poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Epicki dylemat z profesorową w tle. I ptasi prototyp.

Prototyp, czyli gawrokruk. Ale najpierw będzie o Szczupaczyńskiej.





Lubię profesorową Szczupaczyńską, lubię te krakowskie smaczki w każdej kolejnej opowieści, autentyczne postaci z przeszłości, które się tam pojawiają. Książki Maryli Szymiczkowej, czyli panów Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego, to cykl uroczych kryminałów osadzonych w realiach Krakowa na przełomie XIX i XX wieku. Poprzednich pięć tomów opisywałam tutaj: "Tajemnica domu Helclów", "Rozdarta zasłona", "Seans w Domu Egipskim", "Złoty róg" oraz "Śmierć na Wenecji". Jak na szpilkach czekałam na kontynuację. No i w końcu, po dłuższej przerwie, ukazał się kolejny tom... Już prawie chciałam go nawet zamówić w przedsprzedaży, ale... się okazało, że wydawnictwo Znak Literanova zrobiło czytelnikom głupiego psikusa i wydało ten tom w zupełnie zmienionej szacie graficznej, a konkretnie w okładce nie mającej nic wspólnego z dotychczas wydanymi pozycjami z cyklu. Jednocześnie wznowiono poprzednie tomy, w tejże nowej, żeby nie rzec - nowoczesnej - okładce. I żeby nie było, że tylko ja wydziwiam - czytałam wiele opinii czytelników niezadowolonych z tego posunięcia, nie mającego nic wspólnego z szacunkiem dla czytelnika.

Ktoś bardzo dosadnie napisał w recenzji na stronie Empiku: 

"Takie wydawnictwo jak Znak powinno rozumieć, że dla wielu czytelników książka to nie tylko zawartość intelektualno-estetyczna, ale i sensualny przedmiot, rodzaj fetyszu, który sprawia przyjemność samym istnieniem. I tenże Znak wydaje tom nr 6 w innej okładce. Kompletny BRAK LOJALNOŚCI wobec czytelników. Kupiłem ten tom, może wydrukuję sobie nawet ładniejszą wersję okładki, ale odebraliście mi całą przyjemność z nowej powieści. Wielki zawód." 


Tak wyglądają okładki pierwszych pięciu tomów:



A tak szósty tom w nowej wersji graficznej:


źródło


Może nie brzydka, ale całkiem inna bajka, ni przypiął, ni wypiął, zupełnie nowa stylistyka. Niby nie okładka jest najważniejsza, słuchaczom audiobooków i nabywcom wersji elektronicznej to wszystko jedno, ale my, tradycjonaliści, kochający książki w ich materialnej, papierowej postaci, czujemy się oszukani.

Tak więc konsternacja i dylemat... Oczywiście mam co czytać, więc mnie to nie pili, ale... miotam się między przymknięciem oka na tę wizualną niedogodność, a twardą obrazą. Po licznych skargach i prośbach czytelników autorzy zdecydowali się łaskawie udostępnić link do pobrania pliku z projektem obwoluty w starej stylistyce z początku serii. Czyli można sobie wydrukować i obłożyć albo obkleić książkę. Żenujący kompromis. Ale tam pod tym linkiem też są jakieś komplikacje z zakładaniem konta (żeby ten jeden plik pobrać), potem wydrukować to trzeba na A3 w kolorze, ja takiej drukarki nie posiadam, więc w sumie za dużo zamieszania, no i jeszcze papier nie powinien być taki zwyczajny 80g, bo to się zaraz podrze... A tymczasem panowie autorzy zdziwieni, że ludzie domagają się zachowania jednolitej szaty graficznej. No doprawdy... (link do dyskusji na ten temat na FB Profesorowej Szczupaczyńskiej : link

Tak by to miało wyglądać po obłożeniu tymże wydrukiem okładki w starej wersji:

Tak więc prawie już wymazałam z pamięci kwestię kontynuacji śledztw profesorowej, a co tam, kij z nią, jest tyle innych książek do przeczytania, życia nie wystarczy... A tu nagle Teatralna coraz to napomyka o słuchaniu Segdy czytającej ten najnowszy tom o Szczupaczyńskiej, ech... W dodatku podobno świetna jest ta opowieść i Segda świetnie czyta. No naprawdę, jak tak można się znęcać i człowieka zanęcać...

Może to dla wielu osób śmieszne, ale ja mam do książek stosunek dość tradycyjny, lubię mieć książkę w ręku, czuć jej zapach i słyszeć szelest kartek. Lubię czytać. Nie cierpię słuchać, jak ktoś inny czyta na głos. Całe długie lata sama czytałam na głos dzieciom i mężowi (bo się podpinał jako słuchacz, jak już po etapie bajek doszliśmy do szkolnych lektur, z gimnazjum włącznie). Podobno świetnie czytałam ;). I nie mówcie mi, że są znakomici lektorzy. No może są, ale dla mnie to oni zawsze za wolno czytają, a niektórzy z nazbyt narzucającą się interpretacją i intonacją, które zakłócają mi odbiór. 

