niedziela, 2 grudnia 2018

Powiew orientu znad Tamizy.


Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało - inspiracją do tego obrazka była pamiątka z Londynu , a może z Liverpoolu... z Anglii w każdym razie. Pamiątka, swoją drogą, też raczej nietypowa, jak na angielskie skojarzenia :).



Zaraz to wszystko wyjaśnię, tylko najpierw znowu kilka słów na temat mojej słabej aktywności blogowej.

W poprzednim wpisie wspominałam już o naszych zmartwieniach i kłopotach ze zwierzaczkami. Od wiosny dwójkę (psa Misię i kota Grubcia) musieliśmy pochować w przydomowym ogródku... Teraz mamy urwanie głowy z naszą starowinką, suczką Muszką - opieka na okrągło, lekarstwa, podtykanie smakołyków, wynoszenie na rękach do ogrodu, nieprzespane noce, bo pies się dusi i krztusi, wizyty u weterynarza, czasem nieplanowane awaryjne sprzątanie, zwłaszcza jak przychodzimy z pracy... i tak dalej. Z niepokojem obserwujemy jej coraz gorszą kondycję, pojawia się lekki niedowład tylnych łapek, chciałaby chodzić na spacerki, a nie daje rady...

Jakby mało było zamieszania z naszym zwierzyńcem, przybył nam właśnie jeszcze jeden lokator - mały zabiedzony kotek, taki koci szkielecik, który siedział wczoraj późnym wieczorem na środku drogi gdzieś między polem a lasem i nie miał siły uciekać, zresztą chyba na oba oczka nic nie widział... Teraz jedno oczko już na nas patrzy, ale drugie jakieś zapadnięte i czerwone - na razie tylko przemywamy, jutro weterynarz obejrzy... Kupy robił zielone, jakby jadł trawę, dzisiaj po podkarmieniu wygląda to już lepiej... no mamy co robić, w każdym razie. A w domu są jeszcze dwa dorosłe koty, które niezbyt się nawzajem lubią

Do tego doszły ostatnio problemy zdrowotne naszych rodziców - nie będę tego wątku rozwijać, ale jak się tak spiętrzy parę spraw, to człowiek nie wie w co ręce najpierw wsadzić. Tak więc blog zawsze spada na koniec listy zadań. W tej sytuacji wciąż nie mogę się zebrać i ogarnąć wszystkiego, co chciałabym pokazać i opowiedzieć. Zaczęłam pisać kilka postów i wiszą takie niedokończone kopie robocze, za które ciężko mi się zabrać. Obrazki też pozaczynane czekają na wenę i odrobinę spokoju...

No więc dzisiaj pokazuję to co akurat najświeższe, bo jakoś najłatwiej mi tak z marszu napisać i pokazać co ostatnio stworzyłam, choć nie jest to najlepsza z moich prac plastycznych minionego roku :). Ale dość gadania, jedziemy z tym koksem!


Co można przywieźć z Anglii? - no jak to co, wiadomo - słonie!


Otóż dziecię moje wybrało się czas jakiś temu na wakacyjną wyprawę do Anglii - w bogatym planie było odwiedzanie mieszkających tam znajomych, zwiedzanie kraju wzdłuż i wszerz itd. No i z tej wyprawy przywiózł synek rodzicom suweniry: tata dostał, a jakże, zacną flaszeczkę whisky, a mamunia, z braku lepszego pomysłu, słoniki, bo synkowi się spodobały, a mama przecież kiedyś taką małą kolekcję słoników miała. No fakt, nawet gdzieś tam w jednym z pudeł nadal mieszkają. Nie, żebym była jakąś szczególną wielbicielką takich figurek, ale tak jakoś same te słonie przybywały do domu przy różnych okazjach i przez pewien czas stały gromadnie na półeczce.



No w każdym razie może słonie nie za bardzo się kojarzą tak od razu z  Anglią, ale jak się tak zastanowić i wejrzeć w głąb historii brytyjskiego kolonializmu... no przecież Indie na przykład... nieprawdaż? I te tutaj słonie najwyraźniej indyjskie są, sądząc po ozdobach, czaprakach w hinduskie ornamenty itd. To trochę jak z tą angielską herbatą, co nigdy w Anglii nie rosła.

Tak więc sprawę słoni przywiezionych z Anglii uważam za wyjaśnioną :). 
Tak czy inaczej - te angielsko-indyjskie słonie natchnęły mnie do namalowania obrazka w orientalnym klimacie, a zanim skończyłam jeden, to przyszedł mi do głowy pomysł na drugi (czeka na dokończenie) i coś mi się wydaje, że na tym jeszcze nie koniec, choć może w nieco innej stylistyce :). 



MOTYWY - mandala, lotos, a w tle - joga.


Chętnie sięgam po motywy kojarzące się z Indiami, z daleką Azją. Mandale już u mnie widzieliście (posty z etykietą "mandala" - klik), więc wiadomo, że lubię je rysować i malować.  na pewno jakieś jeszcze będą, może w innych odsłonach barwnych?


Ale skąd w ogóle te tematy u mnie? 
Dawno temu, gdzieś koło matury, zainteresowała mnie joga. W tamtym czasie to był mało znany temat, nie było szkół jogi (no, może gdzieś w stolicy, ale nie w powiatowym miasteczku), nawet literatury odpowiedniej nie można było zdobyć, a przypominam, że młodość moja to epoka krzemu łupanego, czyli przedinternetowa. Więc joga była objawieniem, czymś dotychczas zupełnie mi nieznanym. No i wsiąkłam w ten nowy świat, przeorganizowałam swoje życie, starałam się uporządkować swoje wnętrze - umysł i duszę, uprawiałam asany, przeszłam na wegetarianizm. Zachwyciła mnie filozofia związana z jogą. 
Wszystko to było może mało uporządkowane i niezbyt głębokie, ale do dzisiaj pozostał mi jakiś sentyment do różnych hinduistycznych i buddyjskich symboli, do kultury i sztuki orientu. Do tematu jogi i wegetarianizmu pewnie jeszcze kiedyś tu powrócę, ale dzisiaj zajmijmy się obrazkami :).


MANDALA.


Pokazywałam Wam już moje czarno-białe rysowane cienkopisem mandale, więc wiecie, że ten motyw nie jest u mnie nowy. 
Mandale kojarzą się nam głównie z Tybetem, ale wywodzą się z Indii, więc znajdują swoje miejsce zarówno w hinduizmie jak i buddyzmie. Tworzenie mandali jest rodzajem medytacji, a jej ostateczny kształt odzwierciedla stan wewnętrzny jej twórcy.

Mandala buddyjska jest rodzajem diagramu łączącego koło z kwadratem, gdzie koło symbolizuje niebo, zewnętrzność i nieskończoność, a kwadrat - cztery strony świata i to wszystko, co jest wewnętrzne i połączone z człowiekiem. Obie figury są harmonijnie połączone, a ich środkiem jest jeden punkt, który symbolizuje człowieka jako środek całego otaczającego go świata, a zarazem oznacza początek i koniec wszystkiego. Mandala pokazuje wiec, jak chaos może osiągnąć harmonijną formę.

