środa, 27 września 2017

Mandala do kompletu.

Ta mandala powstała niejako z rozpędu, zaraz po tej, której dałam drugą szansę (tutaj - klik). Miałam rozłożone na stole cienkopisy, brystol itd, a że pogoda nie sprzyjała moim planom związanym z malowaniem w plenerze, to tak jakoś samo wyszło... :))). 
Tym samym na razie mój apetyt na mandale został zaspokojony, tak więc tej jesieni nie będę Was już więcej mandalami zanudzać.



Mam więc cztery mandale w tym samym formacie 30x30cm - mam zamiar oprawić je w jednakowe ramki i powiesić jako komplet na jednej ścianie w układzie - dwie u góry i dwie pod nimi. Kwadratowe ramki w rozmiarze 40x40 nie leżą w każdym sklepie, więc muszę zorganizować eskapadę do pobliskiej metropolii, gdzie są wszystkomające sklepy na "I" oraz na "LM". A że chwilowo wolny czas w deficycie, to chwilę mi z tym zejdzie. Znalazłam co prawda coś niby odpowiedniego w internecie, ale zdjęcia nie były zbyt przekonujące, wolę to obejrzeć "na żywo". Tak że galowa prezentacja oprawionego kompletu nastąpi inną razą.

Ponieważ wiele osób pisze mi, że rysowanie takiej mandali wydaje się im bardzo skomplikowane i wymagające wielkiej cierpliwości i precyzji, pokażę jeszcze zdjęcia w trakcie pracy nad tą najnowszą mandalą. 

Jak zacząć i jak przygotować sobie siatkę roboczą, pisałam w poście "Mandale" (klik). Potrzebny jest brystol, ołówek, cyrkiel i linijka, przydaje się też kątomierz. Tak wyglądała moja siatka z zaczętymi już pierwszymi konturami głównych elementów:


Czyli na samym początku wyznaczamy środek kartki, obmyślamy na ile części chcemy dzielić naszą mandalę, zaznaczamy (najlepiej kątomierzem) te odcinki i rysujemy pokrojony torcik: najpierw linie przecinające się w środku kartki, wyznaczające równe części torcika, i w końcu dużo koncentrycznych okręgów - im więcej, tym lepiej, najwyżej wszystkich nie wykorzystamy i wymażemy potem gumką.

Zdjęcia robione w różnym oświetleniu, bo rysowałam ją w kilku etapach, trochę po południu przy oknie, trochę wieczorem przy lampie.





Jeśli chcemy mieć mandalę o strukturze łuskowej, to na kilku okręgach opieramy małe "bąble", czyli cząstki okręgów - przyda się trochę wyobraźni i podstawowych wiadomości z geometrii.
A potem to już można rysować co tam do głowy nam przyjdzie, jakieś kreski, kółka, kwiatki, zygzaczki, co kto lubi. Ważne jest tylko, żeby taki sam element umieszczać na obwodzie wybranego okręgu w równych odstępach i symetrycznie do wszystkich wyznaczonych osi. Czyli w każdym kawałku "torcika" musi być to samo. 







Można metodycznie rysować elementy po kolei na przykład od środka, zapełniając kolejne okręgi, albo skakać po całej mandali raz tu raz tam, pamiętając tylko o zasadzie: jak w jednym kawałku torcika narysowała/em dajmy na to gwiazdkę, to ona musi się powtórzyć w każdym kawałku torcika na tym samym poziomie czyli na linii tego samego okręgu. I już. 

No i oczywiście nikt nie powiedział, że to musi być narysowane tak jak u mnie czarnym cienkopisem. Można kolorowymi pisakami albo kredkami, ma być wesoło i przyjemnie :).





Życzę Wam miłej zabawy przy tworzeniu własnych mandal! A ja idę szukać słońca, żeby pomalować trochę w plenerze :).

*****

środa, 20 września 2017

Książki o sztuce. "Henri Toulouse-Lautrec. Biografia".

Na wielu blogach funkcjonują rozmaite książkowe wyzwania i cyklicznie pojawiające się posty o książkach. Chętnie je czytam, bo dzięki temu dowiaduję się o interesujących - a niekoniecznie głośno reklamowanych - pozycjach. Pomyślałam,  że może warto też od czasu do czasu podzielić się z Wami informacją o ciekawej książce, którą właśnie przeczytałam. 

Raczej nie planuję zasypywać Was recenzjami wszystkiego, co się przewija przez mój czytelniczy kącik, ani nie sądzę, żeby udało mi się systematycznie tworzyć jakieś ciekawe czytelniczo wpisy. Niedawno jednak zajrzałam do archiwum jednego z moich starych blogów i jest tam długi post "książkowy", który skłonił mnie do pewnych refleksji i pomyślałam, że wrócę do tamtego tematu... ale to innym razem :). 