No ale te napomknienia Teatralnej o słuchaniu profesorowej... Trudno się oprzeć... No cóż, pomyślałam, że może to okazja, żeby jednak wreszcie dać oczom odpocząć i nauczyć się słuchać. Mąż ma Audiotekę w subskrypcji, zajrzałam więc. Jest - Szczupaczyńska z Segdą. Z tym że w opcji poza Klubem, czyli dodatkowo płatne, dla klubowiczów raptem 22 złote z groszami, więc nie majątek, nie w tym rzecz, no ale trzeba ten zakup przeprocesować. Jakby był jeden klik, to bym ją już miała. Ale klików trzeba kilka, więc może jednak najpierw sprawdzę, czy aby na pewno mi się spodoba... 

Włączyłam zatem fragment dostępny do posłuchania (dostępne jest 68 min). Yyyhhhh... no cóż... po trzech minutach miałam dosyć. Nie, nie, nie, i jeszcze raz nie. Kompletnie mi się to nie podoba. Może Segda dobrze czyta, ale dla mnie to jest za sztuczne. Za silne akcenty w co drugim słowie, intonacja nie taka, jakbym chciała, ach nie, nie, nie. Nie jestem w stanie tego słuchać. Skreślam audiobooki raz na zawsze, koniec i kropka.

No i tym sposobem nie mam wyjścia, muszę kupić wersję do czytania. A żeby nie patrzeć na odjechaną nie w tę stronę co trzeba okładkę, musiałabym zdecydować się na ebooka. To jeszcze najpierw musiałabym kupić czytnik. Rozważałam to już kiedyś, no ale zawsze jednak przeważała miłość do książek w tradycyjnej postaci. Tak że tak to, chwilowo jestem bez Szczupaczyńskiej, nie dojrzałam do żadnej opcji. Może pożyczę papierową, ale na szybkie oddanie, żeby mi nie straszyła na półce tą znienawidzoną okładką... 

Ale pewnie kiedyś jednak kupię czytnik. Na pewno. 

O tak. Postanowione.

Tak że teraz muszę poszperać po rankingach i obczaić temat, ale też chętnie poznam opinie posiadaczy czytników - korzystacie? które polecacie? I ewentualnie słuchawki nauszne (do środka ucha w życiu nic nie włożę).


********



O ptakach, które by siedziały na desce pod sufitem w pokoju na poddaszu, już dawno myślałam... ale czego to ja jeszcze nie miałam zrobić, to długo by wymieniać. No ale się w końcu zmobilizowałam. Jętki pod sufitem zostały zabudowane od góry jakiś czas temu w ramach docieplenia chałupy, belkowanie widać, ale ptaki tam już nie usiądą, natomiast jest miejsce na półko-deskę nad oknem w ścianie szczytowej i tam ptaszarnia ma docelowo zamieszkać. Ale to po remoncie pokoju. Na razie zabrałam się za produkcję rzeczonych ptaków. 

Uwielbiam pracę z papierem i tekturą. Na rzeźbiarkę się nie nadaję, ale z kawałków tektury albo papier-mache coś tam mogę ulepić. Po początkowych perypetiach z dawno nie używanym i zaschniętym wikolem oraz brakiem odpowiedniego drucika na nóżki - w końcu ulepiłam takiego oto stwora ptakopodobnego:




Miał być kruk, bo one mają taki wspaniały, charakterystycznie dramatyczny wygląd, ale wielkością wyszedł mi bardziej zbliżony do kawki. Z tym że dziobisko bardziej takie krukowate, zatem chyba to coś pośredniego, jakiś kuzyn gawrona. Krukogawron. Albo gawrokruk. 

Wahałam się między fantastyką a realizmem, ale na bardziej fantastyczne odloty przyjdzie jeszcze czas. Odwłok i głowa ze zgniecionego papieru, na to najpierw taśma papierowa, żeby nadać kształt i żeby się kupy trzymało, potem masa papierowo-klejowa, pomalowane farbami akrylowymi, doklejone skrzydła i ogon z kartonu. 




Miałam jeszcze dokleić prawdziwe pióra znalezione w okolicy, ale mam tylko gołębie, srocze i jakiś drobiazg, to wykorzystam je do kolejnych ptaków. A na oczka będą jeszcze czarne dżety, jak je kupię. Na razie muszą wystarczyć namalowane (nienaturalnie niebieskie, żeby się jakoś odznaczały).

Spodziewam się, że jakieś podobieństwo udało sie uchwycić. Dumą napawa mnie fakt, że udało mi się za pierwszym podejściem ulepić go tak, że stał na tych swoich łapkach z nieco koślawymi paluszkami bez podpórki, czyli udało mi się dobrze go wyważyć. Chociaż owszem trochę jest nieproporcjonalny, no ale to nie miał być konkurs na najbardziej realistycznego ptaka. Ten jest pierwszy z zaplanowanej serii, na pewno będzie ich więcej, mam pomysły na ulepszenia, ale chwilowo zarobiona jestem w firmie, jak już rzucę tę robotę gdzieś koło sierpnia, to dla odmiany rzucę się w wir tworzenia.




