Pokazywanie postów oznaczonych etykietą techniki mieszane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą techniki mieszane. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 lutego 2026

Mandala mexicana.

Jestem trochę w niedoczasie ze wszystkim, więc wpadam tym razem na króciutko i pokazuję kolejną mandalę tekturkową. Jakoś tak mimochodem zmajstrowałam ją w mandalowym ciągu, więc czym prędzej pokazuję. Dłuższe opowieści będą w kolejnym wpisie, jak ogarnę rzeczywistość wokół mnie.



W poprzedniej mandali kilka osób dopatrzyło się inspiracji afrykańskich, no to tym razem mamy coś w stylu mexico. W centrum mandali umieściłam przywiezioną niegdyś przez me dziecię z Meksyku ceramiczną miniaturkę Kamienia Słońca, uważanego przez niektórych za kalendarz aztecki, ponieważ zawiera symbole różnych dat i okresów. Jednak najprawdopodobniej jest to przedstawienie mitu o pięciu słońcach, związanych z pięcioma erami kosmologicznymi w kalendarzu azteckim. W środku znajduje się wizerunek Tonatiuha, jednego z bóstw słońca, otoczony "wizytówkami" pozostałych czterech bóstw oraz symbolami kalendarzowymi i kosmicznymi. 

Oryginalny dysk Kamienia Słońca jest dość potężny, ma 358 cm średnicy, blisko metr grubości i waży 24 tony. Ze względu na wartość artystyczną i historyczną uważany jest za najcenniejsze rękodzieło azteckie. 

oryginalny Kamień Słońca w Narodowym Muzeum Antropologicznym w Meksyku
Foto: Rosemania - https://www.flickr.com/photos/rosemania/4419055059/, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=9695824


Moja miniaturka Kamienia ma średnicę 11 cm :). A cały obrazek: 50x70 cm.



Pozostałe elementy na obrazku nie mają realnych odniesień do jakichś konkretnych meksykańskich czy azteckich symboli, to jedynie wytwory mojej wyobraźni, może tylko odrobinę zainspirowane tamtejszą kulturą, zwłaszcza kolory zapożyczone. Koło tekturowe wycięte kiedyś (już nie pamiętam po co) samo się prosiło o wykorzystanie, nakleiłam to na podkład także z tektury, z opakowania po odkurzaczu. Lekko mi to zjechało na jeden bok, chyba w czasie przyciskania zestawem ciężkich przedmiotów, żeby się dobrze skleiło. No i skleiło się na amen, więc musi zostać jak jest :). 


Mam obecnie fazę upcyklingową i staram się wykorzystać rozmaite materiały, które walają się gdzieś po domu. Nie wynika to z oszczędności ani nawet proekologicznego podejścia, tylko zwyczajnie zaczęłam się wkurzać, że tyle śmieci z każdego kąta wyziera. Najwiekszy chomik w domu to mój mąż, jemu wszystko się przyda, ale ja sama jakoś tak niechcący dołożyłam to i owo do tych zbiorów. Tak że teraz jest akcja "czyszczenie magazynów". W związku z tym pewnie jakieś nowe mandale powstaną, albo coś w tym stylu. Ja po prostu lubię takie rzeczy robić :).



I to by było chwilowo na tyle, uciekam do spraw pracowych, a wrócę tutaj jak już uratuję świat.

*******

niedziela, 23 listopada 2025

Listopadowe świętowanie.

Nie, nie, nie będzie ani o Wszystkich Świętych ani o Święcie Niepodległości, ale... po kolei. Najpierw moje najnowsze i w dodatku niedokończone... ekhm... dzieło, ze znanego Wam już cyklu "tego obrazu nie będzie".

 


Kolory na zdjęciach, jak to u mnie, oczywiście od czapy, w realu mniej jaskrawe te czerwienie zwłaszcza. Miało być więcej szczególików, ale straciłam wenę i chyba już nic więcej z tym nie zrobię. To znaczy owszem, zrobię, ale mam na myśli utylizację bądź totalną przeróbkę. No i chyba jednak wrócę do malowania, bo trochę się zniechęciłam do tego typu prac plastycznych ;). Takie to tam, wiecie, wyklejanki. Coś w rodzaju kolażu, w którym główne role grają: mój ulubiony motyw mandali (niedokończony), krwisty kryształek, który chyba z dziesięć lat leżał sobie w szufladzie, a ja wciąż nie miałam na niego pomysłu, oraz żmija ulepiona z papier-mache. Całość powstała na podłożu malarskim 50x70 cm, które zostało mi po kilku nieudanych obrazach malowanych jeden na drugim. Wkurzyłam się po kolejnej porażce i uznałam, że skoro z malowaniem mi tutaj nie wyszło, to zrobię na tej płycie coś w całkiem innej technice. 




