Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki o sztuce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki o sztuce. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 marca 2026

Luba Ristujczina - kolejne albumy.


Trochę w poprzednim wpisie ponarzekałam na przeczytane książki, teraz więc dla kontrastu opowiem Wam o przepięknych albumach, które zachwyciły mnie od pierwszego wejrzenia i nadzwyczajnie uszczęśliwiły. Dwie solidne pozycje, duży format ok. 33x40cm, twarde okładki, kredowy papier, bardzo konkretne wagowo - z ciekawości je zważyłam, jeden tom to około 1,7 kg ;). A zawartość - miodzio!




  • LUBA RISTUJCZINA - "Józef Chełmoński. Romantyk polskiego pejzażu"   Wydawnictwo SBM, str. 242.

Przecudny album, z mnóstwem zdjęć i pięknych reprodukcji, a jednocześnie zawierający ogrom interesujących informacji. To kolejna pozycja autorstwa Luby Ristujcziny w mojej biblioteczce, wydana w tej samej serii. W zasadzie jej książki mogę kupować w ciemno, za każdym razem jestem zachwycona. Imponująca ikonografia, fantastycznie opowiedziana historia życia i twórczości artysty, obejmująca szeroki kontekst historyczny, artystyczny, środowiskowy. 

Wydaje mi się, że Józef Chełmoński jest u nas chyba dość powszechnie znany, dzięki swoim nastrojowym pejzażom, w których widać jego zachwyt ojczystym krajobrazem, wiejskim scenkom rodzajowym, niezwykle realistycznym wizerunkom ptaków i zwierząt. Po śmierci Matejki został uznany za najwybitniejszego żyjącego polskiego malarza, ale jako człowiek budził wiele kontrowersji, głównie za sprawą wielkiego, obsesyjnego wręcz oddania sztuce, okupionego zruinowanym życiem rodzinnym. Trochę tutaj o nim w dużym skrócie przypomnę, bo obrazy (niektóre) kojarzymy, a o człowieku czasem niewiele wiemy. Ja sama zainteresowałam się jego twórczością (a co dopiero - życiem) dość późno, bo za młodu malarstwo realistyczne raczej mnie nie porywało, albowiem ekscytowałam się twórczością paryskich malarzy na przełomie XIX i XX wieku, poczynając od impresjonistów, przez ekspresjonistów, fowistów, kubistów, tzw. szkołą paryską z Modiglianim na czele (uwielbiam do dzisiaj) itd, ale fascynowała mnie także sztuka Starożytnego Wschodu. To co się działo pomiędzy oraz później - jakby mniej mnie interesowało :). 




Chełmoński od dzieciństwa wykazywał talent rysunkowy, który mógł rozwijać dzięki wsparciu utalentowanego plastycznie ojca. Nieustannie rysował i malował, już w gimnazjum marzył o zostaniu malarzem. Zaraz po egzaminach maturalnych pokazał swoje obrazy Wojciechowi Gersonowi, który kierował wówczas akademicką Klasą Rysunkową w Warszawie. Po krótkim kursie rysunku klasycznego Gerson uznał, że uczeń ma potencjał i przyjął go do swojej szkoły. Gerson wychował wielu znanych później malarzy, jak choćby Aleksander Gierymski czy Alfred Kowalski. Za podstawę jego sukcesu uważano miedzy innymi niestereotypowe metody. Jak wspominali jego uczniowie: "objaśniał budowę kształtu przez nachylenie płaszczyzn zasadniczych łączonych zaokrągleniami stosunek świateł do cieni w motywach oswietleniowych, walory tonów, proporcje i chwytanie ruchu biegiem linii w zmiennych kierunkach, a przez to wyrabiał pojęcie i o kształcie, i o wrażeniu na oko, czyli malarskim efekcie." Zachęcał uczniów zarówno do samodzielnego studiowania teorii i historii sztuki, ale także... praw fizyki. Czy pamiętacie moje rozważania o związkach matematyki ze sztuką, przy okazji haftu matematycznego? No właśnie :). Ale odbiegłam od tematu...

Lata spędzone w Klasie Rysunkowej Gersona, i wśród innych jego uczniów, ukształtowały Chełmońskiego jako artystę, ale także jako człowieka. Już wówczas całe jego życie było podporządkowane sztuce. Bywało głodno i chłodno, ale zawsze rysunek i malowanie były pierwszą potrzebą. Kiedy zmarł ojciec Józefa, rodzina znalazła się w trudnym położeniu materialnym, jednak wkrótce przyjaciel rodziny zaprosił młodego malarza do swojego majątku na Podolu, dzięki czemu Chełmoński mógł poświęcić się malowaniu stepowych pejzaży, ptaków i scen z codziennego życia chłopów i ziemiaństwa. W wielu obrazach widoczne były jeszcze wpływy i inspiracje malarstwem Gersona, ale Chełmoński zaczął już wypracowywać własny styl, w którym główną rolę grały nastrój i walory malarskie. Oto jedna z jego prac  z tego wczesnego okresu (1870r) - mały obrazek (26,5x34,5cm) "Sanie przed szałasem nocą":


źródło


Gersonowi zawdzięcza Chełmoński także udział w pierwszych wystawach w warszawskiej Zachęcie. Materialnie początkowo wiodło się młodemu malarzowi raczej kiepsko, tym bardziej, że swoimi obrazami nie trafiał w ówczesne gusta publiczności i krytyków, a po śmierci ojca został niemal bez środków do życia. Miał jednak trochę szczęścia do życzliwych sponsorów. Jednym z nich okazał się starszy kolega ze szkoły Gersona - Maksymilian Gierymski, któremu bardzo się spodobały prace Józefa. Dzięki jego pomocy Chełmoński mógł zrealizować swoje marzenie o podjęciu dalszych studiów w Królewskiej Akademii Sztuki w Monachium. W Monachium dosć szybko odnotowuje pierwsze sukcesy, krytycy piszą coraz życzliwej o jego obrazach, udaje mu się także sprzedać kilka prac. Po kilku latach wraca do Warszawy, gdzie z kilkoma kolegami malarzami wynajmuje pracownię i maluje nadal sceny rodzajowe i pejzaże. Wkrótce porzuca jednak także Warszawę, gdzie jego malarstwo nie znajdowało uznania, i udaje się do Paryża - znowu dzięki pomocy wpływowych sympatyków. Tutaj publiczność przyjmuje jego obrazy znacznie bardziej entuzjastycznie, co oczywiście przekłada się na zdecydowaną poprawę sytuacji materialnej artysty.




W tym czasie (1875-1887r) powstają obrazy o tematyce polskiej, z zapamiętanych przez artystę widoków, które nadzwyczajnie potrafił odtworzyć. Między innymi obrazy z czwórką koni - Chełmoński niemal obsesyjnie powtarzał niektóre motywy, aby osiągnać w końcu pożądany rezultat. To monumentalne dzieło (275x660cm), do którego powstało wcześniej mnóstwo szkiców, studiów i innych wersji, znajduje się obecnie w Muzeum Narodowym w Krakowie:


źródło



Jak pisze Ristujczina: "Choć wszystkie punkty zbiegu akcentują postać woźnicy, odśrodkowa kompozycja sprawia, iż stojący przed płótnem widz ma wrażenie, że za chwilę zostanie stratowany." Te rozpędzone, silne i żywiołowe konie naturalnej wielkości miał okazję podziwiać w paryskiej pracowni Podkowiński - jak sam twierdził, to właśnie te "apokaliptyczne" zwierzęta z obrazu Chełmońskiego były inspiracją do jego słynnego "Szału uniesień".

Również w Paryżu powstał obraz, który - z bogatego dorobku Chełmońskiego - ja najbardziej lubię, a mianowicie "Dropie" (66,5x100,5cm), znajdujący się obecnie w Muzeum Narodowym w Warszawie. Oczywiście najlepiej oglądać to dzieło na żywo, a zdjęcie - w powiększeniu:


źródło

Ten obraz był w pewnym sensie przełomowy dla Chełmońskiego, ponieważ od tego mniej więcej momentu porzucił dynamiczne, ekspresyjne kompozycje oraz mocne i kontrastowe barwy, na rzecz spokojnych pejzaży bez sztafażu i spokojnych, stonowanych barw. I w takim klimacie powstał drugi mój ulubiomy obraz Chełmońskiego - "Kuropatwy na śniegu" (123x199cm), namalowany już po powrocie do Polski, w Kuklówce, gdzie osiedlił się i mieszkał już do końca życia:

źródło

Za "Kuropatwy" Chełmoński zebrał mnóstwo entuzjastycznych recenzji, a następnie otrzymał  najwyższą nagrodę na Wystawie Międzynarodowej w Berlinie w 1891r.

