Prototyp, czyli gawrokruk. Ale najpierw będzie o Szczupaczyńskiej.
![]() |
Lubię profesorową Szczupaczyńską, lubię te krakowskie smaczki w każdej kolejnej opowieści, autentyczne postaci z przeszłości, które się tam pojawiają. Książki Maryli Szymiczkowej, czyli panów Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego, to cykl uroczych kryminałów osadzonych w realiach Krakowa na przełomie XIX i XX wieku. Poprzednich pięć tomów opisywałam tutaj: "Tajemnica domu Helclów", "Rozdarta zasłona", "Seans w Domu Egipskim", "Złoty róg" oraz "Śmierć na Wenecji". Jak na szpilkach czekałam na kontynuację. No i w końcu, po dłuższej przerwie, ukazał się kolejny tom... Już prawie chciałam go nawet zamówić w przedsprzedaży, ale... się okazało, że wydawnictwo Znak Literanova zrobiło czytelnikom głupiego psikusa i wydało ten tom w zupełnie zmienionej szacie graficznej, a konkretnie w okładce nie mającej nic wspólnego z dotychczas wydanymi pozycjami z cyklu. Jednocześnie wznowiono poprzednie tomy, w tejże nowej, żeby nie rzec - nowoczesnej - okładce. I żeby nie było, że tylko ja wydziwiam - czytałam wiele opinii czytelników niezadowolonych z tego posunięcia, nie mającego nic wspólnego z szacunkiem dla czytelnika.
Ktoś bardzo dosadnie napisał w recenzji na stronie Empiku:
"Takie wydawnictwo jak Znak powinno rozumieć, że dla wielu czytelników książka to nie tylko zawartość intelektualno-estetyczna, ale i sensualny przedmiot, rodzaj fetyszu, który sprawia przyjemność samym istnieniem. I tenże Znak wydaje tom nr 6 w innej okładce. Kompletny BRAK LOJALNOŚCI wobec czytelników. Kupiłem ten tom, może wydrukuję sobie nawet ładniejszą wersję okładki, ale odebraliście mi całą przyjemność z nowej powieści. Wielki zawód."
Tak wyglądają okładki pierwszych pięciu tomów:
A tak szósty tom w nowej wersji graficznej:
| źródło |
Może nie brzydka, ale całkiem inna bajka, ni przypiął, ni wypiął, zupełnie nowa stylistyka. Niby nie okładka jest najważniejsza, słuchaczom audiobooków i nabywcom wersji elektronicznej to wszystko jedno, ale my, tradycjonaliści, kochający książki w ich materialnej, papierowej postaci, czujemy się oszukani.
Tak więc konsternacja i dylemat... Oczywiście mam co czytać, więc mnie to nie pili, ale... miotam się między przymknięciem oka na tę wizualną niedogodność, a twardą obrazą. Po licznych skargach i prośbach czytelników autorzy zdecydowali się łaskawie udostępnić link do pobrania pliku z projektem obwoluty w starej stylistyce z początku serii. Czyli można sobie wydrukować i obłożyć albo obkleić książkę. Żenujący kompromis. Ale tam pod tym linkiem też są jakieś komplikacje z zakładaniem konta (żeby ten jeden plik pobrać), potem wydrukować to trzeba na A3 w kolorze, ja takiej drukarki nie posiadam, więc w sumie za dużo zamieszania, no i jeszcze papier nie powinien być taki zwyczajny 80g, bo to się zaraz podrze... A tymczasem panowie autorzy zdziwieni, że ludzie domagają się zachowania jednolitej szaty graficznej. No doprawdy... (link do dyskusji na ten temat na FB Profesorowej Szczupaczyńskiej : link)
Tak by to miało wyglądać po obłożeniu tymże wydrukiem okładki w starej wersji:
Tak więc prawie już wymazałam z pamięci kwestię kontynuacji śledztw profesorowej, a co tam, kij z nią, jest tyle innych książek do przeczytania, życia nie wystarczy... A tu nagle Teatralna coraz to napomyka o słuchaniu Segdy czytającej ten najnowszy tom o Szczupaczyńskiej, ech... W dodatku podobno świetna jest ta opowieść i Segda świetnie czyta. No naprawdę, jak tak można się znęcać i człowieka zanęcać...
