niedziela, 12 stycznia 2020

To jeszcze nie koniec złotej serii.

Kolejna (czwarta) złota mandala - do zapowiadanego kompletu:




Tutaj pokazywałam poprzednie, jakby ktoś chciał sobie pooglądać:


Ale, ale, słuchajcie! 
Planowałam narysowanie czterech złotych mandali, które miały razem zawisnąć jako komplet, w układzie 4x4. Pierwotnie miały zdobić pokój męża, ale koncepcje w trakcie trwającego wlokącego się remontu trochę się pozmieniały. 
Robimy roszady z zamianą funkcji pokoi, wystrojem itd, w efekcie aktualnie pokój męża zszedł na dalszy plan, a tymczasem nagle powstała mi wielka pusta ściana na klatce schodowej, na szerokość 3m i wysokość 3m (plus poniżej jeszcze kawałek skosu wzdłuż schodów), jasno oświetlona, bijąca pustką po oczach, świeżo odmalowana na biało - co stanowi spory kontrast po dotychczasowym ciemnym beżu. Wisiała tam dotychczas wielka i paskudna (!) reprodukcja w jeszcze paskudniejszej ramie, która kiedyś, jakieś wieki temu - z niepojętego dzisiaj powodu - chyba (???!!!) nam się podobała, ale od paru lat trwała tam już tylko przez "zasiedzenie", bo dostęp nad schodami trudny, żeby to jakiś ściągnąć i czymś zastąpić, i ciągle brakowało nam impulsu do działania. 
W końcu przy okazji malowania wieka paskuda została zdjęta definitywnie raz i na zawsze, nawet wyjęłam ją z ramy i mam całkiem inny pomysł jak ramę zrefreszingować i czym wypełnić. Ale to musi jeszcze chwilę poczekać i nowe dzieło znajdzie miejsce docelowe gdzieś indziej. W każdym razie tutaj już pole do działania jest, pustą ścianę trzeba zapełnić :).




A poza tym, po pierwsze - rozpędziłam się z tymi mandalami, bardzo przyjemnie się rysuje złotym żelopisem i sam proces tworzenia sprawia mi ogromną frajdę, więc szukałam tylko pretekstu i z dziką rozkoszą narysuję jeszcze kilka :), a po drugie - po zastanowieniu się doszłam do wniosku, że docelowa ściana, jako się rzekło, jest dość sporą pustą połacią i cztery elementy (każdy po oprawieniu w passe-partout i ramkę będzie miał wymiary około 45x45cm) będą na niej ginąć. 
Więc powstała w mojej głowie śmiała wizja - będzie 9 elementów! 
Układ trzy elementy na trzy pozwoli zapełnić kwadrat około 1,5 na 1,5m i to już na tej ścianie będzie konkret! 

Czyli pozostało mi do narysowania jeszcze pięć złotych mandalek :). Póki co bardzo mnie to raduje, mam tylko nadzieję, że gdzieś w okolicy ósmej wena mnie nie opuści :))). 




Nie będę Was jednak zamęczać pięcioma kolejnymi wpisami osobno z każdą nową mandalą, postaram się to jakoś pogrupować :). W ogóle nabrałam rozpędu i twórczego i blogowego, częstotliwość wpisów znacznie wzrosła w ostatnich tygodniach i mam nadzieję, że to się utrzyma. W tak zwanym międzyczasie biorę przecież udział w rysunkowym wyzwaniu Polskie Miasta w Zentangle, więc co tydzień powinnam coś w tym temacie tutaj wrzucić, a powstają też inne rysunki i malunki. 

No bo patrzcie - przyjechały już do mnie, oprócz wiadomych złotych żelopisów, na które czekałam, żeby dokończyć czwartą mandalę - metaliczne farbki Kuretake Gansai! 


Śliczności moje, gwiazdeczki :))))

Zanim pokażę Wam coś namalowanego przy użyciu tych złotek, najpierw muszę trochę się z nimi zapoznać, popróbować, jak się zachowują, jak można je łączyć z pisakami, akwarelami itd. 
Projekty w głowie już mam, ale czy to wyjdzie tak jak bym chciała? Zobaczymy :).

Przy okazji, oprócz złotych farbek i żelopisów, z Szał-artu przyjechały do mnie także nowe cienkopisy, eksperymentalnie nabyłam też jeden czarny pisak pędzelkowy, a także czarne bloki techniczne, na których rysuję mandale. 
No i jeszcze jedno - blok z kartkami 250g w kolorze beżowym (naturalnym), na którym będę eksperymentować cienkopisami, brush-penem, żelopisem, złotymi farbkami, kredkami, suchymi pastelami, akwarelami.... Bardzo mi się ten papier podoba, zobaczymy jak będzie współpracował z różnymi technikami... i moimi pomysłami :))).




*****


A na koniec specjalnie dla Amyszki, bo temat aktualny - u nas też chowanki pod dywanikiem! Ta górka to schowana  Balbinka, a Basia szuka!





*****

środa, 8 stycznia 2020

Polskie Miasta w Zentangle (1) - Chełmno.

Czy wiedzieliście, że Chełmno jest nazywane Miastem Miłości? 



