czwartek, 31 sierpnia 2017

Czaszeczka.

Postanowiłam zrobić sobie małą przerwę w malowaniu akwarelami pastelowo-romantycznych łąkowych kwiatków. Zatęskniłam za rysunkiem, za czymś czarno-białym, za wyraźną linią. Wzięłam cienkopis, papier akwarelowy zamieniłam na brystol i rozejrzałam się za obiektem do szkicowania... 

Moje oko padło na ten oto interesujący, choć poniekąd smutny eksponat - zwróćcie uwagę jakie to maleństwo... 




Jak ten drobiazg znalazł się w moich rękach? Będzie to historia mrożąca krew w żyłach - osoby o słabych nerwach proszone są o opuszczenie sali...

Niestety - ta maleńka ptasia czaszeczka to prawdopodobnie trofeum mojej kotki, a raczej to co z niego zostało po działalności mrówek i innych żyjątek. 
Podejrzewam, że był to młody kos, ale pewności nie mam. Wiosną kosy zlatują się tłumnie do naszego ogrodu w poszukiwaniu miejsca do założenia gniazda. Myślałam nawet o budce lęgowej, ale przy moich sprytnych kotach zawsze był problem - gdzie umieścić taką budkę, żeby drapieżcy się do niej nie mogli dostać. Że już nie wspomnę o kunach, które nawiedzają nasz ogród (i dewastują poszycie dachu).

Kosy jednak - nie czekając aż człowieki im zbudują domki - same zabierają się do zakładania gniazd, najchętniej w wysokich tujach, a jedna parka postanowiła osiedlić się w gęstym kolumnowym jałowcu. 
Niestety - nasza najmłodsza, bardzo ciekawska i najbardziej łowna koteczka szybko się zorientowała, co się w tym jałowcu wyrabia... Próbowaliśmy jakoś utrudnić jej dostęp do ptasiego gniazda, owijając krzew od dołu gęstą siatką, ale uparciucha znalazła jakiś sposób, żeby się tam dostać. Najpierw znaleźliśmy dwie skorupki jajeczek pod krzewem, a po pewnym czasie kosy się wyprowadziły, zakładając nowe gniazdo na starej czereśni u sąsiada. 
Myślałam, że te dwie skorupki to koniec morderstw popełnionych tej wiosny przez naszą kicię... 

Na początku lata rozmaite ptaszki zaczęły wyprowadzać swoje młode, uczyć je latać, a maluchy wierciły się w gniazdach, zdarzały się wypadnięcia pisklaka, podobno czasem większe ptaki, np. sroki, podbierają innym pisklęta... 
Bywało z tym różnie. 

Sierpówki, które co roku zakładają gniazdo w naszym świerku, zwykle miały jedno młode, a w tym roku dochowały się dwójki - i całe to towarzystwo siadało sobie na poręczy naszego balkonu, uznając ją za dobre miejsce do startów młodzieży oraz pojenia młodych. Młode, które jakby nie było już trochę latać umiały i były wielkości prawie takiej jak rodzice, czekały na tej poręczy aż tata albo mama przyniosą im w gardle wodę z naszego oczka wodnego. Koło oczka czaiła się zwykle nasza kotka i prawdopodobnie dorosłe ptaki z obawy o bezpieczeństwo dzieci wolały im przynosić wodę, niż narażać potomstwo na bliskie spotkanie z drapieżnikiem. Kotkę co prawda bardziej interesowały rybki w stawie niż fruwacze... W każdym razie w tym okresie balkon jest zawsze zafajdany, że się tak konkretnie wyrażę. Sierpówki młode odchowały, chociaż na początku lekko nie było, bo z pierwszego gniazda wypłoszył je wielki gołąb grzywacz. Musiały zbudować sobie nowe na sąsiednim drzewie.

