Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cienkopis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cienkopis. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 września 2026

Rysunki.

Pod poprzednim postem przeczytałam ciekawy komentarz na temat naszego stosunku do sztuki. I do tego niniejszym nawiążę, bo znowu mnie naszło na rozważania. Wiadomo, że niewiele osób odebrało solidne przygotowanie do odbioru sztuk plastycznych czy muzyki. Więc jeśli ktoś nie ma wiedzy, a do tego nie ma też wrodzonej wrażliwości, to czasem nie odróżnia kiczu od dzieła sztuki. Abstrahuję tutaj od kwestii co kto kupuje i sobie wiesza w domu, bo nikomu nic do tego, jak dom nie jego. Chodzi mi jednak o te różnice w odbieraniu, odczytywaniu i odczuwaniu obrazów czy też utworów muzycznych, czy sztuk innych. 

Przez prawie całą podstawówkę uczyłam się grać - grałam przede wszystkim na mandolinie, mandoli i banjo, później jeszcze trochę na gitarze klasycznej, przy okazji próbowałam też na basie i saksofonie. Po pierwszych latach nauki grałam już w takiej małej orkiestrze mandolinowej, z sekcją rytmiczną, skrzypcami i saksofonami oraz wokalistką. Po maturze zakumplowałam się z chłopakami z jazzbandu, przesiadywałam na ich próbach, jeździłam na koncerty i różne chałtury. A jeszcze później moje dzieci pobierały naukę gry na fortepianie, więc też próbowałam :). I nie zapominajmy, że przez jakiś czas śpiewałam w szkolnym chórze, aż sama nie wierzę, bo w ogóle nie uważam siebie za osobę muzykalną... no hmmm... 

No i tak: wirtuoz to ze mnie jednak nie wyrósł, ale poznałam muzykę, można powiedzieć, że od podszewki. I to jest ogromne bogactwo, dzięki któremu zupełnie inaczej słucham muzyki niż ktoś, kto nigdy na niczym nie zagrał, nie był na próbach, nie przyglądał się i nie przysłuchiwał jak się to wszystko ze sobą zgrywa, dlaczego w ogóle te próby tak długo trwają, co i dlaczego się tam poprawia, żeby dobrze razem brzmiało. I chociaż nie jestem wielbicielką na przykład muzyki symfonicznej, to czasem słucham i ogromnie podziwiam tych ludzi - każdego z osobna i wszystkich razem. A ktoś, kto potrafi taką muzykę napisać... to jest dla mnie w ogóle kosmos. Wyobrazić sobie i usłyszeć w głowie cały utwór rozpisany na kilkadziesiąt instrumentów, zanim ktokolwiek cokolwiek zagra. Niesamowite.

Podobnie jest z malarstwem - są ludzie bardziej wrażliwi, wyczuleni na piękno, ale większość odbiera dzieła wizualne dość powierzchownie i nie zawraca sobie głowy książkowymi definicjami i fachowymi opiniami krytyków. Jeden lubi mocne kolory, więc spodoba mu się wszystko, co krzyczy kolorami, inny kocha idylliczne widoczki, więc tylko takimi będzie się zachwycać, niezależnie od rzeczywistej wartości artystycznej obrazu. Odbiorca bardziej wyrobiony, który ma większą wiedzę o malarstwie, albo twórca, który sam próbuje walczyć z oporną malarską materią, mają zwykle bardziej dojrzałe, wyrobione podejście, oceniają dzieło w znacznie szerszym kontekście. I już dalej nie będę się nad tym rozwodzić. Ale co z tego wynika? A no to, że co człowiek, to inne spojrzenie na sztukę - i temat nie ma końca.