Dzisiaj będzie o jednej konkretnej książce. 
Od czasu do czasu trafia mi w ręce interesująca pozycja z zakresu moich zainteresowań malarskich. No i właśnie jestem świeżo po pasjonującej lekturze biografii genialnego artysty - Henriego Toulouse-Lautreca.

Mój ulubiony okres w malarstwie - schyłek XIX wieku, twórcze poszukiwania, rodzące się nowe nurty - impresjonizm, kubizm, fowizm... No i ten dyskretny urok dekadencji, fin de siecle, magiczna belle epoque, i osławiona paryska bohema z niezliczoną ilością nazwisk niesamowitych artystów...

I wśród nich on, jeden z moich ulubionych malarzy, najukochańszy obok Modiglianiego i Degasa - Henri Toulouse-Lautrec...
Ale dopiero kiedy zaczęłam czytać jego biografię, napisaną z niezwykłą wręcz wnikliwością przez Julię Frey, zrozumiałam kim był ten artysta i co wyrażał poprzez swoją sztukę. I chyba pokochałam go jeszcze bardziej :).

Bo - szczerze mówiąc - lubiłam go tak trochę... wybiórczo. 

Niektóre obrazy uwielbiałam, inne tak średnio, podobnie z plakatami, których Lautrec stworzył całe mnóstwo, natomiast rysunki i litograficzne ilustracje zupełnie do mnie nie przemawiały, niektóre wręcz wydawały mi się nieudolnymi, przypadkowymi i czasem obrzydliwymi bohomazami. Jego życie właściwie też znałam nieco fragmentarycznie.

H. T.-L. "Toaleta"
Zupełnie inaczej jednak zaczyna się patrzeć na działalność człowieka, którego dobrze poznamy. A dzięki niezwykle wnikliwej, ale zarazem lekko napisanej, biografii pióra Julii Frey ten niezwykły człowiek, wielki artysta - uwięziony w małym, schorowanym ciele - staje się czytelnikowi bardzo bliski. Czy go polubimy, to inna sprawa, ale książka jest niezwykle prawdziwa: oparta na ogromnej ilości odnalezionych listów - zarówno samego artysty jak i jego najbliższych, odnosząca się do zachowanych w wielkiej obfitości źródeł pisanych. To nie jest beletrystyka, lecz dokument, jednak czyta się go jednym tchem - ja w każdym razie nie mogłam się od tej książki oderwać. 

Dla mnie ciekawe też było to, co zwykle bywa przemilczane albo koloryzowane - otóż autorka tej biografii odczarowuje mit o cudownej belle epoque, pokazuje ten świat ze wszystkimi jego troskami, problemami, brudami...


Toulouse-Lautrec w swojej pracowni, z modelką - zdjęcie zksiażki

Henri Marie Raymond de Montfa wicehrabia de Toulouse-Lautrec, (1864-1901) arystokrata, a zarazem - z własnego wyboru - mieszkaniec osławionej Montmartre, dzielnicy artystów i bandziorów, burdeli i kabaretów, sam stał się legendą tego miejsca. Wybitny malarz, postimpresjonista, prekursor nowoczesnej sztuki plakatu, genialnie umiejący uchwycić osobowość i charakterystyczne cechy swoich modeli... Pomimo kalectwa i brzydoty był człowiekiem nie tylko bardzo inteligentnym i kulturalnym, ale i bardzo towarzyskim, ciepłym, wesołym, dowcipnym i powszechnie lubianym. 


malował najczęściej prostytutki i tancerki

Szalenie interesujące są zarówno wątki dotyczące jego prac nad litografiami, ale i skomplikowane związki z kobietami, zmagania z własnym kalectwem i chorobami, które jednak nie przeszkodziły mu pozostawić ogromnej malarskiej spuścizny... Doliczono się 275 akwarel jego pędzla, 369 grafik (litografii, plakatów), 737 obrazów i około 5 tysięcy rysunków!

Malował najczęściej ludzi, wśród których żył - prostytutki, tancerki z kabaretów... Rozsławił Moulin Rouge swoimi oryginalnymi plakatami, które dzięki nowatorskim technikom a zwłaszcza nietypowemu ujęciu tematu, stały się artystyczną sensacją i przyniosły mu niemal natychmiastową sławę - a miał wówczas raptem 27 lat!


