- LUBA RISTUJCZINA - "Józef Chełmoński. Romantyk polskiego pejzażu" Wydawnictwo SBM, str. 242.
Przecudny album, z mnóstwem zdjęć i pięknych reprodukcji, a jednocześnie zawierający ogrom interesujących informacji. To kolejna pozycja autorstwa Luby Ristujcziny w mojej biblioteczce, wydana w tej samej serii. W zasadzie jej książki mogę kupować w ciemno, za każdym razem jestem zachwycona. Imponująca ikonografia, fantastycznie opowiedziana historia życia i twórczości artysty, obejmująca szeroki kontekst historyczny, artystyczny, środowiskowy.
Wydaje mi się, że Józef Chełmoński jest u nas chyba dość powszechnie znany, dzięki swoim nastrojowym pejzażom, w których widać jego zachwyt ojczystym krajobrazem, wiejskim scenkom rodzajowym, niezwykle realistycznym wizerunkom ptaków i zwierząt. Po śmierci Matejki został uznany za najwybitniejszego żyjącego polskiego malarza, ale jako człowiek budził wiele kontrowersji, głównie za sprawą wielkiego, obsesyjnego wręcz oddania sztuce, okupionego zruinowanym życiem rodzinnym. Trochę tutaj o nim w dużym skrócie przypomnę, bo obrazy (niektóre) kojarzymy, a o człowieku czasem niewiele wiemy. Ja sama zainteresowałam się jego twórczością (a co dopiero - życiem) dość późno, bo za młodu malarstwo realistyczne raczej mnie nie porywało, albowiem ekscytowałam się twórczością paryskich malarzy na przełomie XIX i XX wieku, poczynając od impresjonistów, przez ekspresjonistów, fowistów, kubistów, tzw. szkołą paryską z Modiglianim na czele (uwielbiam do dzisiaj) itd, ale fascynowała mnie także sztuka Starożytnego Wschodu. To co się działo pomiędzy oraz później - jakby mniej mnie interesowało :).
Chełmoński od dzieciństwa wykazywał talent rysunkowy, który mógł rozwijać dzięki wsparciu utalentowanego plastycznie ojca. Nieustannie rysował i malował, już w gimnazjum marzył o zostaniu malarzem. Zaraz po egzaminach maturalnych pokazał swoje obrazy Wojciechowi Gersonowi, który kierował wówczas akademicką Klasą Rysunkową w Warszawie. Po krótkim kursie rysunku klasycznego Gerson uznał, że uczeń ma potencjał i przyjął go do swojej szkoły. Gerson wychował wielu znanych później malarzy, jak choćby Aleksander Gierymski czy Alfred Kowalski. Za podstawę jego sukcesu uważano miedzy innymi niestereotypowe metody. Jak wspominali jego uczniowie: "objaśniał budowę kształtu przez nachylenie płaszczyzn zasadniczych łączonych zaokrągleniami stosunek świateł do cieni w motywach oswietleniowych, walory tonów, proporcje i chwytanie ruchu biegiem linii w zmiennych kierunkach, a przez to wyrabiał pojęcie i o kształcie, i o wrażeniu na oko, czyli malarskim efekcie." Zachęcał uczniów zarówno do samodzielnego studiowania teorii i historii sztuki, ale także... praw fizyki. Czy pamiętacie moje rozważania o związkach matematyki ze sztuką, przy okazji haftu matematycznego? No właśnie :). Ale odbiegłam od tematu...