Dwa razy zauważyliśmy naszą kotkę niosącą w zębach małego ptaszka. Raz przyszła do domu z rudzikiem - mąż zauważył, narobił krzyku, bo ptak się jeszcze ruszał, trzepotał skrzydełkami, a głowę miał w kociej paszczy. Wspólnie udało nam się uwolnić rudzika, potem go złapać, bo w oszołomieniu latał i obijał się o okna. Kota zamknęliśmy w domu, a rudzika zostawiliśmy na tarasie - siedział tam chyba z kwadrans odrętwiały z przerażenia, zanim odleciał. 
Za drugim razem inny ptak niesiony przez kicię był już niestety martwy.




Znajdowaliśmy też czasem gdzieś w krzakach ptasie truchełka, podobnie jak mysie zresztą. Może to być czasem robota kun, bo w kominie kawki próbują zakładać gniazda, a tam nasze koty nie wchodzą, kuny natomiast owszem. Zresztą zdarzyło się też znaleźć kości jakiegoś większego gryzonia, była to górna szczęka ze sporymi siekaczami.

No i niedawno, odchwaszczając ogródek, znalazłam pod krzakiem ptasie szczątki - był cały szkielecik, czyściutkie same kosteczki, ułożone jak na rycinie w atlasie anatomicznym. Może ptak wypadł z gniazda, może zadusił go kot czy inny drapieżnik... Mrówki i robaczki dokonały reszty. 
No cóż, życie...


Mała wariacja fotograficzna - zdjęcie czaszeczki w negatywie

Jakiś mroczny mi ten post wyszedł... 

Szkice (z różnych stron i w różnym oświetleniu) zrobiłam czarnym cienkopisem 0,05mm - bez pomysłu na konkretny obrazek, ot tak, roboczo, dla wprawy. Spodobały mi się te światłocienie, ciekawy kształt.

Przemknęło mi przez myśl, żeby zrobić jakąś kompozycję z tą czaszeczką, takie epitafium dla ptaszka, ale uparcie nasuwały mi się skojarzenia z nieco psychodelicznymi rysunkami Starowieyskiego, który czasem zamieszczał w swoich dziełach elementy ptasich szkieletów. Jego twórczość jak najbardziej cenię, ale nie zawsze mam nastrój odpowiedni do jej kontemplacji, a tym bardziej inspirowania się nią. Takie klimaty były mi bliższe w czasach licealnych, a im jestem starsza, tym bardziej chcę widzieć świat jasny, radosny i kolorowy :).

Temat jednak jest rozwojowy, jakoś te szkice wykorzystam, coś mi tam po głowie chodzi...
Na razie uznaję to za wstępne studium anatomiczne, że się tak śmiało wyrażę :).

*****

sobota, 22 lipca 2017

Łąka.

Miało być o czym innym, ale ta łąka mnie uwiodła... :)
Po prostu nie mogę się oprzeć malowaniu kolejnych akwarelek z łąkowymi chwastami, polnymi kwiatami, zielskiem rozmaitym...
Różnie mi to wychodzi, powstało też w międzyczasie kilka innych tematycznie obrazków, niestety zdjęcia to nie jest moja mocna strona, a z braku czasu muszę zabawę z fotografią odłożyć na późniejszy termin. Dzisiaj więc tylko pojedyncza zajawka tego, co mnie ostatnio zachwyca i najbardziej zajmuje, jeśli chodzi o malowanie.



Polne kwiaty, łąkowe chwasty - to niewyczerpane źródło inspiracji do malowania i eksperymentowania z techniką akwarelową. Zostawiam Was dzisiaj z tą jedną akwarelką, ale obiecuję, że w kolejnym poście będzie i więcej obrazków i dłuższa opowieść :).

*****

piątek, 7 lipca 2017

Dmuchawce. Solone i pod wpływem.

Dmuchawce to bardzo wdzięczny temat dla malarza. Widziałam wiele obrazów z przekwitającymi mleczami, w najróżniejszych technikach a nawet kolorystyce - postanowiłam więc też odrobinkę poeksperymentować. 