To wszystko jednak nie ma znaczenia, kiedy spodoba nam się jakiś obraz, dajmy na to. I chcemy go kupic i sobie w domu powiesić. I trzeba go po prostu kupić i się nim cieszyć. Bo sztuka ma być dla nas, dla naszej przyjemności. No, chyba że chodzi o zaimponowanie sąsiadom czy gościom... ale to już inna bajka... A jeszcze całkiem inna historia to chęć zrozumienia sztuki. Bo dlaczego ten a nie inny obraz jest dziełem sztuki, a inny za taki nie uchodzi? Może więc czasem warto zainwestować w coś, co niekoniecznie nas uwiodło od pierwszego wejrzenia, ale wisiało na wystawie i ktoś znający się na rzeczy dobrze się o tym wypowiedział...? Powiesić we własnym salonie i przyglądać się, aż się zrozumie, poczuje, pokocha.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o gadanie o sztuce, nie będę już dalej przynudzać. 

Teraz krótki pokaz rysunków wygrzebanych z szuflady. Dawno temu uwielbiałam rysować ołówkiem, potem pokochałam piórko z tuszem, a jak się pojawiły cienkopisy, to namiętnie bazgrałam cienkopisami. Coś tam się uchowało, niektóre gdzieś kiedyś na blogu pokazywałam.

Takie tam bazgroły. Zdjęcia czemuś wychodzą nieostre, sorry, a jeszcze dzień jakiś pochmurny się zrobił... Można kliknąć na zdjęcie, wtedy lepiej widać szczegóły.






To poniżej to najpierw były szkice znalezionej w ogrodzie małej ptasiej czaszeczki. Potem dorysowałam bluszcz, dopasowałam sentencję, no i się zrobiła taka grafika:


Była faza na rysowanie sów:





Ptasie tematy zawsze mnie pociągały, tutaj było ćwiczenie rysowania piórek, gniazdek itp. (tych piórkowych rysunków mam sporo):



Po pożarze Notre Dame w Paryżu naszło mnie na rysowanie katedry i jej detali, oczywiście na podstawie zdjęć:








Było trochę mandali, bo też miałam taką fazę na mandale, ich rysowanie było jak medytacja:


One są dość spore, średnica około 30 cm. Znowu kiepskie zdjęcie, więc jeszcze próba zbliżenia:



Nadziubałam się tego wtedy... ale były to świetne sesje terapeutyczne w okresie przebodźcowania pracą. Po to zresztą głównie wymyślono mandale - ważniejszy był proces tworzenia, niż ostateczny efekt wizualny. Tworzenie mandali, a następnie niszczenie (jako droga transformacji praktykującego) w buddyzmie tantrycznym jest uważane za rodzaj medytacji.
Później jeszcze rysowałam mandale złotym cienkopisem na czarnym papierze. Są gdzieś na blogu.

No i powinnam gdzieś mieć całą teczkę z rysunkami koni, ale licho wie, gdzie się ona zapodziała, znalazłam tylko kilka sztuk:


********
Takich różnych rysunków, akwareli, kolaży itp mam sporo, ciągle mówię, że je oprawię i powieszę, ale potem odkładam, bo zawsze coś innego wejdzie w paradę... Wszystkich wieszać nie będę, ale konie, sowy i NotreDame koniecznie.

********

APDEJT

Nie aktualizuje się dziadostwo już od kilku dni. Obczajam wordpress. Tak tylko uprzejmie donoszę. Trzeba się szykować do przeprowadzki. Nie mam teraz czasu, żeby się przysiąść, ale do końca miesiąca to ogarnę. Howgh.


********

niedziela, 2 lipca 2023

Jesienny lipiec.

Wygląda na to, że pory roku mi się pomyliły, ale to chyba ten listopadowy półmrok w lipcowe południe tak na mnie zadziałał. 







Grzebałam w szufladzie szukając czegoś - i trafiłam na zapomniane metaliczne farbki Kuretake Gansai oraz cienkopisy różnych rozmiarów. I przypomniałam sobie o wizji obrazka w klimacie późno jesiennym... Niby nie na czasie, ale kto powiedział, że w lecie tylko kwiatki i plażę można malować. No i tak powstały dwa szybkie obrazeczki.





Tło - papier do mixmedia w kolorze piaskowym, rozmiar A4, użyte zostały czarne cienkopisy i metaliczna farbka w kolorze różowego złota, chociaż można by ten kolor podciągnąć pod miedziany (czyli baaardzo różowe złoto), a listopadowe zamglone słoneczko, jak na lipiec przystało - w perłowej bieli. Docelowo mają być oprawione w czarne passe-partout, a teraz na tym czarnym leżą, wbrew pozorom to nie jest granat, tylko mój aparat wie lepiej.

