Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 września 2026

Wesołe jest życie staruszka oraz globalna kicha na blogspocie.

Poważnie się zastanawiam, czy to już agonia bloggera na blogspocie? Coraz gorzej się dzieje, znikają przydatne funkcje, nie aktualizują się posty na listach czytelniczych, a teraz jeszcze spierniczyło się pisanie komentarzy, zarówno u siebie jak i u innych. I nie podpowiadajcie mi, żeby wyczyścić pamieć podręczną i inne takie bzdety, bo to wszystko już zrobiłam. I nic. Inni też mają ten problem, niektórzy nie, ale epidemia trwa i się rozlewa... Jak to elegancko określiła Teatru - chujnia z patatajnią. Kompromitacja informatycznego narybku bloggera. Albo celowe działanie, żeby się ludzie sami stąd wynieśli. No i szkoda, bo było fajnie, pierwszy blog założyłam właśnie na bloggerze jakieś ćwierć wieku temu i bardzo mi się tutaj w blogosferze spodobało. Ale jak widać nic nie jest wieczne, idą zmiany, nie zawsze na lepsze, niestety. No zobaczymy, może się odetka... W każdym razie informuję, że próbowałam pisać komentarze na kilku blogach oraz odpowiadać u siebie, niestety na razie nie da się ich opublikować.

Wspomniałam niedawno gdzie mieszkam, więc dzisiaj jako ilustracje zamieszczam kilka fotek domowych, żeby nie było wątpliwości. Wszystkie skorupy to oczywiście bolesławiecka ceramika.


na kuchennym stole

na kuchennym blacie

Zbieranina taka w różnych wzorach, jako pełny komplet jest tylko serwis herbaciany (i jeden jeszcze w całkiem innych wzorkach stoi zapakowany w pudle). Po różnych szafkach są jeszcze upchane pojedyncze kubki, filiżanki ze spodkami oraz półmiski i naczynia do zapiekania wyciągane na okazje imprezowe. To są solidne rzeczy, wytrzymujące spokojnie zarówno piekarnik jak i zmywarkę, ale dość ciężkie, więc na codzień tych dużych naczyń raczej nie używam.


O tym serwisie już kiedyś opowiadałam, jak to przypadkiem odkryłam go w pudle, o którym mąż mi tylko wspomniał, że dostał od kogoś jakąś ceramikę...


W zasadzie wszystkie bolesławieckie skorupy, jakie mam, dostaliśmy przy różnych okazjach, jakieś okolicznościowe podarki, pożegnania, uczczenia, podziękowania itp, czasem jakieś loterie charytatywne. Jeśli coś kupiłam, to dlatego, że sama dawałam w prezencie. Ale w planie dla siebie mam wazę na zupę, a w marzeniach cały serwis obiadowy, w upatrzony wzór z przewagą bieli i kobaltowymi kropeczkami. Oczywiście zawsze są ważniejsze rzeczy na liście zakupowej, a serwis za parę tysi spada na dalsze miejsce.

********


Jakiś czas temu Renata z bloga "Kalejdoskop Renaty" sporządziła listę swoich drobnych przyjemności, takich zwyczajnych, codziennych, które składają się na poczucie szczęścia. Wśród nich najzabawniejsze wydało mi się "Obudzenie się z bólem kręgosłupa, a nie z innym, poważniejszym problemem" :))). I tak sobie pomyślałam, że faktycznie, trzeba się cieszyć tym, co się ma i odczuwać wdzięczność, że nie jest gorzej. Warto czasem porównać się z tymi, co mają gorzej, a nie wzdychać, że inni mają lepiej. I bardzo podoba mi się hasło Teatralnej, że trzeba sobie robić święto każdego dnia. Bardzo słusznie. Oczywiście nie zawsze można poszaleć na maksa, ale przynajmniej wydłubać dla siebie rodzynki z tego tortu zwanego życiem.


Dobre życie nie oznacza luksusu.
Dobre życie oznacza, że nawet siedząc
na kamieniu, umiesz siedzieć radośnie.

Sadhguru

Młodość to stan umysłu. Oboje z mężem jesteśmy emerytami, w wieku więc dość słusznym, a jednak wszyscy dają nam "na wygląd" mniej lat niż mamy. To chyba w dużej mierze sprawa wewnętrznego światłą i spokoju, równowagi umysłowej, nastawienia do świata, życia, ludzi w ogóle i samych siebie w szczególności. A my mamy to nastawienie jak najbardziej pozytywne. Zwłaszcza do siebie i życia :))).


Przyjdzie taki czas,
gdy z uniesieniem
siebie powitasz, stojącego
u swego progu, w swoim lustrze
i uśmiechniecie się na powitanie
i powiesz, usiądź tu. Jedz.
Pokochasz nieznajomego, swoje byłe ja.
Podaj wino. Podaj chleb. Oddaj serce
swemu nieznanemu, porzuconemu,
sercu, co cię zawsze kochało.
Zdejmij z półki miłosne listy
fotografie, daremne bileciki,
zedrzyj z lustra swe odbicie.
Siądź. Świętuj własne życie.

(Derek Walcott, "Miłość po miłości")

Dzisiaj piszę tak trochę nieskładnie, co mi tam do głowy przyszło, bo różne tematy się zbierają i wiszą mi potem w zaczętych postach, więc dzisiaj to i owo wyrzucam od razu...

********


Przeczytałam gdzieś kiedyś uwagę na temat nauki języków, że nie ma sensu uczyć się jakiegoś języka (chyba chodziło o japoński), żeby raz w życiu pojechać na parę dni do tego kraju, gdzie prawdopodobnie i tak można się dogadać w bardziej powszechnym angielskim dajmy na to. No więc według mnie to jest tak, że sensem może być sama frajda z nauki. Ja się uczę włoskiego, chociaż nie jest pewne czy kiedykolwiek pojadę do Włoch, wcale nie planuję, a jak już pojadę to też pewnie na tydzień, może raz czy dwa w życiu. I nawet nie wiem, czy będę miała odwagę odezwać się po włosku :). Lubię uczyć się nowych rzeczy, włoski mi się spodobał bo jest dość łatwy, komuś może się podobać japoński czy chiński, bo trudny i chce mieć satysfakcję, że się nauczył takiego trudnego języka. A jaki jest sens w kolekcjonowaniu różnych dziwnych rzeczy? Jednym z dziwniejszych zbieractw jest dla mnie kolekcjonowanie magnesów na lodówkę. Po pierwsze lodówka oblepiona tymi magnesami wygląda moim zdaniem okropnie, równie dobrze można by ją upaćkać pisakami albo plasteliną, ja nie cierpię takiego ozdóbstwa. No a wielu ludziom się to podoba, jest przecież cały przemysł produkcji magnesów lodówkowych. Może to nie jest pragmatyczne, ale widocznie dla mnóstwa ludzi - przyjemne w jakimś sensie. A ja mam tak, że lubię się uczyć nowych rzeczy.

********


Praktykuję jogę. Sama. Nauczyłam się pół wieku temu. Nie lubię sal gimnastycznych, sportowych zajęć zbiorowych. Nie są to systematyczne sesje, ale staram się codziennie chociaż chwilkę przeznaczyć na jakieś ćwiczenia, choćby powitanie słońca, taki klasyk, oprócz tego joga twarzy i ćwiczenia szyi w wolnych chwilach. Nigdy nie byłam typem sportowca, nie lubię biegać, jeździć na rowerze, grać w jakieś gry zespołowe, skakać aerobikowo. Miałam w życiu krótki epizod gry w siatkówkę, nawet się wciągnęłam, ale to było w liceum - szkoła skupiała się na selekcji do reprezentacji, a ja wybitna w tym nie byłam, więc moja kariera siatkarska skończyła się po dwóch latach, a potem to już nie bardzo było gdzie i z kim grać. Zdecydowanie natomiast jestem chodziarzem, uwielbiam łazić, chodzić na krótsze spacery i długie wędrówki. Z mężem i jego psem chodzę więc codziennie na spacery, a właściwie to z naszym Dżemikiem trzeba powiedzieć, że na marszobiegi :). Przeważnie około godzinki. Dawniej chodziłam do i z pracy (około 1,5 km w jedną stronę, chyba że jeszcze zahaczyłam o punkty handlowe, to dużo więcej. Teraz do pracy już nie chodzę, więc idę do miasta z mojej wsi (osiedla za rzeką) - żeby się przejść, pod dowolnym pretekstem, po przysłowiową gazetę. Po drodze mam rzekę, więc czasem idę dłuższą drogą, wzdłuż rzeki od jednego mostu do drugiego i dopiero tam kieruję się do miasta. Pięknie tam zawsze było, mnóstwo zieleni, widoki, ptactwo wodne itd... Ostatnio trochę jest niestety plac budowy mocno rozgrzebany, bo powstał właśnie nowy most, a stary jest wyburzany i powstanie drugi równoległy, co ma rozładować wieczne korki w tym wąskim gardle. Na razie mamy ciągły armagedon, co chwila zmiana organizacji ruchu, a pieszo to całkiem można się w tym zaplątać i latać trzeba dookoła...


