Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recykling. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recykling. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 sierpnia 2026

Rękodzieło i nietoperze.

Jak to mówią znajomi emeryci - na emeryturze to człowiek dopiero nie ma czasu. No i mnie też to dopadło, firma niby zamknięta, ale ciągle coś... Porządki w biurze, przeglądanie papierów i przeróżnych drobiazgów i gratów, układanie, wyrzucanie, załatwianie rozmaitych spraw, wypowiadanie umów (internet, telefon, śmieci i tak dalej... no, aż się zdziwiłam, ile tych różności jest). W domu wszystko woła o porządne ogarnięcie, ogród jeszcze bardziej... Do tego powalające fale upałów, przy których nie mam siły oddychać, a co dopiero zająć się czymś konkretnym. Tak więc wszystko idzie w zwolnionym tempie, blog też nie może ruszyć... No ale trzeba w końcu wziąć się w garść. Dzisiaj wpadam tu na krótko, żeby w ogóle ruszyć blog, bo im dłuższa przerwa, tym trudniej wrócić. Postaram się jednak nieco zdyscyplinować w tej kwestii.



Wspomniałam ostatnio, że postanowiłam spróbować sprzedawać swoje obrazki na platformach typu marketplatz... Obrazki zalegają i przybywają, trezba coś z tym zrobić. To było takie dość spontaniczne postanowienie, no ale w końcu jednak przemyślałam to sobie, a mówiąc ściślej: przekalkulowałam. No i wyszło mi, że to się w ogóle nie kalkuluje, zwłaszcza w mojej sytuacji. Jako przedsiębiorca (VATowiec na dodatek) nie mogę korzystać z przywilejów działalności nierejestrowanej (trzeba mieć minimum 5 lat przerwy w DG). Nie będę tu wszystkiego szczegółowo wyliczać, ale wyszło mi, że prawie połowę przychodu (nie dochodu) musiałabym oddać fiskusowi, ZUSowi oraz pośrednikowi. A przecież są jeszcze koszty (materiały itp). Że nie wspomnę o całej buchalterii, której mam już powyżej kokardek. Nie zagłębiając się w szczegóły - po głębszej analizie doszłam do wniosku, że to by nie miało sensu, bo co ja tam zarobię, nie zamierzam przecież produkować obrazków i innych rzeczy hurtowo, na ZUS nie wystarczy (minimalna zdrowotna 432 zł!). A jak nie zarobię, to lepiej niech sobie to leży dalej na szafie czy w szufladzie. Parcia na ten zarobek nie mam, tak więc pomyślałam, że odpuszczę jednak sobie te Pakamery i inne takie ArtMadamy. Coś tam trochę zawsze gdzieś idzie prywatnymi kanałami, niech więc tak zostanie. No ale zanim to sobie w głowie tak do końca poukładałam, to się odezwali i zaprosili, no więc... ostrożnie spróbuję i zobaczymy, jak to pójdzie, ale nie wróżę przyszłości temu biznesowi.

Sztuką mojej twórczości nie nazywam, chociaż to przecież rzecz względna, no ale wolę tak bez zadęcia, więc trzymam się określenia - rękodzieło. Dawniej więcej malowałam, teraz oprócz obrazków tworzę różności z papier-mache, rozmaitości dziergane i tkane i inne cuda-wianki, ale wkrótce pewnie wrócę do malowania. Jedne rzeczy są może bardziej udane i jakby się uprzeć to można je podciągnąć pod twórczość artystyczną, inne to całkiem proste wytworki moich niespokojnych rąk, bez pretensji do miana sztuki, mniej lub bardziej użyteczne, czasem tylko trochę może ozdobne. Robię to dla siebie, dla samej przyjemności tworzenia - lepienia, malowania, rysowania, dziergania itd. Na sprzedaż pójdą obrazki, może czasem zakładki, bo też mi się ich trochę niechcący w międzyczasie naprodukowało ;). No, zobaczymy...


Stwórz dla siebie wizję tak ekscytującą, 
abyś nie miał czasu na angażowanie się w destrukcyjne aktywności.
Życie naprawdę może być pełne radości, 
wystarczy tylko podjąć wysiłek, wstać i spróbować.

Damian Sobański

Pogoda traktuje nas dość łaskawie, jeśli porównać to z permanentną suszą albo huraganami i gwałtownymi burzami z gradem, jakie nawiedzały inne części kraju. Upały owszem, dają w kość, ale trwają po kilka dni, potem bardzo przelotna burza, spokojny deszcz, który zawsze tam jednak choć odrobinę podlewa ogródek, tak że ziemia nie zamienia się w skorupę, a po nim następuje ochłodzenie do znośnych temperatur. I tak na zmianę. Upały mnie rozwalają, to nie jest mój żywioł, no ale trzy dni wytrzymuję, do kolejnego deszczu. Ostatnio opadów trochę mniej, ale noce przynajmniej w sierpniu są już chłodniejsze, lepiej się śpi.

Pod koniec dnia siadamy na tarasie i obserwujemy uwijające się nietoperze. Dzięki nim nie mamy problemów z muchami, komarami i innymi uciążliwymi owadami. Ryby w stawie też zjadają larwy komarów, więc w zasadzie komary to bardzo rzadko widywani goście w naszym domu i ogrodzie. Natomiast nietoperze bywają też w moim biurze, które mieści się w poniemieckiej kamienicy z niezbadanym przepastnym strychem, w którym prawdopodobnie nietoperki mają jakąś swoją stałą miejscówkę. Jednak latem niemal co roku kilka młodych sztuk włazi nam - chyba przez pomyłkę - do biurowej łazienki przez uchylone na stałe okno. W dzień nie są uciążliwe, bo śpią zazwyczaj w wannie (no tak, mam wannę w biurze), albo w jakimś kącie. No ale biuro nie jest odpowiednim miejscem do mieszkania dla nietoperzy, a one po prostu nie potrafią samodzielnie się wydostać. Robimy więc akcje odławiania nocnych łowców, przy pomocy grubych rękawic i pudełka. Po czym w kolejnym roku znowu ktoś zapomina, że latem okno trzeba na noc zamykać, i kolejne nietoperki mamy w łazience. Podobno dom z nietoperzami to szczęśliwy dom :).


źródło


Te nasze nietoperki biurowe to prawdopodobnie karliki. Jedne z najmniejszych polskich nietoperzy, a każdy z nich potrafi w ciągu nocy zjeść nawet 2 tysiące komarów! Natomiast jakie konkretnie nietoperze latają po naszym ogrodzie to nie wiem dokładnie, bo śmigają o zmierzchu jak błyskawice i trudno im się dokładniej przyjrzeć, ale to też jedne z mniejszych, prawdopodobnie mroczki. 

A w nocy z naszego tarasu, a jeszcze lepiej z balkonu, pięknie widać rozgwieżdżone niebo i Perseidy. Zielsko pachnie, wrotycz, mięta i melisa, bylica i nie wiem co tam jeszcze... Fajnie jest :).


I na koniec - panna Balbinka oczekująca na drapanko po brzuszku - najchętniej wylegująca się na nowym chodniczku wyprodukowanym niedawno przez pańcię ze znoszonych t-shirtów.



... i zaczątek kolejnego chodniczka, mniejszego i w zupełnie innej kolorystyce. Może innemu kotkowi przypadnie do gustu, chociaż w zasadzie to mam już obmyślane nieco inne zastosowanie dla niego...


