W styczniu wspomniałam, że spontanicznie zgłosiłam się do blogowej zabawy "Nici, nitki i niteczki". Do styczniowego hasła "Miś albo zima" zrobiłam obrazek akwarelowy uzupełniony haftem matematycznym (tutaj można zobaczyć). Użycie dowolnych nici było podstawowym warunkiem, a mnie naszło właśnie na wyszywanie na papierze. Wciągnęła mnie wtedy historia powstania tej techniki i poświęciłam temu ten wpis: "Malowana matematyka". Dzisiaj jeszcze trochę ten temat rozwinę, ale najpierw jeszcze kilka słów o wspomnianej zabawie, bo... nie wywiążę się z marcowego zadania.
W lutym już miałam problem z realizacją zadania, nie do końca pasował mi temat walentynkowo-zimowy, ale przypadkowo znalazłam swój niedokończony haft - świąteczny samplerek, więc dokończyłam go i udało mi się w ten sposób wypełnić zobowiązanie. W marcu dalszy ciąg zabawy "Nici, nitki i niteczki" - tym razem Anetta zaproponowała temat wiosenno-wielkanocny: kury, kurczaki, zajączki, baranki, jajka, bazie itp, oraz ewentualnie inne skojarzenia z wiosną, no i wskazane zostały kolory pastelowe.
Wklejam banerek, ale niestety nie wyrobię się z zadaniem, zupełnie nie mogę się za to zabrać. W pracy zawalona jestem teraz robotą i w domu najchętniej odrywam się od wszystkiego czytając książki, albo grzebiąc w ogródku, bo akurat ostatnio pogoda dopisuje. A wena twórcza zupełnie mnie opuściła. Tak że sorry, ale w tym miesiącu odpuszczam udział w zabawie.
********
Kiedy pisałam post o hafcie matematycznym i jego historii, wspomniałam o string art, czyli tzw. sztuce sznurkowej, która była pierwowzorem do opracowania tej techniki haftowania. Szukając ciekawych przykładów gotowych haftów matematycznych nie trafiłam na nic spektakularnego, poza tymi z rosyjskiej galerii, które wówczas pokazałam w moim wpisie. Natomiast Anetta w komentarzu zwróciła moją uwagę właśnie na string art, wspominając, że w Polsce stała się ostatnio popularna. No i faktycznie, do stworzenia własnych całkiem ładnych obrazków z nici można kupić w róźnych sklepach kraftowych gotowe zestawy. Na przykład takie:
| obrazek 40x40cm (źródło) |
| (źródło) |
| (źródło) |
A tutaj kilka przykładów string art z Pinteresta:
Najczęściej są to różnego rodzaju takie właśnie fraktale, mandale itp, ale bardziej zaawansowani twórcy potrafią ze szpulki nici i kilograma gwoździków wypleść taki jak wyżej realistyczny portret czy pejzaż - w sieci można znaleźć filmiki, na których widać cały proces wyplatania takiego skomplikowanego obrazu.
Oczywiście mimo pewnych podobieństw to wszystko nie jest haftem matematycznym, bo w hafcie nie wbijamy gwoździ w deseczkę, tylko dziurkujemy papier i przeciągamy nitkę przez te dziurki. Efekt jest zbliżony, ale w hafcie wygląda to delikatniej i estetyczniej, no i łatwiej jest zrobić jakiś drobny wzór, bo jednak nici przeciąga się nieco inaczej. Więc ja jednak będę trzymać się haftu, bo te gwoździki trochę mnie odstraszają :).
