sobota, 13 maja 2017

Mandale.

Mandalę sobie machnęłam. Pierwszą w życiu!
Najpierw jedną...


A zaraz potem następną... i będą kolejne :)))) 
Sorry za jakość zdjęć, ale lepiej na razie nie będzie, taki mamy klimat...



Zaraz o mandalach opowiem, ale najpierw kilka słów tytułem zagajenia...

Może na to nie wygląda, ale w zasadzie ta radosna twórczość jest ćwiczeniem w ramach projektu AKWARELE, o którym pisałam w poprzednim poście.

Jak obiecałam, tak zrobiłam, czyli dzień po przygotowaniu kół barw oraz namalowaniu chwasta, zabrałam się ochoczo do malowania, za cel obrawszy sobie tym razem bratki z mojego ogrodu. 
Hmmm.... Nie myślcie, że pokażę to arcydzieło - kompletna porażka. Obrazek zresztą (zaraz po przeprowadzeniu autokrytyki) posłużył mi za pole ćwiczebne do maziania farbkami na różne sposoby. 

Ujawniły się podczas tego eksperymentu następujące problemy:
  1. mam nawyki z malowania gęstymi i kryjącymi farbami olejnymi, co przekłada się na skłonność do podobnego nabierania na pędzel dużej ilości słabo rozwodnionej akwareli - efekt nie jest taki, o jaki chodziło, a chodziło o uzyskanie lekkości, światła i powietrza na obrazku;
  2. objawił się ewidentny brak wprawy, a szczególnie pewności ręki - jak się całymi latami tylko gadało o malowaniu, zamiast malować, to wiadomo... 
I co z tymi fantami zrobić? A otóż proszę bardzo, mam już program naprawczy:
  • Malować, malować, jeszcze raz - malować! Akwarelami, ma się rozumieć. Cokolwiek, żeby się z tą akwarelową materią oswajać. W ramach tego na pewno będę kontynuować tworzenie próbników (jak w poprzednim poście) według wskazówek Agaty z bloga sierysuje
  • Spróbuję kopiować prace dobrych akwarelistów - jak się uczyć, to od najlepszych. W sieci są zresztą różne filmiki i tutoriale, w których pokazane jest malowanie konkretnego obrazka krok po kroku. Uważam, że na początek to świetna nauka.
  • Nie tylko malować, ale i rysować, w ramach ćwiczenia oka i ręki. Cokolwiek i czymkolwiek. Stąd też ta mandala, ale o niej za chwilę.
  • Pisać. RĘCZNIE! A dokładniej - kaligrafować i ogólnie ćwiczyć ładne pismo. Świetne ćwiczenie! Na razie nie będę tutaj tej kwestii rozwijać, do tematu wrócę innym razem.
No i to są właśnie przyczyny powstania mojej mandali. I powiem Wam - bardzo to jest wciągające i na pewno sporo tych mandali jeszcze narysuję a zapewne także namaluję :). 



  • MANDALA - sanskrycki termin oznaczający "centrum i wszystko to, co wokół". Buddyjscy mnisi tworzą z kolorowego piasku mandale, w których harmonijnie łączy się symbol koła (niebo, transcedencja, nieskończoność, zewnętrzność) z kwadratem (cztery strony świata, człowiek i ziemia,wnętrze), a następnie uroczyście je niszczą. Ogólnie rzecz biorąc diagram mandali ukazuje jak chaos może przyjąć harmonijną formę.

Jeśli kogoś ciekawi ta tematyka - polecam ten wpis http://www.nowaswiadomosc.pl/344-co-to-jest-mandala.html . Znajdziecie tam dokładne wskazówki na temat jak należy tworzyć prawdziwą mandalę. 

U nas rysowanie (malowanie) mandali, z reguły uproszczonej do formy koła, traktuje się jako zajęcie terapeutyczne, uspokajające, wyciszające.

Zawsze podobały mi się mandale i gdzieś tam w mglistych planach miałam ich rysowanie. Lubię takie symetryczne, uporządkowane wzorki :). No i jest to dobry sposób na trenowanie precyzyjnego rysowania.
A zatem, do dzieła!


