niedziela, 30 czerwca 2019

30 dni Zentangle.

Kiedy kończyłam mój mały projekt pod roboczym tytułem "Majowe rysowanie" - akurat w ostatnim dniu maja na blogu "Sztuka inspirowana Zentangle" pojawiło się zaproszenie do podjęcia wyzwania pod nazwą "30 dni Zentangle". Pomyślałam, że skoro zaczyna się czerwiec, to może być fajny pomysł na kontynuowanie codziennego rysowania w kolejnym miesiącu. 


Lubię wszelkie tego typu graficzne rysunki, które ja nazywam bazgrołkami (tutaj możecie zobaczyć próbki moich bazgrołków -  Bazgrołki ), a z których jakąś część ktoś kiedyś postanowił wyodrębnić, usystematyzować, podnieść do rangi sztuki, opatentować i nazwać "Zentangle".

No więc co to takiego to Zentangle? 
Znacie to pewnie - nudna lekcja, wykład, czy zebranie w firmie, albo nawet chwila zadumy w domu, pod ręką kawałek kartki i długopis, no i odruchowo zaczynamy coś tam bazgrolić, jakieś esy-floresy, albo zamazujemy różnymi zygzakami kratki itd. Mnie się czasem zdarzało zarysować tak całą kartkę. 
Może to jest z pozoru bazgrolenie całkiem bezmyślne, ale - paradoksalnie - wielu osobom pomaga właśnie zebrać myśli, skupić się nad czymś, poukładać sobie coś w głowie. Albo odstresować się, wyluzować, oderwać od problemów. W każdym razie bazgranie ma potwierdzone naukowo działanie terapeutyczne. Podobno też z rodzaju tych bazgrołów można odszyfrować wiele informacji o naszej osobowości. Ale nie będę się w to zagłębiać.

Znaleźli się w każdym razie ludzie, którzy postanowili ogarnąć bardziej temat, zebrali i opatentowali całą masę takich bazgrołów, nazywając je "Zentangle" - łącząc w tym dwa wyrazy "ZEN" i "TANGLE". Jak się okazuje, biznes można zrobić na wszystkim, nawet na szkolnych bazgrołach :). I w żadnym razie nie piszę tego złośliwie, raczej z przychylnym rozbawieniem, no bo kto komu bronił zrobić to samo? Oni po prostu byli pierwsi :). Pozbierali takie wzorki, oszlifowali dodając czasem coś od siebie, opracowali "technologie" rysowania każdego z nich, ponazywali, skatalogowali. Nie da się ukryć, że to trochę wysiłku wymagało. Potem zaczęło to pączkować, czyli pojawiły się kursy rysowania Zentangle... Ale znowu zbaczam z tematu...

Wszelkiego rodzaju bazgrołki, doodle, tangle, kolorowanki i temu podobne rysunkowe zabawy, cieszą się coraz większym zainteresowaniem, a nie każdy jest na tyle kreatywny, żeby samemu sobie wymyślić jakieś wzory do bazgrania czy kolorowania. Dobrze więc się stało, że są takie miejsca w sieci, gdzie można znaleźć wszelkie informacje na te tematy, podpowiedzi - jak się zabrać za takie twórcze bazgranie, co do tego jest potrzebne, jak zacząć, a nawet mnóstwo gotowych wzorów, które można wprost wykorzystać, albo się nimi inspirować. 
Ale do brzegu...

Danusia zaproponowała zaprojektowaną przez siebie planszę podzieloną na 30 pól, z których każde codziennie należy po kolei zapełniać wzorami Zentangle.
Ja jednak chciałam, żeby to były oddzielne pola, nie połączone w jednolity patchworkowy panel, ale jednocześnie żeby tworzyły jakąś spójną całość. Wymyśliłam więc sobie własną planszę, na kartce brystolu formatu A3, z uporządkowanymi okręgami jednakowej wielkości. Swoją drogą - myślałam, że jestem oryginalna, ale jak później szukałam w sieci wzorów, to się okazało, że podobne plansze z kółeczkami zapełnionymi splotami Zentangle inni już dawno wymyślili :).


