Pod poprzednim postem przeczytałam ciekawy komentarz na temat naszego stosunku do sztuki. I do tego niniejszym nawiążę, bo znowu mnie naszło na rozważania. Wiadomo, że niewiele osób odebrało solidne przygotowanie do odbioru sztuk plastycznych czy muzyki. Więc jeśli ktoś nie ma wiedzy, a do tego nie ma też wrodzonej wrażliwości, to czasem nie odróżnia kiczu od dzieła sztuki. Abstrahuję tutaj od kwestii co kto kupuje i sobie wiesza w domu, bo nikomu nic do tego, jak dom nie jego. Chodzi mi jednak o te różnice w odbieraniu, odczytywaniu i odczuwaniu obrazów czy też utworów muzycznych, czy sztuk innych.
Przez prawie całą podstawówkę uczyłam się grać - grałam przede wszystkim na mandolinie, mandoli i banjo, później jeszcze trochę na gitarze klasycznej, przy okazji próbowałam też na basie i saksofonie. Po pierwszych latach nauki grałam już w takiej małej orkiestrze mandolinowej, z sekcją rytmiczną, skrzypcami i saksofonami oraz wokalistką. Po maturze zakumplowałam się z chłopakami z jazzbandu, przesiadywałam na ich próbach, jeździłam na koncerty i różne chałtury. A jeszcze później moje dzieci pobierały naukę gry na fortepianie, więc też próbowałam :). I nie zapominajmy, że przez jakiś czas śpiewałam w szkolnym chórze, aż sama nie wierzę, bo w ogóle nie uważam siebie za osobę muzykalną... no hmmm...
No i tak: wirtuoz to ze mnie jednak nie wyrósł, ale poznałam muzykę, można powiedzieć, że od podszewki. I to jest ogromne bogactwo, dzięki któremu zupełnie inaczej słucham muzyki niż ktoś, kto nigdy na niczym nie zagrał, nie był na próbach, nie przyglądał się i nie przysłuchiwał jak się to wszystko ze sobą zgrywa, dlaczego w ogóle te próby tak długo trwają, co i dlaczego się tam poprawia, żeby dobrze razem brzmiało. I chociaż nie jestem wielbicielką na przykład muzyki symfonicznej, to czasem słucham i ogromnie podziwiam tych ludzi - każdego z osobna i wszystkich razem. A ktoś, kto potrafi taką muzykę napisać... to jest dla mnie w ogóle kosmos. Wyobrazić sobie i usłyszeć w głowie cały utwór rozpisany na kilkadziesiąt instrumentów, zanim ktokolwiek cokolwiek zagra. Niesamowite.
Podobnie jest z malarstwem - są ludzie bardziej wrażliwi, wyczuleni na piękno, ale większość odbiera dzieła wizualne dość powierzchownie i nie zawraca sobie głowy książkowymi definicjami i fachowymi opiniami krytyków. Jeden lubi mocne kolory, więc spodoba mu się wszystko, co krzyczy kolorami, inny kocha idylliczne widoczki, więc tylko takimi będzie się zachwycać, niezależnie od rzeczywistej wartości artystycznej obrazu. Odbiorca bardziej wyrobiony, który ma większą wiedzę o malarstwie, albo twórca, który sam próbuje walczyć z oporną malarską materią, mają zwykle bardziej dojrzałe, wyrobione podejście, oceniają dzieło w znacznie szerszym kontekście. I już dalej nie będę się nad tym rozwodzić. Ale co z tego wynika? A no to, że co człowiek, to inne spojrzenie na sztukę - i temat nie ma końca.
To wszystko jednak nie ma znaczenia, kiedy spodoba nam się jakiś obraz, dajmy na to. I chcemy go kupic i sobie w domu powiesić. I trzeba go po prostu kupić i się nim cieszyć. Bo sztuka ma być dla nas, dla naszej przyjemności. No, chyba że chodzi o zaimponowanie sąsiadom czy gościom... ale to już inna bajka... A jeszcze całkiem inna historia to chęć zrozumienia sztuki. Bo dlaczego ten a nie inny obraz jest dziełem sztuki, a inny za taki nie uchodzi? Może więc czasem warto zainwestować w coś, co niekoniecznie nas uwiodło od pierwszego wejrzenia, ale wisiało na wystawie i ktoś znający się na rzeczy dobrze się o tym wypowiedział...? Powiesić we własnym salonie i przyglądać się, aż się zrozumie, poczuje, pokocha.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o gadanie o sztuce, nie będę już dalej przynudzać.
Teraz krótki pokaz rysunków wygrzebanych z szuflady. Dawno temu uwielbiałam rysować ołówkiem, potem pokochałam piórko z tuszem, a jak się pojawiły cienkopisy, to namiętnie bazgrałam cienkopisami. Coś tam się uchowało, niektóre gdzieś kiedyś na blogu pokazywałam.
Takie tam bazgroły. Zdjęcia czemuś wychodzą nieostre, sorry, a jeszcze dzień jakiś pochmurny się zrobił...
To poniżej to najpierw były szkice znalezionej w ogrodzie małej ptasiej czaszeczki. Potem dorysowałam bluszcz, dopasuowałam sentencję, no i się zrobiła taka grafika:
Była faza na rysowanie sów:
Po pożarze Notre Dame w Paryżu naszło mnie na rysowanie katedry i jej detali, oczywiście na podstawie zdjęć:
Było trochę mandali, bo też miałam taką fazę na mandale, ich rysowanie było jak medytacja:
One są dość spore, średnica około 30 cm. Znowu kiepskie zdjęcie, więc jeszcze próba zbliżenia:
Nadziubałam się tego wtedy... ale były to świetne sesje terapeutyczne w okresie przebodźcowania pracą. Po to zresztą głównie wymyślono mandale - ważniejszy był proces tworzenia, niż ostateczny efekt wizualny. Tworzenie mandali, a następnie niszczenie (jako droga transformacji praktykującego) w buddyzmie tantrycznym jest uważane za rodzaj medytacji.
Później jeszcze rysowałam mandale złotym cienkopisem na czarnym papierze. Są gdzieś na blogu.
No i powinnam gdzieś mieć całą teczkę z rysunkami koni, ale licho wie, gdzie się ona zapodziała, znalazłam tylko kilka sztuk:













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jeśli Twój komentarz nie pojawił się od razu, to niestety wina nowej (gorszej) wersji bloggera, który z nieznanych mi powodów wrzuca niektóre komentarze do spamu - ale nie martw się, na pewno go znajdę i opublikuję :).