Autorka pięknie opowiada o obrazach Chełmońskiego, analizuje szczegóły, pisze o motywach i okolicznościach powstania kolejnych dzieł, zwraca uwagę czytelnika na zmiany, jakie zachodziły w twórczości artysty pod wpływem różnych okoliczności. O "Dropiach" pisze tak (fragment): "W porannej mgle rozmywają się kontury, barwy tracą moc i wyrazistość, a przestrzeń nabiera nierealnego, baśniowego charakteru. Chełmoński z czułoscią portretuje poszukujące pożywienia stado ptaków, nadaje im indywidualne rysy, studiuje ich charakterystyczne ruchy. Jego uwaga skupia się na malarskiej materii kompozycji: barwach i rysunku podkreślającego źdźbła traw. Wyszukana kolorystyka utrzymana w złamanych błękitach, srebrzystych zieleniach i zgaszonych brązach wywołuje nastrój melancholii, ewokuje refleksje na temat przemijania i śmierci. Przypomina o zapachach jesieni, wilgotnym powietrzu i przejmującym zimnie, tak charakterystycznych dla depresyjnych listopadowych dni. Scena zaskakuje swą zwyczajnością, celebrowaniem pospolitości i ciszy."

Chełmoński, wychowany w duchu patriotyzmu, miał też wpojone poczucie obowiązku wobec społeczeństwa i swojej klasy, co wiązało się z założeniem rodziny. Wybór drogi artystycznej nie ułatwiał tego zadania, ale dopóki odnosił sukcesy - wszystko udawało się pogodzić. Ożenił się w 1978r z Marią Korwin-Szymanowską i po podróży poślubnej po całej Europie osiedlił się wraz z żoną w Paryżu, gdzie wynajął luksusowe mieszkanie, które stało się miejscem spotkań bohemy artystycznej. Dużo w tym czasie malował, jego obrazy budziły zainteresowanie klienteli także zza oceanu, jednak w pewnym momencie, po zmianie przepisów celnych, ten rynek się załamał. Chełmoński, żeby utrzymać wystawny poziom życia, do którego zdążył już przywyknąć, maluje więc coraz więcej, ale też gorzej, co spotyka się znowu z krytyką. Pogarszająca się sytuacja finansowa i zła passa malarska odbijają się na życiu rodzinnym. Rodzina wraca do kraju, Chełmoński maluje, podróżuje po Kresach w poszukiwaniu tematów do pejzaży, rodzą się kolejne dzieci, dwaj synowie jednak umierają. Ostatnia córka urodziła się już po rozstaniu rodziców - z jej późniejszych relacji wiemy, że Chełmoński odciął jej matkę od starszych córek i nie interesował się losem żony ani ostatniej, utalentowanej plastycznie córki. Zresztą starsze dziewczynki też wysłał na pensję. Czułym i troskliwym ojcem to on na pewno nie był, podobno także wobec żony stosował przemoc fizyczną i psychiczną. Zresztą zawsze najważniejsza dla niego była sztuka, a po rozstaniu z żoną zaczął stronić od ludzi, więcej za to obcował z naturą i nieustannie malował, co znowu zaowocowało sukcesami artystycznymi. Krytyka w tym czasie mu sprzyja, Chełmoński bierze udział w kolejnych ważnych wystawach, otrzymuje liczne nagrody, sprzedaje swoje dzieła.

Ludzie nie zapamiętali go - jako człowieka - zbyt dobrze, ale sądząc po jego pracach był uważnym obserwatorem i człowiekiem wrażliwym na stosunki społeczne panujące na wsi. Namalował mnóstwo scen rodzajowych, których bohaterami byli przedstawieni bardzo realistycznie chłopi polscy i ukraińscy. Pod koniec życia, kiedy pogorszył się stan jego zdrowia, Chełmoński zupełnie już unikał towarzystwa innych ludzi i popadł w dewocję. 

Książkę czyta się z dużą przyjemnością, to pięknie opowiedziana historia, no i ogromnym plusem albumu jest ogromna ilość reprodukcji, dzięki czemu można równolegle do tekstu przyglądać się szczegółom obrazów, bez konieczności szperania po internetach.

********


  • LUBA RISTUJCZINA - "Alfons Mucha. Mistrz secesji i plakatu". Wydawnictwo SBM, str. 240.
I oto już szósty w moim księgozbiorze album Ristujcziny (planach mam kolejne).



Z Wikipedii: Alfons Maria Mucha 1860-1939 - czeski grafik i malarz, jeden z czołowych przedstawicieli secesji i fin de siecle'u. Twórczość Muchy łączy tradycje bizantyńskie i współczesne. Znakiem rozpoznawczym Muchy są grafiki kobiet w stylu belle epoque – wyidealizowana postać pięknej kobiety otoczonej naręczem kwiatów i liści, symbolami i arabeskami.

Jego ojciec pracował jako woźny w sądzie, więc rodzinie się nie przelewało, a sam Alfons dosć szybko musiał podjąć pracę jako sekretarz gminny, żeby pomóc w utrzymaniu rodziny. Marzył jednak o malowaniu, brał więc dorywcze prace, które umożliwiały mu zajęcie się tym, co sprawiało mu przyjemność. Początkowo zajmował się przygotowywaniem dekoracji i plakatów związanych z wydarzeniami kulturalnymi w rodzinnym mieście. Bez powodzenia próbował dostać się do praskiej Akademii Sztuk Pięknych, wyjechał więc do Wiednia, gdzie zatrudnił się w znanej pracowni projektowania dekoracji teatralnych. Następnie, dzięki protekcji czeskiego hrabiego Khuen-Belasiego podjął studia w monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych, a stamtąd przeniósł się do prywatnej Akademii Julian w Paryżu. W stolicy Francji osiadł na dłużej. Tutaj zetknął się ze środowiskiem impresjonistów, a z Gauguinem miał nawet przez pewien czas wspólną pracownię. Podejmował różne zlecenia na projektowanie ilustracji do książek oraz plakatów. 

Przełomowym momentem w jego karierze było zaprojektowanie plakatu do sztuki teatralnej "Gismonda", w której główną rolę grała ówczesna gwiazda - Sarah Bernhardt. Nieznany artysta momentalnie został okrzyknięty jednym z najwiekszych twórców secesji, a pięcioletni kontrakt z Bernhardt umocnił tę pozycję. Projektował plakaty, scenografię, kostiumy, a nawet biżuterię aktorki.




Od tej pory tworzył grafiki na zamówienie, różnego rodzaju afisze i prospekty reklamowe, kalendarze, okładki książek i czasopism, a także projektował serie obrazów drukowanych na jedwabiu. Były to kolekcjonerskie tzw. panneaux decoratifs, złożone z kilku grafik z jednym przewodnim motywem, jak np. pory roku, kamienie szlachetne, kwiaty itp. Te same grafiki były powielane na pocztówkach i w nieco większych formatach i doskonale się sprzedawały. 


cykl "Kamienie szlachetne" (źródło)

Z czasem otrzymywał zlecenia coraz bardziej ambitne, projektował wnętrza reprezentacyjnych obiektów, witraże, meble, ale także drobne przedmioty jak sztućce i inne naczynia, oczywiście w tej niezwykle dekoracyjnej secesyjnej stylistyce.

Sala Burmistrzowska w Pradze
projekt Malowideł i wystroju A. Mucha


po lewej wnętrze sklepu jubilerskiego, po prawej ozdoby biżuteryjne
- projekty Alfonsa Muchy

Alfons Mucha pochodził z rodziny katolickiej i sam początkowo był gorliwym katolikiem, interesował się jednak także mistycyzmem, a w czasie pobytu we Francji przystąpił do paryskiej loży masońskiej Wielkiego Wschodu Francji. 60 lat po II wojnie światowej ujawniony został duży zbiór dzieł Muchy poświęconych tematyce masońskiej - obrazy, malowidła, projekty regaliów i symboli przeznaczonych do czeskich i słowackich lóż. Prace te przechowywała pewna czeska rodzina, ukrywając je najpierw przed NSDAP, a potem przed komunistami.

Życie osobiste, rodzinne, układało mu się nadzwyczaj dobrze, ożenił się w 1906r i wkrótce doczekał się syna i córki. Bardzo często malował żonę i dzieci, niekiedy w przedstawieniach alegorycznych.


po lewej portret żony, po prawej projekty opakowań


W 1910 roku rozpoczął pracę nad cyklem nazwanym "Epopeja słowiańska", przedstawiającym w monumentalnej formie dzieje Słowian od prehistorii aż do XIX wieku. Łącznie w ciągu 18 lat namalował w tym cyklu 20 obrazów o rozmiarach ponad 6x8 metrów. Sponsorem przedsięwzięcia był poznany w czasie pobytu artysty w USA milioner, dzięki któremu Mucha mógł poświęcić się tej pracy, która miała być dziełem jego życia i spełnieniem patriotycznych marzeń. 

jeden z obrazów z cyklu "Epopeja słowiańska" (źródło)


Cykl jednak nie spotkał się z przychylnym przyjęciem w jego ojczyźnie. Zarzucano mu reakcyjny akademizm i nacjonalistyczną interpretację faktów. Nieco lepiej odbierano jego dzieła w USA, jednak artysta do końca życia pozostał w Pradze, gdzie w 1939r zmarł wkrótce po wkroczeniu wojsk hitlerowskich i po przesłuchaniu przez gestapo. Ristujczina dosć obszernie opisuje poszczególne obrazy "Epopei słowiańskiej", z odniesieniem do historii i wyjaśnieniem alegorii przedstawionych na obrazach.


po lewej żona artysty pozująca do jednego z obrazów,
po prawej obraz z cyklu "Epopeja słowiańska"


Oczywiście wszystkie te informacje są dostępne gdzieś tam w internecie, można też wybrać się do muzeum i zobaczyć oryginały obrazów, ale ja uwielbiam mieć w domu w zasięgu ręki takie albumy, które stanowią kompendium wiedzy o artyście i jego dziełach, lubię czasem sięgnąć na półkę i przypomnieć sobie to i owo, oglądając jednocześnie piękne reprodukcje. Albumy autorstwa Ristujcziny zawierają oczywiscie bogatą bibliografię i źródła zdjęć, a także ilustrowane kalendaria z najważniejszymi momentami z życia i twórczości artystów.

