Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obrazy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obrazy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 stycznia 2026

Co świętować w styczniu.

Dawno nie było obrazków, więc jako ilustracja (nie na temat, co prawda) jeden z moich ostatnich olejów, niewielki, 30x40 cm, w dwóch wersjach sztucznego oświetlenia, bo dziennego światła to ani wczoraj ani dzisiaj nie można było uświadczyć.






Nowy rok zaczął nam się od powrotu od znajomych przed północą, bo w domu czekało stado wystraszonych kotów i pies. W ubiegłym roku było nawet dość spokojnie, owszem trochę postrzelali, ale krótko i niezbyt intensywnie, więc miałam nadzieję, że ludzie mądrzeją i tym razem będzie cywilizowane świętowanie. Niestety, rozpętał się jakiś armageddon. Wokół nas przez ostatni rok powstało niemal całe nowe osiedle i chyba sami neandertalczycy się tam powprowadzali, bo kanonada była jakby świat się kończył. Niektórzy ludzie mają może pieniądze, ale ani rozumu, ani empatii.

Ale zmieńmy temat -  jako że zaczyna się nowy miesiąc, chciałam podtrzymać moją nową świecką tradycję na tym blogu i podrzucić tutaj propozycje do imprezowania na styczeń. Co prawda i tak zaczyna się karnawał, więc okazji do szaleństw nie zabraknie, ale nie wszyscy lubią klasyczne bale i tradycyjne karnawałowe domówki, czy - jak to się drzewiej mawiało - prywatki. 

Nietypowe święta w styczniu - jest tego więcej, wymieniam tutaj głównie kulinarne (pogrubione dla ułatwienia) i trochę jakichś zabawnych albo przynajmniej dających okazję do zabawy.


  •  1 stycznia  - Światowy Dzień Kaca
  •  2 stycznia  - Dzień Introwertyka
  •  2 stycznia  - Dzień Ptysia
  •  3 stycznia  - Dzień Słomki do Picia
  •  4 stycznia  - Dzień Spaghetti
  •  5 stycznia  - Dzień Bitej Śmietany
  •  6 stycznia  - Dzień Fasoli
  •  6 stycznia  - Międzynarodowy Dzień Kruchego Ciasta
  •  9 stycznia  - Dzień Moreli
  • 11 stycznia - Dzień Wegetarian
  • 12 stycznia - Dzień Sprzątania Biurka
  • 12 stycznia - Dzień Całowania Złotowłosych (ang. Kiss A Ginger Day, czyli powinno być chyba "Rudowłosych", bo w ang. ginger znaczy imbir ale też rudy)
  • 13 stycznia - Dzień Naklejki
  • 13 stycznia - Dzień Gumowej Kaczuszki
  • 13 stycznia - Dzień Wzajemnej Adoracji
  • 13 stycznia - Dzień Polskiej Wódki
  • 14 stycznia - Dzień Ukrytej Miłości (jak to świętować?)
  • 14 stycznia - Dzień Osób Nieśmiałych (jak wyżej)
  • 15 stycznia - Dzień Bajgla
  • 16 stycznia - Międzynarodowy Dzień Pikantnych Potraw
  • 17 stycznia - Światowy Dzień Pizzy
  • 17 stycznia - Dzień Wszystkich Fajnych
  • 18 stycznia - Światowy Dzień Śniegu
  • 18 stycznia - Dzień Kubusia Puchatka
  • 19 stycznia - Dzień Popcornu
  • 20 stycznia - Dzień Miłośników Sera
  • 21 stycznia - Międzynarodowy Dzień Przytulania
  • 22 stycznia - Dzień Ostrego Sosu
  • 26 stycznia - Dzień Drugiej Połówki
  • 28 stycznia - Międzynarodowy Dzień Lego
  • 29 stycznia - Międzynarodowy Dzień Puzzli
  • 30 stycznia - Dzień Rogalika

********




Plastycznie - przerabiam różne moje stare prace, ale zabrałam się też za oprawianie obrazków, o których zapomniałam, że je w ogóle mam. Oraz, że je kiedyś namalowałam :).

Książkowo - kończę Renaty Pawłowskiej "Włochy, 111 przygód" i napoczęłam już biografię Chagalla, w kolejce czeka Follett i jego "Niech stanie się światłość", może po tym zrobię drugie podejście do "Filarów Ziemi", bo nie pamiętam dlaczego mi się ta książka kiedyś nie spodobała (i chyba jej nie dokończyłam). Ale na razie dam Wam odpocząć od wpisów książkowych, bo cały grudzień tak zleciał mi tu na blogu z książkami.

A poza tym - zaczęłam uczyć się włoskiego z Duolingo. Miałam już kiedyś chyba ze dwa podejścia z jakimiś kursami typu książka+audio, ale jakoś mi to nie szło. A ponieważ syn ma pakiet familijny, to mnie namówił i dopisał do grupy. I nagle się okazało, że nauka języka może być całkiem fajna i przyjemna! Bez zanudzania regułami gramatycznymi i odmianami w czasach, których się prawie nie używa. Po prostu zaczynasz rozmawiać. Tak jak dziecko zaczyna się uczyć powtarzając to co mówią rodzice - nikt przecież dwulatkowi nie każe odmieniać przez przypadki czy klepać jakichś regułek. W ciągu miesiąca nauczyłam się tyle, co w liceum z francuskiego przez cztery lata. Nie zamierzam być tłumaczem, język potrzebny mi jest do tego, żeby się jakoś z Włochami dogadać. A tak naprawdę to pierwszym powodem, dla którego zabrałam się za ten włoski, była potrzeba rozruszania szarych komórek. Mimo emerytury pracuję wciąż i w moim zawodzie nieustannie muszę się szkolić, ale to jest jednak wciąż jedna dziedzina. Neurolodzy zalecają uczenie się czegoś nowego. A języki obce nie były nigdy moją mocną stroną, więc postanowiłam wziąć byka za rogi... Ale żeby ten byk nie był taki bardzo oporny, to wymyśliłam sobie konkretnie język włoski, bo jest dla Polaków dość łatwy, wymowa prawie jak nasza, gramatyka dość prosta. No a w międzyczasie działo się to wszystko, o czym wspomniałam w poprzednim wpisie, więc motywacja mi wzrosła :). Myślę też, że gdyby w szkołach uczono mnie kiedyś języków w taki sposób, jak jest to opracowane w Duolingo, to dzisiaj mówiłabym biegle po francusku i po niemiecku. Nasz system nauczania niestety jest totalnie do bani i nie dotyczy to tylko języków, ale generalnie wszystkich przedmiotów. Przeładowane i fatalnie opracowane programy, nauczyciele w 90% nie nadający się do tego zawodu... no dobra, nie nakręcajmy się. Ten etap na szczęście dawno za mną i moimi dziećmi :). Nie licząc szkoleń zawodowych, ale to całkiem inna bajka.




