sobota, 4 kwietnia 2026

Włoszczyzna.

Do niedawna Italia nie miała dla mnie żadnego uroku, Włosi mnie denerwowali swoją krzykliwością, na wszystkie propozycje podróży do Włoch kręciłam nosem, bo nie moje klimaty, na zachwyty znajomych czy mojego męża prychałam i przewracałam oczami (no może nie jawnie, ale tak w środku). Aż tu nagle... no, dobra, może nie tak bardzo nagle, ale stopniowo nastąpił jakiś przełom. Nie jestem typem podróżnika, więc to nie chęć podróżowania i zwiedzania Italii pchnęła mnie w objęcia włoszczyzny. Bo jeśli już podróże, to ciągnie mnie raczej na północ. Nie lubię gorąca, tłumów, rozwrzeszczanych i leniwych południowców itd, kuchnia może być, ale bez przesady, za dużo makaronu i tych dziwnych morskich robali itd. No i tak to. Najbardziej odpowiada mi zwiedzanie na ekranie, czyli oglądanie dalekich świata stron w telewizji czy tam innym internecie. Ze szczegółowymi opowieściami, bez konieczności stania w kolejkach, przepychania się w spoconym tłumie, wdychania kurzu i różnych lokalnych smrodów, oganiania się przed żebrakami oraz robactwem fruwającym i pełzającym, narażania się na okradzenie, przypalenie słońcem czy inne nieprzyjemności. Mąż mówi, że jestem kosmitką. Nie wykluczam.

O tym, że zaczęły mi te Włochy wchodzić w głowę, wspominałam w tym wpisie: "Wenecja moja miłość (...)". Opowiadałam tam o książce Renaty Pawłowskiej "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście". Tak mi się ta książka - a właściwie to piękna opowieść o Wenecji - spodobała, że czym prędzej nabyłam inne książki tej autorki, o których dzisiaj Wam opowiem. W międzyczasie trafiałam na inne blogi Polek mieszkających we Włoszech, poznawałam codzienne szczegóły życia w tamtych rejonach, nawet zaczęło mi się podobać... Ciekawiło mnie też zawsze, jak Polacy, którzy postanowili osiedlić się w innym kraju, oswajają te swoje nowe miejsca na ziemi - kupują jakieś ruiny, odnawiają, urządzają. To bardziej tak od strony przedsięwzięcia architektoniczno-wnętrzarskiego. Parę razy trafiłam na Polaków remontujących dla siebie stare domy właśnie we Włoszech. Przyglądałam się, też mi się podobało. No i coś tam zaczęło kiełkować...

No i w końcu... zaczęłam uczyć się włoskiego. Myśl o tym co prawda chodziła za mną od dawna. Nie tyle o włoskim konkretnie, co tak w ogóle. Pierwszy powód to chęć nauczenia się jakiegoś języka obcego w stopniu komunikatywnym przynajmniej, tak po prostu, żeby móc uchodzić za człowieka światowego, hehe :). Bo szkolna wiedza nieco wyparowała nie użytkowana przez kilka dekad. Nie mam zbyt wielu okazji, żeby korzystać, więc i motywacja słaba, no ale postanowiłam się w tym temacie ogarnąć.

Angielski mnie nie pociąga, nigdy się go nie uczyłam w jakiejś zorganizowanej formie, coś tam pojmuję, tyle co mi w pracy potrzebne, i wystarczy. W szkole miałam rosyjski (takie to czasy były) i francuski. Po rosyjsku to nawet mogłabym się teraz całkiem swobodnie dogadać, ale umówmy się: nie o taki światowy język mi chodzi.

Francuskiego nigdy nie lubiłam i nie miałam żadnej motywacji, żeby się go uczyć, poza zaliczeniem przedmiotu, ma się rozumieć. Coś tam w głowie po latach zostało, sporo rozumiem, no ale z mówieniem to już słabo... Podobał mi się natomiast niemiecki i nawet gdzieś w podstawówce krótko chodziłam na kurs niemieckiego, ale się pokomplikowało zdrowotnie, musiałam przerwać i w sumie nigdy do tego nie wróciłam. Sporo rozumiem w tym języku, mieszkając rzut beretem od zachodniej granicy człowiek trochę nasiąka przy rozmaitych okazjach. Ale do całkiem swobodnej rozmowy to jeszcze trochę mi brakuje.