********


Linki do postów, w których pisałam o innych książkach Luby Ristujcziny:

"Gustaw Klimt. Twórca złotej secesji"

"Stanisław Wyspiański. Artysta i wizjoner"


"Wojciech Kossak - najwybitniejszy batalista"

"Józef Mehoffer - geniusz polskiej secesji"

********

Wieści z życia rodzinnego: my oczywiście ciągle młodzi, ale kotki nam się starzeją, zwłaszcza Sabinka. Ma co prawda dopiero 10 lat, ale swoje przeżyła. Kiedyś była postrachem osiedla, ganiała wszystkie obce koty, mówiliśmy, że Sabcia rządzi na dzielni. Niestety przejawiało się to także silnym instynktem łowieckim - Sabinka polowała na wszystko, co się rusza (ptaki, ryby, padalce). Od pewnego czasu jednak ma widoczne oznaki Alzheimera - zapomina, że już jadła i co chwila żąda napełnainia miseczki, kręci się w te i wefte, patrzy na nas pytająco "co to ja chciałam?", niektóre skoki z mebla na mebel wychodzą jej jakoś niezdarnie, czasem nie wyceluje, widać że ma obawy przed bardziej karkołomnymi akrobacjami. Ostatnio jakiś katarek się przyplątał i oczka cóś kaprawieją... Trzeba zrobić kotu przegląd. Nasza najstarsza koteczka dożyła 18 lat, no ale dla kota wychodzącego 10 lat to też już słuszny wiek. No i niestety z Basiunią też coś jest nie teges, pojawiło się posikiwanie z krewką, tak lekko podbarwione, no ale trzeba czym prędzej kotę zbadać. Tak że po roku czy prawie dwóch spokoju zdrowotnego ze stadem - ten tydzień będzie pod znakiem wędrówek do weta.

********

niedziela, 11 stycznia 2026

Mojsze Szagałow vel Marc Chagall.

Wspominałam niedawno o biografii Chagalla - właśnie skończyłam ją czytać. Miałam zamiar jeszcze dokupić album z reprodukcjami jego obrazów, ale koszyk w empiku już pęka w szwach, na stoliku piętrzy się stos do przeczytania, tak że na razie sobie odpuściłam. Zresztą chyba będzie lepiej, jak wybiorę się do stacjonarnej księgarni w pobliskiej metropolii, bo kupowanie albumów on-line to trochę jak kupowanie kota w worku. Człowiek tak do końca nie wie, co tam w środku jest. A do tej biografii zapewne jeszcze wrócę, więc wtedy już będę ją czytać oglądając obrazy :).


  • JACKIE WULLSCHLAGER - "Chagall". Wydawnictwo Marginesy, 2025r, str.607.


Mimo że nowoczesnym malarstwem francuskim (czyli od przełomu XIX i XX wieku) pasjonowałam się od początku liceum, to na Chagalla zwróciłam baczniejszą uwagę w zasadzie dopiero po obejrzeniu filmu "Notting Hill", gdzie obraz "Panna młoda" (zdjęcie poniżej) najpierw pojawia się w postaci reprodukcji na plakacie wiszącym w domu bohatera granego przez Hugh Granta, a potem w oryginale podarowanym mu przez dziewczynę graną przez Julię Roberts. W filmie jako rekwizyt oczywiście pojawiła się kopia obrazu, a i tak producenci musieli ją po zakończeniu zdjęć zniszczyć, aby uniknąć ryzyka ewentualnej sprzedaży falsyfikatu - w tym czasie oryginał był wyceniany w przedziale od 500 tys. do miliona dolarów. W filmie temat tego oto obrazu i kozła grającego na skrzypcach przewija się kilka razy, tworząc jakby klamrę spinającą fabułę:


M. Chagall 1950r "Panna młoda" (źródło)


"Marc Chagall, malarz wspomnień i snów, poeta koloru" (z opisu na okładce). Picasso mówił o nim: "Kiedy Matisse umrze, Chagall pozostanie jedynym malarzem, który rozumie, czym naprawdę jest kolor". I niestety - pierwsze wrażenie po wzięciu do ręki tej książki, to rozczarowanie, że ilustracji jest tak mało. Są głównie zdjęcia (czarno-białe oczywiście) Chagalla, jego rodziny i przyjaciół, a kolorowych reprodukcji jego cudownych obrazów zaledwie kilka. Dlatego muszę koniecznie dokupić album, bo szukanie w necie obrazów, o których się czyta w książce, to trochę dziwne doświadczenie. Pod tym względem książka jest niekompletna i to jest w zasadzie jedyny jej mankament. Opowieść o życiu artysty jest tutaj niezwykle szczegółowa, ale przecież on malował obrazy, autorka wciąż do nich nawiązuje, ale to trochę jak rozmawianie ze ślepym o kolorach. Ja co prawda większość tych obrazów kojarzę, ale czytając o nich chciałabym mieć jednak przed oczami konkretną reprodukcję. A niektórych w ogóle nie znam, więc tym bardziej...

Ale sama książka, czyli jej treść, jest świetna. Przede wszystkim - podziwiać należy ogrom pracy włożonej przez autorkę w rozbudowany kontekst genealogiczny, historyczno-kulturowy i oczywiście artystyczny. Wykorzystała mnóstwo nieznanych dotąd dokumentów, w tym niezwykle poetyckie listy Chagalla i jego pierwszej żony Belli. Wprowadzane kolejno postaci - krewni, przyjaciele, nauczyciele, inni artyści tworzący w tym czasie itd - mają tutaj swoje całkiem rozbudowane, odrębne historie. Na poczatku nawet trochę mnie to nużyło, ale w miarę czytania zaczęło mi się podobać, że poznaję tak dokładnie otoczenie, w jakim wychowywał się, dorastał, a później tworzył Chagall.

Ważnym i ciekawie opowiedzianym wątkiem jest przewijająca się w zasadzie przez całą książkę opowieść o żydowskim pochodzeniu  Mojsze Szagałowa (pierwotnie nazwisko brzmiało Segal), znanego później jako Marc Chagall. Urodził się w 1887r jako najstarsze z dziewięciorga dzieci w ubogiej chasydzkiej rodzinie, w żydowskim sztetlu pod Witebskiem, na terenie obecnej Białorusi. Ojciec był sprzedawcą śledzi, matka zajmowała się domem i dziećmi, i pomagała mężowi. Sama była analfabetką, ale to właśnie ona pomogła marzycielskiemu i nieśmiałemu synowi w dostaniu się do szkoły, gdzie były rygorystyczne limity miejsc dla żydowskich uczniów. Dorastanie wśród chasydzkiej, a więc bardzo religijnej społeczności, ukształtowało w znacznym stopniu wyobraźnię młodego artysty. Na całej jego twórczości mocno odbiły się dziecięce obserwacje z codziennego życia w sztetlu, pomieszane z uduchowioną wyobraźnią. Jego obrazy przedstawiają bardzo często sceny związane ze zwierzętami gospodarskimi, biedne uliczki, prostych ludzi, żydowskich grajków, wesela i pogrzeby, a to wszystko w nieco sennym, fantastycznym anturażu. Mimo biedy był to dla niego szczęśliwy okres. Chasydyzm, popularny wśród biedniejszych warstw Żydów w europie Wschodniej, był ruchem religijnym o silnie emocjonalnym charakterze, uznawał śpiew i taniec za wyraz pobożnosci, a miłość do wszystkiego, co żyje, a więc i ludzi, i zwierząt, traktował jako sposób radosnego obcowania z Bogiem. Chagallowi bardzo bliskie były krowy, śledzie symbolizowały na jego obrazach ojca, kozy zaś odnoszą się do Dnia Pojednania. Mistycyzm chasydzki powodował, iż wizja artysty odbiegała mocno od znanego zwykłym obywatelom wizerunku brudnych uliczek i biednych ludzi. Jeden z krytyków tak pisał o obrazach Chagalla: "To, że brudna i śmierdząca żydowska dziura, o krętych uliczkach z domami bez okien, mnóstwem brzydkich ludzi, przygarbionych pod brzemieniem nędzy, może w oczach malarza stać się miejscem pełnym wdzięku, poezji i piękna - oczarowuje nas, a jednocześnie zadziwia".