Pewnie fani Walentynek są w temacie doskonale zorientowani, ale ja się o tym dowiedziałam niemal przed chwilą, za sprawą wyzwania rysunkowego pod nazwą "Polskie Miasta w Zentangle"wymyślonego przez naszą polską specjalistkę od Zentangle, Danusię Popowicz. 

Wyzwanie trwa 10 tygodni, w każdym tygodniu rysujemy w stylu Zentangle, najlepiej na małych kwadracikach 9x9cm, skojarzenia związane z nazwami polskich miast, które podała organizatorka:

wyzwanie rysunkowe zentangle

Bliższe szczegóły, zasady itd - oczywiście na blogu Danusi DENIMIX.PL.

Wyzwanie co prawda "dzieje się" głównie na Instagramie, pod hashtagiem #zentanglechallengeplale ponieważ ja na IG nie mam póki co profilu, to będę swoje rysunki pokazywać tutaj, na blogu, w postach oznaczonych taką samą etykietą.

Teoretycznie niby taki jeden mały rysunek na tydzień to nie tak wiele, ale trudność polega na tym, że mnie na przykład niektóre nazwy miast z niczym konkretnym się nie kojarzą. Oprócz orientacyjnego położenia na mapie, bo tyle to jeszcze z grubsza wiem :).

No i na pierwszy ogień poszło Chełmno, o którym nie wiem nic kompletnie, poza mglistym pojęciem o rejonie, w jakim jest położone  (województwo kujawsko-pomorskie, około 40km na północ od Torunia, a ode mnie to... hohoho!). Na szczęście w dzisiejszych czasach to żaden problem, "Wujek Gugiel" zawsze służy pomocą :). 
No i się zdziwiłam! 

A otóż! Okazuje się, że Chełmno nazywane jest "małym Krakowem", albo "polskim Carcassonne", albo... "Miastem Zakochanych"! 
Ha! No nie wiedziałam! 




Nie będę Wam tutaj wykładać historii miasta i opowiadać o atrakcjach turystycznych, zainteresowanych odsyłam do oficjalnej strony internetowej Chełmna - https://chelmno.pl/pl/
W związku z wyzwaniem rysunkowym mnie osobiście zainteresował wątek pod tytułem "Miasto Zakochanych" i na tym chcę się tutaj skupić.

Pewnie niektórzy z Was pomyślą - "phi, każdy może sobie tak mówić o swoim mieście!". A otóż nie! Bo w Polsce tylko Chełmno ma na to licencję! 
Ze strony www miasta:


3 listopada 2006 roku Chełmno otrzymało oficjalnie Świadectwa Ochronne Urzędu Patentowego do używania jako znaku towarowego nazwy “CHEŁMNO – MIASTO ZAKOCHANYCH” oraz “MIASTO ZAKOCHANYCH”.
 W 2011 roku zostało również zastrzeżone przez miasto prawo do używania nazwy
 “MIASTO MIŁOŚCI”.

Inicjatywa zgłoszenia znaku towarowego pojawiła się w Urzędzie Miasta w Referacie Oświaty, Kultury i Promocji w momencie, kiedy postanowiono wykorzystać, dla celów promocji miasta, przechowywane w kościele p.w. Wniebowzięcia NMP (farnym) relikwie św. Walentego i organizowane uroczystości walentynkowe.

No bo właśnie - w chełmińskiej Farze od średniowiecza przechowywana jest relikwia świętego Walentego, mianowicie fragment kości jego czaszki. W dawnych czasach (XVII-XVIII wiek) odbywały się specjalne uroczystości kościelne i odpusty związane z tą relikwią, której przypisywano moc uzdrawiającą, w tym główne uroczystości miały miejsce 14 lutego. Później stopniowo zaprzestano celebrowania tego święta. 

Na fali nowej walentynkowej mody przypomniano sobie o relikwii i wystawiono ją publicznie po 200 latach przerwy 14 lutego 2002 roku. Od tego czasu dzień Świętego Walentego obchodzony jest w Chełmnie oficjalnie co roku i wiążą się z tym liczne atrakcje, imprezy, konkursy, parady, happeningi - rozpoczynające się już nawet kilka tygodni wcześniej. 14 lutego odbywa się także Festiwal Piosenki Miłosnej.

Z atrakcji walentynkowych warto wspomnieć o wydanym po raz pierwszy w 1893 roku nakładem chełmińskiego wydawcy Walentego Fiałka poradniku pt. „Sekretarz Miłosny czyli Podręcznik dla zakochanych, zawierający liczne wzory listów miłosnych, powinszowań dla osób ukochanych, wiersze imionnikowe itd.” Podręcznik ten doczekał się reprintu wzbogaconego o reprodukcje starych romantycznych fotografii i można go nabyć w punkcie IT i muzeum.
Kto chce więcej szczegółów - niech zajrzy tutaj: https://chelmno.pl/pl/miasto-zakochanych/.

W obliczu takich faktów Chełmno po prostu musiało mi się skojarzyć walentynkowo, no a jak Walentynki, to oczywiście najważniejszy symbol - SERCE. A że miało być w stylu Zentangle, to tak to sobie wykombinowałam:





Rysunek wykonany zgodnie z zasadami Zentangle czarnym cienkopisem na kartoniku 9x9cm.
Użyłam także kredek Polychromos i białego żelopisu.
Nie jestem pewna czy moje "dzieło" wpisuje się dokładnie w styl Zentangle, ale w każdym razie użyłam pewnych elementów znanych mi z tej sztuki, reszta to moja fantazja :).