Wszystkiego najpiękniejszego w nowym roku!

********




czwartek, 30 maja 2024

Łubin.

Po serii książkowych wpisów pora wrócić do pokazywania obrazków. Prezentuję Wam dzisiaj kolejny kwiatowy malunek, tworzony ze Swietłaną Rodionową (było już kilka wpisów na ten temat). Miałam  - jak zwykle, haha! - kłopot z uchwyceniem na zdjęciach w miarę realistycznej kolorystyki obrazu. Jest tam kilka odcieni fioletów, od niemal całkiem niebieskiego, przez wrzosowy i liliowy, aż do prawie czerwonego, na zdjęciu wyszło za bardzo niebiesko, no i nic nie umiem na to poradzić. Zresztą dużo zależy w tej materii od monitora - na komputerze widzę ten obrazek w niebieskościach, ale na smartfonie paleta barw jest bardziej urozmaicona, nawet dość realistycznie to wygląda. W sumie to właśnie te eksperymenty z mieszaniem różnych odcieni czerwieni i błękitów były głównym powodem podjęcia tego akurat tematu. W założeniu miała to być tylko etiuda, czyli malunek szkicowy, taka jakby wprawka na temat kontrastów fioletów i zieleni, łączenia błękitów z czerwieniami itd. W realu wyszło całkiem nieźle, ale przyznam się Wam, że z tego malowania z Rodionową najbardziej mi się do tej pory podobały floksy - tutaj można je obejrzeć: https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2024/01/biae-na-biaym-floksy.html

Trochę się nakombinowałam, ale i tak żadne zdjęcie nie oddaje wiernie kolorów, bo mój aparat nie uznaje połączenia w jednym obiekcie chłodnych błękitów i ciepłych pasteli. No cóż, lepiej nie będzie. 

Zatem wersja w dziennym oświetleniu (na smartfonie widzę budyniową żółć, której tam nie ma):



Wersja w sztucznym świetle:


Obraz olejny na płycie pilśniowej, 40x50 cm.

Obrazek namalowałam na odwrocie przeznaczonej do kasacji wyblakłej reprodukcji - zwykła płyta pilśniowa (tzw. twarda) z powierzchnią wyciśniętą w charakterystyczną krateczkę, która od biedy może udawać fakturę grubego płótna. Wspominałam kiedyś, że lubię malować na twardym i stabilnym podłożu - w bardzo dawnych licealnych czasach, kiedy nie było gotowych podobrazi, a samodzielne przygotowanie wymagało sporego wysiłku, często malowałam właśnie na takich płytach, oczywiście odpowiednio zagruntowanych. Dzisiaj maluję już trochę inną techniką i takie podłoże okazało się jednak mało komfortowe. Tak więc był to raczej jednorazowy "wyczyn" :).

Detale w pierwszej wersji:


I w drugiej, po poprawkach, w dziennym świetle (znowu ten budyń!):



*****

Nadal udzielam się "Na kanapie", chociaż mój entuzjazm nieco ostygł, bo nie wszystko mi się tam podoba, no ale nikt nie obiecywał, że będzie idealnie. Na razie nie będę rozwijać wątku, przyglądam się, a na wnioski i podsumowania będzie jeszcze czas.

Moje najnowsze recenzje:


  • JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI - "Jelita".


Moja ocena: 8/10  , link do recenzji:

https://nakanapie.pl/recenzje/wspaniala-powiesc-herbowa-jelita



  • HENRYK WANIEK - "Finis Silesiae".


Moja ocena - 7/10, link do recenzji:

https://nakanapie.pl/recenzje/taki-byl-slask-finis-silesiae



  • THOMAS SCHLESSER - "Oczy Mony".


Moja ocena - 8/10, link do recenzji:

https://nakanapie.pl/recenzje/dla-pasjonatow-sztuki-oczy-mony


Aktualnie czytam książkę Hugh Eakina "Wojna o Picassa" - mnóstwo interesujących faktów o tym, jak sztuka nowoczesna trafiła z Europy do Ameryki.

*****

A tutaj są wszystkie recenzje, które dotychczas zamieściłam "Na kanapie" - https://nakanapie.pl/gosiaprive/recenzje . 

Wstawiam tam także stopniowo te dawniej napisane, które publikowałam już tutaj na blogu - bo chcę je wszystkie mieć w jednym miejscu. 

Natomiast na sztaludze kończy się kolejny obrazek z serii "rodionowej" ;).

EDIT:

Po krótkim pobycie w serwisie "Na kanapie" zrewidowałam swoje poglądy na temat tego serwisu. Opinią i wnioskami na ten temat dzielę się w następnym wpisie: https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2024/06/wszedzie-dobrze-ale-na-blogu-najlepiej.html

*****


środa, 31 stycznia 2024

Tego obrazu nie będzie.

Chwilowo jest, więc pokazuję, póki istnieje, ale zaraz zostanie unicestwiony i nawet mam konkretny pomysł, co z niego będzie. Miałam nie pokazywać, ale co tam, zobaczcie, co mi się nie udało i nie zamierzam tego poprawiać w nieskończoność :).




Miał być wpis z dalszego ciągu malowania białego na białym, ale musiałam się w końcu rozprawić z tym oto obrazkiem, który stał od paru miesięcy niedokończony, jak wyrzut sumienia... Zaczęty wieki temu, porzucony z braku chęci i natchnienia, i prawie już skazany na zapomnienie. Najpierw stał na sztaludze, potem odstawiłam go do kąta, bo i tak praca nad nim zupełnie mi nie szła. Przez dłuższy czas niemal go nie zauważałam, zajmowałam się innymi rzeczami i omijałam go wzrokiem i myślą. Ale w końcu trzeba było podjąć jakąś decyzję, dokończyć, całkiem przemalować, albo wyrzucić w cholerę. No nie, szkoda podobrazia, coś bym na nim zrobiła, jakiś kolaż może... Ostatecznie jednak zabrałam się za malowanie, przy czym z pierwotnej wersji niewiele zostało. Tutaj wersja przedostatnia, wcześniejszych niestety nie uwieczniłam:




Obraz ma wymiary 50x60cm, namalowany jest farbami olejnymi na podobraziu płytowym z naciągniętym płótnem.