Lata spędzone w Klasie Rysunkowej Gersona, i wśród innych jego uczniów, ukształtowały Chełmońskiego jako artystę, ale także jako człowieka. Już wówczas całe jego życie było podporządkowane sztuce. Bywało głodno i chłodno, ale zawsze rysunek i malowanie były pierwszą potrzebą. Kiedy zmarł ojciec Józefa, rodzina znalazła się w trudnym położeniu materialnym, jednak wkrótce przyjaciel rodziny zaprosił młodego malarza do swojego majątku na Podolu, dzięki czemu Chełmoński mógł poświęcić się malowaniu stepowych pejzaży, ptaków i scen z codziennego życia chłopów i ziemiaństwa. W wielu obrazach widoczne były jeszcze wpływy i inspiracje malarstwem Gersona, ale Chełmoński zaczął już wypracowywać własny styl, w którym główną rolę grały nastrój i walory malarskie. Oto jedna z jego prac z tego wczesnego okresu (1870r) - mały obrazek (26,5x34,5cm) "Sanie przed szałasem nocą":
Gersonowi zawdzięcza Chełmoński także udział w pierwszych wystawach w warszawskiej Zachęcie. Materialnie początkowo wiodło się młodemu malarzowi raczej kiepsko, tym bardziej, że swoimi obrazami nie trafiał w ówczesne gusta publiczności i krytyków, a po śmierci ojca został niemal bez środków do życia. Miał jednak trochę szczęścia do życzliwych sponsorów. Jednym z nich okazał się starszy kolega ze szkoły Gersona - Maksymilian Gierymski, któremu bardzo się spodobały prace Józefa. Dzięki jego pomocy Chełmoński mógł zrealizować swoje marzenie o podjęciu dalszych studiów w Królewskiej Akademii Sztuki w Monachium. W Monachium dosć szybko odnotowuje pierwsze sukcesy, krytycy piszą coraz życzliwej o jego obrazach, udaje mu się także sprzedać kilka prac. Po kilku latach wraca do Warszawy, gdzie z kilkoma kolegami malarzami wynajmuje pracownię i maluje nadal sceny rodzajowe i pejzaże. Wkrótce porzuca jednak także Warszawę, gdzie jego malarstwo nie znajdowało uznania, i udaje się do Paryża - znowu dzięki pomocy wpływowych sympatyków. Tutaj publiczność przyjmuje jego obrazy znacznie bardziej entuzjastycznie, co oczywiście przekłada się na zdecydowaną poprawę sytuacji materialnej artysty.
W tym czasie (1875-1887r) powstają obrazy o tematyce polskiej, z zapamiętanych przez artystę widoków, które nadzwyczajnie potrafił odtworzyć. Między innymi obrazy z czwórką koni - Chełmoński niemal obsesyjnie powtarzał niektóre motywy, aby osiągnać w końcu pożądany rezultat. To monumentalne dzieło (275x660cm), do którego powstało wcześniej mnóstwo szkiców, studiów i innych wersji, znajduje się obecnie w Muzeum Narodowym w Krakowie:
![]() |
| źródło |
Jak pisze Ristujczina: "Choć wszystkie punkty zbiegu akcentują postać woźnicy, odśrodkowa kompozycja sprawia, iż stojący przed płótnem widz ma wrażenie, że za chwilę zostanie stratowany." Te rozpędzone, silne i żywiołowe konie naturalnej wielkości miał okazję podziwiać w paryskiej pracowni Podkowiński - jak sam twierdził, to właśnie te "apokaliptyczne" zwierzęta z obrazu Chełmońskiego były inspiracją do jego słynnego "Szału uniesień".
Również w Paryżu powstał obraz, który - z bogatego dorobku Chełmońskiego - ja najbardziej lubię, a mianowicie "Dropie" (66,5x100,5cm), znajdujący się obecnie w Muzeum Narodowym w Warszawie. Oczywiście najlepiej oglądać to dzieło na żywo, a zdjęcie - w powiększeniu:
![]() |
| źródło |
Ten obraz był w pewnym sensie przełomowy dla Chełmońskiego, ponieważ od tego mniej więcej momentu porzucił dynamiczne, ekspresyjne kompozycje oraz mocne i kontrastowe barwy, na rzecz spokojnych pejzaży bez sztafażu i spokojnych, stonowanych barw. I w takim klimacie powstał drugi mój ulubiomy obraz Chełmońskiego - "Kuropatwy na śniegu" (123x199cm), namalowany już po powrocie do Polski, w Kuklówce, gdzie osiedlił się i mieszkał już do końca życia:
![]() |
| źródło |
Za "Kuropatwy" Chełmoński zebrał mnóstwo entuzjastycznych recenzji, a następnie otrzymał najwyższą nagrodę na Wystawie Międzynarodowej w Berlinie w 1891r.