Pamiętacie moja pierwszą akwarelkę z mniszkiem? Zaraz po jej namalowaniu zaczęłam myśleć o dmuchawcach i pierwsza moja wizja to były duże puchate bąble na tle kolorowej łąki, w promieniach słońca. Kombinowałam - jak uzyskać efekt tej puchatości? Czytając tu i ówdzie o technikach malarskich stosowanych w akwareli spotkałam się między innymi z ciekawymi rezultatami użycia zwykłej soli kuchennej. I od razu pomyślałam, że to idealny sposób na moje puchate kule!

Jak uzyskać taki efekt? Na podmalowane tło (całkiem mokre) od razu sypiemy sól, w miejscach, w których chcemy tą kolorową mokrą warstwę usunąć. Po prostu sól wchłania wodę razem z farbą. Potem wystarczy odczekać aż całość podeschnie i strzepnąć sól.  

w realu kolory są nieco żywsze, zwłaszcza czerwienie i żółcie

Jeśli rozsypiemy na kolorowej mokrej plamie pojedyncze grube kryształki soli, to możemy uzyskać białe kropeczki udające np. gwiazdy albo płatki śniegu. Nieco większe kupki soli na błękitnym tle pomogą nam wydobyć z jednolitej powierzchni białe obłoki. Możliwości jest mnóstwo. Ja miałam akurat pod ręką tylko miałką sól, ale w tym wypadku była odpowiednia do usunięcia farby z większej okrągłej powierzchni. 
Potem domalowałam środki, troszkę pręcików nasionek, liście itd.
Trochę chyba bajkowo wyszedł mi ten posolony obrazek :).



Druga wersja powstała pod wpływem. Nie, nie upiłam się na okoliczność malowania :). Wpłynął na mnie post Ani o malowaniu w plenerze, ilustrowany piękną akwarelą z dmuchawcami, Natchnął mnie do działania. Zabrałam sprzęt, farby, i ruszyłam w plener! No, daleko nie poszłam, bo tylko dwa kroki za płot :). Nie mam odpowiedniego wyposażenia do zabrania wszystkich malarskich przydasiów na dalszy spacer, a z własnego okna dostrzegłam kawałek dzikiej przyrody, w której uchowało się jeszcze kilka przekwitających mleczy.




Dmuchawce były dosłownie trzy, bo o tej porze większość mleczy już rozsiała swoje nasionka, ale wokół rosły inne chabazie, słonko świeciło dość ostro, wyglądając przez dziury między ciężkimi chmurami zwiastującymi nadchodzącą burzę, wiatr rozwiewał trawy i można było poczuć tę naturę wszystkimi zmysłami...

Naprawdę, malowanie w plenerze to zupełnie inna bajka niż tworzenie w pracowni!

Dmuchawce na potrzeby obrazka sklonowałam, żeby było ciekawiej. Malowałam pośpiesznie, żeby zdążyć przed burzą i w sumie dość impresjonistycznie - bardziej wrażeniami i emocjami niesionymi przez wiatr i podgrzewanymi przez słońce, niż rozumem, mędrca szkiełkiem i okiem ;).


Roślinki są więc może średnio realistyczne, ale o taki efekt mi chodziło. Lekkie, swobodne malowanie, bez wdawania się w botaniczne szczególiki.
Powyższa akwarelka jest mocno inspirowana obrazkiem Ani, bo ta kolorystyka była bardzo odpowiednia do pogody w dniu, w którym malowałam - burze przeplatane upalnym słońcem, ołowiane niebo poprzecinane słonecznymi kaskadami.
Często korzystam ze zdjęć obrazów innych malarzy - nie kopiuję, bo to już wyższa szkoła jazdy, ale próbuję odtworzyć jakiś efekt, który mi się tam spodobał. W ten sposób się uczę, zdobywam doświadczenia, a przy okazji dokonuję różnych własnych odkryć i wynalazków :). 

Dzisiaj przekwitłych mleczy już chyba nigdzie nie ma, ale tak fajnie mi się je malowało, że chyba nieraz jeszcze wrócę do tego tematu, posiłkując się zdjęciami z natury i własną wyobraźnią, no i eksperymentując z różnymi technikami :).

Ciekawa jestem, która wersja moich dmuchawców bardziej Wam się podoba?