Jeden z jego plakatów zapowiadający występ tancerki La Goulue w Moulin Rouge

Jego liczne obrazy i litografie stanowią artystyczną kronika życia, obyczajowości, kultury paryskiej, a zwłaszcza Montmartre'u tamtych czasów. 
Zmarł umęczony chorobami i alkoholizmem w wieku niespełna 37 lat.

Dzisiaj jego obrazy i plakaty osiągają zawrotne sumy. Najdroższym sprzedanym obrazem Toulouse-Lautreca jest "Praczka", którą w 2005r na aukcji kupił prywatny kolekcjoner za 22,4 mln dolarów!


"Praczka"

I kilka cytatów z recenzji:

"Najobszerniejsza jak dotąd biografia genialnego artysty, a przede wszystkim fascynująca opowieść o barwnym, choć krótkim i pełnym cierpienia życiu Henriego de Toulouse-Lautreca, który jak nikt inny ucieleśniał ducha belle époque. Na podstawie przeszło tysiąca nieznanych wcześniej listów artysty i własnych wieloletnich badań autorka stworzyła portret daleki od stereotypowych wyobrażeń." 

"Julia Frey bohaterem swojej monumentalnej pracy czyni nie tylko Henry’iego, ale także jego sztukę. Analizuje jego dzieła, opowiada o okolicznościach ich powstania, klasyfikuje je do różnych gatunków i przytacza opinie różnych krytyków na ich temat. Książka zawiera kolorowe reprodukcje wielu obrazów oraz mnóstwo czarnobiałych zdjęć plakatów, grafik, szkiców. Pełna też jest pamiątek rodzinnych – zdjęć Lautreca i jego najbliższych. Staje się tym samym cudownym kompendium wiedzy o malarzu. Skarbem, który doceni każdy miłośnik jego sztuki. Nie mogę jednak w tym miejscu nie dodać, że ta książka tak naprawdę sprawi przyjemność wszystkim, którzy po nią sięgną. Henri Toulouse-Lautrec wiódł niezwykłe życie, przyjaźnił się z wybitnymi ludźmi i, parafrazując Pratchetta, żył w ciekawych czasach."

Najtrafniej chyba jednak ujął to wszystko autor z "Apollo Magazine" (cytat z obwoluty książki):
"Ta znakomita książka jest już biografią ostateczną". 

Nic dodać, nic ująć.

Henri Toulouse-Lautrec - zdjęcie z książki
Ale, ale...

Kiedy już napisałam ten post, trafiłam na ciekawy artykuł (http://niezlasztuka.net/o-sztuce/monika-sliwinska-wyspianski-dopoki-starczy-zycia/) ... nie, nie, nie o Lautrecu, ale o Stanisławie Wyspiańskim. Są to właściwie obszerne fragmenty z książki Moniki Śliwińskiej "Wyspiański. Dopóki starczy życia".

Te fragmenty tak mnie zaciekawiły, że postanowiłam kupić tę pozycję, ale przypomniałam też sobie, że mam gdzieś we własnej biblioteczce książkę o Wyspiańskim - Lwa Kaltenbergha "Ogień strzeżony" z podtytułem "Opowieść o Stanisławie Wyspiańskim". Jest to baaardzo mocno zbeletryzowana opowieść, w jakimś stopniu oparta oczywiście na faktach i dokumentach, ale mocno podkoloryzowana fantazją autora. Nie przepadam za takimi książkami, wolę konkrety, chcę się dowiedzieć jak było naprawdę a nie - jak się wydaje pisarzowi. "Ogień strzeżony" kupiłam będąc młodym dziewczęciem i jak pamiętam - nieszczególnie mnie ta opowieść wciągnęła. Na stare lata jednak człowiekowi się sporo w głowie zmienia, postanowiłam więc jeszcze raz po nią sięgnąć, zanim kupię książkę pani Śliwińskiej.

No więc otworzyłam ówże "Ogień strzeżony" na przypadkowej stronie, i - tadaaam! - proszę bardzo: trafiam na moment, w którym Wyspiański osiedla się w Paryżu, ówczesnej Mekce malarzy, gdzie oczywiście trafia na Montmartre a tam do Moulin Rouge, gdzie występuje Yvette Guilbert, która "została muzą tego właśnie Toulouse-Lautreca, którego twórczość jest pieśnią nad pieśniami potępionego kształtu świata" (cytat z tejże książki).