Może to dla wielu osób śmieszne, ale ja mam do książek stosunek dość tradycyjny, lubię mieć książkę w ręku, czuć jej zapach i słyszeć szelest kartek. Lubię czytać. Nie cierpię słuchać, jak ktoś inny czyta na głos. Całe długie lata sama czytałam na głos dzieciom i mężowi (bo się podpinał jako słuchacz, jak już po etapie bajek doszliśmy do szkolnych lektur, z gimnazjum włącznie). Podobno świetnie czytałam ;). I nie mówcie mi, że są znakomici lektorzy. No może są, ale dla mnie to oni zawsze za wolno czytają, a niektórzy z nazbyt narzucającą się interpretacją i intonacją, które zakłócają mi odbiór.
No ale te napomknienia Teatralnej o słuchaniu profesorowej... Trudno się oprzeć... No cóż, pomyślałam, że może to okazja, żeby jednak wreszcie dać oczom odpocząć i nauczyć się słuchać. Mąż ma Audiotekę w subskrypcji, zajrzałam więc. Jest - Szczupaczyńska z Segdą. Z tym że w opcji poza Klubem, czyli dodatkowo płatne, dla klubowiczów raptem 22 złote z groszami, więc nie majątek, nie w tym rzecz, no ale trzeba ten zakup przeprocesować. Jakby był jeden klik, to bym ją już miała. Ale klików trzeba kilka, więc może jednak najpierw sprawdzę, czy aby na pewno mi się spodoba...
Włączyłam zatem fragment dostępny do posłuchania (dostępne jest 68 min). Yyyhhhh... no cóż... po trzech minutach miałam dosyć. Nie, nie, nie, i jeszcze raz nie. Kompletnie mi się to nie podoba. Może Segda dobrze czyta, ale dla mnie to jest za sztuczne. Za silne akcenty w co drugim słowie, intonacja nie taka, jakbym chciała, ach nie, nie, nie. Nie jestem w stanie tego słuchać. Skreślam audiobooki raz na zawsze, koniec i kropka.
No i tym sposobem nie mam wyjścia, muszę kupić wersję do czytania. A żeby nie patrzeć na odjechaną nie w tę stronę co trzeba okładkę, musiałabym zdecydować się na ebooka. To jeszcze najpierw musiałabym kupić czytnik. Rozważałam to już kiedyś, no ale zawsze jednak przeważała miłość do książek w tradycyjnej postaci. Tak że tak to, chwilowo jestem bez Szczupaczyńskiej, nie dojrzałam do żadnej opcji. Może pożyczę papierową, ale na szybkie oddanie, żeby mi nie straszyła na półce tą znienawidzoną okładką...
Ale pewnie kiedyś jednak kupię czytnik. Na pewno.
O tak. Postanowione.
Tak że teraz muszę poszperać po rankingach i obczaić temat, ale też chętnie poznam opinie posiadaczy czytników - korzystacie? które polecacie? I ewentualnie słuchawki nauszne (do środka ucha w życiu nic nie włożę).
********
O ptakach, które by siedziały na desce pod sufitem w pokoju na poddaszu, już dawno myślałam... ale czego to ja jeszcze nie miałam zrobić, to długo by wymieniać. No ale się w końcu zmobilizowałam. Jętki pod sufitem zostały zabudowane od góry jakiś czas temu w ramach docieplenia chałupy, belkowanie widać, ale ptaki tam już nie usiądą, natomiast jest miejsce na półko-deskę nad oknem w ścianie szczytowej i tam ptaszarnia ma docelowo zamieszkać. Ale to po remoncie pokoju. Na razie zabrałam się za produkcję rzeczonych ptaków.