Mając 19 lat Chagall rozpoczął naukę w Szkole Carskiego Towarzystwa Upowszechniania Sztuki, później kontynuował ją w szkole prywatnej. Otrzymane stypendium otworzyło mu drogę do dalszej edukacji artystycznej w Paryżu, gdzie związał się z awangardowymi malarzami tworzącymi na Montparnasse. Początki były trudne, ale dość szybko stał się jednym z najbardziej znanych i cenionych przedstawicieli tzw. Szkoły Paryskiej. Ożenek z córką żydowskiego jubilera z Witebska (która też była artystką i dość nowoczesną, jak na tamte czasy, kobietą) oraz własne pierwsze sukcesy artystyczne zapewniły mu finansową niezależność i możliwość tworzenia. W awangardowych kręgach artystycznych początku XX wieku sztuka akademicka była odrzucana, jako zbyt wytworna i przebrzmiała, poszukiwano świeżości, odmienności. Odrealnione i pełne barw obrazy Chagalla, malowane w prymitywnej manierze, wpisały się w nowoczesny nurt malarstwa, gdzie prym wiedli tacy artyści, jak zauroczony tahitańskim kolorytem Gauguin, czy Picasso i Matisse zafascynowani rzeźbą afrykańską. 

Za początek artystycznej drogi on sam uznawał obraz "Nieboszczyk", namalowany w 1911 roku, jako wspomnienie sceny widzianej w dzieciństwie w Witebsku. Zgaszony, ciemny koloryt z pierwszych obrazów w kolejnych dziełąch dość szybko ustąpił miejsca mocnym, czystym barwom.


M. Chagall 1911r "Nieboszczyk"


Nie sposób tutaj opisywać wszystkich dzieł Chagalla. Autorka biografii opowiada o nich niezwykle barwnie i szczegółowo, odnosząc się przy tym do wspomnień z młodości artysty i wskazując ich szczególne miejsce w sztuce początku XX wieku. Chagall wniósł do historii modernizmu ekspresyjną, mistyczną wrażliwość, a Andre Breton ogłosił go ojcem surrealizmu: "Jego wybuch liryzmu datuje się o 1911r, kiedy wyłącznie dzięki niemu metafora triumfalnie wkroczyła do nowoczesnego malarstwa".

Chagall powiedział: „..tematy wszystkich moich obrazów przywiozłem z Rosji, a Paryż dodał im światła…” . Pewne jest, że Paryż go docenił. Marc Chagall był pierwszym żyjącym malarzem, którego obrazy powieszono w Luwrze.


M. Chagall 1911r "Ja i wieś" (źródło)

Chagall żył 98 lat, dużo podróżował, co - podobnie jak różne wydarzenia na światowej arenie -nie pozostało bez wpływu na jego twórczość. W czasie wojny przeniósł się z Paryża do Nowego Jorku, później wrócił jednak do Europy. Odwiedził Izrael, Grecję, a także Polskę. Był człowiekiem pełnym wewnętrznych sprzeczności, niezwykle wrażliwym, a jego sztuka była wyrazem jego osobistych przeżyć, doświadczeń i emocji. Zmarł w 1985 w Saint-Paul-de-Vence we Francji i tam został pochowany. Od 1973 istnieje w Nicei muzeum Chagalla.

Biografia Chagalla pióra Jackie Wullschläger jest nadzwyczaj bogatą opowieścią o malarstwie burzliwego w dziejach sztuki okresu, wychodząca daleko poza twórczość jednego artysty. Znakomita książka, świetnie opowiedziana historia wspaniałego artysty i jego czasów. Chętnie sięgnę po kolejne książki Jackie Wullschläger.


********


niedziela, 16 czerwca 2024

"Oczy Mony", "Wojna o Picassa" i jeszcze słów kilka o serwisach czytelniczo-recenzenckich.

Pozostając jeszcze przy książkach - a trochę się nazbierało i chciałabym opowiedzieć Wam przynajmniej o niektórych - dzisiaj przedstawiam Wam dwie interesujące pozycje o sztuce, głównie o malarstwie oczywiście.


  • HUGH EAKIN - "Wojna o Picassa. Jak sztuka nowoczesna trafiła do Ameryki". Dom Wydawniczy Rebis, 2023r, stron 501.



Podtytuł mówi więcej, niż tytuł główny. Co prawda duża część tej historii kręci się wokół dzieł Picassa, ale na tej osnowie poznajemy przede wszystkim całą długą, żmudną i zaskakująco skomplikowaną drogę nowoczesnej sztuki na kontynent amerykański i przede wszystkim - do świadomości Amerykanów. Dzisiaj wydaje nam się często, że Ameryka to synonim nowoczesności. A przecież jest to zarazem kraj ludzi w ogromnej większości niezwykle konserwatywnych, przywiązanych do utrwalonych zasad, obyczajów, poglądów. W czasach, kiedy Picasso świecił triumfy na wystawach europejskich, a najbogatsi kolekcjonerzy w Moskwie i Berlinie z zapałem gromadzili jego dzieła, w Ameryce nikt w zasadzie jeszcze o nim nie słyszał. Dochodziły tam zaledwie słabe echa głośnych w Europie paryskich wystaw pierwszych impresjonistów, fowistów, czy wreszcie - kubistów. Za oceanem zupełnie lekceważono nowe trendy, uważając je za przejściową modę i wybryk tych śmiesznych Europejczyków.

"Wojna o Picassa" to wspaniała, wielowątkowa i wielowarstwowa opowieść o kilku zaledwie pasjonatach, którzy poświęcili wiele lat życia, aby pokazać nowoczesną sztukę europejską zaściankowej reszcie świata, a przede wszystkim - Amerykanom. To zaledwie kilka nazwisk, które wielu ludziom dzisiaj niewiele, albo nawet nic nie mówią: Quinn, Barr, Rosenberg, Kahnweiler. A dla nich walka o stworzenie wielkiej, na światową miarę, kolekcji dzieł nowoczesnych twórców początku XX wieku - stała się treścią życia, najważniejszą sprawą, której poświęcali swój czas i pieniądze. 

Podczas gdy we Francji miał miejsce największy przewrót w historii sztuki zachodniej - w muzeach i prywatnych salonach Ameryki królowało tradycyjne, klasyczne malarstwo renesansu i w porywach zaledwie XVIII-wieczne. W tym czasie John Quinn, ekscentryczny amerykański prawnik, syn irlandzkich imigrantów, dał się już poznać po obu stronach Atlantyku jako entuzjasta i znawca sztuki. Quinn odczuwał potrzebę zmiany, szukał nowości, utrzymywał kontakty z europejskimi intelektualistami i pisarzami, interesował się nowinkami ze świata kultury i sztuki, długo jednak jeszcze nie wiedział nic o nowej fali artystów z Montparnasse. W jakimś momencie te dwa żywioły musiały się jednak spotkać. Zorganizowana wielkim wysiłkiem pierwsza (niezbyt udana) wystawa dzieł Picassa w Ameryce, na którą trafił Quinn, równie nieudana podróż do Paryża, a w końcu - jeden przypadkowo kupiony obraz, który wreszcie staje się tym zapalnikiem, który ruszył całą lawinę wydarzeń. Wszystko to opisane z niezwykłą precyzją i dbałością o szczegóły, wypunktowane kolejne spotkania, rozmowy, listy itd. 

Marzeniem Quinna było stworzenie w Ameryce wielkiej stałej wystawy z kolekcją dzieł Picassa i innych ówczesnych malarzy reprezentujących najnowsze nurty. Trzeba było jednak wielu lat i wysiłku wielu osób, aby to marzenie można było zrealizować. W dokumentalnej opowieści Eakina poznajemy bardzo szczegółowo historie życia i działalności kilku niezwykłych postaci, dzięki którym szuka nowoczesna trafiła z Paryża do Ameryki. Jednocześnie jest to historia przemian politycznych, kulturowych, społecznych - zarówno w Ameryce, jak i Europie, mamy bowiem tutaj czas rozbudzenia niemieckiego nacjonalizmu i nazistowskich prześladowań, które dotknęły także paryską bohemę, a wreszcie okres wojny, która ogarnęła w zasadzie cały świat i wpłynęła na losy narodów i pojedynczych ludzi, ale też - zamykając jedne możliwości artystom - zmusiła do szukania innych dróg dotarcia do odbiorców w spokojniejszych rejonach świata.

Eakin pisze niezwykle zajmująco, co sprawia, że pomimo wielkiej ilości szczegółów, drobiazgowych opisów kolejnych rozmów, spotkań i zabiegów różnych osób - trudno się od tej historii oderwać. Niezwykła opowieść, która pokazuje, jak mało brakowało, a o Picassie i kilku innych wielkich twórcach świat by nie usłyszał, a nowojorskie Museum of Modern Art nie byłoby tym, czym jest dzisiaj. Wspaniała opowieść o niezwykłych dziejach sztuki nowoczesnej.



  • THOMAS SCHLESSER - "Oczy Mony". Wydawnictwo Literackie, 2024r, stron 496.


Zapowiadane jako światowy bestseller „Oczy Mony”, dedykowane wszystkim dziadkom i babciom na świecie – mimo, że niosą pewne przekazy uniwersalne - uważam za książkę znakomitą, ale raczej niszową. W każdym razie – trudną w odbiorze zarówno dla większości dziadków i babć, jak i – tym bardziej – dla małoletnich wnucząt. Autorem jest historyk sztuki i – zapewne – pasjonat tej dziedziny. Nie wiem, czy ma dziesięcioletnią wnuczkę, ani czy w ogóle rozmawia często z dziećmi w tym wieku. W książce bowiem mamy ogromny zbiór informacji o wybranych dziełach sztuki, które bohaterowie tej opowieści – dziadek i dziesięcioletnia wnuczka – oglądają i omawiają wspólnie w czasie wędrówek po paryskich muzeach. Sam pomysł, żeby zabierać tracącą wzrok wnuczkę do muzeum, zamiast do zaleconego przez pediatrę psychiatry, uważam za znakomity pomysł, godny naśladowania. I to jest ten uniwersalny przekaz, zapewne też o to właśnie chodziło autorowi w dedykacji. O to, żeby poświęcać dzieciom swój czas i troskę, pokazywać im to, co piękne, wzbudzać w nich zainteresowanie dziełami sztuki. Nie wystarczy nakarmić, ubrać i posłać do szkoły. Trzeba z nimi rozmawiać, objaśniać świat i pokazywać jego najlepsze strony.