Tworzenie mandali (zazwyczaj z drobnego kolorowego piasku) trwa wiele godzin i kończy się jej uroczystym zniszczeniem, co odpowiada zamkniętemu kręgowi życia i śmierci, gdzie koniec jest początkiem nowego, a wszystko jest przemijalne.

LOTOS.


Lotos - kwiat święty w hinduizmie i buddyzmie, narodowy kwiat Indii. Symbolizuje odrodzenie oraz czystość ciała i umysłu. 

Lotos jest rośliną nie tylko cudownej piękności, ale w wielu innych aspektach rzeczywiście niezwykłą. Znalezione niedawno nasiona lotosu sprzed 2 tysięcy lat miały nadal zdolność rozwoju - posiane zakiełkowały i zakwitły! Wszystkie części tej rośliny są jadalne i mają wiele cennych dla naszego zdrowia właściwości. Chcę Wam jednak przytoczyć tutaj dwie ciekawostki innego rodzaju.

Lotos rośnie w wodzie i w stanie naturalnym jest to bardzo często nie żadne tam krystalicznie czyste jezioro, ale najzwyklejsze, błotniste bajoro. Kwiaty lotosu, pięknie rozwinięte w ciągu dnia, na noc zamykają się, łodygi się pochylają i cały kwiat zanurza się w wodzie (czy tam błocie). Rano natomiast, kiedy słońce zaczyna wschodzić, kwiaty znowu podnoszą się z wody i otwierają swoje kielichy. Są przy tym nieskazitelnie czyste, niezależnie od tego w jak zabagnionym bajorku chowały się na noc. Te szczególne właściwości samooczyszczania ma cała roślina, czyli jej łodyga, liście i kwiaty. Zawdzięcza to specjalnej strukturze i pokryciu powierzchni woskowymi kryształkami. Woda z brudem spływa po roślinie, a właściwie toczy się kropelkami, jak rtęć. Liść umazany smołą czy innym paskudztwem wystarczy polać wodą, żeby znowu był czysty. Duże liście lotosu wykorzystuje się więc na przykład do pakowania różnych produktów, ponieważ nic nie jest w stanie ich zabrudzić. Nowoczesne technologie wzorowane na tych hydrofobowych właściwościach umożliwiają produkcję różnych materiałów, na przykład tkanin czy dachówek - z tak zwanym efektem lotosu.

Druga ciekawostka dotyczy produkcji herbaty lotosowej. Jest to herbata rzadko spotykana i dość droga, ponieważ proces jej wytwarzania jest bardzo żmudny. Robi się ją w ten sposób, że listki zielonej herbaty wkłada się na noc do rosnących (żywych) kwiatów lotosu. Jak wcześniej wspomniałam, kwiat wraz ze zmierzchem zamyka się i chowa do wody. w tym czasie listki herbaty nabierają aromatu lotosu, nasiąkają jego olejkami. Proces ten powtarza się kilka razy. Dla uzyskania kilograma herbaty lotosowej potrzeba około 1000 kwiatów lotosu.

Trochę odbiegłam od głównego wątku, ale ta roślina jest naprawdę fascynująca! Jeśli macie ochotę poczytać więcej o lotosie, to polecam ten artykuł - jest tam sporo informacji kulinarnych i o właściwościach leczniczych lotosu :) https://podroze.onet.pl/ciekawe/niezwykle-wlasciwosci-swietego-kwiatu-lotosu/j34bwc0

*****

Miałam tu jeszcze wrzucić drugi obrazek w podobnym klimacie, który powstawał niemal równolegle, ale zawirowania życiowe na razie nie pozwoliły mi na jego dokończenie. Zatem - żeby kolejna przerwa w blogowaniu nie trwała znowu jakąś niezliczoną ilość miesięcy - prezentuję dzisiaj tę jedną akwarelkę, z nadzieją, że wkrótce znowu tu wpadnę :).



Akwarela, cienkopis, rozmiar A3.

sobota, 27 października 2018

Bazgrołki.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że po tak długiej nieobecności nie wypada publikować innych wiadomości niż własny nekrolog albo zaproszenie na ślub...

No, akurat nic z tych rzeczy nie zaszło :)))
...ale ponieważ okazuje się, że jeszcze nie wszyscy w blogosferze o mnie zapomnieli, a nawet, o dziwo, w tej przydługiej przerwie parę duszyczek dołączyło do stałego grona moich miłych gości, to zebrałam się w sobie i postanowiłam w końcu odkurzyć nieco ten blog. 

W domu i pracy sporo się działo, czego rezultatem była ta dłuuuuuga cisza na blogu. No i w dużej części trochę smutne to były sprawy... Nie chcę Was zanudzać, ale - z drugiej strony - wypada chyba napisać kilka zdań wyjaśnienia.

Tak na marginesie - jedną z przyczyn odwlekania powrotu na blog jest brak odpowiedniego sprzętu fotograficznego. Ta kwestia zawsze była słabym elementem mojego blogowania, bo - trzeba to sobie jasno powiedzieć - ani ja nie jestem pasjonatką fotografowania, ani blog nie jest sprawą priorytetową w moim życiu. Toteż zakup porządnego aparatu spada wciąż na dość odległe miejsce listy zakupowej. 

W tej sytuacji zawieszenie bloga wkrótce musiałabym uznać za trwałe zamknięcie... A zwyczajnie stęskniłam się za blogosferą, no i chciałam dać znać, że żyję :).
Tak że ten... z jakości zdjęć więcej tłumaczyć się nie będę, licząc na Waszą wyrozumiałość jeszcze przez pewien czas. 




A zatem - co się działo przez ostatnich 10 miesięcy?


Czas pożegnań. Choroby naszych czworonogów.


Większość zmartwień i problemów wiązała się ze zdrowiem naszych futrzastych ulubieńców. 

  • Stan na początku roku: dwa psy (duży i mały, obie suczki staruszki) i trzy koty (dwoje staruszków i jedna młoda wariatka).
  • Stan obecny: jeden pies i dwa koty.

MISIA.


Na wiosnę mieliśmy ogromne zmartwienie - zachorowała nasza ukochana psinka Misia, członek rodziny od prawie 13 lat, wielki pies o jeszcze większym, anielskim sercu. 
Choroba w pewnym momencie szybko się rozwinęła i niestety w końcu Misia odeszła za Tęczowy Most... 

W sumie jej choroba trwała kilka miesięcy i dla mnie to nie był dobry czas ani na prowadzenie bloga, ani na malowanie obrazków...


MUSZKA.