********

Wystawiłam na próbę kilka starszych obrazków na ArtMadam. Zobaczymy, przyglądam się jak to tam w ogóle działa, no szału nie ma. Nie wiem według jakiego algorytmu portal pokazuje rzeczy na pierwszych stronach, mam wrażenie że to jakieś zaprzyjaźnione osoby tam wystawiają, bo są promowane te same nazwiska/firmy od lat. Nowości szybko giną zasłonięte nowszymi nowościami, no bo jednak niektórzy tam hurtowo produkują i sprzedają. W kategorii obrazy długo tych moich prac w ogóle nie było, w końcu gdzieś tam się pojawiły, może ktoś musiał ręcznie korbką zakręcić... W każdym razie podpowiedź dla zainteresowanych: jak masz mało prac, to szybko tam zginiesz, warto sukcesywnie i często wstawiać coś nowego, to jest szansa, że jak ktoś zawiesi oko na jednym przedmiocie, to przy okazji zajrzy na pozostałe wystawiane przedmioty. Dużej nadziei z tym nie wiążę, bo nie produkuję taśmowo (ani arcydzieł, bądźmy szczerzy), na razie wypycham tylko zalegające po kątach obrazki, bo a nuż... Na olx i temu podobnych raczej nie planuję sprzedawać, liczę bardziej na kanały prywatne, bo tutaj zawsze zainteresowanie było, tylko że ja dotychczas nie chciałam bawić się w sprzedawanie. Daję sobie czas do końca września, jak się coś sprzeda na ArtMadam to pojadę z tym dalej, a jak nie, to sobie tę formę odpuszczę.

********

A co czytam? Dawno nie pisałam o książkach... Aktualna lektura to:

  • TERESA KOWALIK, PRZEMYSŁAW SŁOWIŃSKI - "Królewski dar. Co Polska i Polacy dali światu" - część I "Wynalazcy, odkrywcy. badacze". Wyd. Zona Zero Sp. z o.o., Warszawa 2020r, s. 590.


Przeglądam i czytam z tego to co mnie akurat zaciekawi. Są to notki o ponad stu naszych rodakach ze świata nauki, konstruktorach i wynalazcach. Wielu nazwisk nie kojarzyłam do tej pory, a okazuje się, że bez nich świat wyglądałby inaczej. Bardzo ciekawie napisane krótkie opowiadania zawierające zarówno dane biograficzne bohaterów książki, jak i opis najważniejszych ich dokonań oraz często - interesujące anegdoty z życia.

Dla przykładu - dzisiaj moją uwagę przykuły opowieści o Patku i o Banachu.

Stefan Banach (1892-1945) - podobno najwybitniejszy polski matematyk. Z trudem zdał maturę, ukończył tylko dwa lata studiów. Ale w 30. roku życia był już profesorem uniwersytetu i matematykiem o światowej sławie. Ciekawa jest historia jak do tego doszło... Otóż pewnego pięknego dnia, siedząc na ławce na krakowskich plantach, dyskutował z kolegą o całce Lebesgue'a. Przechodzący obok matematyk Hugon Steinhaus zaintrygowany tak niecodziennym tematem zasłyszanej rozmowy zatrzymał się i zapoznał z dyskutantami. Banach pomógł Stenhausowi rozwiązać pewien problem matematyczny, nad którym tamten od dawna się biedził, no i tak nawiązała się współpraca obu panów. W roku 1920 Banach otrzymał na politechnice lwowskiej, gdzie zatrudniony był Steinhaus, stanowisko asystenta, a rok później uzyskał tytuł doktora. To ostatnie też miało dość niecodzienny przebieg. Otóż Banach, namawiany przez współpracowników do napisania pracy doktorskiej, bronił się przed tym mówiąc, że jeszcze nic wielkiego nie osiągnął, więc o czym tu pisać. Jednak jego zwierzchnicy mieli inne zdanie na ten temat, jeden z nich w końcu opracował wszystkie dokonania Banacha, co uznano za doskonałą pracę doktorską. Pewnego dnia Banacha zaczepił ktoś na korytarzu uczelnianym i poprosił, żeby zaszedł na chwilę do dziekanatu, bo są tam jacyś ludzie, którzy mają pewne problemy matematyczne, a on z pewnością mógłby im je doskonale wyjaśnić. Tak więc Banach poszedł do dziekanatu i chętnie odpowiedział na wszystkie pytania, nie mając pojęcia, że właśnie zdał egzamin doktorski przed komisją sprowadzoną specjalnie na tę okoliczność z Warszawy.

Rok 1922, w którym praca doktorska Banacha została opublikowana, uważa się za datę przełomową w historii matematyki XX wieku. Ugruntowane w tej publikacji podstawy analizy funkcjonalnej stały się fundamentem dalszego rozwoju matematyki i nauk przyrodniczych, a w szczególności fizyki. Wiele pojęć i metod przez niego stworzonych i opracowanych znalazło zastosowanie w fizyce kwantowej. Był jednym z twórców tzw. lwowskiej szkoły matematycznej. W opowieści o Banachu autorzy przytaczają jeszcze więcej niezwykłych szczegółów, ciekawostek i dykteryjek. Bardzo ciekawa historia.

Antoni Patek (1811-1877) to z kolei postać bardziej znana, chociaż może nie wszyscy zdają sobie sprawę, że to właśnie nasz rodak stworzył markę, która ponad 150 lat od jego śmierci uważana jest za producenta najbardziej ekskluzywnych zegarków na świecie. W młodości brał udział w powstaniu listopadowym, następnie organizował szlak ewakuacyjny powstańców z Prus do Francji, gdzie na pewien czas osiedlił się i pracował jako zecer, potem w Szwajcarii handlował winem i likierami, a także uczył się malarstwa, ostatecznie zaś wylądował w Genewie i zajął się tam zegarmistrzostwem. Początkowo kupował gotowe mechanizmy i robił dla nich artystyczne koperty, sprzedając następnie z odpowiednim zyskiem. Mając 28 lat wraz z innym weteranem powstania, Franciszkiem Czapkiem, przy najdroższej ulicy w Genewie otworzył manufakturę zegarmistrzowską. Aby wejść na szwajcarski rynek, słynący z najwyższej jakości zegarków, musieli być lepsi od najlepszych. Początkowo wyspecjalizowali się w zegarkach kieszonkowych, których mechanizmy były wytwarzane z największą precyzją, a koperty ozdabiane miniaturami, najczęściej o charakterze patriotycznym lub religijnym. Odbiorcami byli przeważnie polscy emigranci. Jeden z tych zegarków, w srebrnej kopercie z białym orłem, kupił Adam Mickiewicz. Dwa lata po uruchomieniu manufaktury, wspólnicy wprowadzili na rynek pierwszy zegarek z niezależnym sekundnikiem. Po kilku latach wspólnicy jednak rozeszli się, ponieważ mieli inne wizje dalszego rozwoju firmy. Patek stawiał na nowoczesne rozwiązania, zatrudniał uzdolnionych zegarmistrzów, którzy wprowadzili sporo nowych pomysłów i wynalazków. Podczas wystawy przemysłowej w Paryżu w roku 1844 Patek poznał Adriena Philippe'a, który także miał na koncie kilka wynalazków rewolucjonizujących mechanizmy zegarowe. Wspólnie przystąpili do realizowania wielkich ambicji - robienia zegarków nowoczesnych, najlepszych, najpiękniejszych i najbardziej funkcjonalnych. W 1851 powstała spółka Patek Philippe & Cie, która istnieje do dziś.

Oryginalne ornamenty zdobiące zegarki były wytwarzane przez samego Patka. Artystyczne wykończenie wraz z doskonałą, nowoczesną technologią, okazały się najlepszą receptą na sukces. Na Wielkiej Wystawie Światowej w Londynie w 1851 roku firma Patek Philippe & Cie odniosła spektakularny sukces, otrzymując złoty medal za swoje wyroby. Przypieczętowała ten sukces królowa brytyjska Wiktoria, kupując zegarek z kwiatowym wzorem z diamentów i nosząc go później jako broszkę przypiętą do sukni. Po tych sukcesach firma Patka stała się ulubioną manufakturą zegarmistrzowską w kręgach arystokracji. Eksluzywne zegarki, pełniące zarazem rolę biżuterii i podkreślające bogactwo i pozycję społeczną właściciela, stały się towarem bardzo pożądanym przez milionerów i koronowane głowy. Patek tę modę wykorzystał, dostosowując podaż do popytu. najdroższy niejubilerski zegarek świata został wykonany w 1933 roku dla pewnego bankiera. W 1999 roku został sprzedany na aukcji Sotheby's za 24 miliony dolarów. Praca nad nim trwała 8 lat. Tłem dla wskazówek jest zmieniająca się codziennie mapa nieba widzianego w danym dniu nad nowojorskim Central Parkiem. Zegarek wygrywa melodię londyńskiego BigBena, użyto w nim 920 komponentów oraz 24-karatowe złoto. A w Genewie znajduje się muzeum firmy Patek Philippe, gdzie na czterech kondygnacjach zgromadzono około 2 tysięcy zegarków i innych eksponatów.

To tylko dwa przykłady, a opowieści jest około setki. Bardzo ciekawa książka, polecam :).

********

niedziela, 10 maja 2026

Co ma PESEL do podróży?

