Pokazywanie postów oznaczonych etykietą malarstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą malarstwo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 marca 2026

Milewski, Sveta Katarina i kwietniowe świętowanie.

Zacznę od małej retrospekcji... W maju 2021r, kiedy WHO poluzowała część ograniczeń związanych z pandemią covidową, wybraliśmy się z przyjaciółmi do Chorwacji. Ktoś ze znajomych polecił nam wyspę Świętej Katarzyny. 

W Chorwacji byłam wiele razy, za każdym razem w innym miejscu, ale na Katarinie podobało mi się najbardziej. Może jeszcze kiedyś tam wrócimy, z tym że jedną z zalet tamtego pobytu był ten szczególny fakt, że było to pierwsze otwarcie po dwóch latach pandemicznego zamknięcia, w związku z czym turystów było jeszcze niewielu. Za to mnóstwo rybitw, które pozakładały gniazda na bezludnej wyspie i się dziwiły, że jednak jakieś człowieki się pojawiły :). Nie były dokuczliwe, chociaż przy śniadaniu na hotelowym tarasie trzeba było pilnować talerza, ale krzyczały na nas, jak podeszlismy za blisko krzaków,w których one miały akurat młode. Fajnie było podglądać te ptasie rodzinki, młode w różnym wieku, niektóre nieloty jeszcze w upierzeniu przypominającym futro. Trochę je dokarmialiśmy. No ale wracając do tematu... w efekcie tego pierwszego otwarcia - brak tłumów, za to obsługa miała mniej roboty, w związku z czym bardziej się koło nas uwijała ;). No i to taka zielona wyspa, to mi się podobało, bo nie lubię ani spalonych słońcem plaż i bezdrzewnych połaci, ani tych chorwackich ciasnych uliczek w miasteczkach w stylu rzymskim, szczególnie jak żar się z nieba leje i duchota tam panuje.

Na Katarinę ze stałego lądu można się dostać tylko wodną taksówką (ewentualnie wpław, co młodzież czasem praktykuje), kursującą co pół godziny, bez żadnych opłat. Samochód zostawia się na parkingu w pobliżu kapitanatu portu, zabiera manatki i wsiada na pokład. Po kilku minutach rejsu jesteśmy na wyspie, obsługa zabiera bagaże meleksem do hotelu, a pasażerowie pokonują pieszo te całe 50 metrów do recepcji. Cała wyspa to teren i obiekty należące do jednego hotelu, mnóstwo zieleni i alejek do niezbyt intensywnego spacerowania. I zero samochodów, motorków i dyskotek.


po lewej wyspa Sveta Katarina, po prawej Rovinj - widać różnicę :)
zdjęcie z internetu


A tu widok z Katariny na Rovinj:

zdj. moje


Ponieważ gości, jako się rzekło, było jeszcze bardzo mało, to basen hotelowy w ciągu całego dnia wyglądał jak w prospektach reklamowych - niemal pusty:


zdj. moje


Zamówione drinki dla czterech osób przyniosło nam dwóch kelnerów i kierownik sali. Tak nas obskakiwali, że czuliśmy się jak milionerzy na prywatnej wyspie. No ale ja nie o tym chciałam... 

Codziennie wyprawialiśmy się na stały ląd - do Rovinij, żeby połazić, zjeść kolację itd, czasem gdzieś dalej.  Natomiast na "naszej" wyspie spacerowaliśmy i leniuchowaliśmy nad basenem albo na plaży. I w trakcie tego łazikowania po zakamarkach wyspy odkryliśmy taką oto tablicę na ścianie głównego budynku hotelu, nieco zasłoniętą jakimś krzakiem, tak że nie rzuciła nam się w oczy od razu:

zdj. moje

Można sobie powiększyć, ale dla ułatwienia przepisałam tę część, która jest po polsku:

IGNACY KAROL hrabia KORWIN MILEWSKI

27.04.1846 - 16.10.1926

Wybitny polski kolekcjoner malarstwa, mecenas sztuki, kawaler maltański, 

od 1899 do 1926 właściciel i mieszkaniec wyspy Święta Katarzyna,  

fundator najstarszej części tej rezydencji, 

wzniesionej dla eksponowania cennej kolekcji malarstwa polskiego.


Przyznam się, że o panu Milewskim wcześniej nie słyszałam, albo nie zapamiętałam. Czym prędzej uzupełniłam więc wiedzę i teraz Wam o nim co nieco opowiem, bowiem jest ku temu szczególny powód... Informacje na temat burzliwego życia i oryginalnych pomysłów Milewskiego podaję w oparciu o artykuł zamieszczony na portalu "Niezła Sztuka" (link) z roku 2017 - którego źródłem jest prawdopodobnie artykuł na portalu "Rynek i Sztuka" (link) z roku 2013, bo większość tekstu powtórzona jest słowo w słowo, chociaż na Niezłej Sztuce nie ma o tym wzmianki. A może oba artykuły mają jeszcze jakieś inne wspólne źródło, do którego się nie przyznały? A pod każdym tekstem podpisała się inna osoba. Ot, taka trochę niesmaczna ciekawostka... Cytaty poniżej pochodzą z "Niezłej Sztuki", reprodukcje z "Niezłej Sztuki" i Wikipedii.