Uwielbiam pracę z papierem i tekturą. Na rzeźbiarkę się nie nadaję, ale z kawałków tektury albo papier-mache coś tam mogę ulepić. Po początkowych perypetiach z dawno nie używanym i zaschniętym wikolem oraz brakiem odpowiedniego drucika na nóżki - w końcu ulepiłam takiego oto stwora ptakopodobnego:
Miał być kruk, bo one mają taki wspaniały, charakterystycznie dramatyczny wygląd, ale wielkością wyszedł mi bardziej zbliżony do kawki. Z tym że dziobisko bardziej takie krukowate, zatem chyba to coś pośredniego, jakiś kuzyn gawrona. Krukogawron. Albo gawrokruk.
Wahałam się między fantastyką a realizmem, ale na bardziej fantastyczne odloty przyjdzie jeszcze czas. Odwłok i głowa ze zgniecionego papieru, na to najpierw taśma papierowa, żeby nadać kształt i żeby się kupy trzymało, potem masa papierowo-klejowa, pomalowane farbami akrylowymi, doklejone skrzydła i ogon z kartonu.
Miałam jeszcze dokleić prawdziwe pióra znalezione w okolicy, ale mam tylko gołębie, srocze i jakiś drobiazg, to wykorzystam je do kolejnych ptaków. A na oczka będą jeszcze czarne dżety, jak je kupię. Na razie muszą wystarczyć namalowane (nienaturalnie niebieskie, żeby się jakoś odznaczały).
Spodziewam się, że jakieś podobieństwo udało sie uchwycić. Dumą napawa mnie fakt, że udało mi się za pierwszym podejściem ulepić go tak, że stał na tych swoich łapkach z nieco koślawymi paluszkami bez podpórki, czyli udało mi się dobrze go wyważyć. Chociaż owszem trochę jest nieproporcjonalny, no ale to nie miał być konkurs na najbardziej realistycznego ptaka. Ten jest pierwszy z zaplanowanej serii, na pewno będzie ich więcej, mam pomysły na ulepszenia, ale chwilowo zarobiona jestem w firmie, jak już rzucę tę robotę gdzieś koło sierpnia, to dla odmiany rzucę się w wir tworzenia.
No i, jakżeby inaczej, trochę ciekawostek o krukowatych, bo studiowałam sobie przy okazji lepienia. Informacje zebrane z różnych miejsc w internecie.
KRUK
Największy (wielkości myszołowa, waga do 1,5 kg, rozpiętość skrzydeł do 1,5 metra!), cały czarny z metalicznym połyskiem. Posiada potężny dziób i klinowaty (zaostrzony) ogon w locie. Samotnik lub para, unika ludzi, żyje w lasach i górach.
GAWRON
Średni, cały czarny. Charakterystyczna cecha to jasna, naga skóra u nasady dzioba (wygląda jak "łysy" dziób) u dorosłych osobników. Towarzyski, tworzy duże stada w miastach i parkach.
WRONA SIWA
Średnia. Łatwa do rozpoznania po szarym tułowiu i czarnych skrzydłach, głowie oraz ogonie. Często w parach lub małych grupach, bardzo inteligentna, powszechna w miastach.
KAWKA
Najmniejsza z nich, z szaro-czarnym upierzeniem i jasnymi oczami. Też bardzo towarzyska, jak gawrony. Zresztą oba te gatunki koegzystują ze sobą i nawet współpracują. O kawkach ostatnio dużo czytałam - odkryto, że mają w mózgach prawie tyle neuronów co naczelne, tylko gęściej upakowane, a inteligencją dorównują szympansom. Są świetnie zorganizowane, w ich stadach obowiązuje hierarchia jak w wojsku, przy czym można awansować, a dzieci dziedziczą przynależność do "kasty" po rodzicach. Rozpoznają swoje odbicie w lustrze, co jest ewenementem w świecie zwierząt.
Krukowate należą do najinteligentniejszych ptaków na świecie. Kruki wykazują wysoki poziom zdolności poznawczych, rozwiązując skomplikowane testy i wykazując się dobrym zrozumieniem relacji przyczynowo-skutkowych. Potrafią abstrakcyjnie myśleć, liczyć, odróżniać kształty, a nawet używać narzędzi do wydobywania pożywienia. Wyróżnia je także zdolność do naśladowania ludzkiej mowy i komunikacji w zaawansowany sposób.