Jak zwykle zdjęcia przekłamują kolory, to wszystko jest bardziej stonowane, nie tak krzykliwe, no ale mój aparat nie radzi sobie z kontrastami (czerwień, złoto, grafitowe tło). Użyte zostały: farby akrylowe, klej wikol, ręczniki papierowe i inne papiery, folia aluminiowa, papier nacinany (z jakichś opakowań) jako żmijowa skóra, trochę tektury i drewniane rozpórki do blejtramów w roli elementów mandali, no i ten kryształek, od którego w zasadzie wszystko się zaczęło i dwie ozdobne szpilki z główkami jak ten kryształek, a z których powstały oczy żmii. Oraz moja wyobraźnia :). Tutaj szał tworzenia, czyli bałagan twórczy, z boku po prawej widać ten nacinany papier, który natchnął mnie do użycia w roli gadziej skóry:




Na początku miałam tylko ogólną koncepcję, szczegóły wymyślałam i dopracowywałam w trakcie pracy. Najwięcej kłopotu było ze skórą żmii - podobała mi się struktura tego papieru, ale problem był z pomalowaniem tego wodną farbą przy pomocy pędzla tak, żeby te fale-łuski nie oklapły. Musiałam to robić na raty, suszyć co chwila, znowu trochę podmalować itd. Mąż zapytał co to za mroczne klimaty wzięłam na tapet, trochę mnie zdziwił, bo co tu niby mrocznego, a on mówi - no ta żmija taka przepołowiona... Ekhm... no więc to miało stwarzać wrażenie, że żmija oplata ten obrazek i z jednej strony wychodzi na wierzch głowa, z drugiej koniec ogona, a reszta jest zawinięta za obrazem. No naprawdę... myślałam, że to jest oczywiste, a widocznie niezupełnie mi to wyszło zgodnie z planem :)))).

No w każdym razie pomysł był może ciekawy, w głowie miałam dość konkretną wizję, ale potem wszystko szło jak po grudzie. W związku z czym zabrakło mi już siły na dokończenie. Pokazuję jako ciekawostkę w temacie czym się bawię po pracy w długie jesienne wieczory ;).




*****

Na wielu blogach czytam narzekania, że pora roku do kitu, pogoda do kitu, nastrój do bani...  No bo listopad, późna jesień z chłodem, deszczem i długimi ciemnymi wieczorami i brak fajnych tradycji i popularnych świąt rozjaśniających mroki listopadowe. U mnie co prawda całkiem spoko, niewiele padało, całkiem ciepło do połowy miesiąca (do 15 stopni!), sporo słońca nawet. Tyle, że doba krótsza.

Jakiś czas temu pojawił się termin "jesieniara". Jesieniara to osoba, która uwielbia jesień, lub przynajmniej stara się ją oswoić - za pomocą relaksujących spacerów wśród kolorowych liści spadających z drzew, wieczorów spędzanych przy kominku, w zawoju z miękkiego kocyka, z kubkiem aromatycznej herbatki z przyprawami, w ciepłym przytulnym swetrze. Jak podaje AI - z czasem określenie nabrało głębszego znaczenia i oznacza kogoś, kto docenia zwolnienie tempa, komfort, domowe rytuały i jesienną, lekko melancholijną estetykę. 

Może nie określiłabym siebie jako jesieniarę, bo nie mam jakichś szczególnych rytuałów, nie celebruję przesadnie parzenia herbaty, zawijania się w kocyki i zapalania świec, ale tak zwyczajnie - lubię jesień, zarówno tę złotą polską jesień ze słońcem i szaleństwem kolorów opadających z drzew liści, jak i długie, ciemne wieczory listopada, mgły i pierwszy szron, deszcz i krakanie wron. Ale na jednym z zaprzyjaźnionych blogów była niedawno mowa o tradycjach i świętach w okresie pomiędzy Halloween a Bożym Narodzeniem - no fakt, jak tylko znikną z wystaw sklepowych dynie i sztuczne kościotrupy, to mamy już dekoracje bożonarodzeniowe, czasem nawet leci to równolegle, mikołajki i bombki, a obok szkieletory. Ale listopad ciemny, zimny - i brak powszechnych imprez doskwiera. Są rozmaite lokalne wydarzenia, branżowe święta, ale na ulicach i w domach nie widać pomysłu na ubarwienie i rozweselenie tego miesiąca, żadnych komercyjnych zalewów dekoracji. Posprawdzałam więc w kalendarzu co my tam mamy i czy przynajmniej znajdą się jakieś okazje do kameralnego świętowania, choćby z rodziną czy przyjaciółmi. Listopad już się zaraz skończy, ale parę dni jeszcze zostało, no i może się to przyda na przyszły rok. Tak więc - od początku:

Halloween w zasadzie przypada na 31 października, wchodzimy jednak w listopad z przytupem, bo dekoracje są dość powszechne, dynie, świece, bukiety wrzosów i chryzantem, ale też zjawy, kościotrupy i pająki (o ile ktoś lubi takie klimaty), w wielu domach odbywają się domówki zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci, z odpowiednio straszliwym entouragem oczywiście, przeciągające się aż do 1 listopada. Czyli całkiem niezły imprezowo początek. Pomijam już fakt, że w moim odczuciu same Zaduszki powinno się świętować w stylu meksykańskim, no ale chyba jestem jednak wciąż w mniejszości. Poszperałam w internetach - co też my tam dalej mamy...? 