No i drugi motyw do tej nauki języka obcego to ćwiczenie szarych komórek na stare lata. Pracuję dość intensywnie umysłowo, ale to uruchamia tylko jedną wyspecjalizowaną grupę komórek, a trzeba rozruszać też inne. Tylko że ilekroć zabierałam się za naukę języków, to jakoś to nie szło. A to zajęcia były bardzo późno wieczorem, prowadzone dość niemrawo, zasypiałam. Próbowałam z kursów multimedialnych - zaczynałam niemiecki, nawet w desperacji chciałam przypomnieć sobie francuski (jakieś podstawy miałam, więc była nadzieja, że łatwiej pójdzie). Zawsze jednak rozkładała mnie konieczność drobiazgowej nauki gramatyki, niemrawe dialogi itd. No jak w szkole, nuda panie, nuda, nie mogłam się wciągnąć w stały rytm nauki. No bo po co ja mam wkuwać odmiany tysiąca czasowników nieregularnych w pięciu czasach oraz trybie dokonanym i niedokonanym, jak nie znam jeszcze wielu podstawowych słówek - przymiotników, rzeczowników itd? Nie planując konkretnego zastosowania zniechęcałam się.

Niedawno syn (urodzony poliglota, nie wiem po kim on to ma, swobodnie rozmawia po niemiecku, angielsku i hiszpańsku prywatnie i zawodowo, uczy się portugalskiego i rosyjskiego), zapytał mnie, czy próbowałam Duolingo. Bez większej nadziei spróbowałam zatem, no i wreszcie zaskoczyło! Wybrałam ostatecznie do nauki język włoski, bo łatwy, gramatyka dość prosta, wymowa też, słowa się w dużej części kojarzą. No i spodobało mi się to Duolingo. Pewnie czytają to osoby, które ten system znają, ale może komuś się przyda tych parę informacji. Ciągle powtarzam, że gdyby mnie w ten sposób uczono w szkole i na tych różnych kursach, to ja bym już dawno rozmawiała w sześciu językach. Oczywiście są mankamenty, ale o tym za chwilę. 

Teraz będzie kawałek o Duolingo, jeśli kogoś to nie interesuje, nich przeskoczy parę akapitów.

Nauka jest urozmaicona, bez żadnego wkuwania regułek i ćwiczenia odmian na sucho - wszystko odbywa się w dialogach, nieustannej aktywnej komunikacji. Powtarzanie słówek w różnych zdaniach i kontekstach, tłumaczenie z polskiego na włoski i odwrotnie, wstawianie słówek, mówienie, słuchanie dialogów, pisanie - to wszystko przeplatane tak, że człowiek się nie nudzi. Ćwiczenia są inteligentnie dopasowane do słabych stron użytkownika. Jak mi coś nie idzie i robię błędy, to potem mam ćwiczenia przypominające i utrwalające. Pojawiają się różne postaci animowane, które ze mną rozmawiają, można włączyć dodatkową opcję z videorozmową, można skorzystać z ćwiczeń na czas albo różnych gier zespołowych. Jednocześnie włączona jest w to wszystko rywalizacja z innymi użytkownikami, polegająca na punktowaniu zadań i awansach do wyższej ligi. Można to zignorować, ale jednak ma działanie motywujące. No bo jak widzę, że w mojej aktualnej lidze jestem na miejscu 11 a do wyższej awansuje 10 osób, to się przykładam, żeby zdobyć jeszcze tych parę punktów, przerabiam kilka kolejnych lekcji czy ćwiczeń.

To teraz o mankamentach. Nie podoba mi się, że po zaliczeniu kolejnego modułu nie mam już dostępu do poprzedniego modułu i nie mogę zrobić sobie powtórki z całego materiału. Powtórki są co prawda w końcowych lekcjach każdej sekcji, z tym że są one wyrywkowe, a nie całościowe i nie mogę sobie sama dobrać tematów.

Druga sprawa - aplikacja uczy przede wszystkim słownictwa, podstawowych zwrotów oraz rozumienia ze słuchu, ale mniej wagi przykłada do swobodnej konwersacji, przynajmniej na tym etapie początkowym. Tak że po ukończeniu ostatniego modułu (albo w trakcie) warto poszukać możliwości bardziej aktywnego rozmawiania. Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że nauczyłam się w ciągu 4 miesięcy na tyle dużo, że jak słyszę włoską piosenkę, to wiem o czym ona jest i z grubsza rozumiem o czym Włosi mówią, sama jakieś proste zdania w codziennych sytuacjach, w sklepie, w domu, hotelu, knajpie, taksówce, u lekarza, na ulicy czy lotnisku, potrafię sklecić dość poprawnie. Z tekstu napisanego rozumiem jeszcze więcej. Teraz kwestia doszlifowania opanowanego już materiału, tak żebym nie musiała długo się zastanawiać nad każdą kwestią. Później będzie można pomyśleć o konwersacjach z żywym człowiekiem.