H. T.-L. "Yvette Guilbert"



Nie mogę się oprzeć chęci podzielenia się z Wami dłuższym cytatem z opisem twórczości Lautreca, który zarazem świetnie oddaje niezwykle kwiecisty i zawiły styl pisarski Kaltenbergha:

"(...) ten dekadencki  esteta z cynicznym, wiedzącym uśmiechem na wargach odtwarzał z lubieżną łapczywością więdnące piękno rozkładu, czady samozniszczenia, stargane i łamane formy zniszczeń i unicestwienia. 
Z bezwstydną ciekawością anatoma, opętany przez zaprawioną rozpaczą ironię, kładł pod mikroskop budzące obrzydzenie i grozę wyniki dokonywanej przez siebie analizy.
Toulouse-Lautrec: bywalec, habitue nowomodnych barów amerykańskich, szynków, gdzie podają absynt barwiony piołunem, niechlujnie destylowany spirytus, półciemnych "sal tanecznych" (...). 
Ten uważnie patrzący przez szkła binokli kaleka (...) o nogach dziecka przy tułowiu i głowie dorosłego mężczyzny, zna jak nikt groteskę seksualizmu, Jest nią opętany w tej samej mierze, jak przez demona alkoholu. 
Wielbiciel piosenki Montmartre'u, autor plakatów na jej temat (...), ten Goya dekadenckiego Paryża rysuje jak diabeł. 
Nie można się oderwać od jego kompozycji, mających za temat ponure kloaki miłości, cyrk, kabaret, kulisy baletu."

I na koniec fragment z (jakoby) przemyśleniami Wyspiańskiego, który przybliża powody, dla których Wyspiański - pastelista, zwolennik sztuki dekoratywnej,  pragnął poznać Toulouse-Lautreca:

"I - co pobudza najbardziej wyobraźnię - przecie ten człowiek lubuje się w pastelu, Pracuje nim tak samo lekko, jak litograficznym ołówkiem. (...) 
Co za fenomenalna orgia wyrazu w rzucanej zaledwie dostrzegalnymi ruchami kresce! 
Jaki ślepiec krytyczny może odnosić dzisiejszego Toulouse-Lautreca do impresjonistów? Niewątpliwie, nauczył się od nich ogromnie wiele. Zgoda. 
Ale dziś - to świadomie syntetyzujący w skrótach płaszczyznowych i konturowych wyraziciel dekoratywności obrazu, malarskiej wizji, jej najistotniejszej funkcji."

Wiecie co? - uwielbiam takie konfrontacje różnych ujęć, porównanie tego samego tematu w interpretacji różnych autorów. Kiedyś, na etapie fascynacji Szekspirem, czytywałam porównawczo  jego dzieła w przekładach różnych autorów :). 

Tak więc bardzo mnie ucieszył ten fragment o Lautrecu znaleziony tak znienacka w książce o Wyspiańskim. Zbieg okoliczności i jednocześnie zderzenie dwóch zupełnie odmiennych ujęć tej samej postaci. Julia Fray opracowała pasjonującą i zarazem rzetelną biografię Toulouse-Lautreca., napisaną z dużym rozmachem i lekkością, ale niemal w każdym zdaniu opartą na dokumentach. Biorę inną książkę, żeby poczytać o innym malarzu, a znajduję znowu Lautreca, tym razem przedstawionego niezwykle barwnie i soczyście, choć moim zdaniem rażąco przesadnie i nazbyt... diabolicznie :).  Kaltenbergha trochę poniosła bujna wyobraźnia.

No i wreszcie sam ten fakt, że Wyspiański spotkał się z Lautrekiem... Co prawda to było dość przelotne spotkanie, ale fajnie mi się to połączyło, te dwie książki, ci dwaj artyści, takie continuum :).
okładka książki 

*****

piątek, 15 września 2017

Et in Arcadia ego.

Szkic z czaszeczką, prezentowany dwa wpisy temu (tutaj - klik), żeby stać się pełnoprawnym rysunkiem, wymagał dopracowania. 
Przez kilka dni nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Myśli krążyły wokół jakichś epitafiów, ale odpierałam pomysł wykorzystania najbardziej narzucającego się "memento mori", bo w odniesieniu do ptasiego szkieleciku wydawało mi się to zbyt sztampowe i niezupełnie jednak na miejscu. 
Ptaku - pamiętaj o śmierci?! Bez sensu. 
Podobnie jak personifikacje śmierci i tak dalej. Bez przesady.

I w końcu przypomniał mi się obraz, a właściwie to kilka obrazów, z odpowiednią inskrypcją. Wkomponowałam więc napis, oplotłam tu i ówdzie pędami bluszczu, no i tak to wygląda:




No dobra, nie jest to nadzwyczajnie zaprojektowany obrazek, bo jak wiecie (jeśli czytaliście wpis z czaszeczką), pierwotnie to był tylko roboczy szkic, zwykłe ćwiczenie rysowania z natury jednego rekwizytu, w różnych ułożeniach i w różnym oświetleniu. A więc układ jest dość przypadkowy. 
Przyszło mi jednak na myśl, że mogłabym ten rysunek jakoś uzupełnić i spróbować stworzyć z tego jakąś kompozycyjną całość.