Mamy jeszcze drugą psinkę, staruszkę Muszkę, o której pisałam jakiś czas temu w kontekście łąkowych inspiracji do akwarelowych obrazków. Przygarnęliśmy ją rok temu, ale to już psia emerytka (blisko 16 lat na psim karku to nie przelewki!). Muszka ledwie zipie, ale na spacery się wyrywa i robi taki jazgot około 18tej, że czujemy się sterroryzowani i deszcz czy upał, na krótki spacerek trzeba wyskoczyć. W dodatku musimy iść oboje z  mężem. Kiedy ja sama próbuję z nią wyjść, to Mucha tuż za progiem zarywa się nogami w grunt i piszczy niesamowicie, wywołując pańcia z domu. Tak że musimy iść całym stadem :). 

Coraz częściej jednak bywają gorsze dni, Muszka traci siły, dusi się, kaszle (powiększone serce i płyn w płucach) i wtedy w zasadzie cały czas po pracy poświęcamy pieskowi, dyżurujemy razem z mężem albo na zmianę. Trzeba z nią rozmawiać, głaskać, podsuwać smakołyki. Dostaje między innymi diuretyki (leki moczopędne), więc często musi wychodzić na dwór na siku (w nocy też kilka razy). Czasem nie ma siły sama zejść po schodkach do ogrodu - wtedy wynosimy ją na rękach. Jak ma ochotę poleżeć w altance, to zawsze któreś z nas też tam siedzi, żeby w razie czego zanieść ją do domu, albo przypilnować, żeby nie wpadła do oczka wodnego, z którego lubi pić wodę. Pomimo wysiłków naszych i weterynarzy - jej stan jest jednak coraz gorszy...


GRUBCIO.


We wrześniu spadł na nas kolejny cios - nagle zaniemógł Grubcio, nasz kochany, przesympatyczny kocur, dawniej dzikus piwnicznego pochodzenia, na stare lata wielki domator. Grubcio dożył w świetnej formie całkiem poważnego wieku 13 lat, co jak na kota domowo-podwórkowego jest niezłym wynikiem. 

I nagle, nie wiadomo dlaczego, zrobił się bardzo słaby, nie chciał jeść, ciężko oddychał... Dziwnie to wyglądało, początkowo myśleliśmy, że się czymś lekko struł, ale po dwóch dniach nie było poprawy, więc zabraliśmy go do weterynarza. Okazało się, że w płucach jest płyn, Grubcio oddycha tylko szczytami. Lekka gorączka... i nic więcej. Żadnych oznak jakiegoś wypadku czy innej poważniejszej infekcji. Grubcio dostał więc trzy zastrzyki, jakieś sterydy przeciwzapalne i coś tam jeszcze, i po trzech dniach mieliśmy wrócić do kontroli. 
W domu nieco się ożywił, nawet zjadł trochę smakołyków... Niestety, nocy już nie przeżył. 



*****

Oprócz tego mieliśmy na głowach sporo kłopotów innego rodzaju. Po odchowaniu dzieci przyszedł na czas na zajmowanie się rodzicami... No taka jest kolej rzeczy. 

Lato z kolei wiązało się z dość intensywnymi pracami porządkowymi, bo ogród zarósł nam niemożebnie. Trzeba było usunąć trochę nadmiernie rozrośniętych drzew i krzewów, zmienić rozkład i rodzaj nasadzeń, ponieważ stopniowo rezygnujemy z ozdobnych iglaków i trawnika - na rzecz pożytecznych drzewek i krzewów owocowych oraz grządek warzywnych. To wymagało jednak ogromu pracy, a przecież oboje z mężem pracujemy zawodowo i to dość intensywnie.


*****

W takich warunkach trudno jest skupić się nad obrazkami. Z drugiej strony - obiecywałam sobie, że będę więcej malować i rysować... 



Rysunkowe ćwiczenia, czyli "artysto - twórz, nie gadaj!".


...in progress...


Lubię w malowaniu się "zatracić", nie odrywać się co chwila do różnych spraw, a przy tym nie cierpię jak mi ktoś przez ramię zagląda. Potrzebuję więc do tego ciszy i spokoju. Ostatnio jednak wszechświat mi nie sprzyjał... 
Stąd wziął się pomysł na takie małe, "niezobowiązujące" formy, znakomite do realizacji w tych dniach, kiedy nie mogę zbyt wiele czasu na malunki poświęcić. 
Lepiej rysować/malować cokolwiek, niż nic. Zawsze to jakieś ćwiczenie. I nawet jak w trakcie rysowania muszę przerwać, to bez większego żalu, że coś mnie wybija z rytmu i że wena twórcza odleci. No najwyżej w międzyczasie przyjdzie mi jakiś nowy pomysł na dokończenie rysunku :).

Wspominałam już wielokrotnie, że jedną z moich ulubionych technik jest rysunek - uwielbiam zwłaszcza ten kontrast: głęboka czerń tuszu na śnieżnej bieli papieru! 
Ale tematyka co pewien czas się zmienia. 

Jakiś czas temu pokazywałam Wam moje mandale b&w - jeśli macie ochotę je obejrzeć, to są w postach z etykietą "mandala"

Był też okres... nazwijmy go "ptasi", z piórkami i gniazdkami (posty z etykietą "piórka").

Czasem więc tak sobie bez planu zwyczajnie skrobię tym cienkopisem, nic spektakularnego, jakieś abstrakcyjne bazgrołki, co mi tam do głowy przyjdzie. Niekiedy zainspirowane rysunkami znalezionymi na Pintereście, modne ostatnio zentangle i temu podobne. Polecam każdemu, kto szuka łatwego sposobu na odstresowanie, oderwanie myśli od codziennych problemików. Nie są potrzebne żadne szczególne zdolności plastyczne, bazgrać w końcu każdy jakoś tam potrafi, a obrazki nie muszą przypominać niczego realnego.

Takie bazgrołki są całkiem dobrą formą ćwiczenia ręki, a także cierpliwości i systematyczności w rysowaniu. Czyli tego, czego przez ostatnie miesiące stanowczo mi brakowało. 
Nie wiąże się to także z większą inwestycją w materiały plastyczne. Wystarczy pisak i papier. Ja wykorzystałam czarny cienkopis Sakura Micron 005 i zwyczajny papier do drukarki.

*****

Oczywiście powstało też trochę akwarelek, próbowałam też wrócić do malarstwa olejnego, to i owo muszę jeszcze dokończyć albo poprawić - stopniowo będę te "arcydzieła" ujawniać :).

Wkrótce pokażę moje eksperymenty rysunkowe z nowymi technikami, które próbuję okiełznać. Może do tego czasu uporam się z problemem aparatu i uda się cyknąć nieco lepsze fotki.
Planuję też stopniowo wprowadzać nieco większą rozmaitość tematyczną, bo sporo kwestii ciśnie się na klawiaturę... Z pisaniem zresztą idzie mi nieco lepiej niż z fotografowaniem :). 

*****



sobota, 11 listopada 2017

Książki o sztuce. "Rozmowy z Picassem".