Po trzech miesiącach trochę zwolniłam tempo, przestałam przejmować się punktami i rywalizacją, codziennie robię tylko jedną lekcję, natomiast zajęłam się uporządkowaniem notatek, które robiłam w trakcie. Szukam też jakiegoś audiobooka po włosku. Musi to być książka, której treść znam, coś tam już sobie namierzyłam. Będę słuchać i próbować zrozumieć. Słucham włoskich piosenek - mąż uwielbia i ciągle coś w domu puszcza, to się przysłuchuję. 

A w międzyczasie czytam po polsku o Italii:





  • RENATA PAWŁOWSKA - "Włochy - 111 przygód. Miasteczka, festiwale, szlaki i smaki". Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2022, s.384.

Tak po prawdzie nie nie obiecywałam sobie zbyt wiele po tej książce, ale zostałam pozytywnie zaskoczona. To nie jest jedna długa opowieść, ale jakby kasetka ze 111 pigułkami, z których każda zawiera jakiś tajemniczy ekstrakt z włoskich ciekawostek. Na każdą z ciekawostek przypada kilka stron (w tym zdjęcia), więc nie ma tu miejsca na obszerne opisy i długie historie. To raczej zachęta, krótka wizytówka nietypowych i wartych odwiedzenia miejsc, interesujących lokalnych wydarzeń, wyselekcjonowanych smakołyków podawanych w mało znanych knajpkach, pięknych tras do wędrówek poza utartymi szlakami. Dostajemy też od razu konkretne wskazówki - kiedy najlepiej w to miejsce się udać, jak się tam dostać, gdzie zjeść i co wybrać z menu, ile to kosztuje itd.

Lubię połazić tak właśnie poza głównymi szlakami, nawet odpuścić sobie jakąś dajmy na to fontannę di Trevi obleganą przez dzikie tłumy (bo obejrzę ją sobie dokładnie i ze szczegółami na ekranie), a wylądować w klimatycznej lokalnej knajpce, gdzie wśród tubylców można zjeść jakiś nietypowy smakołyk. O takich właśnie miejscach opowiada Renata Pawłowska. I jak już się do Włoch wybiorę w dłuższą podróż, to chciałabym właśnie te miejsca odwiedzić. 

Wśród propozycji mamy kilka przepięknych tras trekkingowych o różnym stopniu trudności, a także dłuższe trasy na przejażdżki samochodowe, połączone z podziwianiem niesamowitych krajobrazów. Można wybrać malowniczy Szlak 10 Kapliczek, Szlak 52 Tuneli, albo rejs łodzią po jeziorze porośniętym lotosami (jeden z największych takich akwenów poza Japonią), wędrówki po rezerwatach przyrody albo jednym z najbardziej malowniczych kanionów na świecie.  Autorka podaje dokładne informacje - jak dostać się w te miejsca, gdzie zostawić samochód, gdzie zjeść, co warto zabrać ze sobą, kiedy jest najlepsza pora na "załapanie się" na najpiękniejsze widoki i najlepszą pogodę.

W książce znajdziemy także propozycje odwiedzenia niezwykłych miejsc ulubionych przez artystów, choć mowa tu nie o powszechnie znanych zabytkach, dziełach Giotta czy Mantegny, ale na przykład o sztuce ulicznej, jak graffiti. Dzięki wskazówkom autorki możemy odwiedzić Międzynarodową Wioskę Artystów, w której warto zajrzeć do jednej z kilkudziesięciu pracowni, klubów czy kawiarni artystycznych. A może wybierzecie się do wioski znanej z malowanych drzwi: co roku artyści malują przeróżne obrazy na drzwiach w całej wiosce? - w określone dni można podziwiać ich przy pracy.