Ignacy Karol Korwin-Milewski urodził się 27 kwietnia 1846 roku. Wysoki poziom materialny rodzina zawdzięczała imponującemu posagowi matki Ignacego. Dzięki temu on i jego młodszy brat odebrali staranne wykształcenie za granicą (obaj ukończyli wydział prawa w Paryżu). W 1870 roku Ignacy postanowił jednak, że chce zostać artystą malarzem i w tym celu przeniósł się do Monachium, ówczesnej mekki polskich artystów. Ostatecznie jednak po pięciu latach studiów doszedł do wniosku, że jego talent nie jest wystarczający, aby pozostać przy tym zajęciu. Pojechał zatem do Rzymu, aby - z sukcesem, dzięki pieniądzom, oczywiście - wystarać się u papieża o dziedziczny tytuł hrabiowski. Nie do końca rozumiem ten zabieg, bo oboje rodzice Ignacego pochodzili ze szlacheckich rodów herbowych (vide - Wikipedia), no ale mniejsza z tym, może papieska pieczątka była do czegoś potrzebna. (EDIT: w komentarzu pod postem Lech wyjaśnił tę kwestię, można sobie doczytać.) Następnie oddał się działalności politycznej, która przyniosła mu sławę warchoła, a także awanturniczego snoba. Ostatecznie, po licznych romansach i ekscentrycznych wybrykach, jednym z ostatnich pomysłów był zakup jachtu, którym odbywał rejsy po Morzu Śródziemnym. "Morskie eskapady natchnąć musiały Milewskiego do dokonania jednego z bardziej oryginalnych zakupów epoki, mianowicie wyspy eksterytorialnej Santa Catarina na Adriatyku u wybrzeży Chorwacji, nieopodal miasta Rovinj, na której zamieszkał na stałe w 1905 roku. Tam też niebotycznym kosztem wystawił pałac według projektu krakowskiego architekta, Teodora Talowskiego, pałac, który stał się domem dla gromadzonej już wtedy fantastycznej kolekcji obrazów." 

"Stańczyk w czasie balu na dworze królowej Bony wobec straconego Smoleńska"
Jan Matejko


Na marginesie dodam, że akurat nazwisko Talowskiego jest mi znane, a to za sprawą cyklu książek Maryli Szymiczkowej o profesorowej Szczupaczyńskiej. Zawarte w nich opisy kamienic projektowanych przez Talowskiego skłoniły mnie swego czasu do bliższego zapoznania się z jego działalnością i tym sposobem dowiedziałam się, że na Świętej Katarzynie, w Chorwacji, mieszkałam w hotelu, który był niegdyś zaprojektowanym przez Talowskiego budynkiem przeznaczonym na galerię sztuki polskiego hrabiego.

Aleksander Gierymski
 "Żydówka z cytrynami"


Od tego mniej więcej czasu Milewski nieco się ustatkował i poświęcił dużo czasu i pieniędzy na stworzenie niezwykłej kolekcji malarstwa polskiego. O koncepcji tej kolekcji sam tak mówił: „Życząc sobie mieć zbiór mniej więcej kompletny i stanowiący całość oryginalną, choćby w skromnych rozmiarach, muszę się ograniczyć pewnymi ramami, a za takowe wybrałem specjalność w rodzaju Nowej Pinakoteki w Monachium. Że więc nabywam obrazy artystów-rodaków, obecnie żyjących, a między takimi wyłącznie tych, co należą lub należeli do szkoły monachijskiej”. 


Józef Chełmoński
 "Scena z powstania styczniowego"




Żeby ten cel zrealizować, Milewski nawiązał bliskie kontakty z polskimi artystami, odwiedzał ich w pracowniach, wspierał, sponsorował. "Zgodnie ze sformułowaną przez siebie teorią kolekcjoner włączał kolejno do swego zbioru dzieła, które dziś uznawane są za kanon polskiego malarstwa. Wymienić pośród nich należy między innymi "Plac Opery Paryskiej nocą", "Trumnę chłopską" i "Anioł Pański" Aleksandra Gierymskiego, "Targ na konie na Groblach w Krakowie" Juliusza Kossaka, "Babie lato" Józefa Chełmońskiego, "Pocztylion" Alfreda Wierusza-Kowalskiego, "Łowienie raków" Leona Wyczółkowskiego, "Stańczyka" Jana Matejki czy "Aktorów przed Hamletem" pędzla Władysława Czachórskiego". W kolekcji znalazły się także obrazy Piotra Michałowskiego, Stanisława Witkiewicza, Franciszka Żmurko, Wincentego Wodzinowskiego, Józefa Brandta, Józefa Pankiewicza, Jacka Malczewskiego, Anny Bilińskiej-Bohdanowicz, Jana Stanisławskiego.


"Łowienie raków" Leon Wyczółkowski (źródło)


Ciekawym i ambitnym pomysłem było zamówienie autoportretów żyjących wówczas polskich malarzy. "Zamówieniom składanym malarzom towarzyszyły liczne obostrzenia, do których każdy z twórców, jeżeli chciał umieścić swój autoportret w zbiorze kolekcjonera, musiał się dostosować. Milewski pragnął posiadać wizerunki artystów wszystkie w tym samym formacie, modele mieli być tak samo upozowani: na wprost, w ujęciu do kolan z paletą w dłoni, zachowując przy tym naturalną wielkość malowanej postaci."

Prawie 20 artystów przystało na te warunki, za wyjątkiem Matejki, który uzyskał od protektora ustępstwo i wykonał swój autoportret w pozycji siedzącej w fotelu. Obecnie 17 z tych autoportretów znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Autoportret - Jan Matejko


W roku 1883 Milewski rozpoczął starania o przekazanie całego zbioru obrazów społeczeństwu polskiemu. Chciał nawet przeznaczyć odpowiednią kwotę na wybudowanie gmachu muzealnego, jednak rozmowy prowadzone z władzami Krakowa i Lwowa na temat konkretnej lokalizacji i zapewnienia bezpieczeństwa zbiorom nie przyniosły rezultatu. Kolekcja została więc udostępniona zwiedzającym do oglądania w Wiedniu, gdzie cieszyła się ogromnym zainteresowaniem, po czym odbyła wędrówkę po salach wystawowych w całej Europie.


Jacek Malczewski 
"Autoportret z paletą"


W 1922r na skutek wylewu krwotocznego Milewski został częściowo sparaliżowany, a zasoby finansowe, którymi tak rozrzutnie gospodarował (częściowo też odebrane przez byłą żonę i kochanki), poważnie się skurczyły. Ostatecznie zdecydował się na sprzedaż swoich zbiorów, jednak nie znalazł odpowiedniego kupca na kolekcję jako całości. Obrazy zostały więc wystawione na aukcji i kolekcja uległa rozproszeniu. Obecnie znaczna jej część znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie. Milewski zmarł w 1926r w chorwackiej Puli i został pochowany w Rovinj. W tym roku przypada więc 180 rocznica jego urodzin i 100 rocznica śmierci.