A wracając do haftu matematycznego - trafiłam w internecie na ciekawą stronę z bardziej szczegółowymi informacjami o Mary Everest-Boole, o której opowiadałam we wspomnianym wpisie. Jestem zafascynowana jej pomysłami, wyobraźnią i dokonaniami, więc chciałam to tutaj przekazać i sama dla siebie - utrwalić. Wklejam więc poniżej dość obszerne fragmenty, które mówią o ciekawym podejściu do metod nauczania matematyki, ale można je przenieść także na inne dziedziny:
""Z czasem Mary zaczęła uczyć, stosując metodę nauczania Déplace'a, włączając własne rozwiązania. Interesowało ją pokazanie, jak zwyczajne, codzienne czynności przygotowują dzieci do nauki matematyki. „…Dzieci robią takie rzeczy, jak malowanie lub szycie, liczenie dziesiątkami,… dzielenie się jabłkiem lub malowanie obrazu na ścianie. A w podświadomości rozwija się… rozumienie zera i nieskończoności, dodawania lub mnożenia przez ujemne… i wiele innych fundamentalnych idei matematycznych…”. Naturalne materiały i wyobraźnia: to była magiczna kombinacja, która budziła entuzjazm na jej lekcjach matematyki. Dziewczynki używały igieł, nici i tektury do tworzenia krzywych długimi ściegami. Chłopcy używali scyzoryków do ścinania gałęzi z żywopłotów. Używali opasek na kapelusze i listew z pudełek po cygarach do konstruowania trójwymiarowych figur. Wkrótce została uznana nawet przez dyrektora London Board of Education za wybitną i błyskotliwą nauczycielkę, gdy pewnego dnia, wchodząc do jej klasy, jedenastoletni uczeń pokazał mu zabawkę, którą zrobili na lekcji, a która demonstrowała zmieniający się promień krzywizny paraboli . Mary wierzyła, że dzieci powinny „mieć okazję zobaczyć, jak jeden kształt geometryczny powstaje z drugiego. Lampa umieszczona na dnie głębokiego, okrągłego dzbana wyświetla na kawałku tektury przekroje stożkowe , które zmieniają się wraz ze zmianą położenia tektury”. Mary zauważyła, że dzieci uwielbiają obserwować zmieniające się cienie, a to bardzo dobrze wpływa na naukę geometrii. Jeden z uczniów Mary napisał: „Myślałem, że się bawimy, a nie uczymy. Ale z czasem zdałem sobie sprawę, że Mary dała nam moc, która polega na samodzielnym myśleniu i odkrywaniu tego, co chcemy wiedzieć”.
Mary wynalazła również geometrię cięciw i tzw. „wykresy Boole’a”, które pomagają uczniom uczyć się geometrii kątów i przestrzeni. Mary napisała: „W moim dzieciństwie karty o różnych kształtach sprzedawano parami do zadań krawieckich. Karty były zaprojektowane tak, aby można było na nich malować; i miały rząd dziurek wokół krawędzi, przez które zszywano dwie karty. Ponieważ nie umiałam malować, coś podpowiedziało mi, że mogłabym ozdobić karty, przeplatając jedwabne nici przez puste przestrzenie za pomocą dziurek. Kiedy znudziło mi się przeplatanie w taki sposób, że nici krzyżowały się na środku i pokrywały całą kartę, przyszło mi do głowy, aby zmienić rozrywkę, przekładając nić z każdej dziurki do takiej, która nie była dokładnie naprzeciwko niej, i w ten sposób pozostawiając przestrzeń pomiędzy. Teraz czuję ekscytację, z jaką odkryłam, że mała pusta przestrzeń pozostawiona na środku karty była ograniczona symetryczną krzywą złożoną z maleńkiego kawałka każdej z moich prostych jedwabnych nici; jej kształt zależy od obrysu karty…” Przyjaciółka Mary napisała książkę zatytułowaną A Rhythmic Approach to Mathematics, w której opisano pewne eksperymenty z kartami Boole'a.
Mary uważała się za psychologa matematycznego. Jej celem było „…zrozumienie, jak ludzie, zwłaszcza dzieci, uczą się matematyki i nauk ścisłych, używając rozumujących części swojego umysłu, ciała i procesów podświadomych”. Mary wierzyła, że dzieciom należy dawać przedmioty matematyczne do zabawy i że każde dziecko powinno rozwijać idee i wzorce we własnym tempie. Mary nie była zwolenniczką pielęgnowania konkurencyjności w młodym wieku, co widać w jej słowach: „Stymulowanie konkurencyjności w procesach myślowych w młodym wieku jest szkodliwe zarówno dla układu nerwowego, jak i intuicji naukowej, a tam, gdzie dominuje rywalizacja, można uczyć tylko martwej matematyki”. Kolejną jej mocną stroną była komunikacja. Organizowała popularne niedzielne wieczorne rozmowy, podczas których studenci i Mary dyskutowali o matematyce Boole’a, filozofii, prawach zwierząt, logice, historii naturalnej Darwina, psychologii i tak dalej, oraz o tym, jak każda z tych dyscyplin wpływa na pozostałe. Koncentrowała te sesje na rozrywce, a nie na nauczaniu. Niektóre z jej publikacji zostały wydane pośmiertnie. Wiele z dokonań Mary Boole można nadal podziwiać w szkołach, mimo że w epoce wiktoriańskiej spotykały się one niekiedy z obojętnością.""
Źródło: https://mujeresconciencia.com/2017/08/10/mary-everest-boole-1832-1916/
********
Trochę Was chyba dzisiaj zanudziłam ;). Za kilka dni wrzucę wpis książkowy, a później będzie bardziej malunkowo-obrazkowo.


Podoba mi się określenie psycholog matematyczny. A ta sztuka sznurkowa jest rewelacyjna!
OdpowiedzUsuń