To trochę jak z gotowaniem, kiedy w lodówce oprócz światła prawie nic nie ma, w spiżarce wiatr hula, a trzeba jakiś obiad upichcić. Zazwyczaj wtedy wychodzą mi najfajniejsze potrawy :). 
Mam na myśli - nie, że ten obrazek jest super - ale że kreatywność mi się uruchomiła i w sumie miałam dobrą zabawę :).

Z grubsza wiedziałam, że chcę tam umieścić napis porośnięty jakimś bluszczopodobnym pnączem. Brakowało mi tylko odpowiedniej sentencji... I nagle mnie olśniło - przypomniał mi się ten oto obraz siedemnastowiecznego włoskiego malarza Guercino, przedstawiający pasterzy przyglądających się czaszce leżącej na kamiennej płycie z napisem "Et in Arcadia ego":

źródło
Nieco później podobnego motywu i tych samych słów użył w swoich dwóch obrazach francuski malarz Nicolas Poussin. Oto jeden z tych obrazów, przedstawiający trzech pasterzy i kobietę - wszyscy oni oglądają grób, na którym jest ten właśnie napis - "et in Arcadia ego":

źródło
ET IN ARCADIA EGO - co oznacza ta łacińska inskrypcja? Dosłownie, słowo po słowie: i w Arkadii ja (jestem). 
Istnieją dwie interpretacje znaczenia tego zdania. Można je tłumaczyć jako "i ja żyłem w Arkadii", co znaczyłoby, że zmarły był niegdyś szczęśliwym człowiekiem, a jednak i jego życie skończyło się śmiercią. Czyli typowe epitafium.
Albo druga wersja - "ja jestem także w Arkadii", prawie identyczne z dosłownym tłumaczeniem) - jako słowa spersonifikowanej śmierci, która przypomina, że nawet w krainie szczęścia nie żyje się wiecznie.
Skłaniam się zdecydowanie ku tej drugiej interpretacji, wydaje mi się bardziej poprawna gramatycznie i zarazem niosąca mocniejszy przekaz.


Ptak, istota, która wydaje nam się taka wolna i szczęśliwa, też nie może uciec przed śmiercią...

I w ten sposób uważam temat czaszeczki za wyczerpany.

Kolorystyka B&W trochę mnie już nuży, świerzbią mnie palce żeby pomalować trochę olejami, a niedawno oglądałam piękne pastele i zatęskniłam też za tą techniką... 
No i łąka, moja wakacyjna "modelka" - przebiera się powoli w jesienne szatki i jest równie piękna jak w lecie, choć zupełnie inna :). Nic, tylko malować!
*****

piątek, 8 września 2017

Druga szansa mandali.

Akwarele poszły w chwilową odstawkę, bawię się teraz czarnymi cienkopisami - szkicuję to i owo, takie robocze rysunki, które ćwiczą rękę i oko. Powstały więc szkice różnych przedmiotów, robiłam też przymiarki do rysowania architektury, skupiając się na razie na ciekawych detalach ze zdjęć. W pewnym momencie, kiedy - szukając czegoś - szperałam w stosie bloków rysunkowych i teczek z moimi (mniej lub bardziej udanymi) bazgrołami, znalazłam zaczęty kiedyś rysunek mandali... Tym razem udało mi się ją dokończyć:



Ale oczywiście opowiem jak to z nią było...
Pamiętacie moje pierwsze mandale? (tutaj można je obejrzeć - klik)
Z rozpędu zaczęłam wtedy rysować jeszcze jedną. Miałam taką wizję, żeby to była mandala kwiatowa. Jej elementami miały więc być przede wszystkim kwiaty, ale nie jakieś tam nieznane botanikom esy-floresy przypominające tylko coś kwiatowego, tylko konkretne gatunki - róża, lilia, konwalie, bratki i tak dalej. Nie z botaniczną dokładnością, ale żeby było wiadomo co to za kwiaty.