Listopadowe nietypowe święta:

  • 1 listopada: Światowy Dzień Wegan
  • 3 listopada: Hubertus, czyli Święto Myśliwych
  • 3 listopada: Dzień Gospodyni Domowej
  • 3 listopada: Dzień Kanapki
  • 4 listopada: Dzień Taniego Wina
  • 5 listopada: Międzynarodowy Dzień Postaci z Bajek
  • 6 listopada: Dzień Saksofonu
  • 7 listopada: Dzień Kotleta Schabowego
  • 7 listopada: Światowy Dzień Feministek
  • 8 listopada: Europejski Dzień Zdrowego Jedzenia i Gotowania
  • 8 listopada: Dzień Cappuccino
  • 8 listopada: Dzień Zdrowego Śniadania
  • 9 listopada: Światowy Dzień Gry Wstępnej
  • 9 listopada: Międzynarodowy Dzień Łamańców Językowych
  • 10 listopada: Dzień Jeża
  • 11 listopada: Dzień Świętego Marcina (rogale!)
  • 11 listopada: Dzień Singli 
  • 12 listopada: Światowy Dzień Drwala 
  • 13 listopada: Dzień Placków Ziemniaczanych
  • 13 listopada: Światowy Dzień Dobroci
  • 13 listopada: Dzień Biznesmena
  • 14 listopada: Dzień Seniora
  • 15 listopada: Dzień Slipek
  • 16 listopada: Międzynarodowy Dzień Tolerancji
  • 16 listopada: Dzień Wiedźm
  • 17 listopada: Dzień Czarnego Kota
  • 17 listopada: Światowy Dzień Studenta
  • 17 listopada: Dzień Baklawy
  • 18 listopada: Dzień Myszki Miki
  • 18 listopada: Światowy Dzień Bicia Rekordów
  • 20 listopada: Światowy Dzień Rzucania Palenia Tytoniu (trzeci czwartek listopada)
  • 20 listopada: Dzień Absurdu
  • 20 listopada: Święto Wina Beaujolais Nouveau (trzeci czwartek listopada)
  • 21 listopada: Światowy Dzień Życzliwości i Pozdrowień
  • 22 listopada: Dzień Kredki
  • 23 listopada: Dzień Espresso
  • 24 listopada: Dzień Buraka
  • 24 listopada: Dzień Morsa (zarówno morskiego ssaka jak i miłośników zimnych kąpieli)
  • 24 listopada: Dzień Sardynek
  • 24 listopada: Katarzynki
  • 25 listopada: Dzień Pluszowego Misia
  • 26 listopada: Dzień Ciasta
  • 26 listopada: Światowy Dzień Drzewa Oliwnego
  • 28 listopada: Dzień Bez Zakupów
  • 28 listopada: Dzień Pocałunków
  • 29 listopada: Andrzejki
  • 30 listopada: Dzień Białych Skarpetek
  • 30 listopada: Dzień Niebieskiej Czapki

Jest tego więcej, ale pominęłam większość świąt religijnych, branżowych, politycznych i temu podobnych. W każdym razie - świąt ci u nas dostatek, tyle tylko, że nie są powszechnie obchodzone. Dla mnie najfajniejsze to oczywiście te różne kulinarne, a zauważcie, że jest ich w listopadzie całkiem sporo. Dalej - Dzień Czarnego Kota, Dzień Kredki, Dzień Pluszowego Misia, Dzień Saksofonu (bo lubię) i tak dalej, świętować można niemal co dnia. 

W mojej okolicy od wielu lat całkiem hucznie obchodzony jest Hubertus. Na pobliskim zamku odbywają się rozmaite imprezy - kiermasze, rekonstrukcje walk rycerskich, zawody w strzelaniu z łuku, koncerty, jazdy i zawody konne, kulinarne szaleństwa z dziczyzną w roli głównej itp, ale jakoś tak ideologicznie mi z myśliwymi nie po drodze. Bywałam tam, jak synek w czasach szkolnych bawił się w rycerstwo, bo jak już uszyłam te siermiężne koszule i uplotłam z miliona metalowych kółek kolczugę, to trzeba było to zobaczyć w "boju" :).

Dzień Placków Ziemniaczanych uczciłam należycie, na Dzień Seniora upiekłam tartę tatin i z zaprzyjaźnionymi seniorami zostało odkorkowane do niej pyszne włoskie Fragolino,  potem było świętowanie z baklawą u znajomych Chorwatów (za samą baklawą w wersji bałkańskiej nie przepadam, ale nasi znajomi robią ją w wersji pod Polaków, mniej słodką, no i było też dużo innego chorwackiego jedzonka), beaujolais nouveau - no cóż, też nie jestem fanką, ale pół kieliszka pro forma można wypić na początek imprezy, a potem przejść do nieco ciekawszych win oraz innych trunków, z odpowiednią zakąską, ma się rozumieć. Co nam jeszcze zostało w kalendarzu? -  Dzień Buraka może nie brzmi interesująco, ale jakieś przyjątko z barszczykiem, sałatką buraczkową, sokiem z buraków i ćwikłą do dań mięsnych da się zorganizować, no i dzisiaj Dzień Espresso a potem Dzień Ciasta - to hohoho! ale będzie rozpusta! Że nie wspomnę o Andrzejkach czy Katarzynkach :). Nawet Dzień Sardynki czy Drzewa Oliwnego można przeobrazić w kulinarną imprezę i całkiem dobrze się bawić.