Kółeczka są niewielkie, po około 4,8 centymetra średnicy - pięć rzędów i sześć kolumn, czyli 30 sztuk, po jednym polu na każdy dzień czerwca. 
Najpierw narysowałam te kółka przy pomocy tradycyjnego cyrkla z ołówkowym rysikiem, a potem kolejno zaczęłam zapełniać pola wzorami, przy okazji rysując już cienkopisem "odręcznie" obwód każdego kółeczka. Ze dwa razy jednak ręka mi drgnęła i linia wyszła o włos poza obwód kółka, co niestety psuje efekt... Przetrząsnęłam więc dom i znalazłam taki oto wyrafinowany sprzęt do odrysowania idealnych kółek o średnicy 4,8cm:





Ale wracając do meritum... W tej zabawie/wyzwaniu chodziło o to, żeby nauczyć się rysowania według zasad Zentangle, wypróbować wzory opracowane przez twórców tej techniki, ewentualnie się nimi zainspirować, no i codziennie rysować, cokolwiek rysować! Takie malutkie kółeczko to doprawdy absolutne minimum rysowania, które można zrealizować nawet przy bardzo napiętym grafiku innych zadań i nawet jak się bardzo nie chce! 

Część moich kółeczek na planszy zawiera klasyczne wzory Zentangle, ale są też takie tylko nimi inspirowane lub z małymi modyfikacjami, a niektóre rysowałam w ogóle "z głowy".
Zentangle to są konkretne, licencjonowane wzory, do każdego z nich jest opracowana instrukcja rysowania. Są wśród nich sploty o różnym stopniu trudności, niektóre wbrew pozorom wymagają naprawdę dużej precyzji, skupienia przy rysowaniu i pewnej ręki, a czasem nawet warto wspomóc się ekierką czy cyrklem. Większość jednak to prościzna i każdy może je machnąć dosłownie w pięć minut. No i oczywiście można podejść do wyzwania z jeszcze większym luzem i tylko się zainspirować wzorami Zentangle, tworząc własne sploty.
Pomocny wpis, z objaśnieniami i linkami do klasycznych wzorów Zentangle:  http://www.denimix.pl/2018/08/wzory-zentangle.html

Rysując pierwsze kółka miałam wątpliwości, czy to będzie się jakoś prezentować, niektóre wzory wyglądają mało ciekawie narysowane tylko pisakiem. Całą robotę robi jednak cieniowanie ołówkiem - dodaje głębi, nadaje "połysku", sploty zaczynają "żyć". To jak backstitche w hafcie :). Mdły haft ożywa, kiedy wyszyje się kontury - hafciarki wiedzą doskonale, o czym mowa :).

W każdym razie - to była całkiem fajna zabawa. Jeśli macie ochotę na rysowanie takich wzorków, do których nie są potrzebne jakieś szczególne predyspozycje i talenty plastyczne, ani profesjonalne materiały i przybory, to ta zabawa jest właśnie dla Was! Wystarczy kartka papieru i jakiś pisak, długopis czy ołówek - i do dzieła!



Więcej szczegółowych informacji o Zentangle oraz bardzo interesujące inspiracje na ten temat znajdziecie na blogu Danusi - http://www.denimix.pl/ .


*****

Na koniec jeszcze news ogrodowy: 

Dzisiaj w słońcu było chyba z 50 stopni, a z oczka wodnego zaczęły już wyłazić pierwsze maciupcie żabiątka czy może ropuszątka, mniejsze od kijanek, z których się "wylęgły", no tak w sumie wielkości małej muchy... Mnóstwo ich jest! Za stawem i kawałkiem trawy jest ścieżka z kostki betonowej i te mikroskopijne żabcie zanim gdzieś przekicały w cień, to po prostu zaczęły się tam żywcem przysmażać i zasychać! Musieliśmy więc polewać ścieżkę wodą, najpierw z węża, potem drobnym zraszaczem. Ależ żabki miały używanie :))). A przy okazji zleciało się mnóstwo motyli, pszczół i innych owadów, które chciały się napić wody. 
Jeśli macie ogród, pamiętajcie o jego mieszkańcach w taki upał!

sobota, 22 czerwca 2019

Majowe konie b&w i słów kilka o kotach.

Te rysunki powstały w maju, w ramach mojego planu codziennego rysowania. 
To jest ostatnia, czwarta część tego, co udało mi się stworzyć w tamtym miesiącu i co zarazem w miarę nadaje się do pokazania - bo chciałabym jednak udokumentować, że faktycznie to codzienne majowe rysowanie było, chociaż nie codziennie powstawał pełny rysunek, a ja nie wyrabiałam się z przygotowywaniem postów :). 
Generalnie jestem permanentnie w totalnym niedoczasie, zwłaszcza jeśli chodzi o prowadzenie bloga - to zawsze jakoś spada na koniec listy priorytetów, niestety...





