Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ptaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ptaki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 czerwca 2026

Ptaszarnia i zielska rozmaite.

Sówki-płomykówki z papier-mache. Do planowanej ptasiej bandy na półkę nad oknem.




Miała być jedna, ale wyszła mi tak sobie, bo do rzeźbienia to ja się jednak nie bardzo nadaję, więc próbowałam ją przerobić, ale... zapomnij kobieto, masa papierowa z wikolem i skrobią ziemniaczaną po wyschnięciu okazała się twarda jak stal. Jedno narzędzie połamałam, próbując odciąć/odłupać sowie część głowy... Więc sowa została tak jak była, ale za to dorobiłam jej towarzyszkę, oczywiście próbując zrobić lepszą wersję. No i też nie do końca jestem zadowolona, obie mają za małe głowy i flary, no ale cóż, mniejsza z tym, nie chodziło mi o jakieś super realistyczne odwzorowanie, tylko żeby mniej więcej przypominało to konkretny gatunek ptaka. 


Tak wyglądają skrzydła z tyłu:



I w towarzystwie krukowatego, który w tym towarzystwie jest stanowczo nieproporcjonalnie zbyt mały, ale na razie nie będę się tym martwić, może kiedyś zrobię porządnego kruka:


Na razie mam dosyć lepienia ptaków, natomiast dziergam w wolnych chwilach mój chodniczek-szmaciak, o którym wspomniałam w poprzednim wpisie. Nawet się zdziwiłam, że tak szybko go przybywa i że mi się jeszcze chce :). Dziobię go sobie od czasu do czasu wieczorową porą i całkiem jestem zadowolna z efektu. Co oznacza, że może się nie zniechęcę w połowie i nawet uda mi się go wkrótce skończyć. Właściwie to mam już jakieś 2/3 planowanego rozmiaru. Zamiast scrollować internety towarzyszę mężowi przy mundialu, jednym okiem zerkając na ekran, drugim na robótkę.




Zbieram już surowiec na kolejny chodniczek, bardziej kolorowy. Rodzina przy okazji pozbywa się przechodzonych t-shirtów, bez jeżdżenia do pszoku. Na temat pszoków i tego zbieractwa śmieciowego to bym się jeszcze wypowiedziała, ale ostatnio mam w tym temacie do powiedzenia tylko bardzo brzydkie wyrazy, więc może lepiej dam spokój. Byłam zwolenniczką segregacji, ale dajcie spokój, urzędasy odklejone od rzeczywistości powymyślały takie nieżyciowe przepisy, że głowa mała. W mieście więcej kubłów niż klombów, a i tak są problemy ze zdaniem różnych odpadów i góry śmieci w lasach rosną. Najbardziej przerąbane mają przedsiębiorcy, przynajmniej w moim mieście. Wiem z autopsji. Za niektóre frakcje trzeba płacić haracz nawet jak się ich nie wytwarza ani grama, za to innych nie sposób gdziekolwiek oddać. No dobra, miałam się nie wypowiadać...


Wracając do ptaków - takiego oto prawdziwego ptaka widujemy ostatnio czasem nad naszym domem (zdjęcie z Wikipedii, bo oczywiście jak szybuje nad nami, to nie mam nic pod ręką, żeby cyknąć i stoję i się gapię po prostu):


Kania ruda - przepięknie upierzony, duży ptak drapieżny z rodziny jastrzębiowatych. Bardzo łatwo ją rozpoznać po charakterystycznym głębokim wcięciu ogona. Oraz kolorach, oczywiście. Wspaniale szybuje wykorzystując ruchy powietrza, zazwyczaj ze skrzydłami lekko zgiętymi w kształcie litery M. Jest w zasadzie endemitem europejskim, czyli występuje tylko w Europie. Lęgi ma między innymi w Polsce (głównie zachodniej i zach.-pn.), a na zimę przeważnie przenosi się na południe kontynentu. Większa od myszołowa, za Wiki przytaczam imponujące wymiary:

długość ciała: 60–72 cm
rozpiętość skrzydeł: 143–171 cm
masa ciała: samce 757–1221 g, samice 960–1600 g