*****

sobota, 13 maja 2017

Mandale.

Mandalę sobie machnęłam. Pierwszą w życiu!
Najpierw jedną...


A zaraz potem następną... i będą kolejne :)))) 
Sorry za jakość zdjęć, ale lepiej na razie nie będzie, taki mamy klimat...



Zaraz o mandalach opowiem, ale najpierw kilka słów tytułem zagajenia...

Może na to nie wygląda, ale w zasadzie ta radosna twórczość jest ćwiczeniem w ramach projektu AKWARELE, o którym pisałam w poprzednim poście.

Jak obiecałam, tak zrobiłam, czyli dzień po przygotowaniu kół barw oraz namalowaniu chwasta, zabrałam się ochoczo do malowania, za cel obrawszy sobie tym razem bratki z mojego ogrodu. 
Hmmm.... Nie myślcie, że pokażę to arcydzieło - kompletna porażka. Obrazek zresztą (zaraz po przeprowadzeniu autokrytyki) posłużył mi za pole ćwiczebne do maziania farbkami na różne sposoby. 

Ujawniły się podczas tego eksperymentu następujące problemy:
  1. mam nawyki z malowania gęstymi i kryjącymi farbami olejnymi, co przekłada się na skłonność do podobnego nabierania na pędzel dużej ilości słabo rozwodnionej akwareli - efekt nie jest taki, o jaki chodziło, a chodziło o uzyskanie lekkości, światła i powietrza na obrazku;
  2. objawił się ewidentny brak wprawy, a szczególnie pewności ręki - jak się całymi latami tylko gadało o malowaniu, zamiast malować, to wiadomo... 
I co z tymi fantami zrobić? A otóż proszę bardzo, mam już program naprawczy:
  • Malować, malować, jeszcze raz - malować! Akwarelami, ma się rozumieć. Cokolwiek, żeby się z tą akwarelową materią oswajać. W ramach tego na pewno będę kontynuować tworzenie próbników (jak w poprzednim poście) według wskazówek Agaty z bloga sierysuje
  • Spróbuję kopiować prace dobrych akwarelistów - jak się uczyć, to od najlepszych. W sieci są zresztą różne filmiki i tutoriale, w których pokazane jest malowanie konkretnego obrazka krok po kroku. Uważam, że na początek to świetna nauka.
  • Nie tylko malować, ale i rysować, w ramach ćwiczenia oka i ręki. Cokolwiek i czymkolwiek. Stąd też ta mandala, ale o niej za chwilę.
  • Pisać. RĘCZNIE! A dokładniej - kaligrafować i ogólnie ćwiczyć ładne pismo. Świetne ćwiczenie! Na razie nie będę tutaj tej kwestii rozwijać, do tematu wrócę innym razem.
No i to są właśnie przyczyny powstania mojej mandali. I powiem Wam - bardzo to jest wciągające i na pewno sporo tych mandali jeszcze narysuję a zapewne także namaluję :). 



  • MANDALA - sanskrycki termin oznaczający "centrum i wszystko to, co wokół". Buddyjscy mnisi tworzą z kolorowego piasku mandale, w których harmonijnie łączy się symbol koła (niebo, transcedencja, nieskończoność, zewnętrzność) z kwadratem (cztery strony świata, człowiek i ziemia,wnętrze), a następnie uroczyście je niszczą. Ogólnie rzecz biorąc diagram mandali ukazuje jak chaos może przyjąć harmonijną formę.

Jeśli kogoś ciekawi ta tematyka - polecam ten wpis http://www.nowaswiadomosc.pl/344-co-to-jest-mandala.html . Znajdziecie tam dokładne wskazówki na temat jak należy tworzyć prawdziwą mandalę. 

U nas rysowanie (malowanie) mandali, z reguły uproszczonej do formy koła, traktuje się jako zajęcie terapeutyczne, uspokajające, wyciszające.

Zawsze podobały mi się mandale i gdzieś tam w mglistych planach miałam ich rysowanie. Lubię takie symetryczne, uporządkowane wzorki :). No i jest to dobry sposób na trenowanie precyzyjnego rysowania.
A zatem, do dzieła!