Pokazuję je w takich różnych kątach nachylenia, bo próbowałam jakoś uchwycić przynajmniej ten połysk, skoro same kolory zupełnie mi nie wychodzą na zdjęciach :).






Pejzażyki bardzo uproszczone, elementem bizantyjsko zdobniczym jest oczywiście ten blask złota, a raczej miedzi. Czasem mam takie napady sroczyzmu i wtedy lubię jak coś się błyszczy i złoci.



Na takie obrazki czarno-złote mam sporo pomysłów, ale najpierw muszę znaleźć dla nich zastosowanie. Bo na razie to tego typu twórczość występuje u mnie pod roboczą nazwą "chałturki". Ostatnio pojawiła się myśl, żeby popowieszać trochę tych moich wytworków w pracy... Bo ja się szykowałam na emeryturę, a tu dziecko moje własne rzuciło mi kłodę pod nogi, mówiąc, że może by ono tak weszło w ten biznes... ech... Więc w tej sytuacji - zamiast leżeć sobie pod gruszą na dowolnie wybranym boku - będę przez czas jakiś dalej zasuwać w robocie. Bo dziecko co prawda kiedyś u mnie już pracowało, ale z trochę innym nastawieniem, więc teraz trzeba je w różne sprawy jeszcze wprowadzić. W związku jednak z moimi wcześniejszymi planami emerytalnymi od pewnego czasu nie inwestowałam w firmę i biuro nieco się zapuściło, wołając o remont, a przynajmniej odświeżenie. Będziemy więc odświeżać i dekorować. Moimi dziełami. A co!

*****


piątek, 6 maja 2022

Kleksy.

Wracam do żywych, czyli do blogosfery - może na chwilę, a może na dłużej, sama jeszcze nie wiem. Będzie to taki raczej nieśpieszny powrót, zapewne z przerwami, bo wciąż jestem w niedoczasie na kilku frontach. I szczerze mówiąc nie mam jakiegoś szczególnego przypływu chęci do blogowania. Wydawało mi się jednak, że jak nie odkurzę teraz bloga, to za miesiąc czy dwa już w ogóle o nim zapomnę. No zobaczymy... Dzisiaj tylko krótki raport ze spraw bieżących. 

Nasz Dżemik, o którym było tutaj i tutaj, ma 9 miesięcy, waży prawie 40 kg i wciąż uważa, że jest małym kotkiem, a wygląda tak:



A przecież jak do nas przybył z końcem września, to był taką słodką kluseczką:



Jak się pewnie domyślacie, taki wyczynowy piesio rozmiarów cielaka, w wieku przedszkolnym, ma kiełbie we łbie (pomimo wrodzonej mądrości właściwej owczarkom niemieckim), niespożytą energię i ciekawość świata, co w połączeniu z jego dość potężną masą daje efekty w postaci: rozgryzionego w drobiazgi zwalistego fotela, który służył kilku pokoleniom psów za leżankę, przerytego na wskroś i do cna trawnika (darmowa wertykulacja), wydrążonych półmetrowej głębokości i jeszcze większej średnicy dziur w rabatkach (nie trzeba będzie kopać pod nowe nasadzenia), oraz pomniejszych modyfikacji wystroju, w rodzaju rozbitej dużej lampy z ceramiczną podstawą (stara była, zrobiło się miejsce na nową), przerobionych na frędzelki i koronki kilku kocyków (czas był najwyższy, żeby je wyrzucić) itd... A potem oczywiście najchętniej uwala się na kanapie - pańcio pozwalał jak Dżemik był mały, no i teraz ma konkurencję do miejsca na poobiednią drzemkę.