No i, jakżeby inaczej, trochę ciekawostek o krukowatych, bo studiowałam sobie przy okazji lepienia. Informacje zebrane z różnych miejsc w internecie.




KRUK

Największy (wielkości myszołowa, waga do 1,5 kg, rozpiętość skrzydeł do 1,5 metra!), cały czarny z metalicznym połyskiem. Posiada potężny dziób i klinowaty (zaostrzony) ogon w locie. Samotnik lub para, unika ludzi, żyje w lasach i górach.


GAWRON

Średni, cały czarny. Charakterystyczna cecha to jasna, naga skóra u nasady dzioba (wygląda jak "łysy" dziób) u dorosłych osobników. Towarzyski, tworzy duże stada w miastach i parkach.

WRONA SIWA

Średnia. Łatwa do rozpoznania po szarym tułowiu i czarnych skrzydłach, głowie oraz ogonie. Często w parach lub małych grupach, bardzo inteligentna, powszechna w miastach.


KAWKA

Najmniejsza z nich, z szaro-czarnym upierzeniem i jasnymi oczami. Też bardzo towarzyska, jak gawrony. Zresztą oba te gatunki koegzystują ze sobą i nawet współpracują. O kawkach ostatnio dużo czytałam - odkryto, że mają w mózgach prawie tyle neuronów co naczelne, tylko gęściej upakowane, a inteligencją dorównują szympansom. Są świetnie zorganizowane, w ich stadach obowiązuje hierarchia jak w wojsku, przy czym można awansować, a dzieci dziedziczą przynależność do "kasty" po rodzicach. Rozpoznają swoje odbicie w lustrze, co jest ewenementem w świecie zwierząt.

Krukowate należą do najinteligentniejszych ptaków na świecie. Kruki wykazują wysoki poziom zdolności poznawczych, rozwiązując skomplikowane testy i wykazując się dobrym zrozumieniem relacji przyczynowo-skutkowych. 
Potrafią abstrakcyjnie myśleć, liczyć, odróżniać kształty, a nawet używać narzędzi do wydobywania pożywienia. Wyróżnia je także zdolność do naśladowania ludzkiej mowy i komunikacji w zaawansowany sposób.

Wrony są niezwykle sprytne, szczególnie w środowisku miejskim, gdzie potrafią używać ruchu samochodów do rozłupywania orzechów. Wrony brodate słyną z wytwarzania i używania narzędzi do zdobywania pokarmu.

Wszystkie te gatunki potrafią używać narzędzi, planować i uczyć się. Mają świetną pamieć, poznają ludzi, pamiętają który daje jeść, a który je skrzywdził- i to po wielu latach.

I uwaga, co za niespodzianka mi się przydarzyła wczoraj właśnie! Czasem spotykają mnie zjawiska niemal nadprzyrodzone. Bo jak wytłumaczyć fakt, że chociaż chyba nigdy wcześniej nie natknęłam się na kruka w naturze, to właśnie kiedy mam głowę nabitą krukowatymi, mój gawrokruk akurat się suszy po malowaniu, ja sobie siedzę z mężem w altance i opowiadam mu o krukach, a tu nagle - słyszymy gardłowe, potężne krakanie i przed nami przelatuje nieśpiesznie i dostojnie ogromny kruk! Gdybym była tam sama, to bym chyba pomyślała, że mam zwidy. One raczej nie zapędzają się do miasta, są samotnikami, i jak się nie mieszka pod lasem to raczej trudno je spotkać. Kawki i gawrony żyją tłumnie w miastach, spotykam je codziennie. Wrony rzadko, ale są nie do pomylenia w tych siwych kubraczkach, no i znacznie mniejsze. A to było potężne, czarne ptaszysko, sunące nisko nad ziemią z doniosłym krakaniem. Normalnie ciary. Powiadam Wam, niesamowite przeżycie. Może w innej sytuacji nie zrobiłoby to na mnie aż takiego wrażenia, ale ja od paru dni żyłam krukami, oglądałam filmiki z nimi, słuchałam nagrań. No i ściągnęłam go myślami.


Porządnego, dużego kruka, z charakterystyczną "brodą", to ja jeszcze kiedyś zrobię. Teraz w planie jest najpierw papierowa sowa płomykówka, potem może dzięcioł, sójka i sroka, a z ptasiego drobiazgu na pewno sikorki i może rudziki, gile... No i później jeszcze kury, oczywiście, ale dla nich będzie inna grzęda. Tak się składa, że mieszkam przy ulicy Ptasiej. No cóż, miejsce zamieszkania zobowiązuje. Będę miała ptasią pracownię :).