Wrony są niezwykle sprytne, szczególnie w środowisku miejskim, gdzie potrafią używać ruchu samochodów do rozłupywania orzechów. Wrony brodate słyną z wytwarzania i używania narzędzi do zdobywania pokarmu.
Wszystkie te gatunki potrafią używać narzędzi, planować i uczyć się. Mają świetną pamieć, poznają ludzi, pamiętają który daje jeść, a który je skrzywdził- i to po wielu latach.
I uwaga, co za niespodzianka mi się przydarzyła wczoraj właśnie! Czasem spotykają mnie zjawiska niemal nadprzyrodzone. Bo jak wytłumaczyć fakt, że chociaż chyba nigdy wcześniej nie natknęłam się na kruka w naturze, to właśnie kiedy mam głowę nabitą krukowatymi, mój gawrokruk akurat się suszy po malowaniu, ja sobie siedzę z mężem w altance i opowiadam mu o krukach, a tu nagle - słyszymy gardłowe, potężne krakanie i przed nami przelatuje nieśpiesznie i dostojnie ogromny kruk! Gdybym była tam sama, to bym chyba pomyślała, że mam zwidy. One raczej nie zapędzają się do miasta, są samotnikami, i jak się nie mieszka pod lasem to raczej trudno je spotkać. Kawki i gawrony żyją tłumnie w miastach, spotykam je codziennie. Wrony rzadko, ale są nie do pomylenia w tych siwych kubraczkach, no i znacznie mniejsze. A to było potężne, czarne ptaszysko, sunące nisko nad ziemią z doniosłym krakaniem. Normalnie ciary. Powiadam Wam, niesamowite przeżycie. Może w innej sytuacji nie zrobiłoby to na mnie aż takiego wrażenia, ale ja od paru dni żyłam krukami, oglądałam filmiki z nimi, słuchałam nagrań. No i ściągnęłam go myślami.
Porządnego, dużego kruka, z charakterystyczną "brodą", to ja jeszcze kiedyś zrobię. Teraz w planie jest najpierw papierowa sowa płomykówka, potem może dzięcioł, sójka i sroka, a z ptasiego drobiazgu na pewno sikorki i może rudziki, gile... No i później jeszcze kury, oczywiście, ale dla nich będzie inna grzęda. Tak się składa, że mieszkam przy ulicy Ptasiej. No cóż, miejsce zamieszkania zobowiązuje. Będę miała ptasią pracownię :).
********
No a przy okazji, skoro za chwilę maj, to - zgodnie z moją małą świecką tradycją - zestawienie nietypowych świąt na kolejny miesiąc. Uwzględniłam głównie takie, które same w sobie są okazją do zabawy, wyróżnione są te bardziej kulinarne:
- 1 maja - Ogólnopolskie Święto Kaszanki
- 1 maja - Międzynarodowy Dzień Partyzanckiego Sadzenia Słoneczników*
- 1 maja - Święto Konwalii
- 2 maja - Dzień Grilla
- 2 maja - Światowy Dzień Tuńczyka (przyrodniczo i kulinarnie)
- 3 maja - Dzień bez Komputera
- 4 maja - Światowy Dzień Powolności*
- 4 maja - Międzynarodowy Dzień Gwiezdnych Wojen
- 5 maja - Dzień bez Makijażu
- 6 maja - Międzynarodowy Dzień bez Diety
- 9 maja - Światowy Dzień Ptaków Wędrownych
- 10 maja - Dzień Zołzy (Zgrabna, Obrotna, Ładna, Zaradna, Ambitna)
- 12 maja - Międzynarodowy Dzień Limeryków
- 13 maja - Międzynarodowy Dzień Hummusu
- 15 maja - Święto Polskiej Muzyki i Plastyki
- 15 maja - Dzień Niezapominajki
- 15 maja - Dzień Dojazdu Rowerem do Pracy
- 16 maja - Międzynarodowy Dzień Światła
- 16 maja - Dzień Wolnej Kultury
- 17 maja - Światowy Dzień Pieczenia
- 18 maja - Światowy Dzień Muzeów
- 19 maja - Dzień Mycia Samochodów
- 19 maja - Dzień Dobrych Uczynków
- 20 maja - Światowy Dzień Pszczół
- 21 maja - Międzynarodowy Dzień Herbaty
- 21 maja - Dzień Odnawiania Znajomości
