sobota, 9 listopada 2019

"Zanim wyjedziesz w Bieszczady" Kozłowski, Scelina, Nóżka. A mogło być tak pięknie...

Któż z nas nie powiedział chociaż raz w życiu: "...a może by tak rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady..."?

Przypuszczam, że mniej więcej połowa dorosłej populacji naszego pięknego kraju. Nie wiem jak Wy, ale ja powtarzam to co najmniej raz na dwa tygodnie :). Czasem tylko tak dla żartu, a czasem jednak dość serio.
Więc było rzeczą oczywistą, że książkę pod tak znamiennym tytułem kupię i przeczytam (a przynajmniej spróbuję).

I chyba głównie o to chodziło pomysłodawcy tytułu. Żeby zanęcić takich potencjalnych wagabundów, współczesnych hippisów, bieszczadoholików, marzycieli znudzonych lub rozczarowanych dotychczasowym życiem, zmęczonych pracoholików szukających odskoczni w leśnej głuszy, opętanych bieszczadzkim mitem wariatów z artystycznymi duszami...



Wiele osób miało wielkie nadzieje związane z tą książką - czytałam kilka recenzji, które potwierdzają moje wrażenia. Oczekiwano wielkiego magicznego kotła, z którego wylewać się będą bieszczadzkie legendy, fascynujące historie współczesnych Robinsonów osiadłych w bieszczadzkiej głuszy... Zanim się ukazała, lokalne media trąbiły już, że to będzie hit na rynku czytelniczym. Podobno dwaj spośród autorów to najsłynniejsi leśnicy w Polsce. No ja akurat pierwszy raz o nich czytam, ale może po prostu taka mało social-mediowa jestem... Chociaż przyznaję, że na filmik z misiem Grzesiem, który nie chciał w zimie spać, natknęłam się kiedyś w sieci :). 
Opis redakcyjny zaś, to zapowiedź konfrontacji naszych wyobrażeń z obrazem prawdziwych Bieszczadów. Trudno odmówić sobie przyjemności sięgnięcia po taki rarytas...

Ale niestety treść książki nieco rozczarowuje. 


Sam początek nawet mnie ujął i zachęcił, bo Marcin Kozłowski opowiada we wstępie jak to za młodu wędrował po Bieszczadach: 
"Dobiegałem dwudziestki, kiedy kolega wyciągnął mnie na pierwszą wyprawę w Bieszczady. Zawsze miał zasadnicze podejście do górskich wędrówek: w grę wchodziły tylko plecaki i namiot. (...) Wyruszyliśmy autobusem do Krakowa, potem pociągiem do Zagórza, po Bieszczadach poruszaliśmy się autobusami i stopem. (...) To nie była wyszukana turystyka. Choć przeszliśmy całodniową trasę czerwonym szlakiem, żeby zaliczyć coś ambitnego. (...) To był krótki wyjazd. Został mi po nim smak niedokończonych wakacji. Nigdy się go nie pozbyłem."

Oczarował mnie ten fragment, bo słowo w słowo mogę to samo powtórzyć o sobie. Tak właśnie było. Kumpel wyciągnął mnie w Bieszczady - on zaprawiony w takich wyprawach harcerz, ja zupełnie zielona... Wędrowaliśmy autobusem i głównie autostopem, z plecakami i małym namiotem. Przez Solinę przeprawiliśmy się pożyczonym kajakiem, na kamieniu w ognisku piekliśmy ryby podarowane przez spotkanego wędkarza, menażki szorowaliśmy piaskiem, kąpaliśmy się o świcie w górskim strumieniu z lodowatą wodą. Przeszliśmy całodobowy czerwony szlak - myślałam, że tam umrę w połowie drogi :). Ale złapałam drugi oddech i po tym drugim oddechu, mimo bąbli na stopach, byłam już zakochana w tych górach i połoninach, widokach zapierających dech w piersiach. To były najpiękniejsze wakacje. Za krótkie. Pozostała mi na całe życie tęsknota za Bieszczadami.


Podobno w Bieszczady jedzie się tylko raz, potem się już tylko wraca.

Wracałam. Wiele lat później spędziłam tam dwa tygodnie z mężem i dziećmi. Kiedy miejscowym opowiadałam o tych moich pierwszych bieszczadzkich wyprawach, mówili: "Aaaa! To pani widziała jeszcze PRAWDZIWE Bieszczady!".
Mieszkaliśmy przy stadninie, obserwowaliśmy czaple siwe i inne ptaki, wędrowaliśmy po górach szukając śladów zniszczonych wiosek. Wśród gęstej puszczy wychodziliśmy na rozsłonecznioną polankę, z trawą po pas, a tam miliardy owadów, różnych pszczółek, trzmieli i innych bzykaczy, brzęczały niemal ogłuszająco! Znane mi z naszych łąk chwasty tam wyglądały jak zmutowane olbrzymy, jakby przeniesione z prehistorycznej puszczy gigantyczne kwiaty i paprocie. A w tym wszystkim stare jabłonki zdradzały miejsca, gdzie kiedyś stały domy...