Natomiast jeśli chodzi o zasadniczą treść, to wydaje mi się nieco oderwana od rzeczywistości. Przybliżając krótko fabułę: mała Mona traci wzrok, pediatra i okulista zalecają wizyty u psychiatry, aby pomógł dziewczynce oswoić się z tą sytuacją. Rodzice proszą o pomoc dziadka, który ma co środę zaprowadzać wnuczkę do owego psychiatry. Dziadek jednak, pasjonat sztuki i ekscentryk, ma swój plan. Zamiast do lekarza, zabiera wnuczkę co tydzień do jednego z paryskich muzeów, gdzie za każdym razem oglądają jedno dzieło sztuki. Jest tych dzieł, przeważnie obrazów, tyle ile tygodni w roku, jaki według przewidywań lekarzy pozostał dziewczynce do momentu całkowitej utraty wzroku. Mankamentem książki jest umiejscowienie reprodukcji tych obrazów na rozkładanej obwolucie – 52 sztuki mikroskopijnej wielkości raczej kiepsko się w ten sposób ogląda. Dużym plusem byłyby reprodukcje całostronicowe, na początku każdego z 52 rozdziałów. Wtedy byłaby to interesująca lekcja o sztuce. W książce chodziło widocznie bardziej o nacisk na relacje dziadka z wnuczką, dlatego same obrazy zostały zepchnięte „na zaplecze”.

Dziadek Mony wybiera dzieła sztuki mało oczywiste, raczej trudne w odbiorze i interpretacji, a następnie w każdej „sesji” opowiada szczegółowo o treści obrazu (lub rzeźby), o twórcy, o przekazie, jaki niesie owo dzieło. Są to rozważania bardzo interesujące, ale na poziomie minimum nastolatka. Oczywiście są dzieci wybitnie zainteresowane filozofią i historią sztuki, jednak z reguły na tym etapie mają jeszcze za mało wiedzy ogólnej, żeby takiego dziadka zrozumieć i przy tym się nie znudzić. Pewnie – fajnie jest pójść z dziadkiem do muzeum, pooglądać obrazy, ale tutaj mamy obrazy w dużej części mało interesujące dla dziecka, a towarzyszące im objaśnienia zawierają tyle nawiązań do historii w ogóle i historii sztuki w szczególności, że trudno uwierzyć, aby dziesięciolatka ten kontekst kojarzyła i pojmowała. Do tego filozoficzne dywagacje w zbyt dużej dawce dla przeciętnego dziesięciolatka raczej nie do przetrawienia.

Książkę poleciłabym pasjonatom sztuki, którzy chcieliby wybrać się do paryskich muzeów – duża porcja interesującej wiedzy o znajdujących się tam dziełach sztuki. Dla wszystkich babć i dziadków – jedynie jako wskazówka, że z wnuczkami należy spędzać dużo czasu, rozmawiać z nimi, objaśniać im świat. Dla młodych czytelników – raczej nie, może dopiero w liceum, jeśli zainteresuje ich sztuka. Nie dla czytelników preferujących popularne współczesne powieści, połykających treść w pogoni za szybką akcją. Książka świetna, ale nie dla każdego.


*****

Chciałam jeszcze na chwilkę wrócić do tematu funkcjonowania serwisów czytelniczych. Może kogoś to uchroni przed pochopnym angażowaniem się takich miejscach, a także przed nadmiernym zaufaniem do publikowanych na takich portalach treści - mam na myśli głównie recenzje i opinie o książkach. W poprzednim wpisie opowiedziałam moją historię rozczarowania serwisem "Na kanapie". Kto ciekawy, niech przeczyta łącznie z komentarzami - właśnie na skutek jednego z tych komentarzy zainteresowałam się "BiblioNETką". Już bez parcia na zamieszczanie tam swoich recenzji, ale bardziej jako czytelniczka, poznająca opinie innych użytkowników o interesujących książkach. 

No więc zajrzałam sobie na stronę główną tejże "Biblionetki", zerknęłam tu i ówdzie i całkiem przypadkiem trafiłam na taką oto wypowiedź jednego z użytkowników, który chciałby od  redakcji serwisu dowiedzieć się, dlaczego "patronatem poważanej strony została objęta książka, która w mojej ocenie na to w żadnej mierze nie zasługuje. Co więcej, utrzymywanie tego patronatu pomimo wysuniętych zastrzeżeń, znacznie to poważanie uszczupla. Czy można prosić o komentarz na temat polecanej przez BiblioNETkę książki "Weronika chce umrzeć"? Jakieś powody, dlaczego właśnie ta pozycja jest objęta patronatem?"

No, ciekawie się zrobiło. Sprawdzam więc - przez dwa tygodnie nikt z redakcji nie zareagował. Pytanie i prośbę o zdjęcie patronatu powtórzono, ktoś jeszcze podjął ten wątek, reakcji brak Jako że czasem lubię podrążyć i dobrze temat rozeznać, podkusiło mnie, żeby jeszcze przyjrzeć się tym nieszczęsnym patronatom Biblionetki, o co tam chodzi, bo się wyświetlają na pierwszej stronie. No to klik - są zasady obejmowania tymże patronatem. Ha! To musi być interesujące! Punkt za to, że jakieś zasady w ogóle są, bo "Na kanapie" to z tym cienko było. No i proszę bardzo:

"Jak zdobyć patronat BiblioNETki? Patronatem obejmujemy książki, które są dobre i warte zainteresowania BiblioNETkowiczów. Nie jest istotna tematyka - najważniejsze czy pozycja w ocenie redakcji BiblioNETki jest warta rekomendacji. Przed podjęciem decyzji zapoznajemy się z materiałami nadesłanymi przez wydawcę. Zastrzegamy sobie możliwość wystosowania do wydawcy prośby o udostępnienie treści książki. Zapoznaje się z nią wtedy redakcja BiblioNETki wraz z niewielkim gremium złożonym z zasłużonych użytkowników serwisu, których zdanie redakcja ceni."

Co z tego wynika? No na przykład, że redakcja niekoniecznie czyta książkę, której patronuje i ją promuje, co do zasady opiera się na materiałach wydawcy. Zanim te rewelacje przetrawiłam do końca, zobaczyłam pod tym tekstem następujący komentarz jednego z uczestników: "Doskonale rozumiem, że obecnie Patronat BiblioNETki nie dodaje książce ani grama prestiżu i żeby go zdobyć wystarczy zapłacić, ale przyznanie go pornograficzno-pedofilskiemu wytworowi, to chyba przesada. Czy przed przyznaniem patronatu książce Weronika chce umrzeć (...) ktokolwiek przeczytał choćby fragmenty dostępne na stronie pana Kruka?" Komentarz napisany 21 maja, do dzisiaj brak reakcji.

Powiem Wam szczerze, że zaczyna mnie to frapować - który z portali czytelniczo-recenzenckich upadł najniżej? "Na kanapie" odwala się jakąś amatorszczyznę bez nadzoru, "Biblionetka" bezrefleksyjnie sprzedaje patronaty, oba serwisy nie reagują na pytania i uwagi uczestników, bez których, jakby nie było, te strony nie miałyby racji bytu, nikt nie przestrzega zasad, o ile takowe w ogóle są. Z ciekawości zajrzałam jeszcze na kilka innychtego typu portali, ale tam obowiązują nieco inne zasady i zazwyczaj recenzje pisane są przez zespół redakcyjny, a nie przypadkowych chętnych. No więc pozostaje jeszcze chyba największy i najbardziej znany z takich serwisów, o formule z grubsza podobnej do Biblionetki i Na kanapie - czyli "Lubimy czytać". Z tego, co zdołałam się zorientować na podstawie opinii użytkowników (nie tylko LCz), a także własnego niewielkiego doświadczenia w czasie użytkowania - tutaj chyba najmniej jest powodów do czepiania się, bo też większe jest zaangażowanie redakcji w utrzymanie dobrego poziomu. Z jakiegoś powodu zresztą dawno temu tam trafiłam, założyłam również swoje konto i przez długie lata korzystałam właśnie z recenzji na LCz przed zakupieniem książki. W konsekwencji tych doświadczeń - chyba zlikwiduję konto "Na kanapie", do "Boblionetki" nawet się nie przymierzam, na "Lubimy Czytać" będę zaglądać w poszukiwaniu opinii o książkach, które mnie interesują, acz z dużym dystansem ;).