********

No a przy okazji, skoro za chwilę maj, to - zgodnie z moją małą świecką tradycją - zestawienie nietypowych świąt na kolejny miesiąc. Uwzględniłam głównie takie, które same w sobie są okazją do zabawy, wyróżnione są te bardziej kulinarne:

  • 1 maja - Ogólnopolskie Święto Kaszanki
  • 1 maja - Międzynarodowy Dzień Partyzanckiego Sadzenia Słoneczników*
  • 1 maja - Święto Konwalii
  • 2 maja - Dzień Grilla
  • 2 maja - Światowy Dzień Tuńczyka (przyrodniczo i kulinarnie)
  • 3 maja - Dzień bez Komputera
  • 4 maja - Światowy Dzień Powolności*
  • 4 maja - Międzynarodowy Dzień Gwiezdnych Wojen
  • 5 maja - Dzień bez Makijażu
  • 6 maja - Międzynarodowy Dzień bez Diety
  • 9 maja - Światowy Dzień Ptaków Wędrownych
  • 10 maja - Dzień Zołzy (Zgrabna,   Obrotna,   Ładna,   Zaradna,   Ambitna)
  • 12 maja - Międzynarodowy Dzień Limeryków
  • 13 maja - Międzynarodowy Dzień Hummusu
  • 15 maja - Święto Polskiej Muzyki i Plastyki
  • 15 maja - Dzień Niezapominajki
  • 15 maja - Dzień Dojazdu Rowerem do Pracy
  • 16 maja - Międzynarodowy Dzień Światła
  • 16 maja - Dzień Wolnej Kultury
  • 17 maja - Światowy Dzień Pieczenia
  • 18 maja - Światowy Dzień Muzeów
  • 19 maja - Dzień Mycia Samochodów
  • 19 maja - Dzień Dobrych Uczynków
  • 20 maja - Światowy Dzień Pszczół
  • 21 maja - Międzynarodowy Dzień Herbaty
  • 21 maja - Dzień Odnawiania Znajomości
  • 22 maja - Światowy Dzień Gotów
  • 23 maja - Dzień Teścia
  • 24 maja - Dzień Braci
  • 24 maja - Europejski Dzień Parków Wodnych
  • 24 maja - Europejski Dzień Parków Narodowych
  • 24 maja - Dzień Ślimaka (w sensie zarówno spożywczym jak i przyrodniczym)
  • 25 maja - Dzień Królewny
  • 26 maja - Dzień Samolotów z Papieru
  • 28 maja - Światowy Dzień Hamburgera
  • 29 maja - Europejski Dzień Sąsiada
  • 30 maja - Międzynarodowy Dzień Ziemniaka
  • 30 maja - Światowy Dzień Soku
  • 31 maja - Światowy Dzień bez Tytoniu
  • 31 maja - Światowy Dzień bez Majtek
  • 31 maja - Międzynarodowy Dzień Cytrynówki

Trochę tego jest, przy czym w maju nieco mniej niż w poprzednich miesiącach jest okazji kulinarnych. Za to więcej zachęcających do wyjścia z domu, spacerowania i przyglądania się przyrodzie. A ja sobie zrobię Dzień Królewny i Dzień Cytrynówki ;).

I kilka wyjaśnień do niektórych świąt (źródło):

Inspiracją dla Richarda Reynoldsa, pomysłodawcy międzynarodowego Dnia Partyzanckiego Sadzenia Słoneczników, był koloryt jakiego dodają one nawet najbardziej ponurym miejscom. Obchody święta mają zachęcić do sadzenia słoneczników w swojej okolicy, zwłaszcza, że nie wymagają one szczególnej pielęgnacji ani warunków.


Dzień Powolności
 narodził się w 2007 roku z inicjatywy Włochów, a konkretnie Bruno Contigianiego. Był on obiecującym menedżerem i … pracoholikiem. Doszedł jednak do wniosku, że w ten sposób życie ucieka mu przez palce. Założył więc stowarzyszenie The Art of Living Slowly (Sztuka Powolnego Życia) którego celem jest krzewienie idei, że unikając pośpiechu i stresu można poprawić jakość życia poszczególnych osób, pracowników i wszystkich obywateli". Potwierdzeniem tego jest charakterystyczne logo The Art of Living Slowly, na którym widnieje sympatyczny ślimak. Włosi jak mało kto przykładają wagę do wolniejszego życia. To oni przecież wymyślili ideologię Slow Food, a więc delektowania się wykwintną kuchnią, unikania Fast foodów.

Cała akcja zaczęła się w zimny lutowy dzień na Piazza San Babila w Mediolanie, gdzie grupa ludzi, trochę dla zabawy, zwracała uwagę ludziom że zbyt szybko idą. Po pewnym czasie jego koncepcja polegająca na unikaniu pośpiechu rozprzestrzeniła się już na cały kraj i świat. Różne wydarzenia odbywają się już nie tylko we włoskich miastach, ale i w Nowym Jorku, Paryżu czy Londynie.

We Włoszech przy okazji Dnia Powolności każdego roku organizowanych jest wiele ciekawych atrakcji. Na przykład w jednym z barów w Mediolanie minister kultury Vittorio Sgarbi czytał uczestnikom poezję Dantego. Innym ciekawym happeningiem zorganizowanym stolicy Lombardii był Powolny Bieg, w którym zwycięzcą zostaje ostatni na mecie. W Rzymie świętujący zwiedzają mniej znane zabytki, spotykają się na placach, grają w szachy. Wiecznie zabiegani Nowojorczycy udają się z kolei na spacer do Central Parku, by zobaczyć najstarsze drzewo. W ramach Dnia Powolności odbywają się też kursy jogi w plenerze, a w wielu miastach przechodnie otrzymują od wolontariuszy ulotki, które zawierają dekalog powolnego życia. 



sobota, 4 kwietnia 2026

Włoszczyzna.