Niestety niewiele jest kolorowych fotografii w tej książce.


Ale wróćmy do książki...

Po pierwszych 70 stronach byłam rozczarowana wręcz totalnie i zamierzałam rzucić ją w kąt. Przemogłam się jednak, przekartkowałam, żeby sprawdzić, czy tak samo będzie do końca. To, co zobaczyłam dalej, było tak niespójne z pierwszą częścią, że postanowiłam mimo wszystko przeczytać uczciwie do końca, żeby sobie wyrobić klarowny i obiektywny pogląd na całość.
Ostatecznie więc, po przebrnięciu przez wszystkie rozdziały, poziom mojego rozczarowania nieco się obniżył, ale wrażenia są takie sobie, a prawdę powiedziawszy - ambiwalentne ze wskazaniem na negację.

Bo z jednej strony - główny autor i redaktor, Maciej Kozłowski, starał się uczciwie odrobić zadanie domowe i zgromadził w związku z tym tony materiałów, przez które następnie się przekopał i ostatecznie próbował całą tę wiedzę upchnąć w swojej książce, podejmując przy tym nieśmiałe próby ożywienia akcji, wplatając rozmowy z leśnikami lub opisy tras, które przemierzał w drodze na te spotkania. Zadanie karkołomne, bo informacji jest ogrom (zwłaszcza że pan Kozłowski sięgnął setki lat wstecz) i sensowne wkomponowanie tego całego naboju w opowieść przeznaczoną dla tych, co zamierzają wyruszyć w Bieszczady, jest wielce skomplikowana operacją logistyczną. Pan Kozłowski nie jest z wykształcenia logistykiem, lecz kulturoznawcą, więc branża nie ta, literatem też nie jest, więc i talentu pisarskiego nieco zabrakło, no i generalnie troszkę się redaktor z tym wszystkim pogubił. W konsekwencji - gubi się czytelnik.

Z drugiej strony - trzeba docenić całą tę tytaniczną pracę nad historycznym materiałem źródłowym, bo faktycznie dostajemy mnóstwo obszernych informacji o tym, jak to z tymi Bieszczadami na przestrzeni niemal pół tysiąclecia było. Kulturoznawca jednak dopadłszy swojego ulubionego konika zagalopował się o kilka rozdziałów za daleko. W pewnym momencie rozważania historyczno-kulturowe straszliwie mnie znudziły i zaczęłam się zastanawiać dokąd właściwie autor zmierza i do kogo kieruje tę uczoną rozprawę. 
Syntetyczna wiedza historyczna owszem, ale po co mi aż tyle mało istotnych dzisiaj szczegółów, jeśli - dajmy na to - zamierzam rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady?

Ostatecznie przecież - książka ma tytuł "Zanim wyjedziesz w Bieszczady", a nie na przykład - "Wszystko, czego chciałbyś dowiedzieć się o Bieszczadach".
Nie oczekuję drogowskazów, czy spisu knajp i innych miejsc użyteczności publicznej, ale chcę się dowiedzieć, jak teraz się tam żyje, kogo spotkam itd. Bieszczady to głównie przyroda, więc rozdziały stricte przyrodnicze doceniam, ale tam są też ludzie, jakaś społeczność... W książce trochę tego mało. Nawet stanowczo za mało. 

W dodatku narrator nie może się zdecydować na jedną spójną koncepcję. Przez kilka rozdziałów mamy uczone wywody wymieszane niekiedy z mało ekscytującymi fragmentami z dawnej prasy, chwilami autorowi udaje się znaleźć nieco więcej materiału na jeden temat, więc rozwodzi się a to o bieszczadzkich drogach i szlakach kupieckich od czasów średniowiecza, a to o religijnych zawirowaniach, mieszaniu się Hucułów, Bojków i Łemków, o budowie Muzeum Budownictwa Ludowego w latach 50-tych, o komunistycznych urzędnikach. 
W te wynotowane skrupulatnie ze stosów zgromadzonej literatury wiadomości wjeżdża nagle obszerny rozdział z życiorysem pana Nóżki, kolejny z życiorysem pana Sceliny, między tym pojawiają się rozmowy z obu panami o stworzonej przez nich popularnej stronie nadleśnictwa w Baligrodzie, odrębny rozdział szczegółowo wylicza drzewostan. 