Ten post, przygotowany kilka tygodni temu, leżał sobie spokojnie w "poczekalni" i zamierzałam opublikować go znacznie później, może za miesiąc, bo ostatnio sporo było tych książkowych i nie chciałam Was zanudzać. Jednak sprawy się pokomplikowały, albowiem uległam niewielkiej, ale bardzo uciążliwej kontuzji, która utrudnia mi posługiwanie się prawą ręką, a co za tym idzie - pisanie, rysowanie i inne czynności życiowe. Z tego powodu na blogu zaczął się robić mały zastój, a że rehabilitacja jeszcze trochę potrwa, to jako temat zastępczy postanowiłam wykorzystać tę opowieść o kolejnym znanym artyście. Mam nadzieję, że wkrótce wrócę tu w lepszej formie i z bardziej "twórczymi" postami :).

Znowu sięgnęłam do mojej prywatnej biblioteczki, na półkę z nieco zakurzonymi już książkami o słynnych malarzach... Tym razem wybrałam "Rozmowy z Picassem", której autorem jest Brassai (z dwiema kropeczkami nad "i"), znany fotograf, o którym za chwilę powiemy sobie kilka słów...

Po raz pierwszy czytałam tę książkę w czasach licealnych i chyba później do niej już nie wracałam. Nie jestem, a zwłaszcza - nie byłam, fanką kubizmu... Interesując się malarstwem znałam oczywiście mniej więcej dorobek malarski Picassa, ale prawie nic nie wiedziałam o jego rzeźbach, a w tej książce mowa jest głównie o rzeźbach właśnie, więc wówczas jakoś mnie to specjalnie nie wciągnęło. 
Tym razem jednak czytało mi się tę historię wspaniale! Do pewnych rzeczy może trzeba po prostu dojrzeć :). 


Brassai i Picasso (źródło)
A kiedy już ją przeczytałam, zaczęłam szukać w internecie źródeł, które powiedziałyby mi więcej o przyjaźni Picassa z Brassaiem. Przyznam się Wam, że wcześniej nie miałam pojęcia jakiej miary fotografem był Brassai...

I wtedy... zaczęłam czytać tę książkę od nowa. 
Tak więc w ciągu dwóch tygodni przeczytałam ją dwa razy - za pierwszym razem poznając głównie Picassa, za drugim - skupiając się na Brassaim.

A zatem - zajmijmy się książką. 
Jak już wspomniałam, autorem "Rozmów z Picassem" jest fotografik węgierskiego pochodzenia, Gyula Halasz, znany jako Brassai. Jest to autentyczny zapis rozmów tych dwóch twórców z lat od 1943 do 1947 i po długiej przerwie jeszcze z lat 1961-1962, opracowany na podstawie skrupulatnie prowadzonych na bieżąco przez Brassaia notatek, opatrzonych dokładnymi datami i wzbogaconymi o późniejsze uwagi, liczne dygresje i retrospekcje.

Postać autora książki jest może odrobinę mniej fascynująca, niż głównego bohatera, ale na pewno warto wspomnieć o nim kilka zdań. 
Brassai (1899-1984) uznawany jest za jednego z najważniejszych artystów fotografów w historii, a jego uliczne fotografie o rozpoznawalnym stylu stanowią uznany kanon street photo. Bardzo chętnie fotografował sceny z ulic Paryża, zwłaszcza w nocy lub we mgle, wykorzystując ciekawe efekty świateł latarń czy samochodów. 


fot. Brassai - źródło 
Bohaterami jego zdjęć bardzo często byli przedstawiciele tzw. półświatka - transwestyci, kloszardzi, prostytutki... 
Zainteresowanym polecam ciekawy artykuł na jego temat: 
 https://fotodinoza.blogspot.com/2016/09/dugie-cienie-brassaia.html

W połowie lat 20-tych rozpoczął pracę jako dziennikarz magazynu artystycznego "Minotaur", który zlecił mu przygotowanie serii fotografii kilku znanych już wówczas artystów - surrealistów Dalego i Elouarda, oraz Picassa. Twórczości, a konkretnie mniej znanym wówczas rzeźbom Picassa, miało być poświęconych około 30 stron. Była to praca dość długa i żmudna, ponieważ - pamiętajmy - blisko sto lat temu technika fotograficzna nie była tak zaawansowana jak obecnie. Ponadto Brassai podchodził do swojego zadania rzetelnie - starał się dobrze poznać artystę, towarzyszył mu przy pracy, rozmawiali na różne tematy, spotykali się w różnych sytuacjach. Spotkania z Picassem przerodziły się w długoletnią współpracę i zażyłość. 

W swojej książce Brassai opisuje okres pracy nad fotografiami dla czasopisma, a następnie trwające kilka lat przygotowywanie fotograficznej dokumentacji artystycznej do albumu z rzeźbami Picassa. Wspomina oczywiście także o pewnych własnych dokonaniach artystycznych, ale robi to niejako na marginesie i z dużą dozą skromności. Napomyka więc o rysunkach, które podobały się Picassowi i dzięki jego znajomościom ostatecznie zostały zaprezentowane na wystawie, a także o wspólnej z Picassem pracy przy oprawie dekoratorskiej pewnego przedstawienia teatralnego i baletu. Są to jednak drobne wzmianki, a pierwsze skrzypce gra w całej opowieści Picasso. 


Jedna z rzeźb Picassa, fot.Brassai - żródło
Przejdźmy jednak do zasadniczej treści książki. Dzięki szczegółowym zapiskom Brassaia możemy poznać Picassa (1881-1973) dość blisko, nie tylko jako wielkiego twórcę, prekursora kubizmu, ale także jako zwyczajnego człowieka, z jego przeróżnymi wadami i zaletami, codziennymi zwyczajami, charakterystycznymi zachowaniami, przyzwyczajeniami itd.

Brassai tak wspomina pierwsze zetknięcie z Picassem, artystą będącym już wówczas znanym, światowej klasy twórcą: 
"Emocja mieszała się z czymś w rodzaju trwogi, bo też miał w tej epoce reputację nieprzystępnego. (...) Żywy Picasso, jakiego miałem przed sobą, zatarł ów obraz i wszystkie moje obawy: prosty człowiek, bez afektacji, pychy, bez pozy. Jego naturalność i miłe obejście od razu wróciły mi dobre samopoczucie". 
W miarę czytania ze stron książki wyłania się więc stopniowo umiejętnie nakreślony nie tylko artystyczny, ale też psychologiczno-socjologiczny portret Picassa. 