Za tydzień kolejne zadanie - skojarzenia z miastem CZECHOWICE-DZIEDZICE.


*****

sobota, 4 stycznia 2020

Książki o sztuce. "Modigliani".

Książka Pierre'a Sichela "Modigliani" to niezwykle poruszająca historia życia i twórczości jednego z najsłynniejszych malarzy wszechczasów, Amadeo Modiglianiego. Bardzo rzetelna i szczegółowa, napisana z wielką pasją, a przy tym lekkim piórem, biografia niezwykłego człowieka, legendy Montmartre'u, księcia bohemy paryskiej początku XX wieku. Znajdziecie w niej romantyzm i wielką miłość, szaleństwa, skandale, zarazem ogromną samotność i niezrozumienie, niezwykłe przyjaźnie, narodziny wielkiej sztuki, tragiczną śmierć...

Zabierałam się do napisania o tej pozycji od wielu miesięcy. Bo książka jest genialna, rewelacyjnie napisana, no i opowiada o życiu i twórczości mojego ulubionego malarza. Mnóstwo jest w niej emocji i ja - czytając ją po raz kolejny - przeżywam te emocje w sposób niezwykle silny. Jak to wszystko przekazać? Może dla kogoś, kto nieszczególnie interesuje się sztuką, cała ta historia byłaby jedynie dość ciekawą opowieścią o wzlotach i upadkach nieco ekscentrycznego malarza z początku XX wieku...

Ale pozwolę sobie zacytować autora książki, Pierre'a Sichela:
"Wielcy artyści są szczęśliwsi niż królowie, mężowie stanu, generałowie i dyktatorzy (...). Nie zostawiają po sobie nowych państw ani też rozbioru innych krajów, ani ujarzmionych cywilizacji, ani nadziei i szans straconych, ani ludów zmiażdżonych lub zamordowanych. W swoich obrazach, rzeźbach, symfoniach i książkach zostawiają niezniszczalną spuściznę. Dzięki nim naprawdę, bardziej niż dzięki komukolwiek innemu, człowiek - to brzmi dumnie".


*****
portret Luni Czechowskiej

Któż nie zna tych szczególnych obrazów, portretów kobiet z łabędzimi szyjami, czy aktów - w jego czasach uznanych za skandalizujące - pełnych erotyzmu a zarazem łagodności, ciepła i spokoju?

Modigliani uznawany jest za jednego z najbardziej interesujących, oryginalnych malarzy XX wieku. To artysta jedyny w swoim rodzaju, z niepowtarzalnym, własnym stylem, pełnym subtelności i elegancji. Nie da się go zaszufladkować, przypisać do jakiegoś określonego kierunku w malarstwie, a jednocześnie jego obrazy rozpoznaje się od pierwszego spojrzenia. 


Urodził się we włoskim Livorno w 1884r, umarł na gruźlicę mając niespełna 36 lat, w skrajnej nędzy. Dzisiaj jego dzieła rozsiane są po muzeach na całym świecie, a na aukcjach osiągają zawrotne sumy. W 2015 r. w nowojorskim Christie’s , jego .”Akt leżący” został sprzedany za ponad 170 mln USD.

Amedeo Modigliani Nu Couché Reclining Nude

Gdzieś przeczytałam taką opinię: "Gdybym miała znaleźć się na bezludnej wyspie z jedną książką, bez wątpienia zabrałabym tę biografię Modiego". 
Ja zrobiłabym dokładnie tak samo :).
To bez wątpienia świetnie napisana, obiektywna - lecz jednocześnie szalenie poruszająca - historia genialnego i wymykającego się jakimkolwiek próbom zaszufladkowania malarza i fascynującego człowieka, który już za życia stał się legendą. Niewiele pozostało wiarygodnych dokumentów, relacje współczesnych były sprzeczne co do faktów, za to pełne skrajnych emocji, więc odtworzenie wielu informacji o jego życiu było zadaniem niezwykle karkołomnym. Trudno było oddzielić prawdę od fantazji, domysłów i subiektywnych opinii. Pierre Sichel wykonał naprawdę kawał solidnej roboty, składając te wyłuskane drobinki potwierdzonych faktów w obszerną i szczegółową biografię.

A więc kilka zdań o Modiglianim.
Młodość spędził we Włoszech, gdzie studiował ze szczególną uwagą sztukę antyku i renesansu. W 1906 przeniósł się do Paryża,gdzie spotkał się z Picassem czy Brancusim, jednak nigdy nie przyłączył się do żadnego z rozwijających się wówczas kierunków, jak kubizm czy fowizm.
Twórczość Modiglianiego to przede wszystkim obrazy i rysunki, chociaż przez długi czas uważał się za rzeźbiarza i w latach 1909–1914 poświęcił się głównie rzeźbie. Głównym motywem jego twórczości prawie zawsze był człowiek. Namalował zaledwie kilka pejzaży, martwa natura w ogóle go nie interesowała.