Niektóre kawałki czyta się z przyjemnością. 
Niektóre.
Wszystko to jest za mało ze sobą powiązane, brak jakiegoś fajnego spoiwa, żeby ulepić wciągającą całość. No i czasem jest trochę nudno.


Szata graficzna jest kolejną słabą stroną tej pozycji. Przy takiej dbałości o dobry tytuł, reklamę i solidną twardą okładkę, można było nieco bardziej się wysilić kompletując fotografie bieszczadzkiej przyrody. Bo tak naprawdę przyroda jest największym skarbem Bieszczadów. I są setki świetnych fotografów, którzy robią cudowne zdjęcia bieszczadzkim połoninom we wszystkich porach roku, dzikim potokom, trawom i owadom... 

A tu mamy raptem tylko kilka barwnych fotografii i trochę czarno-białych, wcale nie jakichś wybitnych. Zaczynam podejrzewać, że twórcy tej książki tak ukochali ten zakątek Polski, że zapragnęli zniechęcić wszystkich, którzy jeszcze się wahają czy rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady...

Nawet reprodukcja pięknego, barwnego obrazu - niestety tylko black&white

Moje oczekiwania związane z tą książką zderzyły się z opowieścią naszpikowaną wiedzą historyczną, ale pozbawioną polotu. Trudno ją zakwalifikować jednoznacznie - ani to podręcznik, ani przewodnik, ani zbiór esejów, ot - taki patchwork sklejony z różnych tematów, ale jakby bez planu. 
Poza tym - mimo wielu interesujących informacji - zabrakło tam bieszczadzkiej magii. Ona w Bieszczadach jest. Ale opowiedzieć o niej nie każdy potrafi.


W Bieszczadach mieszka wielu interesujących ludzi, o kilku z nich wspomniano na łamach książki, jednak ten temat został potraktowany marginalnie, a wolałabym poczytać więcej o tym, jak dzisiaj żyją tam normalni ludzie. Niekoniecznie drwale czy smolarze, bo o nich napisano już tomy i nakręcono kilka seriali, taka moda ostatnio panuje. Ale gdzie są ci zwyczajni ludzie, którzy uwierzyli legendom, rzucili wszystko i wyjechali w Bieszczady? Niektórzy z nich piszą o tym książki, mają swoje strony w internecie. I potrafią o tym pięknym miejscu pisać magicznie.
Autorom książki "Zanim wyjedziesz w Bieszczady" zabrakło jednak tej literackiej wizji lub talentu. A szkoda. To był dobry pomysł, dobry tytuł... ale z całą resztą to już jakoś nie za bardzo wyszło. 

*****

14 komentarzy:

  1. No cóż nie przepadam za Bieszczadami (byłam , widziałam) a ta książka jak widzę nie zmieni mojego nastawienia do wypraw w te rejon Polski:)




    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To widzę, że bardzo się różnimy :))) - mnie nawet ta książka nie zniechęci do kolejnych wypraw w Bieszczady :).
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  2. ciekawe że z fascynującego tematu można zrobić nudną książkę... no ale grunt że choć niektóre rozdziały Ci się spodobały i dały Ci poczucie bliskości Bieszczad. Ja też lubię te góry chociaż nie są moimi ulubionymi, chyba wolę góry stołowe :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja generalnie nie jestem fanką gór, Stołowe mam nawet w zasięgu weekendowego wyjazdu i parę razy po nich łaziłam, ale te skały trochę mnie przytłaczają. Natomiast bieszczadzkie pagórki i połoniny to jest zupełnie inna kategoria :). Co do książki - z tego materiału powinny powstać dwie książki, jedna o zacięciu bardziej naukowym, historyczno-kulturowo-przyrodniczym, i druga w formie swobodnej opowieści o dzisiejszych Bieszczadach. Ale musiałby napisać ją ktoś inny. Nawet przemknęło mi przez myśl, że może sama kiedyś spróbuję... jak już rzucę wszystko i w te Bieszczady wyjadę :)))).