Rysunek według zdjęcia znalezionego w internecie, czarny cienkopis, biały brystol A3.

Oprócz tego, co Wam zaprezentowałam w tym krótkim majowym cyklu (rozciagniętym prawie na dwa miesiące!), zrobiłam też sporo ołówkowych szkiców, na bazie których dopiero powstaną jakieś bardziej konkretne rysunki, ale wobec marnej jakości zdjęć nie ma sensu ich pokazywać, bo niewiele będzie widać .

Powstało jeszcze kilka innych obrazków, ale jedne, chociaż kompletne, zupełnie nie zasługują na upublicznienie, inne zaś są w fazie zaawansowania tak mniej więcej w granicach od 25 do 50%. Pokażę, jak skończę, ale to już nie będzie pod majowym szyldem :). W każdym razie miesiąc był pracowity, rysowanie weszło mi w krew, no i o to chodziło!

Tak się złożyło, że zrobiła się z tego mała seria b&w, ale te zaczęte rysunki, o których wyżej wspomniałam, to już akurat nieco inna kolorystyka i pewna nowość - połączenie różnych technik. Czy coś z tego wyjdzie, to się dopiero okaże.

A dzisiaj - konie! Te dwa rysunki pokazuję bez dodatkowego komentarza, bo chcę dzisiaj coś więcej napisać o moich kotach (bo obiecałam, i bo kociarze czekają na takie wieści), a na konie przyjdzie jeszcze czas, na pewno będzie jakiś post tylko o nich :).



Też według zdjęcia z internetu, czarny cienkopis, biały brystol A4.


I to by było chwilowo na tyle w temacie rysunków. 
Jak się zapewne domyślacie, do prezentacji trochę mnie zniechęca jakość zdjęć, ale w kwestii aparatu jeszcze przez jakąś chwilę nic się nie wydarzy, bo inne inwestycje, jak to zwykle bywa, nieco przekroczyły planowany budżet :). Ale co się odwlecze, to nie uciecze!

Tymczasem więc nieco wiadomości o naszych futrzakach.

Sabinka ma nową ksywkę Ptaszkożerczyni. Chyba nie muszę wyjaśniać etymologii, niestety... Po cichu przyznam się Wam, że w chwilach szczytowej irytacji nazywam ją też Rudą Francą. Bo faktem jest, że charakterek ma dość wredny. Nie znosi Czarnuszki, która jest już emerytką i należą jej się szczególne przywileje, a zwłaszcza święty spokój. A Sabina ją prześladuje. Poza tym opstrykuje nam cały dom jak kocur - na szczęście nie śmierdzi to jak kocurze "pstryki", ale tym trudniej na bieżąco wyśledzić miejsca "oznakowane". Łowi ptaszki, motyle, żaby, padalce... I tak dalej... Oczywiście później udaje niewiniątko, ładuje się pańciowi do łóżka i domaga pieszczot.

Zrobienie zdjęć moim futrzastym łobuzom graniczy z cudem, bo albo ich nie ma, albo jak już wpadną do domu, to są w ciągłym ruchu, a jak się chce zrobić fotkę, to natychmiast dopadają człowieka i badają organoleptycznie, co też to za ustrojstwo państwo mają...

Moim dogorywającym sprzętem udało mi się w końcu jakoś cyknąć nowego mieszkańca naszego domku, Rudzika, zwanego też czasem Toffikiem (z aparatu pańcia z kolei nie dało się przerzucić fotek do mojego komputera, no techniczna klapa na całej linii). Oto Rudzik na swoich ulubionych miejscówkach:






Jak wszystkim kociarzom wiadomo, to nie człowiek wybiera kota, tylko kot wybiera sobie człowieka. Najlepszym przykładem jest Rudzik. Kręcił się po okolicy, zachodził do nas coraz częściej, aż w końcu wpakował się do mieszkania i nie dał się przepędzić. Prawdopodobnie na jego decyzji o osiedleniu zaważyła ilość oraz różnorodność pokarmu wystawianego dla takich przybłęd na tarasie i w altance :))).