Ostatnio zarobiona jestem w pracy, ale odliczam już dni do zamknięcia firmy, 31 lipca finito! Trochę mi dziwnie, bo to jednak kawał życia w tej robocie (która miała być na chwilę), ale nie jestem sentymentalna, więc przede wszystkim raduję się faktem, że będę miała mnóstwo czasu na przyjemne zajęcia. Jest trochę armagedonu z tym zamykaniem firmy, mnóstwo spraw do ogarnięcia, ale nic to, potem już dolce far niente oraz spełnianie marzeń! Na razie nie mam nawet zbyt wiele czasu (ani siły) na porządki w obejściu, coś tam robię w domu i ogrodzie tylko tak z doskoku. Na dopieszczanie otoczenia będzie czas pod koniec lata. Urlopu z wyjazdami też na razie nie planuję, dopiero we wrześniu mamy jechać na Węgry, mąż naciska, bo on ze względów zdrowotnych uwielbia te ich wody termalne. Mamy kilka ulubionych miejscówek. I może morze. Też jesienią. Nasze polskie morze oczywiście, bo to z kolei ja uwielbiam, a wieki nie byłam, chociaż dawniej to był obowiązkowy punkt w planach urlopowych, w różnych porach roku, łącznie z pięknym śnieżnym Sylwestrem któregoś roku. Są trzy miejsca na świecie, w których mogłabym mieszkać - nasze wybrzeże, Bieszczady i Kraków. Najlepiej na zmianę. Ale ze wskazaniem na Bałtyk.

W temacie spełniania marzeń na emeryturze ostatnio trafiły mi się dwie czy trzy rozmowy o korzystaniu z życia przez emerytów. Jako że przez pomyłkę w peselu jestem już podobno w wieku dość zaawansowanym, co nieustająco niezmiernie mnie dziwi, to i znajomych mam też sporo emerytów lub prawie-prawie. Przedział 50-70+. No i tak sobie myślę, że to jest chyba tak, że ciągnie swój do swego. Ci, co podróżują, trzymają sie bliżej tych, co też kochają podróże, "manualni" czyli rozmaici twórcy, rękodzielnicy itp - szukają ludzi o podobnych zainteresowaniach, naukowcy, politycy itd - wolą przebywać wśród osób dzielących z nimi te pasje. 

Wykreśliłam dawno temu z listy znajomych rozmaitych osobników, których nie mogłam strawić. Marudy, pesymiści, szukający problemów, politykujący, pieniacze, wiecznie niezadowoleni itd. Różnie w życiu bywało i czasem człowiek był zmuszony utrzymywać jakieś tam kontakty z takimi negatywnymi osobnikami, ale na szczeście teraz już nic nie muszę i to jest dobry aspekt słusznego wieku i stabilizacji życiowej, zawodowej itd. Unikam ludzi, którzy wiecznie narzekają, gadają o problemach - zwykle zresztą bardziej wydumanych niż realnych, z niczego nie są zadowoleni, obgadują wszystkich dookoła, w dodatku wszystko wiedzą najlepiej. Niektórzy z nich owszem nawet podróżują po świecie, bo mają czas i pieniądze, a jednak uważam ich za nudnych starych zrzędów. W mojej ocenie mają smutne, nudne życie, bez pasji. A pasją mogą być rozmaite rzeczy. 

Niedawno spotkałam dawno nie widzianego starszego pana, który kiedyś miał drobny biznesik oraz gospodarstwo rolne. Taki prosty człowiek, jak to się mówi. W zasadzie to poza tym, że pomagałam mu dawniej służbowo w pewnych sprawach, nie bardzo miałam z nim o czym rozmawiać. Przynajmniej tak mi się wydawało. No więc tak grzecznościowo go zapytałam co też teraz porabia, bo wiem że ów biznesik zlikwidował, gospodarstwo mocno okroił i korzystał z zasłużonej, choć mało płatnej, emerytury. Myślałam, że siedzi tam na tej swojej wsi i karmi kury. A pan się rozgadał i widziałam, że oczy mu się zaiskrzyły, bo wsiadł na ulubionego konika. A otóż się okazało, że on jest pasjonatem naszych pobliskich Karkonoszy. Jak mi zaczął opowiadać ile to on szlaków i bezdroży w tych górach obszedł, to mi  z kolei oko nieco zbielało, a potem jeszcze się okazało, że on nie tylko po tych górach chodzi, ale też czyta, rozmawia z mieszkańcami, dopytuje, szuka dawnych śladów po obiektach, które tu niegdyś były, szuka rozmaitych tajemniczych miejsc z historią albo legendą, zbiera minerały, bada skały i rośliny. Nawet zaprenumerował sobie czasopismo jakieś niszowe o tych Karkonoszach. No byłam w lekkim szoku. W życiu bym nie pomyślała, że on w ogóle coś czyta, a jeszcze że ma taką dogłebną wiedzę o kawałku naszego regionu... Zaimponował mi.

Drugi pan, z którym też niegdyś miałam trochę służbowych kontaktów, po zamknięciu firmy i przejściu na emeryturę lubił sobie czasem pojechać na jakąś wycieczkę, no i na jednej wycieczce w Rzymie kolega go namówił na kupno na jakimś targu starej monety, mówiac że to ciekawy egzemplarz, że mu się opłaci, że zarobi itd. Kupił z ciekawości, bo na zarobku mu specjalnie nie zależało, bo majętny był. Ale w domu zaczął szukać informacji i tak stopniowo wciągnął się w temat, a że nic innego nie miał do roboty, to koło 70-tki stał się numizmatykiem, kolejne wyjazdy były nastawione na poszukiwanie ciekawych monet, spotkania z innymi kolekcjonerami, giełdy itd. Przy okazji zaczął też interesować się malarstwem, wyszukiwał na tych giełdach obrazy dawnych mistrzów, czasem trafiały się jakieś perełki. A w wolnych chwilach organizował w swoim domu i ogrodzie imprezy, których uczestnicy w zimie korzystali z domowej sauny, a następnie na golasa harcowali po śniegu, gorsząc sąsiadów - o czym donieśli mi właśnie ci sąsiedzi, przypadkiem też moi znajomi. A towarzystwo całe pod 70-kę. Wesołe jest życie staruszka :).

Mam też grono znajomych w podobnym wieku, którzy spotykają się w klubie włóczykija i co tydzień jeżdżą na jakieś wycieczki. Wycieczki są jednodniowe, więc niezbyt dalekie, ale bardzo urozmaicone. Raz po jakichś rezerwatach przyrody, raz zwiedzanie zamków czy ruin, to znów wędrówki po górach, odwiedzanie muzeów i manufaktur, albo spacery po ciekawych miasteczkach z wygadanym przewodnikiem. 

Są i tacy, co lubią dalekie i egzotyczne podróże, niektórzy co chwila gdzieś latają. Co prawda niektórzy z nich po powrocie rozmawiają tylko o hotelach, bo niewiele więcej widzieli, ale są i tacy, co sami sobie organizują zwiedzanie okolic, czasem dość ekstremalnie. Niektórych nosi po bardziej sportowych destynacjach, więc wyczynowe rowery, wspinaczki, narty, joga itp. No i grupa artystów albo prawie-artystów, w każdym razie osoby, które coś tworzą, rzeźbią, malują itp. Spotykają się w pracowniach, jeżdżą na wystawy. Inni uczą się tańca czy śpiewu. Wiele z tych osób pomimo osiagnięcia wieku emerytalnego nadal pracuje, prowadzi biznesy. 

Lubię i bardzo szanuję ludzi, którzy mają pasję. Interesują się jakimś tematem i mają o nim dużą wiedzę. Nie pamiętam kto to powiedział; "można być w kropli wody odkrywcą, a można wędrując dookoła świata przeoczyć wszystko". W jednym komentarzu na innym blogu przeczytałam taką diagnozę: "jedni podróżują do śmierci, a inni urodzili się starzy". Aha, czyli jak nie podróżuję, to znaczy, że urodziłam się stara? To chyba nie o to chodzi z tą starością. Dla mnie starzy są ludzie, którzy mają stare mózgi. Narzekają, zrzędzą, nie mają żadnej pasji czy zainteresowań poza ocenianiem i krytykowaniem innych. Ja mam plany i marzenia, mam mnóstwo zainteresowań, lubię się uczyć nowych rzeczy, poznawać nowych ludzi. Koło 60-tki zrobiłam podyplomowe studia rolnicze (bo był pomysł kupienia paru hektarów, a nikt w rodzinie nie miał uprawnień, no to kto, jak nie ja) i bardzo się w ten temat wciągnęłam, doczytywałam sporo poza programem. Uczę sie włoskiego, bo tak. Wcale niekoniecznie muszę jechać do Włoch, bo mnie tam nie ciągnie. Widocznie jestem stara?Napisałam niedawno znajomemu pracę inżynierską, chociaż nie mam nic wspólnego z jego dziedziną. Pomógł mi dostarczając literaturę i notatki z wykładów, ale jednak musiałam się tego nauczyć, zrozumieć, zrobić projekt, tabelki i wykresy, rozwiązać zadania - w dodatku w trybie mocno przyśpieszonym, bo terminy goniły. Zresztą wiele razy w życiu pisałam dla znajomych albo za pieniądze prace dyplomowe i magisterskie, jakieś  referaty. Od pielęgniarstwa, przez ekonomię, filozofię, socjologię, informatykę, po tematy politechniczne. Pracuję umysłowo (o pracy zawodowej opowiem jak już z tym skończę), czytam, interesują mnie rozmaite tzw. poważne tematy. W wolnym czasie maluję obrazki. Ale ktoś mówi, że jestem stara, bo nie podróżuję. A ja rozmawiam z "podróżnikami" i często się okazuje, że o miejscach, które odwiedzili, wiem więcej niż oni. Dla mnie to oni są starzy. Oczywiście są różne kategorie podróżników, ale właśnie o to chodzi, że nie można tak wszystkich wrzucać do jednego worka. 