Moje materiały:
  • brystol w rozmiarze A3 - moja mandala ma średnicę ok.30cm, 
  • ołówek, linijka, kątomierz i cyrkiel - do narysowania siatki,
  • czarne cienkopisy: Derwent Graphik line master 0,05 oraz Faber Castell PITT artist pen F.
Najpierw narysowałam siatkę pomocniczą. To ona pomoże nam uzyskać symetrię i harmonię. Oczywiście mistrzowie mogą się bez tego obyć, ale nie przesadzajmy, z siatką jest prościej. 
  • Wyznaczamy środek kartki, a przy pomocy kątomierza zaznaczamy wybraną ilość wycinków koła. Można kombinować cyrklem, jak ktoś lubi, ale kątomierzem idzie szybciej. Ja zaznaczałam co 10 stopni. 
  • Potem łączymy przy pomocy linijki i ołówka punkty naprzeciwległe, dla kontroli sprawdzając czy linijka przebiega nam przez środek. Wyszło mi 18 kawałków "torcika". Może być mniej, może być więcej, trzeba się też zastanowić czy wolimy parzystą czy nieparzystą ilość tych kawałków, ale wygodniej chyba z parzystą.
  • Inny sposób to przycięcie kartki do rozmiarów kwadratu, narysowanie przekątnych, które wyznaczą nam środek siatki, zaznaczenie punktami na dwóch sąsiednich bokach równych odcinków i następnie rysowanie linii prostych przechodzących przez te punkty i przez środek. 
  • Następnie cyrklem kreślimy sporo koncentrycznych okręgów, dość gęsto, żeby łatwiej rysowało się wzorki.


Do tej części pracy (rysowanie siatki) warto się przyłożyć i wykonać ją starannie. Każde nieprecyzyjne przesunięcie linii powoduje, że wzór będzie się nam lekko rozjeżdżał. U mnie zresztą też nie wyszło idealnie.

Siatka gotowa, można puścić wodze fantazji i tworzyć! Rysujemy wzorki jakie nam wyobraźnia podpowiada, pamiętając, żeby powtarzały się symetrycznie.
Rysujemy...


...rysujemy...


Można od razu ze wszystkimi szczególikami, ale chyba łatwiej jest najpierw zrobić ogólny zarys, a potem dorysowywać detale, pogrubiać albo zamalowywać linie i pola. Ja lubię czerń tuszu na białym papierze, ale oczywiście można poszaleć z kolorami.



Gdzieś w połowie wydawało mi się, że wychodzi beznadziejnie... W niektórych miejscach brakowało mi pomysłu jak zapełnić puste pola, żeby jakoś sensownie to wyglądało. 
Ale na tym polega urok mandali, że dopiero po skończeniu całej pracy z chaosu wyłania się harmonijna całość :). 

W sumie jestem z mojego dzieła zadowolona :). Rysowanie tej mandali zajęło mi prawie pół dnia z małymi przerwami, ale było to szalenie przyjemne zajęcie. Polecam każdemu, zwłaszcza jako lekarstwo na stresy, zmęczenie, złą pogodę i zły nastrój :).



Będąc w mandalowym transie i korzystając ze szczęśliwej okoliczności, że małżonek wyjechał na szkolenie (czytaj: chata wolna, facet nie absorbuje, sprzątania jakoś nagle mniej, w sumie kupa wolnego czasu), natychmiast zabrałam się za tworzenie następnej mandali :)))

Początek jak poprzednio - siatka. Tym razem tylko 12 kawałków torcika:


 Ta siatka została nieco zmodyfikowana przez dorysowanie licznych "bąbli":



Bąble dorysowałam przy pomocy cyrkla, podobnie można narysować inne kształty posługując się rozmaitymi przyborami kreślarskimi.