*****


Zamykam ten temat, ale na koniec chcę dorzucić jeszcze kilka słów tak ogólnie o recenzjach książek, notkach wydawniczych i tzw. blurbach. Trochę doświadczenia nabrałam, to się podzielę. Najpierw małe objaśnienie terminu, który chyba nie jest powszechnie znany:

Blurb – rekomendacja lub krótkie streszczenie utworu, umieszczane najczęściej na tylnej stronie okładki i/lub obwoluty książki lub płyty DVD. Blurb zawsze przedstawia utwór w sposób pozytywny lub nawet entuzjastyczny, gdyż z założenia ma charakter marketingowy, a nie krytycznoliteracki. Blurb to zachęta do przeczytania książki podpisana przez osobę, z której gustem liczy się potencjalny czytelnik – znawcę tematu, pisarza, krytyka, celebrytę. (źródło: Wikipedia)

Są osoby, które nie ufają recenzjom, natomiast wierzą w to, co napisze wydawnictwo lub autor blurba. Inni na odwrót. A tak na dobrą sprawę, to w dzisiejszych czasach nie można ufać nikomu, a w każdym razie warto mieć ograniczone zaufanie i szukając wiarygodnej opinii o książce zachować czujność. Warto przejrzeć recenzje w różnych miejscach i pisane przez różne osoby (z czasem da się już odróżnić wiarygodnego recenzenta od zwykłego wyrobnika piszącego w zamian za jakieś korzyści, a trzeba pamiętać, że są też nawet recenzje pisane przez AI czyli sztuczną inteligencję!). Odsiewać recenzje sponsorowane (nie zawsze wyraźnie oznaczone, niestety). Sponsoring w tym światku rzadko polega na zapłacie w brzęczącej monecie, zazwyczaj recenzenci otrzymują darmowe egzemplarze książek od wydawnictw lub bezpośrednio od autorów - i w związku z tym część z nich uważa, że w ramach wdzięczności muszą pisać wyłącznie pozytywnie. 

Nadmierne zachwyty zawsze jednak budzą moją nieufność. Szukam raczej konkretów, bo banały typu "świetna książka, trzyma w napięciu" (albo na odwrót - "strasznie mnie ta książka znudziła, tego nie da się czytać" - bez słowa wyjaśnienia) itp. w zasadzie nic mi o książce nie mówią. Zatem szukam - o czym dokładnie jest książka, jakiego stylu i języka wypowiedzi używa autor, co konkretnie czytelnikom i recenzentom podoba się a co nie (wolę, jak jest jakieś "nie", bo wygląda to bardziej wiarygodnie, a ja przecież niekoniecznie muszę podzielać pogląd recenzenta na tę akurat kwestię). I co do zasady lubię spojlery, bo wtedy wiem, o czym tak dokładnie jest ta książka. Przykład - w poprzednim poście pisałam o książce "Proroctwo pszczół", w której nie podobało mi się, że większość akcji dzieje się w czasach templariuszy, są długie opisy bitew i potyczek itp. Komuś może to akurat bardzo odpowiada, ale ważne, żeby taką informację uzyskać w jakimś opisie czy recenzji książki. Ja na takie konkrety nie natrafiłam, a pewnie bym tak opowiedzianej książki nie kupiła. Chociaż, z drugiej strony, w tym akurat przypadku aż tak bardzo nie żałuję ;). Tak więc, Moi Drodzy, trudno tutaj o złoty środek. Kupując książkę w księgarni stacjonarnej mamy możliwość przejrzenia, przeczytania fragmentów. Kupując w internecie rzadko mamy okazję do zapoznania się z fragmentami, więc trzeba zaufać temu, co piszą inni, ale musimy podchodzić do recenzji z rozwagą i dystansem.

*****

A tymczasem w ogrodzie - zakładamy domki dla pszczółek murarek. 


W gruncie rzeczy trochę późno, bo podobno najlepiej robić to na wiosnę. No nic, zobaczymy, może się jakiś lokator skusi, a jak nie, to domki będą gotowe na następny sezon. Bo co roku mówimy, że trzeba te domki zawiesić i w końcu zawsze jakoś nam to umyka, a tym razem to był taki spontaniczny zakup w mrówkowym sklepie. Dokładne informacje jakie domki i gdzie umieścić w ogrodzie, a także sporo ciekawostek o murarkach znajdziecie pod tym linkiem: 
https://poradnikogrodniczy.pl/pszczola-murarka-ogrodowa-hodowla-jak-zrobic-domek.php

W skrócie: murarki są bardzo łagodne, nie produkują miodu, ale są lepszymi zapylaczami niż pszczoły miodne. Mówi się, że jedna murarka to jak dwieście miodnych! No i w zasadzie są bezobsługowe, trzeba im tylko stworzyć przyjazne warunki do zasiedlenia. Domek dla nich to jednak niekoniecznie taki jak nasz - najlepiej wiązka trzciny takiej z otworem o średnicy około 8 mm, z jednej strony powinny być zamknięte. Jesienią można kupić gotowe kokony z murarkami (także w pakiecie z trzcinowymi rurkami), przechować w suchym miejscu i w marcu umieścić je w pobliżu domku albo tej wiązki trzcinowej, wtedy jest duża szansa, że zasiedlą to miejsce. 100 sztuk kokonów to około 45 zł, więc chyba się skuszę na taką gotową kolonię pszczółek.


pszczoła murarka ogrodowa


Newsy zwierzątkowe: kotki (i piesek) zdrowe, chociaż najstarsza Sabinka zaczyna wykazywać objawy Alzheimera. Sprawia czasem wrażenie, jakby nie mogła myśli pozbierać i zastanawiała się "co ja właściwie tutaj robię i co to ja chciałam...?" Ma dopiero 8 lat, więc nie tak znowu dużo (Czarnuszka żyła 18), ale widać, że czasem jest jakaś skołowana, trochę gorzej też sobie radzi z kocimi akrobacjami, ostrożniej skacze, wolniej chodzi. Taka dostojna matrona się z niej zrobiła. Bardziej to wygląda na gorszą orientację w przestrzeni, niż jakiś problem z układem kostnym czy inną dolegliwością somatyczną. Apetyt jej dopisuje, nawet się dziwimy, że tak dużo je od pewnego czasu. Robaki wykluczone, zresztą niedawno wszystkie dostały na odrobaczenie. No cóż, prawdopodobnie Sabcia nam się po prostu starzeje... co nie przeszkodziło jej niedawno w skutecznym zapolowaniu na młodą sierpówkę, na szczęście w porę przez nas odratowaną z kocich pazurów. 

SABINKA


W oczku wodnym natomiast zauważyliśmy, że zniknęły bezpowrotnie największe ryby. Jedna nieżywa pływała niedawno brzuchem do góry na powierzchni, została więc odłowiona i zutylizowana. Podejrzeń jest kilka: czapla siwa, którą widywano o świcie na kalenicy naszego dachu, szop-pracz, którego widywano u sąsiadów, nasze własne kocie stado, któremu zdarzało się już czasem wyłowienie ryby zaplątanej w przybrzeżne trawy i szuwary. No i wreszcie taka ewentualność, że ryba typu karaś ozdobny wieczna nie jest, a niektóre przecież zostały wpuszczone do stawiku jakieś 15 lat temu. Oczko wodne mamy co prawda już od 25 lat, ale jednej zimy rybki nie przeżyły, mróz silny trzymał wtedy długo, a rybek było kilkadziesiąt, więc mogły się podusić w  za małej przestrzeni (przeręble oczywiście były, ale może za mało do natlenienia, woda zamarzała wtedy do pół metra, a tam w najgłębszym miejscu jest jakieś 80-90 cm}, mogły wręcz zamarznąć czy nie wiem co tam jeszcze. Po tej apokalipsie wpuściliśmy właśnie te nowe, które dzisiaj, po 15 latach, już pewnie dożywają swoich dni. I tak to się kręci...

W następnym wpisie jeszcze trochę poopowiadam o fantastycznych książkach, tym razem o zupełnie innej tematyce, a później może wreszcie wrzucę jakieś obrazki, bo coś tam się od czasu do czasu maluje ;).



środa, 24 kwietnia 2024

Angelo Longoni "Książę Modigliani".

Po raz kolejny wracam do blogowego świata z mocnym postanowieniem systematycznej aktywności. A byłam już bliska decyzji o likwidacji mojego zakątka internetu... Waham się też ciągle nad kwestią tematyki i profilu bloga. Jak wiecie - lubię pisać o książkach, maluję obrazki, mam koty. I o tym pisałam najczęściej. Mam jednak skłonność do systematyzacji i porządkowania rzeczywistości, więc od czasu do czasu nachodzi mnie myśl, że blog też trzeba jakoś poukładać, bo nie chcę, żeby był tutaj misz-masz, pamiętnik o wszystkim czy inny bałagan. Na ten moment koncepcja rysuje się zatem następująca: 

  • Posty o książkach będą nieco bardziej hmmm... recenzenckie (przynajmniej mam taką nadzieję) i na zasadzie: jeden post - jedna książka - jedna recenzja. Od dawna kusiło mnie pójście w tym kierunku, bo czytam sporo i zawsze o literaturze lubiłam pisać i rozmawiać. Zmobilizowałam się też w końcu i założyłam sobie konto na portalu "Na kanapie" i planuję przystąpienie do Klubu Recenzenta, co będzie się wiązało z większą aktywnością w tej dziedzinie, zarówno na portalu, jak na blogu i w innych literacko-recenzenckich miejscach. Na bocznym pasku bloga widać wklejkę z linkiem do mojego konta w serwisie "kanapowym" i moje książki, które dopiero zaczynam tam dopisywać, więc pewnie trochę potrwa, zanim będzie komplet ;).
  • Posty malarskie - tutaj w planie mam założenie konta na Instagramie (co też jeszcze chwilę potrwa, bo na razie jestem zaabsorbowana Kanapą), z nadzieją, że będę tam częściej, niż bywało to na blogu, zamieszczać moje obrazki. Na blogu więcej napiszę, tam więcej i częściej pokażę :). 
Tak więc plany są cudne, życie pokaże, co z tego wyjdzie. W każdym razie blog pozostaje, tutaj czasem dorzucę coś z życia, o kotach i innych takich historiach.