No, wesoło z nim jest... ;) - ale o ogrodzie w tym roku to raczej trzeba zapomnieć, chwilowo mamy tam skrzyżowanie kretowiska z pobojowiskiem. Przewiduję jedynie skrzynkowo-balkonową uprawę pomidorków koktajlowych, ogórków, cukinii... Z roślin ozdobnych od wielu lat mam w ogrodzie głównie byliny i krzewy, raczej takie małoobsługowe i dość odporne na niesprzyjające warunki. Jest więc nadzieja, że przetrzymają radosny okres Dżemikowego szczenięctwa. Może uda mi się dosadzić trochę ciekawych traw, natomiast żadnych delikatnych kwiatowych rarytasów na pewno nie będę w tym roku wprowadzać. Marzy mi się kilka nowych odmian ciemierników i powiększenie cebulkowej rabatki (tulipany, hiacynty, szafirki itd), ale nie wiem, czy do jesieni dogadamy się w tej sprawie z naszym pieseczkiem.

Mam natomiast nieco bardziej realny plan odtworzenia niegdysiejszej domowej dżungli. No, może to nieco na wyrost zamierzenia, ale był czas, kiedy mieliśmy naprawdę mnóstwo roślin w domu, a teraz jakoś pustawo... Kolejne remonty dały w kość niektórym egzemplarzom - kurz budowlany, przestawianie z miejsca na miejsce, przeciągi... Zginęły tym sposobem monstrualne paprocie i różne pnącza. Były też cudowne pomysły mojego męża, polegające na wyniesieniu (pod moją nieobecność) na słoneczny taras starych potężnych okazów, które przez całe lata stały w dość cienistych kątach... Spaliły się tak piękne monstery i fikusy. Kolekcję kaktusów zabrał ze sobą, wyprowadzając się "na swoje", starszy syn. Pielęgnował je i uwielbiał, nie żałowałam więc, dobrze mają u niego. Kilka roślin nie przeżyło pierwszej zimy w ogrodzie zimowym. No ale fakt - inne za to się wzmocniły, jak choćby mój aloes, wciąż ten sam, znowu pięknie zakwitł, w tym roku nawet dwukrotnie! Czasem też winien był brak czasu i chęci, czyli zaniedbania w pielęgnacji. Teraz i czasu mam więcej, i miejsca w domu, więc zaczynam się rozglądać za roślinkami :).

*****




Nasi młodzi wyprowadzili się w końcu do wyremontowanego mieszkania po dziadku, zabrali ze sobą swoją Kocię... Było z tym jednak trochę zamieszania, Kocia odcierpiała tydzień w nowym lokum, chowała się po kątach, rozpaczała, ale za radą weta dostała feromonową obróżkę i wydawało się, że nawet trochę pomogło... na chwilę. Pozostałe u nas siostrzyczki Koci, czyli Basiunia i Balbinka, przez kilka dni zapytywały dużymi oczkami gdzie się podziała trzecia siostrunia, widać było, że są zaniepokojone jej nagłym zniknięciem. Trzymały się razem, jak nigdy przedtem, chyba na zasadzie "jak będziemy razem we dwie, to może już żadnej z nas nie porwą!".

Po trzech tygodniach Kocia przyjechała do nas w odwiedziny na weekend. Siostrunie najpierw obwąchały ją nieufnie, ale za chwilę wszystko było po staremu. Kocia odbyła dwie dłuższe pozadomowe wycieczki samopas, nie zginęła, wróciła, pomieszkała, pospała, pojadła... po dwóch dniach pojechała znowu do siebie. Wszystko było ok, ale jej państwo wymyślili nagle, że lecą na półtora tygodnia na wczasy.... No i super, młodzi polecieli, a Kocia znowu wylądowała u nas. Wyglądała na zadowoloną, spała jak należy, czasem wychodziła na dwór, bawiła się z resztą stada. 

Schody się zaczęły dopiero, jak państwo wrócili i zabrali kota do mieszkania. Kocia u nich za dnia owszem spała, ale około 20tej zaczynała świrować. Chodziła, domagała się uwagi i pieszczot, miauczała, chrobotała wszystkim, skakała po meblach... Młodzi wcześnie rano wstają do pracy, więc te nocne serenady i harce mocno dały im w kość. Proponowaliśmy więc, żeby Kocia została u nas na stałe, bo chyba jej dobrze "na wsi" i w kocim towarzystwie, no ale młodzi chcieli mieć kota u siebie. Postanowiono zatem, że odbędą się kolejne próby przywożenia jej na kilka dni do nas, potem znowu do nich, może zajarzy, że to nie na zawsze i jakoś się uspokoi. 