Zredukowałam większość tego, co było na początku i w moim pierwotnym zamyśle. Nie jestem zadowolona z tego obrazka ani trochę i dlatego jego los został już przesądzony, zostanie poddany totalnemu recyklingowi.

Ja wiem, że zaraz kilka osób napisze, że jest ok, całkiem dobry obraz, a ja jestem zbyt krytyczna wobec siebie ;). Tylko że ja po prostu miałam zupełnie inną wizję, ale jakoś nie bardzo potrafiłam to namalować. Już nie wspomnę o przekłamaniach kolorystycznych na zdjęciach...

Jeszcze raz wersja aktualna (przed unicestwieniem):




Sam motyw uwielbiam i podeszłam do niego już po raz trzeci. Inspiracją było zdjęcie w książce o stadninie koni w Janowie. Po raz pierwszy, wiele lat temu, narysowałam tę scenkę tuszem, tzw. piórkiem czyli artystyczną stalówką (bo były to czasy przedcienkopisowe) i to chyba była najbardziej udana wersja. Rysunek powędrował do kolegi jako upominek imieninowy. Jakiś czas później książka ponownie wpadła mi w ręce, przypomniało mi się to zdjęcie i tym razem namalowałam obrazek z tymże motywem - farbami olejnymi. To jest właśnie ta poprzednia wersja - kolorystyka dość monochromatyczna, sepiowo-oliwkowa, rozmiar A3 (zdjęcie przejaskrawione):



Średnio byłam jednak z niego zadowolona, więc od pewnego czasu myślałam nad kolejną wersją. Miałam nadal zdjęcie-inspirację i dość jasną wizję jak chcę to tym razem namalować, w trochę innym stylu. Najważniejsze miało być słoneczne światło wpadające szeroką falą do ciemnego wnętrza, tworzące kolorowe załamania jak w kalejdoskopie, taki zalew słońca i barw. Najpierw było za bardzo kolorowo i jasno, potem, w kolejnej wersji, trochę jakby ktoś fajerwerki odpalił, w końcu stopniowo zamalowałam większość tych kolorowych refleksów. W rzeczywistości jest tam jednak nieco więcej niuansów i cieplejszych tonów, ale mój aparat nie potrafi zbalansować błękitów i żółciami i czerwieniami, wybiera co mu tam pasuje.


Jak widać - główny motyw niemal nie zmieniony, chodziło mi w zasadzie tylko o tło, żeby była większa przestrzeń i podkreślone wrażenie światła wpadającego do ciemnego wnętrza. 

A to jest wspomniane zdjęcie:




Kilka słów o źródle inspiracji, czyli książce z tymże zdjęciem. 

Jest to bardzo interesująco napisana historia stadniny w Janowie do początku lat 80-tych, a przy okazji sporo ciekawostek o koniach w ogóle, o arabach w szczególności. Obszerniej pisałam już o tej książce w tym wpisie, więc nie będę tego tutaj kopiować. Jeśli kogoś temat ciekawi, to proszę zajrzeć pod ten link, książkę bardzo polecam wszystkim miłośnikom koni.

Niedawno widziałam na stronie janowskiej stadniny informację, że jest tam 480 koni, z czego 340 czystej krwi arabskiej, sporo jest także angloarabów. Nie będę się rozpisywać o najnowszych dziejach stadniny, kto się interesuje ten wie, jakie skandale i kontrowersje miały miejsce w okresie tzw. dobrej zmiany, jak niemal doprowadzono do bankructwa nasz skarb narodowy, jak skutecznie odstraszono bogatych hodowców od kupowania u nas koni, jak przepychanki i karuzela kolejnych prezesów, robiących karierę ale nie mających odpowiednich kompetencji i doświadczenia, w dodatku nie akceptowanych przez załogę i nie radzących sobie z podstawowymi problemami, wymazała z czołówki światowych stadnin nazwę Janów Podlaski. Nie zaszkodziły stadninie wojny i komuna, po niemal 200 latach prosperity rozłożyła ją na łopatki dobra zmiana. Mam nadzieję, że teraz już idzie ku lepszemu.


*****

Na malowanie nie mam ostatnio zbyt wiele czasu, bo zawsze coś... Sporo czytam, ale też brakuje czasu na pisanie recenzji, może wkrótce coś uda się naskrobać, garść poksiążkowych refleksji... Dziergam, szyję. Aktualnie robię na drutach sweter dla dziecka, a że dziecko jest dużym starym koniem, to trochę tego dziergania jest. Oczywiście jak pytałam jesienią, czy nie potrzebuje porządnego ciepłego swetra, to nie. Teraz nagle tak. A sweter będzie ciepły, dość gruby, mięciutki i milutki, bo z wełny merino, czyli najlepszej na świecie, bo nie gryzącej :). Wzór najmniej skomplikowany, bo dżersej po całości, dziecko tak chciało. Robię od góry na okrągło z rękawami reglanowymi, bez szycia. No ale brak komplikacji ze wzorem niekoniecznie jest zaletą, bo jak jest jakiś wzór do liczenia i pilnowania oczek, to jakoś szybciej z tą robótką czas leci, a tu ocean prawych oczek, nuuuda.... Mam nadzieję, że dziecko będzie zadowolone, to następny sweter zrobię już z jakimiś wariacjami typu wzór strukturalny, warkoczyk, czy bardziej ozdobne ściągacze. I może porwę się na jakąś bardziej ekskluzywną włóczkę, z Malabrigo dawno nic nie robiłam, marzy mi się :). Na zdjęciu niedawno zrobiony mój sweterek (poszalałam z warkoczykami), jeszcze nie zblokowany, a w tle synkowy w trakcie dziergania, oba z Big Merino Dropsa. Włóczka taka trochę sznurkowa, ale jednak merino, no i miało być grubo i ciepło :). Robienie z tej samej włóczki ma swoje zalety, bo wiadomo już, jakie druty się najlepiej sprawdzą, jaka próbka i jak się to zachowa w użyciu i po praniu.




Zdrówka Wam życzę, Kochani, Waszym zwierzątkom takoż. Moje stado zdrowe, a ja się od jesieni impregnuję propolisem i miksturą czosnkową (tutaj przepis) i jakoś choróbska mnie omijają, póki co. Oby tak dalej :).

*****


sobota, 6 stycznia 2024

Białe na białym - floksy.