Narysowałam ołówkiem siatkę i z grubsza rozplanowałam sobie gdzie jakie kwiaty umieszczę. Zaczęłam od środka - tam miał być słonecznik. No i pomysł może był dobry, tylko nie przemyślałam dokładnie jak go narysować, poszłam trochę na żywioł no i to niestety nie był dobry plan. 
To coś w środku mandali zupełnie nie przypomina słonecznika. Błędem jest przede wszystkim za mała skala - gdybym go rysowała na większym okręgu, to może wyszłoby całkiem dobrze. A tak trochę się namieszało, poprawianie niezbyt dobrze wyszło...
W kolejnym kroku miały być chabry i jak się ktoś przyjrzy, to pewnie je zobaczy, z tym że trochę się "zrosły" z tymże nieudanym słonecznikiem i ze sobą nawzajem, tak że za ciekawie to nie wygląda. 
Na zdjęciu poniżej widać mandalę w stadium, w którym się zniechęciłam i w zasadzie skazałam ją na unicestwienie, bo nie lubię wracać do nieudanych obrazków i poprawiać do upojenia. 


Jakimś cudem jednak uniknęła wyroku śmierci i znienacka teraz się ujawniła. No cóż, skoro udało jej się przeżyć, to może powinnam dać jej drugą szansę?

Tym razem jednak odpuściłam sobie wzory kwiatowe i po prostu rysowałam kolejno co mi tam do głowy przyszło. Pojawiło się jeszcze trochę kwiatopodobnych elementów, ale to już tak bez napinki, że muszą jakiś konkretny kwiat przypominać.

Przyznam się szczerze, że nie jestem za bardzo z tej mandali zadowolona. Wydaje mi się, że takie rysowanie na raty, ze zmienną koncepcją, nie wyszło jej na dobre. Jest jakaś taka niekonsekwentna, niespójna... Żeby to odreagować narysuję sobie chyba jeszcze jedną :).
A to są w komplecie moje trzy mandale:



Na razie moją faworytką jest ta środkowa i kolejna będzie na pewno miała zbliżony rodzaj siatki, takie jakby zachodzące na siebie promieniście łuski - bardzo lubię ten układ w mandalach :).

*****

czwartek, 31 sierpnia 2017

Czaszeczka.

Postanowiłam zrobić sobie małą przerwę w malowaniu akwarelami pastelowo-romantycznych łąkowych kwiatków. Zatęskniłam za rysunkiem, za czymś czarno-białym, za wyraźną linią. Wzięłam cienkopis, papier akwarelowy zamieniłam na brystol i rozejrzałam się za obiektem do szkicowania... 

Moje oko padło na ten oto interesujący, choć poniekąd smutny eksponat - zwróćcie uwagę jakie to maleństwo... 




Jak ten drobiazg znalazł się w moich rękach? Będzie to historia mrożąca krew w żyłach - osoby o słabych nerwach proszone są o opuszczenie sali...

Niestety - ta maleńka ptasia czaszeczka to prawdopodobnie trofeum mojej kotki, a raczej to co z niego zostało po działalności mrówek i innych żyjątek. 
Podejrzewam, że był to młody kos, ale pewności nie mam. Wiosną kosy zlatują się tłumnie do naszego ogrodu w poszukiwaniu miejsca do założenia gniazda. Myślałam nawet o budce lęgowej, ale przy moich sprytnych kotach zawsze był problem - gdzie umieścić taką budkę, żeby drapieżcy się do niej nie mogli dostać. Że już nie wspomnę o kunach, które nawiedzają nasz ogród (i dewastują poszycie dachu).

Kosy jednak - nie czekając aż człowieki im zbudują domki - same zabierają się do zakładania gniazd, najchętniej w wysokich tujach, a jedna parka postanowiła osiedlić się w gęstym kolumnowym jałowcu. 
Niestety - nasza najmłodsza, bardzo ciekawska i najbardziej łowna koteczka szybko się zorientowała, co się w tym jałowcu wyrabia... Próbowaliśmy jakoś utrudnić jej dostęp do ptasiego gniazda, owijając krzew od dołu gęstą siatką, ale uparciucha znalazła jakiś sposób, żeby się tam dostać. Najpierw znaleźliśmy dwie skorupki jajeczek pod krzewem, a po pewnym czasie kosy się wyprowadziły, zakładając nowe gniazdo na starej czereśni u sąsiada. 
Myślałam, że te dwie skorupki to koniec morderstw popełnionych tej wiosny przez naszą kicię... 

Na początku lata rozmaite ptaszki zaczęły wyprowadzać swoje młode, uczyć je latać, a maluchy wierciły się w gniazdach, zdarzały się wypadnięcia pisklaka, podobno czasem większe ptaki, np. sroki, podbierają innym pisklęta... 
Bywało z tym różnie. 