Czy wiecie, gdzie we Włoszech znajduje się jedna z najstarszych, a zarazem największych kawiarni świata, nazywana niegdyś kawiarnią bez drzwi, w której hitem jest niepowtarzalny napój przygotowany z gorącego espresso i kremowej, zimnej mięty? A słyszeliście o włoskich targach ryżu, którym towarzyszy impreza na miarę niemieckiego Oktoberfest, z ponad stu rodzajami risotta w roli głównej? Albo o niezwykle widowiskowych festiwalach latawców, o podziemnym mieście, czy o najsłynniejszej dziurce od klucza, do której ustawiają się kolejki? 

Z książki dowiemy się także, dlaczego będąc w Bolonii nie należy zamawiać spaghetti alla bolognese, tylko tagliatelle al ragù. Obszerny wpis poświęcony jest omówieniu rozmaitych rodzajów makaronów i dań z makaronem w roli głównej. Jednak włoska kuchnia to nie tylko pasta, autorka zdradza nam więc mnóstwo ciekawostek o innych specjałach oraz miejscach, w których warto ich spróbować. Renata Pawłowska twierdzi, że we włoska kuchnia to nie tylko makarony, ryby i warzywa, ale też mnóstwo dań mięsnych, wśród których najpopularniejsza jest bistecca alla fiorentina - dowiemy się więc wszystkiego o historii tego dania, sposobach przyrządzania, oraz miejscach, w których dostaniemy najlepszą fiorentinę. Oczywiście sporo miejsca zajmują też informacje o słynnych włoskich deserach.

Z ciekawych miejsc, poza pięknymi sanktuariami czy zamkami, warto wspomnieć o muzeum lalek, w którym prezentowanych jest ponad tysiąc lalek i innych zabawek z różnych epok, czy też o ogrodach Bardini z oszołamiającym tunelem z glicynii.

Jeśli przyjedziemy do Włoch zimą, autorka ma dla nas także propozycje sezonowych atrakcji, jak na przykład jarmarki bożonarodzeniowe -  z książki dowiemy się, gdzie są te najciekawsze, co warto na nich zobaczyć, kupić, zjeść lub wypić, jakie są ceny itd. Znajdziemy tu także informacje o innych atrakcjach zimowych, jak na przykład wystawa niezwykłych szopek wykonanych przez artystów z piasku.

Podsumowując - to świetny przewodnik do wędrowania poza obleganymi przez turystów szlakami.


  • RENATA PAWŁOWSKA - "Jezioro Garda. 158 km tras, przysmaków i ciekawostek". Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2023, s.448.

Jednym  z piękniejszych miejsc we Włoszech jest jezioro Garda i jego okolice, obejmujące całkiem spory obszar na styku trzech regionów: Trentino, Lombardii oraz Wenecji Euganejskiej. Ma powierzchnię prawie 370 km kwadratowych, długość około 51 km, szerokość blisko 17 km, a długość linii brzegowej to aż 158 km. Dzięki temu, że obszar jeziora otoczony jest pasmami górskimi, panuje tutaj łagodny mikroklimat, sprzyjający nawet uprawie cytryn - tutejsze gaje cytrynowe są najdalej na północ położonymi ich uprawami na świecie. No i taki duży obszar to zarazem bardzo urozmaicony krajobraz, mnóstwo miasteczek oferujących przybyszom cały wachlarz atrakcji, niezliczona ilość tras do pieszych wędrówek.

Ujęło mnie i nawet nieco rozbawiło wyznanie autorki, że jej przygoda z jeziorem Garda zaczęła się od... niechęci do niego :). Bo za dużo ludzi, za bardzo "turystycznie". Świetnie to rozumiem, bo dla mnie też - im mniej ludzi, tym lepiej. I zawsze potrafimy znaleźć jakieś wymówki, żeby tam nie jechać. No ale... potem następuje jednak ten dzień, kiedy dla świętego spokoju dajemy się namówić na wyjazd - i okazuje się, że tam jest pięknie i uroczo! I potem chce się tam wracać jak najczęściej. 