Materiał: górka czarnych t-shirtów przeznaczonych "na szmaty" i jeden czerwony, oraz odrobina luksusu czyli włóczka o ekskluzywnym składzie wełna z jedwabiem (ale zalegały te kłębki bezużytecznie od lat i w końcu się przydadzą), a dla urozmaicenia muliny w różnych kolorkach, z epoki dawno porzuconej manii haftowania. Wciągnął mnie ten recykling, czy też raczej - upcykling 😀.

********


niedziela, 12 lipca 2026

A na łące, a w ogrodzie...

Ostatni miesiąc mojej JDG, mnóstwo spraw do ogarnięcia, a jeszcze dziewczyny muszę wysłać na pozostałe z rocznej puli urlopy... Tak że praca niby tylko gdzieś do połowy miesiąca w zasadzie, tyle że bardziej intensywna niż zwykle, nawet w sobotę poszłam do firmy to i owo przejrzeć i uporządkować na spokojnie, kiedy nikt głowy nie zawraca. Brakuje mi więc w tym wszystkim czasu na inne rzeczy, przyjemności, blogowanie itp. 

Udało się jednak skończyć recyklingowy dywanik, tzw. szmaciak.


Cały chodniczek ma wymiary 110x180 cm, ciężko go było zmieścić w całości na zdjęciu.




Poszło całkiem sprawnie, bo to jest taka dość fajna robótka bez spiny, że coś nierówno, czy coś tam - bo właśnie miało być nierówno :). Owszem, trochę było też nauki na własnych błędach, no bo przecież co tam tutoriale na YT, ja pójdę na skróty i sobie ułatwię, a potem kombinowanie i poprawianie. Robiłam go w zasadzie intuicyjnie, ale jakby ktoś chciał sobie wydziergać podobny chodniczek, to filmików z instrukcjami jest pełno w internetach. 


Dorobiłam mu frędzle, bo mi czegoś brakowało na tych końcówkach, a że zdecydowałam się na trudniejszą wersję, skręcaną przy pomocy szydełka... no to ech... trochę mi to zajęło, najbardziej upierdliwy kawałek pracy. Około 250 frędzelków, a każdy trzeba skręcić po 20 razy. Ufff... Następnym razem zrobię zwykłe wiązane.

Bardzo jestem z tego chodniczka zadowolona, pasuje mi do sypialni i w ogóle jest super, taki jak miał być. Kolorem, strukturą, naturalnym składem. I przypomina mi wakacje u babci, bo były tam takie podobne "szmaciaki" tkane przez babcię :). I będą następne dywaniki z pewnością, bo mi się to spodobało -  pierwszy w kolejce jest bardzo kolorowy projekt, a że będzie o połowę mniejszy od tego pierwszego, to pewnie szybciej też mi z nim pójdzie. Na razie jeszcze zbieram materiał w odpowiednich kolorach i dobieram nici. Oprócz starych t-shirtów wykorzystam przy okazji różne resztki wełenek i mulin z czasów, kiedy haftowałam i dużo dziergałam. Aż mi żal, że całkiem niedawno wyrzuciłam poplamione czymś trwale koszulki w ostrym turkusie i fuksji, ech, ależ by mi teraz pasowały... 




Na polach i łąkach pobliskich szaleństwo trwa i kwiecia przeróżnego, wybujało wszystko po deszczach i w ciepełku. Wypatrzyłam kilka nowych gatunków. Nie wszystkie udało mi się rozpoznać i sklasyfikować, ale na przykład pojawiła się taka oto nieznana mi wcześniej roślinka - trojeść amerykańska (asclepias syriaca). Zdjęcie z internetu, bo na przebieżki z psem nie zabieram żadnego sprzętu do fotografowania (a swoją drogą... może powinnam to zmienić):

źródło


Podobno gatunek inwazyjny, niestety. Rośnie kilka kęp takich egzemplarzy tuż przy ścieżce, którą wędrujemy z pieskiem, i zwróciłam na nie uwagę już w momencie, kiedy wypuszczały pierwsze liście, bo wśród morza wiotkich traw i drobnych kwiatków wyróżniały się sporymi rozmiarami, potem pokazały się pąki kwiatowe i z niecierpliwością czekałam na to co też tam się rozwinie. A w międzyczasie oglądałam w internetach jakieś ogrodnicze ciekawostki i rzuciła mi się w oczy ogniście pomarańczowa... trojeść bulwiasta/pomarańczowa (asclepias tuberosa). I już po liściach i pąkach kwiatowych skojarzyłam, że mój łąkowy obiekt zainteresowania to także trojeść. Wszystkie odmiany trojeści są miododajne i pięknie pachną, zwabiają więc do ogrodu motyle i pszczoły. A mam już w planach zakup białej trojeści orszelinowej, bo najbardziej lubię białe kwiaty.

W ogrodzie skończyły się już czereśnie i porzeczki, wiśnie kończymy zbierać, natomiast cieszą mnie posadzone jesienią krzewy borówki amerykańskiej - dostaliśmy kilkuletnie krzaki z likwidowanej plantacji i były obawy, że w pierwszym roku będą słabo owocować, a tu proszę, owocków zawiązało się mnóstwo, pierwsze już jedliśmy!



No i zaczynają kwitnąć kolejne odmiany hortensji - w takiej fazie najbardziej je lubię - biało-limonkowe.


I skarby łąkowe do wazonu - wrotycz, który też bardzo lubię. Część stoi w wodzie, część będzie na suche bukiety. Oraz krwawnik, trawy różne i dzika marchew. Żeby się upewnić, że to marchew a nie inne podobne coś - poczytałam w internetach i obejrzałam ciekawy filmik pana Łuczaja. 


Dowiedziałam się na przykład, że u dzikiej marchwi znakiem rozpoznawczym jest jeden malutki kwiatuszek w kolorze ciemnego bordo, brązu albo wręcz czerni - na samym środku białego kwiatostanu. No i proszę - faktycznie! Oglądałam potem na łące i rzeczywiście wszystkie większe, w pełni rozwinięte kwiatostany marchwi miały ten prawie czarny punkcik na środku. A zanim się dowiedziałam i bacznie przyjrzałam, to myślałam, że to takie robaczki :))).


widoczny na środku czarny kwiatuszek

Lubię takie ciekawostki o roślinach, podobnie jak o ptakach, potem opowiadam rodzinie i znajomym i oni myślą, że ja taka znawczyni jestem :). A to tylko wybiórcza wiedza o tym, co akurat gdzieś zaobserwowałam - po prostu lubię pogłębiać wiedzę, wyszukiwać jak najwięcej ciekawych informacji o napotkanych stworzeniach i roślinach.

********


wtorek, 23 czerwca 2026

Ptaszarnia i zielska rozmaite.

Sówki-płomykówki z papier-mache. Do planowanej ptasiej bandy na półkę nad oknem.