Dawno temu starszy syn miał w studenckim mieszkaniu w dalekiej stolicy kota, z którym przyjeżdżał do nas na ferie i wakacje. Pierwsza podróż (przez pół Polski) odbyła się przy akompaniamencie nieustającego kociego zawodzenia, ale za drugim czy trzecim razem, jak student zaczynał pakowanie i wyciągał z kąta kontenerek, to kot sam do niego właził i czekał na wyjazd. No ale z Kocią to tak nie zadziałało. Doszło do tego, że przy kolejnej bytności u nas, jak syn tylko wszedł do domu, Kocia na jego widok wystrzeliwała ze swojego posłanka jak z procy i momentalnie chowała się w niedostępnym dla człowieków kącie za kuchenną zabudową, dając jasno do zrozumienia, że nie da się więcej porwać. Skutek całego zamieszania: Kocia obecnie już całkiem mieszka u nas. Czyli mamy sześć kotów i psa.

Czarny Grubcio, co do którego przez parę miesięcy miałam wątpliwości, czy on nie ma gdzieś w pobliżu innego domu, zamieszkał u nas już na stałe. Dziewczynki, czyli wszystkie koteczki, przyzwyczaiły się do niego, z Grubcia taki dość spokojny misio, czasem wychodzi z domu, potem wraca, pałaszuje to co zostało w miseczkach po grymaśnych księżniczkach i maszeruje do piwnicy, gdzie ma swój koci domek i święty spokój. Przesypia tam niemal pół dnia i całą noc. Ostatnio zaprzyjaźnił się z Dżemikiem, Dżemik ustępuje mu miejsce na psim fotelu, wylizuje mu czuprynę, a Grubciowi to pasi :).

Natomiast 17-letnia emerytka Czarnuszka mocno się posunęła ze swoją starością i właściwie to spodziewamy się, że lada dzień odejdzie za Tęczowy Most. Chudzinka się z niej zrobiła, futerko przerzedziło, kuśtyka trochę niezdarnie, czasem coś jej się w łebku pokićka i widać, że nie wie gdzie się obrócić, taki koci Alzheimer. Ale poza tym nie widać, żeby jej coś konkretnego dolegało, przejściowo tylko był jakiś stan zapalny w oczku, ale sytuacja już opanowana, apetyt ma całkiem niezły jak na tę zerową aktywność, tylko tak sobie powolutku słabnie i przygasa... Nie biega po dworze w zasadzie od dwóch lat, tylko czasem ma ochotę na przewietrzenie futerka i lubi wtedy posiedzieć sobie na wycieraczce przed drzwiami wejściowymi. Nikt jej nie dokucza, ma status szacownej rezydentki, smakołyki ulubione są dla niej specjalnie chowane i pod nosek podtykane... 





I tak to.... A ja sobie ostatnio dziubię takie oto drobnostki, naszło mnie na mini obrazeczki, jakieś bzdurki, gryzmołki, abstrakcje, zakładki i takie tam inne zajmowacze czasu :). Te abstrakcyjne akwarelki nazywam kleksami, bo bazą tutaj są głównie kleksy albo jakieś przypadkowe mazaje w nieskomplikowanych kolorach, po wyschnięciu podrasowane nieco bazgrołami wykonanymi czarnym cienkopisem, białym żelopisem i metaliczną farbką w kolorze miedzianym.



Oczywiście zdjęcia do bani, nie ogarniam tego - na komputerze wyglądają bardzo dobrze, a po przeniesieniu do bloggera jakaś kaszana. Muszę spróbować robić wpisy z telefonu, bo zdjęcia robię teraz telefonem, może po drodze nie zgubi się ich jakość. Ale szczerze mówiąc nie przepadam za używaniem telefonu tam, gdzie można to zrobić za pomocą komputera. 

A kolejny wpis będzie książkowy i o pewnej mojej nowej pasji.

*****