Prawdopodobnie gdzieś w pobliżu ma miejsce lęgowe, bo widywana jest w naszej okolicy od kilku lat co roku wiosną. Krąży zwykle w rejonie rzeki i nad pobliskimi łąkami. Piękny widok, powiadam Wam. Jak się na codzień widuje tylko niewielkie kawki, gołębie czy sroki (o mniejszym drobiazgu nie wspominając), to taki barwny olbrzym dostojnie i nieśpiesznie zataczający koła nad naszymi głowami - robi wrażenie.

Natomiast na pobliskim świerku sroki zbudowały gniazdo. 

strzałka pod szczytem wskazuje gniazdo


Zdjęcie kiepskie, bo daleko, zrobione telefonem, i trochę wiało, więc nieco ruszone, ale może w powiększeniu da się zobaczyć, jakie tam jest zabezpieczenie, pajęczyna utkana z gałązek, broniąca dostępu do gniazda. Sroki podlatują z boku, a wylatują potem z drugiej strony. Nie da się tego dokładnie obejrzeć, bo to jakieś 6 metrów do góry, ale doczytałam w internetach, że sroki budują gniazda w kształcie dużej kuli z gałązek, a w środku jest bardziej stabilne gniazdo właściwe w kształcie misy wymoszczonej trawą, piórami, liśćmi, mchem itp. Na mniej ulistnionych drzewach wczesną wiosną wygląda to jak nieskładna kupa gałęzi. Dawniej w tym świerku miały gniazdo sierpówki, ale przeganiały je a to gołębie, a to sroki, no i sierpówki w końcu gdzieś się wyniosły. Niestety, sroki to fruwający bandyci i mordercy, potrafią napadać na większe od siebie ptaki, mordują ich pisklęta, rozwalają cudze gniazda. Nie lubię srok, no ale cóż, zbudowały gniazdo, ich prawo, niech tam sobie żyją. Prawdopodobnie w przyszłym roku już ich tutaj nie będzie, bo rzadko wykorzystują stare gniazda.

Narzekam czasem, że nasze miasto zawłaszcza coraz więcej obszarów przyrody, ale przy okazji spacerów z psem uświadomiłam sobie, że w zasadzie nie jest najgorzej, bo jak się tak dobrze rozejrzeć, to nadal mamy wokół domu sporo zieleni. Nie trzeba daleko wędrować, żeby znaleźć się w zielonym buszu. Z jednej strony, dosłownie 30 metrów od nas, jest zagajnik, w którym ukrywa się pozostałość po przedwojennym niemieckim cmentarzu. Był tam kiedyś kościół ewangelicki, ale po wojnie przez długi czas był wykorzystywany jako magazyn i ulegał stopniowej degradacji, w końcu całkiem go rozebrano. Sam cmentarz też niszczeje, piękne rzeźbione płyty nagrobne zostały rozkradzione albo całkiem zdewastowane, nikt nie chciał się tym zająć, zaopiekować, jakoś uporządkować. Próby zainteresowania tematem proboszcza z miejscowej parafii albo władz samorządowych spełzły na niczym. Raz na kilka lat przeprowadzana jest tylko wycinka samosiejek. Taki mam widok z okna na piętrze na ten zagajnik. Wypełnia mi praktycznie całe okno. A jak tam ptaki śpiewają!



A trochę w bok z balkonu wygląda to tak:



Idąc w drugą stronę - jakieś 150 metrów od naszego domu, jest mały park, a tak naprawdę to kolejna pozostałość po przedwojennym cmentarzu, tym razem żydowskim, zapewne trochę starszym od tamtego niemieckiego. Tutaj w latach 80tych wyrównano teren, nawieziono ziemi, zasiano trawę, obsadzono dookoła niskim żywopłotem z ligustru, który teraz właśnie kwitnie i pachnie oszołamiająco, dosadzono też trochę drzew. Z dawnych czasów zostały stare drzewa - platany i klony, wyznaczające dawne alejki, kilka dębów i lip. Dobra wiadomość jest taka, że w tych miejscach za mojego życia z pewnością nikt nic nie wybuduje i ta zieleń jeszcze długo zostanie, a razem z nią ptaki i wiewiórki. 