Miała być jedna, ale wyszła mi tak sobie, bo do rzeźbienia to ja się jednak nie bardzo nadaję, więc próbowałam ją przerobić, ale... zapomnij kobieto, masa papierowa z wikolem i skrobią ziemniaczaną po wyschnięciu okazała się twarda jak stal. Jedno narzędzie połamałam, próbując odciąć/odłupać sowie część głowy... Więc sowa została tak jak była, ale za to dorobiłam jej towarzyszkę, oczywiście próbując zrobić lepszą wersję. No i też nie do końca jestem zadowolona, obie mają za małe głowy i flary, no ale cóż, mniejsza z tym, nie chodziło mi o jakieś super realistyczne odwzorowanie, tylko żeby mniej więcej przypominało to konkretny gatunek ptaka. 


Tak wyglądają skrzydła z tyłu:



I w towarzystwie krukowatego, który w tym towarzystwie jest stanowczo nieproporcjonalnie zbyt mały, ale na razie nie będę się tym martwić, może kiedyś zrobię porządnego kruka:


Na razie mam dosyć lepienia ptaków, natomiast dziergam w wolnych chwilach mój chodniczek-szmaciak, o którym wspomniałam w poprzednim wpisie. Nawet się zdziwiłam, że tak szybko go przybywa i że mi się jeszcze chce :). Dziobię go sobie od czasu do czasu wieczorową porą i całkiem jestem zadowolna z efektu. Co oznacza, że może się nie zniechęcę w połowie i nawet uda mi się go wkrótce skończyć. Właściwie to mam już jakieś 2/3 planowanego rozmiaru. Zamiast scrollować internety towarzyszę mężowi przy mundialu, jednym okiem zerkając na ekran, drugim na robótkę.




Zbieram już surowiec na kolejny chodniczek, bardziej kolorowy. Rodzina przy okazji pozbywa się przechodzonych t-shirtów, bez jeżdżenia do pszoku. Na temat pszoków i tego zbieractwa śmieciowego to bym się jeszcze wypowiedziała, ale ostatnio mam w tym temacie do powiedzenia tylko bardzo brzydkie wyrazy, więc może lepiej dam spokój. Byłam zwolenniczką segregacji, ale dajcie spokój, urzędasy odklejone od rzeczywistości powymyślały takie nieżyciowe przepisy, że głowa mała. W mieście więcej kubłów niż klombów, a i tak są problemy ze zdaniem różnych odpadów i góry śmieci w lasach rosną. Najbardziej przerąbane mają przedsiębiorcy, przynajmniej w moim mieście. Wiem z autopsji. Za niektóre frakcje trzeba płacić haracz nawet jak się ich nie wytwarza ani grama, za to innych nie sposób gdziekolwiek oddać. No dobra, miałam się nie wypowiadać...


Wracając do ptaków - takiego oto prawdziwego ptaka widujemy ostatnio czasem nad naszym domem (zdjęcie z Wikipedii, bo oczywiście jak szybuje nad nami, to nie mam nic pod ręką, żeby cyknąć i stoję i się gapię po prostu):


Kania ruda - przepięknie upierzony, duży ptak drapieżny z rodziny jastrzębiowatych. Bardzo łatwo ją rozpoznać po charakterystycznym głębokim wcięciu ogona. Oraz kolorach, oczywiście. Wspaniale szybuje wykorzystując ruchy powietrza, zazwyczaj ze skrzydłami lekko zgiętymi w kształcie litery M. Jest w zasadzie endemitem europejskim, czyli występuje tylko w Europie. Lęgi ma między innymi w Polsce (głównie zachodniej i zach.-pn.), a na zimę przeważnie przenosi się na południe kontynentu. Większa od myszołowa, za Wiki przytaczam imponujące wymiary:

długość ciała: 60–72 cm
rozpiętość skrzydeł: 143–171 cm
masa ciała: samce 757–1221 g, samice 960–1600 g

Prawdopodobnie gdzieś w pobliżu ma miejsce lęgowe, bo widywana jest w naszej okolicy od kilku lat co roku wiosną. Krąży zwykle w rejonie rzeki i nad pobliskimi łąkami. Piękny widok, powiadam Wam. Jak się na codzień widuje tylko niewielkie kawki, gołębie czy sroki (o mniejszym drobiazgu nie wspominając), to taki barwny olbrzym dostojnie i nieśpiesznie zataczający koła nad naszymi głowami - robi wrażenie.

Natomiast na pobliskim świerku sroki zbudowały gniazdo. 

strzałka pod szczytem wskazuje gniazdo


Zdjęcie kiepskie, bo daleko, zrobione telefonem, i trochę wiało, więc nieco ruszone, ale może w powiększeniu da się zobaczyć, jakie tam jest zabezpieczenie, pajęczyna utkana z gałązek, broniąca dostępu do gniazda. Sroki podlatują z boku, a wylatują potem z drugiej strony. Nie da się tego dokładnie obejrzeć, bo to jakieś 6 metrów do góry, ale doczytałam w internetach, że sroki budują gniazda w kształcie dużej kuli z gałązek, a w środku jest bardziej stabilne gniazdo właściwe w kształcie misy wymoszczonej trawą, piórami, liśćmi, mchem itp. Na mniej ulistnionych drzewach wczesną wiosną wygląda to jak nieskładna kupa gałęzi. Dawniej w tym świerku miały gniazdo sierpówki, ale przeganiały je a to gołębie, a to sroki, no i sierpówki w końcu gdzieś się wyniosły. Niestety, sroki to fruwający bandyci i mordercy, potrafią napadać na większe od siebie ptaki, mordują ich pisklęta, rozwalają cudze gniazda. Nie lubię srok, no ale cóż, zbudowały gniazdo, ich prawo, niech tam sobie żyją. Prawdopodobnie w przyszłym roku już ich tutaj nie będzie, bo rzadko wykorzystują stare gniazda.

Narzekam czasem, że nasze miasto zawłaszcza coraz więcej obszarów przyrody, ale przy okazji spacerów z psem uświadomiłam sobie, że w zasadzie nie jest najgorzej, bo jak się tak dobrze rozejrzeć, to nadal mamy wokół domu sporo zieleni. Nie trzeba daleko wędrować, żeby znaleźć się w zielonym buszu. Z jednej strony, dosłownie 30 metrów od nas, jest zagajnik, w którym ukrywa się pozostałość po przedwojennym niemieckim cmentarzu. Był tam kiedyś kościół ewangelicki, ale po wojnie przez długi czas był wykorzystywany jako magazyn i ulegał stopniowej degradacji, w końcu całkiem go rozebrano. Sam cmentarz też niszczeje, piękne rzeźbione płyty nagrobne zostały rozkradzione albo całkiem zdewastowane, nikt nie chciał się tym zająć, zaopiekować, jakoś uporządkować. Próby zainteresowania tematem proboszcza z miejscowej parafii albo władz samorządowych spełzły na niczym. Raz na kilka lat przeprowadzana jest tylko wycinka samosiejek. Taki mam widok z okna na piętrze na ten zagajnik. Wypełnia mi praktycznie całe okno. A jak tam ptaki śpiewają!



A trochę w bok z balkonu wygląda to tak:



Idąc w drugą stronę - jakieś 150 metrów od naszego domu, jest mały park, a tak naprawdę to kolejna pozostałość po przedwojennym cmentarzu, tym razem żydowskim, zapewne trochę starszym od tamtego niemieckiego. Tutaj w latach 80tych wyrównano teren, nawieziono ziemi, zasiano trawę, obsadzono dookoła niskim żywopłotem z ligustru, który teraz właśnie kwitnie i pachnie oszołamiająco, dosadzono też trochę drzew. Z dawnych czasów zostały stare drzewa - platany i klony, wyznaczające dawne alejki, kilka dębów i lip. Dobra wiadomość jest taka, że w tych miejscach za mojego życia z pewnością nikt nic nie wybuduje i ta zieleń jeszcze długo zostanie, a razem z nią ptaki i wiewiórki. 