A teraz czas na comiesieczną przypominajkę - co można świętować w kwietniu:
  • 1 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Ptaków
  • 1 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Klauna
  • 3 kwietnia - Dzień Tęczy
  • 4 kwietnia - Dzień Marchewki
  • 4 kwietnia - Światowy Dzień Bezdomnych Zwierząt 
  • 5 kwietnia - Dzień Karmelu
  • 7 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Domków dla Lalek
  • 8 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Opozycji przeciw GMO
  • 8 kwietnia - Dzień Miłośników ZOO
  • 9 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Jednorożca (powstał jako konkurencja do depresyjnego Blue Monday)
  • 12 kwietnia - Dzień Czekolady
  • 12 kwietnia - Dzień Chomika
  • 12 kwietnia - Dzień Czystych Okien
  • 13 kwietnia - Dzień Scrabble
  • 14 kwietnia - Dzień Patrzenia w Niebo
  • 15 kwietnia - Światowy Dzień Sztuki
  • 17 kwietnia - Światowy Dzień Kostki Rubika
  • 17 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Paskudy
  • 18 kwietnia - Dzień Doceniania Męża
  • 19 kwietnia - Dzień Czosnku
  • 20 kwietnia - Dzień Marihuany
  • 23 kwietnia - Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich
  • 24 kwietnia - Europejski Dzień Śniadania
  • 28 kwietnia - Dzień Sera Camembert
  • 29 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Tańca
  • 30 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Jazzu
  • 30 kwietnia - Ogólnopolski Dzień Koni

Przeróżnych świąt niemal każdego dnia jest znacznie więcej, ale przedstawiam tutaj mój subiektywny wybór. Głównie są to święta, które mogą być okazją do fajnej zabawy, święta kulinarne, poświęcone niektórym zwierzakom, rozmaitym hobby itp.

A Dzień Czekolady to ja obchodzę codziennie ;).

********

I na koniec - prezentacja zabaweczki Dżemika, bo kiedyś Izie obiecałam i wyleciało mi z głowy, a właśnie odebrałam z paczkomatu kolejną. Tadam!



Przy okazji koty mają nowe pudełko, a jak wiadomo wszystkie koty kochają pudełka, do których można wejść i sobie w nich bezpiecznie posiedzieć:


Kocia - pierwsza zainteresowana


Piłka jest z grubej i dość twardej gumy termoplastycznej, bardzo wytrzymała, z uchwytami, w środku ma piłeczkę tenisową z piszczałką. Kupuję w Zooplusie, dlatego link podaję do tego akurat sklepu, jest tam dokładny opis: Kong piłka dla psa . Jest dość ciężka, więc rzucanie jej wymaga sprawnego ramienia, ale dla psa, który ma problemy ze stawami, nie trzeba mieć piłki latającej wysoko i daleko, taka wystarczy.

Wcześniej Dżemik miał taką oto ukochaną piłeczkę (po szczenięcym etapie piłek tenisowych oraz pluszowych i gumowych maskotek) - niestety tak się wprawił w jej rozgryzaniu w drobny mak, że nie wytrzymywała dłużej jak tydzień i trzeba było znaleźć jakąś inną, trwalszą zabawkę:


pierwsza ukochana piłeczka


Zabawek dla dużych psów jest jak na lekarstwo. Nie mówię tu o profesjonalnych przyrządach do treningów różnego rodzaju, tylko o zabawkach, którymi pies mógłby od czasu do czasu sam się zająć, ewentualnie z małą pomocą człowieka. My mamy już swoje lata i nie będziemy z dużym psem całymi dniami szaleć i ekstremalnie biegać. Godzina albo dwie szybkiego marszu po polach, trochę zabawy z rzucaniem piłeczki, zazwyczaj na własnym terenie, ale pies sporo czasu przebywa sam, chociażby jak jesteśmy w pracy. Wiadomo, że psia zabawa to najczęściej - oprócz gonitwy - gryzienie i szarpanie zębami różnych przedmiotów. A cóż może wytrzymać nieustanne wbijanie wilczych kłów? Oprócz "gryzaków" przypominających wyglądem, a czasem i zapachem, wielkie kości, które akurat mojego pieseczka nie interesują, do wyboru jest głównie sporo różnego rodzaju piłek, które można rzucać, ale którymi pies po prostu chętnie sam się bawi, czyli gryzie i przenosi z miejsca na miejsce. Ostatnio właśnie ta piłka z pierwszych zdjęć jest głównym obiektem miłości Dżemika. Niestety ją także potrafi "wykończyć", ale to jednak trwa nieco dłużej niż z tą mniejszą fioletową. Średnio raz na kwartał kupuję nową. Dla wilczura odpowiedni jest większy rozmiar (średnica dwa razy większa od tej fioletowej). Te szczegółowe informacje są przeznaczone głównie dla Izy, sympatycznej pańci sympatycznego owczarka niemieckiego Bazyla :) - ale może komuś się to jeszcze przyda.

na ulubionej sofie

 im większy pies, tym bardziej na środku leży
 - tutaj na środku kuchni    



********

czwartek, 1 stycznia 2026

Co świętować w styczniu.

Dawno nie było obrazków, więc jako ilustracja (nie na temat, co prawda) jeden z moich ostatnich olejów, niewielki, 30x40 cm, w dwóch wersjach sztucznego oświetlenia, bo dziennego światła to ani wczoraj ani dzisiaj nie można było uświadczyć.






Nowy rok zaczął nam się od powrotu od znajomych przed północą, bo w domu czekało stado wystraszonych kotów i pies. W ubiegłym roku było nawet dość spokojnie, owszem trochę postrzelali, ale krótko i niezbyt intensywnie, więc miałam nadzieję, że ludzie mądrzeją i tym razem będzie cywilizowane świętowanie. Niestety, rozpętał się jakiś armageddon. Wokół nas przez ostatni rok powstało niemal całe nowe osiedle i chyba sami neandertalczycy się tam powprowadzali, bo kanonada była jakby świat się kończył. Niektórzy ludzie mają może pieniądze, ale ani rozumu, ani empatii.