Rozpisałam się bardzo o książce "Włochy. 111 przygód", więc nie chcę Was tutaj zanudzić szczegółowym opowiadaniem o zawartości tej kolejnej pozycji, wspomnę więc tylko w dużym skrócie, co w niej znajdziecie:

  • informacje ogólne: o samym jeziorze, topografii okolicy, klimacie i roślinności, o tym jakiego rodzaju urlop można tam zorganizować - w zależności od upodobań, ulubionych aktywności, towarzystwa itp, gdzie nocować, jak dojechać i jak się przemieszczać w okolicy jeziora (pociągi, autobus, promy, statki itp);
  • atrakcje dla turystów: plaże (w tym dla psów), wodospady, termy, ogrody, targowiska, szlaki, punkty widokowe, trasy trekkingowe o różnym stopniu trudności, parki rozrywki;
  • urokliwe miasteczka, a w nich zamki, pałace, muzea, światynie, winnice i winiarnie - wszystkie zostały opisane z podaniem najciekawszych informacji o historii, interesujących miejscach wartych odwiedzenia i innych atrakcjach;
  • specjały kuchni gardańskiej: w zależności od tego, w jakim rejonie jeziora będziemy przebywać, spotkamy w menu tradycyjne potrawy różnych regionów, królują oczywiście ryby złowione w Gardzie, ale są też inne dania kuchni włoskiej - z książki można się o nich sporo dowiedzieć, jak są przygotowywane i gdzie najlepiej je zamawiać;
  • lokalne specjały to przede wszystkim wina, oliwy, sery, a także szafran i trufle - oczywiście można je tutaj kupić;
  • wycieczki w miejsca bardziej oddalone od jeziora: to rozdział, w którym są szczegółowe propozycje dla osób, które spędzają nad Gardą więcej czasu i chciałyby zwiedzić także nieco dalsze miejsca - Werona, Bergamo, Mediolan, dolina Ledro i inne, dowiemy się co warto zobaczyć, jak dojechać, co i gdzie zjeść.

Trzy mapy bardzo ułatwiają znalezienie omawianych miejsc i zaplanowanie trasy, a duża ilość zdjęć, wykonanych przez autorkę podczas jej wędrówek, zachęca do zobaczenia tego wszystkiego osobiście i na żywo.

********


Jeśli miałabym wskazać ksiażkę Renaty Pawłowskiej, która najbardziej mnie zachwyciła, to bezapelacyjnie pierwsze miejsce zajęłaby jednak "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście" - pisałam o niej obszernie tutaj (klik). To przepiękna opowieść o Wenecji i nawet jeśli się do Włoch nie wybieracie, to warto po nią sięgnać, żeby poczuć klimat tego miasta. W zasadzie to właśnie po lekturze tej książki doszłam do wniosku, że dam się w końcu namówić na urlop we Włoszech :).

Książkę "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście" można kupić stacjonarnie w sklepiku w Krakowie przy ul. Malborskiej 140 oraz on-line pod tym linkiem:

https://wloska9.pl/renata-pawlowska/wenecja-moja-milosc-zakochany-przewodnik-po-miescie-renata-pawlowska.html

Pozostałe książki są dostępne w wielu księgarniach stacjonarnych i internetowych.



********

40 komentarzy:

  1. Czyli nigdy nie należy nic przekreślać :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O, ileż ciekawostek. We Włoszech nie byłam, choć opowieści różnych słuchałam.
    Opowieści opowieściami, ale najlepiej sprawdzić naocznie. Smaków inaczej nie zweryfikujesz...
    Duolingo wspominało kilka osób na blogach, musze to sprawdzić, dla przypomnienia i treningu właśnie.
    Pięknych podróży, nie tylko wirtualnych!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :). Masz rację, najlepiej jednak sprawdzić samemu :).

      Usuń
  3. Z Duo kontynuuje moj angielski. Albo raczej mam inny etap. O tak, to co napisałaś to moja historia również. Mam adhd I bardzo trudno mi uczyć sie języków po bożemu. Wiec. Ale niestety duo wydaje mi sie dobre tylko w początkowym etapie lub dla podtrzymania, powtórek... Uczyłam sie też kilka lat hiszpańskiego. Na fajnych kursach. Jeździałam do Hiszpanii i do krain
    Hiszpańskojęzycznych ale niestety teraz widzę że długa przerwa wywietrzyła łeb.
    Włoski i mnie sie podoba. I też lubię czytać i podglądac
    Ludzi remontujących ruinki we Włochach. A czytasz może Li. Sobie u mnie zerknij na blog zalinkowany z prawej strony :Sekrecje i niedyskrety. Kupiła domy w Kalabrii:))
    Za polecajki książkowe dziękuję.
    Dobrego świętowania i słoneczka dziś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na pewno nie mam ADHD, ale jak zajęcia nie są poprowadzone interesująco, a ja nie mam silnej motywacji, to nic z tego nie będzie. Masz rację, Duo jest dobre na początek i ja tak to traktuję, z włoskim zaczynam od zera, potem się zobaczy. Hiszpański to ukochany język mojego syna, zakochał sie kiedyś w Meksyku, język ciut inny niż kontynentalny, uczył się samodzielnie jeszcze w gimnazjum na jakichś grach zaczął, potem szlifował na różnych kursach, wyjazdach do Hiszpanii i Meksyku itd. Na linki zajrzę, dzieki :). Pozdrawiam serdecznie, ze słoneczkiem, które dzisiaj u nas szaleje :).