Rudzik jest przemiłym kotkiem, bardzo przytulaśnym, ale obawiamy się złego wpływu Sabinki, bo jakoś podejrzanie przypadli sobie oboje do serca. Ona już go uczy różnych sztuczek, łazikują razem po okolicy, ostatnio działając we dwójkę wyczaili jak można wdrapać się na dach domu i dostać się do środka przez otwarty balkon na pierwszym piętrze. Tym sposobem padł ostatni bastion, w którym mogła się przed tą bandą skryć Czarnuszka. 

Wczoraj tak rozrabiali we dwójkę nad oczkiem wodnym, że Sabinka wpadła do wody i musiała się suszyć, na szczęście w tym upale po kwadransie było po sprawie. Dla wyjaśnienia dodam, że oczko jest co prawda spore i na środku dość głębokie, ale przy brzegach jest płytko, więc zagrożenia dla życia  kotów nie ma, już prędzej dla ryb, bo skubańce (koty, znaczy się) próbują na nie polować i już zdarzało się, że znajdowaliśmy rybę wywleczoną na brzeg.

Co najgorsze, a w zasadzie najbardziej uciążliwe - przyuważyłam Rudzika w chwili pstrykania na ścianę (w domu!) w miejscu ulubionym przez Sabinę. Tak czy owak - szykujemy się do kastracji, bo Rudzik tak na oko ma blisko rok i czas już najwyższy. Pańcio co prawda próbował okazać męską solidarność i zwlekał z tą decyzją, do chwili aż Rudzik napstrykał mu na teczkę i coś tam jeszcze. Chyba miarka się przebrała...

A wracając do Rudzika... Tak go sobie kiedyś obserwowałam, jak rozwalał się na fotelu, ale coś mu tak lisio z pyszczka patrzyło... i zaczęłam podejrzewać, że on jakieś podwójne życie prowadzi... Bo generalnie od paru tygodni już u nas mieszka, ale ze dwa razy zniknął na całą noc, a czasem po południu Sabinka przychodziła, a rudzielca nie było widać parę godzin...

Kiedy jeszcze chodziliśmy z Muszką na spacery, widywaliśmy podobnego, rudego kotka w pobliżu jednego z sąsiedzkich domów - mieszka tam starsza pani, rzadko się pojawia, ale przypuszczaliśmy, że może to jej kot, albo go tylko dokarmia... A może to jeden z kotów, które się urodziły u innego sąsiada, naprzeciwko tej pani... Ale że on nie za bardzo o nie dbał, dokarmiała je jeszcze inna litościwa dusza, paru maluchom znalazła nowe domy... Tak za bardzo nie dociekaliśmy wówczas, kto z sąsiadów które koty posiada, bo kręci się tych futrzaków pełno w okolicy, my sami mamy zawsze kilka zwierząt, wszystkich nie przygarniemy, a na zabiedzone nie wyglądały.

Jak Rudzik nagle zaczął do nas się wprowadzać, pytaliśmy sąsiadów, czyj to kot, ale nikt się nie przyznał.

Ale wątpliwości mi się jakoś w duszy zalęgły... I pewnego razu, kiedy wyszłam na balkon, zobaczyłam jak Rudzik z naszego domu szoruje przez ogród na ulicę, a potem dalej - dryp-dryp-dryp - zdecydowanym marszem, omijając dwa domy, prosto do domu tej starszej pani... przelazł przez dziurę w siatce i zniknął w gąszczu ogrodu. 
No i się wykryło! Rudzik był kotkiem dokarmianym przez tę panią, ale nie traktowała go jako swojego kota domowego, nie pozwoliła rozwalać się na piernatach, wystawiała tylko miseczkę z jedzeniem od czasu do czasu, dlatego postanowił zamieszkać u nas. Ale do dawnej dokarmiaczki nadal wyskakuje, żeby sprawdzić czy nie ma tam czegoś pysznego, tak jak człowiek do miłej knajpki na rogu :).