Jakiś czas temu pisałam na blogu o książkach o starości. A może niezupełnie o starości, ale o tym, jak można korzystać z życia mając 70, 80 czy nawet 90 lat. I jak młody można mieć umysł w starym ciele. Wklejam fragmenty z tamtych wpisów:



Justyna Dąbrowska "Miłość jest warta starania. Rozmowy z mistrzami" . Rozmówcami autorki są między innymi: Andrzej Strumiłło, Kazimierz Kutz, Ryszard Horowitz, Tadeusz Rolke... Dopiero po czwartym chyba rozdziale zorientowałam się, co łączy te wszystkie osoby. Otóż jest to pokolenie dzisiejszych niemal (lub ponad) 90-latków! Każde z nich przeżyło jedną lub dwie wojny, bagażem doświadczeń mogliby obdzielić tysiąc osób. W rozmowach opartych o podstawowy zestaw pytań przewijają się wątki z niezwykłych życiorysów tych wszystkich fascynujących postaci ze świata nauki, kultury, sztuki... Co ciekawe - niemal wszyscy oni są u schyłku życia nadal aktywni, praca, którą wykonują, jest wciąż ich pasją. Są rozmowy o przemijaniu, sensie życia, śmierci, niezwykłe przemyślenia, mądre uwagi. I uderzająca pogoda ducha, kontrastująca z powszechną tendencją do narzekania i krytykowania wszystkiego i wszystkich. Na pytanie, co jest w życiu najważniejsze, odpowiadają różnymi słowami, ale zazwyczaj okazuje się, że najważniejsza jest miłość, pasja, rodzina. Fascynująca książka, do czytania i wracania do niej.

Justyna Dąbrowska "Nie ma się czego bać. Rozmowy z mistrzami". Zbiór fascynujących wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury, nauki, ludźmi w wieku mocno zaawansowanym, a jednocześnie pełnymi optymizmu i werwy, bardzo aktywnymi, zaangażowanymi w rozmaite prace i przedsięwzięcia, dzielącymi się swoimi jakże mądrymi i pozytywnymi przemyśleniami o życiu, o wartościach, o tym, co jest ważne. Lektura bardzo budująca, budząca ciepłe uczucia, szalenie pozytywna, dobra na stany depresyjne i długie jesienne wieczory.

Ale co powiecie na przykład o Simonie Kossak, która nie wiem czy gdzieś w życiu w ogóle podróżowała, ale na pewno nie podróże były jej pasją, tylko przyroda, zwłaszcza ta nasza, lokalna, żadne tam egzotyczne cuda. I tutaj chciałam podlinkować wpis o cudownej książce o Simonie, ale... nie znalazłam go na blogu. A byłam pewna, że pisałam. No to teraz w paru zdaniach napiszę.





  • LECH WILCZEK - "Moje życie z Simoną Kossak". Wydawnictwo Marginesy, 2023r, s. 335.

Cudowna opowieść partnera życiowego Simony Kossak, bogato okraszona jego niesamowitymi zdjęciami, a także fotografiami z albumów rodzinnych. Simona - ostatnia w prostej linii ze sławnego rodu Kossaków, porzuciła tętniącą życiem Kossakówkę i przeniosła się do chaty z bali na skraju Puszczy Białowieskiej. Poświęciła całe życie badaniom rodzimej przyrody i walce o jej ochronę, o zachowanie naturalnych siedlisk zwierząt i ptaków. Pracowała w zakładzie Polskiej Akademii Nauk w Białowieży, była profesorem nauk leśnych, popularyzatorką wiedzy o przyrodzie. Zżyła się z puszczą i jej mieszkańcami, w jej domu mieszkały ptaki, dziki, sarny, lisica, a zwierzęta w lesie znały ją i podchodziły jak oswojone. Wiele osób kojarzy ją z audycji radiowych, w których opowiadała o leśnych stworzeniach, powstał także film biograficzny, chociaż może nie do końca zgodny z prawdą. O książce trudno opowiadać, bo to jest książka specyficzna, bardzo osobista, pełna wzruszających momentów, dużo mówią też liczne fotografie. Wilczek opisuje ich spotkanie, wspólną pracę, codzienne życie, mnóstwo zabawnych historii związanych z Simoną, jej zaangażowanie w opiekę nad zwierzętami i ochronę puszczy. Była kobietą pełną pasji, żyła pełnią życia, chociaż nigdzie daleko nie podróżowała. 












Polecam te lektury wszystkim, którzy uważają, że jak ktoś nie podróżuje, to znaczy, że jest stary. 

Poznałam w sieci mnóstwo ludzi z wielkim apetytem na życie, którzy jednak upatrywali szczęście nie w dalekich wyprawach, ale w celebrowaniu chwil i dopieszczaniu najbliższego otoczenia - domu, ogrodu. Ostatnio dużo pisze się i mówi o tym, jak zwolnić i cieszyć się życiem bez pośpiechu.

W poprzednim wpisie wspomniałam, że 4 maja został ustanowiony Światowym Dniem Powolności. Pomysł narodził się w głowie Włocha, Bruno Contigianiego, menedżera i pracoholika, który jednak uznał, że życie ucieka mu przez palce. Założył więc stowarzyszenie The Art of Living Slowly (Sztuka Powolnego Życia) którego celem jest krzewienie idei, że unikając pośpiechu i stresu można poprawić jakość życia. (...) Włosi jak mało kto przykładają wagę do wolniejszego życia. To oni przecież wymyślili ideologię Slow Food, a więc delektowania się wykwintną kuchnią, unikania Fast foodów. 

A więc u Włochów passeggiata, a u Japończyków - ikigai, czyli filozofia szczęścia. "Ikigai w wolnym tłumaczeniu oznacza "powód życia". Filozofia ta mówi, by czerpać przyjemność z codziennych spraw i by każdy dzień sam w sobie był wystarczającą motywacją do wstania z łóżka. To przeciwieństwo zachodniego sposobu postrzegania szczęścia jako ekscytujących wydarzeń czy wyjątkowego spędzania czasu. To właśnie według zasad ikigai żyją mieszkańcy Okinawy, czyli najbardziej długowieczni ludzie świata. Filozofia ikigai zachęca też, by aktywnie "poszukiwać samego siebie" - odkrywać, co sprawia nam największą przyjemność, co nas wyróżnia i sprawia, że jesteśmy wyjątkowi. Chodzi więc o to, by w życiu znaleźć też czas na rzeczy, które nie są użyteczne. Może to być pisanie wierszy do szuflady, tworzenie rzeźb czy przedmiotów, które nigdy nikomu się nie przydadzą. Cenny jest sam proces twórczy, podejmowanie wyzwań, a także ciągłe samodoskonalenie. (...) Japońska filozofia szczęścia zachęca do czerpania radości z każdej chwili - zarówno pracy, domowych obowiązków, jak i chwil relaksu. Jej podstawą jest cieszenie się z prozaicznych czynności i akceptowania rzeczywistości, zamiast ciągłego wyczekiwania na przyjemności, Ikigai mówi też o życiu w harmonii z otoczeniem - zarówno z ludźmi, jak i przyrodą. Badania japońskich naukowców z Uniwersytetu Tohoku w Sendai na grupie ponad 50 tys. mieszkańców Osaki wykazały też, że osoby kierujące się zasadami ikigai są bardziej zadowolone z życia i zdrowsze - znacznie rzadziej zapadają na schorzenia układu krążenia czy choroby cywilizacyjne."(źródło) 


poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Epicki dylemat z profesorową w tle. I ptasi prototyp.

Prototyp, czyli gawrokruk. Ale najpierw będzie o Szczupaczyńskiej.





Lubię profesorową Szczupaczyńską, lubię te krakowskie smaczki w każdej kolejnej opowieści, autentyczne postaci z przeszłości, które się tam pojawiają. Książki Maryli Szymiczkowej, czyli panów Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego, to cykl uroczych kryminałów osadzonych w realiach Krakowa na przełomie XIX i XX wieku. Poprzednich pięć tomów opisywałam tutaj: "Tajemnica domu Helclów", "Rozdarta zasłona", "Seans w Domu Egipskim", "Złoty róg" oraz "Śmierć na Wenecji". Jak na szpilkach czekałam na kontynuację. No i w końcu, po dłuższej przerwie, ukazał się kolejny tom... Już prawie chciałam go nawet zamówić w przedsprzedaży, ale... się okazało, że wydawnictwo Znak Literanova zrobiło czytelnikom głupiego psikusa i wydało ten tom w zupełnie zmienionej szacie graficznej, a konkretnie w okładce nie mającej nic wspólnego z dotychczas wydanymi pozycjami z cyklu. Jednocześnie wznowiono poprzednie tomy, w tejże nowej, żeby nie rzec - nowoczesnej - okładce. I żeby nie było, że tylko ja wydziwiam - czytałam wiele opinii czytelników niezadowolonych z tego posunięcia, nie mającego nic wspólnego z szacunkiem dla czytelnika.

Ktoś bardzo dosadnie napisał w recenzji na stronie Empiku: 

"Takie wydawnictwo jak Znak powinno rozumieć, że dla wielu czytelników książka to nie tylko zawartość intelektualno-estetyczna, ale i sensualny przedmiot, rodzaj fetyszu, który sprawia przyjemność samym istnieniem. I tenże Znak wydaje tom nr 6 w innej okładce. Kompletny BRAK LOJALNOŚCI wobec czytelników. Kupiłem ten tom, może wydrukuję sobie nawet ładniejszą wersję okładki, ale odebraliście mi całą przyjemność z nowej powieści. Wielki zawód." 