Udało mi się znaleźć tylko kilka fotografii Modiego, a poniżej dla porównania - jego autoportret:


Legenda o Modiglianim to obraz niedocenianego, nieco ekscentrycznego artysty, który żyje w biedzie, ale gardzi jałmużną (Gertruda Stein mówiła o nim: "ten dumny nędzarz", a Ossip Zadkine: "był młodym bogiem przebranym w niedzielny strój robotnika"), oddanego bez reszty sztuce, namiętnego i szalenie przystojnego kochanka, korzystającego z uroków życia i jednocześnie nadużywającego alkoholu i narkotyków...

Pierwszą ważną wystawą w życiu Modiglianiego był Salon Niezależnych w 1908r, gdzie (za namową doktora Paula Alexandre'a, który stał się mecenasem dla niektórych młodych malarzy) pokazał sześć obrazów (w tym słynną "Żydówkę"), podobnie było dwa lata później, a w 1912r na Salonie Jesiennym wyeksponowano osiem jego rzeźb. Jednak jego twórczość nie wzbudzała entuzjazmu, zbyt odstawała od modnych wówczas trendów, a on sam nie był związany z żadną grupą ani nurtem. Jednym z pierwszych i nielicznych nabywców jego obrazów był kolekcjoner i marszand Guillaume Appolinaire. Najbardziej zasłużonym dla Modiego marszandem stał się jednak poeta polskiego pochodzenia Leopold Zborowski, który nieraz ratował swojego przyjaciela i podopiecznego niemal od śmierci głodowej.

Rzeźba "Głowa kobiety" A. Modigliani (źródło)


Mówiono o Modiglianim, że był wykształcony, elegancki i kulturalny, charyzmatyczny, z magnetycznym wręcz urokiem, a jednocześnie ciągnęła się za nim sława pijaka, awanturnika, który włóczył się po barach Montparnasse'u i Montmartre'u, gdzie za alkohol sprzedawał swoje rysunki. Był częścią paryskiej bohemy, a jednocześnie samotnym indywidualistą. Nie pociągały go eksperymenty ówczesnych artystów, nie utożsamiał się z żadnym modnym ugrupowaniem, tworzył swój indywidualny, ponadczasowy i niepowtarzalny styl.

Największą miłością Modiglianiego stała się Jeanne Hebuterne, o 13 lat młodsza od niego studentka malarstwa i dobrze zapowiadająca się malarka. Była delikatną, nieśmiałą i cichą dziewczyną, bezgranicznie zakochaną w Modim. Nie próbowała go zmieniać, akceptowała go takiego, jakim był, poświęciła mu się bez reszty. To była obustronna wielka miłość i fascynacja. Jeanne była jego muzą, natchnieniem i zarazem oparciem. On namalował mnóstwo jej portretów, ona wyciągała go z knajp nad ranem, kiedy nie był już w stanie sam wrócić do domu. Jej rodzice nigdy nie zaakceptowali tego związku, Jeanne nie miała w nich żadnego oparcia. 

Amedeo Modigliani Picture and portrait of Jeanne Hebuterne
Jeanne Hebuterne i jej portret pędzla Amadeo Modiglianiego


Modi już wtedy był bardzo chory (właściwie od dziecka zmagał się z gruźlicą, a uzależnienie od narkotyków tylko pogarszało sprawę). W 1918 roku rodzi się ich córeczka Jeanne. W 1919 roku lekarze stwierdzają u Modiglianiego gruźlicze zapalenie opon mózgowych.


Opis ostatnich tygodni życia jednego z największych malarzy w dziejach ludzkości to chwytający za serce, dramatyczny wręcz obraz skrajnej nędzy i opuszczenia. W zimnym, pustym pokoju, na nędznym barłogu, między puszkami po sardynkach, które ktoś litościwy czasem podrzucał, a które były przez ostatnie dni jego jedynym pożywieniem, bez lekarstw i opieki, umierał - w objęciach ukochanej Jeanne - książę paryskiej bohemy.
Zmarł w szpitalu de la Charite 24 stycznia 1920 roku. Miał zaledwie 36 lat. Jeanne, bezgranicznie w nim zakochana, i będąca w dziewiątym miesiącu ciąży, następnej nocy o 4 nad ranem wyskoczyła z piątego piętra, z okna domu swoich rodziców. Zginęła na miejscu osierocając czternastomiesięczną Jeanne.

Tuż po jego śmierci ceny obrazów, znajdujących się w rękach marszandów i kolekcjonerów, zaczęły błyskawicznie szybować w górę. On umarł w nędzy, oni zarobili miliony.



Marie - A. Modigliani (źródło)


***** 

Tego nie ma w książce, ale żeby dopełnić obraz wielkości artysty, warto dodać, że wiele dzieł Modiglianiego uważa się za zaginione, choć jest bardzo prawdopodobne, że znajdują się w prywatnych kolekcjach. Jednocześnie szacuje się, że w obiegu znajduje się przynajmniej 1000 sfałszowanych dzieł Modiglianiego. Pierwsze falsyfikaty tworzone były niemal zaraz po śmierci artysty, ale większość z nich powstała w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Głośna była sprawa zamknięcia włoskiej wystawy dzieł Modiglianiego w Pałacu Dożów w Genui, w 2017 roku, która została zidentyfikowana jako zbiór falsyfikatów (z 21 wystawionych obrazów aż 20 było sfałszowanych!).