Ale zmieńmy temat -  jako że zaczyna się nowy miesiąc, chciałam podtrzymać moją nową świecką tradycję na tym blogu i podrzucić tutaj propozycje do imprezowania na styczeń. Co prawda i tak zaczyna się karnawał, więc okazji do szaleństw nie zabraknie, ale nie wszyscy lubią klasyczne bale i tradycyjne karnawałowe domówki, czy - jak to się drzewiej mawiało - prywatki. 

Nietypowe święta w styczniu - jest tego więcej, wymieniam tutaj głównie kulinarne (pogrubione dla ułatwienia) i trochę jakichś zabawnych albo przynajmniej dających okazję do zabawy.


  •  1 stycznia  - Światowy Dzień Kaca
  •  2 stycznia  - Dzień Introwertyka
  •  2 stycznia  - Dzień Ptysia
  •  3 stycznia  - Dzień Słomki do Picia
  •  4 stycznia  - Dzień Spaghetti
  •  5 stycznia  - Dzień Bitej Śmietany
  •  6 stycznia  - Dzień Fasoli
  •  6 stycznia  - Międzynarodowy Dzień Kruchego Ciasta
  •  9 stycznia  - Dzień Moreli
  • 11 stycznia - Dzień Wegetarian
  • 12 stycznia - Dzień Sprzątania Biurka
  • 12 stycznia - Dzień Całowania Złotowłosych (ang. Kiss A Ginger Day, czyli powinno być chyba "Rudowłosych", bo w ang. ginger znaczy imbir ale też rudy)
  • 13 stycznia - Dzień Naklejki
  • 13 stycznia - Dzień Gumowej Kaczuszki
  • 13 stycznia - Dzień Wzajemnej Adoracji
  • 13 stycznia - Dzień Polskiej Wódki
  • 14 stycznia - Dzień Ukrytej Miłości (jak to świętować?)
  • 14 stycznia - Dzień Osób Nieśmiałych (jak wyżej)
  • 15 stycznia - Dzień Bajgla
  • 16 stycznia - Międzynarodowy Dzień Pikantnych Potraw
  • 17 stycznia - Światowy Dzień Pizzy
  • 17 stycznia - Dzień Wszystkich Fajnych
  • 18 stycznia - Światowy Dzień Śniegu
  • 18 stycznia - Dzień Kubusia Puchatka
  • 19 stycznia - Dzień Popcornu
  • 20 stycznia - Dzień Miłośników Sera
  • 21 stycznia - Międzynarodowy Dzień Przytulania
  • 22 stycznia - Dzień Ostrego Sosu
  • 26 stycznia - Dzień Drugiej Połówki
  • 28 stycznia - Międzynarodowy Dzień Lego
  • 29 stycznia - Międzynarodowy Dzień Puzzli
  • 30 stycznia - Dzień Rogalika

********




Plastycznie - przerabiam różne moje stare prace, ale zabrałam się też za oprawianie obrazków, o których zapomniałam, że je w ogóle mam. Oraz, że je kiedyś namalowałam :).

Książkowo - kończę Renaty Pawłowskiej "Włochy, 111 przygód" i napoczęłam już biografię Chagalla, w kolejce czeka Follett i jego "Niech stanie się światłość", może po tym zrobię drugie podejście do "Filarów Ziemi", bo nie pamiętam dlaczego mi się ta książka kiedyś nie spodobała (i chyba jej nie dokończyłam). Ale na razie dam Wam odpocząć od wpisów książkowych, bo cały grudzień tak zleciał mi tu na blogu z książkami.

A poza tym - zaczęłam uczyć się włoskiego z Duolingo. Miałam już kiedyś chyba ze dwa podejścia z jakimiś kursami typu książka+audio, ale jakoś mi to nie szło. A ponieważ syn ma pakiet familijny, to mnie namówił i dopisał do grupy. I nagle się okazało, że nauka języka może być całkiem fajna i przyjemna! Bez zanudzania regułami gramatycznymi i odmianami w czasach, których się prawie nie używa. Po prostu zaczynasz rozmawiać. Tak jak dziecko zaczyna się uczyć powtarzając to co mówią rodzice - nikt przecież dwulatkowi nie każe odmieniać przez przypadki czy klepać jakichś regułek. W ciągu miesiąca nauczyłam się tyle, co w liceum z francuskiego przez cztery lata. Nie zamierzam być tłumaczem, język potrzebny mi jest do tego, żeby się jakoś z Włochami dogadać. A tak naprawdę to pierwszym powodem, dla którego zabrałam się za ten włoski, była potrzeba rozruszania szarych komórek. Mimo emerytury pracuję wciąż i w moim zawodzie nieustannie muszę się szkolić, ale to jest jednak wciąż jedna dziedzina. Neurolodzy zalecają uczenie się czegoś nowego. A języki obce nie były nigdy moją mocną stroną, więc postanowiłam wziąć byka za rogi... Ale żeby ten byk nie był taki bardzo oporny, to wymyśliłam sobie konkretnie język włoski, bo jest dla Polaków dość łatwy, wymowa prawie jak nasza, gramatyka dość prosta. No a w międzyczasie działo się to wszystko, o czym wspomniałam w poprzednim wpisie, więc motywacja mi wzrosła :). Myślę też, że gdyby w szkołach uczono mnie kiedyś języków w taki sposób, jak jest to opracowane w Duolingo, to dzisiaj mówiłabym biegle po francusku i po niemiecku. Nasz system nauczania niestety jest totalnie do bani i nie dotyczy to tylko języków, ale generalnie wszystkich przedmiotów. Przeładowane i fatalnie opracowane programy, nauczyciele w 90% nie nadający się do tego zawodu... no dobra, nie nakręcajmy się. Ten etap na szczęście dawno za mną i moimi dziećmi :). Nie licząc szkoleń zawodowych, ale to całkiem inna bajka.




Wszystkiego najpiękniejszego w nowym roku!

