sobota, 4 kwietnia 2026

Włoszczyzna.

Do niedawna Italia nie miała dla mnie żadnego uroku, Włosi mnie denerwowali swoją krzykliwością, na wszystkie propozycje podróży do Włoch kręciłam nosem, bo nie moje klimaty, na zachwyty znajomych czy mojego męża prychałam i przewracałam oczami (no może nie jawnie, ale tak w środku). Aż tu nagle... no, dobra, może nie tak bardzo nagle, ale stopniowo nastąpił jakiś przełom. Nie jestem typem podróżnika, więc to nie chęć podróżowania i zwiedzania Italii pchnęła mnie w objęcia włoszczyzny. Bo jeśli już podróże, to ciągnie mnie raczej na północ. Nie lubię gorąca, tłumów, rozwrzeszczanych i leniwych południowców itd, kuchnia może być, ale bez przesady, za dużo makaronu i tych dziwnych morskich robali itd. No i tak to. Najbardziej odpowiada mi zwiedzanie na ekranie, czyli oglądanie dalekich świata stron w telewizji czy tam innym internecie. Ze szczegółowymi opowieściami, bez konieczności stania w kolejkach, przepychania się w spoconym tłumie, wdychania kurzu i różnych lokalnych smrodów, oganiania się przed żebrakami oraz robactwem fruwającym i pełzającym, narażania się na okradzenie, przypalenie słońcem czy inne nieprzyjemności. Mąż mówi, że jestem kosmitką. Nie wykluczam.

O tym, że zaczęły mi te Włochy wchodzić w głowę, wspominałam w tym wpisie: "Wenecja moja miłość (...)". Opowiadałam tam o książce Renaty Pawłowskiej "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście". Tak mi się ta książka - a właściwie to piękna opowieść o Wenecji - spodobała, że czym prędzej nabyłam inne książki tej autorki, o których dzisiaj Wam opowiem. W międzyczasie trafiałam na inne blogi Polek mieszkających we Włoszech, poznawałam codzienne szczegóły życia w tamtych rejonach, nawet zaczęło mi się podobać... Ciekawiło mnie też zawsze, jak Polacy, którzy postanowili osiedlić się w innym kraju, oswajają te swoje nowe miejsca na ziemi - kupują jakieś ruiny, odnawiają, urządzają. To bardziej tak od strony przedsięwzięcia architektoniczno-wnętrzarskiego. Parę razy trafiłam na Polaków remontujących dla siebie stare domy właśnie we Włoszech. Przyglądałam się, też mi się podobało. No i coś tam zaczęło kiełkować...

No i w końcu... zaczęłam uczyć się włoskiego. Myśl o tym co prawda chodziła za mną od dawna. Nie tyle o włoskim konkretnie, co tak w ogóle. Pierwszy powód to chęć nauczenia się jakiegoś języka obcego w stopniu komunikatywnym przynajmniej, tak po prostu, żeby móc uchodzić za człowieka światowego, hehe :). Bo szkolna wiedza nieco wyparowała nie użytkowana przez kilka dekad. Nie mam zbyt wielu okazji, żeby korzystać, więc i motywacja słaba, no ale postanowiłam się w tym temacie ogarnąć.

Angielski mnie nie pociąga, nigdy się go nie uczyłam w jakiejś zorganizowanej formie, coś tam pojmuję, tyle co mi w pracy potrzebne, i wystarczy. W szkole miałam rosyjski (takie to czasy były) i francuski. Po rosyjsku to nawet mogłabym się teraz całkiem swobodnie dogadać, ale umówmy się: nie o taki światowy język mi chodzi.

Francuskiego nigdy nie lubiłam i nie miałam żadnej motywacji, żeby się go uczyć, poza zaliczeniem przedmiotu, ma się rozumieć. Coś tam w głowie po latach zostało, sporo rozumiem, no ale z mówieniem to już słabo... Podobał mi się natomiast niemiecki i nawet gdzieś w podstawówce krótko chodziłam na kurs niemieckiego, ale się pokomplikowało zdrowotnie, musiałam przerwać i w sumie nigdy do tego nie wróciłam. Sporo rozumiem w tym języku, mieszkając rzut beretem od zachodniej granicy człowiek trochę nasiąka przy rozmaitych okazjach. Ale do całkiem swobodnej rozmowy to jeszcze trochę mi brakuje.