To kolejny obrazek malowany równolegle ze Switełaną Rodionową - pisałam o tej mojej najnowszej  inspiracji w poprzednim poście "Malowanie na ekranie" - tutaj. Mam wrażenie, że z każdym kolejnym obrazkiem idzie mi coraz lepiej, maluje mi się w każdym razie swobodniej i pewniej, chociaż oczywiście do pełnego zadowolenia droga jeszcze daleka :).

Rodionowa w kilku filmach na YT pokazała jak malować białe kwiaty na białym tle. Na pierwszy raz wybrałam obraz z bukietem floksów. Filmy Rodionowej głównie oglądam, do słuchania jest niewiele, artystka mało mówi i w dodatku nie wszystko dokładnie rozumiem (bo po rosyjsku i niezbyt wyraźnie), ale zwróciłam uwagę na moment, kiedy pokazywała i omawiała jak różne są odcienie bieli na tym obrazie i jakimi kolorami trzeba ją namalować. Do bieli na obrazie z floksami użyłam więc - oprócz bieli tytanowej i cynkowej - drugie tyle: czerni, ultramaryny, ochry, umbry, sieny i po odrobinie czegoś tam jeszcze. Bieli w stanie czystym, nie zmieszanym z innymi kolorami, użyłam zaledwie punktowo w samych kwiatkach, na filiżance i w blikach na wazonie. A przecież w ustawionym w pracowni "modelu" prawie wszystko było białe: płatki kwiatów, ściana, obrus, filiżanka. Przeźroczysty szklany wazon i tylko zielone łodygi i listki floksów.  

Jak zwykle moje zdjęcia pozostawiają sporo do życzenia, a przede wszystkim nie oddają wiernie barw:



Malowanie bieli jest ciekawym doświadczeniem. W naturze czysta, nieskazitelna biel niemal nie występuje, ponieważ biel zawsze odbija światło oraz inne kolory. Wystarczy położyć na białej kartce cytrynę, a na drugiej - pomidora. Jak się przyjrzymy, to dostrzeżemy różnicę w kolorze obu kartek. Ta z cytryną będzie odbijała kolor żółty i będzie się nam wydawała nieco żółtawa, ta z pomidorem będzie miała lekkie zabarwienie czerwienią. Albo popatrzmy na białą ścianę w różnym oświetleniu: zupełnie inaczej będzie wyglądała w ciemnym kącie, inaczej przy oświetleniu tradycyjną żarówką, halogenem, wreszcie - gdy padnie na nią promień słońca. Że nie wspomnę o kolorze abażuru, który odbije się na tej - wciąż białej przecież - ścianie. Jak abażur będzie zielony, to ściana będzie się wydawała zielona, to oczywiste. W nocy będzie czarna - nie ma światła, nie ma czego odbić, bieli nie ma. A przecież tak naprawdę wiemy, że ta ściana jest wciąż biała, bo taką farba ją pomalowaliśmy, prawda? Ot, taki optyczny psikus :). To taka wiedza chyba jeszcze ze szkoły podstawowej, o ile dobrze pamiętam. Osobom zainteresowanym tematem polecam bardzo ciekawy i obszerny artykuł o różnych podejściach do kwestii barw  pt. "Teoria koloru" (tutaj).

I jeszcze przytoczę Wam jeszcze takie ciekawe fragmenty z innego artykułu Czy czarny i biały to kolory?, tym razem konkretnie o czerni i bieli:

Jak można zauważyć w tęczy, czerń nie znajduje się w widmie widzialnych kolorów. Z wyjątkiem czerni wszystkie inne kolory są odbiciem światła. Czarny to brak światła. W przeciwieństwie do bieli i innych barw czysta czerń może istnieć w naturze bez obecności żadnego światła.

Niektórzy uważają, że biel jest kolorem, ponieważ białe światło zawiera wszystkie barwy w widmie światła widzialnego. Z kolei wiele osób uważa czerń za kolor, gdyż trzeba połączyć inne pigmenty, aby utworzyć ten kolor na papierze. Jednak w sensie technicznym czerń i biel nie są kolorami, ale odcieniami. Uzupełniają one kolory. „A jednak działają jak kolory. Wywołują uczucia. Mogą być ulubionym kolorem dziecka.” — mówi projektant grafiki Jimmy Presler.

W nauce kolor czarny to brak światła. A kolor jest zjawiskiem światła. Ale czarny obiekt lub czarne obrazy wydrukowane na białym papierze są tworzone z pigmentu, a nie ze światła. Artyści muszą więc używać najciemniejszego koloru farby dla przybliżonej czerni.

To, co widzisz jako pigment o czarnym kolorze lub światło o białym kolorze, w rzeczywistości składa się z różnych jasnych lub ciemnych kolorów. Nic nie może być czystą bielą lub czystą czernią, z wyjątkiem niefiltrowanego światła słonecznego lub głębi czarnej dziury.

A czy wiecie, jaki kolor ma futro niedźwiedzia polarnego? Otóż wcale nie jest ono białe. Taki polarny misio skórę ma całkiem czarną, co jest logiczne, ponieważ kolor czarny najlepiej "trzyma" ciepło, którego pod biegunem raczej brakuje. Natomiast futro jest bezbarwne i przeźroczyste. Poszczególne włosy są wypełnione powietrzem, co daje doskonałe właściwości izolacyjne, a jednocześnie ich powierzchnia nie jest gładka, wręcz przeciwnie - pokryta jest rozmaitymi wypustkami i nierównościami, które mają za zadanie załamywanie i odbijanie światła. Do tego dochodzi kolejna sztuczka, mianowicie niedźwiedzie włosy w czasie nieustannych kąpieli nasiąkają minerałami morskimi - a połączenie tych wszystkich czynników powoduje zmianę długości fali promieni ultrafioletowych i powstanie zjawiska luminescencji. Czyli miś odbija światło i świeci bielą. Ciekawy artykuł na ten temat - tutaj.

Ale porzućmy te fascynujące rozważania o bieli i wróćmy do obrazka. Wyżej było zdjęcie zrobione w świetle dziennym, tutaj jest w oświetleniu sztucznym światłem ciepłym:



W temacie bieli przypomniał mi się epizod z książki "Burza kolorów", o której pisałam tutaj (klik). Rzecz dzieje się w Wenecji w XVI wieku, ale w rozmowie o kolorach Giorgione rzuca przypuszczenie, że może ktoś kiedyś wpadnie na niezwykły pomysł i namaluje biały kwadrat na białym tle. To oczywiście nawiązanie do słynnego obrazu Kazimierza Malewicza z 1918 roku "Białe na białym", przedstawiającego właśnie biały kwadrat na białym tle (link dla zainteresowanych: Kompozycja suprematyczna).