Do niedawna Italia nie miała dla mnie żadnego uroku, Włosi mnie denerwowali swoją krzykliwością, na wszystkie propozycje podróży do Włoch kręciłam nosem, bo nie moje klimaty, na zachwyty znajomych czy mojego męża prychałam i przewracałam oczami (no może nie jawnie, ale tak w środku). Aż tu nagle... no, dobra, może nie tak bardzo nagle, ale stopniowo nastąpił jakiś przełom. Nie jestem typem podróżnika, więc to nie chęć podróżowania i zwiedzania Italii pchnęła mnie w objęcia włoszczyzny. Bo jeśli już podróże, to ciągnie mnie raczej na północ. Nie lubię gorąca, tłumów, rozwrzeszczanych i leniwych południowców itd, kuchnia może być, ale bez przesady, za dużo makaronu i tych dziwnych morskich robali itd. No i tak to. Najbardziej odpowiada mi zwiedzanie na ekranie, czyli oglądanie dalekich świata stron w telewizji czy tam innym internecie. Ze szczegółowymi opowieściami, bez konieczności stania w kolejkach, przepychania się w spoconym tłumie, wdychania kurzu i różnych lokalnych smrodów, oganiania się przed żebrakami oraz robactwem fruwającym i pełzającym, narażania się na okradzenie, przypalenie słońcem czy inne nieprzyjemności. Mąż mówi, że jestem kosmitką. Nie wykluczam.

O tym, że zaczęły mi te Włochy wchodzić w głowę, wspominałam w tym wpisie: "Wenecja moja miłość (...)". Opowiadałam tam o książce Renaty Pawłowskiej "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście". Tak mi się ta książka - a właściwie to piękna opowieść o Wenecji - spodobała, że czym prędzej nabyłam inne książki tej autorki, o których dzisiaj Wam opowiem. W międzyczasie trafiałam na inne blogi Polek mieszkających we Włoszech, poznawałam codzienne szczegóły życia w tamtych rejonach, nawet zaczęło mi się podobać... Ciekawiło mnie też zawsze, jak Polacy, którzy postanowili osiedlić się w innym kraju, oswajają te swoje nowe miejsca na ziemi - kupują jakieś ruiny, odnawiają, urządzają. To bardziej tak od strony przedsięwzięcia architektoniczno-wnętrzarskiego. Parę razy trafiłam na Polaków remontujących dla siebie stare domy właśnie we Włoszech. Przyglądałam się, też mi się podobało. No i coś tam zaczęło kiełkować...

No i w końcu... zaczęłam uczyć się włoskiego. Myśl o tym co prawda chodziła za mną od dawna. Nie tyle o włoskim konkretnie, co tak w ogóle. Pierwszy powód to chęć nauczenia się jakiegoś języka obcego w stopniu komunikatywnym przynajmniej, tak po prostu, żeby móc uchodzić za człowieka światowego, hehe :). Bo szkolna wiedza nieco wyparowała nie użytkowana przez kilka dekad. Nie mam zbyt wielu okazji, żeby korzystać, więc i motywacja słaba, no ale postanowiłam się w tym temacie ogarnąć.

Angielski mnie nie pociąga, nigdy się go nie uczyłam w jakiejś zorganizowanej formie, coś tam pojmuję, tyle co mi w pracy potrzebne, i wystarczy. W szkole miałam rosyjski (takie to czasy były) i francuski. Po rosyjsku to nawet mogłabym się teraz całkiem swobodnie dogadać, ale umówmy się: nie o taki światowy język mi chodzi.

Francuskiego nigdy nie lubiłam i nie miałam żadnej motywacji, żeby się go uczyć, poza zaliczeniem przedmiotu, ma się rozumieć. Coś tam w głowie po latach zostało, sporo rozumiem, no ale z mówieniem to już słabo... Podobał mi się natomiast niemiecki i nawet gdzieś w podstawówce krótko chodziłam na kurs niemieckiego, ale się pokomplikowało zdrowotnie, musiałam przerwać i w sumie nigdy do tego nie wróciłam. Sporo rozumiem w tym języku, mieszkając rzut beretem od zachodniej granicy człowiek trochę nasiąka przy rozmaitych okazjach. Ale do całkiem swobodnej rozmowy to jeszcze trochę mi brakuje.