Wychodząc z tego parku dalej - jeszcze parę lat temu trafialiśmy bezpośrednio na ciągnące się aż do sąsiedniej wsi pola i łąki. Teraz niestety w dużej części te tereny zostały przeznaczone pod budowę domków jednorodzinnych, osiedle nam się rozrasta. Między grupami domów pozostały jednak spore kawałki porośnięte roślinnością, tu i ówdzie jest po parę hektarów jeszcze nie rozparcelowanych pod budowy, tak że mamy gdzie spacerować. Tu gdzie jeszcze dziesięć lat temu rosły zboża, rzepak i ziemniaki, teraz bujnie plenią się trawy rozmaite, maki, chabry, kąkole, firletki, rumianki, szczaw i wrotycz zaczynają kwitnąć, nawłocie na razie wypuściły liście, ale błyskawicznie pną się ku górze. Samosiejki brzóz, sosen, dębów, czarnego bzu i dzikiej róży porastają całe połacie pomiędzy stuletnimi lipami i robiniami. Ponieważ pod budowy domów wycięto tu i ówdzie trochę drzew (raczej pojedyncze, bez jakiejś totalnej dewastacji), to w zamian zostały posadzone aleje nowych lip, platanów i klonów. 



Idąc od naszego domu w trzecią stronę - w podobnej odległości czyli około 150-200 metrów mamy otoczony starodrzewem osiedlowy plac zabaw ze sprzętem do rozmaitych ćwiczeń, ping-ponga, ławeczki itp, oraz nowe przedszkole z ładnie zagospodarowanym i obsadzonym całkiem bujną roślinnością terenem, i obok znowu około hektara parku z koszoną od czasu do czasu trawą i ze starymi drzewami, do których dosadzono sporo nowych - podobnie jak w innych miejscach najczęściej są to platany, lipy i czasem klony i jarzębiny. Tak więc mieszkam w całkiem zielonym otoczeniu, zarazem rzut beretem od jednej z głównych arterii komunikacyjnych i drogi wojewódzkiej, a jednak w oazie spokoju, przy cichej i mało uczęszczanej uliczce, z dobrymi sąsiadami. I do rzeki też mam rzut beretem (w czwartą stronę od domu). I chociaż dom chętnie bym zamieniła, to samo miejsce i okolica są świetne i tylko to nas zawsze powstrzymuje przed przeprowadzką.


W ogrodzie natomiast część roślin szaleje, jak ten wiciokrzew, który pokrywa połowę płotu:





Piwonie też oszalały, ale niestety dostały łupnia od burzy i trochę nie wyglądają, mam nadzieję że tylko przejściowo i jeszcze się pozbierają.

Dzisiaj przeczytałam w internecie i się zdziwiłam, że łubin jako roślina ekspansywna jest w Polsce zakazany - nie dosłownie, ale jest na liście gatunków, których nie należy wprowadzać do ekosystemu, ponieważ zagrażają innym roślinom i zaburzają równowagę przyrodniczą. No coś takiego... A ja łubinu prawie nie spotykam, na tych naszych łakach to może jedną kępę widziałam. Natomiast owszem nawłoci mamy w pobliżu całe łany, coraz częściej też widuję spore obszary zarośnięte rdestowcem - tam to faktycznie nic innego nie rośnie. A właśnie niedawno myślałam, że chciałabym mieć różnokolorowy łubin w ogrodzie... Może w donicy???

No czyż to nie piękne jest?