Moje materiały:
  • brystol w rozmiarze A3 - moja mandala ma średnicę ok.30cm, 
  • ołówek, linijka, kątomierz i cyrkiel - do narysowania siatki,
  • czarne cienkopisy: Derwent Graphik line master 0,05 oraz Faber Castell PITT artist pen F.
Najpierw narysowałam siatkę pomocniczą. To ona pomoże nam uzyskać symetrię i harmonię. Oczywiście mistrzowie mogą się bez tego obyć, ale nie przesadzajmy, z siatką jest prościej. 
  • Wyznaczamy środek kartki, a przy pomocy kątomierza zaznaczamy wybraną ilość wycinków koła. Można kombinować cyrklem, jak ktoś lubi, ale kątomierzem idzie szybciej. Ja zaznaczałam co 10 stopni. 
  • Potem łączymy przy pomocy linijki i ołówka punkty naprzeciwległe, dla kontroli sprawdzając czy linijka przebiega nam przez środek. Wyszło mi 18 kawałków "torcika". Może być mniej, może być więcej, trzeba się też zastanowić czy wolimy parzystą czy nieparzystą ilość tych kawałków, ale wygodniej chyba z parzystą.
  • Inny sposób to przycięcie kartki do rozmiarów kwadratu, narysowanie przekątnych, które wyznaczą nam środek siatki, zaznaczenie punktami na dwóch sąsiednich bokach równych odcinków i następnie rysowanie linii prostych przechodzących przez te punkty i przez środek. 
  • Następnie cyrklem kreślimy sporo koncentrycznych okręgów, dość gęsto, żeby łatwiej rysowało się wzorki.


Do tej części pracy (rysowanie siatki) warto się przyłożyć i wykonać ją starannie. Każde nieprecyzyjne przesunięcie linii powoduje, że wzór będzie się nam lekko rozjeżdżał. U mnie zresztą też nie wyszło idealnie.

Siatka gotowa, można puścić wodze fantazji i tworzyć! Rysujemy wzorki jakie nam wyobraźnia podpowiada, pamiętając, żeby powtarzały się symetrycznie.
Rysujemy...


...rysujemy...


Można od razu ze wszystkimi szczególikami, ale chyba łatwiej jest najpierw zrobić ogólny zarys, a potem dorysowywać detale, pogrubiać albo zamalowywać linie i pola. Ja lubię czerń tuszu na białym papierze, ale oczywiście można poszaleć z kolorami.



Gdzieś w połowie wydawało mi się, że wychodzi beznadziejnie... W niektórych miejscach brakowało mi pomysłu jak zapełnić puste pola, żeby jakoś sensownie to wyglądało. 
Ale na tym polega urok mandali, że dopiero po skończeniu całej pracy z chaosu wyłania się harmonijna całość :). 

W sumie jestem z mojego dzieła zadowolona :). Rysowanie tej mandali zajęło mi prawie pół dnia z małymi przerwami, ale było to szalenie przyjemne zajęcie. Polecam każdemu, zwłaszcza jako lekarstwo na stresy, zmęczenie, złą pogodę i zły nastrój :).



Będąc w mandalowym transie i korzystając ze szczęśliwej okoliczności, że małżonek wyjechał na szkolenie (czytaj: chata wolna, facet nie absorbuje, sprzątania jakoś nagle mniej, w sumie kupa wolnego czasu), natychmiast zabrałam się za tworzenie następnej mandali :)))

Początek jak poprzednio - siatka. Tym razem tylko 12 kawałków torcika:


 Ta siatka została nieco zmodyfikowana przez dorysowanie licznych "bąbli":



Bąble dorysowałam przy pomocy cyrkla, podobnie można narysować inne kształty posługując się rozmaitymi przyborami kreślarskimi.


Już na etapie rysowania wzorów cienkopisem do zdjęcia przyłożyłam jeszcze na chwilę kątomierz, żeby pokazać miejsce, w którym wcześniej ołówkiem dorysowałam bąblowi dzióbek. Też można zrobić to cyrklem, ale łatwiej jest przyłożyć kątomierz czy cokolwiek z zaokrąglonym brzegiem, szklankę czy coś podobnego:


Coraz więcej szczególików...


I po kolejnym wieczorze druga mandala gotowa:


Podsumowanie tego eksperymentu: super zabawa, uruchamia się kreatywność i wyobraźnia, w efekcie powstaje fajny obrazek :), jednocześnie konieczność skupienia powoduje skutki uboczne w postaci totalnego resetu psychicznego (codzienne problemy ulatują gdzieś w niebyt), no i co najważniejsze - osiągnięty cel w postaci treningu ręki i oka. Każda kolejna linia wychodzi ładniej, równiej, bardziej płynnie. A o to przecież w tym ćwiczeniu chodziło :). 


Rysowanie mandali będę kontynuować, ale w kolejnym tygodniu planuję nieco inne ćwiczenia i może w następnym wpisie pokażę jakiś sensowny obrazek akwarelowy :).

*****







sobota, 1 kwietnia 2017

Seria zielnikowa - wisteria (glicynia).

Kolejny haft z zielnikowej serii zaprojektowanej przez Veronique Enginger - wisteria, znana także pod nazwą glicynia.




Trochę mi z tym wzorem zeszło... Najpierw było to całkiem przyjemne haftowanie, ale gdzieś w połowie dopadł mnie kryzys twórczy ;). 
No właśnie - twórczy. Czy to aby właściwe określenie? 