No i drugi motyw do tej nauki języka obcego to ćwiczenie szarych komórek na stare lata. Pracuję dość intensywnie umysłowo, ale to uruchamia tylko jedną wyspecjalizowaną grupę komórek, a trzeba rozruszać też inne. Tylko że ilekroć zabierałam się za naukę języków, to jakoś to nie szło. A to zajęcia były bardzo późno wieczorem, prowadzone dość niemrawo, zasypiałam. Próbowałam z kursów multimedialnych - zaczynałam niemiecki, nawet w desperacji chciałam przypomnieć sobie francuski (jakieś podstawy miałam, więc była nadzieja, że łatwiej pójdzie). Zawsze jednak rozkładała mnie konieczność drobiazgowej nauki gramatyki, niemrawe dialogi itd. No jak w szkole, nuda panie, nuda, nie mogłam się wciągnąć w stały rytm nauki. No bo po co ja mam wkuwać odmiany tysiąca czasowników nieregularnych w pięciu czasach oraz trybie dokonanym i niedokonanym, jak nie znam jeszcze wielu podstawowych słówek - przymiotników, rzeczowników itd? Nie planując konkretnego zastosowania zniechęcałam się.

Niedawno syn (urodzony poliglota, nie wiem po kim on to ma, swobodnie rozmawia po niemiecku, angielsku i hiszpańsku prywatnie i zawodowo, uczy się portugalskiego i rosyjskiego), zapytał mnie, czy próbowałam Duolingo. Bez większej nadziei spróbowałam zatem, no i wreszcie zaskoczyło! Wybrałam ostatecznie do nauki język włoski, bo łatwy, gramatyka dość prosta, wymowa też, słowa się w dużej części kojarzą. No i spodobało mi się to Duolingo. Pewnie czytają to osoby, które ten system znają, ale może komuś się przyda tych parę informacji. Ciągle powtarzam, że gdyby mnie w ten sposób uczono w szkole i na tych różnych kursach, to ja bym już dawno rozmawiała w sześciu językach. Oczywiście są mankamenty, ale o tym za chwilę. 

Teraz będzie kawałek o Duolingo, jeśli kogoś to nie interesuje, nich przeskoczy parę akapitów.

Nauka jest urozmaicona, bez żadnego wkuwania regułek i ćwiczenia odmian na sucho - wszystko odbywa się w dialogach, nieustannej aktywnej komunikacji. Powtarzanie słówek w różnych zdaniach i kontekstach, tłumaczenie z polskiego na włoski i odwrotnie, wstawianie słówek, mówienie, słuchanie dialogów, pisanie - to wszystko przeplatane tak, że człowiek się nie nudzi. Ćwiczenia są inteligentnie dopasowane do słabych stron użytkownika. Jak mi coś nie idzie i robię błędy, to potem mam ćwiczenia przypominające i utrwalające. Pojawiają się różne postaci animowane, które ze mną rozmawiają, można włączyć dodatkową opcję z videorozmową, można skorzystać z ćwiczeń na czas albo różnych gier zespołowych. Jednocześnie włączona jest w to wszystko rywalizacja z innymi użytkownikami, polegająca na punktowaniu zadań i awansach do wyższej ligi. Można to zignorować, ale jednak ma działanie motywujące. No bo jak widzę, że w mojej aktualnej lidze jestem na miejscu 11 a do wyższej awansuje 10 osób, to się przykładam, żeby zdobyć jeszcze tych parę punktów, przerabiam kilka kolejnych lekcji czy ćwiczeń.

To teraz o mankamentach. Nie podoba mi się, że po zaliczeniu kolejnego modułu nie mam już dostępu do poprzedniego modułu i nie mogę zrobić sobie powtórki z całego materiału. Powtórki są co prawda w końcowych lekcjach każdej sekcji, z tym że są one wyrywkowe, a nie całościowe i nie mogę sobie sama dobrać tematów.

Druga sprawa - aplikacja uczy przede wszystkim słownictwa, podstawowych zwrotów oraz rozumienia ze słuchu, ale mniej wagi przykłada do swobodnej konwersacji, przynajmniej na tym etapie początkowym. Tak że po ukończeniu ostatniego modułu (albo w trakcie) warto poszukać możliwości bardziej aktywnego rozmawiania. Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że nauczyłam się w ciągu 4 miesięcy na tyle dużo, że jak słyszę włoską piosenkę, to wiem o czym ona jest i z grubsza rozumiem o czym Włosi mówią, sama jakieś proste zdania w codziennych sytuacjach, w sklepie, w domu, hotelu, knajpie, taksówce, u lekarza, na ulicy czy lotnisku, potrafię sklecić dość poprawnie. Z tekstu napisanego rozumiem jeszcze więcej. Teraz kwestia doszlifowania opanowanego już materiału, tak żebym nie musiała długo się zastanawiać nad każdą kwestią. Później będzie można pomyśleć o konwersacjach z żywym człowiekiem.

Po trzech miesiącach trochę zwolniłam tempo, przestałam przejmować się punktami i rywalizacją, codziennie robię tylko jedną lekcję, natomiast zajęłam się uporządkowaniem notatek, które robiłam w trakcie. Szukam też jakiegoś audiobooka po włosku. Musi to być książka, której treść znam, coś tam już sobie namierzyłam. Będę słuchać i próbować zrozumieć. Słucham włoskich piosenek - mąż uwielbia i ciągle coś w domu puszcza, to się przysłuchuję. 

A w międzyczasie czytam po polsku o Italii:





  • RENATA PAWŁOWSKA - "Włochy - 111 przygód. Miasteczka, festiwale, szlaki i smaki". Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2022, s.384.