*****

Jeśli lubicie czytać biografie, lub jeśli lubicie takie poruszające, dramatyczne a zarazem romantyczne historie, lub jeśli interesuje Was sztuka, lub jeśli podobają się Wam obrazy Modiglianiego... przeczytajcie tę książkę, na pewno na długo pozostanie w Waszej pamięci.






*****


"Modigliani"

Autor tekstu: Stanisław Grochowiak
Kompozytor: Romuald Żyliński
Śpiewała: Renata Kretówna (1974)
https://www.youtube.com/watch?v=waCP1OZjvco



Płonący wazon maków
Płonący wazon
Wiatr w gorejącym krzaku
Kurzawę ptaków
Srebrzysty dym bodiaków
Blask nocnych kuźni
Zamieć galaktyk i gwiazd

Ukoi błękit
Modigliani go wniósł
W cieniste wnęki
Czyichś oczu i ust
W załomy światła
Na porannej pościeli
W podmuch wietrznej niedzieli
Scałowanej z twych ust

Wstydliwość róży
Modigliani ją brał
Z dziewczęcych ramion
Z alabastru ich ciał
Z wysokich dzwonnic
Przebudzonej miłości
Z mowy deszczu i roślin
Modigliani ją znał

Piołunną gorycz rozstań
Piołunną gorycz
Peronów puste wyspy
Odjazdów rozpacz
Szydercze krzyki ptaków
Na zimnych mostach
Kiedy nie będzie już nas

Ukoi błękit
Modigliani go wniósł
W cieniste wnęki
Czyichś oczu i ust
W załomy światła
Na porannej pościeli
W podmuch wietrznej niedzieli
Scałowanej z twych ust

Wstydliwość róży
Modigliani ją brał
Z dziewczęcych ramion
Z alabastru ich ciał
Z wysokich dzwonnic
Przebudzonej miłości
Z mowy deszczu i roślin
Modigliani ją znał

*****



*****

sobota, 28 grudnia 2019

Złota trójka.

No i jako rzekłam, tak oto mam kolejną, trzecią już złotą mandalę. Ta jest nieco inna, taka wersja "odchudzona". Poprzednie były  tutaj i tutaj.  Przypominam, bo wiem, że słabo to widać na zdjęciach, że mandale są rysowane złotym żelopisem na czarnym papierze. Złoto ma ładny satynowy połysk, którego za nic nie udało mi się uchwycić.





Współpraca kiepskiego aparatu ze starożytnym komputerem daje pożałowania godne rezultaty. O ile foty w komputerze jeszcze jakoś nieźle wyglądają, to po przeniesieniu do bloggera robi się kompletna kaszana... 


Będzie jeszcze jedna złota mandala do tego kompletu, ale po małej przerwie, bo skończył się żelopis, a nie miałam czasu na nowe zamówienie... 
No bo jeszcze parę innych rzeczy zaplanowałam wrzucić do koszyka, więc trzeba na to poświęcić spokojnych chwil kilka, a przed Świętami wiadomo, milion innych spraw do ogarnięcia. Dopiero dzisiaj się za to zabrałam - w zamówieniu znalazły się więc dodatkowo między innymi metaliczne farbki Kuretake Gansai, o których wspominałam niedawno w komentarzach. Mam na nie dwa konkretne pomysły, zobaczymy jednak co z tego wyjdzie. Widziałam te farbki na innych blogach, a sama nie miałam okazji ich wypróbować - będę się ich dopiero uczyć :).




Planowałam sobie, że przez okres okołoświąteczny, kiedy mam trochę wolnego od pracy, zrobię więcej rysunków, dokończę zaczęty wieki temu olejny pejzaż, wypróbuję nowe pędzelki do akwareli... i - ohoho! czego to ja jeszcze nie planowałam! No ale oczywiście, jak to zwykle bywa, plany planami, a życie życiem. Goście, odwiedziny u znajomych, spotkania z rodziną, zaległe spacery z małżonkiem, gotowanie, zmywanie, parę seriali też trzeba było obejrzeć itd... No i jakoś tak zeszło, z działań twórczych niewiele wyszło.



Na Sylwestra znajomi nas zaprosili, ale ma być tam jakiś dziki tłum, z czego połowa to zupełnie nam obcy ludzie. Gospodarze chcą się popisać i pokazać, zaplanowano jakieś niebywałe atrakcje, no i obawiam się, że przez ten nadmierny wysiłek może się zrobić nieco sztywno, więc jakoś tak średnio nam się chce... Gdybyśmy to wcześniej zaplanowali, to może wyskoczylibyśmy na kilka dni do wód, czyli termy na Węgrzech albo morze bałtyckie. W obu tych destynacjach zdarzało nam się Sylwestra spędzać i bardzo nam się podobało. Po prostu mnóstwo wolnego czasu, jedzenie podane, spacery i takie tam, natomiast żadnych balowych historii, lampka szampana w pokoju hotelowym z przyjaciółmi i to wszystko. No ale niestety, żeby było jakoś w miarę godnie ale nie za worek kasy, to trzeba nieco wcześniej takie ekscesy planować. Tak że ten... jak się w ostatniej chwili nie zerwiemy do tych znajomków, to raczej przewiduję "białą salę" w towarzystwie naszych kotów i Sylwester z Polsatem lub inną telewizją, zobaczymy co tam będzie leciało. I bardzo dobrze. Na bale to ja się w życiu nachodziłam i może raptem jeden na dziesięć był fajny. 
Kotki się ucieszą :))). 