Autorka pięknie opowiada o obrazach Chełmońskiego, analizuje szczegóły, pisze o motywach i okolicznościach powstania kolejnych dzieł, zwraca uwagę czytelnika na zmiany, jakie zachodziły w twórczości artysty pod wpływem różnych okoliczności. O "Dropiach" pisze tak (fragment): "W porannej mgle rozmywają się kontury, barwy tracą moc i wyrazistość, a przestrzeń nabiera nierealnego, baśniowego charakteru. Chełmoński z czułoscią portretuje poszukujące pożywienia stado ptaków, nadaje im indywidualne rysy, studiuje ich charakterystyczne ruchy. Jego uwaga skupia się na malarskiej materii kompozycji: barwach i rysunku podkreślającego źdźbła traw. Wyszukana kolorystyka utrzymana w złamanych błękitach, srebrzystych zieleniach i zgaszonych brązach wywołuje nastrój melancholii, ewokuje refleksje na temat przemijania i śmierci. Przypomina o zapachach jesieni, wilgotnym powietrzu i przejmującym zimnie, tak charakterystycznych dla depresyjnych listopadowych dni. Scena zaskakuje swą zwyczajnością, celebrowaniem pospolitości i ciszy."
Chełmoński, wychowany w duchu patriotyzmu, miał też wpojone poczucie obowiązku wobec społeczeństwa i swojej klasy, co wiązało się z założeniem rodziny. Wybór drogi artystycznej nie ułatwiał tego zadania, ale dopóki odnosił sukcesy - wszystko udawało się pogodzić. Ożenił się w 1978r z Marią Korwin-Szymanowską i po podróży poślubnej po całej Europie osiedlił się wraz z żoną w Paryżu, gdzie wynajął luksusowe mieszkanie, które stało się miejscem spotkań bohemy artystycznej. Dużo w tym czasie malował, jego obrazy budziły zainteresowanie klienteli także zza oceanu, jednak w pewnym momencie, po zmianie przepisów celnych, ten rynek się załamał. Chełmoński, żeby utrzymać wystawny poziom życia, do którego zdążył już przywyknąć, maluje więc coraz więcej, ale też gorzej, co spotyka się znowu z krytyką. Pogarszająca się sytuacja finansowa i zła passa malarska odbijają się na życiu rodzinnym. Rodzina wraca do kraju, Chełmoński maluje, podróżuje po Kresach w poszukiwaniu tematów do pejzaży, rodzą się kolejne dzieci, dwaj synowie jednak umierają. Ostatnia córka urodziła się już po rozstaniu rodziców - z jej późniejszych relacji wiemy, że Chełmoński odciął jej matkę od starszych córek i nie interesował się losem żony ani ostatniej, utalentowanej plastycznie córki. Zresztą starsze dziewczynki też wysłał na pensję. Czułym i troskliwym ojcem to on na pewno nie był, podobno także wobec żony stosował przemoc fizyczną i psychiczną. Zresztą zawsze najważniejsza dla niego była sztuka, a po rozstaniu z żoną zaczął stronić od ludzi, więcej za to obcował z naturą i nieustannie malował, co znowu zaowocowało sukcesami artystycznymi. Krytyka w tym czasie mu sprzyja, Chełmoński bierze udział w kolejnych ważnych wystawach, otrzymuje liczne nagrody, sprzedaje swoje dzieła.
Ludzie nie zapamiętali go - jako człowieka - zbyt dobrze, ale sądząc po jego pracach był uważnym obserwatorem i człowiekiem wrażliwym na stosunki społeczne panujące na wsi. Namalował mnóstwo scen rodzajowych, których bohaterami byli przedstawieni bardzo realistycznie chłopi polscy i ukraińscy. Pod koniec życia, kiedy pogorszył się stan jego zdrowia, Chełmoński zupełnie już unikał towarzystwa innych ludzi i popadł w dewocję.
Książkę czyta się z dużą przyjemnością, to pięknie opowiedziana historia, no i ogromnym plusem albumu jest ogromna ilość reprodukcji, dzięki czemu można równolegle do tekstu przyglądać się szczegółom obrazów, bez konieczności szperania po internetach.