      Usuń
  3. Znaczy się szkoda, że zmarnowali taki dobry tytuł, bo ktoś inny mógłby go wykorzystać do znakomitej książki :)
    Byłam w Bieszczadach tylko dwa razy i to bardzo dawno.
    Raz na obozie wędrownym, jak chodziłam do szkoły średniej. No i...jeździliśmy autobusami ;)
    Drugi raz z wycieczką z pracy.
    Zachwyciły mnie Bieszczady, ale mam do nich daleko i jakoś nie udało mi się tam wrócić.
    Chodziłam za to z wielkim ukontentowaniem po Karkonoszach, jednakoż nigdy nie miałam ochoty zostać tam na zawsze. Bo ja miejski człowiek jestem, z ciągotami do kontaktu z przyrodą, ale tak na krótszą metę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Góry typu Karkonosze mnie nie pociągają. Pociągają mnie Bieszczady :). Chociaż oczywiście jak schodzę na ziemię i się głębiej zastanawiam, to sama nie wiem, czy bym podołała... Zasadniczo to ja też miastowa jestem, najchętniej mieszkałabym w wielkiej metropolii przy głównej ulicy na najwyższym piętrze najwyższego wieżowca, lubię lofty, nowoczesność, miejski ruch i hałas uliczny. Ale równie dobrze mogłabym zaszyć się w dziczy i nie oglądać ludzi, telewizji i samochodów. Jako zodiakalny Bliźniak mam taką dwoistą naturę i wieczną ambiwalencję uczuć, pragnień, wizji :).
      A co do tytułu książki, to myślę dokładnie tak samo: zmarnowali dobry tytuł!

      Usuń
    2. W dużym mieście też można nie oglądać telewizji, ja nie oglądam. Jeszcze kilka lat temu, nie korzystałam z żadnej komunikacji ino przemieszczałam się piechotką. Niestety opieka nad wiekową mamą pożera mi coraz więcej czasu i energii, dlatego coraz częściej korzystam z komunikacji miejskiej, poza tym latka lecą i nogi już nie te ;) Lubię pobyć sama, ale w dziczy bez ludzi obok, chyba jednak nie.

      Usuń
    3. No bez TV też się spokojnie obywam, ale mąż uzależniony, więc po prostu ciągle to słyszę w tle, chcąc nie chcąc. I do roboty ganiam pieszo półtora kilometra, a z roboty trochę więcej, bo o sklepy czasem zahaczam. Ale jakbym miała wyrąbywać sobie codziennie w śniegu tunel z domu do wychodka dajmy na to, to nie wiem, czy bym nie wolała wrócić do miejskich urządzeń sanitarnych, z ciepłą wodą w kranie i kaloryferkiem koło kibelka :))).

      Usuń
  4. mieszkałam w Bieszczadach pod samą granicą, chodziłam z Lutowisk do Tarnawy na piechotę (zimą!) widziałam niedźwiedzie i wilcze ślady, słuchałam opowieści ludzi, którzy uciekli w tamte strony z wielu powodów i nie mieli komu o tym opowiadać a ja umiem słuchać
    i nie wróciłam już w Bieszczady nigdy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo chyba to tak jest, że ludzie dzielą się na tych, co chcą rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady i na tych, co chcą rzucić Bieszczady i wyjechać... stamtąd. Na pewno inaczej to wszystko wygląda z perspektywy wakacyjnego wypadu, nawet jeśli spotka się niedźwiedzia i pogada z miejscowymi, a inaczej - jak się tam mieszka przez dłuższy czas. Ale jak ktoś nie spróbował, to coś takiego w człowieku jest, że często - chce spróbować.
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  5. Cóż, nasz krewny rzucił prawie wszystko w Bieszczadach i wrócił do cywilizacji.
    Koszty i trudy życia wysokie,
    za to dochody bez zmian od długich lat. Obecnie swoją bieszczadzką bazą zarządza z centrum Polski.
    A filmiki z Nóżką i Sceliną oglądam na fb.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie tak już jest, że człowiek często tęskni do czegoś innego niż otaczająca go rzeczywistość, szuka odmiany. Upraszczając nieco temat: miastowi wyjeżdżają na wieś, wieśniacy mają dosyć tej wiejskiej głuszy i biedy i jadą do miasta i cywilizacji. Mnie często męczą ludzie, ich miałkie problemiki i chore ambicje, i chciałabym się od nich odciąć, dlatego mówię o tych Bieszczadach jak o azylu :). No i Bieszczady są piękne, po prostu :))).
      Filmiki po tej książce też obejrzałam, są fajne, ale filmiki to nie to samo co napisanie książki, zadanie niestety trochę autorów przerosło.

      Usuń
  6. czasem jest tak, że niezbyt wyjdzie. Szkoda, ale dziękuję za opis :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, dałam upust mojemu rozczarowaniu. Może opis moich wrażeń powstrzyma kogoś przed pochopnym wydaniem pieniędzy. Ja się napaliłam jak szczerbaty na suchary, uwiedziona tytułem i notą wydawniczą. Nie twierdzę, że książka jest bublem, ale zawartość nie dorównuje opakowaniu i oficjalnym zapowiedziom.

      Usuń