      Usuń
  4. Byłam w Wenecji, ale raczej mnie nie zauroczyła. Ale cieszę się, że spodobał Ci się ten kraj. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, wiadomo, że nie wszystkim to samo się podoba, ale chyba warto samemu sie przekonać. Pozdrawiam

      Usuń
  5. Ja bym chciała kiedyś odwiedzić Włochy i poczuć ten specyficzny klimat.

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam wspaniałe wspomnienia z Włoch. Chętnie bym tam jeszcze wróciła.
    Małgosiu, zobaczysz - przepadniesz tam:) Zauroczysz się widokami, kuchnią i tym włoskim tempem życia - na luzie.
    Przesyłam najserdeczniejsze świąteczne życzenia!
    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Włoskie tempo życia jest fajne, jak się jest na wakacjach :). Ale no cóż - muszę się w końcu tam wybrać i sprawdzić.
      Wesołych Świąt!

      Usuń
  7. Też miałem niegdyś spory apetyt na odkrywanie wszystkiego co włoskie, z językiem włącznie. W tym przypadku jednak mój zapał okazał się (aż wstyd się przyznać) słomiany i tyle z tego! Ale może jeszcze kiedyś? Trzymam kciuki za Twoje odkrywanie tego kawałka świata, na pewno się nie rozczarujesz!
    Wesołych Świąt!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O moich słomianych zapałach mogłabym książkę napisać :))). Wesołych Świąt!

      Usuń
  8. Małgosiu, podoba mi się Twój początkowy tekst o podejściu do podróżowania ;) Ja w różnych rejonach Włoch byłam kilka razy (zachwyca mnie wiele włoskich krajobrazów, architektura też mi się podoba) i to najczęściej w czasie wakacji czyli podczas upałów, ale kiedy byłam młodsza, to mniej mi to przeszkadzało. Teraz nie znoszę upałów, a tłumy również mi przeszkadzają w poznawaniu ciekawych miejsc. Z miłością do poszczególnych języków mam odwrotnie niż Ty - francuskiego uczyłam się dawno temu i choć już niewiele pamiętam ten język zawsze mi się podobał. Natomiast nie lubię niemieckiego. Teraz wciąż próbuję trochę podszkolić się w angielskim, żeby umieć się dogadać "w świecie" :)
    Opowieściami o książkach Pawłowskiej zachęciłaś mnie do ich przeczytania - będę musiała ich poszukać.
    Pozdrawiam jeszcze świątecznie :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli w kwestii podróży mamy podobnie :). Wiem, że większość Polaków bardziej lubi melodyjny francuski niż twardy niemiecki, ale ja mam odwrotnie od zawsze, a jeszcze jak poznałam trochę zasady (gramatykę, wymowę itd), to się jeszcze w tym utwierdziłam.
      Cieszę się, że zainteresowały Cię polecane przeze mnie książki :). Może znajdziesz w nich ciekawe miejsca, których jeszcze nie odwiedziłaś i zainspirują Cię do kolejnej podróży.
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  9. Bardzo ciekawe podejście do podróżowania. U mnie jest podobnie, choć nie jestem zbyt odważna i ciągle nie chcę się do tego przyznać, ale ja chyba naprawdę nie lubię wyjeżdżać z domu. Wiem, to trochę zaściankowe, ale lubię miejsce w którym żyję. Oczywiście jak już ktoś mnie wyciągnie z tej mojej twierdzy, to zazwyczaj jestem mu wdzięczna, ale... wyciągną mnie nie jest tak łatwo. ;) A nauka języka też chodzi mi po głowie, ale nie mogę się zdecydować na konkretny - angielski znam troszkę z liceum i studiów, francuski również, ale chciałabym w obu mówić lepiej. Włoskiego w ogóle nie znam, a chciałabym, podobnie jest z hiszpańskim. Chyba wreszcie i ja się za siebie wezmę i któregoś z tych języków się nauczę. Bardzo dziękuję za motywację, a przy okazji wesołego lanego poniedziałku życzę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wcale nie jest zaściankowe! Jest takie powiedzenie: "można być w kropli wody odkrywcą, można -wędrując dookoła świata - przeoczyć wszystko". To zależy od naszego podejścia i upodobań i nikt nie ma prawa tego podważać ani umniejszać. Jak ktoś siedząc w domu mówi, że się nudzi, to ja odpowiedam, że nudzą się tylko nudni ludzie. Nie musimy dopasowywać się do innych ludzi i jakichś trendów.
      Powodzenia z nauką jezyków! Ja się wiele razy przymierzałam, no i w końcu trafiłam na to, co mnie wciągnęło :).
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  10. Brawo, podziwiam i sukcesów życzę.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ależ u Ciebie barwnie i... zdrowo! Bardzo ciekawa interpretacja 'woszczyzny' w kontekście sztuki i codzienności. Uwielbiam takie nieoczywiste skojarzenia, które zmuszają do spojrzenia na zwykłe warzywa jak na malarską martwą naturę. Twoje 'papiloty' jak zwykle kręcą się wokół bardzo inspirujących tematów. Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie planowałam zaskoczeń, samo jakoś tak wyszło :). Dziękuję za miłe słowa i pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
    2. Doświadczenia z nauką języków mamy podobne.
      Zapisałam się przed pandemią na angielski,ale lektor głównie zwracał się do tych , co nieźle kumali. Stracony czas i pieniądze.
      Podejście do turystyki mamy również podobne.
      Nie lubię tłumów i nie przepadam za utartymi trasami,chociaż siłą rzeczy też z nich korzystam. Na znanych szlakach tyle jest autentyczności, co w skansenie w chłopskiej chacie , w ktorej jest duzy netraż, czysta,gładka podłoga i bielutka pościel .