No i drugi motyw do tej nauki języka obcego to ćwiczenie szarych komórek na stare lata. Pracuję dość intensywnie umysłowo, ale to uruchamia tylko jedną wyspecjalizowaną grupę komórek, a trzeba rozruszać też inne. Tylko że ilekroć zabierałam się za naukę języków, to jakoś to nie szło. A to zajęcia były bardzo późno wieczorem, prowadzone dość niemrawo, zasypiałam. Próbowałam z kursów multimedialnych - zaczynałam niemiecki, nawet w desperacji chciałam przypomnieć sobie francuski (jakieś podstawy miałam, więc była nadzieja, że łatwiej pójdzie). Zawsze jednak rozkładała mnie konieczność drobiazgowej nauki gramatyki, niemrawe dialogi itd. No jak w szkole, nuda panie, nuda, nie mogłam się wciągnąć w stały rytm nauki. No bo po co ja mam wkuwać odmiany tysiąca czasowników nieregularnych w pięciu czasach oraz trybie dokonanym i niedokonanym, jak nie znam jeszcze wielu podstawowych słówek - przymiotników, rzeczowników itd? Nie planując konkretnego zastosowania zniechęcałam się.

Niedawno syn (urodzony poliglota, nie wiem po kim on to ma, swobodnie rozmawia po niemiecku, angielsku i hiszpańsku prywatnie i zawodowo, uczy się portugalskiego i rosyjskiego), zapytał mnie, czy próbowałam Duolingo. Bez większej nadziei spróbowałam zatem, no i wreszcie zaskoczyło! Wybrałam ostatecznie do nauki język włoski, bo łatwy, gramatyka dość prosta, wymowa też, słowa się w dużej części kojarzą. No i spodobało mi się to Duolingo. Pewnie czytają to osoby, które ten system znają, ale może komuś się przyda tych parę informacji. Ciągle powtarzam, że gdyby mnie w ten sposób uczono w szkole i na tych różnych kursach, to ja bym już dawno rozmawiała w sześciu językach. Oczywiście są mankamenty, ale o tym za chwilę. 

Teraz będzie kawałek o Duolingo, jeśli kogoś to nie interesuje, nich przeskoczy parę akapitów.

Nauka jest urozmaicona, bez żadnego wkuwania regułek i ćwiczenia odmian na sucho - wszystko odbywa się w dialogach, nieustannej aktywnej komunikacji. Powtarzanie słówek w różnych zdaniach i kontekstach, tłumaczenie z polskiego na włoski i odwrotnie, wstawianie słówek, mówienie, słuchanie dialogów, pisanie - to wszystko przeplatane tak, że człowiek się nie nudzi. Ćwiczenia są inteligentnie dopasowane do słabych stron użytkownika. Jak mi coś nie idzie i robię błędy, to potem mam ćwiczenia przypominające i utrwalające. Pojawiają się różne postaci animowane, które ze mną rozmawiają, można włączyć dodatkową opcję z videorozmową, można skorzystać z ćwiczeń na czas albo różnych gier zespołowych. Jednocześnie włączona jest w to wszystko rywalizacja z innymi użytkownikami, polegająca na punktowaniu zadań i awansach do wyższej ligi. Można to zignorować, ale jednak ma działanie motywujące. No bo jak widzę, że w mojej aktualnej lidze jestem na miejscu 11 a do wyższej awansuje 10 osób, to się przykładam, żeby zdobyć jeszcze tych parę punktów, przerabiam kilka kolejnych lekcji czy ćwiczeń.

To teraz o mankamentach. Nie podoba mi się, że po zaliczeniu kolejnego modułu nie mam już dostępu do poprzedniego modułu i nie mogę zrobić sobie powtórki z całego materiału. Powtórki są co prawda w końcowych lekcjach każdej sekcji, z tym że są one wyrywkowe, a nie całościowe i nie mogę sobie sama dobrać tematów.