Sierpówki, które co roku zakładają gniazdo w naszym świerku, zwykle miały jedno młode, a w tym roku dochowały się dwójki - i całe to towarzystwo siadało sobie na poręczy naszego balkonu, uznając ją za dobre miejsce do startów młodzieży oraz pojenia młodych. Młode, które jakby nie było już trochę latać umiały i były wielkości prawie takiej jak rodzice, czekały na tej poręczy aż tata albo mama przyniosą im w gardle wodę z naszego oczka wodnego. Koło oczka czaiła się zwykle nasza kotka i prawdopodobnie dorosłe ptaki z obawy o bezpieczeństwo dzieci wolały im przynosić wodę, niż narażać potomstwo na bliskie spotkanie z drapieżnikiem. Kotkę co prawda bardziej interesowały rybki w stawie niż fruwacze... W każdym razie w tym okresie balkon jest zawsze zafajdany, że się tak konkretnie wyrażę. Sierpówki młode odchowały, chociaż na początku lekko nie było, bo z pierwszego gniazda wypłoszył je wielki gołąb grzywacz. Musiały zbudować sobie nowe na sąsiednim drzewie.

Dwa razy zauważyliśmy naszą kotkę niosącą w zębach małego ptaszka. Raz przyszła do domu z rudzikiem - mąż zauważył, narobił krzyku, bo ptak się jeszcze ruszał, trzepotał skrzydełkami, a głowę miał w kociej paszczy. Wspólnie udało nam się uwolnić rudzika, potem go złapać, bo w oszołomieniu latał i obijał się o okna. Kota zamknęliśmy w domu, a rudzika zostawiliśmy na tarasie - siedział tam chyba z kwadrans odrętwiały z przerażenia, zanim odleciał. 
Za drugim razem inny ptak niesiony przez kicię był już niestety martwy.




Znajdowaliśmy też czasem gdzieś w krzakach ptasie truchełka, podobnie jak mysie zresztą. Może to być czasem robota kun, bo w kominie kawki próbują zakładać gniazda, a tam nasze koty nie wchodzą, kuny natomiast owszem. Zresztą zdarzyło się też znaleźć kości jakiegoś większego gryzonia, była to górna szczęka ze sporymi siekaczami.

No i niedawno, odchwaszczając ogródek, znalazłam pod krzakiem ptasie szczątki - był cały szkielecik, czyściutkie same kosteczki, ułożone jak na rycinie w atlasie anatomicznym. Może ptak wypadł z gniazda, może zadusił go kot czy inny drapieżnik... Mrówki i robaczki dokonały reszty. 
No cóż, życie...


Mała wariacja fotograficzna - zdjęcie czaszeczki w negatywie

Jakiś mroczny mi ten post wyszedł... 

Szkice (z różnych stron i w różnym oświetleniu) zrobiłam czarnym cienkopisem 0,05mm - bez pomysłu na konkretny obrazek, ot tak, roboczo, dla wprawy. Spodobały mi się te światłocienie, ciekawy kształt.

Przemknęło mi przez myśl, żeby zrobić jakąś kompozycję z tą czaszeczką, takie epitafium dla ptaszka, ale uparcie nasuwały mi się skojarzenia z nieco psychodelicznymi rysunkami Starowieyskiego, który czasem zamieszczał w swoich dziełach elementy ptasich szkieletów. Jego twórczość jak najbardziej cenię, ale nie zawsze mam nastrój odpowiedni do jej kontemplacji, a tym bardziej inspirowania się nią. Takie klimaty były mi bliższe w czasach licealnych, a im jestem starsza, tym bardziej chcę widzieć świat jasny, radosny i kolorowy :).

Temat jednak jest rozwojowy, jakoś te szkice wykorzystam, coś mi tam po głowie chodzi...
Na razie uznaję to za wstępne studium anatomiczne, że się tak śmiało wyrażę :).

*****

sobota, 22 lipca 2017

Łąka.

Miało być o czym innym, ale ta łąka mnie uwiodła... :)
Po prostu nie mogę się oprzeć malowaniu kolejnych akwarelek z łąkowymi chwastami, polnymi kwiatami, zielskiem rozmaitym...
Różnie mi to wychodzi, powstało też w międzyczasie kilka innych tematycznie obrazków, niestety zdjęcia to nie jest moja mocna strona, a z braku czasu muszę zabawę z fotografią odłożyć na późniejszy termin. Dzisiaj więc tylko pojedyncza zajawka tego, co mnie ostatnio zachwyca i najbardziej zajmuje, jeśli chodzi o malowanie.



Polne kwiaty, łąkowe chwasty - to niewyczerpane źródło inspiracji do malowania i eksperymentowania z techniką akwarelową. Zostawiam Was dzisiaj z tą jedną akwarelką, ale obiecuję, że w kolejnym poście będzie i więcej obrazków i dłuższa opowieść :).