Między zapis dialogów z Picassem i rozmów z innymi twórcami, wydawcami, marszandami, Brassai wplótł wiele ciekawych obserwacji ówczesnego świata sztuki a także esencjonalne wzmianki o otoczeniu, w jakim tworzył Picasso. Dla kogoś, kto nie ma uporządkowanej wiedzy o kierunkach w malarstwie, które tak intensywnie tworzyły się i mieszały w okresie przełomu XIX/XX wieku aż do połowy wieku XX, te wszystkie impresjonizmy, fowizmy, kubizm, surrealizm itd, kto, kiedy, jak i dlaczego - ta książka jest świetną pozycją, wyjaśniającą i porządkującą ten artystyczny tygiel. Brassai z wielką zręcznością, bez zanudzania czytelnika, w dość syntetycznej, ale bardzo przystępnej formie, wplecionej między opowieści o konkretnych spotkaniach i rozmowach, zarysowuje przed nami logiczny ciąg zdarzeń, które ukształtowały kolejne artystyczne ruchy tego okresu, opisuje interesująco ich główne założenia, porządkuje je historycznie, a nawet geograficznie. Wschód Paryża z Montmartre i Montparnasse to była kolebka impresjonizmu i fowizmu, stopniowo marszandzi i nowe pokolenia artystów przenosili się bardziej na zachód, gdzie narodził się kubizm i surrealizm. 

Pracując w redakcji "Minotaure" Brassai znalazł się w ośrodku surrealistów, gdzie poznał wszystkich znaczących twórców tego nurtu, zarówno malarzy jak i poetów. Sympatyzując z surrealistami, z czasem nabrał jednak pewnego dystansu, nie ze wszystkimi ich poglądami na sztukę zgadzał się bez zastrzeżeń, wielu nie akceptował zupełnie. I w tym czasie pojawiła się okazja do poznania Picassa, twórcy kubizmu, artystycznie konkurującego z surrealistami. Interesujące są te fragmenty, w których autor porusza kwestie relacji Picassa z innymi wielkimi twórcami, na przykład z Dalim, którego od początku Picasso traktował jak obiecującego młodego artystę, wielokrotnie mu pomagał, za co Dali odpłacał mu później śmieszną megalomańską nienawiścią, podszytą zazdrością o sławę. 

Warto może też wspomnieć, że na wczesną twórczość Picassa ogromny wpływ mieli postimpresjoniści, z Henrim Toulouse-Lautrekiem na czele (o książkach o H.T.-L. pisałam w tych postach: tutaj i tutaj). Natomiast w późniejszym okresie - Cezanne, o którym tak mówił:
"Czy ja znam Cezanne'a! Ależ on był moim jedynym i wyłącznym mistrzem! Może pan sobie wyobrazić, jak się wpatrywałem w jego obrazy... Studiowałem je całe lat... Cezanne! Był dla nas wszystkich ojcem. To on nad nami czuwał."
W książce znajdziemy również wzmiankę Picassa o pierwszym spotkaniu z Gertrudą Stein, która stała się pierwszą kolekcjonerką jego dzieł, a niekiedy ratowała finanse prekursora kubizmu (tutaj mój post o G. Stein).


Brassai bardzo ciekawie opowiada o głównych założeniach i istocie kubizmu, co wyjaśnia zarazem zainteresowanie Picassa rzeźbą:
"Kubizm powstawał w oparciu o Ingresa i Cezanne'a, z myślą o zdynamizowanej plastyczności i jako reakcja na impresjonizm, który psuł bryłę, zacierał masywność ciał w barwnych plamach i świetlnych wibracjach. Dzieło Picassa wyraża naturalną skłonność artysty do pełni kształtu. Kubizm wywoływał silne wrażenie obracającej się rzeźby i ukazywał równoczesność jej rozmaitych aspektów". 


Rzeźba Picassa w brązie, fot. Brassai (źródło)
Brassai pisze to wszystko niezwykle lekko, ze sprawnością i wyczuciem pasjonata, który doskonale rozumie temat, o którym się wypowiada. Od uwag natury ogólnej i teoretycznej szybko przechodzi do scenek z życia, spotkań z Picassem, jego rodziną i przyjaciółmi, przytacza fragmenty rozmów. Opisuje zdarzenia zarówno z życia artystycznego Picassa, jak i zwykłe, codzienne, domowe sytuacje. Opowiada o zwyczajach artysty, jego przyzwyczajeniach i cechach charakteru, przez wiele lat śledzi jego drogę artystyczną, zapisuje opinie Picassa o innych twórcach, o sztuce w ogóle.

W czasie wojny Picasso, chociaż mógł wyjechać do dowolnego zakątka świata, bo miał i pieniądze i wielu przyjaciół, pozostał jednak w Paryżu. Było to wielką pociechą i moralnym wsparciem dla innych jego paryskich znajomych. W tym czasie nadal rzeźbi i maluje, przeżywa zauroczenia kolejnymi kobietami... Brassai przytacza historię znajomości Picassa z 20-letnią dziewczyną, początkującą malarką, zachwyconą twórczością wielkiego mistrza. Jednak chociaż zafascynowany Picasso ulega jej urokowi, to - jak twierdzi Brassai: "Dla niego przygoda miłosna nigdy nie byłą celem samym w sobie, tylko bodźcem dla jego siły twórczej (...)."

Artystyczna spuścizna Picassa to około 30 tysięcy dzieł (!) - obrazów, rysunków, rzeźb. Był twórcą niesłychanie pracowitym, całe jego życie było podporządkowane twórczości. Nawet w formie rozrywki rzeźbił w małych kamykach wyrzuconych przez morze, tworzył miniaturowe rzeźby z papieru, eksperymentował z różnymi narzędziami malarskimi.
Miał szczególny stosunek do pieniędzy, nie lubił nimi płacić, wolał dawać w zamian swoje obrazy, nawet jeśli ich wartość przewyższała wartość tego, co kupił. 
Brassai cytuje jego słowa w trakcie rozmowy o ewentualnym chwilowym porzucaniu sztuki na rzecz innych, bardziej intratnych zajęć:
"Gdy się ma coś do powiedzenia, do wyrażenia, najmniejsza zależność staje się po pewnym czasie nie do zniesienia... Trzeba mieć odwagę uznać swój zawód i wykonywać go. Tak zwany "drugi zawód" to zawracanie głowy! Ja sam byłem nieraz goły, a jednak zawsze potrafiłem się oprzeć pokusie zarabiania inaczej niż pędzlem... (...) Chodziło mi o to, aby żyć z malarstwa... Na początku nie sprzedawałem drogo, ale sprzedawałem... Rysunki i obrazy opuszczały pracownię... A tylko to się liczy..."

Mam wrażenie, że rzeźby Picassa nie są tak znane jak jego obrazy. Mimo więc, że książka Brassaia dotyczy głównie rzeźb, to pozwolę sobie wkleić tutaj zdjęcie jednego z najsłynniejszych, a zarazem najwcześniejszych obrazów Picassa - "Panny z Avignon": Picasso namalował je mając 26 lat i tym samym dał początek epoce kubizmu.