Tak wyglądają okładki pierwszych pięciu tomów:



A tak szósty tom w nowej wersji graficznej:


źródło


Może nie brzydka, ale całkiem inna bajka, ni przypiął, ni wypiął, zupełnie nowa stylistyka. Niby nie okładka jest najważniejsza, słuchaczom audiobooków i nabywcom wersji elektronicznej to wszystko jedno, ale my, tradycjonaliści, kochający książki w ich materialnej, papierowej postaci, czujemy się oszukani.

Tak więc konsternacja i dylemat... Oczywiście mam co czytać, więc mnie to nie pili, ale... miotam się między przymknięciem oka na tę wizualną niedogodność, a twardą obrazą. Po licznych skargach i prośbach czytelników autorzy zdecydowali się łaskawie udostępnić link do pobrania pliku z projektem obwoluty w starej stylistyce z początku serii. Czyli można sobie wydrukować i obłożyć albo obkleić książkę. Żenujący kompromis. Ale tam pod tym linkiem też są jakieś komplikacje z zakładaniem konta (żeby ten jeden plik pobrać), potem wydrukować to trzeba na A3 w kolorze, ja takiej drukarki nie posiadam, więc w sumie za dużo zamieszania, no i jeszcze papier nie powinien być taki zwyczajny 80g, bo to się zaraz podrze... A tymczasem panowie autorzy zdziwieni, że ludzie domagają się zachowania jednolitej szaty graficznej. No doprawdy... (link do dyskusji na ten temat na FB Profesorowej Szczupaczyńskiej : link

Tak by to miało wyglądać po obłożeniu tymże wydrukiem okładki w starej wersji:

Tak więc prawie już wymazałam z pamięci kwestię kontynuacji śledztw profesorowej, a co tam, kij z nią, jest tyle innych książek do przeczytania, życia nie wystarczy... A tu nagle Teatralna coraz to napomyka o słuchaniu Segdy czytającej ten najnowszy tom o Szczupaczyńskiej, ech... W dodatku podobno świetna jest ta opowieść i Segda świetnie czyta. No naprawdę, jak tak można się znęcać i człowieka zanęcać...

Może to dla wielu osób śmieszne, ale ja mam do książek stosunek dość tradycyjny, lubię mieć książkę w ręku, czuć jej zapach i słyszeć szelest kartek. Lubię czytać. Nie cierpię słuchać, jak ktoś inny czyta na głos. Całe długie lata sama czytałam na głos dzieciom i mężowi (bo się podpinał jako słuchacz, jak już po etapie bajek doszliśmy do szkolnych lektur, z gimnazjum włącznie). Podobno świetnie czytałam ;). I nie mówcie mi, że są znakomici lektorzy. No może są, ale dla mnie to oni zawsze za wolno czytają, a niektórzy z nazbyt narzucającą się interpretacją i intonacją, które zakłócają mi odbiór. 

No ale te napomknienia Teatralnej o słuchaniu profesorowej... Trudno się oprzeć... No cóż, pomyślałam, że może to okazja, żeby jednak wreszcie dać oczom odpocząć i nauczyć się słuchać. Mąż ma Audiotekę w subskrypcji, zajrzałam więc. Jest - Szczupaczyńska z Segdą. Z tym że w opcji poza Klubem, czyli dodatkowo płatne, dla klubowiczów raptem 22 złote z groszami, więc nie majątek, nie w tym rzecz, no ale trzeba ten zakup przeprocesować. Jakby był jeden klik, to bym ją już miała. Ale klików trzeba kilka, więc może jednak najpierw sprawdzę, czy aby na pewno mi się spodoba... 

Włączyłam zatem fragment dostępny do posłuchania (dostępne jest 68 min). Yyyhhhh... no cóż... po trzech minutach miałam dosyć. Nie, nie, nie, i jeszcze raz nie. Kompletnie mi się to nie podoba. Może Segda dobrze czyta, ale dla mnie to jest za sztuczne. Za silne akcenty w co drugim słowie, intonacja nie taka, jakbym chciała, ach nie, nie, nie. Nie jestem w stanie tego słuchać. Skreślam audiobooki raz na zawsze, koniec i kropka.

No i tym sposobem nie mam wyjścia, muszę kupić wersję do czytania. A żeby nie patrzeć na odjechaną nie w tę stronę co trzeba okładkę, musiałabym zdecydować się na ebooka. To jeszcze najpierw musiałabym kupić czytnik. Rozważałam to już kiedyś, no ale zawsze jednak przeważała miłość do książek w tradycyjnej postaci. Tak że tak to, chwilowo jestem bez Szczupaczyńskiej, nie dojrzałam do żadnej opcji. Może pożyczę papierową, ale na szybkie oddanie, żeby mi nie straszyła na półce tą znienawidzoną okładką... 

Ale pewnie kiedyś jednak kupię czytnik. Na pewno. 

O tak. Postanowione.

Tak że teraz muszę poszperać po rankingach i obczaić temat, ale też chętnie poznam opinie posiadaczy czytników - korzystacie? które polecacie? I ewentualnie słuchawki nauszne (do środka ucha w życiu nic nie włożę).


********



O ptakach, które by siedziały na desce pod sufitem w pokoju na poddaszu, już dawno myślałam... ale czego to ja jeszcze nie miałam zrobić, to długo by wymieniać. No ale się w końcu zmobilizowałam. Jętki pod sufitem zostały zabudowane od góry jakiś czas temu w ramach docieplenia chałupy, belkowanie widać, ale ptaki tam już nie usiądą, natomiast jest miejsce na półko-deskę nad oknem w ścianie szczytowej i tam ptaszarnia ma docelowo zamieszkać. Ale to po remoncie pokoju. Na razie zabrałam się za produkcję rzeczonych ptaków. 

Uwielbiam pracę z papierem i tekturą. Na rzeźbiarkę się nie nadaję, ale z kawałków tektury albo papier-mache coś tam mogę ulepić. Po początkowych perypetiach z dawno nie używanym i zaschniętym wikolem oraz brakiem odpowiedniego drucika na nóżki - w końcu ulepiłam takiego oto stwora ptakopodobnego:




Miał być kruk, bo one mają taki wspaniały, charakterystycznie dramatyczny wygląd, ale wielkością wyszedł mi bardziej zbliżony do kawki. Z tym że dziobisko bardziej takie krukowate, zatem chyba to coś pośredniego, jakiś kuzyn gawrona. Krukogawron. Albo gawrokruk. 

Wahałam się między fantastyką a realizmem, ale na bardziej fantastyczne odloty przyjdzie jeszcze czas. Odwłok i głowa ze zgniecionego papieru, na to najpierw taśma papierowa, żeby nadać kształt i żeby się kupy trzymało, potem masa papierowo-klejowa, pomalowane farbami akrylowymi, doklejone skrzydła i ogon z kartonu. 




Miałam jeszcze dokleić prawdziwe pióra znalezione w okolicy, ale mam tylko gołębie, srocze i jakiś drobiazg, to wykorzystam je do kolejnych ptaków. A na oczka będą jeszcze czarne dżety, jak je kupię. Na razie muszą wystarczyć namalowane (nienaturalnie niebieskie, żeby się jakoś odznaczały).

Spodziewam się, że jakieś podobieństwo udało sie uchwycić. Dumą napawa mnie fakt, że udało mi się za pierwszym podejściem ulepić go tak, że stał na tych swoich łapkach z nieco koślawymi paluszkami bez podpórki, czyli udało mi się dobrze go wyważyć. Chociaż owszem trochę jest nieproporcjonalny, no ale to nie miał być konkurs na najbardziej realistycznego ptaka. Ten jest pierwszy z zaplanowanej serii, na pewno będzie ich więcej, mam pomysły na ulepszenia, ale chwilowo zarobiona jestem w firmie, jak już rzucę tę robotę gdzieś koło sierpnia, to dla odmiany rzucę się w wir tworzenia.




No i, jakżeby inaczej, trochę ciekawostek o krukowatych, bo studiowałam sobie przy okazji lepienia. Informacje zebrane z różnych miejsc w internecie.




KRUK

Największy (wielkości myszołowa, waga do 1,5 kg, rozpiętość skrzydeł do 1,5 metra!), cały czarny z metalicznym połyskiem. Posiada potężny dziób i klinowaty (zaostrzony) ogon w locie. Samotnik lub para, unika ludzi, żyje w lasach i górach.


GAWRON

Średni, cały czarny. Charakterystyczna cecha to jasna, naga skóra u nasady dzioba (wygląda jak "łysy" dziób) u dorosłych osobników. Towarzyski, tworzy duże stada w miastach i parkach.

WRONA SIWA

Średnia. Łatwa do rozpoznania po szarym tułowiu i czarnych skrzydłach, głowie oraz ogonie. Często w parach lub małych grupach, bardzo inteligentna, powszechna w miastach.


KAWKA

Najmniejsza z nich, z szaro-czarnym upierzeniem i jasnymi oczami. Też bardzo towarzyska, jak gawrony. Zresztą oba te gatunki koegzystują ze sobą i nawet współpracują. O kawkach ostatnio dużo czytałam - odkryto, że mają w mózgach prawie tyle neuronów co naczelne, tylko gęściej upakowane, a inteligencją dorównują szympansom. Są świetnie zorganizowane, w ich stadach obowiązuje hierarchia jak w wojsku, przy czym można awansować, a dzieci dziedziczą przynależność do "kasty" po rodzicach. Rozpoznają swoje odbicie w lustrze, co jest ewenementem w świecie zwierząt.