Tak po prawdzie nie nie obiecywałam sobie zbyt wiele po tej książce, ale zostałam pozytywnie zaskoczona. To nie jest jedna długa opowieść, ale jakby kasetka ze 111 pigułkami, z których każda zawiera jakiś tajemniczy ekstrakt z włoskich ciekawostek. Na każdą z ciekawostek przypada kilka stron (w tym zdjęcia), więc nie ma tu miejsca na obszerne opisy i długie historie. To raczej zachęta, krótka wizytówka nietypowych i wartych odwiedzenia miejsc, interesujących lokalnych wydarzeń, wyselekcjonowanych smakołyków podawanych w mało znanych knajpkach, pięknych tras do wędrówek poza utartymi szlakami. Dostajemy też od razu konkretne wskazówki - kiedy najlepiej w to miejsce się udać, jak się tam dostać, gdzie zjeść i co wybrać z menu, ile to kosztuje itd.

Lubię połazić tak właśnie poza głównymi szlakami, nawet odpuścić sobie jakąś dajmy na to fontannę di Trevi obleganą przez dzikie tłumy (bo obejrzę ją sobie dokładnie i ze szczegółami na ekranie), a wylądować w klimatycznej lokalnej knajpce, gdzie wśród tubylców można zjeść jakiś nietypowy smakołyk. O takich właśnie miejscach opowiada Renata Pawłowska. I jak już się do Włoch wybiorę w dłuższą podróż, to chciałabym właśnie te miejsca odwiedzić. 

Wśród propozycji mamy kilka przepięknych tras trekkingowych o różnym stopniu trudności, a także dłuższe trasy na przejażdżki samochodowe, połączone z podziwianiem niesamowitych krajobrazów. Można wybrać malowniczy Szlak 10 Kapliczek, Szlak 52 Tuneli, albo rejs łodzią po jeziorze porośniętym lotosami (jeden z największych takich akwenów poza Japonią), wędrówki po rezerwatach przyrody albo jednym z najbardziej malowniczych kanionów na świecie.  Autorka podaje dokładne informacje - jak dostać się w te miejsca, gdzie zostawić samochód, gdzie zjeść, co warto zabrać ze sobą, kiedy jest najlepsza pora na "załapanie się" na najpiękniejsze widoki i najlepszą pogodę.

W książce znajdziemy także propozycje odwiedzenia niezwykłych miejsc ulubionych przez artystów, choć mowa tu nie o powszechnie znanych zabytkach, dziełach Giotta czy Mantegny, ale na przykład o sztuce ulicznej, jak graffiti. Dzięki wskazówkom autorki możemy odwiedzić Międzynarodową Wioskę Artystów, w której warto zajrzeć do jednej z kilkudziesięciu pracowni, klubów czy kawiarni artystycznych. A może wybierzecie się do wioski znanej z malowanych drzwi: co roku artyści malują przeróżne obrazy na drzwiach w całej wiosce? - w określone dni można podziwiać ich przy pracy.

Czy wiecie, gdzie we Włoszech znajduje się jedna z najstarszych, a zarazem największych kawiarni świata, nazywana niegdyś kawiarnią bez drzwi, w której hitem jest niepowtarzalny napój przygotowany z gorącego espresso i kremowej, zimnej mięty? A słyszeliście o włoskich targach ryżu, którym towarzyszy impreza na miarę niemieckiego Oktoberfest, z ponad stu rodzajami risotta w roli głównej? Albo o niezwykle widowiskowych festiwalach latawców, o podziemnym mieście, czy o najsłynniejszej dziurce od klucza, do której ustawiają się kolejki? 

Z książki dowiemy się także, dlaczego będąc w Bolonii nie należy zamawiać spaghetti alla bolognese, tylko tagliatelle al ragù. Obszerny wpis poświęcony jest omówieniu rozmaitych rodzajów makaronów i dań z makaronem w roli głównej. Jednak włoska kuchnia to nie tylko pasta, autorka zdradza nam więc mnóstwo ciekawostek o innych specjałach oraz miejscach, w których warto ich spróbować. Renata Pawłowska twierdzi, że we włoska kuchnia to nie tylko makarony, ryby i warzywa, ale też mnóstwo dań mięsnych, wśród których najpopularniejsza jest bistecca alla fiorentina - dowiemy się więc wszystkiego o historii tego dania, sposobach przyrządzania, oraz miejscach, w których dostaniemy najlepszą fiorentinę. Oczywiście sporo miejsca zajmują też informacje o słynnych włoskich deserach.

Z ciekawych miejsc, poza pięknymi sanktuariami czy zamkami, warto wspomnieć o muzeum lalek, w którym prezentowanych jest ponad tysiąc lalek i innych zabawek z różnych epok, czy też o ogrodach Bardini z oszołamiającym tunelem z glicynii.

Jeśli przyjedziemy do Włoch zimą, autorka ma dla nas także propozycje sezonowych atrakcji, jak na przykład jarmarki bożonarodzeniowe -  z książki dowiemy się, gdzie są te najciekawsze, co warto na nich zobaczyć, kupić, zjeść lub wypić, jakie są ceny itd. Znajdziemy tu także informacje o innych atrakcjach zimowych, jak na przykład wystawa niezwykłych szopek wykonanych przez artystów z piasku.