Już na etapie rysowania wzorów cienkopisem do zdjęcia przyłożyłam jeszcze na chwilę kątomierz, żeby pokazać miejsce, w którym wcześniej ołówkiem dorysowałam bąblowi dzióbek. Też można zrobić to cyrklem, ale łatwiej jest przyłożyć kątomierz czy cokolwiek z zaokrąglonym brzegiem, szklankę czy coś podobnego:


Coraz więcej szczególików...


I po kolejnym wieczorze druga mandala gotowa:


Podsumowanie tego eksperymentu: super zabawa, uruchamia się kreatywność i wyobraźnia, w efekcie powstaje fajny obrazek :), jednocześnie konieczność skupienia powoduje skutki uboczne w postaci totalnego resetu psychicznego (codzienne problemy ulatują gdzieś w niebyt), no i co najważniejsze - osiągnięty cel w postaci treningu ręki i oka. Każda kolejna linia wychodzi ładniej, równiej, bardziej płynnie. A o to przecież w tym ćwiczeniu chodziło :). 


Rysowanie mandali będę kontynuować, ale w kolejnym tygodniu planuję nieco inne ćwiczenia i może w następnym wpisie pokażę jakiś sensowny obrazek akwarelowy :).

*****







sobota, 1 kwietnia 2017

Seria zielnikowa - wisteria (glicynia).

Kolejny haft z zielnikowej serii zaprojektowanej przez Veronique Enginger - wisteria, znana także pod nazwą glicynia.




Trochę mi z tym wzorem zeszło... Najpierw było to całkiem przyjemne haftowanie, ale gdzieś w połowie dopadł mnie kryzys twórczy ;). 
No właśnie - twórczy. Czy to aby właściwe określenie? 

Problem polega na tym, że nagle znudziło mi się haftowanie krzyżykami. 
Owszem, powstają w tej technice fajne obrazki, ale tak naprawdę to jest działalność ODTWÓRCZA. Zero własnej kreatywności. Haftowanie według gotowego schematu, gdzie każdy krzyżyk i odcień muliny ma ściśle wyznaczone miejsce. Czynność z gatunku tych odmóżdżających, przy których dobrze się odpoczywa, a konieczność liczenia krzyżyków i pilnowania wzoru sprawia, że wielkie problemy tego świata oraz troski dnia powszedniego odpływają gdzieś w chwilowy niebyt. To wielka zaleta, ale z drugiej strony - zatęskniłam za tworzeniem czegoś własnego. 
Projektowanie wzorów xxx trochę mnie przerasta, a poza tym po prostu chciałabym spróbować innych technik hafciarskich. Na razie eksperymentuję, jak coś sensownego powstanie, to się pochwalę :).



Wracając do wisterii... Pierwotnie zamierzałam haftować na tkaninie w kolorze kremowym, zgodnie z projektem autorki wzoru, po namyśle wybrałam kolor ecru, ale szczerze mówiąc myślę teraz, że najbardziej odpowiednia byłaby spokojna kość słoniowa. Poza tym wszystko jest według legendy projektantki.
Haft na zdjęciach może nie prezentuje się rewelacyjnie, bo przeprasowany jest na razie tylko wstępnie i obfociłam go leżącego luzem. Na razie wszystkie zielniki czekają na wspólne oprawienie, a z tym to mi jeszcze chwilkę zejdzie :). Zmienił się pomysł co do miejsca ich powieszenia i w związku z tym muszę ponownie obmyśleć całą koncepcję ekspozycji.



W tym wzorze sporo jest tych beżowo-brązowych niby cieni, niby botanicznych rysunków, nadających całej serii szczególnego charakteru starych zielników. Generalnie, w porównaniu z irysem czy jaśminem, wisterię haftowało mi się gorzej, oczy mi się gubiły w plątaninie odcieni poszczególnych płatków. Przyśpieszenia dostałam w końcówce, po całkiem długiej przerwie w haftowaniu, bo pewnego pięknego poranka pomyślałam sobie, że jak się zaraz nie zbiorę w sobie i nie skończę tego haftu raz-dwa, to zamieni się w wiecznego UFOka. Tak więc zaparłam się i rzeczywiście poszło piorunem :).