Krukowate należą do najinteligentniejszych ptaków na świecie. Kruki wykazują wysoki poziom zdolności poznawczych, rozwiązując skomplikowane testy i wykazując się dobrym zrozumieniem relacji przyczynowo-skutkowych. 
Potrafią abstrakcyjnie myśleć, liczyć, odróżniać kształty, a nawet używać narzędzi do wydobywania pożywienia. Wyróżnia je także zdolność do naśladowania ludzkiej mowy i komunikacji w zaawansowany sposób.

Wrony są niezwykle sprytne, szczególnie w środowisku miejskim, gdzie potrafią używać ruchu samochodów do rozłupywania orzechów. Wrony brodate słyną z wytwarzania i używania narzędzi do zdobywania pokarmu.

Wszystkie te gatunki potrafią używać narzędzi, planować i uczyć się. Mają świetną pamieć, poznają ludzi, pamiętają który daje jeść, a który je skrzywdził- i to po wielu latach.

I uwaga, co za niespodzianka mi się przydarzyła wczoraj właśnie! Czasem spotykają mnie zjawiska niemal nadprzyrodzone. Bo jak wytłumaczyć fakt, że chociaż chyba nigdy wcześniej nie natknęłam się na kruka w naturze, to właśnie kiedy mam głowę nabitą krukowatymi, mój gawrokruk akurat się suszy po malowaniu, ja sobie siedzę z mężem w altance i opowiadam mu o krukach, a tu nagle - słyszymy gardłowe, potężne krakanie i przed nami przelatuje nieśpiesznie i dostojnie ogromny kruk! Gdybym była tam sama, to bym chyba pomyślała, że mam zwidy. One raczej nie zapędzają się do miasta, są samotnikami, i jak się nie mieszka pod lasem to raczej trudno je spotkać. Kawki i gawrony żyją tłumnie w miastach, spotykam je codziennie. Wrony rzadko, ale są nie do pomylenia w tych siwych kubraczkach, no i znacznie mniejsze. A to było potężne, czarne ptaszysko, sunące nisko nad ziemią z doniosłym krakaniem. Normalnie ciary. Powiadam Wam, niesamowite przeżycie. Może w innej sytuacji nie zrobiłoby to na mnie aż takiego wrażenia, ale ja od paru dni żyłam krukami, oglądałam filmiki z nimi, słuchałam nagrań. No i ściągnęłam go myślami.


Porządnego, dużego kruka, z charakterystyczną "brodą", to ja jeszcze kiedyś zrobię. Teraz w planie jest najpierw papierowa sowa płomykówka, potem może dzięcioł, sójka i sroka, a z ptasiego drobiazgu na pewno sikorki i może rudziki, gile... No i później jeszcze kury, oczywiście, ale dla nich będzie inna grzęda. 


********

No a przy okazji, skoro za chwilę maj, to - zgodnie z moją małą świecką tradycją - zestawienie nietypowych świąt na kolejny miesiąc. Uwzględniłam głównie takie, które same w sobie są okazją do zabawy, wyróżnione są te bardziej kulinarne:

  • 1 maja - Ogólnopolskie Święto Kaszanki
  • 1 maja - Międzynarodowy Dzień Partyzanckiego Sadzenia Słoneczników*
  • 1 maja - Święto Konwalii
  • 2 maja - Dzień Grilla
  • 2 maja - Światowy Dzień Tuńczyka (przyrodniczo i kulinarnie)
  • 3 maja - Dzień bez Komputera
  • 4 maja - Światowy Dzień Powolności*
  • 4 maja - Międzynarodowy Dzień Gwiezdnych Wojen
  • 5 maja - Dzień bez Makijażu
  • 6 maja - Międzynarodowy Dzień bez Diety
  • 9 maja - Światowy Dzień Ptaków Wędrownych
  • 10 maja - Dzień Zołzy (Zgrabna,   Obrotna,   Ładna,   Zaradna,   Ambitna)
  • 12 maja - Międzynarodowy Dzień Limeryków
  • 13 maja - Międzynarodowy Dzień Hummusu
  • 15 maja - Święto Polskiej Muzyki i Plastyki
  • 15 maja - Dzień Niezapominajki
  • 15 maja - Dzień Dojazdu Rowerem do Pracy
  • 16 maja - Międzynarodowy Dzień Światła
  • 16 maja - Dzień Wolnej Kultury
  • 17 maja - Światowy Dzień Pieczenia
  • 18 maja - Światowy Dzień Muzeów
  • 19 maja - Dzień Mycia Samochodów
  • 19 maja - Dzień Dobrych Uczynków
  • 20 maja - Światowy Dzień Pszczół
  • 21 maja - Międzynarodowy Dzień Herbaty
  • 21 maja - Dzień Odnawiania Znajomości
  • 22 maja - Światowy Dzień Gotów
  • 23 maja - Dzień Teścia
  • 24 maja - Dzień Braci
  • 24 maja - Europejski Dzień Parków Wodnych
  • 24 maja - Europejski Dzień Parków Narodowych
  • 24 maja - Dzień Ślimaka (w sensie zarówno spożywczym jak i przyrodniczym)
  • 25 maja - Dzień Królewny
  • 26 maja - Dzień Samolotów z Papieru
  • 28 maja - Światowy Dzień Hamburgera
  • 29 maja - Europejski Dzień Sąsiada
  • 30 maja - Międzynarodowy Dzień Ziemniaka
  • 30 maja - Światowy Dzień Soku
  • 31 maja - Światowy Dzień bez Tytoniu
  • 31 maja - Światowy Dzień bez Majtek
  • 31 maja - Międzynarodowy Dzień Cytrynówki

Trochę tego jest, przy czym w maju nieco mniej niż w poprzednich miesiącach jest okazji kulinarnych. Za to więcej zachęcających do wyjścia z domu, spacerowania i przyglądania się przyrodzie. A ja sobie zrobię Dzień Królewny i Dzień Cytrynówki ;).

I kilka wyjaśnień do niektórych świąt (źródło):

Inspiracją dla Richarda Reynoldsa, pomysłodawcy międzynarodowego Dnia Partyzanckiego Sadzenia Słoneczników, był koloryt jakiego dodają one nawet najbardziej ponurym miejscom. Obchody święta mają zachęcić do sadzenia słoneczników w swojej okolicy, zwłaszcza, że nie wymagają one szczególnej pielęgnacji ani warunków.


Dzień Powolności
 narodził się w 2007 roku z inicjatywy Włochów, a konkretnie Bruno Contigianiego. Był on obiecującym menedżerem i … pracoholikiem. Doszedł jednak do wniosku, że w ten sposób życie ucieka mu przez palce. Założył więc stowarzyszenie The Art of Living Slowly (Sztuka Powolnego Życia) którego celem jest krzewienie idei, że unikając pośpiechu i stresu można poprawić jakość życia poszczególnych osób, pracowników i wszystkich obywateli". Potwierdzeniem tego jest charakterystyczne logo The Art of Living Slowly, na którym widnieje sympatyczny ślimak. Włosi jak mało kto przykładają wagę do wolniejszego życia. To oni przecież wymyślili ideologię Slow Food, a więc delektowania się wykwintną kuchnią, unikania Fast foodów.

Cała akcja zaczęła się w zimny lutowy dzień na Piazza San Babila w Mediolanie, gdzie grupa ludzi, trochę dla zabawy, zwracała uwagę ludziom że zbyt szybko idą. Po pewnym czasie jego koncepcja polegająca na unikaniu pośpiechu rozprzestrzeniła się już na cały kraj i świat. Różne wydarzenia odbywają się już nie tylko we włoskich miastach, ale i w Nowym Jorku, Paryżu czy Londynie.

We Włoszech przy okazji Dnia Powolności każdego roku organizowanych jest wiele ciekawych atrakcji. Na przykład w jednym z barów w Mediolanie minister kultury Vittorio Sgarbi czytał uczestnikom poezję Dantego. Innym ciekawym happeningiem zorganizowanym stolicy Lombardii był Powolny Bieg, w którym zwycięzcą zostaje ostatni na mecie. W Rzymie świętujący zwiedzają mniej znane zabytki, spotykają się na placach, grają w szachy. Wiecznie zabiegani Nowojorczycy udają się z kolei na spacer do Central Parku, by zobaczyć najstarsze drzewo. W ramach Dnia Powolności odbywają się też kursy jogi w plenerze, a w wielu miastach przechodnie otrzymują od wolontariuszy ulotki, które zawierają dekalog powolnego życia. 



sobota, 4 kwietnia 2026

Włoszczyzna.

Do niedawna Italia nie miała dla mnie żadnego uroku, Włosi mnie denerwowali swoją krzykliwością, na wszystkie propozycje podróży do Włoch kręciłam nosem, bo nie moje klimaty, na zachwyty znajomych czy mojego męża prychałam i przewracałam oczami (no może nie jawnie, ale tak w środku). Aż tu nagle... no, dobra, może nie tak bardzo nagle, ale stopniowo nastąpił jakiś przełom. Nie jestem typem podróżnika, więc to nie chęć podróżowania i zwiedzania Italii pchnęła mnie w objęcia włoszczyzny. Bo jeśli już podróże, to ciągnie mnie raczej na północ. Nie lubię gorąca, tłumów, rozwrzeszczanych i leniwych południowców itd, kuchnia może być, ale bez przesady, za dużo makaronu i tych dziwnych morskich robali itd. No i tak to. Najbardziej odpowiada mi zwiedzanie na ekranie, czyli oglądanie dalekich świata stron w telewizji czy tam innym internecie. Ze szczegółowymi opowieściami, bez konieczności stania w kolejkach, przepychania się w spoconym tłumie, wdychania kurzu i różnych lokalnych smrodów, oganiania się przed żebrakami oraz robactwem fruwającym i pełzającym, narażania się na okradzenie, przypalenie słońcem czy inne nieprzyjemności. Mąż mówi, że jestem kosmitką. Nie wykluczam.