Wychodząc z tego parku dalej - jeszcze parę lat temu trafialiśmy bezpośrednio na ciągnące się aż do sąsiedniej wsi pola i łąki. Teraz niestety w dużej części te tereny zostały przeznaczone pod budowę domków jednorodzinnych, osiedle nam się rozrasta. Między grupami domów pozostały jednak spore kawałki porośnięte roślinnością, tu i ówdzie jest po parę hektarów jeszcze nie rozparcelowanych pod budowy, tak że mamy gdzie spacerować. Tu gdzie jeszcze dziesięć lat temu rosły zboża, rzepak i ziemniaki, teraz bujnie plenią się trawy rozmaite, maki, chabry, kąkole, firletki, rumianki, szczaw i wrotycz zaczynają kwitnąć, nawłocie na razie wypuściły liście, ale błyskawicznie pną się ku górze. Samosiejki brzóz, sosen, dębów, czarnego bzu i dzikiej róży porastają całe połacie pomiędzy stuletnimi lipami i robiniami. Ponieważ pod budowy domów wycięto tu i ówdzie trochę drzew (raczej pojedyncze, bez jakiejś totalnej dewastacji), to w zamian zostały posadzone aleje nowych lip, platanów i klonów. 



Idąc od naszego domu w trzecią stronę - w podobnej odległości czyli około 150-200 metrów mamy otoczony starodrzewem osiedlowy plac zabaw ze sprzętem do rozmaitych ćwiczeń, ping-ponga, ławeczki itp, oraz nowe przedszkole z ładnie zagospodarowanym i obsadzonym całkiem bujną roślinnością terenem, i obok znowu około hektara parku z koszoną od czasu do czasu trawą i ze starymi drzewami, do których dosadzono sporo nowych - podobnie jak w innych miejscach najczęściej są to platany, lipy i czasem klony i jarzębiny. Tak więc mieszkam w całkiem zielonym otoczeniu, zarazem rzut beretem od jednej z głównych arterii komunikacyjnych i drogi wojewódzkiej, a jednak w oazie spokoju, przy cichej i mało uczęszczanej uliczce, z dobrymi sąsiadami. I do rzeki też mam rzut beretem (w czwartą stronę od domu). I chociaż dom chętnie bym zamieniła, to samo miejsce i okolica są świetne i tylko to nas zawsze powstrzymuje przed przeprowadzką.


W ogrodzie natomiast część roślin szaleje, jak ten wiciokrzew, który pokrywa połowę płotu:





Piwonie też oszalały, ale niestety dostały łupnia od burzy i trochę nie wyglądają, mam nadzieję że tylko przejściowo i jeszcze się pozbierają.

Dzisiaj przeczytałam w internecie i się zdziwiłam, że łubin jako roślina ekspansywna jest w Polsce zakazany - nie dosłownie, ale jest na liście gatunków, których nie należy wprowadzać do ekosystemu, ponieważ zagrażają innym roślinom i zaburzają równowagę przyrodniczą. No coś takiego... A ja łubinu prawie nie spotykam, na tych naszych łakach to może jedną kępę widziałam. Natomiast owszem nawłoci mamy w pobliżu całe łany, coraz częściej też widuję spore obszary zarośnięte rdestowcem - tam to faktycznie nic innego nie rośnie. A właśnie niedawno myślałam, że chciałabym mieć różnokolorowy łubin w ogrodzie... Może w donicy???

No czyż to nie piękne jest?


Jak wiecie w lipcu kończę pracę, zamykam firmę. I nie mogę się tego momentu doczekać, bo jak już dałam wszystkim wypowiedzenia, to mentalnie jestem na wolności i to chodzenie do roboty zaczyna mi teraz ciążyć. A tymczasem jak na złość jakaś czarna seria, co chwila coś się psuje albo inne jakieś problemiki mnożą się jak króliki... Ale nic to, powtarzam sobie, że za chwilę koniec i wakacje :).

I na dodatek piekarnik mi się w domu zepsuł, akurat jak przygotowałam ryż z jabłkami. Włączam, a tu nic. Umarł. No to zrobiłam ten ryż na kuchence, w sumie w smaku różnica żadna, tyle że z wierzchu się nie przypiekło, za to od spodu bardziej. Mnóstwo cynamonu, ach, uwielbiam te szarlotkowo-cynamonowe zapachy :). Smaki zresztą też, jabłka to moje ukochane owoce, te egzotyczne niech się schowają. No ale - Houston, mamy problem z piekarnikiem! Nie posiadam airfrayera, no bo skoro jest piekarnik, to po co mi taki gadżet, zresztą nie wszystko we frajerku da się upiec. I jak już zrobiłam ten ryż z jabłkami na kuchence, to sobie przypomniałam, że przecież posiadam prodiż! Zabunkrowany gdzieś w piwnicy czy jakimś schowku. Ktoś pamięta co to jest? Relikt PRLu, ale chyba do tej pory prodiże są produkowane i tam gdzie nie ma piekarnika, to się świetnie sprawdzają, w dodatku są znacznie mniej prądożerne niż piekarniki elektryczne. Dostałam go od kogoś na etapie budowy domu, zanim urządziliśmy kuchnię, bo wprowadzaliśmy się trochę na wariata, przed wykończeniem. Czasy były kryzysowe i ze wszystkim był problem, a to było świetne rozwiązanie. Nie mam teraz siły na fachowców, w sumie rzadko piekę, więc przejściowo w razie potrzeby odpalę prodiż! Będzie jak podróż w czasie - młodszy syn się jara, bo on kocha peerelowski dizajn :).

A tymczasem zaliczyliśmy przyjemną Noc Kupały i Letnie Przesilenie. Może nie całkiem noc, ale późny wieczór spędziliśmy u przyjaciół w plenerowych okolicznościach przyrody. Oni mają dużą chatę wraz z imponującym przyległym terenem, przygotowali grilla, ale zawsze goście też coś przynoszą, my zwykle jakieś sałatki, ale tym razem wymyśliłam, że zamówimy pizzę w dwóch rodzajach plus sałatki italiano na bazie rukoli i z czosnkowym pieczywkiem. Gospodyni od wejścia wołała, że ale po co, przecież my wszystko przygotowaliśmy,  - ale jakoś tak wyszło, że wszyscy rzucili się na te pizze i chlebki czosnkowe i ostatecznie na grillu zostały upieczone tylko warzywa, mięso wróciło do lodówki. Pizza pyszna (podobnie jak wypiekany w tejże pizzerii chlebek żytni na zakwasie, z ziarenkami rozmaitymi), według włoskich receptur, z pieca opalanego drewnem - ale nie tylko o nią tu chodzi, ale też o pana, który tę pizzerię niegdyś stworzył. Obecnie zajmuje się nią młodsze pokolenie, natomiast sam twórca biznesu prowadzi od wielu już lat ośrodek leczenia dzikich zwierząt. Specjalność ośrodka to bociany (połamane, pokiereszowane, wyrzucone z gniazda pisklaki itp), ale trafiają tutaj też sarny, szopy, lisy i mnóstwo innych ptaków i zwierzaków, są nawet lamy i serwale. Nasze 1,5% z podatku zawsze idzie na ten ośrodek, no i staramy się na różne inne sposoby wspierać takich ludzi.