      Usuń
    3. Otóż to. Jak chce się poczuć klimat, to trzeba zanurzyć się w codzienności, zboczyć z asfaltu na polną dróżkę. Ale z drugiej strony - jeśli chcemy zobaczyć na własne oczy dziedzictwo kultury materialnej, cenne zabytki czy dzieła sztuki, to albo trzeba się pogodzić z tłumem, kolejkami i przewodnikami, albo obejrzeć na ekranie. Coś za coś.

      Usuń
  12. W kwestii podróżowania jesteśmy jak dzień i noc :) różne, a to dobrze, bo fajnie jest się różnić pięknie między sobą. Ale rozumiem niechęć, wstręt do tłoku, ścisku, hałasu, zawsze mi to przeszkadzało, ale z czasem staje się coraz bardziej nie do wytrzymania, choć uśmiecham się czytając Iwaszkiewicza który podróżował tak ca. w latach 1920-1980, czyli wiek i pół wieku temu, a narzekał na ludzi w muzeach, czy samochody na ulicach psujące widoki świątyń i kamienic. Jednak dla mnie wciąż jeszcze plusy podróżowania i poznawania przewyższają minusy, zamykam oczy na to co wstrętne i skupiam się na urokach, ale z wiekiem jest to coraz trudniejsze. Co do nauki to już kiedyś pisałyśmy o duolingo. Ja zaczęłam od angielskiego, aby uczyć się potem włoskiego, bo jakiś czas temu nie było możliwości nauki poprzez polski włoskiego. Przerobiłam wszystkie poziomy ang (osiem) i nadal go nie umiem, ale jakoś na razie dawałam radę z nauką włoskiego z angielskiego, więc coś to dało. Ale teraz chyba wrócę do wersji nauki z polskiego, a tym samym zrobię sobie powtórkę, bo o ile w grudniu zdałam egzamin praktyczne podczas podróży, tym razem poległam totalnie i za każdym razem ratowałam się mieszanką ang- włoską. Ale ćwiczenie pamięci jest warte tej nauki, nawet jeśli niedoskonałej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, warto uczyć się języka, nawet w niedoskonałej formie - oczywiście to zależy, do czego nam to jest potrzebne. Moi synowie uczyli się angielskiego w profesjonalnej szkole językowej, zdawali egzaminy międzynarodowe na kolejnych poziomach, a teraz obaj używają tego języka w pracy i są bardzo dobrze oceniani jeśli chodzi o biegłość. Natomiast kolejnych języków uczą się już w różnych formach, ale też używają ich w codziennej pracy. Mnie na biegłości nie zależy, bo nie mam takiej potrzeby, bardziej chodzi mi o ćwiczenie mózgu, a jeśli się to chociaż odrobinę przyda w jakichś podróżach, to już będę zadowolona.