Druga sprawa - aplikacja uczy przede wszystkim słownictwa, podstawowych zwrotów oraz rozumienia ze słuchu, ale mniej wagi przykłada do swobodnej konwersacji, przynajmniej na tym etapie początkowym. Tak że po ukończeniu ostatniego modułu (albo w trakcie) warto poszukać możliwości bardziej aktywnego rozmawiania. Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że nauczyłam się w ciągu 4 miesięcy na tyle dużo, że jak słyszę włoską piosenkę, to wiem o czym ona jest i z grubsza rozumiem o czym Włosi mówią, sama jakieś proste zdania w codziennych sytuacjach, w sklepie, w domu, hotelu, knajpie, taksówce, u lekarza, na ulicy czy lotnisku, potrafię sklecić dość poprawnie. Z tekstu napisanego rozumiem jeszcze więcej. Teraz kwestia doszlifowania opanowanego już materiału, tak żebym nie musiała długo się zastanawiać nad każdą kwestią. Później będzie można pomyśleć o konwersacjach z żywym człowiekiem.

Po trzech miesiącach trochę zwolniłam tempo, przestałam przejmować się punktami i rywalizacją, codziennie robię tylko jedną lekcję, natomiast zajęłam się uporządkowaniem notatek, które robiłam w trakcie. Szukam też jakiegoś audiobooka po włosku. Musi to być książka, której treść znam, coś tam już sobie namierzyłam. Będę słuchać i próbować zrozumieć. Słucham włoskich piosenek - mąż uwielbia i ciągle coś w domu puszcza, to się przysłuchuję. 

A w międzyczasie czytam po polsku o Italii:





  • RENATA PAWŁOWSKA - "Włochy - 111 przygód. Miasteczka, festiwale, szlaki i smaki". Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2022, s.384.

Tak po prawdzie nie nie obiecywałam sobie zbyt wiele po tej książce, ale zostałam pozytywnie zaskoczona. To nie jest jedna długa opowieść, ale jakby kasetka ze 111 pigułkami, z których każda zawiera jakiś tajemniczy ekstrakt z włoskich ciekawostek. Na każdą z ciekawostek przypada kilka stron (w tym zdjęcia), więc nie ma tu miejsca na obszerne opisy i długie historie. To raczej zachęta, krótka wizytówka nietypowych i wartych odwiedzenia miejsc, interesujących lokalnych wydarzeń, wyselekcjonowanych smakołyków podawanych w mało znanych knajpkach, pięknych tras do wędrówek poza utartymi szlakami. Dostajemy też od razu konkretne wskazówki - kiedy najlepiej w to miejsce się udać, jak się tam dostać, gdzie zjeść i co wybrać z menu, ile to kosztuje itd.

Lubię połazić tak właśnie poza głównymi szlakami, nawet odpuścić sobie jakąś dajmy na to fontannę di Trevi obleganą przez dzikie tłumy (bo obejrzę ją sobie dokładnie i ze szczegółami na ekranie), a wylądować w klimatycznej lokalnej knajpce, gdzie wśród tubylców można zjeść jakiś nietypowy smakołyk. O takich właśnie miejscach opowiada Renata Pawłowska. I jak już się do Włoch wybiorę w dłuższą podróż, to chciałabym właśnie te miejsca odwiedzić. 

Wśród propozycji mamy kilka przepięknych tras trekkingowych o różnym stopniu trudności, a także dłuższe trasy na przejażdżki samochodowe, połączone z podziwianiem niesamowitych krajobrazów. Można wybrać malowniczy Szlak 10 Kapliczek, Szlak 52 Tuneli, albo rejs łodzią po jeziorze porośniętym lotosami (jeden z największych takich akwenów poza Japonią), wędrówki po rezerwatach przyrody albo jednym z najbardziej malowniczych kanionów na świecie.  Autorka podaje dokładne informacje - jak dostać się w te miejsca, gdzie zostawić samochód, gdzie zjeść, co warto zabrać ze sobą, kiedy jest najlepsza pora na "załapanie się" na najpiękniejsze widoki i najlepszą pogodę.