No i jeszcze raz obrazek, tym razem w oświetleniu sztucznym białym/zimnym. Na monitorze mojego komputera ta wersja jest najbardziej zbliżona do oryginału:




Obraz olejny 40x50cm, płótno na blejtramie.

*****


niedziela, 10 grudnia 2023

Malowanie na ekranie.

Nigdy nie byłam fanką sztuki zaangażowanej, niosącej jakieś przesłanie. Dzieło sztuki ma mi się podobać, tak zwyczajnie, wizualnie, bez podtekstów i domysłów co autor miał na myśli. A jeśli nawet nie trzeba się domyślać, bo jasno i wprost z samego dzieła wynika, na jaki problem artysta chciał zwrócić naszą uwagę, to w moich kategoriach jest to tzw. sztuka użytkowa, jak meble, tkaniny, plakaty itd. Kilka razy zdarzyło mi się stworzyć jakąś grafikę okolicznościową czy plakat, ale to było w czasach szkolnych, kiedy musieliśmy robić takie rzeczy w ramach lekcji. Sama dla siebie maluję/rysuję tematy, które są według mnie po prostu ładne. Maluję konie, ptaki, pejzaże. Jakoś nigdy nie namalowałam kota... hmmm... w sumie nie wiem dlaczego, chyba trzeba będzie nadrobić to niedopatrzenie. Nie maluję portretów, bo przy mojej prozopagnozji wszystkie twarze byłyby takie same, a w każdym razie niepodobne do modela :). Nie maluję wedut - kilka razy coś tam się trafiło, Kraków zwłaszcza, bo to moje ukochane miasto, ale generalnie jakoś mi ten temat nie leży. Żadnych martwych natur, budynków, ulic, tłumów, pojedynczych postaci. Mało maluję kwiatów, bo średnio mi wychodzą, a przecież bardzo lubię oglądać obrazy z kwiatami. No więc postanowiłam wyjść ze swojej strefy komfortu, jak to się teraz modnie mówi, i poćwiczyć trochę malowanie kwiatków.

Niedawno natrafiłam na YT na filmiki malarki Swietłany Rodionowej, na których można prześledzić cały proces malowania przez artystkę poszczególnych obrazów. Dominującym tematem są u niej właśnie kwiaty. Same obrazy może nie są jakoś szczególnie w moim typie, ale zaciekawił mnie proces malarski. No bo ja w zasadzie nie mam solidnego przygotowania artystycznego, jestem samoukiem, więc staram się korzystać z takich lekcji na YT. Pooglądałam, poprzyglądałam się, jak pani Swietłana buduje obraz od ogółu do szczegółu, jak dobiera kolory, zaciekawiły mnie niektóre gesty, pociągnięcia pędzla... Jakim ruchem maluje elementy tła, a jakim poszczególne listki. Nie mogę wyzbyć się maniery trzymania pędzla tak jak ołówek czy pióro, co niestety prowadzi do zbyt precyzyjnej, nieco "sztywnej" pracy. Na to też zwróciłam uwagę - Radionowa trzyma pędzel luźno, za końcówkę trzonka, i paćka tym pędzlem plamy, z których wyłania się kształt. Ja tak nie potrafię, chcę się nauczyć. 

Szczególnie spodobały mi się obrazy w cyklu "białe na białym", czyli białe kwiaty na białym tle, i pomyślałam sobie, że warto spróbować takiego malowania razem z nią. Ale na pierwszy rzut wzięłam sobie za wzór bardziej kolorowe bukiety. Pokażę Wam dzisiaj dwa moje obrazki z tych "lekcji". 

Bukiet z różami i peoniami. No i tak to wyszło, pokazuję w dwóch wersjach oświetlenia, a oczywiście w realu wygląda to jeszcze inaczej, coś pomiędzy :)





Obraz olejny, płótno na blejtramie, 40x50cm.

A tutaj jest filmik i obraz Swietłany Rodionowej:


Oczywiście widać tę przepaść między nami :))). U niej bukiet jak żywy, u mnie wyszło trochę... laurkowo ;). Ale nic to, uczę się, mam teraz więcej czasu, ćwiczenie czyni mistrzem, będzie lepiej!

Ja mam niestety skłonność do wygłaskiwania i dziubania szczególików, więc ten mój obrazek jest taki bardziej wymęczony, ale właśnie to malowanie równolegle do filmiku miało mi pomóc trochę zwalczyć te niepożądane nawyki. 

I drugi obrazek, chryzantemki, też w realu coś pomiędzy tymi dwiema wersjami:




Obraz olejny, płótno na blejtramie, 40x50cm.

A tak to wyglądało u artystki:




Z tych chryzantem jestem bardziej zadowolona, zwłaszcza że namalowałam je znacznie szybciej i swobodniej, w zasadzie w tempie Rodionowej. Pierwszy bukiet trochę mnie zmęczył i pewnie za jakiś czas namaluję go od nowa. Chciałabym też jeszcze kilka obrazków z tą artystką namalować, mam nadzieję, że będzie mi szło coraz lepiej :).

*****



sobota, 28 października 2023

Kicz, czyli latarnia morska. I rozważania o czosnku.

Taki oto kicz mi wyszedł niespodziewanie. Znalazłam fajne zdjęcie w internecie i koniecznie zachciało mi się ten widok namalować. Nawet całkiem podobnie wyszło, a jednak na zdjęciu jest cudnie, za to obraz wydaje mi się okropnie kiczowaty. Co prawda... zawsze powtarzam, że najbardziej spektakularne kicze tworzy sama natura ;).




Kolorki oczywiście nieco przekłamane. Niestety, połączenie w jednym zdjęciu głębokich błękitów z odcieniami sieny, żółci i oranżu zachodzącego słońca, przekracza możliwości mojego aparatu. No i prawda jest też taka, że całkiem inaczej to wygląda na ekranie komputera, a inaczej na telefonie.