Jak wiecie w lipcu kończę pracę, zamykam firmę. I nie mogę się tego momentu doczekać, bo jak już dałam wszystkim wypowiedzenia, to mentalnie jestem na wolności i to chodzenie do roboty zaczyna mi teraz ciążyć. A tymczasem jak na złość jakaś czarna seria, co chwila coś się psuje albo inne jakieś problemiki mnożą się jak króliki... Ale nic to, powtarzam sobie, że za chwilę koniec i wakacje :).

I na dodatek piekarnik mi się w domu zepsuł, akurat jak przygotowałam ryż z jabłkami. Włączam, a tu nic. Umarł. No to zrobiłam ten ryż na kuchence, w sumie w smaku różnica żadna, tyle że z wierzchu się nie przypiekło, za to od spodu bardziej. Mnóstwo cynamonu, ach, uwielbiam te szarlotkowo-cynamonowe zapachy :). Smaki zresztą też, jabłka to moje ukochane owoce, te egzotyczne niech się schowają. No ale - Houston, mamy problem z piekarnikiem! Nie posiadam airfrayera, no bo skoro jest piekarnik, to po co mi taki gadżet, zresztą nie wszystko we frajerku da się upiec. I jak już zrobiłam ten ryż z jabłkami na kuchence, to sobie przypomniałam, że przecież posiadam prodiż! Zabunkrowany gdzieś w piwnicy czy jakimś schowku. Ktoś pamięta co to jest? Relikt PRLu, ale chyba do tej pory prodiże są produkowane i tam gdzie nie ma piekarnika, to się świetnie sprawdzają, w dodatku są znacznie mniej prądożerne niż piekarniki elektryczne. Dostałam go od kogoś na etapie budowy domu, zanim urządziliśmy kuchnię, bo wprowadzaliśmy się trochę na wariata, przed wykończeniem. Czasy były kryzysowe i ze wszystkim był problem, a to było świetne rozwiązanie. Nie mam teraz siły na fachowców, w sumie rzadko piekę, więc przejściowo w razie potrzeby odpalę prodiż! Będzie jak podróż w czasie - młodszy syn się jara, bo on kocha peerelowski dizajn :).

A tymczasem zaliczyliśmy przyjemną Noc Kupały i Letnie Przesilenie. Może nie całkiem noc, ale późny wieczór spędziliśmy u przyjaciół w plenerowych okolicznościach przyrody. Oni mają dużą chatę wraz z imponującym przyległym terenem, przygotowali grilla, ale zawsze goście też coś przynoszą, my zwykle jakieś sałatki, ale tym razem wymyśliłam, że zamówimy pizzę w dwóch rodzajach plus sałatki italiano na bazie rukoli i z czosnkowym pieczywkiem. Gospodyni od wejścia wołała, że ale po co, przecież my wszystko przygotowaliśmy,  - ale jakoś tak wyszło, że wszyscy rzucili się na te pizze i chlebki czosnkowe i ostatecznie na grillu zostały upieczone tylko warzywa, mięso wróciło do lodówki. Pizza pyszna (podobnie jak wypiekany w tejże pizzerii chlebek żytni na zakwasie, z ziarenkami rozmaitymi), według włoskich receptur, z pieca opalanego drewnem - ale nie tylko o nią tu chodzi, ale też o pana, który tę pizzerię niegdyś stworzył. Obecnie zajmuje się nią młodsze pokolenie, natomiast sam twórca biznesu prowadzi od wielu już lat ośrodek leczenia dzikich zwierząt. Specjalność ośrodka to bociany (połamane, pokiereszowane, wyrzucone z gniazda pisklaki itp), ale trafiają tutaj też sarny, szopy, lisy i mnóstwo innych ptaków i zwierzaków, są nawet lamy i serwale. Nasze 1,5% z podatku zawsze idzie na ten ośrodek, no i staramy się na różne inne sposoby wspierać takich ludzi.

Wieczór Kupały umilało nam widowisko światło i dźwięk w wykonaniu Matki Natury - z zadaszonego tarasu niemal równo z zachodem słońca mieliśmy okazję podziwiać spektakularne błyskawice. Dom na górce, z widokami rozległymi na okolicę, było bardzo ciepło, burza owszem grzmiała i padała, ale bez wichrowych porywów, więc nie musieliśmy uciekać i impreza udała się znakomicie :).