źródło
Ten obraz zapoczątkował także trwającą kilkadziesiąt lat przyjaźń i współpracę Picassa ze znanym marszandem Danielem Henrym Kahnweilerem. Brassai w swojej ksiażce przytacza także fragmenty swoich rozmów z Kahnweilerem. 
Warto wspomnieć, że kiedy Kahnweiler po raz pierwszy zobaczył świeżo ukończone dzieło Picassa "Panny z Avignon", miał zaledwie 23 lata, rzucił właśnie dopiero co rozpoczętą pracę w należącym do rodziny domu maklerskim i zamierzał zająć się handlem dziełami sztuki. Obraz Picassa zrobił na nim tak wielkie wrażenie, że natychmiast zdecydował się z góry zakupić wszystko, cokolwiek Picasso namaluje, za wyjątkiem pięciu obrazów rocznie, zastrzeżonych dla malarza. Wyobrażacie sobie? - dwóch chłopaków, młody malarz i początkujący marszand z wynajętą mikroskopijną galeryjką, postanowili, że zawładną rynkiem sztuki! I tak też się stało :).

Podsumowując: książka pasjonująca, wielowątkowa, przedstawiająca nie tylko wnikliwy i autentyczny portret Picassa, ale także kręgi artystyczne ówczesnego Paryża, przybliżająca wiele postaci świata sztuki. Brassai z wyczuciem artysty i literackim talentem opisuje zdarzenia, których był naocznym świadkiem. Wielka szkoda, że w książce nie ma żadnych ilustracji - dzieł Picassa czy fotografii Brassaia. Dla pasjonatów malarstwa czy historii sztuki pozycja ze wszech miar godna polecenia, a myślę że z wielką przyjemnością przeczytają ją także osoby zainteresowane historią nowoczesnej fotografii.

*****

niedziela, 29 października 2017

Gniazdowanie.

Pastele, o których niedawno wspominałam, jakoś mi nie idą, w starych zasobach zabrakło mi odpowiednich kolorów, musiałam zamawiać, trochę z tym zeszło, no i teraz nie mogę się zabrać za dokończenie obrazka... A zatem dzisiaj jeszcze odgrzewane kotlety, czyli pozostajemy w tonacji B&W. 
Ten rysunek powstał siłą rozpędu, kiedy byłam jeszcze w transie gniazdkowo-piórkowym :). 



Ponieważ gniazdko z poprzedniego wpisu  ( tutaj - "Wariacje okołopiórkowe" ) szczególnie mi się podobało, a i Wam przypadło do gustu, postanowiłam wykorzystać ten motyw jeszcze raz. Przy okazji pstryknęłam kilka pośpiesznych ujęć w trakcie rysowania, więc może uda mi się pokazać Wam, że narysowanie takiego gniazdka to nie jest wielka filozofia :).  

Mała zabawa w "znajdź różnice" :) - poprzednie gniazdko:



I to najnowsze:

Dołożyłam tym razem jedno jajeczko i trochę spłaszczyłam gniazdko, odejmując nieco gałązek od spodu. Poza tym wyglądają niemal identycznie.

Jak się zabrać za rysowanie gniazdka?

W malarstwie jest taka jedna ważna zasada: trzeba najpierw poznać i zrozumieć, a dopiero potem rysować/ malować. 
Co prawda, jak wiadomo - zasady są po to, żeby je łamać :). 
A więc można by tu oczywiście przytoczyć wielkie artystyczne manifesty, które nawoływały do odrzucenia rozumu i wszelkiej teorii, na rzecz twórczości zupełnie swobodnej, nie kontrolowanej, wynikającej wyłącznie z podświadomych skojarzeń wizualnych... Ale eksperymenty pozostawmy wielkim twórcom. 
Amatorzy zazwyczaj pragną nauczyć się podstaw rysunku akademickiego, czyli dość udanie oddającego rzeczywistość. Warto więc poznać obiekt, który się chce uwiecznić na obrazku. Coś w tym jest - najwspanialsze portrety malowali artyści, którzy poświęcili wiele czasu studiom i szkicom anatomii człowieka, a najlepsze weduty (czyli pejzaże miejskie) malują... architekci :).

Ptasie gniazda bywają przeróżne, kuliste, płaskie, mniej lub bardziej zabudowane, stożkowate itd. Ja lubię rysować takie zbliżone kształtem do półkuli, ładnie wyglądają z jajeczkami w środku :).
Żeby naszkicować zarys takiego gniazdka, na początku najlepiej byłoby dokładnie takie prawdziwe gniazdko obejrzeć, zbadać jego konstrukcję, przyjrzeć się jak wygląda z każdej strony... ale to raczej rzadko jest możliwe. A więc - warto przypomnieć sobie odrobinę wiadomości z geometrii brył, albo - z braku prawdziwego gniazdka - położyć przed sobą miseczkę albo połówkę jakiegoś okrągłego owocu, żeby mieć jakiś punkt zaczepienia, czyli wzorzec bryły.

Na początek rysuję więc ołówkiem czaszę, czyli mniej więcej coś zbliżonego do połówki kuli, w jej górnej części zaznaczam owalne jajeczka i zaczynam się bawić w szczególiki. Cienkopisem rysuję najpierw jajeczka, tylko ich górne części, tak żeby od dołu były "zanurzone"w gniazdku. Wycieniowuję je, szczególnie od dołu, a następnie daję ciemniejsze tło tuż za nimi - tam gałązki nie muszą być wyraźnie widoczne, a cień daje głębię. 

Teraz krótka fotorelacja - lecą kolejne etapy. Szkic ołówkiem na zdjęciu jest mało widoczny, ale zaraz potem to samo pociągnęłam cienkopisem:









Przyjrzyjcie się gałązkom tworzącym gniazdko - naszkicowałam na początku tylko po kilka patyczków, tak żeby zaznaczyć sobie kształt i kierunki, w jakich są ułożone. Nie ma na przykład prawie wcale pionowych czy idealnie poziomych linii. Wszystkie są lekko zakrzywione i krzyżują się tworząc nieregularny koszyczek.
Szczegóły samego gniazdka, czyli gałązki, rysuję stopniowo centymetr po centymetrze, zostawiając jasne gałązki, a zaciemniając miejsca między nimi. To oznacza, że nie jadę pisakiem od razu po długości całej gałązki, ale po kawałku, dorysowując po drodze fragmenty krzyżujących się i widocznych pod spodem patyczków. Robię to trochę na żywioł, nie bawiąc się w precyzyjne oznaczanie początku i końca każdej gałązki. 
Niektóre gałązki sterczą z gniazdka na różne strony, co sprawia, że wygląda ono naturalnie. Na koniec można jeszcze trochę bardziej wycieniować dół (czyli spód) gniazdka i ewentualnie zagłębienie, w którym są jajeczka. I już.



A to moja mała kolekcja gniazadkowo-piórkowych obrazków:



Wszystkie są narysowane cienkopisem Sakura Mikron 0,05mm na białym brystolu formatu A3 (około 30x40cm). Kiedyś pewnie doczekają się oprawy :).