Problem polega na tym, że nagle znudziło mi się haftowanie krzyżykami. 
Owszem, powstają w tej technice fajne obrazki, ale tak naprawdę to jest działalność ODTWÓRCZA. Zero własnej kreatywności. Haftowanie według gotowego schematu, gdzie każdy krzyżyk i odcień muliny ma ściśle wyznaczone miejsce. Czynność z gatunku tych odmóżdżających, przy których dobrze się odpoczywa, a konieczność liczenia krzyżyków i pilnowania wzoru sprawia, że wielkie problemy tego świata oraz troski dnia powszedniego odpływają gdzieś w chwilowy niebyt. To wielka zaleta, ale z drugiej strony - zatęskniłam za tworzeniem czegoś własnego. 
Projektowanie wzorów xxx trochę mnie przerasta, a poza tym po prostu chciałabym spróbować innych technik hafciarskich. Na razie eksperymentuję, jak coś sensownego powstanie, to się pochwalę :).



Wracając do wisterii... Pierwotnie zamierzałam haftować na tkaninie w kolorze kremowym, zgodnie z projektem autorki wzoru, po namyśle wybrałam kolor ecru, ale szczerze mówiąc myślę teraz, że najbardziej odpowiednia byłaby spokojna kość słoniowa. Poza tym wszystko jest według legendy projektantki.
Haft na zdjęciach może nie prezentuje się rewelacyjnie, bo przeprasowany jest na razie tylko wstępnie i obfociłam go leżącego luzem. Na razie wszystkie zielniki czekają na wspólne oprawienie, a z tym to mi jeszcze chwilkę zejdzie :). Zmienił się pomysł co do miejsca ich powieszenia i w związku z tym muszę ponownie obmyśleć całą koncepcję ekspozycji.



W tym wzorze sporo jest tych beżowo-brązowych niby cieni, niby botanicznych rysunków, nadających całej serii szczególnego charakteru starych zielników. Generalnie, w porównaniu z irysem czy jaśminem, wisterię haftowało mi się gorzej, oczy mi się gubiły w plątaninie odcieni poszczególnych płatków. Przyśpieszenia dostałam w końcówce, po całkiem długiej przerwie w haftowaniu, bo pewnego pięknego poranka pomyślałam sobie, że jak się zaraz nie zbiorę w sobie i nie skończę tego haftu raz-dwa, to zamieni się w wiecznego UFOka. Tak więc zaparłam się i rzeczywiście poszło piorunem :).


Jakiś czas temu zapowiadałam haftowanie karczocha z serii zielnikowej i może bym gdzieś - równolegle ze wspomnianymi eksperymentami w innych technikach haftu - zmierzyła się z karczochem, ale się okazało, że mój schemat jest nieco sfatygowany i część oznaczeń jest nieczytelna. Tak więc karczocha chyba sobie zupełnie odpuszczę.


*****

niedziela, 26 czerwca 2016

Seria zielnikowa - jaśmin.

Plan był inny, miałam zabrać się za karczocha, chodzi mi on cały czas po głowie, ale kiedy zaczęłam przeglądać posiadany zasób mulinek, okazało się, że do karczocha muszę zamówić większość kolorów, a do jaśminu mam wszystkie i nawet odpowiednią kanwę. A że weekend akurat się zaczynał i na zamówienie trzeba by poczekać parę dni, to zabrałam się za jaśmin.



Wydawało mi się, że haftowanie tych drobnych płateczków będzie uciążliwe, ale poszło całkiem sprawnie i bez pomyłek. Znacznie bardziej dał mi w kość oset z poprzedniego posta :).
Na zdjęciach cały obrazek niestety wygląda dość blado, w rzeczywistości tkanina jest jasnobeżowa, kwiaty białe z błękitnym podcieniowaniem i kremowymi akcentami - dość dobrze kontrastują z tym tłem. Mój aparat ma niestety tendencję do "zniebieszczania".



Dla porównania położyłam obok siebie trzy dotychczas wyhaftowane "zielniki": jaśmin na tkaninie beżowej, irys na ecru i oset na kości słoniowej. W tym zestawieniu kolory jaśminu wypadły nieco bardziej realistycznie:



Co teraz wrzucić na tamborek z zaplanowanej serii? 
Znowu się waham - karczoch, który już po raz drugi wypadł z kolejki, czy może jednak wisteria, która też mnie kusi od pewnego czasu? Poza tym wisteria (glicynia) swoją "strukturą" przypomina mi nieco jaśmin - mam na myśli te drobne płatki w powtarzalnych kolorach, które przedtem mnie przerażały, a teraz już wiem, że haftuje się je całkiem przyjemnie :). Biję się z myślami, ale już coś tak czuję przez skórę, że karczoch będzie musiał poczekać...