Kochani, wszystkiego najlepszego w nadchodzącym roku!


I pamiętajcie: 
TYLKO FRAJER WIELKI ODPALA FAJERWERKI!

Fajerwerki to horror dla zwierząt!


źródło


źródło

niedziela, 22 grudnia 2019

Idź złoto do złota!

Złota mandala z poprzedniego wpisu przypadła do gustu małżonkowi mojemu ślubnemu, do tego stopnia, że zapragnął ją mieć na własność. Mnie samej zaś sprawiło wielką przyjemność jej rysowanie, więc naturalną koleją rzeczy powstała niemal natychmiast kolejna mandala. I prawdopodobnie nie jest to jeszcze koniec, na pewno powstaną co najmniej jeszcze dwie, do kompletu, który następnie zostanie odpowiednio oprawiony, coby się godnie na ścianie prezentował.

A potem się zobaczy, inne tematy w złocie też mi się już śnią :).



Z żelopisami szczerze mówiąc dotychczas mało miałam do czynienia i kojarzyły mi się dość kiczowato, ewentualnie z dziecięcymi słodkimi rysuneczkami w zeszytach. Eksperyment z tym złotym żelem na czarnym papierze zupełnie zmienił moje nastawienie, chociaż nie myślę na razie o innych kolorach, ani o rysowaniu na innym tle. Złoto na czarnym jest jednak genialne :). Wiem, że na moich zdjęciach tego nie widać, ale rysunek ma piękny, dyskretny połysk starego złota. 



W poprzednim poście rozpisałam się ponad miarę, więc tym razem dam Wam odetchnąć od mojego słowotoku. 
Zresztą uszka do barszczu same się nie zrobią, inne tradycyjne przedświąteczne obowiązki odpuściłam sobie, ale uszka muszą być! Zwłaszcza w tak grzybowym roku, jak ten mijający :))). Dawno nie miałam takich zapasów ususzonych, własnoręcznie uzbieranych grzybów! A uszka robię sama, w ilości około 300 sztuk, więc trochę roboty jeszcze mnie czeka. W sumie to nie wiem, dlaczego akurat 300, ale jakoś tak mi zawsze wychodzi, niezależnie od liczby gości, co najbardziej cieszy młodszego syna, który jest zagorzałym wielbicielem uszek z odrobiną barszczu i zjada wszystkie, które po wigilijnej kolacji zostają. Im mniej gości, tym więcej uszek dla niego :). Dawniej musiałam je gdzieś przemyślnie chować, bo zrobione dzień wcześniej znikały w cudowny sposób w ciągu nocy!



Święta nareszcie w tym roku będą w miarę spokojne, bo w małym gronie. Przez całe lata u nas odbywały się wigilijne zjazdy rodzinne i po prostu mam już dosyć, chcę spokojnie posiedzieć pod kocykiem przy kominku, obłożona kotami, i pooglądać świąteczne seriale :). 
Tym razem będzie nas więc raptem kilka sztuk przy świątecznym stole.

Towarzyszyć nam będą cztery koty, a w wigilijny wieczór, tak jak co dzień, pójdziemy z puszeczką do sąsiedzkiej szopki, gdzie mieszka pewna znajoma nam już koteczka, mama naszych dwóch maluchów, Basi i Balbinki. Może jakaś gwiazdka nam po drodze poświeci, może kotki coś do nas powiedzą... a na pewno zamruczą :))).



Wesołych Świąt, Kochani!

*****


sobota, 14 grudnia 2019

Na bogato.

Spodobało mi się rysowanie złotym żelopisem na czarnym papierze :). A że dopadło mnie jakieś wyjątkowo uciążliwe przeziębienie i przez kilka dni czułam się tak kiepsko, że nie wychodziłam z domu, to - między leżeniem pod kołdrą a oglądaniem seriali - znalazło się kilka chwil na takie oto zabawy:


Fajny jest ten efekt złota na czarnym tle. W realu wygląda bardzo naturalnie i elegancko, jak nieco spatynowane stare złoto. Przyjemna konsystencja żelu - raczej jak płynne złoto :) ) - dobrze się rozprowadza, dokładnie pokrywa powierzchnię papieru. Złoty żelopis (Gelly Roll Metallic Sakura) nie był planowanym zakupem, tak jakoś napatoczył mi się w sklepie internetowym i w ostatniej chwili wrzuciłam go do koszyka, bez szczególnej wizji co do jego wykorzystania. Leżał więc sobie jakiś czas odłogiem, aż w końcu pomyślałam, że trzeba go w ogóle wypróbować, zobaczyć co też on potrafi :). Najpierw było kilka świątecznych kartek, a teraz przyszedł czas na większe formaty. Na pierwszy ogień moje ulubione motywy mandalowe, ma się rozumieć :). 

Ta mandala ma rozmiar 30x30cm, czyli tyle co pokazywane jakiś czas temu mandale rysowane czarnym cienkopisem na białym brystolu. Ale żelopis jest narzędziem znacznie mniej precyzyjnym i mniej przewidywalnym niż cienkopis, zwłaszcza mój ulubiony Sakura Micron 005, czyli cieniusieńki. Żelopis zostawia dość grubą linię, nie zawsze równą, bo żel niekiedy wylewa się nieco obficiej, duże znaczenie ma przy tym płynność ruchu i nacisk. Dlatego tę złotą mandalę rysowałam dość swobodnie, nie starając się zachować chirurgicznej precyzji w detalach. 