      Usuń
  13. Jakoś nigdy nie poznałem fajnych Włochów. Moje informacje o nich pochodzą z przesądów raczej. Ale teraz wiosna, częściej będę na mieśice to może spotkam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno zdarzają się fajni Włosi, ale ja generalnie o południowcach nie mam najlepszego wyobrażenia - zarówno na podstawie opowieści innych osób, jak i własnych skromnych doświadczeń.

      Usuń
  14. Szkoda, że nie byłam, a zwiedzać uwielbiam... Jakoś tak ciągle funduszy brak na takie podróże.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale masz koniki :))). Nie można mieć wszystkiego, takie życie. Ale życzę Ci, żeby się udało kiedyś taką podróż zorganizować :).

      Usuń
  15. Witaj Małgosiu!
    No to zaskoczyłaś mnie wyznaniem że nie ciągnęło Cię do Włoch. Bo mnie od zawsze. Dawno temu byłam w okolicach Bari. Marzy mi się Sienna, Bolonia czy wybierze Apulii i Amalfi. Może kiedyś się uda.
    Póki co z zaciekawieniem przeczytałam Twoją przygodę z nauką języka włoskiego. Super że znalazłaś metodę dla siebie 🙂 czyli w tym roku urlop gdzieś we Włoszech?
    Gorące uściski i pozdrowienia 😘

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem jeszcze czy w tym roku, bo mam sporo pracy i trudno mi coś planować. Ale może chociaż na pare dni uda sie wyskoczyć. Życzę Ci, żeby Twoje włoskie marzenia się spełniły! Pozdrawiam Cię serdecznie!

      Usuń
  16. Ja skończyłam kurs włoskiego na duolingo i od roku codziennie powtarzam materiał z aplikacją :) ale mówić po tym to... nie mówię, tak płynnie to nie;) od kilku tygodni spotykam się online ze znajomym - mężem kuzynki mojej mamy, który jest Włochem... I pomalutku sklejam samodzielnie zdania :) do tego kupilam kilka książek do nauki włoskiego i ćwiczę sama. Jako nauczycielka angielskiego z 15 letnim stażem pracy aplikację Duolingo oceniam na 3+ w skali 5 ;) jest kilka rzeczy które bym tam dopracowała i ulepszyła, ale... biorąc pod uwagę moją skłonność do perfekcjonizmu mogę mieć zawyżone oczekiwania ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziekuję za tę opinię, potwierdza ona w dużym stopniu to co sama myślę - Duo jest dobre na początku, metoda jest dobrze opracowana dla osób, które szybko chcą się nauczyć podstaw, ale do nauki rozmawiania (mówienia) potrzebne jest jakieś uzupełnienie.

      Usuń
  17. Lubię francuską muzykę i filmy, lubię jego brzmienie, ale żeby się go uczyć... Już mnie raz pokonała francuska gramatyka. Zdecydowanie bardziej lubię japoński i kocham jego egzotyczne brzmienie ponad wszystko. Łatwo nie jest, ale ok, brnę w to dalej i nie poddam się. Jeśli chodzi o Włochy to pokochałam Rzym i jego klimat a także Pompeje i cały Półwysep Sorrento. Sam Rzym ma boski klimat. Pozdrawiam serdecznie Małgosiu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój syn i synowa są zakochani w Japonii i też uczą się japońskiego od kilku lat :). Życzę Ci powodzenia z tą nauką, a może i z wyprawą do Japonii? Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  18. Też uwielbiam Włochy ale nie doszłam jeszcze do tego poziomu aby doszkalać się z książek. Może czas w końcu na to??
    Pozdrawiam ciepło! Miłego czwartku🌸
    Angelika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja właśnie wolę czytać i poznawać tajemnice Włoch z książek :). Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  19. Ja z Włoch lubię tylko architekturę i sztukę, wszystko inne jest dla mnie "b".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To w sumie mamy trochę wspólnego, bo ja też preferuję sztukę i architekturę :).

      Usuń

Jeśli Twój komentarz nie pojawił się od razu, to niestety wina nowej (gorszej) wersji bloggera, który z nieznanych mi powodów wrzuca niektóre komentarze do spamu - ale nie martw się, na pewno go znajdę i opublikuję :).