W grudniu postaram się wpaść tutaj na początku miesiąca i podrzucę Wam grudniowe propozycje z nietypowego kalendarium. No to - miłego świętowania! 

*****


piątek, 24 października 2025

Pikasiak.

Witajcie po rocznej przerwie... i po małym falstarcie ;). Wznowienie działania bloga miało być w rocznicę ostatniego wpisu, no ale się oczywiście pokićkało. Tuż po opublikowaniu posta (30 września br) chciałam jeszcze coś dopisać, ale po edycji "poprawkowej" coś się namieszało, chyba za szybko gdzieś poklikałam, musiałam to na spokojnie rozpracować. A akurat inne zajęcia weszły mi w paradę i trochę się wszystko przeciągnęło. Ale już chyba wracam na właściwe tory, ufff...

W ciągu tych minionych dwunastu (a doliczając falstart - trzynastu) miesięcy po raz kolejny byłam jednak bliska zamknięcia bloga. Od jakiegoś czasu obserwowałam licznik wyświetleń i zastanawiałam się, czy - mimo tego zastoju - prędzej wybije na nim okrągła liczba 200 tysięcy, czy też minie okrągły rok od ostatniego wpisu. No i prawie się to zbiegło. Jeśli chodzi o wyświetlenia bloga, to wiadomo, że trochę idzie ruchu sztucznego, ale w takim martwym okresie to nie ma tego wiele, natomiast o dziwo - zdarzały się czasem komentarze aktywnych czytelników, nawet do starszych postów, czyli ktoś tu jednak czasem zagląda i czyta. Więc zmobilizowana rocznicą i tą okrągłą liczbą zebrałam się w końcu i zadecydowałam, że jednak wracam na blog. Może nie zaraz tam z przytupem, ale powoli spróbuję się rozkręcić. 

*****

Znalazłam kamyk. Niewielki, około 6 na 6 centymetrów, płaski, niby nic takiego, ale wyobraźnia od razu podsunęła mi skojarzenia - najpierw ze słynnymi głowami z Wysp Wielkanocnych, a zaraz później z portretami pędzla Picassa, z jego najbardziej kubistycznego okresu.

Kamyk:


Moje skojarzenia i inspiracje:

Moai, posągi z tufu wulkanicznego, powstałe prawdopodobnie około 1000 lat temu, na Wyspach Wielkanocnych:

źródło


Portret Dory Maar (Pablo Picasso, obraz olejny, 1937r):

źródło

Zgromadziłam dodatki, pokombinowałam, no i tak wyszło:





Próby uchwycenia na zdjęciu tęczowego błysku kryształków i skrawka płyty CD, średnio udane:





No takie tam... Ostatnio mniej maluję, częściej bawię się takimi właśnie drobiazgami. tworzę cudaki z papier-mache i mandale z rozmaitych elementów, robię też zakładki - nie wiem po co, bo sama nie używam, po prostu malowanie i klejenie takich drobnostek sprawia mi frajdę, jest nieskomplikowaną odskocznią od pracy zawodowej wymagającej myślenia, nie zajmuje dużo czasu, nie wymaga jakichś specjalnych przygotowań. Zakładki i inne twory pokażę w kolejnych wpisach.

Myślę czasem o tym, żeby założyć sobie konto na jakiejś stronie sprzedającej rękodzieło, jak np. Pakamera, Art-Madam itp, bo mam w szufladach całe mnóstwo takich pierdółek, rysunków, malunków, haftów i innych dziwności gromadzonych przez lata. Takie tam, wiecie, tworki produkowane w wolnych chwilach, dla zajęcia rąk. Może już dawno bym to gdzieś wstawiła, ale jak czytam regulaminy, to nie do końca mi te warunki odpowiadają. Zwłaszcza konieczność posiadania firmy, bo ja swoją już właśnie chciałabym zamknąć, no i jako "stary" przedsiębiorca nie mogę korzystać z działalności nierejestrowanej bez ZUSu, czyli parę stów musiałabym co miesiąc oddawać na składkę zdrowotną i to już się robi trochę bez sensu, bo milionów raczej na tym rękodziele nie zarobię. No i tak sobie to wszystko leży, szuflady puchną, a ja ciągle tworzę i dopycham tam nowe drobiażdżki. 


*****

Zabrałam się też za poprawianie niektórych starych obrazków. Te rysowane kredkami pokazywałam jakiś czas temu.