Ale w planie mam już nieco inne, konkretne projekty, tylko niestety czas miłego nicnierobienia pod pozorem choroby się kończy, w poniedziałek do pracy... A skoro siły wracają, to i za porządki w domu trzeba będzie się zabrać, więc rysowanie musi poczekać do Świąt. Potem mam wolny tydzień, więc będzie się działo!





I tak to przymusowe leniuchowanie w domu obudziło wenę twórczą :). Rzadko mam taką okazję. Na "chorobowe" chodzę raz na dziesięć lat, a i to tylko na dzień czy dwa, nie dłużej. Ale tym razem mnie tak osłabiło, że nawet w domu niewiele chciało mi się robić. Katar to już w ogóle, istna masakra, zatoki zapchane, aż na parę dni niemal ogłuchłam i kompletnie straciłam powonienie, głos zresztą też. 


Ostatni raz na dłuższym, bo aż pięciodniowym zwolnieniu lekarskim byłam wiele lat temu, z powodu choroby kociego pazura.
O, właśnie, może warto o tym opowiedzieć...

Zaglądają tutaj wielbiciele kotów, więc napiszę Wam o tej chorobie kilka słów, bo się okazuje, że mało osób wie co to takiego, a nawet nie każdy lekarz pierwszego kontaktu potrafi od razu postawić właściwą diagnozę. Tymczasem tą poważną chorobą można się łatwo zarazić w kontakcie z kotami, zwłaszcza młodymi. A konsekwencje mogą być wręcz tragiczne.

U nas to było tak... Przygarnęliśmy małego zaniedbanego koteczka, takiego dzikuska, którego trudno było oswoić i dość długo trwało, zanim nabrał zaufania. Zabawa z nim to był moment głaskania, po czym nagle się wyrywał i uciekał. Wszyscy byliśmy przez to podrapani, może nie jakoś dramatycznie, ale wiecie, jak to z małym kotkiem, drobne ryski na skórze każdy z nas miał gdzieś tam na rękach... Nie zwracamy uwagi na takie drobnostki - przy tylu kotach, które u nas już były, to normalka.

Ja miałam takich zadrapań pełno, ale tylko jedna maleńka raneczka, dosłownie dwa milimetry długości, na nadgarstku, jakoś ciągle nie mogła się dobrze zagoić, czułam tam lekki ból. Jakoś w tak zwanym międzyczasie młodszy syn zaczął się źle czuć, bolała go głowa, pojawiła się gorączka. Po jednym dniu to ja jeszcze nie lecę do lekarza, tylko czekam na rozwój jakichś bardziej wyrazistych objawów. No ale ja sama czułam się jakaś rozbita, osłabiona, ból głowy, podwyższona temperatura... Obejrzałam dziecko dokładniej, mówił, że jak podnosi rękę to go boli, bolała go też szyja - okazało się, że węzły chłonne wyraźnie powiększone. Mnie też zaczęło coś pobolewać pod pachą - obmacałam, no oczywiście węzły powiększone. No to sprawa zrobiła się już mocno podejrzana, co to za jakaś dziwna epidemia? - polecieliśmy zatem czym prędzej razem do doktorki. 

Pani doktor porozmawiała z nami, obejrzała, wypytała, nic konkretnego nie mogła oczywiście stwierdzić, bo w zasadzie innych objawów nie było. Ale jest jakaś infekcja, więc przepisała leki przeciwzapalne i zastanawiała się nad antybiotykiem, kiedy mnie coś tknęło i powiedziałam, że nie wiem co prawda czy ma to jakiś związek, ale mam po kocim drapnięciu taką mikroskopijną grudkę, która długo się goi...

No i wtedy lekarka powiedziała; Aaa! to jest na pewno choroba kociego pazura!

Dostaliśmy więc antybiotyki, każde z nas coś innego. Dla mnie była "końska" dawka, po jednej tabletce przez pięć dni i od razu zwolnienie z pracy. Myślałam, że z tym zwolnieniem to przesada, ale po pierwszej tabletce dosłownie zwaliło mnie z nóg, leżałam pięć dni w łóżku, bo po prostu nie miałam siły wstać.
Ale kuracja była skuteczna. Chociaż powiem Wam, że to zadrapanie to mnie "mrowiło" jeszcze przez kilka miesięcy i ślad w postaci ciemnej kropki został na bardzo długo.

Przy kontrolnej wizycie lekarka powiedziała, że właściwie znała dotychczas tę chorobę tylko teoretycznie, pierwszy raz się z tym spotkała w praktyce i po naszym pierwszym spotkaniu doczytała więcej na jej temat. Sama się bardziej zainteresowałam i teraz wiem, jak groźne mogą być konsekwencje zabawy z kotkiem.


Informacje zaczerpnięte z internetu:

Choroba kociego pazura, inaczej gorączka kociego pazura (bartonelloza) – bakteryjna choroba odzwierzęca przenoszona przede wszystkim przez młode koty, podostre lub przewlekłe miejscowe stany zapalne węzłów chłonnych po zakażeniu skóry, oczu lub błony śluzowej.
Czynnikiem chorobowym są Gram-ujemne bakterie Bartonella henselae i rzadziej Bartonella clarridgeiae; przenikają do organizmu człowieka najczęściej na skutek zadrapania przez zwierzę-nosiciela.Ok. 1/3 kotów jest zakażonych. Wśród kotów bakterie są przenoszone m.in. przez pchły. 