A w tak zwanym międzyczasie zaliczyłam dwusetny dzień z włoskim na Duolingo. Jaki efekt tej nauki? Sporo rozumiem, gorzej na razie z samodzielnym i szybkim układaniem rozbudowanych zdań, ale jak dłużej pomyślę to nawet jakoś mi to wychodzi. Oczywiście do swobodnego rozmawiania to jeszcze bardzo długa droga i raczej w jakimś momencie trzeba będzie zmienić metodę, natomiast jeśli chodzi o naukę słówek i gramatyki, to jest to całkiem dobry i bezbolesny sposób. Przede wszystkim ten system mobilizuje do systematycznej pracy - codziennie poświęcam na to około 1,5 godziny w dwóch odcinkach. Nigdy w życiu nie uczyłam się tak żadnego języka, więc efekty przychodzą szybciej niż w szkole czy na kursie.

********


niedziela, 10 października 2021

Dżemik i żurawie.

Najpierw żurawie. Jeden z moich ulubionych tematów. 



Zdjęcia, jak zwykle, nie do końca wierne rzeczywistości. No cóż, fotografia nie jest moją mocną stroną. Inna rzecz, że malowałam przy sztucznym świetle i efekt w dziennym oświetleniu mnie zaskoczył, wyszło mniej kolorowo, niż mi się wydawało. Ale i tak jestem zadowolona, jak na szybki obrazek to wyszło nieźle :).



Obraz 40x50cm, akryle.

Poprzednie moje obrazki z żurawiami pokazywałam tutaj: http://sztukawpapilotach.blogspot.com/2020/11/zurawie-jeszcze-raz.html i tutaj: http://sztukawpapilotach.blogspot.com/2020/10/zurawie.html

*****

A teraz Dżemik:





No tak, tak, dobrze widzicie. Mało nam było 6 kotów, to do kompanii przyjęliśmy jeszcze pieska... który docelowo ma być całkiem sporym psiskiem. Zrobienie zdjęcia jest trudną sztuką, bo jak mnie widzi, to natychmiast się na mnie rzuca, bo wie, że będzie zabawa :). Udało się uchwycić moment, kiedy zajął się na moment próbą gryzienia kości (niby maluch, a zęby ma jak pirania!). Do gryzienia nadaje się wszystko, bo zęby rosną, jeszcze nie wszystkie wyszły, a rozmaite psie gryzaczki są dopiero w drodze z Zooplusa. Futerko za to jeszcze dziecięce, bardziej puszek, ale podbity gęstym podszerstkiem.


Piesio ma w tej chwili 10 tygodni, w papierach ma wpisane, że jest owczarkiem niemieckim. Niby po rasowych rodzicach, ale trafił do nas okrężną drogą i nie wnikaliśmy jak tam dokładnie z tą rasą jest, bo nawet wolelibyśmy, żeby nie był taki bardzo czystorasowy. Owczarki niemieckie z powodu fanaberii hodowców zostały doprowadzone do dziwacznej budowy z opadającym kręgosłupem, co może powodować rozmaite problemy związane z dysplazją stawów biodrowych. A my generalnie kochamy kundelki, więc na rasie nam nie zależy ani trochę, a nawet wręcz przeciwnie. Trafiło się, to wzięlim. Znaczy wziął mąż, bo jak ja bym miała wybierać i decydować, to po pierwsze primo - jestem kociarą, a pies jawi mi się jako masa problemów związanych z uwiązaniem człowieka do domu zamieszkałego przez tegoż psa, więc w ogóle raczej bym psa nie chciała, miałam psy przez długie lata i wiem jak to było, po drugie primo - jak już pies, to bym wolała raczej jakiegoś staruszka ze schroniska. Mąż bardziej psiarz, no i mówi, że woli psa, z którym się zestarzeje. No cóż, nie wiadomo kto ile pożyje, ale na przykład Muszkę wzięliśmy jak miała 14 lat i liczne choroby, była z nami tylko dwa lata i opłakiwaliśmy ją jak najbliższego przyjaciela. Więc trochę rozumiem, że mąż woli odwlec ten moment pożegnania jak najdalej się da.