Obrazki te wisiały przez jakiś czas na ścianie i nieco wyblakły pod wpływem słońca, ale w zasadzie od początku były... blade, więc w końcu zdecydowałam, że trzeba im trochę "poprawić makijaż" ;). Niezbyt rozsądnie narysowałam je na papierze w kolorze piaskowym - sama nie wiem, co mnie podkusiło? Nie wyszło to dobrze, kolory byłyby bardziej wyraziste na białym podkładzie. Poza tym papier dość miękki, co nie pozwalało na mocne dociskanie kredek, ponieważ zostawałyby głębokie ślady. No ale po poprawkach jest odrobinę lepiej. Poniżej wersje przed:

piesio (był w tym wpisie: https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2020/07/prawo-serii.html


... i myszolek 

(z tego wpisu:  https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2020/08/myszolek.html)



A tak to wygląda po zabiegach upiększających:










*****

Działam trochę w zapuszczonym przez ostatnie cztery lata ogródku. Te cztery lata to okres dziecięctwa i szalonej młodości Dżemika - dzikie galopady przez rabatki, rycie w trawniku, kopanie dziur wszędzie gdzie się da i gdzie się nie da, wylegiwanie się na świeżo posadzonych roślinkach... 


o mnie ta gadka?

Niektórzy mówią, że albo ma się psa, albo ogród. Razem to raczej nie wychodzi. Odpuściłam sobie próby ogarniania tego chaosu, trzeba było po prostu przeczekać. No i teraz roboty ogrom. Rzecz w tym, że ogród od pewnego czasu staramy się nieco przeorganizować, z bezobsługowego trawnikowo-iglakowo-bylinowego typowo miejskiego ogródka (bo na bardziej wymagający przy intensywnej pracy nie mieliśmy czasu) od paru lat staramy się zrobić sielsko-kwiatowo-owocowy zakątek. Wymaga to niestety sporo pracy i czasu, a ani ja, ani mąż, nie jesteśmy ogrodnikami z pasji i powołania, więc robimy to tak trochę z doskoku, w wolnych chwilach. Mąż szczęśliwie już od paru miesięcy na emeryturze, ja już prawie-prawie, jedną nogą, rzec można, bo lada moment zamykam firmę, więc czasu będziemy mieli dużo... za to sił pewnie nieco mniej ;). Ale jednak sama widzę, że jak codziennie coś tam się podziobie, to ogród zaczyna jakoś wyglądać. 

Osiem (?) lat temu zasadziliśmy drzewa i krzewy owocowe, trochę iglaków poszło pod topór, żeby zrobić miejsce na nasadzenia według nowej koncepcji. Niektóre rośliny mój mąż (z ADHD) spontanicznie sam kupował i wsadzał tam gdzie akurat było miejsce, po czym jednak okazywało się, że nie zawsze były to miejsca sensownie wybrane. No więc trzeba było to i owo poprzesadzać. Przede wszystkim niektóre rosną za gęsto, inne mają niewłaściwie dobrane stanowiska. Muszę rozdzielić te, które preferują glebę kwaśną, od tych, które na takiej źle rosną, podobnie z cieniolubnymi, które jakimś dziwnym zrządzeniem losu wylądowały na słonecznej rabacie, itd...

(fotki sprzed dwóch tygodni, niestety pierwsze przymrozki dokonały znacznych spustoszeń)





Moim tegorocznym kwiatowym odkryciem są dalie. Podziwiałam je w innych ogródkach i zawsze wydawało mi się, że są to kwiaty delikatne i wymagające. No nic z tych rzeczy, jak się okazało. Pod wpływem nagłego impulsu zamówiłam - już w pełni sezonu - karpy kilku odmian, tak na próbę. Przesyłka dotarła z małymi modyfikacjami, bo się okazało, że o tej porze dwie odmiany nie nadawały się już do sprzedaży i w zamian dostałam trzy inne plus gratis w postaci cebulek żółtych mieczyków. Mieczyki wyrosły, ale chyba coś je podgryzło, po nagle klapnęły i padły. Możliwe też, że pomógł im Dżemik, bo chyba je trochę podlał po swojemu. Natomiast dalie, dla bezpieczeństwa przed Dżemikiem, wsadziłam w skrzynkach na balkonie. No i pięknie wyrosły i doskonale się trzymają, co kwiatkom pod moją "opieką" nie zawsze się zdarza :).





