną na blogu w opisie "o mnie", jest wspaniała pozycja "Ucieczka od zapachu świec" Krystyny Pająkowej. Uwielbiam tę książkę, razem z jej główną bohaterką wędruje się po Ziemiach Odzyskanych, a finalnie po samym Wrocławiu. Czytam ją niezmiennie co jakiś czas i spaceruję powojennymi ulicami, które wciąż pamiętam jak wyglądały w czasach mojego dzieciństwa.
    Dziękuję Co za te recenzje, na pewno sięgnę po te pozycje, które tu poleciłaś.
    Ściskam Cię, może się kiedyś w tym Wrocławiu spotkamy?... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iwonko, co do spotkania, to oczywiście mam nadzieję, że kiedyś nam się to uda :).
      Dziękuję za polecenie książki, od razu sprawdziłam co można o niej znaleźć w internecie. Okazuje się, że było tylko to jedno wydanie z 1965r, w związku z czym książka obecnie jest niemal nie do zdobycia, w antykwariatach cena od 150 za mocno podniszczoną, do 230 zł w dobrym stanie! Alternatywą jest oczywiście wypożyczenie, zatem mąż, który korzysta z biblioteki, dostał już zlecenie w tej sprawie :))). Przejrzałam też entuzjastyczne opinie na Lubimy Czytać, co by tam nie myśleć o recenzjach, to jednak jest bardzo dużo głosów zachwytu, więc jest coś na rzeczy i rozumiem też Twoją do niej miłość :). Tak czy inaczej ją zdobędę :).
      Z tych, o których ja tutaj pisałam, to o Wrocławiu najwięcej jest w "Poniemieckim" i "Odrzanii".
      Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie!

      Usuń
    2. Małgosiu, ta książka to prawie "biały kruk" :) Aż sama się dziwię, dlaczego przy tak dobrych opiniach i poczytności tej pozycji, nigdy nie wznowiono jej ponownej publikacji. Ja mam już drugi raz tę książkę. Pierwszą upolowałam na Allegro, ale dosłownie upolowałam, bo tylko co się pokazała, to zaraz ją miałam, już nie pamiętam za ile, ale na pewno za mniej niż 100 zł. Potem pożyczyłam córce i w czasie jej przeprowadzki gdzieś "zaginęła" :( Obie byłyśmy zrozpaczone. Oczywiście nigdy się nie odnalazła. Myślę, że ktoś się nią poczęstował... Ale musiałam ją mieć, więc tak długo polowałam, aż upolowałam znowu, też w jakiejś przyzwoitej cenie. Tej już nigdy nikomu nie pożyczę, zajmuje honorowe miejsce na mojej bibliotecznej półce :)
      Pomyślmy coś o tym spotkaniu :)

      Usuń
    3. Myślę, że może być jakiś problem z prawami autorskimi na przykład...
      Ja też mam listę książek do ponownego zakupu, które nie wiadomo jak i kiedy wyparowały z naszej domowej biblioteki. Ja sama prawie nigdy nie pożyczam nikomu książek, ale czasem syn coś weźmie a potem komuś pożyczy, a mój mąż w ogóle lubi się wymieniać ze znajomymi, no i potem nie pamięta komu co dał, a nie wszyscy oddają, niestety. Jedni nasi znajomi mają spory księgozbiór, chętnie się nim dzielą, ale prowadzą skrupulatną ewidencję na tradycyjnych kartach bibliotecznych i zawsze wiedzą do kogo jaka książka powędrowała. Ale to też nie jest idealne rozwiązanie - ja dawno temu miałam dwie takie sytuacje, że pożyczyłam książki osobom, które wkrótce wyjechały, kontakt się urwał, no i po książkach... Od tego czasu nie pożyczam i już, taka niedobra jestem ;).