Wieczór Kupały umilało nam widowisko światło i dźwięk w wykonaniu Matki Natury - z zadaszonego tarasu niemal równo z zachodem słońca mieliśmy okazję podziwiać spektakularne błyskawice. Dom na górce, z widokami rozległymi na okolicę, było bardzo ciepło, burza owszem grzmiała i padała, ale bez wichrowych porywów, więc nie musieliśmy uciekać i impreza udała się znakomicie :).

A w tak zwanym międzyczasie zaliczyłam dwusetny dzień z włoskim na Duolingo. Jaki efekt tej nauki? Sporo rozumiem, gorzej na razie z samodzielnym i szybkim układaniem rozbudowanych zdań, ale jak dłużej pomyślę to nawet jakoś mi to wychodzi. Oczywiście do swobodnego rozmawiania to jeszcze bardzo długa droga i raczej w jakimś momencie trzeba będzie zmienić metodę, natomiast jeśli chodzi o naukę słówek i gramatyki, to jest to całkiem dobry i bezbolesny sposób. Przede wszystkim ten system mobilizuje do systematycznej pracy - codziennie poświęcam na to około 1,5 godziny w dwóch odcinkach. Nigdy w życiu nie uczyłam się tak żadnego języka, więc efekty przychodzą szybciej niż w szkole czy na kursie.

********


piątek, 29 maja 2026

Chaszcze, gąszcze i krzaczory.

Mój ogród to chaos. Chaszcze, krzaczory, z których okiełznaniem nie nadążamy, rośliny rosnące dość przypadkowo. Maliny rosną tam gdzie akurat wypuściły swoje podziemne macki, głóg wyrósł niespodziewanie z jakiegoś przyniesionego przez ptaki nasionka, zostawiliśmy, niech rośnie, z kolei żywopłocik z ligustru zasiał mi wiatr - naniósł nasiona w zagłębienie pod murkiem, no i wyrosło trochę krzaczków, więc sobie rosną, a ja je od czasu do czasu przycinam i mam osłonę dla śmietnika. 

Całkiem sporo zakątków porosło chwastami, na ogół pożytecznymi, wiele z nich zbieram i przetwarzam. Ostatnio trochę mniej, ale dawniej znajomi nazywali mnie zielarką. Mięta, melisa, pokrzywa, dziurawiec, kurdybanek, mniszek, przytulia, skrzyp, babka itd. Żywokost też rośnie, ale z niego do przetwarzania najlepszy jest korzeń, a szkoda mi go wykopywać, bo roślinka pięknie kwitnie i przyciąga pszczoły. Berberys rozkrzaczył się okrutnie i co roku mówię, że go solidnie przytnę, ale on tak zjawiskowo kwitnie i przyciąga mnóstwo pszczół, trzmieli i innych owadów... Brzoza, która wysiała się na etapie budowy domu rośnie sobie na granicy działki, teraz jest wyższa od domu. 

rejon oczka wodnego

Wokół oczka wodnego i w nim życie samo się reguluje, my hamujemy tylko nadmierną ekspansję, raz do roku jest wyciąganie kłączy tataraku i pałki wodnej, przycinanie kosaćców, które wyrastają gdzie chcą, usuwanie części sitowia, które najchętniej zawłaszczyłoby całą okolicę. Ile ryb mamy to nie wiem, mnożą się, staruszki umierają, czasem kot, albo odwiedzający nas czasem szop, jakąś rybę wyciągną. Kiedyś przy większym czyszczeniu stawu spuściliśmy wodę i ryby zostały wyłowione do tymczasowego pojemnika - zostały wtedy policzone, było ich około 80 sztuk różnego kalibru. Co roku przychodzą żaby na swoje gody, w wodzie dzieje się szaleństwo, orgie zbiorowe, potem mamy czarno od kijanek, a potem malutkie żabcie wychodzą i wędrują do pobliskiego zagajnika. Wrócą za rok, żeby złożyć skrzek.

kijanki

Altankę porasta bluszcz (też sam do nas przyszedł, a jest go już pełno, obrasta płoty - tam pozwalam mu swobodnie rosnąć, tworzy zielone ściany między nami a sąsiadami. Sąsiedzi spoko, z jednej i drugiej strony prawie nieobecni, ale nie mam potrzeby zaglądać im do ogródka i vice versa. Bluszcz wszedł już do środka altanki, obrasta domek dla murarek - to już drugie pokolenie pszczółek składa tam swoje jajeczka :).


domek dla pszczół murarek w ogrodowej altance


Nie cierpię bałaganu, ale chaos kontrolowany całkiem mi odpowiada, zwłaszcza w ogrodzie. Nie lubię ogrodów pustych, z wystrzyżoną na trzy centymetry trawką jednego wyselekcjonowanego gatunku, równiutkimi klombikami i połową gruntu wysypaną żwirkiem jak kuweta dla kota. Klasyczne ogrody francuskie są piękne z ich precyzyjnie zaprojektowanymi dywanami kwiatowymi, ale tak do pooglądania i chwilowego zachwytu, bo na dłuższą metę są trochę nudne. Nie lubię tak zwanych ogrodów w stylu włoskim czy śródziemnomorskim, spalonych słońcem łysych połaci, na których tu i ówdzie tkwią rozpaczliwie trzymające się życia kępki lawendy i jukki. Owszem, też mam lawendę i jukki, ale one rosną między gęstwiną innych roślin. 

lawenda francuska

lawenda wąskolistna jeszcze nie kwitnie,
w tle pięciornik o białych kwiatach


Lubię zieleń wszechogarniającą i dającą cień oraz wytchnienie dla oczu zmęczonych elektroniką (pracuję przy komputerze). Z tego też powodu nie lubię krajobrazów europejskiego południa, tak przez wiele osób ulubionych. Kiedy wracamy z podróży wakacyjnych z południa, ożywam dopiero kiedy już dojeżdżamy do Austrii, gdzie nareszcie są porządne lasy, świerki, sosny, dęby i klony i masa różnych krzaczorów, chłodny cień, mchy i paprocie. Jakbym miała wskazać ulubiony styl ogrodowy, to chyba najbliżej mi do ogrodu w stylu angielskim. Nawet próbowałam coś na ten wzór u siebie zaprowadzić, ale to niestety wbrew pozorom wymaga więcej pracy i zaangażowania niż te ulizane i pustawe ogrody włoskie czy francuskie. Brakowało mi na to czasu i chęci. Mam więc chaos częściowo kontrolowany.