Jestem zachwycona, bo przekonałam się, że są mało wymagające i świetnie się nadają na słoneczną rabatę, gdzie zaplanowałam docelowo je posadzić w przyszłym roku (na balkonie jest "patelnia"). Przetrwały nawet pierwszy październikowy przymrozek, niestety po kolejnym już się w większości poddały. Żałuję, że przed zapowiadanym oziębieniem nie pościnałam ich do wazonów, bo doskonale się do tego nadają i miałyby trochę przedłużony żywot. Oprócz tych, które już mam, w przyszłym roku dokupię jeszcze duże talerzowe i kaktusowe i pójdziemy bardziej w kierunku ciemnego różu i fioletu. Nie przepadam za żółtymi kwiatami, a tutaj akurat trochę żółci mi się trafiło (jedne zamówione, drugie to te "zastępcze").


kaktusowa, ale z tych mniejszych





Niektóre nawet po przekwitnięciu ślicznie wyglądają:





Był plan rozmaitych nasadzeń jesiennych, ale dopadło mnie przeziębienie, które zbiegło się z niesprzyjającą pogodą, no i na przełomie września i października odpuściłam sobie ogrodowanie w tych warunkach. Skupiam się teraz na rozmaitych logistyczno-organizacyjno-prawnych kwestiach związanych z planowanym (po raz kolejny zresztą, ale teraz to już nieodwołalnie) zamknięciem firmy. Na ogród będzie czas już po tym zamieszaniu, na wiosnę.



*****


O niektórych książkach, które przez ten rok przeczytałam, stopniowo Wam opowiem w kolejnych wpisach, bo sporo tego było i muszę to jakoś przebrać, wybrać i ogarnąć, dzisiaj natomiast tylko kilka zdań o najświeższej przeczytanej pozycji.
O "karkonoskiej serii kryminalnej" Sławka Gortycha tu i ówdzie słyszałam i czytałam, ale szczerze pisząc nie planowałam po nią sięgać. Nie moja tematyka. Z gór to ja tylko Bieszczady kocham, Karkonosze znam pobieżnie, bo to w końcu rzut kapciem ode mnie, więc parę razy gdzieś tam się zapuszczałam, od znajomych też różne karkonoskie opowieści słyszałam, ale żeby mnie to pociągało... nie, nie, nie. Kryminały jako gatunek - też hmmm... zasadniczo to nie jest tak, że jestem wielbicielką kryminałów, chociaż czytam po kolei całą Agatę Christie i czasem innych "kryminalistów", ale samo hasło "kryminał" zupełnie na mnie nie działa. Zapowiedź, że pojawiają się tam jakieś wątki z okresu II wojny światowej, też nie brzmi zachęcająco, bo ten rozdział przerobiłam za młodu bardzo intensywnie i jakoś mnie już nie kręci. Z recenzji książek Gortycha niewiele wynikało, nic mnie nie kusiło. To po co czytać? Ale los miał wobec mnie inne plany i wcisnął mi pierwszy tom za pośrednictwem męża, który przyniósł mi książkę od kogoś, kto bardzo polecał...





No i masz - nie chciałam, samo przyszło. Przekartkowałam, przeczytałam zakończenie, słowo od autora, dedykacje itd, no i zabrałam się do czytania lekko może już zaciekawiona, acz jeszcze nieufna. Pierwszą noc mocno zarwałam z powodu tej lektury, drugą też, ale już z sukcesem, bo skończyłam czytać. Świetna książka! Z pewnością sięgnę po kolejne tomy serii. Podobno można je czytać oddzielnie, ale pewne nawiązania do wcześniejszych tomów pomagają w lepszej orientacji co do osób, sytuacji, historii itd.


Opinie o książkach Gortycha są skrajnie różne. Można się przyczepiać do nieco naiwnie prowadzonych dialogów, krytycy serii twierdzą, że w realu nikt tak nie mówi, ale... ja wybaczam te niedociągnięcia, bo rozumiem, że autor chciał przede wszystkim wprowadzić czytelnika dokładnie w szczegóły, urozmaicając narrację rozbudowanymi monologami bohaterów. Wątek romansowy wciśnięty trochę na siłę, też można czepiać się szczegółów, ale to kwestia poboczna. No i - zależy, kto co lubi i czego w książkach szuka. Jeden mój kolega w podstawówce zapytany przez polonistkę jakie książki lubi czytać, odpowiedział: "takie, w których jest dużo dialogów i..... żeby się strzelali!" :)))). Mam wrażenie, że niektórzy recenzenci są na tym mniej więcej poziomie. Skupiają się na jednym aspekcie, na przykład krytykują dialogi, które może nie są mocną stroną książki, a nie dostrzegają zupełnie zalet i całokształtu, jak naładowana jest ciekawostkami górskimi i historycznymi faktami, jak interesująco poprowadzone są wątki z trzech okresów dziejowych, jak budowane jest napięcie. Nie jest to klasyczny krwawy kryminał, raczej tajemnicza historia splatająca losy wielu osób uwikłanych w niespokojne dzieje Ziem Odzyskanych. Dla mnie właśnie to było najciekawsze (a o moim zainteresowaniu "poniemieckim" pisałam przy okazji innych lektur, w tym poście: https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2024/06/ksiazki-o-poniemieckim.html ).