A dzisiaj opowiem Wam o takiej oto książce:



  • ANGELO LONGONI - "Książę Modigliani".
  • Wydawnictwo ARKADY, Warszawa 2023r, 520 str., okładka twarda lakierowana.


O Modiglianim, a właściwie o jego biografii pióra Pierre'a Sichela, pisałam już jakiś czas temu - kto ciekawy niech zajrzy pod ten link: "Książki o sztuce. Modigliani". Jest to biografia kompletna, szczegółowa, a ja czytałam (i mocno przeżywałam) ją wielokrotnie, mam więc utrwalony obraz artysty, jak i jego otoczenia. I dodać trzeba, że malarstwo Modiglianiego uwielbiam. Do każdej kolejnej książki o Modim podchodzę więc - mimowolnie - naładowana wiedzą zaczerpniętą z tej sichelowskiej biblii. I potem czepiam się szczegółów. Tak było z powieścią Sylwii Ziętek "Lunia i Modigliani", o której pisałam tutaj: "Książki. O Freudzie, o Garbo, o Modiglianim". Podobnie potraktowałam historię Modiego opisaną przez Longoniego - z pewną rezerwą i nieufnością ;). 

Książka jest dość potężnym, liczącym ponad 500 stron, tomiszczem. Kiedy więc po 60 stronach lektury moje rozczarowanie zaczęło rosnąć, obawiałam się, że nie dojadę do końca i prawie żałowałam zakupu. Ale po kawałku jednak brnęłam dalej i w końcu jakoś się do tej opowieści przekonałam. Co mnie tak rozczarowało i zniechęciło? Otóż książka, w moim mniemaniu, jest straszliwie przegadana. Jeśli przekartkuje się ją pobieżnie, to widać mnóstwo dialogów, często złożonych z krótkich zdań, bez słowa komentarza. Z kontekstu trzeba się domyślać kto i z kim rozmawia, o emocjach, mimice i innych okolicznościach nic nie wiemy, W zasadzie brak rozbudowanych wypowiedzi w trakcie rozmów i dyskusji, kilka słów rzucanych to przez jedną osobę, to przez drugą, niekiedy raptem kilka zdań w jednej wypowiedzi. Może niektórzy ludzie tak rozmawiają, ale raczej nie wszyscy. 




No i ja lubię opisy. Gdzieś w redakcyjnej notce wspomniano o wspaniałej scenografii. Ależ tam nie ma żadnej scenografii! Dobrze, że ja znam z innej literatury tę epokę, to wiele mogłam sobie dopowiedzieć, ale autor w tej kwestii raczej się nie popisał. Nie ma odautorskich komentarzy, rozbudowanych wprowadzeń do poszczególnych scen i wydarzeń. Niemal wszystkiego dowiadujemy się z dialogów lub monologów i listów różnych osób.

Ale przejdźmy do konkretów, bo jednak nie wszystko w tej książce jest złe.

Angelo Longoni zastosował ciekawy zabieg dla urozmaicenia swojej opowieści, a mianowicie podzielił książkę na dużą ilość króciutkich rozdziałów, z których każdy kolejny ma nieco inną formę. Mamy zatem - oprócz licznych wspomnianych już dialogów - wplecione, jako odrębne rozdziały, monologi pojawiających się postaci, czasem jakiś list Amadea do matki. Nie ma więc jednego narratora, całość nie jest opowieścią autora czy jednego bohatera, każdy rozdzialik ma inną formę literacką, inny styl, innego narratora... lub jego brak. Trochę to wprowadziło urozmaicenia, ale mnie ta kombinacja nie przekonała. W pewnym momencie wciągnęłam się w tę historię, przedstawioną z różnych punktów widzenia, ale do zachwytu było mi daleko. Przeszkadzało mi też odmienne od moich wyobrażeń przedstawienie głównych postaci i nadmiar fantazji w niektórych kwestiach. Oczywiście - to jednak nie jest biografia, a powieść i fikcja literacka, ale na przykład kontakty Modiego z Picassem w rzeczywistości nie miały aż tak intensywnego charakteru, miałam więc poczucie naciąganego nadmiaru. Oczywiście czystą fantazją są też szczegóły relacji z ważnymi dla Modiglianiego kobietami, tak naprawdę wiemy o nich niewiele, no ale takie jest prawo powieści, żeby to co nieznane - wymyślić i ubarwić.




No i cóż... może ja nie powinnam czytać powieści o autentycznych postaciach, zwłaszcza tych, których życiorysy dobrze przestudiowałam...? Trudno mi być obiektywną, denerwują mnie trochę różne historyczne nieścisłości. Ale - starając się jednak o obiektywizm - przyznaję, że Longoni wykonał kawał dobrej roboty, wyciągnął z biografii Modiego wszystkie istotne szczegóły, spróbował wejść w role - samego artysty, jego bliskich, przyjaciół, kochanek. Interesująca pozycja, na pewno może zafascynować kogoś zainteresowanego życiem niezwykłego artysty, księcia paryskiej bohemy, Amadeo Modiglianiego.

Wielka szkoda, że nie ma w książce ilustracji, bo wiele obrazów jest opisanych i miło by było móc je od razu obejrzeć, zamiast szukać po internetach. Plus za piękną okładkę z obrazem Modiglianiego w tle (portret Jeanne Hebuterne, muzy i partnerki życiowej Modiego, matki jego córki), oraz Anouk Aimee, francuską aktorką, odgrywającą rolę Jeanne w filmie "Montparnasse 1919".




Jeśli zaciekawiła Was ta pozycja, to zapraszam do przeczytania nieco poszerzonej wersji tej recenzji w serwisie "Na kanapie" (tutaj).

*****


piątek, 23 lutego 2024

Książki. Ristujczina z Klimtem, Palikot z Leśmianem i Dehnel z Chopinem.

Dzisiaj jedna książka z mojej bajki, ale dwie pozostałe takie mniej oczywiste. Zobaczcie sami, co mi się trafiło...



*****


  • JANUSZ PALIKOT - "Nic-nic. Ontologia na marginesach Leśmiana". Wyd. Centrum Kultury w Lublinie, 2018r, 300 str., okładka miękka ze skrzydełkami i obwolutą.



Nie miałam nawet świadomości, że mamy tę książkę. Mąż dostał ją jakiś czas temu w prezencie, ale jakoś mu nie podeszła tak od razu do czytania, odstawił na półkę i zapomniał. Niedawno szperając w biblioteczce wygrzebał ją i dał mi, mówiąc - "chyba ci się spodoba, bo to taka intelektualna lektura". Hmm??? No dobra, zobaczmy, cóż to takiego. Przyznam szczerze, że mimo pewnej sympatii z dawniejszych czasów (nieco zweryfikowanej późniejszymi działaniami biznesowymi tego pana, ale w ten wątek nie będę się tutaj wdawać), jakoś specjalnie nie interesowała mnie pozapolityczna działalność pana Palikota. Wydawało mi się, że jego filozoficzne dywagacje wtrącane w rozmaitych wypowiedziach są jakimś marginalnym zjawiskiem, zupełnie nie znałam też jego twórczości literackiej, chociaż owszem, coś mi się tam o uszy obiło. Bardziej kojarzył mi się jednak z biznesem i piwem :). No więc trochę mnie ta książka zaskoczyła.



Jak określić jednym zdaniem to dzieło? Poza tym, oczywiście, że jest to dzieło z dziedziny ontologii, jak sam tytuł wskazuje. Mam z tym problem, bo jest to książka dość trudna, wymagająca. Trzeba się do niej trochę przygotować, przypomnieć sobie poezję Leśmiana, zanurzyć się najpierw w tej poezji, a potem, mając ją w sobie, spróbować podążać za tokiem rozważań Palikota, jego nowatorską interpretacją leśmianowskiej poezji. 

Może posłużę się cytatem z obwoluty, autorstwa Piotra Augustyniaka, żeby zobrazować Wam lepiej, z czym mamy do czynienia:

Janusz Palikot pisał tę książkę nie tylko, jak głosi jej tytuł, na marginesach Leśmianowych wierszy. Pisał ja transowo między ich wersami, słowami i sylabami, odsłaniając przed sobą i nami świat w jego fascynującej nieoczywistości. Palikot objawia się tu szerszemu kręgowi czytelników jako myśliciel drapieżny, bezkompromisowy, dogłębny, ostry. Rozcinając przy pomocy brzytwy aforyzmu naskórek rzeczywistości, narosły ze zdroworozsądkowych banałów i obiegowych półprawd,, zapada się w otchłań jej paradoksów i nierozstrzygalności. Być może ktoś mógłby napisać podobną książkę bez wierszy Leśmiana. Pisząc ją jednak z Leśmianem i przy Leśmianie Janusz Palikot przywraca jego poezji należne miejsce w polskiej literaturze jako twórczości na wskroś metafizycznej, a nawet - jak mógłby się wyrazić Cezary Wodziński - trans-metafizycznej.