********
- LUBA RISTUJCZINA - "Alfons Mucha. Mistrz secesji i plakatu". Wydawnictwo SBM, str. 240.
Z Wikipedii: Alfons Maria Mucha 1860-1939 - czeski grafik i malarz, jeden z czołowych przedstawicieli secesji i fin de siecle'u. Twórczość Muchy łączy tradycje bizantyńskie i współczesne. Znakiem rozpoznawczym Muchy są grafiki kobiet w stylu belle epoque – wyidealizowana postać pięknej kobiety otoczonej naręczem kwiatów i liści, symbolami i arabeskami.
Jego ojciec pracował jako woźny w sądzie, więc rodzinie się nie przelewało, a sam Alfons dosć szybko musiał podjąć pracę jako sekretarz gminny, żeby pomóc w utrzymaniu rodziny. Marzył jednak o malowaniu, brał więc dorywcze prace, które umożliwiały mu zajęcie się tym, co sprawiało mu przyjemność. Początkowo zajmował się przygotowywaniem dekoracji i plakatów związanych z wydarzeniami kulturalnymi w rodzinnym mieście. Bez powodzenia próbował dostać się do praskiej Akademii Sztuk Pięknych, wyjechał więc do Wiednia, gdzie zatrudnił się w znanej pracowni projektowania dekoracji teatralnych. Następnie, dzięki protekcji czeskiego hrabiego Khuen-Belasiego podjął studia w monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych, a stamtąd przeniósł się do prywatnej Akademii Julian w Paryżu. W stolicy Francji osiadł na dłużej. Tutaj zetknął się ze środowiskiem impresjonistów, a z Gauguinem miał nawet przez pewien czas wspólną pracownię. Podejmował różne zlecenia na projektowanie ilustracji do książek oraz plakatów.
Przełomowym momentem w jego karierze było zaprojektowanie plakatu do sztuki teatralnej "Gismonda", w której główną rolę grała ówczesna gwiazda - Sarah Bernhardt. Nieznany artysta momentalnie został okrzyknięty jednym z najwiekszych twórców secesji, a pięcioletni kontrakt z Bernhardt umocnił tę pozycję. Projektował plakaty, scenografię, kostiumy, a nawet biżuterię aktorki.
Od tej pory tworzył grafiki na zamówienie, różnego rodzaju afisze i prospekty reklamowe, kalendarze, okładki książek i czasopism, a także projektował serie obrazów drukowanych na jedwabiu. Były to kolekcjonerskie tzw. panneaux decoratifs, złożone z kilku grafik z jednym przewodnim motywem, jak np. pory roku, kamienie szlachetne, kwiaty itp. Te same grafiki były powielane na pocztówkach i w nieco większych formatach i doskonale się sprzedawały.
![]() |
| cykl "Kamienie szlachetne" (źródło) |
Z czasem otrzymywał zlecenia coraz bardziej ambitne, projektował wnętrza reprezentacyjnych obiektów, witraże, meble, ale także drobne przedmioty jak sztućce i inne naczynia, oczywiście w tej niezwykle dekoracyjnej secesyjnej stylistyce.

Sala Burmistrzowska w Pradze
projekt Malowideł i wystroju A. Mucha
Alfons Mucha pochodził z rodziny katolickiej i sam początkowo był gorliwym katolikiem, interesował się jednak także mistycyzmem, a w czasie pobytu we Francji przystąpił do paryskiej loży masońskiej Wielkiego Wschodu Francji. 60 lat po II wojnie światowej ujawniony został duży zbiór dzieł Muchy poświęconych tematyce masońskiej - obrazy, malowidła, projekty regaliów i symboli przeznaczonych do czeskich i słowackich lóż. Prace te przechowywała pewna czeska rodzina, ukrywając je najpierw przed NSDAP, a potem przed komunistami.
Życie osobiste, rodzinne, układało mu się nadzwyczaj dobrze, ożenił się w 1906r i wkrótce doczekał się syna i córki. Bardzo często malował żonę i dzieci, niekiedy w przedstawieniach alegorycznych.