********




czwartek, 30 maja 2024

Łubin.

Po serii książkowych wpisów pora wrócić do pokazywania obrazków. Prezentuję Wam dzisiaj kolejny kwiatowy malunek, tworzony ze Swietłaną Rodionową (było już kilka wpisów na ten temat). Miałam  - jak zwykle, haha! - kłopot z uchwyceniem na zdjęciach w miarę realistycznej kolorystyki obrazu. Jest tam kilka odcieni fioletów, od niemal całkiem niebieskiego, przez wrzosowy i liliowy, aż do prawie czerwonego, na zdjęciu wyszło za bardzo niebiesko, no i nic nie umiem na to poradzić. Zresztą dużo zależy w tej materii od monitora - na komputerze widzę ten obrazek w niebieskościach, ale na smartfonie paleta barw jest bardziej urozmaicona, nawet dość realistycznie to wygląda. W sumie to właśnie te eksperymenty z mieszaniem różnych odcieni czerwieni i błękitów były głównym powodem podjęcia tego akurat tematu. W założeniu miała to być tylko etiuda, czyli malunek szkicowy, taka jakby wprawka na temat kontrastów fioletów i zieleni, łączenia błękitów z czerwieniami itd. W realu wyszło całkiem nieźle, ale przyznam się Wam, że z tego malowania z Rodionową najbardziej mi się do tej pory podobały floksy - tutaj można je obejrzeć: https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2024/01/biae-na-biaym-floksy.html

Trochę się nakombinowałam, ale i tak żadne zdjęcie nie oddaje wiernie kolorów, bo mój aparat nie uznaje połączenia w jednym obiekcie chłodnych błękitów i ciepłych pasteli. No cóż, lepiej nie będzie. 

Zatem wersja w dziennym oświetleniu (na smartfonie widzę budyniową żółć, której tam nie ma):



Wersja w sztucznym świetle:


Obraz olejny na płycie pilśniowej, 40x50 cm.

Obrazek namalowałam na odwrocie przeznaczonej do kasacji wyblakłej reprodukcji - zwykła płyta pilśniowa (tzw. twarda) z powierzchnią wyciśniętą w charakterystyczną krateczkę, która od biedy może udawać fakturę grubego płótna. Wspominałam kiedyś, że lubię malować na twardym i stabilnym podłożu - w bardzo dawnych licealnych czasach, kiedy nie było gotowych podobrazi, a samodzielne przygotowanie wymagało sporego wysiłku, często malowałam właśnie na takich płytach, oczywiście odpowiednio zagruntowanych. Dzisiaj maluję już trochę inną techniką i takie podłoże okazało się jednak mało komfortowe. Tak więc był to raczej jednorazowy "wyczyn" :).

Detale w pierwszej wersji:


I w drugiej, po poprawkach, w dziennym świetle (znowu ten budyń!):



*****

Nadal udzielam się "Na kanapie", chociaż mój entuzjazm nieco ostygł, bo nie wszystko mi się tam podoba, no ale nikt nie obiecywał, że będzie idealnie. Na razie nie będę rozwijać wątku, przyglądam się, a na wnioski i podsumowania będzie jeszcze czas.

Moje najnowsze recenzje:


  • JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI - "Jelita".


Moja ocena: 8/10  , link do recenzji:

https://nakanapie.pl/recenzje/wspaniala-powiesc-herbowa-jelita



  • HENRYK WANIEK - "Finis Silesiae".


Moja ocena - 7/10, link do recenzji:

https://nakanapie.pl/recenzje/taki-byl-slask-finis-silesiae



  • THOMAS SCHLESSER - "Oczy Mony".


Moja ocena - 8/10, link do recenzji:

https://nakanapie.pl/recenzje/dla-pasjonatow-sztuki-oczy-mony


Aktualnie czytam książkę Hugh Eakina "Wojna o Picassa" - mnóstwo interesujących faktów o tym, jak sztuka nowoczesna trafiła z Europy do Ameryki.

*****

A tutaj są wszystkie recenzje, które dotychczas zamieściłam "Na kanapie" - https://nakanapie.pl/gosiaprive/recenzje . 

Wstawiam tam także stopniowo te dawniej napisane, które publikowałam już tutaj na blogu - bo chcę je wszystkie mieć w jednym miejscu. 

Natomiast na sztaludze kończy się kolejny obrazek z serii "rodionowej" ;).

EDIT:

Po krótkim pobycie w serwisie "Na kanapie" zrewidowałam swoje poglądy na temat tego serwisu. Opinią i wnioskami na ten temat dzielę się w następnym wpisie: https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2024/06/wszedzie-dobrze-ale-na-blogu-najlepiej.html

*****


środa, 31 stycznia 2024

Tego obrazu nie będzie.

Chwilowo jest, więc pokazuję, póki istnieje, ale zaraz zostanie unicestwiony i nawet mam konkretny pomysł, co z niego będzie. Miałam nie pokazywać, ale co tam, zobaczcie, co mi się nie udało i nie zamierzam tego poprawiać w nieskończoność :).




Miał być wpis z dalszego ciągu malowania białego na białym, ale musiałam się w końcu rozprawić z tym oto obrazkiem, który stał od paru miesięcy niedokończony, jak wyrzut sumienia... Zaczęty wieki temu, porzucony z braku chęci i natchnienia, i prawie już skazany na zapomnienie. Najpierw stał na sztaludze, potem odstawiłam go do kąta, bo i tak praca nad nim zupełnie mi nie szła. Przez dłuższy czas niemal go nie zauważałam, zajmowałam się innymi rzeczami i omijałam go wzrokiem i myślą. Ale w końcu trzeba było podjąć jakąś decyzję, dokończyć, całkiem przemalować, albo wyrzucić w cholerę. No nie, szkoda podobrazia, coś bym na nim zrobiła, jakiś kolaż może... Ostatecznie jednak zabrałam się za malowanie, przy czym z pierwotnej wersji niewiele zostało. Tutaj wersja przedostatnia, wcześniejszych niestety nie uwieczniłam:




Obraz ma wymiary 50x60cm, namalowany jest farbami olejnymi na podobraziu płytowym z naciągniętym płótnem.