      Usuń
  4. Zainteresowałaś mnie tematyką wszak dotyczy to mojego miejsca zamieszkania. Na urodziny dostałam jedną z proponowanych książek - Odrzania. Właśnie czyta ją mój mąż. Jestem zainteresowana tym, co zaproponowałaś i z pewnością sięgnę po te, które preferujesz. Pozdrawiam serdecznie:):):)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, jak miło :). W takim razie polecam jeszcze do kompletu "Poniemieckie".
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  5. Twoje recenzje Małgosiu, o poniemieckim, przeczytałam z dużym zainteresowaniem, jednak z czytaniem książek to u mnie od jakiegoś czasu kiepsko, no cóż może to przejściowe...
    Kiedyś była taka ogólna narracja że na poniemieckim osiedlali się przede wszystkim ludzie z kresów. Jak zaczęłam pracować w przedszkolu i miałam kontakt z dużo ilością ludzi, zaczęło docierać do mnie, że wrocławianie do jednak z centralnej Polski w większości przybyli. Moi rodzice też z centralnej Polski, mama z Kielecczyzny a tato z łódzkiego.
    A co do książek o naszym rejonie to mój najstarszy brat z którym mieszkam interesuje się historią i polityką. Miał taki okres że kupował wszystkie nowości związane z Wrocławiem z jego historią a także z Dolnym Śląskiem. Zebrało mu się trochę tej literatury, w tym albumy także. Co niecoś z tego przeczytałam, ale już dawno i nie jestem w stanie zrecenzować :) Dała mi ta lektura wiedzę o poniemieckim, jednak nie jest to wiedza szczegółowa, bo ja mam problem z przyswajaniem sobie wiedzy encyklopedycznej. Daty, nazwiska, nazwy miejscowości to jakoś ulatuje ze mnie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja mama też z Kielecczyzny :). No właśnie, tak się mówiło, że dużo z Kresów przyjechało, ale w tych książkach są właśnie przytoczone statystyki, z których wynika, że Kresowiaków to był jakiś drobny procent, a znakomita większość z centralnej Polski - jedni skuszeni propagandowymi hasłami, że na Odzyskanych jest ziemia, praca itd, a inni - z przydziału pracy, jak mój tato, który został tam skierowany po studiach. Co do tych szczegółów, to wiesz, ja też nie mam głowy do dat i nazwisk, ale lubię czytać te historie, żeby poczuć klimat, poznać i zrozumieć różne sprawy. Historia generalnie dawniej mnie nie interesowała, ostatnio tak mnie jakoś naszło, zainteresowania zmieniają mi się co jakiś czas :).

      Usuń
  6. Ciekawie zarekomendowałaś książki. Lubię czytać recenzje. Czy to książki, czy filmu. Gotowam przysiąc, że zawsze czytam. I sugeruje się, a potem wybieram, bądź nie. Lubię Wańka i ten jego język. Nawet mnie taki pociąga i sama pisać lubię takimi krótkimi zdaniami. To buduje emocje, nastrój, intryguje... Nie pomyśl czasem, że śmiem się porównywać.
    Po prostu lubię.
    Czytając książki bardziej interesuje mnie osobowość autora [poprzez tekst właśnie], jego styl myślenia, filozofia. No weźmy takiego Myśliwskiego... Albo Pilcha :) Że o Twardochu nie wspomnę :)
    Dlatego nigdy nie czytam sag, czytadeł...
    No i mam teraz orientację, w którym regionie mieszkasz :)
    Pozdrawiam gorąco...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do języka, to ja przeciwnie - wolę długie, wielokrotnie złożone zdania, bogate opisy, szeroko rozwinięte myśli. Sama też mam taką tendencję, potem sprawdzam co napisałam i jak widzę zdanie na całą stronę, to skracam i jeszcze dzielę je na dwa lub trzy, bo wiem, że dla niektórych osób taka skomplikowana dłużyzna byłaby nie do przetrawienia :)))). Dlatego na początku Waniek mnie irytował, ale potem się wciągnęłam w tę dziwną opowieść, przyzwyczaiłam do jego stylu, aż w końcu w ogóle przestałam na to zwracać uwagę. Co oznacza, że ostatecznie ważniejsza jest treść, a nie forma. No i masz rację, że takie krótkie zdania budują emocje, zmuszają też do większego zaangażowania czytelnika.
      Ściskam i pozdrawiam z gorącego dzisiaj Dolnego Śląska :).