Podsumowując - to świetny przewodnik do wędrowania poza obleganymi przez turystów szlakami.


  • RENATA PAWŁOWSKA - "Jezioro Garda. 158 km tras, przysmaków i ciekawostek". Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2023, s.448.

Jednym  z piękniejszych miejsc we Włoszech jest jezioro Garda i jego okolice, obejmujące całkiem spory obszar na styku trzech regionów: Trentino, Lombardii oraz Wenecji Euganejskiej. Ma powierzchnię prawie 370 km kwadratowych, długość około 51 km, szerokość blisko 17 km, a długość linii brzegowej to aż 158 km. Dzięki temu, że obszar jeziora otoczony jest pasmami górskimi, panuje tutaj łagodny mikroklimat, sprzyjający nawet uprawie cytryn - tutejsze gaje cytrynowe są najdalej na północ położonymi ich uprawami na świecie. No i taki duży obszar to zarazem bardzo urozmaicony krajobraz, mnóstwo miasteczek oferujących przybyszom cały wachlarz atrakcji, niezliczona ilość tras do pieszych wędrówek.

Ujęło mnie i nawet nieco rozbawiło wyznanie autorki, że jej przygoda z jeziorem Garda zaczęła się od... niechęci do niego :). Bo za dużo ludzi, za bardzo "turystycznie". Świetnie to rozumiem, bo dla mnie też - im mniej ludzi, tym lepiej. I zawsze potrafimy znaleźć jakieś wymówki, żeby tam nie jechać. No ale... potem następuje jednak ten dzień, kiedy dla świętego spokoju dajemy się namówić na wyjazd - i okazuje się, że tam jest pięknie i uroczo! I potem chce się tam wracać jak najczęściej. 

Rozpisałam się bardzo o książce "Włochy. 111 przygód", więc nie chcę Was tutaj zanudzić szczegółowym opowiadaniem o zawartości tej kolejnej pozycji, wspomnę więc tylko w dużym skrócie, co w niej znajdziecie:

  • informacje ogólne: o samym jeziorze, topografii okolicy, klimacie i roślinności, o tym jakiego rodzaju urlop można tam zorganizować - w zależności od upodobań, ulubionych aktywności, towarzystwa itp, gdzie nocować, jak dojechać i jak się przemieszczać w okolicy jeziora (pociągi, autobus, promy, statki itp);
  • atrakcje dla turystów: plaże (w tym dla psów), wodospady, termy, ogrody, targowiska, szlaki, punkty widokowe, trasy trekkingowe o różnym stopniu trudności, parki rozrywki;
  • urokliwe miasteczka, a w nich zamki, pałace, muzea, światynie, winnice i winiarnie - wszystkie zostały opisane z podaniem najciekawszych informacji o historii, interesujących miejscach wartych odwiedzenia i innych atrakcjach;
  • specjały kuchni gardańskiej: w zależności od tego, w jakim rejonie jeziora będziemy przebywać, spotkamy w menu tradycyjne potrawy różnych regionów, królują oczywiście ryby złowione w Gardzie, ale są też inne dania kuchni włoskiej - z książki można się o nich sporo dowiedzieć, jak są przygotowywane i gdzie najlepiej je zamawiać;
  • lokalne specjały to przede wszystkim wina, oliwy, sery, a także szafran i trufle - oczywiście można je tutaj kupić;
  • wycieczki w miejsca bardziej oddalone od jeziora: to rozdział, w którym są szczegółowe propozycje dla osób, które spędzają nad Gardą więcej czasu i chciałyby zwiedzić także nieco dalsze miejsca - Werona, Bergamo, Mediolan, dolina Ledro i inne, dowiemy się co warto zobaczyć, jak dojechać, co i gdzie zjeść.

Trzy mapy bardzo ułatwiają znalezienie omawianych miejsc i zaplanowanie trasy, a duża ilość zdjęć, wykonanych przez autorkę podczas jej wędrówek, zachęca do zobaczenia tego wszystkiego osobiście i na żywo.

********


Jeśli miałabym wskazać ksiażkę Renaty Pawłowskiej, która najbardziej mnie zachwyciła, to bezapelacyjnie pierwsze miejsce zajęłaby jednak "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście" - pisałam o niej obszernie tutaj (klik). To przepiękna opowieść o Wenecji i nawet jeśli się do Włoch nie wybieracie, to warto po nią sięgnać, żeby poczuć klimat tego miasta. W zasadzie to właśnie po lekturze tej książki doszłam do wniosku, że dam się w końcu namówić na urlop we Włoszech :).

Książkę "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście" można kupić stacjonarnie w sklepiku w Krakowie przy ul. Malborskiej 140 oraz on-line pod tym linkiem:

https://wloska9.pl/renata-pawlowska/wenecja-moja-milosc-zakochany-przewodnik-po-miescie-renata-pawlowska.html

Pozostałe książki są dostępne w wielu księgarniach stacjonarnych i internetowych.



********