W książce znajdziemy także propozycje odwiedzenia niezwykłych miejsc ulubionych przez artystów, choć mowa tu nie o powszechnie znanych zabytkach, dziełach Giotta czy Mantegny, ale na przykład o sztuce ulicznej, jak graffiti. Dzięki wskazówkom autorki możemy odwiedzić Międzynarodową Wioskę Artystów, w której warto zajrzeć do jednej z kilkudziesięciu pracowni, klubów czy kawiarni artystycznych. A może wybierzecie się do wioski znanej z malowanych drzwi: co roku artyści malują przeróżne obrazy na drzwiach w całej wiosce? - w określone dni można podziwiać ich przy pracy.

Czy wiecie, gdzie we Włoszech znajduje się jedna z najstarszych, a zarazem największych kawiarni świata, nazywana niegdyś kawiarnią bez drzwi, w której hitem jest niepowtarzalny napój przygotowany z gorącego espresso i kremowej, zimnej mięty? A słyszeliście o włoskich targach ryżu, którym towarzyszy impreza na miarę niemieckiego Oktoberfest, z ponad stu rodzajami risotta w roli głównej? Albo o niezwykle widowiskowych festiwalach latawców, o podziemnym mieście, czy o najsłynniejszej dziurce od klucza, do której ustawiają się kolejki? 

Z książki dowiemy się także, dlaczego będąc w Bolonii nie należy zamawiać spaghetti alla bolognese, tylko tagliatelle al ragù. Obszerny wpis poświęcony jest omówieniu rozmaitych rodzajów makaronów i dań z makaronem w roli głównej. Jednak włoska kuchnia to nie tylko pasta, autorka zdradza nam więc mnóstwo ciekawostek o innych specjałach oraz miejscach, w których warto ich spróbować. Renata Pawłowska twierdzi, że we włoska kuchnia to nie tylko makarony, ryby i warzywa, ale też mnóstwo dań mięsnych, wśród których najpopularniejsza jest bistecca alla fiorentina - dowiemy się więc wszystkiego o historii tego dania, sposobach przyrządzania, oraz miejscach, w których dostaniemy najlepszą fiorentinę. Oczywiście sporo miejsca zajmują też informacje o słynnych włoskich deserach.

Z ciekawych miejsc, poza pięknymi sanktuariami czy zamkami, warto wspomnieć o muzeum lalek, w którym prezentowanych jest ponad tysiąc lalek i innych zabawek z różnych epok, czy też o ogrodach Bardini z oszołamiającym tunelem z glicynii.

Jeśli przyjedziemy do Włoch zimą, autorka ma dla nas także propozycje sezonowych atrakcji, jak na przykład jarmarki bożonarodzeniowe -  z książki dowiemy się, gdzie są te najciekawsze, co warto na nich zobaczyć, kupić, zjeść lub wypić, jakie są ceny itd. Znajdziemy tu także informacje o innych atrakcjach zimowych, jak na przykład wystawa niezwykłych szopek wykonanych przez artystów z piasku.

Podsumowując - to świetny przewodnik do wędrowania poza obleganymi przez turystów szlakami.


  • RENATA PAWŁOWSKA - "Jezioro Garda. 158 km tras, przysmaków i ciekawostek". Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2023, s.448.

Jednym  z piękniejszych miejsc we Włoszech jest jezioro Garda i jego okolice, obejmujące całkiem spory obszar na styku trzech regionów: Trentino, Lombardii oraz Wenecji Euganejskiej. Ma powierzchnię prawie 370 km kwadratowych, długość około 51 km, szerokość blisko 17 km, a długość linii brzegowej to aż 158 km. Dzięki temu, że obszar jeziora otoczony jest pasmami górskimi, panuje tutaj łagodny mikroklimat, sprzyjający nawet uprawie cytryn - tutejsze gaje cytrynowe są najdalej na północ położonymi ich uprawami na świecie. No i taki duży obszar to zarazem bardzo urozmaicony krajobraz, mnóstwo miasteczek oferujących przybyszom cały wachlarz atrakcji, niezliczona ilość tras do pieszych wędrówek.