![]() |
| po lewej portret żony, po prawej projekty opakowań |
W 1910 roku rozpoczął pracę nad cyklem nazwanym "Epopeja słowiańska", przedstawiającym w monumentalnej formie dzieje Słowian od prehistorii aż do XIX wieku. Łącznie w ciągu 18 lat namalował w tym cyklu 20 obrazów o rozmiarach ponad 6x8 metrów. Sponsorem przedsięwzięcia był poznany w czasie pobytu artysty w USA milioner, dzięki któremu Mucha mógł poświęcić się tej pracy, która miała być dziełem jego życia i spełnieniem patriotycznych marzeń.
![]() |
| jeden z obrazów z cyklu "Epopeja słowiańska" (źródło) |
Cykl jednak nie spotkał się z przychylnym przyjęciem w jego ojczyźnie. Zarzucano mu reakcyjny akademizm i nacjonalistyczną interpretację faktów. Nieco lepiej odbierano jego dzieła w USA, jednak artysta do końca życia pozostał w Pradze, gdzie w 1939r zmarł wkrótce po wkroczeniu wojsk hitlerowskich i po przesłuchaniu przez gestapo.
![]() |
| po lewej żona artysty pozująca do jednego z obrazów, po prawej obraz z cyklu "Epopeja słowiańska" |
Oczywiście wszystkie te informacje są dostępne gdzieś tam w internecie, można też wybrać się do muzeum i ozobaczyć oryginały obrazów, ale ja uwielbiam mieć w domu na półce takie albumy, które stanowią kompendium wiedzy o artyście i jego dziełach, lubię czasem sięgnąć na półkę i przypomnieć sobie to i owo, oglądając jednocześnie piękne reprodukcje. Albumy autorstwa Ristujcziny zawierają oczywiscie bogatą bibliografię i źródła zdjęć, a także ilustrowane kalendaria z najważniejszymi momentami z życia i twórczości artystów.
********
Linki do postów, w których pisałam o innych książkach Luby Ristujcziny:
"Gustaw Klimt. Twórca złotej secesji"
"Stanisław Wyspiański. Artysta i wizjoner"
"Wojciech Kossak - najwybitniejszy batalista"
"Józef Mehoffer - geniusz polskiej secesji"
Wieści z życia rodzinnego: my oczywiście ciągle młodzi, ale kotki nam się starzeją, zwłaszcza Sabinka. Ma co prawda dopiero 10 lat, ale swoje przeżyła. Kiedyś była postrachem osiedla, ganiała wszystkie obce koty, mówiliśmy, że Sabcia rządzi na dzielni. Niestety przejawiało się to także silnym instynktem łowieckim - Sabinka polowała na wszystko, co się rusza (ptaki, ryby, padalce). Od pewnego czasu jednak ma widoczne oznaki Alzheimera - zapomina, że już jadła i co chwila żąda napełnainia miseczki, kręci się w te i wefte, patrzy na nas pytająco "co to ja chciałam?", niektóre skoki z mebla na mebel wychodzą jej jakoś niezdarnie, czasem nie wyceluje, widać że ma obawy przed bardziej karkołomnymi akrobacjami. Ostatnio jakiś katarek się przyplątał i oczka cóś kaprawieją... Trzeba zrobić kotu przegląd. Nasza najstarsza koteczka dożyła 18 lat, no ale dla kota wychodzącego 10 lat to też już słuszny wiek. No i niestety z Basiunią też coś jest nie teges, pojawiło się posikiwanie z krewką, tak lekko podbarwione, no ale trzeba czym prędzej kotę zbadać. Tak że po roku czy prawie dwóch spokoju zdrowotnego ze stadem - ten tydzień będzie pod znakiem wędrówek do weta.
********



.jpg)









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jeśli Twój komentarz nie pojawił się od razu, to niestety wina nowej (gorszej) wersji bloggera, który z nieznanych mi powodów wrzuca niektóre komentarze do spamu - ale nie martw się, na pewno go znajdę i opublikuję :).