- 22 maja - Światowy Dzień Gotów
- 23 maja - Dzień Teścia
- 24 maja - Dzień Braci
- 24 maja - Europejski Dzień Parków Wodnych
- 24 maja - Europejski Dzień Parków Narodowych
- 24 maja - Dzień Ślimaka (w sensie zarówno spożywczym jak i przyrodniczym)
- 25 maja - Dzień Królewny
- 26 maja - Dzień Samolotów z Papieru
- 28 maja - Światowy Dzień Hamburgera
- 29 maja - Europejski Dzień Sąsiada
- 30 maja - Międzynarodowy Dzień Ziemniaka
- 30 maja - Światowy Dzień Soku
- 31 maja - Światowy Dzień bez Tytoniu
- 31 maja - Światowy Dzień bez Majtek
- 31 maja - Międzynarodowy Dzień Cytrynówki
Trochę tego jest, przy czym w maju nieco mniej niż w poprzednich miesiącach jest okazji kulinarnych. Za to więcej zachęcających do wyjścia z domu, spacerowania i przyglądania się przyrodzie. A ja sobie zrobię Dzień Królewny i Dzień Cytrynówki ;).
Inspiracją dla Richarda Reynoldsa, pomysłodawcy międzynarodowego Dnia Partyzanckiego Sadzenia Słoneczników, był koloryt jakiego dodają one nawet najbardziej ponurym miejscom. Obchody święta mają zachęcić do sadzenia słoneczników w swojej okolicy, zwłaszcza, że nie wymagają one szczególnej pielęgnacji ani warunków.
Dzień Powolności narodził się w 2007 roku z inicjatywy Włochów, a konkretnie Bruno Contigianiego. Był on obiecującym menedżerem i … pracoholikiem. Doszedł jednak do wniosku, że w ten sposób życie ucieka mu przez palce. Założył więc stowarzyszenie The Art of Living Slowly (Sztuka Powolnego Życia) którego celem jest krzewienie idei, że unikając pośpiechu i stresu można poprawić jakość życia poszczególnych osób, pracowników i wszystkich obywateli". Potwierdzeniem tego jest charakterystyczne logo The Art of Living Slowly, na którym widnieje sympatyczny ślimak. Włosi jak mało kto przykładają wagę do wolniejszego życia. To oni przecież wymyślili ideologię Slow Food, a więc delektowania się wykwintną kuchnią, unikania Fast foodów.
Cała akcja zaczęła się w zimny lutowy dzień na Piazza San Babila w Mediolanie, gdzie grupa ludzi, trochę dla zabawy, zwracała uwagę ludziom że zbyt szybko idą. Po pewnym czasie jego koncepcja polegająca na unikaniu pośpiechu rozprzestrzeniła się już na cały kraj i świat. Różne wydarzenia odbywają się już nie tylko we włoskich miastach, ale i w Nowym Jorku, Paryżu czy Londynie.
We Włoszech przy okazji Dnia Powolności każdego roku organizowanych jest wiele ciekawych atrakcji. Na przykład w jednym z barów w Mediolanie minister kultury Vittorio Sgarbi czytał uczestnikom poezję Dantego. Innym ciekawym happeningiem zorganizowanym stolicy Lombardii był Powolny Bieg, w którym zwycięzcą zostaje ostatni na mecie. W Rzymie świętujący zwiedzają mniej znane zabytki, spotykają się na placach, grają w szachy. Wiecznie zabiegani Nowojorczycy udają się z kolei na spacer do Central Parku, by zobaczyć najstarsze drzewo. W ramach Dnia Powolności odbywają się też kursy jogi w plenerze, a w wielu miastach przechodnie otrzymują od wolontariuszy ulotki, które zawierają dekalog powolnego życia.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jeśli Twój komentarz nie pojawił się od razu, to niestety wina nowej (gorszej) wersji bloggera, który z nieznanych mi powodów wrzuca niektóre komentarze do spamu - ale nie martw się, na pewno go znajdę i opublikuję :).