Zredukowałam większość tego, co było na początku i w moim pierwotnym zamyśle. Nie jestem zadowolona z tego obrazka ani trochę i dlatego jego los został już przesądzony, zostanie poddany totalnemu recyklingowi.

Ja wiem, że zaraz kilka osób napisze, że jest ok, całkiem dobry obraz, a ja jestem zbyt krytyczna wobec siebie ;). Tylko że ja po prostu miałam zupełnie inną wizję, ale jakoś nie bardzo potrafiłam to namalować. Już nie wspomnę o przekłamaniach kolorystycznych na zdjęciach...

Jeszcze raz wersja aktualna (przed unicestwieniem):




Sam motyw uwielbiam i podeszłam do niego już po raz trzeci. Inspiracją było zdjęcie w książce o stadninie koni w Janowie. Po raz pierwszy, wiele lat temu, narysowałam tę scenkę tuszem, tzw. piórkiem czyli artystyczną stalówką (bo były to czasy przedcienkopisowe) i to chyba była najbardziej udana wersja. Rysunek powędrował do kolegi jako upominek imieninowy. Jakiś czas później książka ponownie wpadła mi w ręce, przypomniało mi się to zdjęcie i tym razem namalowałam obrazek z tymże motywem - farbami olejnymi. To jest właśnie ta poprzednia wersja - kolorystyka dość monochromatyczna, sepiowo-oliwkowa, rozmiar A3 (zdjęcie przejaskrawione):



Średnio byłam jednak z niego zadowolona, więc od pewnego czasu myślałam nad kolejną wersją. Miałam nadal zdjęcie-inspirację i dość jasną wizję jak chcę to tym razem namalować, w trochę innym stylu. Najważniejsze miało być słoneczne światło wpadające szeroką falą do ciemnego wnętrza, tworzące kolorowe załamania jak w kalejdoskopie, taki zalew słońca i barw. Najpierw było za bardzo kolorowo i jasno, potem, w kolejnej wersji, trochę jakby ktoś fajerwerki odpalił, w końcu stopniowo zamalowałam większość tych kolorowych refleksów. W rzeczywistości jest tam jednak nieco więcej niuansów i cieplejszych tonów, ale mój aparat nie potrafi zbalansować błękitów i żółciami i czerwieniami, wybiera co mu tam pasuje.


Jak widać - główny motyw niemal nie zmieniony, chodziło mi w zasadzie tylko o tło, żeby była większa przestrzeń i podkreślone wrażenie światła wpadającego do ciemnego wnętrza. 

A to jest wspomniane zdjęcie:




Kilka słów o źródle inspiracji, czyli książce z tymże zdjęciem. 

Jest to bardzo interesująco napisana historia stadniny w Janowie do początku lat 80-tych, a przy okazji sporo ciekawostek o koniach w ogóle, o arabach w szczególności. Obszerniej pisałam już o tej książce w tym wpisie, więc nie będę tego tutaj kopiować. Jeśli kogoś temat ciekawi, to proszę zajrzeć pod ten link, książkę bardzo polecam wszystkim miłośnikom koni.

Niedawno widziałam na stronie janowskiej stadniny informację, że jest tam 480 koni, z czego 340 czystej krwi arabskiej, sporo jest także angloarabów. Nie będę się rozpisywać o najnowszych dziejach stadniny, kto się interesuje ten wie, jakie skandale i kontrowersje miały miejsce w okresie tzw. dobrej zmiany, jak niemal doprowadzono do bankructwa nasz skarb narodowy, jak skutecznie odstraszono bogatych hodowców od kupowania u nas koni, jak przepychanki i karuzela kolejnych prezesów, robiących karierę ale nie mających odpowiednich kompetencji i doświadczenia, w dodatku nie akceptowanych przez załogę i nie radzących sobie z podstawowymi problemami, wymazała z czołówki światowych stadnin nazwę Janów Podlaski. Nie zaszkodziły stadninie wojny i komuna, po niemal 200 latach prosperity rozłożyła ją na łopatki dobra zmiana. Mam nadzieję, że teraz już idzie ku lepszemu.


*****

Na malowanie nie mam ostatnio zbyt wiele czasu, bo zawsze coś... Sporo czytam, ale też brakuje czasu na pisanie recenzji, może wkrótce coś uda się naskrobać, garść poksiążkowych refleksji... Dziergam, szyję. Aktualnie robię na drutach sweter dla dziecka, a że dziecko jest dużym starym koniem, to trochę tego dziergania jest. Oczywiście jak pytałam jesienią, czy nie potrzebuje porządnego ciepłego swetra, to nie. Teraz nagle tak. A sweter będzie ciepły, dość gruby, mięciutki i milutki, bo z wełny merino, czyli najlepszej na świecie, bo nie gryzącej :). Wzór najmniej skomplikowany, bo dżersej po całości, dziecko tak chciało. Robię od góry na okrągło z rękawami reglanowymi, bez szycia. No ale brak komplikacji ze wzorem niekoniecznie jest zaletą, bo jak jest jakiś wzór do liczenia i pilnowania oczek, to jakoś szybciej z tą robótką czas leci, a tu ocean prawych oczek, nuuuda.... Mam nadzieję, że dziecko będzie zadowolone, to następny sweter zrobię już z jakimiś wariacjami typu wzór strukturalny, warkoczyk, czy bardziej ozdobne ściągacze. I może porwę się na jakąś bardziej ekskluzywną włóczkę, z Malabrigo dawno nic nie robiłam, marzy mi się :). Na zdjęciu niedawno zrobiony mój sweterek (poszalałam z warkoczykami), jeszcze nie zblokowany, a w tle synkowy w trakcie dziergania, oba z Big Merino Dropsa. Włóczka taka trochę sznurkowa, ale jednak merino, no i miało być grubo i ciepło :). Robienie z tej samej włóczki ma swoje zalety, bo wiadomo już, jakie druty się najlepiej sprawdzą, jaka próbka i jak się to zachowa w użyciu i po praniu.