Kocia wszędzie mi towarzyszy

Dżemik w pozycji "przyczajony tygrys"
czeka na rzucenie mu ulubionej piłeczki

W tym roku zamierzam skupić się na rewitalizacji tzw. przedogródka, w którym jest mój ulubiony "leśny zakątek". Trochę trzeba przetrzebić stare krzaki, dosadzić paprocie, parzydło itp, zrobić małą sadzawkę, zainstalować ławeczkę. Cieszą mnie posadzone w ubiegłym roku hosty, ładnie się przyjęły, mam nadzieję, że się rozrosną.


azalia pontyjska kończy kwitnienie, ale nadal obłędnie pachnie


obok będzie sadzawka z pluskawką i więcej paproci
oraz kamienna żaba

tajemne przejście między ogrodem a "leśnym zakątkiem"


********

Pod postem o karmelowej herbatce z lilaka ktoś wspomniał o naleśnikach z kwiatami bzu czarnego. To mi przypomniało, że dawno temu smażyłam czasem dla dzieci kwiaty robinii (zwanej akacją) w cieście naleśnikowym. Tak po prawdzie to smak był (moim zdaniem) mało wyczuwalny, ale ciekawie pachniały, no i zawsze to jakaś odmiana i atrakcja w menu. Podrzucam pomysł, akacje dopiero zaczynają kwitnąć, można spróbować.

Przepis na ciasto naleśnikowe (można zrobić po swojemu, ale to jest taka lekka wersja i chyba najlepiej pasuje do kwiatów robinii):

  • 100g mąki
  • 2 łyżki roztopionego masła
  • około 170 ml wody mineralnej
  • szczypta soli, łyżeczka cukru
  • białko jednego jajka

Wszystkie składniki oprócz białka łączymy mikserem lub trzepaczką, odstawiamy na kwadrans albo nawet dłużej, najlepiej do lodówki. Kiedyś nie wiedziałam po co ciasto na naleśniki, pierogi itp trzeba odstawić, wydawało mi się że to takie tam tylko dziwactwa kucharek, i zdarzało mi się ten etap pominąć, co niestety często kończyło się tym, że pierwsze naleśniki rwały się na patelni, a pierwszy płat ciasta na pierogi nie dawał się rozwałkować i pierogi źle się formowało i sklejało... No i w końcu wyczytałam gdzieś, że chodzi tutaj o uaktywnienie glutenu, który potrzebuje trochę czasu, żeby zacząć działać i łączyć dobrze wszystkie składniki. Tak że jak ktoś nie wie, to podpowiadam: bez pośpiechu, ciasto musi się przegryźć.

Po tym odpoczynku dodajemy do ciasta białko (które można wcześniej ubić na pianę, ale niekoniecznie) i ubijamy całość. Całe kwiatostany robinii trzymając za ogonek kolejno zanurzamy w cieście, otrząsamy z nadmiaru i smażymy po dwóch stronach do lekkiego zrumienienia. Można na oliwie, ale moim zdaniem na maśle wychodzą pyszniejsze, zresztą jak kto lubi. Ciasta powinno wystarczyć na trochę ponad 10 kwiatostanów.

Jako dodatek świetnie pasują truskawki i bita śmietana, albo w mniej kalorycznej wersji zamiast śmietany odrobina balsamico, najlepiej w jakiejś podkręconej wersji typu sos figowy lub mangowy. Podobnie można smażyć kwiatostany czarnego bzu czy jakieś inne jadalne kwiatki.

********

Po nagłym wybuchu lata pośpiesznie zrobiłam przetasowania w szafach, wyciągając letnie sukienki i inne szmatki. Przy okazji dokonałam przeglądu "sanitarnego", czyli wyczyściłam garderobę z zalegających ubrań, których już raczej nie założę (z tysiąca powodów). Uzbierała się górka t-shirtów, których termin przydatności do użycia już mija. Wyrzucić taki stos jednorazowo jakoś szkoda, w tej masie jest potencjał - i oto właśnie ten potencjał się materializuje.

Robię mianowicie chodniczek, tak zwany szmaciak. W sypialni miałam na podłodze od chyba ćwierć wieku flokati, które się już mocno wytarło i nieco zszarzało. Nie chcę mieć tutaj normalnego dywanu, bo flokati często wrzucam do pralki, a z dywanem jest więcej zachodu. No i tak mnie kiedyś naszło, że zrobiłabym sobie taki chodniczek, jakie były w domu mojej babci na wsi. Babcia tkała je ze starych sukienek, poszewek itd. Ja nie utkam bo nie bardzo mam na czym, zwłaszcza w tym rozmiarze (mam ramkę do tkania mniejszych makatek), więc wymyśliłam sobie, że zrobię mój szmaciak przy pomocy szydełka. Przy okazji mam zajęcie na długie wieczory - zamiast scrollowania internetu, co niestety ostatnio zbyt często mi się zdarzało. 



T-shirty pocięłam na paski zostawiając szwy (można się bawić w wycinanie ich i "niewidoczne" łączenie pasków, ale mi się nie chciało, bo to kupa roboty), w związku z czym mam w robótce mnóstwo widocznych supłów. Uważam jednak, że nieróności nadają chodniczkowi zgrzebnego charakteru, więc tak zostanie, nie będę ich całkiem chować (tylko największe przeciągnęłam szydełkiem na spód). Wybrałam kolory biało-beżowo-szarawe, może w trakcie dorzucę jakiś brąz i ochrę, jak znajdę odpowiedni materiał. Zresztą jak mi się w połowie znudzą te beże, to kto wie, co tam się jeszcze pojawi. Chciałam dołożyć paski ze starej poszwy na kołdrę, bo mi kolorystycznie pasowała, ale okazało się, że nie jest to surowiec kompatybilny z t-shirtami. Jedno to nierozciągliwa tkanina, a drugie - elastyczny dżersej (bawełna, no ale dzianina). Tak że muszę dozbierać koszulek w odpowiednich kolorach, bo chodniczek ma szerokość 120 cm, a planowana długość to minimum 180 cm, tak że w sumie sporo tego. Jeden t-shirt to około 15 cm chodniczka. Chyba zrobię porządek w szafie mężowskiej...

I oczywiście mam już plany kolejnych szmaciaków, bo z różnych wcześniejszych porządków szafiarskich mam na przykład odłożony cały wór dżinsów po nas i jeszcze po naszych synach (no bo kto zabiera z szafy stare dżinsy, jak się wyprowadza od mamy). Mieliśmy jechać z tym do PSZOKu ale jakoś się zapomniało. I zrobiłabym jeszcze jakiś kolejny chodniczek w odjechane kolorki do korytarzyka na pięterku... i ohoho, co to mi jeszcze chodzi po głowie... Ale pewnie po tym jednym będę miała dosyć tego szydełkowania na parę lat...;).

********

niedziela, 8 lutego 2026

Mandala mexicana.

Jestem trochę w niedoczasie ze wszystkim, więc wpadam tym razem na króciutko i pokazuję kolejną mandalę tekturkową. Jakoś tak mimochodem zmajstrowałam ją w mandalowym ciągu, więc czym prędzej pokazuję. Dłuższe opowieści będą w kolejnym wpisie, jak ogarnę rzeczywistość wokół mnie.



W poprzedniej mandali kilka osób dopatrzyło się inspiracji afrykańskich, no to tym razem mamy coś w stylu mexico. W centrum mandali umieściłam przywiezioną niegdyś przez me dziecię z Meksyku ceramiczną miniaturkę Kamienia Słońca, uważanego przez niektórych za kalendarz aztecki, ponieważ zawiera symbole różnych dat i okresów. Jednak najprawdopodobniej jest to przedstawienie mitu o pięciu słońcach, związanych z pięcioma erami kosmologicznymi w kalendarzu azteckim. W środku znajduje się wizerunek Tonatiuha, jednego z bóstw słońca, otoczony "wizytówkami" pozostałych czterech bóstw oraz symbolami kalendarzowymi i kosmicznymi. 