O tym, że zaczęły mi te Włochy wchodzić w głowę, wspominałam w tym wpisie: "Wenecja moja miłość (...)". Opowiadałam tam o książce Renaty Pawłowskiej "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście". Tak mi się ta książka - a właściwie to piękna opowieść o Wenecji - spodobała, że czym prędzej nabyłam inne książki tej autorki, o których dzisiaj Wam opowiem. W międzyczasie trafiałam na inne blogi Polek mieszkających we Włoszech, poznawałam codzienne szczegóły życia w tamtych rejonach, nawet zaczęło mi się podobać... Ciekawiło mnie też zawsze, jak Polacy, którzy postanowili osiedlić się w innym kraju, oswajają te swoje nowe miejsca na ziemi - kupują jakieś ruiny, odnawiają, urządzają. To bardziej tak od strony przedsięwzięcia architektoniczno-wnętrzarskiego. Parę razy trafiłam na Polaków remontujących dla siebie stare domy właśnie we Włoszech. Przyglądałam się, też mi się podobało. No i coś tam zaczęło kiełkować...

No i w końcu... zaczęłam uczyć się włoskiego. Myśl o tym co prawda chodziła za mną od dawna. Nie tyle o włoskim konkretnie, co tak w ogóle. Pierwszy powód to chęć nauczenia się jakiegoś języka obcego w stopniu komunikatywnym przynajmniej, tak po prostu, żeby móc uchodzić za człowieka światowego, hehe :). Bo szkolna wiedza nieco wyparowała nie użytkowana przez kilka dekad. Nie mam zbyt wielu okazji, żeby korzystać, więc i motywacja słaba, no ale postanowiłam się w tym temacie ogarnąć.

Angielski mnie nie pociąga, nigdy się go nie uczyłam w jakiejś zorganizowanej formie, coś tam pojmuję, tyle co mi w pracy potrzebne, i wystarczy. W szkole miałam rosyjski (takie to czasy były) i francuski. Po rosyjsku to nawet mogłabym się teraz całkiem swobodnie dogadać, ale umówmy się: nie o taki światowy język mi chodzi.

Francuskiego nigdy nie lubiłam i nie miałam żadnej motywacji, żeby się go uczyć, poza zaliczeniem przedmiotu, ma się rozumieć. Coś tam w głowie po latach zostało, sporo rozumiem, no ale z mówieniem to już słabo... Podobał mi się natomiast niemiecki i nawet gdzieś w podstawówce krótko chodziłam na kurs niemieckiego, ale się pokomplikowało zdrowotnie, musiałam przerwać i w sumie nigdy do tego nie wróciłam. Sporo rozumiem w tym języku, mieszkając rzut beretem od zachodniej granicy człowiek trochę nasiąka przy rozmaitych okazjach. Ale do całkiem swobodnej rozmowy to jeszcze trochę mi brakuje.

No i drugi motyw do tej nauki języka obcego to ćwiczenie szarych komórek na stare lata. Pracuję dość intensywnie umysłowo, ale to uruchamia tylko jedną wyspecjalizowaną grupę komórek, a trzeba rozruszać też inne. Tylko że ilekroć zabierałam się za naukę języków, to jakoś to nie szło. A to zajęcia były bardzo późno wieczorem, prowadzone dość niemrawo, zasypiałam. Próbowałam z kursów multimedialnych - zaczynałam niemiecki, nawet w desperacji chciałam przypomnieć sobie francuski (jakieś podstawy miałam, więc była nadzieja, że łatwiej pójdzie). Zawsze jednak rozkładała mnie konieczność drobiazgowej nauki gramatyki, niemrawe dialogi itd. No jak w szkole, nuda panie, nuda, nie mogłam się wciągnąć w stały rytm nauki. No bo po co ja mam wkuwać odmiany tysiąca czasowników nieregularnych w pięciu czasach oraz trybie dokonanym i niedokonanym, jak nie znam jeszcze wielu podstawowych słówek - przymiotników, rzeczowników itd? Nie planując konkretnego zastosowania zniechęcałam się.

Niedawno syn (urodzony poliglota, nie wiem po kim on to ma, swobodnie rozmawia po niemiecku, angielsku i hiszpańsku prywatnie i zawodowo, uczy się portugalskiego i rosyjskiego), zapytał mnie, czy próbowałam Duolingo. Bez większej nadziei spróbowałam zatem, no i wreszcie zaskoczyło! Wybrałam ostatecznie do nauki język włoski, bo łatwy, gramatyka dość prosta, wymowa też, słowa się w dużej części kojarzą. No i spodobało mi się to Duolingo. Pewnie czytają to osoby, które ten system znają, ale może komuś się przyda tych parę informacji. Ciągle powtarzam, że gdyby mnie w ten sposób uczono w szkole i na tych różnych kursach, to ja bym już dawno rozmawiała w sześciu językach. Oczywiście są mankamenty, ale o tym za chwilę. 

Teraz będzie kawałek o Duolingo, jeśli kogoś to nie interesuje, nich przeskoczy parę akapitów.

Nauka jest urozmaicona, bez żadnego wkuwania regułek i ćwiczenia odmian na sucho - wszystko odbywa się w dialogach, nieustannej aktywnej komunikacji. Powtarzanie słówek w różnych zdaniach i kontekstach, tłumaczenie z polskiego na włoski i odwrotnie, wstawianie słówek, mówienie, słuchanie dialogów, pisanie - to wszystko przeplatane tak, że człowiek się nie nudzi. Ćwiczenia są inteligentnie dopasowane do słabych stron użytkownika. Jak mi coś nie idzie i robię błędy, to potem mam ćwiczenia przypominające i utrwalające. Pojawiają się różne postaci animowane, które ze mną rozmawiają, można włączyć dodatkową opcję z videorozmową, można skorzystać z ćwiczeń na czas albo różnych gier zespołowych. Jednocześnie włączona jest w to wszystko rywalizacja z innymi użytkownikami, polegająca na punktowaniu zadań i awansach do wyższej ligi. Można to zignorować, ale jednak ma działanie motywujące. No bo jak widzę, że w mojej aktualnej lidze jestem na miejscu 11 a do wyższej awansuje 10 osób, to się przykładam, żeby zdobyć jeszcze tych parę punktów, przerabiam kilka kolejnych lekcji czy ćwiczeń.

To teraz o mankamentach. Nie podoba mi się, że po zaliczeniu kolejnego modułu nie mam już dostępu do poprzedniego modułu i nie mogę zrobić sobie powtórki z całego materiału. Powtórki są co prawda w końcowych lekcjach każdej sekcji, z tym że są one wyrywkowe, a nie całościowe i nie mogę sobie sama dobrać tematów.

Druga sprawa - aplikacja uczy przede wszystkim słownictwa, podstawowych zwrotów oraz rozumienia ze słuchu, ale mniej wagi przykłada do swobodnej konwersacji, przynajmniej na tym etapie początkowym. Tak że po ukończeniu ostatniego modułu (albo w trakcie) warto poszukać możliwości bardziej aktywnego rozmawiania. Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że nauczyłam się w ciągu 4 miesięcy na tyle dużo, że jak słyszę włoską piosenkę, to wiem o czym ona jest i z grubsza rozumiem o czym Włosi mówią, sama jakieś proste zdania w codziennych sytuacjach, w sklepie, w domu, hotelu, knajpie, taksówce, u lekarza, na ulicy czy lotnisku, potrafię sklecić dość poprawnie. Z tekstu napisanego rozumiem jeszcze więcej. Teraz kwestia doszlifowania opanowanego już materiału, tak żebym nie musiała długo się zastanawiać nad każdą kwestią. Później będzie można pomyśleć o konwersacjach z żywym człowiekiem.

Po trzech miesiącach trochę zwolniłam tempo, przestałam przejmować się punktami i rywalizacją, codziennie robię tylko jedną lekcję, natomiast zajęłam się uporządkowaniem notatek, które robiłam w trakcie. Szukam też jakiegoś audiobooka po włosku. Musi to być książka, której treść znam, coś tam już sobie namierzyłam. Będę słuchać i próbować zrozumieć. Słucham włoskich piosenek - mąż uwielbia i ciągle coś w domu puszcza, to się przysłuchuję. 

A w międzyczasie czytam po polsku o Italii:





  • RENATA PAWŁOWSKA - "Włochy - 111 przygód. Miasteczka, festiwale, szlaki i smaki". Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2022, s.384.

Tak po prawdzie nie nie obiecywałam sobie zbyt wiele po tej książce, ale zostałam pozytywnie zaskoczona. To nie jest jedna długa opowieść, ale jakby kasetka ze 111 pigułkami, z których każda zawiera jakiś tajemniczy ekstrakt z włoskich ciekawostek. Na każdą z ciekawostek przypada kilka stron (w tym zdjęcia), więc nie ma tu miejsca na obszerne opisy i długie historie. To raczej zachęta, krótka wizytówka nietypowych i wartych odwiedzenia miejsc, interesujących lokalnych wydarzeń, wyselekcjonowanych smakołyków podawanych w mało znanych knajpkach, pięknych tras do wędrówek poza utartymi szlakami. Dostajemy też od razu konkretne wskazówki - kiedy najlepiej w to miejsce się udać, jak się tam dostać, gdzie zjeść i co wybrać z menu, ile to kosztuje itd.