No cóż, jest jak jest, piesek się pojawił i trzeba się dostosować. Bo oczywiście wywrócił nam życie do góry nogami. I oczywiście jest przeuroczy i przekochany :). To jeszcze taki prawie niemowlak, więc wszystkiego trzeba go nauczyć, wiadomo, że główny problem to sikanie (kupę ogarniamy, na spacerku zwykle się udaje sprawę załatwić). Kotu stawiasz kuwetę i kilkutygodniowy maluch jak po sznurku wędruje do niej w celach wiadomych. Pies inteligencją - przynajmniej w tej kwestii - nie dorównuje kotom, nauka czystości trochę musi potrwać. 



Najlepszą zabawą jest gryzienie mojej ręki oraz zabieranie mi kapci, ale świetnie można się bawić także walcząc z saszetką po karmie dla kotów, drewnianą łyżką albo własnym kocykiem. Jak się piesek wyszaleje, to po godzinie już pada na pysio i śpi przez kolejną godzinę.

Mąż pieska przywiózł dość niespodziewanie i bez papierów, które zostały nam dowiezione dwa dni później. Po drodze coś mu się pokiełbasiło i powiedział mi, że szczeniak nazywa się Jengo (Dżengo). Dokładnie tak nazywa się jednak kot naszego starszego syna, więc uznaliśmy, że pies nie powinien się nazywać tak jak kot. 

Padło więc kilka propozycji nowego imienia. Bolek  - wymyśliła prawie-synowa, a mój mąż i syn bezrefleksyjnie pomysł przyjęli. Mnie się jednak Bolek w ogóle nie podoba jako imię, bo mam raczej negatywne skojarzenia, a poza tym chciałam, żeby to nowe imię jakoś fonetycznie nawiązywało do tego Jenga. Zaproponowałam Dżemik lub Dżizas (Jesus). Druga synowa zaproponowała Dżamis (Jamis) - imię wojownika z Diuny. Jamis mi się nawet podoba, ale jakoś fajniej się woła do malucha Dżemik. Nie pytajcie, czy chodzi o rodzaj konfitury, czy może o sesję jazzową zwaną jam session, a zdrobniale dżemik - ja to rzuciłam jako skojarzenie fonetyczne, starszy syn powiedział, że brzmi smacznie. W gruncie rzeczy jak się komu kojarzy to jego sprawa, mnie się kojarzy z naszym pieskiem :). Chwilowo mieliśmy więc taką sytuację, że jedni mówili Bolek, inni czyli ja - Dżemik. 

I na to wszystko przyjechał z papierami poprzedni chwilowy właściciel psa i się okazało, że maluch ma wpisane imię Vendo, nie żaden tam Jengo. Vendo nie zyskało niczyjej aprobaty (zwłaszcza że ktoś odkrył, że to nazwa jakiejś sieci sklepów, coś jakby pies miał na imię Lidl albo Kaufland), no i każdy pozostał przy swoim. Ale kropla drąży skałę... Ja najwięcej do Dżemika gadam i z nim szaleję, piesek reaguje więc bardzo entuzjastycznie na moje zawołania, no i tak Dżemik wrył się powoli w świadomość męża, reszta rodziny musiała też przyjąć to do wiadomości. Jak ktoś mówił że Bolek to czy tamto, to głośno i wyraźnie dopytywałam się: "mówisz o Dżemiku?". No tak, o Dżemiku :). No i Dżemik górą!

Spójrzcie, jaka mądra mina!