Oryginalny dysk Kamienia Słońca jest dość potężny, ma 358 cm średnicy, blisko metr grubości i waży 24 tony. Ze względu na wartość artystyczną i historyczną uważany jest za najcenniejsze rękodzieło azteckie. 

oryginalny Kamień Słońca w Narodowym Muzeum Antropologicznym w Meksyku
Foto: Rosemania - https://www.flickr.com/photos/rosemania/4419055059/, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=9695824


Moja miniaturka Kamienia ma średnicę 11 cm :). A cały obrazek: 50x70 cm.



Pozostałe elementy na obrazku nie mają realnych odniesień do jakichś konkretnych meksykańskich czy azteckich symboli, to jedynie wytwory mojej wyobraźni, może tylko odrobinę zainspirowane tamtejszą kulturą, zwłaszcza kolory zapożyczone. Koło tekturowe wycięte kiedyś (już nie pamiętam po co) samo się prosiło o wykorzystanie, nakleiłam to na podkład także z tektury, z opakowania po odkurzaczu. Lekko mi to zjechało na jeden bok, chyba w czasie przyciskania zestawem ciężkich przedmiotów, żeby się dobrze skleiło. No i skleiło się na amen, więc musi zostać jak jest :). 


Mam obecnie fazę upcyklingową i staram się wykorzystać rozmaite materiały, które walają się gdzieś po domu. Nie wynika to z oszczędności ani nawet proekologicznego podejścia, tylko zwyczajnie zaczęłam się wkurzać, że tyle śmieci z każdego kąta wyziera. Najwiekszy chomik w domu to mój mąż, jemu wszystko się przyda, ale ja sama jakoś tak niechcący dołożyłam to i owo do tych zbiorów. Tak że teraz jest akcja "czyszczenie magazynów". W związku z tym pewnie jakieś nowe mandale powstaną, albo coś w tym stylu. Ja po prostu lubię takie rzeczy robić :).



I to by było chwilowo na tyle, uciekam do spraw pracowych, a wrócę tutaj jak już uratuję świat.

*******

niedziela, 23 listopada 2025

Listopadowe świętowanie.

Nie, nie, nie będzie ani o Wszystkich Świętych ani o Święcie Niepodległości, ale... po kolei. Najpierw moje najnowsze i w dodatku niedokończone... ekhm... dzieło, ze znanego Wam już cyklu "tego obrazu nie będzie".

 


Kolory na zdjęciach, jak to u mnie, oczywiście od czapy, w realu mniej jaskrawe te czerwienie zwłaszcza. Miało być więcej szczególików, ale straciłam wenę i chyba już nic więcej z tym nie zrobię. To znaczy owszem, zrobię, ale mam na myśli utylizację bądź totalną przeróbkę. No i chyba jednak wrócę do malowania, bo trochę się zniechęciłam do tego typu prac plastycznych ;). Takie to tam, wiecie, wyklejanki. Coś w rodzaju kolażu, w którym główne role grają: mój ulubiony motyw mandali (niedokończony), krwisty kryształek, który chyba z dziesięć lat leżał sobie w szufladzie, a ja wciąż nie miałam na niego pomysłu, oraz żmija ulepiona z papier-mache. Całość powstała na podłożu malarskim 50x70 cm, które zostało mi po kilku nieudanych obrazach malowanych jeden na drugim. Wkurzyłam się po kolejnej porażce i uznałam, że skoro z malowaniem mi tutaj nie wyszło, to zrobię na tej płycie coś w całkiem innej technice. 




Jak zwykle zdjęcia przekłamują kolory, to wszystko jest bardziej stonowane, nie tak krzykliwe, no ale mój aparat nie radzi sobie z kontrastami (czerwień, złoto, grafitowe tło). Użyte zostały: farby akrylowe, klej wikol, ręczniki papierowe i inne papiery, folia aluminiowa, papier nacinany (z jakichś opakowań) jako żmijowa skóra, trochę tektury i drewniane rozpórki do blejtramów w roli elementów mandali, no i ten kryształek, od którego w zasadzie wszystko się zaczęło i dwie ozdobne szpilki z główkami jak ten kryształek, a z których powstały oczy żmii. Oraz moja wyobraźnia :). Tutaj szał tworzenia, czyli bałagan twórczy, z boku po prawej widać ten nacinany papier, który natchnął mnie do użycia w roli gadziej skóry:




Na początku miałam tylko ogólną koncepcję, szczegóły wymyślałam i dopracowywałam w trakcie pracy. Najwięcej kłopotu było ze skórą żmii - podobała mi się struktura tego papieru, ale problem był z pomalowaniem tego wodną farbą przy pomocy pędzla tak, żeby te fale-łuski nie oklapły. Musiałam to robić na raty, suszyć co chwila, znowu trochę podmalować itd. Mąż zapytał co to za mroczne klimaty wzięłam na tapet, trochę mnie zdziwił, bo co tu niby mrocznego, a on mówi - no ta żmija taka przepołowiona... Ekhm... no więc to miało stwarzać wrażenie, że żmija oplata ten obrazek i z jednej strony wychodzi na wierzch głowa, z drugiej koniec ogona, a reszta jest zawinięta za obrazem. No naprawdę... myślałam, że to jest oczywiste, a widocznie niezupełnie mi to wyszło zgodnie z planem :)))).

No w każdym razie pomysł był może ciekawy, w głowie miałam dość konkretną wizję, ale potem wszystko szło jak po grudzie. W związku z czym zabrakło mi już siły na dokończenie. Pokazuję jako ciekawostkę w temacie czym się bawię po pracy w długie jesienne wieczory ;).




*****

Na wielu blogach czytam narzekania, że pora roku do kitu, pogoda do kitu, nastrój do bani...  No bo listopad, późna jesień z chłodem, deszczem i długimi ciemnymi wieczorami i brak fajnych tradycji i popularnych świąt rozjaśniających mroki listopadowe. U mnie co prawda całkiem spoko, niewiele padało, całkiem ciepło do połowy miesiąca (do 15 stopni!), sporo słońca nawet. Tyle, że doba krótsza.

Jakiś czas temu pojawił się termin "jesieniara". Jesieniara to osoba, która uwielbia jesień, lub przynajmniej stara się ją oswoić - za pomocą relaksujących spacerów wśród kolorowych liści spadających z drzew, wieczorów spędzanych przy kominku, w zawoju z miękkiego kocyka, z kubkiem aromatycznej herbatki z przyprawami, w ciepłym przytulnym swetrze. Jak podaje AI - z czasem określenie nabrało głębszego znaczenia i oznacza kogoś, kto docenia zwolnienie tempa, komfort, domowe rytuały i jesienną, lekko melancholijną estetykę. 