Lubię połazić tak właśnie poza głównymi szlakami, nawet odpuścić sobie jakąś dajmy na to fontannę di Trevi obleganą przez dzikie tłumy (bo obejrzę ją sobie dokładnie i ze szczegółami na ekranie), a wylądować w klimatycznej lokalnej knajpce, gdzie wśród tubylców można zjeść jakiś nietypowy smakołyk. O takich właśnie miejscach opowiada Renata Pawłowska. I jak już się do Włoch wybiorę w dłuższą podróż, to chciałabym właśnie te miejsca odwiedzić. 

Wśród propozycji mamy kilka przepięknych tras trekkingowych o różnym stopniu trudności, a także dłuższe trasy na przejażdżki samochodowe, połączone z podziwianiem niesamowitych krajobrazów. Można wybrać malowniczy Szlak 10 Kapliczek, Szlak 52 Tuneli, albo rejs łodzią po jeziorze porośniętym lotosami (jeden z największych takich akwenów poza Japonią), wędrówki po rezerwatach przyrody albo jednym z najbardziej malowniczych kanionów na świecie.  Autorka podaje dokładne informacje - jak dostać się w te miejsca, gdzie zostawić samochód, gdzie zjeść, co warto zabrać ze sobą, kiedy jest najlepsza pora na "załapanie się" na najpiękniejsze widoki i najlepszą pogodę.

W książce znajdziemy także propozycje odwiedzenia niezwykłych miejsc ulubionych przez artystów, choć mowa tu nie o powszechnie znanych zabytkach, dziełach Giotta czy Mantegny, ale na przykład o sztuce ulicznej, jak graffiti. Dzięki wskazówkom autorki możemy odwiedzić Międzynarodową Wioskę Artystów, w której warto zajrzeć do jednej z kilkudziesięciu pracowni, klubów czy kawiarni artystycznych. A może wybierzecie się do wioski znanej z malowanych drzwi: co roku artyści malują przeróżne obrazy na drzwiach w całej wiosce? - w określone dni można podziwiać ich przy pracy.

Czy wiecie, gdzie we Włoszech znajduje się jedna z najstarszych, a zarazem największych kawiarni świata, nazywana niegdyś kawiarnią bez drzwi, w której hitem jest niepowtarzalny napój przygotowany z gorącego espresso i kremowej, zimnej mięty? A słyszeliście o włoskich targach ryżu, którym towarzyszy impreza na miarę niemieckiego Oktoberfest, z ponad stu rodzajami risotta w roli głównej? Albo o niezwykle widowiskowych festiwalach latawców, o podziemnym mieście, czy o najsłynniejszej dziurce od klucza, do której ustawiają się kolejki? 

Z książki dowiemy się także, dlaczego będąc w Bolonii nie należy zamawiać spaghetti alla bolognese, tylko tagliatelle al ragù. Obszerny wpis poświęcony jest omówieniu rozmaitych rodzajów makaronów i dań z makaronem w roli głównej. Jednak włoska kuchnia to nie tylko pasta, autorka zdradza nam więc mnóstwo ciekawostek o innych specjałach oraz miejscach, w których warto ich spróbować. Renata Pawłowska twierdzi, że we włoska kuchnia to nie tylko makarony, ryby i warzywa, ale też mnóstwo dań mięsnych, wśród których najpopularniejsza jest bistecca alla fiorentina - dowiemy się więc wszystkiego o historii tego dania, sposobach przyrządzania, oraz miejscach, w których dostaniemy najlepszą fiorentinę. Oczywiście sporo miejsca zajmują też informacje o słynnych włoskich deserach.

Z ciekawych miejsc, poza pięknymi sanktuariami czy zamkami, warto wspomnieć o muzeum lalek, w którym prezentowanych jest ponad tysiąc lalek i innych zabawek z różnych epok, czy też o ogrodach Bardini z oszołamiającym tunelem z glicynii.

Jeśli przyjedziemy do Włoch zimą, autorka ma dla nas także propozycje sezonowych atrakcji, jak na przykład jarmarki bożonarodzeniowe -  z książki dowiemy się, gdzie są te najciekawsze, co warto na nich zobaczyć, kupić, zjeść lub wypić, jakie są ceny itd. Znajdziemy tu także informacje o innych atrakcjach zimowych, jak na przykład wystawa niezwykłych szopek wykonanych przez artystów z piasku.

Podsumowując - to świetny przewodnik do wędrowania poza obleganymi przez turystów szlakami.


  • RENATA PAWŁOWSKA - "Jezioro Garda. 158 km tras, przysmaków i ciekawostek". Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2023, s.448.

Jednym  z piękniejszych miejsc we Włoszech jest jezioro Garda i jego okolice, obejmujące całkiem spory obszar na styku trzech regionów: Trentino, Lombardii oraz Wenecji Euganejskiej. Ma powierzchnię prawie 370 km kwadratowych, długość około 51 km, szerokość blisko 17 km, a długość linii brzegowej to aż 158 km. Dzięki temu, że obszar jeziora otoczony jest pasmami górskimi, panuje tutaj łagodny mikroklimat, sprzyjający nawet uprawie cytryn - tutejsze gaje cytrynowe są najdalej na północ położonymi ich uprawami na świecie. No i taki duży obszar to zarazem bardzo urozmaicony krajobraz, mnóstwo miasteczek oferujących przybyszom cały wachlarz atrakcji, niezliczona ilość tras do pieszych wędrówek.

Ujęło mnie i nawet nieco rozbawiło wyznanie autorki, że jej przygoda z jeziorem Garda zaczęła się od... niechęci do niego :). Bo za dużo ludzi, za bardzo "turystycznie". Świetnie to rozumiem, bo dla mnie też - im mniej ludzi, tym lepiej. I zawsze potrafimy znaleźć jakieś wymówki, żeby tam nie jechać. No ale... potem następuje jednak ten dzień, kiedy dla świętego spokoju dajemy się namówić na wyjazd - i okazuje się, że tam jest pięknie i uroczo! I potem chce się tam wracać jak najczęściej. 

Rozpisałam się bardzo o książce "Włochy. 111 przygód", więc nie chcę Was tutaj zanudzić szczegółowym opowiadaniem o zawartości tej kolejnej pozycji, wspomnę więc tylko w dużym skrócie, co w niej znajdziecie:

  • informacje ogólne: o samym jeziorze, topografii okolicy, klimacie i roślinności, o tym jakiego rodzaju urlop można tam zorganizować - w zależności od upodobań, ulubionych aktywności, towarzystwa itp, gdzie nocować, jak dojechać i jak się przemieszczać w okolicy jeziora (pociągi, autobus, promy, statki itp);
  • atrakcje dla turystów: plaże (w tym dla psów), wodospady, termy, ogrody, targowiska, szlaki, punkty widokowe, trasy trekkingowe o różnym stopniu trudności, parki rozrywki;
  • urokliwe miasteczka, a w nich zamki, pałace, muzea, światynie, winnice i winiarnie - wszystkie zostały opisane z podaniem najciekawszych informacji o historii, interesujących miejscach wartych odwiedzenia i innych atrakcjach;
  • specjały kuchni gardańskiej: w zależności od tego, w jakim rejonie jeziora będziemy przebywać, spotkamy w menu tradycyjne potrawy różnych regionów, królują oczywiście ryby złowione w Gardzie, ale są też inne dania kuchni włoskiej - z książki można się o nich sporo dowiedzieć, jak są przygotowywane i gdzie najlepiej je zamawiać;
  • lokalne specjały to przede wszystkim wina, oliwy, sery, a także szafran i trufle - oczywiście można je tutaj kupić;
  • wycieczki w miejsca bardziej oddalone od jeziora: to rozdział, w którym są szczegółowe propozycje dla osób, które spędzają nad Gardą więcej czasu i chciałyby zwiedzić także nieco dalsze miejsca - Werona, Bergamo, Mediolan, dolina Ledro i inne, dowiemy się co warto zobaczyć, jak dojechać, co i gdzie zjeść.

Trzy mapy bardzo ułatwiają znalezienie omawianych miejsc i zaplanowanie trasy, a duża ilość zdjęć, wykonanych przez autorkę podczas jej wędrówek, zachęca do zobaczenia tego wszystkiego osobiście i na żywo.

********


Jeśli miałabym wskazać ksiażkę Renaty Pawłowskiej, która najbardziej mnie zachwyciła, to bezapelacyjnie pierwsze miejsce zajęłaby jednak "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście" - pisałam o niej obszernie tutaj (klik). To przepiękna opowieść o Wenecji i nawet jeśli się do Włoch nie wybieracie, to warto po nią sięgnać, żeby poczuć klimat tego miasta. W zasadzie to właśnie po lekturze tej książki doszłam do wniosku, że dam się w końcu namówić na urlop we Włoszech :).

Książkę "Wenecja, moja miłość. Zakochany przewodnik po mieście" można kupić stacjonarnie w sklepiku w Krakowie przy ul. Malborskiej 140 oraz on-line pod tym linkiem:

https://wloska9.pl/renata-pawlowska/wenecja-moja-milosc-zakochany-przewodnik-po-miescie-renata-pawlowska.html

Pozostałe książki są dostępne w wielu księgarniach stacjonarnych i internetowych.



********