My też mieliśmy kiedyś takiego kotka, co po pewnym czasie wybrał sobie inny dom. U nas było wtedy tych kotów ze czternaście, a koty to jednak nie są istoty stadne, więc jeden z tych podrośniętych zaczął wędrować po okolicy i tak wypatrzył sobie domek, w którym mieszkały dwie starsze panie. I po pewnym czasie nasz Dyzio miał już obróżkę, utuczył się jak pączek w maśle i dobrze mu się w tym nowym domku działo, ale od czasu do czasu wpadał do nas "na jednego" czyli na jakieś ekstra frykasy, które mu mój stęskniony za Dyziem mąż skwapliwie wynosił. Od jakichś dwóch lat Dyzio już do nas nie zagląda, ale miałby teraz chyba ze 20 lat... Pewnie spaceruje już gdzieś za Tęczowym Mostem... I tak miał długie i fajne życie :).

****

Kochani, w tym miesiącu mam znowu swój mały rysunkowy projekcik związany z codziennym rysowaniem, ale to jest coś zupełnie innego i pokażę całość w pierwszych dniach lipca. Powstają też nowe prace w innych technikach, więc może uda mi się jeszcze coś wrzucić na blog w tym miesiącu :).


niedziela, 2 czerwca 2019

Majowe rysowanie - część 3.

Tak,wiem, że to już czerwiec, a ja pokazuję dopiero rysunki z połowy maja...


Dzisiaj prezentuję dwie sowy śnieżne, narysowane w nieco innej stylizacji niż poprzednie, bardzo pobieżne, szkice katedry. 
Bardzo wdzięczny temat, sówki pewnie jeszcze kiedyś się u mnie pojawią, może nawet w niezbyt odległej przyszłości :). 


Miało być zresztą tych sów więcej już teraz, wstępne ołówkowe szkice zostały poczynione, ale... zmieniła mi się koncepcja. 





Z samej sowy jestem zadowolona, ale te liczne kreskowania w tle trochę mnie wykończyły, a po zastanowieniu uznałam, że pomysł z wykonaniem całego obrazka formatu A4 najcieńszym pisakiem 0,05 jest bez sensu. Skoro zależało mi na mocno przyciemnionych dalszych planach, to trzeba było zrobić to po prostu grubszym cienkopisem. Może nawet trzeci plan zrobić całkiem graficznie, w jednolitej czerni...? Miałam z tym podwójną robotę, bo cienkie linie poprawiałam potem grubszym pisakiem, żeby je było jakoś w ogóle widać. Równolegle naszła mnie też refleksja, że zarysowywanie tła milionem linii mija się z celem, jakim miało być ćwiczenie twórczego rysowania. 

Druga sowa z mniej wymęczonym tłem :) - co nie znaczy, że lepiej to wyszło. Rozmiar 20x20cm.




Korzystałam ze zdjęć sów śnieżnych znalezionych w internecie, bo w realu to ja jednak ich nie spotykam :).

Poprzestałam na dwóch obrazkach z sowami, następne (kiedyś tam) z tymi wspaniałymi ptakami będą na pewno w innej konwencji lub w innej technice.

Wracając do kwestii tła - chciałam podzielić się z Wami pewnymi przemyśleniami, bo wbrew pozorom to nie jest taka błaha sprawa. 
Zaprojektowałam sobie to tło takie mało skomplikowane poniekąd celowo, żeby się tam za dużo nie działo. Nie chciałam, żeby nadmiarem elementów konkurowało z sylwetką ptaka i właściwe tak za bardzo to mi na tym drugim planie nie zależało, coś tam miało być, ale nie miałam konkretnej wizji. Nie zastanawiałam się nad tym zbyt długo. I teraz uważam to za błąd.

Ponieważ sowy śnieżne, jak wiadomo, są białe, to żeby je wyeksponować potrzebne jest odpowiednio ciemniejsze tło. 
Na moich obrazkach są więc dość jednostajnie powtarzające się proste i gładkie pnie drzew, wycieniowane tylko delikatnie krzyżującymi się drobnymi kreskami, oraz głębsze tło z falistymi liniami mającymi sugerować gąszcz jakiejś bliżej nieokreślonej roślinności. Druga sowa na zdjęciu stała po prostu na białym śniegu.
Teraz myślę, że nie wyszło mi to ani ciekawie, ani ładnie... Od razu widać, że nie miałam dobrego pomysłu. Pod koniec najchętniej bym te rysunki wyrzuciła i zrobiła od nowa. Ale że się już nad nimi (zwłaszcza tym pierwszym) trochę napracowałam, to chciałam zobaczyć co ostatecznie z tego wyniknie. A nowe wersje to zawsze jeszcze mogę stworzyć :).