W fabule "Schroniska, które przestało istnieć" przewijają się dwa główne wątki - historia pewnej niemieckiej "operacji" z końca wojny oraz współcześnie dziejące się rozmaite wydarzenia, które się ze sobą przeplatają, a czasem nawet okazuje się, że mają niespodziewane wspólne korzenie. Sprawy tajemnicze i ponure mieszają się z całkiem miłą codziennością, pojawiają się coraz to nowi bohaterowie, podejrzane typki i sympatyczni ludzie, a nawet... Duch Gór. Jest lekko zarysowany wątek romantyczny, jest mroczna tajemnica z przeszłości, a potem jeszcze druga i trzecia... Zaskakujące zwroty akcji, bogate tło historyczne oparte na autentycznych wydarzeniach, które miały miejsce w latach pod koniec wojny i tuż po jej zakończeniu. Autor ma tzw. lekkie pióro, więc czyta się to dość przyjemnie i szybko. Ja na pewno chętnie przeczytam kolejne tomy z tej serii. Na zachętę dodam, że "Schronisko, które przestało istnieć" uzyskało tytuł Książki Roku w kategorii Debiut na portalu Lubimyczytać.pl w roku 2022, a kolejne tomy zdobyły tytuł Książki Roku w latach 2023 i 2024. O czymś to świadczy. I jeszcze - zacytuję za Lubimyczytać.pl:


" Trzy tomy Karkonoskiej Serii Kryminalnej doceniono także tytułem Najlepszej Górskiej Książki Roku na Festiwalu Literatury Górskiej w Lądku-Zdroju w latach 2023 i 2024. W uzasadnieniu jury zaznaczyło, że powieści przełamują tabu dotyczące odkrywania powojennych dziejów Karkonoszy widzianych w perspektywie polsko-niemiecko-czeskiej historii ich mieszkańców.
Autor został również uhonorowany Karkonoską Nagrodą Literacką przyznawaną przez polsko-niemieckie jury za wybitne osiągnięcia w dziedzinie literatury, kultury i sztuki Śląska, które szczególnie służą duchowi humanizmu i porozumienia. "

*****

Czaiłam się na kolejny tom Maryli Szymiczkowej (Dehnel & Tarczyński) o śledztwach profesorowej Szczupaczyńskiej, i już-już miałam go zamówić w przedsprzedaży, ale okazało się, że zostanie wydany (w listopadzie) chyba tylko w nowej szacie graficznej, zastosowanej w drugim wydaniu pierwszych pięciu tomów. Przynajmniej tak to wygląda w zapowiedziach. Nie podoba mi się ta nowa kolorowa grafika na okładce, a poza tym chciałabym mieć na półce jakoś spójnie wyglądający rządek serii. Może wygląd na półce to nie jest priorytet, ale jestem mocno rozczarowana tą zmianą i na razie wstrzymałam się z zakupem.



*****

No i sprawy techniczne. Jakiś czas temu, przy blogowych porządkach, usunęłam sobie niechcący listę ulubionych blogów na bocznym pasku. Znaczy - chcący, ale miało być chwilowo, w celu uporządkowania, a okazało się, że to na amen i nieodwołalnie, przynajmniej w tym kształcie jaki był. Była to kiedyś fajna sprawa, widoczne nazwy blogów, ikonki i zajawki najnowszych wpisów. Niestety do tej pory nie udało mi się tego odtworzyć, mimo wielu podejść. Przy okazji zniknęła mi też część blogów z listy czytelniczej na panelu sterowania. Ostatnio dopisałam te z nich, które udało mi się już odnaleźć. Nie wszystkie nazwy i adresy pamiętam, ale sukcesywnie będę listę powiększać i mam nadzieję, że stopniowo da się to wszystko odtworzyć.

A zwierzaki mają wywalone i śpią na zapas.

Przykład daje Basiunia, największy śpioszek (i żarłoczek) w stadzie:


PS. stado w stanie niezmienionym od poprzedniego roku: owczarek niemiecki Dżemik (4 lata) i cztery kocie dziewczynki: Sabinka (9 lat) i siostrzyczki Balbinka, Basiunia i Kocia (po 6 lat). Zwierzaki nam się starzeją, tylko my wciąż młodzi ;).

*****

czwartek, 20 lipca 2023

Zakładki.

Miało być o czymś zupełnie innym, ale namnożyło mi się trochę tych zakładek, więc przyszła pora, żeby jakąś część pokazać. Dzisiaj takie kwiatkowe, z naklejanymi suszkami, eksperymentalne poniekąd, świeżynki najnowsze. 




Kiedyś już pisałam o tym, że ja w zasadzie nie używam zakładek, bo przeszkadza mi w książce wszystko, co jest grubsze niż kartka papieru. Ale robić je lubię :).

Zakładki, podobnie jak różne malutkie rysuneczki i inne bazgrołki, są fajną odskocznią i urozmaiceniem w trakcie pracy nad większym formatem. A ja właśnie mam na sztaludze obraz, który miał powstać raz-dwa, bo miałam w głowie konkretną wizję... Ale jakoś idzie mi jak po grudzie, codziennie maźnę pędzlem kilka razy i potem siedzę i dumam, czy to na pewno tak ma być. Zaglądam do niego kilka razy dziennie i mam wątpliwości. Czasem lepiej zostawić taki ciężko idący projekt, odpocząć, zająć się czymś innym. Bo życie nie znosi próżni, więc jakoś tak mimochodem zabrałam się za drobiazgi.