Młody głównie śpi, trochę się bawi, wychodzi z pańciem do ogrodu (skupiamy się na razie na nauce czystości, na dłuższe spacery przyjdzie czas), je mokre karmy, chętnie podjada kotom, a one z kolei urozmaicają sobie jedzenie podskubując z psiej miski. Koty początkowo były  lekko spłoszone i nieufne, teraz już niewiele sobie robią z nowego członka stada. Dżemik zresztą na razie jest tylko trochę od nich większy, koty uważa chyba za inne pieski i jakoś szczególnie się nimi nie interesuje. Tak że pod tym względem odetchnęliśmy, nie będzie awantur ani popłochu. Przez długie lata mieliśmy w domu równocześnie psy, czasem bardzo duże, i po kilka kotów. Wszystkie zwierzęta żyły zawsze w zgodzie, jedne lubiły się bardziej, inne mniej, ale więcej animozji bywało zwykle w ramach własnej rasy, niż między psami a kotami.

A tak na marginesie - Grubcio, co do którego mieliśmy podejrzenia, że jednak ma jakiś drugi (a raczej - pierwszy) dom, z nastaniem chłodniejszych dni i całkiem zimnych nocy coraz rzadziej się pojawia i jest wyraźnie najedzony. U nas reflektuje tylko na smakołyki. Tak więc chyba NASZYCH kotów jest pięć, a ten szósty tylko taki zaprzyjaźniony :).

*****


sobota, 22 maja 2021

Ptaki i duchy.

Być może w tytule wpisu powiało lekko grozą... ale spokojnie, to nie będzie dreszczowiec w stylu "Ptaków" Hitchocka czy inny horror z tajemnymi zjawami nie z tego świata ;). Chcę Wam dzisiaj pokazać obrazki z ptaszkami, ale każdy z tych obrazków skrywa pewną tajemnicę...



Inspiracjami - jak to często u mnie bywa - były fotografie znalezione na Pintereście, niewyczerpanej skarbnicy pomysłów :). Obrazki namalowane farbami olejnymi na twardych płytach o rozmiarach 30x40cm (A3). 

.Tym razem nie użyłam nowych podobrazi, tylko wykorzystałam wcześniejsze moje malunki, które mi się nie podobały. I tak oto - pod tym obrazkiem są malwy, które pokazywałam tutaj: "Malwy". Może nie był to najgorszy obrazek, ale mi się opatrzył, a ostatnio to w zasadzie leżał w stercie innych szpargałów i nie widziałam dla niego zastosowania. No to się teraz przydał :).



... a pod tym obrazkiem jest ukryta martwa natura w krzykliwych kolorach, którą pokazałam tutaj: "Martwa natura z dynią". Pierwotnie miała zawisnąć w kuchni, ale te kolory jednak pasują do mojego domu jak pięść do nosa, a im dłużej na to dzieło patrzyłam, tym mniej mi się podobało. To była jedna z akrylowych wprawek pod kierunkiem pana Tomka Wełny, spełniła swoją rolę i na tym koniec jej kariery. Teraz jest podobraziem do tego oto ptasiego portreciku rodzinnego.



Trudno to było sfotografować, a zwłaszcza oddać kolory, bo jest dużo błękitów i zieleni, ale też ciepłe rudości piórek ptasiej mamy i różowo-oranżowe gardełka maluchów. Manipulacje z filtrami spowodowały dziwne kontrasty tam gdzie ich nie ma i przeciwnie - rozmycie i rozjaśnienie innych partii (rodzice w realu mają dużo ciemniejsze, granatowe główki). Na pierwszym zdjęciu widać kawałeczek ściany - ona w naturze jest biała!!! Obróbka zdjęć nie jest moją mocną stroną, więc dałam w końcu spokój tym kombinacjom.

No i - wracając do tytułu posta - to jest właśnie cała tajemnica z duchami, ponieważ taki obraz namalowany wcześniej, a potem przykryty kolejnym obrazem, nazywany jest "duchem". Często się zdarza, że przy badaniu cennych dzieł sztuki konserwatorzy odkrywają głębsze warstwy farby, lub po nietypowej fakturze domyślają się, że pod właściwym obrazem może się skrywać coś jeszcze. Obraz jest więc prześwietlany promieniami rentgenowskimi, oglądany w podczerwieni itp., no i czasem okazuje się, że artysta zamalował swój wcześniejszy obraz (lub czasem - cudzy). I takie właśnie "duchy" są ukryte w moich obrazkach z niewinnymi ptaszkami :).