Teoretycznie mogłam sobie darować ten las w tle, ale wtedy byłoby jeszcze gorzej, całkiem mdło. 

Biała sowa na białej kartce... no ba! 

Był już taki artysta, co namalował biały kwadrat na białym tle i świat na pewien czas oszalał na punkcie tego genialnego malowidła :).

Nie rozwodząc się zbytnio nad tą sprawą chcę tylko zasygnalizować, że przemyślałam temat i nad tłem w moich obrazkach wkrótce zacznę pracować :).

*****

A jak mi szło z realizacją planu rysunkowego przez cały miesiąc? Przez jakiś czas udawało mi się utrzymać założone tempo rysowania, czyli - minimum godzina dziennie. W drugiej połowie maja nastąpiły jednak nieoczekiwane zawirowania, które skutecznie zaburzyły mi ten rytm.  

Mąż znienacka wylądował w szpitalu, pilna operacja... Oprócz zmartwienia sporo spraw bieżących, które zwykle ogarniał małżonek, spadło na mnie, no i generalnie - namieszało się. Jak to mówią: jeśli chcesz rozbawić Pana Boga, to opowiedz mu o swoich planach. Czyli - plany planami, a życie i tak toczy się swoim torem. 

Od razu wyjaśniam, że mąż szczęśliwie, acz nieśpiesznie, wraca do zdrowia, tak więc i ja mogłam  powoli wrócić do rysowania - chory facet w domu to wiadomo, koniec świata ;). 
W każdym razie - dobrych kilka dni wypadło mi całkiem z harmonogramu... Nie da się jednak zaprzeczyć, że ta zabawa w codzienne rysowanie trochę mnie nakręciła, teraz niemal automatycznie wieczorową porą siadam do rysunków i zawsze coś tam naskrobię. Czyli rzec można - rysowanie wchodzi mi w krew :). Najważniejszy cel projektu został zatem osiągnięty!




*****

W tak zwanym międzyczasie po ulewach zrobiła się piękna pogoda... Sporo czasu poświęciłam więc pracom ogrodowym, do których może jakiejś szczególnej smykałki nie mam, ale skoro mąż postanowił teraz właśnie się rozchorować, to musiałam wziąć temat na klatę i zmierzyć się z gąszczem, który wyrósł błyskawicznie w tych sprzyjających okolicznościach przyrody.

Jakbyście przypadkiem słyszeli, że trzeba w jakiejś dziczy przerąbać drogę przez dżunglę, w Amazonii dajmy na to, to dajcie mi znać - uwielbiam takie akcje! Uzbrojona wyłącznie w sekator w jeden dzień rozprawiam się z hektarem chaszczy, a im więcej gałęzi i chabazi do przycinania, tym bardziej raduje się moje serce! Cięcie krzewów i drzew w moim wykonaniu jest zawsze ekstremalnie radykalne! A na zbliżające się moje urodziny zażyczyłam sobie w ramach prezentu - akumulatorowe nożyce do żywopłotu :).

W tej kwestii moje i męża poglądy różnią się diametralnie. Ja uważam, że przycinanie krzaków, obcinanie przywiędłych kwiatów itd. - to niezbędny element pielęgnacji ogrodu, a im bardziej się przytnie, tym lepiej urośnie! Mąż - wręcz przeciwnie - roztkliwia się nad każdym chabaziem i żal mu wyciąć cokolwiek. Jak widzi efekty mojej akcji, to dostaje niemal palpitacji i awanturuje się, że spustoszyłam ogród, wycięłam wszystko w pień i na pewno nic już nie urośnie! No nawet nie będę tego komentować :).

W każdym razie prace polowe wciągnęły mnie na tyle, że na rysowanie niewiele czasu w ostatnich dniach zostaje. Ale wyrywając chwasty i wycinając krzaczory myślę o rysunkach i mam już sporo dość skrystalizowanych wizji :).