Może nie określiłabym siebie jako jesieniarę, bo nie mam jakichś szczególnych rytuałów, nie celebruję przesadnie parzenia herbaty, zawijania się w kocyki i zapalania świec, ale tak zwyczajnie - lubię jesień, zarówno tę złotą polską jesień ze słońcem i szaleństwem kolorów opadających z drzew liści, jak i długie, ciemne wieczory listopada, mgły i pierwszy szron, deszcz i krakanie wron. Ale na jednym z zaprzyjaźnionych blogów była niedawno mowa o tradycjach i świętach w okresie pomiędzy Halloween a Bożym Narodzeniem - no fakt, jak tylko znikną z wystaw sklepowych dynie i sztuczne kościotrupy, to mamy już dekoracje bożonarodzeniowe, czasem nawet leci to równolegle, mikołajki i bombki, a obok szkieletory. Ale listopad ciemny, zimny - i brak powszechnych imprez doskwiera. Są rozmaite lokalne wydarzenia, branżowe święta, ale na ulicach i w domach nie widać pomysłu na ubarwienie i rozweselenie tego miesiąca, żadnych komercyjnych zalewów dekoracji. Posprawdzałam więc w kalendarzu co my tam mamy i czy przynajmniej znajdą się jakieś okazje do kameralnego świętowania, choćby z rodziną czy przyjaciółmi. Listopad już się zaraz skończy, ale parę dni jeszcze zostało, no i może się to przyda na przyszły rok. Tak więc - od początku:

Halloween w zasadzie przypada na 31 października, wchodzimy jednak w listopad z przytupem, bo dekoracje są dość powszechne, dynie, świece, bukiety wrzosów i chryzantem, ale też zjawy, kościotrupy i pająki (o ile ktoś lubi takie klimaty), w wielu domach odbywają się domówki zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci, z odpowiednio straszliwym entouragem oczywiście, przeciągające się aż do 1 listopada. Czyli całkiem niezły imprezowo początek. Pomijam już fakt, że w moim odczuciu same Zaduszki powinno się świętować w stylu meksykańskim, no ale chyba jestem jednak wciąż w mniejszości. Poszperałam w internetach - co też my tam dalej mamy...? 

Listopadowe nietypowe święta:

  • 1 listopada: Światowy Dzień Wegan
  • 3 listopada: Hubertus, czyli Święto Myśliwych
  • 3 listopada: Dzień Gospodyni Domowej
  • 3 listopada: Dzień Kanapki
  • 4 listopada: Dzień Taniego Wina
  • 5 listopada: Międzynarodowy Dzień Postaci z Bajek
  • 6 listopada: Dzień Saksofonu
  • 7 listopada: Dzień Kotleta Schabowego
  • 7 listopada: Światowy Dzień Feministek
  • 8 listopada: Europejski Dzień Zdrowego Jedzenia i Gotowania
  • 8 listopada: Dzień Cappuccino
  • 8 listopada: Dzień Zdrowego Śniadania
  • 9 listopada: Światowy Dzień Gry Wstępnej
  • 9 listopada: Międzynarodowy Dzień Łamańców Językowych
  • 10 listopada: Dzień Jeża
  • 11 listopada: Dzień Świętego Marcina (rogale!)
  • 11 listopada: Dzień Singli 
  • 12 listopada: Światowy Dzień Drwala 
  • 13 listopada: Dzień Placków Ziemniaczanych
  • 13 listopada: Światowy Dzień Dobroci
  • 13 listopada: Dzień Biznesmena
  • 14 listopada: Dzień Seniora
  • 15 listopada: Dzień Slipek
  • 16 listopada: Międzynarodowy Dzień Tolerancji
  • 16 listopada: Dzień Wiedźm
  • 17 listopada: Dzień Czarnego Kota
  • 17 listopada: Światowy Dzień Studenta
  • 17 listopada: Dzień Baklawy
  • 18 listopada: Dzień Myszki Miki
  • 18 listopada: Światowy Dzień Bicia Rekordów
  • 20 listopada: Światowy Dzień Rzucania Palenia Tytoniu (trzeci czwartek listopada)
  • 20 listopada: Dzień Absurdu
  • 20 listopada: Święto Wina Beaujolais Nouveau (trzeci czwartek listopada)
  • 21 listopada: Światowy Dzień Życzliwości i Pozdrowień
  • 22 listopada: Dzień Kredki
  • 23 listopada: Dzień Espresso
  • 24 listopada: Dzień Buraka
  • 24 listopada: Dzień Morsa (zarówno morskiego ssaka jak i miłośników zimnych kąpieli)
  • 24 listopada: Dzień Sardynek
  • 24 listopada: Katarzynki
  • 25 listopada: Dzień Pluszowego Misia
  • 26 listopada: Dzień Ciasta
  • 26 listopada: Światowy Dzień Drzewa Oliwnego
  • 28 listopada: Dzień Bez Zakupów
  • 28 listopada: Dzień Pocałunków
  • 29 listopada: Andrzejki
  • 30 listopada: Dzień Białych Skarpetek
  • 30 listopada: Dzień Niebieskiej Czapki

Jest tego więcej, ale pominęłam większość świąt religijnych, branżowych, politycznych i temu podobnych. W każdym razie - świąt ci u nas dostatek, tyle tylko, że nie są powszechnie obchodzone. Dla mnie najfajniejsze to oczywiście te różne kulinarne, a zauważcie, że jest ich w listopadzie całkiem sporo. Dalej - Dzień Czarnego Kota, Dzień Kredki, Dzień Pluszowego Misia, Dzień Saksofonu (bo lubię) i tak dalej, świętować można niemal co dnia. 

W mojej okolicy od wielu lat całkiem hucznie obchodzony jest Hubertus. Na pobliskim zamku odbywają się rozmaite imprezy - kiermasze, rekonstrukcje walk rycerskich, zawody w strzelaniu z łuku, koncerty, jazdy i zawody konne, kulinarne szaleństwa z dziczyzną w roli głównej itp, ale jakoś tak ideologicznie mi z myśliwymi nie po drodze. Bywałam tam, jak synek w czasach szkolnych bawił się w rycerstwo, bo jak już uszyłam te siermiężne koszule i uplotłam z miliona metalowych kółek kolczugę, to trzeba było to zobaczyć w "boju" :).

Dzień Placków Ziemniaczanych uczciłam należycie, na Dzień Seniora upiekłam tartę tatin i z zaprzyjaźnionymi seniorami zostało odkorkowane do niej pyszne włoskie Fragolino,  potem było świętowanie z baklawą u znajomych Chorwatów (za samą baklawą w wersji bałkańskiej nie przepadam, ale nasi znajomi robią ją w wersji pod Polaków, mniej słodką, no i było też dużo innego chorwackiego jedzonka), beaujolais nouveau - no cóż, też nie jestem fanką, ale pół kieliszka pro forma można wypić na początek imprezy, a potem przejść do nieco ciekawszych win oraz innych trunków, z odpowiednią zakąską, ma się rozumieć. Co nam jeszcze zostało w kalendarzu? -  Dzień Buraka może nie brzmi interesująco, ale jakieś przyjątko z barszczykiem, sałatką buraczkową, sokiem z buraków i ćwikłą do dań mięsnych da się zorganizować, no i dzisiaj Dzień Espresso a potem Dzień Ciasta - to hohoho! ale będzie rozpusta! Że nie wspomnę o Andrzejkach czy Katarzynkach :). Nawet Dzień Sardynki czy Drzewa Oliwnego można przeobrazić w kulinarną imprezę i całkiem dobrze się bawić.

W grudniu postaram się wpaść tutaj na początku miesiąca i podrzucę Wam grudniowe propozycje z nietypowego kalendarium. No to - miłego świętowania! 

*****