Trochę mi się ten temat już znudził, ale może zrobię jeszcze kilka małych obrazków z gniazdkami - na gwiazdkowe prezenty dla znajomych :).

*****

niedziela, 22 października 2017

Książki o sztuce. "Autobiografia Alicji B. Toklas".

Dzisiaj opowiem o "Autobiografii Alicji B. Toklas" pióra Gertrudy Stein
No więc na początek najważniejsza kwestia: to wcale nie jest autobiografia Alicji Toklas. 
Kto w ogóle kojarzy tę osobę?

Pewnie znacznie więcej osób kojarzy film Woody Allena "O północy w Paryżu". Film, reklamowany głośno jako świetna komedia, komedią jest taką sobie, a filmem w ogóle - jak na Allena - też raczej średnim, choć urokliwym. Ale... to nie jest przecież recenzja filmu. 
Przypomnijmy wszakże ten moment, kiedy główny bohater przenosi się nagle do Paryża z lat dwudziestych XX wieku... Montmartre, artystyczna bohema, jakiś salon, w którym mnóstwo osób prowadzi rozmowy o sztuce, o życiu... Żeby w pełni smakować niuanse filmu, trzeba mieć minimalną wiedzę o kulturze i sztuce tego okresu. Pojawiają się tam bowiem znani do dzisiaj malarze i pisarze - Fitzgerald, Hemingway, Picasso, Dali... w dialogach przewijają się też inne znane nazwiska, między innymi Gertruda Stein, której bohater filmu - za namową Hemingwaya - ma pokazać rękopis swojej powieści. Następuje więc wizyta w jej domu, pojawiają się kolejni znani artyści...

No i wreszcie sama pani domu we własnej osobie - Gertruda Stein. 
A czy tę panią kojarzycie?

Pablo Picasso - portret Gertrudy Stein
Gertruda Stein - Amerykanka żydowskiego pochodzenia, dość wcześnie wraz z rodzicami zamieszkała w Europie, ostatecznie osiedlając się we Francji, w Paryżu. Pochodziła z dość zamożnej mieszczańskiej rodziny, co pozwoliło jej na rozwijanie swoich talentów i zainteresowań. Studia medyczne w zasadzie ukończyła, ale nie zaliczono jej jednego egzaminu, co niezmiernie ją ucieszyło, ponieważ gdzieś w połowie studiów była już nimi znudzona i nie zamierzała poświęcać się medycynie. 

Zainteresowała się natomiast obrazami, które sprzedawali paryscy marszandzi. Zaczęła kupować te dzieła, które były wówczas zupełnie nietypowe, nowatorskie, inne niż to, co wcześniej w malarstwie uważano za kanon. Obrazy kupowała za niewielkie pieniądze, ponieważ ich autorzy nie byli nikomu znani. Po 100-200 franków kupowała więc obrazy Maneta, Matisse'a, Cezanne'a, Picassa, Renoira, Gauguina, Daumiera... Wkrótce jej mieszkanie zawieszone było obrazami od podłogi po sufit. Mieszkała w Paryżu, więc wkrótce nawiązała bliskie znajomości z tymi artystami. Jej salon stał się szybko znanym miejscem, w którym niemal codziennie, a na pewno zawsze w sobotę, spotykali się artyści, pisarze i inni ludzie ze świata kultury i sztuki. Największa, długoletnia i bardzo zażyła przyjaźń łączyła ją z Picassem.

Sama Stein, oprócz tego, że stała się mecenasem sztuki, była modernistyczną, eksperymentującą pisarką, trochę poetką. Jej specyficzny styl pisania (liczne uporczywe powtórzenia, brak interpunkcji itd) powodował jednak, że wydawcy początkowo nie byli zainteresowani jej powieściami, więc pierwsze książki wydała własnym staraniem. Oprócz "Autobiografii Alicji B. Toklas" (najbardziej klasycznej w formie) jej znane książki to "Autobiografia każdego z nas" i "Czułe guziczki". W przygotowaniu ich do druku, korekcie, przepisywaniu, a później także w prowadzeniu domu i organizowaniu słynnych sobotnich kolacji z artystami,  pomagała jej przybyła także z Ameryki (ale z polskimi korzeniami) panna Alicja Toklas, która stała się także życiową partnerką Gertrudy Stein.

Dom Gertrudy Stein był więc ośrodkiem sztuki, w którym spotykali się wszyscy znaczący, ale także początkujący i poszukujący swojej drogi, a czasem wsparcia, twórcy tamtej epoki. 
Cudownie się czyta kolejne epizody, w których pojawia się mnóstwo wielkich nazwisk, sławnych postaci. Są to niby zwyczajne codzienne historyjki, jednak naładowane niezwykłymi dla dzisiejszego odbiorcy zdarzeniami. W każdym akapicie poznajemy jakieś ciekawostki z życia artystów tego przełomowego okresu, anegdotki, błyskotliwe uwagi Gertrudy Stein o jej gościach. Fantastyczny sposób na poznanie wielu znanych twórców z punktu widzenia współczesnej im osoby, znającej ich doskonale. 

A zatem - czym jest właściwie ta książka, jeśli nie tytułową autobiografią Alicji Toklas? Tak naprawdę jest to autobiografia samej Gertrudy Stein, pisana jednak w taki sposób, że Alicja Toklas jest narratorką, opisującą swoje życie u boku Gertrudy Stein. Siłą rzeczy główną bohaterką opowieści, wokół której dzieją się wszystkie opisane wydarzenia, jest oczywiście Gertruda Stein.

I może życie samej Gertrudy Stein nie byłoby dla nas dzisiaj aż tak bardzo interesujące, żebyśmy chcieli sięgać po jej autobiografię, gdyby nie jej zainteresowanie malarstwem i bliskie przyjaźnie z artystami wielkiej miary, o których tak interesująco potrafiła opowiadać. Była pierwszą kolekcjonerką obrazów kubistów, poza tym miała ogromny zbiór obrazów impresjonistów, pointylistów, modernistów, wielu z nich wspomagała finansowo.

Pierwsze wydanie "Autobiografii Alicji B. Toklas" stało się pewnego rodzaju sensacją. Wielu opisanych przez nią malarzy obraziło się na nią za napisane bez ogródek, czasem dość cięte i złośliwe opinie. Obraził się także Ernest Hemingway, który przez całe lata przynosił jej do oceny swoje rękopisy, a ona pewnego razu powiedziała mu (i co gorsza zapisała to w książce): "Erneście, zbiór obserwacji to jeszcze nie literatura". 