Właściwie to miałam Wam pokazać zupełnie inny obrazek. Ale tamten nie chciał się namalować. To znaczy owszem, malowałam go, malowałam..., ale w żaden sposób nie mogłam dojechać z tym malowaniem do szczęśliwego finału. Gdzieś w połowie utknęłam i zupełnie straciłam koncept. Nie będę się tutaj rozwodzić nad tym nieukończonym dziełem, bo jednak mam nadzieję, że po dłuższej przerwie spłynie na mnie jakaś cudowna wena i uda mi się go dokończyć - a wtedy zaprezentuję go światu i opowiem bardziej szczegółowo jego historię. 




A tymczasem... Po kilku tygodniach paraliżu twórczego, kiedy już z pewnym obrzydzeniem patrzyłam na tamten niedokończony obrazek (a jak miałam go na sztaludze, to nie szło mi też z czymkolwiek innym, próbowałam rysować i malować akwarelami małe obrazki, ale ten niedokończony patrzył na mnie z wyrzutem), doszłam do wniosku, że potrzebna mi jest odskocznia, zmiana tematu. Czyli po prostu muszę go schować gdzieś za szafę na jakiś czas i czym prędzej namalować coś zupełnie innego. Tak też zrobiłam i pewnego pięknego weekendu wyszło spod mojego pędzla takie coś. Inspiracją, jak to często bywa, było zdjęcie znalezione w przepastnych głębinach Pinteresta. 




Obraz olejny na podobraziu płytowym (płótno naciągnięte na płytę), rozmiar 50x70 cm.
Tak jak widać na powyższym zdjęciu - lubię malować na takim stabilnym, sztywnym podłożu, niestety podobrazie płytowe nie nadaje się do zawieszenia na ścianie bezpośrednio (no, chyba że za pomocą taśmy dwustronnej), więc dopóki nie mam natchnienia na zawiezienie tych obrazków do oprawy, to stoją tak sobie w różnych miejscach w domu, na podłodze i na różnych półkach i komodach.

*****


A co poza tym...? Kotki zdrowe, pies jeszcze bardziej ;). Tylko najstarsza Sabinka coś niemrawa ostatnio, z obserwacji nic konkretnego nie wynika, ale może weźmiemy ją do weta, żeby obejrzał, krewkę pobrał itd. Człowieki jak koty - im starsze, tym bardziej niemrawe, ale tak ogólnie nieźle się trzymamy. Jak co roku jesienią - aplikujemy sobie miksturę czosnkową zapobiegawczo na wszelkie zarazki i zaraz Wam zapodam recepturę, a przy okazji garść istotnych informacji. 

Składniki w następujących proporcjach: na 100ml miodu (oczywiście od wiarygodnego pszczelarza, nie z marketu!) - sok z jednej cytryny i jedna główka czosnku. To nam da razem pojemność około jednej szklanki (200ml) mikstury. Te ilości można dowolnie mnożyć, stosownie do potrzeb lub w miarę posiadanych składników. Ja robię zwykle razy 4, to wychodzi mi jeden słoik. Jak się zużyje połowa, to nastawiam kolejną porcję, bo to musi trochę odstać. Proporcje można oczywiście trochę modyfikować, zwłaszcza że cytryna cytrynie nie jest równa, to samo dotyczy czosnku - główki bywają różnej wielkości, a i "moc" czosnku też może być większa lub mniejsza.

Przygotowanie: najpierw obrać i przecisnąć przez praskę czosnek, jak nie mamy praski to dobrze zgnieść lub posiekać. I koniecznie odstawić na minimum 15 minut, a dlaczego, to będzie dalej. Po tym czasie połączyć miód, sok z cytryny i czosnek (jak miód jest już twardy, to trzeba go rozetrzeć albo bardzo delikatnie podgrzać, nie więcej jak do 30 stopni), odstawić całość w chłodne i ciemne miejsce, najlepiej do lodówki, na 2-3 tygodnie. Potem można po prostu odcedzić i używać leczniczo sam płyn, a czosnek dodawać do różnych potraw - świetnie się nadaje do surówek jako składnik sosu vinegrette, a mój mąż czasem robi z niego nalewkę z dodatkiem aronii i czegoś tam jeszcze (na nadciśnienie). Druga metoda to zmiksowanie całej mikstury łącznie z czosnkiem i zażywanie w takiej gęstej postaci (po rozcieńczeniu wodą), ewentualnie można wykorzystać jako słodko-kwaśny sos do sałatek, pasztetów itp. W takim przypadku nie musi to "naciągać" tak długo, w zasadzie można używać od razu.

Stosuje się około 1 łyżki dwa razy dziennie, najlepiej rozpuszczone w pół szklanki letniej wody. Można bez rozcieńczania, ale jest ryzyko podrażnienia przewodu pokarmowego. Dawka dotyczy dorosłych, dzieciom oczywiście daje się mniej, w zależności od wieku. No i trzeba wziąć pod uwagę ewentualne przeciwwskazania z uwagi na problemy z wątrobą i temu podobne, ale to nie jest porada medyczna, więc nie rozwijam wątku.

W tym miejscu pozwolę sobie jednak wrzucić odrobinkę mądrości, bo nie wszyscy wiedzą, jak przygotować czosnek, żeby wyciągnąć z niego jak najwięcej korzyści dla zdrowia. Czosnek, żeby uwolnić swoje prozdrowotne właściwości, musi mieć przerwane błony komórkowe, co powoduje, że uwalniają się i łączą ze sobą dwa składniki - alliina i enzym allinaza, z których powstaje allicyna, czyli to, co jest nam potrzebne najbardziej. Kiedy zjadamy całe ząbki czosnku, allicyna nie powstaje (dezaktywuje się w PH poniżej 3, a w żołądku mamy około 1,5). Natomiast po zmiażdżeniu ząbków i odczekaniu kilkunastu minut (żeby nastąpiła właściwa reakcja), czosnek można już poddawać dowolnej obróbce - smażyć, gotować itd. Allicyna nadal zachowa swoje cenne właściwości, nie szkodzi jej wysoka temperatura.

Czosnek jest najsilniejszym antybiotykiem naturalnym, porównywalnym z penicyliną - wystarczy (na przykład podczas przeziębienia) jeść jeden ząbek dwa razy dziennie, skutek jest taki sam jak przy podawaniu antybiotyku. Oczywiście - wcześniej trzeba ten ząbek przygotować, czyli zmiażdżyć i pozwolić zadziałać allinazie na alliinę! Ja w razie ataku chorób grypopodobnych wyciskam codziennie porcję kilku ząbków do małej filiżanki i potem sukcesywnie dodajemy to sobie do zupy, twarożku, na kanapkę itd.