*****

niedziela, 5 czerwca 2016

Seria zielnikowa - oset.

Czas najwyższy zaprezentować ukończony jakiś czas temu haft ze znanej serii zielnikowej zaprojektowanej przez Veronique Enginger. Kolory na zdjęciach nieco przekłamane (haftowałam na aidzie w kolorze kości słoniowej).


 Popularnie nazywany niebieskim ostem, ale właściwie to jedna z odmian rośliny o mało znanej nazwie przegorzan. To jedno ze znalezionych w internecie zdjęć, najbardziej przypominające "oset" z haftu:

źródło
W pewnym momencie trochę się zniechęciłam do tego wzoru, bo w trakcie wyszywania nie wszystkie kolory mi się podobały. Patrząc na ostateczny efekt jestem zadowolona, całość mi się bardzo podoba, ale haftując drugi raz zmieniłabym na pewno jeden z kolorów, dość zjadliwy turkus, który moim zdaniem jest zbyt jaskrawy i nie pasuje do sąsiadujących odcieni. Ale drugiego razu na pewno nie będzie :).


Najbardziej namęczyłam się przy tej najeżonej kulce, gdzie co krzyżyk to inny kolor. Jak mi się raz coś pomieszało, to potem ciężko było "spasować" wzór, tak żeby oset był podobny do ostu. Wprawne oko dojrzy te kiksy, ale ogólnie obrazek wygląda fajnie i w towarzystwie irysa (o którym było w tym poście) świetnie się prezentuje :). W planie mam wyhaftowanie całej kolekcji w tonacji niebiesko-fioletowo-białej, czyli będzie jeszcze wisteria, karczoch, jaśmin i być może hortensja w wersji niebieskiej. 


*****


czwartek, 24 marca 2016

Seria zielnikowa - irys.

W założeniu to miał być głównie blog plastyczno-malarsko-rysunkowy.
Wszelkie inne dłubaninki, którym z przyjemnością oddaję się w wolnym czasie, miały być jedynie dodatkiem, wrzucanym na bloga od czasu do czasu.
Tak się jednak złożyło, że akurat nastał u mnie dobry moment na haftowanie, więc tym tematem będę się z Wami dzielić w najbliższym czasie.


Otóż bliska rodzina postanowiła osiedlić się na wsi, w starym, blisko 200-letnim domu... i powstało zapotrzebowanie na rozmaite dekoracje do tegoż domostwa. 
A ja dawno już chciałam przymierzyć się do serii "zielnikowej", dobrze znanej hafciarkom :).
Ponieważ kolorystyka obrazków do wiejskiego domku ma być dość stonowana, w kierunku brązów, zieleni, błękitów i ewentualnie fioletów, a z wykluczeniem czerwieni, różu oraz ostrej żółci, to wybór stał się dość oczywisty. W grę wchodzi zatem irys, wisteria, niebieski oset, może karczoch... widziałam też gdzieś niebieską wersję hortensji... a, jeszcze jaśmin być może zostanie zaakceptowany :).


Nie wiem, czy uda mi się to wszystko wyhaftować, ale początek już został zrobiony - mam irysa!
Haftowane zielniki zawisną prawdopodobnie w ogrodzie zimowym, na ścianie w jego zacienionej części (hafty blakną w pełnym słońcu!). Nie wiem jeszcze jak ostatecznie zostanie to wnętrze urządzone, więc na razie haft jest nieoprawiony.


Jak widać haftuję na aidzie, bo od pewnego czasu wzrok szybko mi się męczy podczas haftowania na lnie. Żeby nie odmawiać sobie całkiem tej przyjemności, przerzuciłam się na "łatwiejszą w obsłudze" aidę :).


*****



piątek, 11 marca 2016

Hafcik mimochodem.

Ten hafcik powstał jakoś tak przypadkowo, przy okazji porządków w nieco zapomnianych hafciarskich przydasiach i wydrukowanych niegdyś schematach. Nawet nie kojarzę, skąd ten wzorek mam. 
Dawniej haftowałam dość sporo, od jakiegoś czasu jednak zupełnie mnie nie ciągnęło do tej przyjemności. Aż tu nagle zabrałam się za segregację nieprzebranych ilości wzorów - najpierw wyczyściłam pękający w szwach dysk komputera, potem przyszła kolej na segregator zapełniony wydrukami... No i kiedy wzięłam do ręki ten oto prosty schemacik, poczułam, że po prostu MUSZĘ go teraz i natychmiast wyhaftować! I oto jest:


Hafcik powstał błyskawicznie, na kawałeczku aidy 18ct, cieniowaną muliną DMC kolor 4145.
Fajna robótka na jeden wieczór :)
Teraz tylko zastanawiam się jak go wykorzystać, i nawet coś mi już chodzi po głowie...

A dla zainteresowanych schemat:


*****