Zdrówka Wam życzę, Kochani, Waszym zwierzątkom takoż. Moje stado zdrowe, a ja się od jesieni impregnuję propolisem i miksturą czosnkową (tutaj przepis) i jakoś choróbska mnie omijają, póki co. Oby tak dalej :).

*****


sobota, 6 stycznia 2024

Białe na białym - floksy.

To kolejny obrazek malowany równolegle ze Switełaną Rodionową - pisałam o tej mojej najnowszej  inspiracji w poprzednim poście "Malowanie na ekranie" - tutaj. Mam wrażenie, że z każdym kolejnym obrazkiem idzie mi coraz lepiej, maluje mi się w każdym razie swobodniej i pewniej, chociaż oczywiście do pełnego zadowolenia droga jeszcze daleka :).

Rodionowa w kilku filmach na YT pokazała jak malować białe kwiaty na białym tle. Na pierwszy raz wybrałam obraz z bukietem floksów. Filmy Rodionowej głównie oglądam, do słuchania jest niewiele, artystka mało mówi i w dodatku nie wszystko dokładnie rozumiem (bo po rosyjsku i niezbyt wyraźnie), ale zwróciłam uwagę na moment, kiedy pokazywała i omawiała jak różne są odcienie bieli na tym obrazie i jakimi kolorami trzeba ją namalować. Do bieli na obrazie z floksami użyłam więc - oprócz bieli tytanowej i cynkowej - drugie tyle: czerni, ultramaryny, ochry, umbry, sieny i po odrobinie czegoś tam jeszcze. Bieli w stanie czystym, nie zmieszanym z innymi kolorami, użyłam zaledwie punktowo w samych kwiatkach, na filiżance i w blikach na wazonie. A przecież w ustawionym w pracowni "modelu" prawie wszystko było białe: płatki kwiatów, ściana, obrus, filiżanka. Przeźroczysty szklany wazon i tylko zielone łodygi i listki floksów.  

Jak zwykle moje zdjęcia pozostawiają sporo do życzenia, a przede wszystkim nie oddają wiernie barw:



Malowanie bieli jest ciekawym doświadczeniem. W naturze czysta, nieskazitelna biel niemal nie występuje, ponieważ biel zawsze odbija światło oraz inne kolory. Wystarczy położyć na białej kartce cytrynę, a na drugiej - pomidora. Jak się przyjrzymy, to dostrzeżemy różnicę w kolorze obu kartek. Ta z cytryną będzie odbijała kolor żółty i będzie się nam wydawała nieco żółtawa, ta z pomidorem będzie miała lekkie zabarwienie czerwienią. Albo popatrzmy na białą ścianę w różnym oświetleniu: zupełnie inaczej będzie wyglądała w ciemnym kącie, inaczej przy oświetleniu tradycyjną żarówką, halogenem, wreszcie - gdy padnie na nią promień słońca. Że nie wspomnę o kolorze abażuru, który odbije się na tej - wciąż białej przecież - ścianie. Jak abażur będzie zielony, to ściana będzie się wydawała zielona, to oczywiste. W nocy będzie czarna - nie ma światła, nie ma czego odbić, bieli nie ma. A przecież tak naprawdę wiemy, że ta ściana jest wciąż biała, bo taką farba ją pomalowaliśmy, prawda? Ot, taki optyczny psikus :). To taka wiedza chyba jeszcze ze szkoły podstawowej, o ile dobrze pamiętam. Osobom zainteresowanym tematem polecam bardzo ciekawy i obszerny artykuł o różnych podejściach do kwestii barw  pt. "Teoria koloru" (tutaj).

I jeszcze przytoczę Wam jeszcze takie ciekawe fragmenty z innego artykułu Czy czarny i biały to kolory?, tym razem konkretnie o czerni i bieli:

Jak można zauważyć w tęczy, czerń nie znajduje się w widmie widzialnych kolorów. Z wyjątkiem czerni wszystkie inne kolory są odbiciem światła. Czarny to brak światła. W przeciwieństwie do bieli i innych barw czysta czerń może istnieć w naturze bez obecności żadnego światła.

Niektórzy uważają, że biel jest kolorem, ponieważ białe światło zawiera wszystkie barwy w widmie światła widzialnego. Z kolei wiele osób uważa czerń za kolor, gdyż trzeba połączyć inne pigmenty, aby utworzyć ten kolor na papierze. Jednak w sensie technicznym czerń i biel nie są kolorami, ale odcieniami. Uzupełniają one kolory. „A jednak działają jak kolory. Wywołują uczucia. Mogą być ulubionym kolorem dziecka.” — mówi projektant grafiki Jimmy Presler.

W nauce kolor czarny to brak światła. A kolor jest zjawiskiem światła. Ale czarny obiekt lub czarne obrazy wydrukowane na białym papierze są tworzone z pigmentu, a nie ze światła. Artyści muszą więc używać najciemniejszego koloru farby dla przybliżonej czerni.

To, co widzisz jako pigment o czarnym kolorze lub światło o białym kolorze, w rzeczywistości składa się z różnych jasnych lub ciemnych kolorów. Nic nie może być czystą bielą lub czystą czernią, z wyjątkiem niefiltrowanego światła słonecznego lub głębi czarnej dziury.

A czy wiecie, jaki kolor ma futro niedźwiedzia polarnego? Otóż wcale nie jest ono białe. Taki polarny misio skórę ma całkiem czarną, co jest logiczne, ponieważ kolor czarny najlepiej "trzyma" ciepło, którego pod biegunem raczej brakuje. Natomiast futro jest bezbarwne i przeźroczyste. Poszczególne włosy są wypełnione powietrzem, co daje doskonałe właściwości izolacyjne, a jednocześnie ich powierzchnia nie jest gładka, wręcz przeciwnie - pokryta jest rozmaitymi wypustkami i nierównościami, które mają za zadanie załamywanie i odbijanie światła. Do tego dochodzi kolejna sztuczka, mianowicie niedźwiedzie włosy w czasie nieustannych kąpieli nasiąkają minerałami morskimi - a połączenie tych wszystkich czynników powoduje zmianę długości fali promieni ultrafioletowych i powstanie zjawiska luminescencji. Czyli miś odbija światło i świeci bielą. Ciekawy artykuł na ten temat - tutaj.