      Usuń
  7. Poczytam którąś z polecanych książek przed kolejną wizytą we Wrocławiu. Sama chcę powrócić do swoich korzeni, czyli pospacerować uliczkami miasta od zawsze niepokornego i wolnego - miasta Gdańska widzianego oczami i sercem gdańszczanki - Joanny Schopenhauer. A znowuż czytając Dawidka Weisera P. Huelle - opowieść o dawnym Gdańsku (powojennym) - co prawda nie dokumentalna, ale oparta na powojennych realiach pomyślałam sobie, że inaczej odbiorą ją ci, którzy miasta nie znają, którzy w nie nie wrośli, bo nawet, jeśli moje korzenie sięgają płyciej to jednak zdążyły tu mocno wrosnąć. Z Wrocławia dopiero co wróciłam pokazawszy je mojej mamie chrzestnej. Zauroczyła ją duża ilość zieleni w mieście (ogrody i parki) i ciekawa architektura. A jeszcze co do pisania to też mam tendencję do długaśnych zdań i potem skracam, wyrzucam, dzielę, wychodząc z założenie, że mniej znaczy więcej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja skracam tylko z szacunku dla czytelnika ;) - bo sama to jednak uwielbiam takie długaśne!
      To prawda, że inaczej odbierają te miejskie historie ci, którzy znają realia z autopsji czy też rodzinnych wspomnień. Mój mąż zaczytuje się w opowieściach kresowych, bo zna to z opowieści rodziców, a mnie to w ogóle nie ciekawi, natomiast dzieciństwo i młodość w dolnośląskich miastach poniemieckich powodują, że o tym czytam dużo chętniej.

      Usuń
  8. Małgosiu
    Ten post trafił idealnie w moje zainteresowanie i zapotrzebowanie. Twoje podpowiedzi i jeszcze podpowiedź Iwonki ukierunkowały mnie w poszukiwaniu książek.
    Poszukuję ich dla wnuka, który nie mieszka w Polsce ale historia kraju to jego pasja.
    Uwielbia,kiedy opowiadamy to co pamiętamy ale też szuka źródeł.
    Pochodzę z Mazur a moi rodzice osiedlili się tam tuż po wojnie. Wcześniej mieszkali nad Bugiem. Tata poznał Prusy w czasie wojny,kiedy trafił na roboty. Wiedział, że można tam zacząć nowe życie i tak to się zaczęło. Pamiętam, że Babcia stale powtarzała, że Niemcy wrócą i trzeba będzie uciekać i dla mnie, małego dziecka była to przerażająca informacja. Bałam się bo nie rozumialam ale kto się tym przejmował.
    Owszem, przyjeżdżali dawni właściciele ale to były odwiedziny sentymentalne i przyjazne.
    Zaraz to ja napiszę rozdział a chciałam tylko podziękować:)
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że przydadzą się moje rekomendacje :). O tym straszeniu, że Niemcy wrócą, to i ja pamiętam, było takie uczucie niepewności, zwłaszcza u starszych ludzi, tych przesiedlonych z terenów wschodnich. Dawniej jednak nie interesowałam się jakoś szczególnie historią ziem tzw. odzyskanych, a teraz trafiłam ta takie ciekawe książki i zaczęło mnie to wciągać :).
      Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie!

      Usuń
  9. witam Małgosiu💗

    dziękuję za polecenie książek.. świetne recenzje, przeczytałam je z zaciekawieniem.. lubię czytać rekomendacje ponieważ mam możliwość wyboru tematyki książek .. czekam cierpliwie na posty z Twoimi obrazkami i o Twoim nowym hobby 😉

    - pozdrawiam Cię najserdeczniej i najcieplej, cudowności moc 🍀💚🥰😘

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję za przemiły komentarz :). Sama chętnie czytam opinie innych czytelników, bo książek jest ogrom i nie sposób ich wszystkich przeczytać, trzeba jakoś wybierać, więc recenzje i polecenia bywają przydatne. Mam nadzieję, że te moje także :).
      Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie!

      Usuń
  10. W żaden sposób nie jestem związana z Wrocławiem, chociaż uważam je za jedno z najpiękniejszych polskich miast. Twoje propozycje bardzo mnie zainteresowały, gdyż lubię odwiedzać i Wrocław i wspaniałe zabytki na terenie Dolnego Śląska. Każdego roku staram się z jakąś wycieczką pojechać i porównać, co się zmieniło, a zmienia się mnóstwo na korzyść.
    Pozdrawiam.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam taki sentyment do Gdańska, chociaż nigdy w tym mieście dłużej nie mieszkałam. Jednak jak tylko mam okazję, to jadę do Trójmiasta i cieszę oczy coraz to nowymi odkryciami :).
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń

Jeśli Twój komentarz nie pojawił się od razu, to niestety wina nowej (gorszej) wersji bloggera, który z nieznanych mi powodów wrzuca niektóre komentarze do spamu - ale nie martw się, na pewno go znajdę i opublikuję :).