Właściwości czosnku (źródło):

  • działa wazoprotekcyjnie (czyli ochronnie wobec naczyń krwionośnych) i antyagregacyjnie (zapobiega tworzeniu zakrzepów), przez co zapobiega miażdżycy tętnic;
  • obniża ciśnienie tętnicze krwi (skurczowe i rozkurczowe, poprawia przepływ krwi u pacjentów ze zmianami wieńcowymi);
  • reguluje profil lipidowyobniżając stężenie lipidów we krwi (zarówno allicyna jak i ajoen zawarte w czosnku hamują syntezę cholesterolu, w efekcie czego czosnek obniża poziom cholesterolu we krwi);
  • Wpływa pozytywnie na skład mikroflory jelit, działa leczniczo w dysbiozach — stosowanie czosnku wpływa na poprawę mikrobioty — zwiększa jej różnorodność biologiczną, wzrasta liczba gatunków Lactobacillus i Clostridia (w przeprowadzonych badaniach efekt odnotowano już po 3 miesiącach suplementacji czosnkiem);
  • działa przeciwdrobnoustrojowo wobec patogenów wywołujących próchnicę i zapalenia przyzębia — Porphyromonas gingivalis, Aggregatibacter actinomycetemcomitans i Streptococcus mutans;
  • wykazuje silne działanie przeciwbakteryjne — wobec wielu bakterii gram dodatnich i gram ujemnych, a nawet wobec niektórych szczepów antybiotykoopornych;
  • wykazuje działanie przeciwzakrzepowe — działa antyagregacyjnie;
  • zapobiega rozwojowi nowotworów, działa antyoksydacyjnie (działa neutralizująco na wolne rodniki, chelatująco na jony miedzi i żelaza). 
  • Z własnych rodzinnych doświadczeń zaobserwowałam, że jak od października do marca systematycznie pijemy ten "eliksir" (1 łyżka dziennie), to choróbska jesienno-zimowe nas omijają, albo co najwyżej tylko delikatnie muskają. Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że mój mąż jest silnie uczulony na wszelkie pszczele produkty, a w tej miksturze miód mu zupełnie nie szkodzi.  Oboje wyleczyliśmy też czosnkiem, bez aptecznych antybiotyków (plus wspomagająco restrykcyjna dieta, probiotyki itd) w ubiegłym roku zakażenie paciorkowcami i candidą. A więc - polecam, zwłaszcza jako profilaktykę w sezonie grypowym.

    Zdrówka wszystkim życzę, Waszym czworonożnym pupilom także!



    *****

    sobota, 27 maja 2023

    Akcja renowacja.

    Dzisiaj mam dla Was krótki wpis i coś z domowego archiwum. Ten pastel narysowałam wieki temu. No doooobra, przyznam się - od 40 lat co najmniej wisiał u moich rodziców... W słonecznym pokoju, choć nie w pełnym słońcu. Suche pastele są bardzo nietrwałe i wrażliwe na światło słoneczne, więc obrazek z czasem zaczął tracić kolory. Zabrałam go w końcu i postanowiłam odnowić, bo go lubię i szkoda by było rzucić na pożarcie płomieniom w kominku ;). Tutaj wersja po renowacji:




    A tutaj przed (z jakimś refleksem i odbiciem w szybie, a w jakim stanie ramka, to każdy widzi):




    Dawno temu uwielbiałam pastele, ale potem oddałam serce farbom olejnym i pastele poszły w odstawkę. Do dzisiaj jednak zachowało się pudło z kolorowymi pałeczkami sprzed kilku dekad - niezła firma i jakość, więc tak sobie leżały na półce między rysunkami, czekając na moją pastelową wenę... Wena nie nadchodziła, lata mijały, aż pojawiło się wyzwanie w postaci starego obrazka do uratowania. Pytanie jednak - czy po tylu latach pastele jeszcze się nadają do użytku? No i okazało się, że chociaż jakby nieco straciły swoją kredową miałkość i przyczepność, to wciąż dają radę :). Na potrzeby takiej ratunkowej akcji są w sam raz.

    W trakcie pracy:




    Nie chciałam obrazka całkiem przemalowywać, podkolorowałam tylko co nieco dla odświeżenia. Bardziej ucierpiała ramka, która się rozeschła, a dodatkowo w transporcie miała przygodę z gwałtownym hamowaniem i trzeba będzie ją posklejać. A w ogóle to może dam ten pastel do nowej oprawy, bo przydało by się passe-partout... Na razie leży luzem na szafie :).

    Suche pastele, wymiary obrazka: 35 x 70 cm.




    Pastelowe pałeczki firmy Dealer&Rowney mam od wielu lat, dostałam kiedyś, w czasach mojej wczesnomłodzieńczej aktywności twórczej, taki komplet 72 sztuk w tonacji portretowej. Było to naprawdę bardzo dawno temu, więc nie byłam pewna czy zachowały swoje właściwości po takim czasie. Okazało się, że "działają" prawie bez zmian, tak samo jak w czasach mojej i ich młodości :). 
    Zestaw, jako się rzekło, był kolorystycznie przystosowany do rysowania portretów, a tych akurat niewiele rysowałam, więc "zeszły" mi raczej zielenie, błękity, szarości, fiolety, natomiast zostało sporo odcieni cielistych, beżowo-różowych, żółci i w kolorach włosów. Wykorzystałam zatem teraz to co miałam, nie widzę na razie sensu dokupienia brakujących kolorów, bo chwilowo nie przewiduję wznowienia rysowania pastelami. 




    Kilka słów o technice. Degas, zapytany przez dociekliwego pasjonata pasteli o to, jak uzyskuje tak niesamowitą świetlistość barw w pastelach z tancerkami, odpowiedział: "Oczywiście, że martwym tonem, a co pan myślał?!". Oznaczało to używanie najpierw ciemniejszych, zgaszonych barw, a następnie na nich kolejne warstwy były nanoszone jasnymi pastelami. Natomiast żeby się to nie mieszało i nie brudziło, artysta utrwalał kolejne etapy specjalnym preparatem, co pozwalało mu na nakładanie na siebie wielu warstw pasteli. Nie wiem, jaki był skład tego preparatu, dzisiaj używamy fiksatywy, lub opcjonalnie znacznie tańszego lakieru do włosów, słyszałam też o wykorzystywaniu przez profesjonalnych pastelistów zwykłej wody z cukrem. Efekt podobny, to raczej kwestia wygody użycia i - nie da się ukryć - niebagatelnej różnicy w cenie.