Jakiś czas temu zapowiadałam haftowanie karczocha z serii zielnikowej i może bym gdzieś - równolegle ze wspomnianymi eksperymentami w innych technikach haftu - zmierzyła się z karczochem, ale się okazało, że mój schemat jest nieco sfatygowany i część oznaczeń jest nieczytelna. Tak więc karczocha chyba sobie zupełnie odpuszczę.


*****

niedziela, 26 czerwca 2016

Seria zielnikowa - jaśmin.

Plan był inny, miałam zabrać się za karczocha, chodzi mi on cały czas po głowie, ale kiedy zaczęłam przeglądać posiadany zasób mulinek, okazało się, że do karczocha muszę zamówić większość kolorów, a do jaśminu mam wszystkie i nawet odpowiednią kanwę. A że weekend akurat się zaczynał i na zamówienie trzeba by poczekać parę dni, to zabrałam się za jaśmin.



Wydawało mi się, że haftowanie tych drobnych płateczków będzie uciążliwe, ale poszło całkiem sprawnie i bez pomyłek. Znacznie bardziej dał mi w kość oset z poprzedniego posta :).
Na zdjęciach cały obrazek niestety wygląda dość blado, w rzeczywistości tkanina jest jasnobeżowa, kwiaty białe z błękitnym podcieniowaniem i kremowymi akcentami - dość dobrze kontrastują z tym tłem. Mój aparat ma niestety tendencję do "zniebieszczania".



Dla porównania położyłam obok siebie trzy dotychczas wyhaftowane "zielniki": jaśmin na tkaninie beżowej, irys na ecru i oset na kości słoniowej. W tym zestawieniu kolory jaśminu wypadły nieco bardziej realistycznie:



Co teraz wrzucić na tamborek z zaplanowanej serii? 
Znowu się waham - karczoch, który już po raz drugi wypadł z kolejki, czy może jednak wisteria, która też mnie kusi od pewnego czasu? Poza tym wisteria (glicynia) swoją "strukturą" przypomina mi nieco jaśmin - mam na myśli te drobne płatki w powtarzalnych kolorach, które przedtem mnie przerażały, a teraz już wiem, że haftuje się je całkiem przyjemnie :). Biję się z myślami, ale już coś tak czuję przez skórę, że karczoch będzie musiał poczekać...



*****

niedziela, 5 czerwca 2016

Seria zielnikowa - oset.

Czas najwyższy zaprezentować ukończony jakiś czas temu haft ze znanej serii zielnikowej zaprojektowanej przez Veronique Enginger. Kolory na zdjęciach nieco przekłamane (haftowałam na aidzie w kolorze kości słoniowej).


 Popularnie nazywany niebieskim ostem, ale właściwie to jedna z odmian rośliny o mało znanej nazwie przegorzan. To jedno ze znalezionych w internecie zdjęć, najbardziej przypominające "oset" z haftu:

źródło
W pewnym momencie trochę się zniechęciłam do tego wzoru, bo w trakcie wyszywania nie wszystkie kolory mi się podobały. Patrząc na ostateczny efekt jestem zadowolona, całość mi się bardzo podoba, ale haftując drugi raz zmieniłabym na pewno jeden z kolorów, dość zjadliwy turkus, który moim zdaniem jest zbyt jaskrawy i nie pasuje do sąsiadujących odcieni. Ale drugiego razu na pewno nie będzie :).


Najbardziej namęczyłam się przy tej najeżonej kulce, gdzie co krzyżyk to inny kolor. Jak mi się raz coś pomieszało, to potem ciężko było "spasować" wzór, tak żeby oset był podobny do ostu. Wprawne oko dojrzy te kiksy, ale ogólnie obrazek wygląda fajnie i w towarzystwie irysa (o którym było w tym poście) świetnie się prezentuje :). W planie mam wyhaftowanie całej kolekcji w tonacji niebiesko-fioletowo-białej, czyli będzie jeszcze wisteria, karczoch, jaśmin i być może hortensja w wersji niebieskiej. 


*****