*****

Ostatnio wspominałam o mojej nowej pasji - patchworkach,. Dużo było oglądania zdjęć, przeglądania blogów, wzdychania, planowania, no i w końcu zabrałam się do roboty. Nie ukrywam, że powolutku mi to idzie, brak wprawy, wiadomo, a do tego jeszcze co chwila mam inną koncepcję i już sama nie wiem jak to ma ostatecznie wyglądać. W gruncie rzeczy prosty projekt zaczyna mi się komplikować, bo sama sobie dokładam w nim roboty. Nie szyję według żadnego konkretnego wzoru, pomysł jest mój w całości, w dodatku wielokrotnie modyfikowany w trakcie pracy - jeden totalny eksperyment. Łączę również rozmaite techniki. będzie między innymi aplikacja i haft... Mam nadzieję, że to się będzie nadawało do pokazania ;). A pokażę, dopiero jak skończę, proszę więc jeszcze o chwilę cierpliwości. 




*****

Przy okazji przypominam o zbiórce datków na przeżycie dla dwunastu kotków przygarniętych przez Drevniego Kocurka. Pisałam o tym w poprzednim poście. 

Powiem szczerze, że coś ciężko idzie ta zbiórka, więc trochę mnie to smuci... Po kilku pierwszych wpłatach dłuuugo nic nie przyrastało na koncie, dopiero niedawno pojawiły się nieśmiało nowe datki. Wiem, że nie każdy może się dorzucić, zwłaszcza większą kwotą. Ale to nie chodzi o zapełnianie całego koszyczka w pojedynkę. Dychę to chyba prawie każdy jest w stanie wysupłać (no dobrze, też nie każdy, ale napisałam przecież, że prawie każdy, a jak nie dyszkę, to piątaczka chociaż może, co...?). A dziesięć datków po 10 złotych, to już stówka. Ileż to dobra dla kotków można za to kupić!

No więc załóżmy, że mamy w kieszeni dychę, z którą bylibyśmy może nawet w stanie się rozstać, przeznaczając ją na jakiś szlachetny cel... Więc co jeszcze jest potrzebne? Potrzebne jest dobre serce dla kociaków. Bo sama operacja wpłaty nie jest ani trochę skomplikowana ani czasochłonna. Z profilu zbiórki, do której niżej podaję link, można wybrać (lub wpisać) dowolną kwotę i przenieść się automatycznie na stronę swojego banku, zalogować się, zaakceptować przygotowany automatycznie przelew i już. Trzy minuty wszystko razem, prościzna. Do wyboru zresztą jest jeszcze kilka form płatności, karta bankowa, zwykły przelew, co kto woli. 

Liczy się każda wpłata, bo grosz do grosza... wiadomo. Drevni Kocurek utrzymuje przygarnięte kocie biedaki w niewielkim mieszkaniu, za własną skromną wypłatę, okrojoną jeszcze drastycznie z powodów dokładniej znanych pracodawcy, a tłumaczonych wiarygodnie pandemią, zastojem w branży i ogólnym kryzysem. Nie pozwólmy, żeby ten kryzys odbił się na kotkach, które potrzebują nie tylko ciepła i miłości, ale też zwyczajnej strawy (która kosztuje), niektóre kotki - karmy specjalistycznej (wiadomo - droższej), czystej kuwety (żwirek też kosztuje) i leczenia (a to czasem kosztuje jeszcze więcej). Zbiórka jest na POMAGAM.PL pod tym adresem: 

https://pomagam.pl/3mcmefi

Zapraszam!

To tylko dwa z kotków mieszkających u Drewniego Kocurka.
 A oprócz nich jest jeszcze dziesięć do wykarmienia!


*****