Ujęło mnie i nawet nieco rozbawiło wyznanie autorki, że jej przygoda z jeziorem Garda zaczęła się od... niechęci do niego :). Bo za dużo ludzi, za bardzo "turystycznie". Świetnie to rozumiem, bo dla mnie też - im mniej ludzi, tym lepiej. I zawsze potrafimy znaleźć jakieś wymówki, żeby tam nie jechać. No ale... potem następuje jednak ten dzień, kiedy dla świętego spokoju dajemy się namówić na wyjazd - i okazuje się, że tam jest pięknie i uroczo! I potem chce się tam wracać jak najczęściej. 

Rozpisałam się bardzo o książce "Włochy. 111 przygód", więc nie chcę Was tutaj zanudzić szczegółowym opowiadaniem o zawartości tej kolejnej pozycji, wspomnę więc tylko w dużym skrócie, co w niej znajdziecie:

  • informacje ogólne: o samym jeziorze, topografii okolicy, klimacie i roślinności, o tym jakiego rodzaju urlop można tam zorganizować - w zależności od upodobań, ulubionych aktywności, towarzystwa itp, gdzie nocować, jak dojechać i jak się przemieszczać w okolicy jeziora (pociągi, autobus, promy, statki itp);
  • atrakcje dla turystów: plaże (w tym dla psów), wodospady, termy, ogrody, targowiska, szlaki, punkty widokowe, trasy trekkingowe o różnym stopniu trudności, parki rozrywki;
  • urokliwe miasteczka, a w nich zamki, pałace, muzea, światynie, winnice i winiarnie - wszystkie zostały opisane z podaniem najciekawszych informacji o historii, interesujących miejscach wartych odwiedzenia i innych atrakcjach;
  • specjały kuchni gardańskiej: w zależności od tego, w jakim rejonie jeziora będziemy przebywać, spotkamy w menu tradycyjne potrawy różnych regionów, królują oczywiście ryby złowione w Gardzie, ale są też inne dania kuchni włoskiej - z książki można się o nich sporo dowiedzieć, jak są przygotowywane i gdzie najlepiej je zamawiać;
  • lokalne specjały to przede wszystkim wina, oliwy, sery, a także szafran i trufle - oczywiście można je tutaj kupić;
  • wycieczki w miejsca bardziej oddalone od jeziora: to rozdział, w którym są szczegółowe propozycje dla osób, które spędzają nad Gardą więcej czasu i chciałyby zwiedzić także nieco dalsze miejsca - Werona, Bergamo, Mediolan, dolina Ledro i inne, dowiemy się co warto zobaczyć, jak dojechać, co i gdzie zjeść.

Trzy mapy bardzo ułatwiają znalezienie omawianych miejsc i zaplanowanie trasy, a duża ilość zdjęć, wykonanych przez autorkę podczas jej wędrówek, zachęca do zobaczenia tego wszystkiego osobiście i na żywo.

********


Jeśli miałabym wskazać ksiażkę Renaty Pawłowskiej, która najbardziej mnie zachwyciła, to bezapelacyjnie pierwsze miejsce zajęłaby jednak "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście" - pisałam o niej obszernie tutaj (klik). To przepiękna opowieść o Wenecji i nawet jeśli się do Włoch nie wybieracie, to warto po nią sięgnać, żeby poczuć klimat tego miasta. W zasadzie to właśnie po lekturze tej książki doszłam do wniosku, że dam się w końcu namówić na urlop we Włoszech :).

Książkę "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście" można kupić stacjonarnie w sklepiku w Krakowie przy ul. Malborskiej 140 oraz on-line pod tym linkiem:

https://wloska9.pl/renata-pawlowska/wenecja-moja-milosc-zakochany-przewodnik-po-miescie-renata-pawlowska.html

Pozostałe książki są dostępne w wielu księgarniach stacjonarnych i internetowych.



********

1 komentarz:

Jeśli Twój komentarz nie pojawił się od razu, to niestety wina nowej (gorszej) wersji bloggera, który z nieznanych mi powodów wrzuca niektóre komentarze do spamu - ale nie martw się, na pewno go znajdę i opublikuję :).