A co to w ogóle jest ontologia? Dawno temu, w czasach licealnych, interesowałam się filozofią, czytałam dość sporo na ten temat, ale to było wieki temu, dzisiaj mnie to tak nie wciąga, a i wiele teorii wyleciało mi zupełnie z głowy. Coś mi więc dzwoniło, ale tak żeby komuś to wyjaśniać, to już nie bardzo... Więc cytując za Wikipedią:

Ontologia – dział filozofii dotyczący bytu; zajmuje się strukturą rzeczywistości oraz pojęciami istoty, istnienia, jego sposobów, przedmiotu i jego własności, przyczynowości, czasu, przestrzeni oraz możliwości i konieczności; w analizie ostatnich dwóch pojęć korzysta z logik modalnych Ontologię czasem utożsamia się z metafizyką, jednak niektórzy rozdzielają te dyscypliny; przykładowo robi to tradycja fenomenologiczna.

 




O tej książce można opowiadać długo, rozbierać ją na czynniki pierwsze bez końca, ale powstałaby z tego kolejna książka. Autor snuje rozważania filozoficzno-obyczajowo-kulturowe, zagłębia się zarówno w porównania podobnych wątków u innych twórców, jak i przekłada je na własne obserwacje życiowe. Jeśli interesuje Was poezja, Leśmiana zwłaszcza, a może przeciwnie - mieliście w latach szkolnych problem z jej odbiorem - warto przeczytać tę ontologię, spojrzeć inaczej na Leśmiana, a może przy okazji - także na Palikota.




Dodatkowym atutem książki jest duża ilość niezwykle interesująco dobranych ilustracji, cytatów - nie tylko z Leśmiana, ale też nawiązań do innych znanych dzieł wielkich mistrzów i rozmaite inne smaczki i dygresje. Rzecz wielowątkowa i wielowarstwowa, do przemyśleń. 

Akurat trafiłam na wpis R.A.Ciężkiej o książkach filozoficznych i filozofujących, pod wartym zacytowania tytułem: "Jeśli nie wiesz, czy coś jest mądre, czy dziwne, to zapewne było filozoficzne". Jeśli lubicie takie klimaty, zajrzyjcie też pod ten link, jest tam wymienionych kilka pozycji w tym duchu.


*****


  • JACEK DEHNEL - " Serce Chopina". Wyd. Biuro Literackie, Stronie Śląskie, 2018r, 38 str., okładka miękka.



Kupiłam tę książeczkę jakiś czas temu, przy okazji zamawiania któregoś tomu opowieści o śledztwach profesorowej Szczupaczyńskiej. Autorami tej serii, pod pseudonimem Maryla Szymiczkowa, są Piotr Tarczyński i Jacek Dehnel. A że panów kojarzę raczej słabo, jeśli chodzi o literaturę, to pomyślałam sobie, że warto się zapoznać z ich inną twórczością, skoro kryminały ze Szczupaczyńską tak bardzo przypadły mi do gustu. Poezja nie jest, co prawda, moim ulubionym gatunkiem, ale przeczytałam gdzieś intrygującą recenzję tomików Dehnela, zatem sięgnęłam po pierwszy z brzegu, jaki znalazłam w internetowej księgarni. W pierwszym podejściu i po pobieżnym przekartkowaniu "Serca Chopina" raczej nie byłam oczarowana, ale odłożyłam sobie książeczkę na jakiś wolny wieczór. I się okazało, że przy odpowiednim nastawieniu czyta się świetnie, w końcu to rzecz na pół godzinki raptem, wliczając w to odpłynięcia myślami w nurcie poezji i rozważania własne.




Okładka i układ tomiku (strona A, strona B) imitują płytę winylową, a konstrukcja wiersza nawiązuje do muzyki Chopina, stanowiąc jeden długi utwór, w którym zmieniają się tonacje i nastroje, natężenie dźwięków, tempo i rytm. Zaczynamy od wspomnienia Chopina i jego serca, które odbyło długą drogę do polskiej ziemi, potem zaglądamy do domów mieszkańców Warszawy, zwykłych ludzi, wnikamy w ich emocje, przeżycia, tęsknoty, nadzieje, wędrujemy z nimi po Europie, szukając ukojenia i spełnienia. Utwór wciągający emocjonalnie, wielowymiarowy, wzruszający i poruszający, zmuszający do przemyśleń.

*****


  • LUBA RISTUJCZINA - "Gustaw Klimt. Twórca złotej secesji". Wydawnictwo SBM, 240 str., okładka twarda.


Moja ulubiona ostatnio autorka książek o sztuce - Luba Ristujczina i jej książka/album o Klimcie. Opowiadałam już wcześniej o innych książkach tej autorki, historyczki sztuki: "Stanisław Wyspiański. Artysta i wizjoner" (tutaj)"Józef Mehoffer. Geniusz polskiej secesji" (tutaj)"Wojciech Kossak. Najwybitniejszy batalista" (tutaj)

Po tym ostatnim tekście odezwała się do mnie pani Luba , pisząc w mailu o tym, że taki pozytywny odbiór motywuje ją do dalszej pracy i pisania kolejnych książek, oraz dołączyła podziękowanie za miłą recenzję. Oczywiście bardzo mnie ucieszył ten sympatyczny gest, świadczący o tym, że autorka rzeczywiście myśli o swoich czytelnikach. Skłoniło mnie to też do pewnych przemyśleń na temat tych moich opinii/recenzji o książkach. Recenzjami trudno je nazwać, w każdym razie nie spełniają podstawowych wymagań dla recenzji profesjonalnych. Piszę raczej skrótowo o osobistych refleksjach związanych z przeczytaną książką, nie zawsze jestem obiektywna. Od pewnego czasu poprawiłam się tylko na tyle, że zamieszczam metryczki, czyli informacje "techniczne" o samej książce (ilość stron, rok wydania, wydawnictwo, okładka). A z drugiej strony - lubię książki czytać i o nich pisać. Więc może powinnam pisać bardziej profesjonalnie? Na moim blogu jest pewien misz-masz, trochę o książkach, trochę o moich obrazkach, czasem wstawki z życia moich zwierzaków czy z ogrodu. Od pewnego czasu chodziło mi po głowie, żeby trochę to ogarnąć, skupić się tylko na książkach i obrazkach, no i jeśli chodzi o tematykę, to tak powoli zaczyna to wyglądać. Nie mam jednak ambicji prowadzenia profesjonalnego bloga recenzenckiego, to wymagałoby porządnego przyłożenia się do pracy, dogłębnej i wszechstronnej analizy ocenianego dzieła itd. Ale na to brakuje mi po prostu czasu.  Zatem - lecimy po staremu, czyli będę się tutaj z Wami dzielić moimi skrótowo ujętymi refleksjami po lekturze.






Album o Klimcie to wspaniale opracowane kompendium wiedzy o tym znanym artyście, w przepięknej szacie graficznej. Poznajemy życie malarza na tle interesująco zarysowanej epoki i jego twórczość w zestawieniu z malarstwem innych artystów tamtych czasów. Jaki był Klimt? Pracowity, perfekcyjny i zdyscyplinowany, niezbyt towarzyski, a przecież uznany za skandalistę belle epoque i guru Wiedeńskiej Secesji. Na początku artystycznej drogi zajmował się wykonywaniem dekoracji dla teatrów, malowaniem konwencjonalnych portretów na zamówienie i szeregiem innych zajęć. które pomagały mu podreperować wątły budżet. Ostatecznie jednak stał się twórcą niezależnym, którego sztuka jednych gorszyła, innych przyciągała. Najbardziej nam znane obrazy ze "złotego" okresu zostały namalowane u schyłku nurtu art nouveau, w związku z czym wkrótce zostały uznane za przestarzałe i niemodne. Dopiero w latach 60tych XX wieku odżyło zainteresowanie twórczością Klimta. W 2006r jego obraz "Portret Adele Bloch-Bauer" został sprzedany za 135 milionów dolarów, a niemal wszędzie na świecie w sklepach z pamiątkami i bibelotami można kupić porcelanę i inne drobiazgi ozdobione motywami z obrazów Klimta.






Wspaniale opracowana pozycja, ogrom wiedzy przy jednoczesnej oszołamiająco bogatej ikonografii. Polecam gorąco, rzecz warta swojej ceny, a nawet, powiedziałabym, w cenie okazyjnej, Często bywa tak, że za ciężkie pieniądze dostajemy album w grubej lakierowanej okładce, z modnym nazwiskiem twórcy, ale z mizerną treścią i niewielką liczbą ilustracji. W przypadku książek/albumów Ristujczyny czytelnik otrzymuje naprawdę niemal kompletne opracowanie o życiu i twórczości artysty, a także o innych towarzyszących okolicznościach i tle historycznym, w dodatku z ogromną ilością świetnych ilustracji - reprodukcji obrazów i zdjęć z epoki.

*****