    Na ten sam pomysł wpadłam wiele lat temu zupełnie przez przypadek i pewnie wielu pastelistom takie "odkrycie" się przydarzyło. Otóż pewnego razu narysowany pastelami gotowy obrazek spryskałam fiksatywą, a że nigdy wcześniej jej nie używałam, nie wiedziałam, że spotka mnie pewna niespodzianka. Mianowicie ten specyfik ma to do siebie, że zmienia niektóre kolory - zazwyczaj je przyciemnia, ale w różnym stopniu, więc bywa nieprzewidywalny. Nie spodobał mi się wówczas ten efekt, bo obrazek stracił swoją wyrazistość. A więc poprawiłam rysunek. Wtedy właśnie zauważyłam, że znacznie lepiej nakłada mi się nową warstwę pasteli na powierzchnię pokrytą utrwalaczem, niż bezpośrednio na wcześniejszą warstwę pasteli. 




    Pastelowego proszku nie można nakładać bez końca jeden na drugi - w pewnym momencie papier już nie przyjmuje kolejnej warstwy. Natomiast po utrwaleniu powierzchnia staje się znowu gotowa do nakładania kolejnych pasteli, robi się twarda i nieco szorstka, wcześniej naniesiony proszek nie osypuje się i można nakładać nowe kolory. Daje to rzeczywiście wspaniałe efekty, mimo że reakcję różnych kolorów na fiksatywę czasem trudno przewidzieć. Rysowanie pastelami w ten sposób jest więc w pewnym stopniu dziełem przypadku, który tylko trzeba umiejętnie wykorzystać. A jeśli chodzi o wykorzystanie szorstkości podłoża, to jako ciekawostkę dodam, że niektórzy pasteliści rysują po prostu na bardzo drobnym papierze ściernym. Papier, na którym powstał mój rysunek, to dedykowany właśnie pastelom specjalny rodzaj grubego papieru o dość szorstkiej powierzchni (w kolorze zbliżonym do grafitu).




    *****


    piątek, 31 marca 2023

    Lotosy. Obraz olejny.

    Po kolejnej nieplanowanej przerwie wracam na łono blogosfery - tym razem z obrazkiem, bo jakoś dawno żadnych obrazków nie pokazywałam, a przecież coś tam od czasu do czasu maluję. No i założenie było takie, że blog będzie miał charakter artystyczny, malarski... Tymczasem ostatnio jak nie recenzje książek, to coś o zwierzątkach domowych, polecajki i inne tematy zastępcze, a obrazki nie wiadomo gdzie. Więc proszę bardzo, świeżynka sztalugowa. Jak zwykle - w realu wygląda to nieco inaczej, mniej rozmazane i kolory bardziej nasycone... ech... w aparacie zdjęcia wyglądają cudnie, w komputerze całkiem dobrze, a w bloggerze masakra... no ja po prostu nie mogę się dogadać z tą techniką i zdjęcia lepsze nie będą... Nawet próbowałam zrobić telefonem i od razu dać na blog, ale nie mogłam się telefonem zalogować. Bez komentarza.




    Tak mnie naszło jakoś na kwiaty, a że mój ogród został od jesieni gruntownie przekopany przez Dżemika (półtoraroczny owczarek niemiecki), to kwiatków przed domem mam raczej szczątkowe ilości, więc namalowałam coś bardziej egzotycznego.





    Obraz olejny, 40x50 cm. 
    Miał być akryl, ale - zaraz po rozpoczęciu pracy nad tym obrazkiem - po raz kolejny uznałam, że to jednak nie moja bajka. Irytuje mnie szybkie schnięcie akryli, bo nie daje to takich możliwości jak w przypadku farb olejnych - spokojnego mieszania barw bezpośrednio na płótnie, tworzenia łagodnych przejść tonalnych itd. Oczywiście są media opóźniające schnięcie, ale mimo wszystko... no nie polubiłam akryli. Zrobiłam więc nimi tylko bardzo wstępną podmalówkę, a zasadniczą pracę wykonałam olejami.





    Podobraziem jest moja ulubiona płyta z naciągniętym płótnem, bo lubię takie sztywne, stabilne podłoże. Ostatnio jednak rozmyślam nad przestawieniem się na tradycyjne blejtramy (to po prostu grubsza rama z listewek, na którą naciągnięte jest płótno), ponieważ problem pojawia się w momencie, kiedy chce się obrazek powiesić na ścianie. Do cienkiej stosunkowo płyty raczej nie przykręci się tzw. zawiesia, zatem konieczna jest rama. No i wiadomo, kłopot z wizytą u ramiarza i dodatkowe koszty. Ja co prawda wolę mieć na ścianach obrazy oprawione, ale skoro zaczęłam z tymi moimi malunkami wychodzić do ludzi, to muszę uwzględnić fakt, że wiele osób lubi obrazy zawieszone bez ram. Taka moda teraz. Blejtramy mają grubsze boki, które się zamalowuje jako kontynuację obrazu i rama wówczas nie jest konieczna. Taki sposób "oprawy bez oprawy" doskonale nadaje się do wnętrz nowoczesnych, a także w stylu boho. 





    W moim domku jest stylowy misz-masz, bo ja lubię co innego, mąż co innego, toteż udajemy, że mamy świadomy i zaplanowany eklektyzm wnętrzarski :))). Niektóre obrazy są więc w dość imponujących "pałacowych" ramach, inne w prostych listewkach, a jeszcze inne - bez oprawy. Oprócz moich wytworków są też dzieła zaprzyjaźnionych artystów - i to one najczęściej mają ozdobne ramy. Nieoprawione obrazki stoją zwykle na takim jakby gzymsie na klatce schodowej, gdzie mam mini-wystawę sezonową, na której co chwila coś przestawiam albo dostawiam. Część mniejszych obrazków bez ramek stawiam na jakiejś półce czy komodzie, a większe - na podłodze, oparte o ścianę. I tak też lubię :). 

    Poniżej zdjęcie chyba najbardziej udane i w miarę zgodne z rzeczywistym wyglądem obrazka:






    Lotosy pojawiały się już na moich obrazkach, dwa z nich pokazywałam kiedyś na blogu. To bardzo ciekawe rośliny, o niezwykłych właściwościach i zastosowaniach. Garść ciekawostek na ten temat zamieściłam w tym wpisie, w którym także jest moja akwarelka z motywem kwiatu lotosu: http://sztukawpapilotach.blogspot.com/2018/12/powiew-orientu-znad-tamizy.html 

    *****