Ale porzućmy te fascynujące rozważania o bieli i wróćmy do obrazka. Wyżej było zdjęcie zrobione w świetle dziennym, tutaj jest w oświetleniu sztucznym światłem ciepłym:



W temacie bieli przypomniał mi się epizod z książki "Burza kolorów", o której pisałam tutaj (klik). Rzecz dzieje się w Wenecji w XVI wieku, ale w rozmowie o kolorach Giorgione rzuca przypuszczenie, że może ktoś kiedyś wpadnie na niezwykły pomysł i namaluje biały kwadrat na białym tle. To oczywiście nawiązanie do słynnego obrazu Kazimierza Malewicza z 1918 roku "Białe na białym", przedstawiającego właśnie biały kwadrat na białym tle (link dla zainteresowanych: Kompozycja suprematyczna).

No i jeszcze raz obrazek, tym razem w oświetleniu sztucznym białym/zimnym. Na monitorze mojego komputera ta wersja jest najbardziej zbliżona do oryginału:




Obraz olejny 40x50cm, płótno na blejtramie.

*****


niedziela, 10 grudnia 2023

Malowanie na ekranie.

Nigdy nie byłam fanką sztuki zaangażowanej, niosącej jakieś przesłanie. Dzieło sztuki ma mi się podobać, tak zwyczajnie, wizualnie, bez podtekstów i domysłów co autor miał na myśli. A jeśli nawet nie trzeba się domyślać, bo jasno i wprost z samego dzieła wynika, na jaki problem artysta chciał zwrócić naszą uwagę, to w moich kategoriach jest to tzw. sztuka użytkowa, jak meble, tkaniny, plakaty itd. Kilka razy zdarzyło mi się stworzyć jakąś grafikę okolicznościową czy plakat, ale to było w czasach szkolnych, kiedy musieliśmy robić takie rzeczy w ramach lekcji. Sama dla siebie maluję/rysuję tematy, które są według mnie po prostu ładne. Maluję konie, ptaki, pejzaże. Jakoś nigdy nie namalowałam kota... hmmm... w sumie nie wiem dlaczego, chyba trzeba będzie nadrobić to niedopatrzenie. Nie maluję portretów, bo przy mojej prozopagnozji wszystkie twarze byłyby takie same, a w każdym razie niepodobne do modela :). Nie maluję wedut - kilka razy coś tam się trafiło, Kraków zwłaszcza, bo to moje ukochane miasto, ale generalnie jakoś mi ten temat nie leży. Żadnych martwych natur, budynków, ulic, tłumów, pojedynczych postaci. Mało maluję kwiatów, bo średnio mi wychodzą, a przecież bardzo lubię oglądać obrazy z kwiatami. No więc postanowiłam wyjść ze swojej strefy komfortu, jak to się teraz modnie mówi, i poćwiczyć trochę malowanie kwiatków.

Niedawno natrafiłam na YT na filmiki malarki Swietłany Rodionowej, na których można prześledzić cały proces malowania przez artystkę poszczególnych obrazów. Dominującym tematem są u niej właśnie kwiaty. Same obrazy może nie są jakoś szczególnie w moim typie, ale zaciekawił mnie proces malarski. No bo ja w zasadzie nie mam solidnego przygotowania artystycznego, jestem samoukiem, więc staram się korzystać z takich lekcji na YT. Pooglądałam, poprzyglądałam się, jak pani Swietłana buduje obraz od ogółu do szczegółu, jak dobiera kolory, zaciekawiły mnie niektóre gesty, pociągnięcia pędzla... Jakim ruchem maluje elementy tła, a jakim poszczególne listki. Nie mogę wyzbyć się maniery trzymania pędzla tak jak ołówek czy pióro, co niestety prowadzi do zbyt precyzyjnej, nieco "sztywnej" pracy. Na to też zwróciłam uwagę - Radionowa trzyma pędzel luźno, za końcówkę trzonka, i paćka tym pędzlem plamy, z których wyłania się kształt. Ja tak nie potrafię, chcę się nauczyć. 

Szczególnie spodobały mi się obrazy w cyklu "białe na białym", czyli białe kwiaty na białym tle, i pomyślałam sobie, że warto spróbować takiego malowania razem z nią. Ale na pierwszy rzut wzięłam sobie za wzór bardziej kolorowe bukiety. Pokażę Wam dzisiaj dwa moje obrazki z tych "lekcji". 

Bukiet z różami i peoniami. No i tak to wyszło, pokazuję w dwóch wersjach oświetlenia, a oczywiście w realu wygląda to jeszcze inaczej, coś pomiędzy :)





Obraz olejny, płótno na blejtramie, 40x50cm.

A tutaj jest filmik i obraz Swietłany Rodionowej:


Oczywiście widać tę przepaść między nami :))). U niej bukiet jak żywy, u mnie wyszło trochę... laurkowo ;). Ale nic to, uczę się, mam teraz więcej czasu, ćwiczenie czyni mistrzem, będzie lepiej!

Ja mam niestety skłonność do wygłaskiwania i dziubania szczególików, więc ten mój obrazek jest taki bardziej wymęczony, ale właśnie to malowanie równolegle do filmiku miało mi pomóc trochę zwalczyć te niepożądane nawyki. 

I drugi obrazek, chryzantemki, też w realu coś pomiędzy tymi dwiema wersjami:




Obraz olejny, płótno na blejtramie, 40x50cm.

A tak to wyglądało u artystki:




Z tych chryzantem jestem bardziej zadowolona, zwłaszcza że namalowałam je znacznie szybciej i swobodniej, w zasadzie w tempie Rodionowej. Pierwszy bukiet trochę mnie zmęczył i pewnie za jakiś czas namaluję go od nowa. Chciałabym też jeszcze kilka obrazków z tą artystką namalować, mam nadzieję, że będzie mi szło coraz lepiej :).

*****