*****

piątek, 7 lipca 2017

Dmuchawce. Solone i pod wpływem.

Dmuchawce to bardzo wdzięczny temat dla malarza. Widziałam wiele obrazów z przekwitającymi mleczami, w najróżniejszych technikach a nawet kolorystyce - postanowiłam więc też odrobinkę poeksperymentować. 

Pamiętacie moja pierwszą akwarelkę z mniszkiem? Zaraz po jej namalowaniu zaczęłam myśleć o dmuchawcach i pierwsza moja wizja to były duże puchate bąble na tle kolorowej łąki, w promieniach słońca. Kombinowałam - jak uzyskać efekt tej puchatości? Czytając tu i ówdzie o technikach malarskich stosowanych w akwareli spotkałam się między innymi z ciekawymi rezultatami użycia zwykłej soli kuchennej. I od razu pomyślałam, że to idealny sposób na moje puchate kule!

Jak uzyskać taki efekt? Na podmalowane tło (całkiem mokre) od razu sypiemy sól, w miejscach, w których chcemy tą kolorową mokrą warstwę usunąć. Po prostu sól wchłania wodę razem z farbą. Potem wystarczy odczekać aż całość podeschnie i strzepnąć sól.  

w realu kolory są nieco żywsze, zwłaszcza czerwienie i żółcie

Jeśli rozsypiemy na kolorowej mokrej plamie pojedyncze grube kryształki soli, to możemy uzyskać białe kropeczki udające np. gwiazdy albo płatki śniegu. Nieco większe kupki soli na błękitnym tle pomogą nam wydobyć z jednolitej powierzchni białe obłoki. Możliwości jest mnóstwo. Ja miałam akurat pod ręką tylko miałką sól, ale w tym wypadku była odpowiednia do usunięcia farby z większej okrągłej powierzchni. 
Potem domalowałam środki, troszkę pręcików nasionek, liście itd.
Trochę chyba bajkowo wyszedł mi ten posolony obrazek :).



Druga wersja powstała pod wpływem. Nie, nie upiłam się na okoliczność malowania :). Wpłynął na mnie post Ani o malowaniu w plenerze, ilustrowany piękną akwarelą z dmuchawcami, Natchnął mnie do działania. Zabrałam sprzęt, farby, i ruszyłam w plener! No, daleko nie poszłam, bo tylko dwa kroki za płot :). Nie mam odpowiedniego wyposażenia do zabrania wszystkich malarskich przydasiów na dalszy spacer, a z własnego okna dostrzegłam kawałek dzikiej przyrody, w której uchowało się jeszcze kilka przekwitających mleczy.




Dmuchawce były dosłownie trzy, bo o tej porze większość mleczy już rozsiała swoje nasionka, ale wokół rosły inne chabazie, słonko świeciło dość ostro, wyglądając przez dziury między ciężkimi chmurami zwiastującymi nadchodzącą burzę, wiatr rozwiewał trawy i można było poczuć tę naturę wszystkimi zmysłami...

Naprawdę, malowanie w plenerze to zupełnie inna bajka niż tworzenie w pracowni!

Dmuchawce na potrzeby obrazka sklonowałam, żeby było ciekawiej. Malowałam pośpiesznie, żeby zdążyć przed burzą i w sumie dość impresjonistycznie - bardziej wrażeniami i emocjami niesionymi przez wiatr i podgrzewanymi przez słońce, niż rozumem, mędrca szkiełkiem i okiem ;).


Roślinki są więc może średnio realistyczne, ale o taki efekt mi chodziło. Lekkie, swobodne malowanie, bez wdawania się w botaniczne szczególiki.
Powyższa akwarelka jest mocno inspirowana obrazkiem Ani, bo ta kolorystyka była bardzo odpowiednia do pogody w dniu, w którym malowałam - burze przeplatane upalnym słońcem, ołowiane niebo poprzecinane słonecznymi kaskadami.
Często korzystam ze zdjęć obrazów innych malarzy - nie kopiuję, bo to już wyższa szkoła jazdy, ale próbuję odtworzyć jakiś efekt, który mi się tam spodobał. W ten sposób się uczę, zdobywam doświadczenia, a przy okazji dokonuję różnych własnych odkryć i wynalazków :). 

Dzisiaj przekwitłych mleczy już chyba nigdzie nie ma, ale tak fajnie mi się je malowało, że chyba nieraz jeszcze wrócę do tego tematu, posiłkując się zdjęciami z natury i własną wyobraźnią, no i eksperymentując z różnymi technikami :).

Ciekawa jestem, która wersja moich dmuchawców bardziej Wam się podoba?

*****