Kilka kwiatków zasuszyłam jeszcze w ubiegłym roku, zupełnie o nich zapomniałam, a tu nagle wypadły z książki... Drugim elementem była torebka prezentowa, która do dalszego użytku się nie nadawała, bo coś tam się naderwało... Ale papier był ciekawy - gruby szaro-brązowy papier typu eko, z nadrukiem w stylu vintage. Znalazłam jeszcze kawałek papieru czerpanego, no i tak jakoś poskładałam te różne elementy i powstały zakładki. Nie lubię, jak się za dużo naraz dzieje na kartce papieru, wolę minimalizm, więc ozdobny papier "robi" tył zakładek, a kwiatki umieściłam na gładkim tle, dodając tylko tu i ówdzie odrobinkę złotego żelopisu. Tak wyglądają ich "plecki":



Chwościki zrobiłam z muliny, której zapasy nieprzebrane mam z czasów, kiedy namiętnie haftowałam. Do haftu raczej nie wrócę, a na pewno nie przerobię tych wszystkich nici, więc znalazłam dla nich takie właśnie zastosowanie :).



Napisałam, że zakładki są w pewnym sensie eksperymentalne, bo trochę się przy ich tworzeniu uczyłam. Z tego też powodu nie wszystko poszło zgodnie z planem i nie wszystko się udało ;). Nie załamuję rąk, bo to była zabawa dla siebie samej, a że kilka wyszło całkiem nieźle, to będą się nadawać choćby na prezenty, jako dodatek do książek na przykład.



Pierwsza nowość dla mnie to chwościki, które zrobiłam wzorując się na filmikach znalezionych na YT. Niby prościzna, ale dopiero po kilku średnio udanych zaczęło mi to wychodzić jak należy. Musiałam dopracować metodę zawiązywania i znaleźć odpowiednią długość sznureczka do zawieszenia przy zakładce, jak i samego chwosta. W sumie jednak nie jest to jakaś skomplikowana sprawa, tak że ten punkt mogę uznać za opanowany :).



Gorzej mi poszło z laminowaniem. Co prawda zakładki z zasuszonym kwiatkiem mają większy urok bez laminatu, ale są na tyle delikatne, że przy normalnym użytkowaniu te kwiatki szybko by się pokruszyły i osypały. Pierwszym pomysłem było więc pokrycie kwiatków klejem, np. rozwodnionym wikolem, który jest bezbarwny po wyschnięciu. Wahałam się miedzy klejeniem a laminowaniem... Ostatecznie zdecydowałam się jednak na laminowanie - i to był błąd.




Posiadam laminator, taki zwyczajny do domowo-biurowego użytku. Ale! Taka maszynka nadaje się świetnie do zabezpieczania dokumentów i zwyczajnych zakładek z papieru czy kartonu, to już przerabiałam i wyszło świetnie, natomiast tutaj doszły jeszcze zasuszone kwiatki, niektóre o konkretnej grubości (na przykład lawenda). Była obawa, że się to zatnie w laminatorze i nie wiadomo, co z tego wyniknie. No więc - zainspirowana internetowymi poradami - sięgnęłam po żelazko. Albowiem mając folię do laminowania można zamiast laminatora użyć żelazka, w końcu chodzi tutaj o temperaturę i odpowiedni nacisk.


No i właśnie ten punkt programu raczej nie wypalił, albo - można powiedzieć - wypalił średnio. Cieńsze zakładki wyszły spod żelazka mniej więcej tak jak powinny, w zasadzie jest ok, natomiast te grubsze, z lawendą i kłosami, już nie za bardzo. Folia nie przykleiła się dokładnie, pomimo dość długiego czasu nagrzewania, dociskania itd. Powody mogły być różne, od zbyt niskiej temperatury żelazka (w internetach pisali, żeby ustawić na najniższą, ja i tak dałam tak po środku), przez słaby docisk (no nie powiem, żebym dała z siebie wszystko), po zbyt grubą do takiego eksperymentu folię laminacyjną. Ona jest świetna do dokumentów, ale tutaj prawdopodobnie cieńsza lepiej by się "dopasowała" do kwiatka. Tak więc gdybym miała kiedyś robić tego typu zakładki, to musiałabym jeszcze poćwiczyć kwestię laminowania, może da się to zrobić lepiej. 




Jednak wczorajszy post Justynki (tutaj) upewnił mnie, że klej jest doskonałym wyborem. Więc na przyszłość: trzeba zawierzyć intuicji i wybrać to, co nam przychodzi do głowy w pierwszym przebłysku. Kolejne eksperymenty z kwiatkowymi zakładkami będą więc z użyciem kleju, to zdecydowanie lepsza opcja i wygląd kwiatków będzie bardziej naturalny. Lawenda kwitnie, wkrótce będzie się suszyć :).

To teraz wracam do mojego obrazu, który jakoś nie chce sam się namalować...



*****