Trudno uznać za wielką literaturę tę książkę, ale jest to pozycja bardzo interesująca, dzięki wielkiej obfitości zawartych w niej ciekawostek o przedstawicielach ówczesnej  awangardy artystycznej. Warto ją przeczytać, żeby poczuć atmosferę Paryża z lat dwudziestych XX wieku. Spory fragment książki poświęcony jest także okresowi wojny, kiedy to Gertruda Stein, wraz z nieodłączną przyjaciółką Alicją Toklas, sprowadzają z Ameryki samochód marki Ford, przerabiają go na furgonetkę, i jako wolontariuszki zajmują się pomocą rannym żołnierzom, dostarczają prowiant do szpitali, same przenoszą się z miejsca na miejsce. Sporo jest przy tym specyficznych opisów wydarzeń z punktu widzenia lokalnego obserwatora, które nie wnoszą może interesującej wiedzy historycznej, ale w nieco groteskowy sposób dają pojęcie o tym, jak przeżywali różne wojenne zdarzenia ówcześni mieszkańcy Paryża czy innych miast.

Opinie wyrąbane bez ogródek, smaczki z życia paryskiej bohemy pierwszych 30 lat XX wieku, barwny dokument tamtej fascynującej epoki, a przy tym dość dziwny styl pisarski Stein  - sprawiają, że warto sięgnąć po tę książkę. 
A jako lekturę obowiązkową polecam przed obejrzeniem filmu "O północy w Paryżu" :).

Alicja Toklas (po lewej) i Gertruda Stein w ich salonie w Paryżu, fot. Man Ray, wyszperane w internecie - to zdjęcie zdobiło niegdyś obwolutę mojej książki, niestety uległa zniszczeniu i przepadła.

*****

niedziela, 15 października 2017

Wariacje okołopiórkowe.

Piórka wciągnęły mnie z siłą wodospadu!
Narysowałam ich sporo, niektóre wzorowane na znalezionych prawdziwych piórach równie prawdziwych ptaków, inne takie trochę z wyobraźni, ale bez jakichś zupełnie odjechanych i fantastycznych odstępstw od natury. Powstały z tego różne kompozycje związane z tematem piórkowym: gniazdka, jajeczka i takie tam - w takim trochę graficzno-plakatowym stylu. Każdy rysunek wykonany jest czarnym cienkopisem 0,05mm (czyli cieniutkim) na białym brystolu formatu A3.


Uwielbiam rysunek - ołówkiem i tuszem. Dawniej do tuszu używałam piórka, ale teraz jest taki wybór cienkopisów, że pytanie może być tylko - jakie wybrać? Najczęściej używam takich z twardymi i bardzo cienkimi końcówkami. Piórka rysowałam cienkopisem 0,05 mm, mandale - ciut grubszym.




Hmmm... Ten rysunek fajnie wyglądał, dopóki oglądałam go na żywo, ale na zdjęciu widzę, że trochę za bardzo rozjechały się elementy kompozycji. Nawet się zastanawiam, czy go tak zostawić, czy podzielić na mniejsze - osobno obrazek z gniazdkiem i drugi na przykład z dwoma piórkami. Jeszcze to przemyślę. Z gniazdka jestem bardzo zadowolona, piórka też niczego sobie, ale całość jakoś nieszczególnie mnie zachwyca. Miało być tak plakatowo, ale może lepiej by wyglądała martwa natura z tymi elementami... Kiedyś spróbuję to tak właśnie narysować.

Wszystkie rysunki w formacie A3 (ok. 30x40cm)


To ja Wam teraz coś opowiem...

Jakoś pod koniec podstawówki (ośmioklasowej) zaczęłam chodzić na zajęcia plastyczne do domu kultury. 

Tak się złożyło, że trafiłam tam nie na początku roku szkolnego, tylko trochę później. Wszyscy pracowali już nad jakimś tematem i nie było sensu, żebym ich doganiała, więc pani kazała mi usiąść przy oknie i narysować ołówkiem drzewo, które rosło przed budynkiem. 
Była już zima, stare drzewo bez liści, tylko plątanina konarów...


Zawsze później, jak sobie tamten moment przypominałam, to nieodmiennie przychodził mi na myśl Wyspiański (i nie ma to żadnego związku z jego biografiami, które akurat czytam), który pod koniec życia był przykuty do łóżka i jedyne, co mógł z natury rysować, to był widok z okna na Kopiec Kościuszki. Powstał wtedy cały cykl pasteli z tym widokiem, w różnych porach roku. Robią na mnie raczej przygnębiające wrażenie, zwłaszcza te jesienno-zimowe, takie szaro-bure, z brudnym rozjeżdżonym śniegiem na drodze i gołymi konarami drzew...



Wyspiański - Widok z okna pracowni na kopiec Kościuszki

Wtedy, siedząc na parapecie okna w domu kultury, byłam mocno zdegustowana takim tematem, zadanym przez panią od plastyki. Chciałam malować farbami, miałam wizję kolorowych obrazów, a tu mam ołówkiem rysować suche badyle... 
Ale zabrałam się za to szkicowanie, najpierw bez przekonania, jednak w miarę pracy zaczynało mnie to wciągać. 
To był chyba mój pierwszy taki szkic z natury. Wyrysowałam i wycieniowałam całą koronę, rozczochrane konary, plątaninę gałęzi. Byłam bardzo dumna z tego rysunku, a pani od plastyki była zachwycona :).

Parę lat później, w klasie maturalnej, kiedy przymierzałam się do studiów na ASP (ostatecznie nie poszłam - opór rodziny był zbyt silny), pokazywałam swojej profesorce różne swoje obrazy i rysunki, a wśród nich znalazł się także stary rysunek z drzewem... Profesorka oglądała i komentowała obrazy, ale szczególnie ożywiła się przy tym rysunku. Powiedziała: "O, to! to jest najlepsze, takie twoje, to jesteś ty, rób to!".
Ja nie za bardzo wtedy to do siebie przyjęłam, bo pociągał mnie kolor, chciałam malować, a rysunek traktowałam tylko jako takie tam sobie ćwiczenie, albo roboczy szkic do obrazu. 

Dzisiaj dociera do mnie, że rysunek jednak zawsze był dla mnie odskocznią po średnio udanych obrazach. Z rysunków jestem częściej zadowolona niż z obrazów. Sam proces rysowania wywołuje często uśmiech na mojej twarzy. Malowanie nie daje mi takiej frajdy, bo rzadko jestem z rezultatów zadowolona.

Najbardziej lubię rysunek tuszem. 
Lubię wyraziste linie, kontrast głębokiej czerni na białym gładkim brystolu. 
Dlatego rysuję :).

No to jeszcze jeden rysunek z serii piórkowej:


Na tym z kolei rysunku jajeczka wyszły mi trochę metaliczne, za to bardzo mi się podobają te pasiaste pióra :).
Zastanawiałam się, czy dorysować cienie poszczególnych przedmiotów - obrazki byłyby wtedy "pełniejsze" - ostatecznie jednak zdecydowałam się zostawić to w taki sposób. 

A teraz tęsknię już za kolorami, wyciągnęłam stare pastele, na razie przypominam sobie tę technikę, robię małe wprawki... Zobaczymy, co z tego wyniknie :).


*****