Podstawą rozpoznania jest wywiad wskazujący na kontakt z młodymi kotami, powiększone węzły chłonne, zmiana pierwotna (grudka lub krosta), badania obrazowe węzłów chłonnych, a jako potwierdzenie stosowane są badania serologiczne. 

Początkowo choroba przebiega bezobjawowo lub tylko z objawami miejscowymi w miejscu zranienia (miejscowe zaczerwienienie, grudka zapalna lub krosta). Po 1–6 tygodniach od infekcji pojawia się tkliwość i powiększenie sąsiadujących węzłów chłonnych (szyjne, podpachowe, pachwinowe, podżuchwowe, wewnątrzbrzuszne) do 5 cm średnicy (około 20% chorych ma powiększoną dużą ich liczbę), mogących ulegać ropieniu (10–30% przypadków), przebiciu i samoistnej ewakuacji treści ropnej; u części pacjentów ewentualnie inne objawy chorobowe (gorączka, powiększenie wątroby i śledziony, bóle głowy, pleców, podbrzusza, zmęczenie).
Większość przypadków ma łagodny przebieg i mija w ciągu około 10 dni, niezależnie od tego, czy zastosowano leczenie antybiotykami; u pacjentów z upośledzonym układem odpornościowym, przebieg może być jednak poważniejszy i wymagać intensywnej opieki medycznej. U części chorych występuje zakażenie rozsiane z ziarniniakami wątroby i śledziony, zajęciem ośrodkowego układu nerwowego z encefalopatią, w skrajnych przypadkach z drgawkami i zmianami w kościach.
Choroba w większości przypadków ustępuje w ciągu najwyżej 6 miesięcy. Powikłania najczęściej obejmują zropienie węzła chłonnego, zespół Parinauda, zajęcie siatkówki grożące ślepotą i zapalenie mózgu. W rzadkich przypadkach mogą powstać zapalenie szpiku kostnegomałopłytkowość, zajęcie kości i zapalenie wsierdzia.

/źródło/ 

W każdym razie - nie chcę nikogo straszyć, ale warto mieć trochę wiedzy na temat chorób odzwierzęcych, jak się człowiek ze zwierzętami zadaje. 
Nas te przeżycia nie zniechęciły do zabawy z kotami, ani do przygarniania porzuconych futrzastych biedaków. Trzeba tylko uważać, dbać o higienę, adoptowane maluchy od razu odpchlić, no i nie bagatelizować pojawiających się u nas niepożądanych objawów. A w razie złego samopoczucia warto lekarzowi wspomnieć, że w domu są zwierzęta.


*****

Ale żeby nie było tak strasznie, to chcę Wam się pochwalić jeszcze na koniec moim kwitnącym aloesem. Trzy tygodnie temu nagle mnie zaskoczył takim oto patykowatym pędem, który jakoś tak znienacka nie wiadomo kiedy wyskoczył:





Nasze aloesy to odmiana zwyczajna, mniej znana z właściwości leczniczych niż aloes drzewiasty. Rozmnażają się szaleńczo i zawsze trochę ich mamy. Rosną w tak zwanym ogrodzie zimowym. Nazwa na razie trochę na wyrost - to coś w rodzaju werandy, która wciąż czeka na ostateczne wykończenie i zaaranżowanie (taka trochę graciarnia chwilowo, szczerze mówiąc), ale większość kwiatów świetnie tu sobie radzi. Mają mnóstwo światła, a w zimie dość niską temperaturę. Aloesy w tym roku całe lato spędziły w ogrodzie i być może to właśnie tak je zdopingowało do kwitnienia. Czasem tam o nich zapominałam i nie zawsze były podlewane, a taka susza od czasu do czasu akurat dobrze im robi :).

Przed tygodniem było tak:





A dzisiaj jest tak - może ten kwiatostan nie jest jakoś wyjątkowo spektakularnie rozwinięty, ale i tak się cieszę, bo zdarzyło się to u nas po raz pierwszy :). Pęd kwiatowy ma wysokość około 60 cm.





Możliwe, że z powodu mroźnych ostatnio dni było w tym naszym ogrodzie zimowym trochę za chłodno dla tych dość egzotycznych jednak roślin. Planujemy zrobić tutaj dodatkowe ogrzewanie, tak żeby utrzymać w zimie temperaturę nie mniejszą niż 10 stopni, bo jednak nie wszystkie rośliny mogą tu przebywać w czasie mrozów. Aloesy zimują, no ale w porze kwitnienia być może powinny mieć nieco cieplej. Z tego, co wyczytałam, to do kwitnienia potrzebują krótkiego dnia i temperatury około 8-10 stopni. Ostatnio temperatura na zewnątrz spadała do kilku stopni poniżej zera, ale nie sprawdzałam ile było w tym pomieszczeniu. Na pewno kilka stopni na plusie, ale może za mało... 

Tak czy inaczej - cieszę się, że doczekałam się takiej kwitnącej niespodzianki :). 

*****