Buszując parę dni temu w krzakach na mojej posesji przyuważyłam niepokojącą ilość mszyc. Przyniosłam więc preparat do opryskania, ale... 
Przymierzając się już do morderczych zabiegów zauważyłam jakieś podejrzane ruchy na jabłonce, od której akurat chciałam zacząć. Okazało się, że pan biedronek spełniał małżeński obowiązek z panią biedronkową. O prawie połowę mniejszy i nieco bledszy, właził na małżonkę i co kilka chwil potrząsał całym odwłokiem. Nie znam się na seksualnych zwyczajach biedronek, ale podejrzewam, że wkrótce pojawią się na drzewach biedronkowe dzieci, czyli larwy, które co prawda wyglądają dość przerażająco, ale są niesamowicie żarłoczne, a ich największym przysmakiem są właśnie mszyce :))). Biedronkowych parek znalazłam na drzewkach całkiem sporo, więc jestem spokojna - bez odrobiny chemii za jakieś dwa-trzy tygodnie po mszycach śladu nie będzie!

A kolejnym wpisie oprócz rysunków będą wieści z życia kotów w naszym domu - bo sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie :).


*****


piątek, 17 maja 2019

Majowe rysowanie - część 2.

O moim rysunkowym projekcie (wyzwaniu) można przeczytać w poprzednim wpisie: "Majowe rysowanie".  
Tam był pierwszy rysunek, a dzisiaj będzie mała relacja z kolejnych dni, chociaż sama nie wiem czy wypada pokazywać tak kiepskie zdjęcia... 

Tytułem wyjaśnienia... No cóż, materia sprzysięgła się przeciwko mnie, komputer ledwo daje jakieś niemrawe oznaki życia, aparat nie przeżył ostatniej zapaści, a telefon też najlepsze lata ma już dawno za sobą. Jakieś inwestycje w tym obszarze przewiduję dopiero gdzieś może za miesiąc, tak więc chwilowo jest jak jest i nie chcę się o tym rozwodzić, no ale obiecałam sukcesywne pokazywanie efektów mojego rysunkowego planu. Nie mogę niestety pokazać rysunków ołówkiem, bo w tych warunkach technicznych wyglądają na ekranie jak zamazane plamy. Większość rysowałam jednak cienkopisem, więc może uda się coś jako-tako zaprezentować ;).




No i od razu wyznam, że chociaż bez większego problemu udało mi się wykonać założony plan, czyli codziennie rysować przez minimum godzinę, to nie wszystkie efekty tego rysowania nadają się do prezentacji ;). Kilka szkiców poszło od razu do kosza, dwa rysunki dość nawet zaawansowane, ale nastąpił poważny problem techniczny... Okazało się mianowicie, że posiadam raptem cztery czarne cienkopisy o pożądanej grubości 0,05, ale kolejno zaczęły odmawiać współpracy... Dawno ich nie używałam, wydawało mi się, że przynajmniej trzy z nich to świeżynki, ale może podeschły od nieużywania, a może jednak kiedyś były w intensywnym użyciu, tylko mi się zapomniało? No w każdym razie we czwartek okazało się, że rysować za bardzo nie mam czym, nie było czasu na stacjonarne zakupy, internetowo zamówiłam, no ale wysyłka w piątek, to jak dobrze pójdzie najprędzej w poniedziałek odbiorę. Bazgram więc tylko ołówkiem wstępne szkice, bo docelowo rysunki chcę mieć w czarnym tuszu, czyli cienkopisie.
Ale do brzegu, czyli do rysunków :).

Temat katedry Notre Dame z poprzedniego wpisu pociągnęłam dalej. Było kilka rysunków roboczych, wersja od frontu zupełnie mi nie wyszła, kolejną zrobiłam więc znowu od tyłu, w nieco innym ujęciu niż poprzednią, ale wyszło gorzej niż w tej pierwszej wersji.

Rysunek w ogóle wygląda jak szybki szkic, ale kosztował mnie trochę pracy - najwięcej czasu zajął mi ołówkowy zarys, wiecie, zachowanie proporcji, perspektywy i tych wszystkich linii prostych. To są te elementy, które świetnie wychodzą architektom, ja natomiast zawsze mam z tym problem. 

No i spróbowałam narysować kilka detali - chimery i gargulce.
Czy dacie wiarę, że te słynne figury zdobiące gotycką katedrę, w większości zostały na niej umieszczone dopiero w XIX wieku, po części za sprawą znanej powieści Wiktora Hugo, któremu bardzo leżała na sercu sprawa odrestaurowania popadającej wówczas w ruinę świątyni...? 

Przyznam się Wam, że te pobieżne rysunki są czymś w rodzaju rozgrzewki przed nieco solidniejszym podjęciem tematu malowania fragmentów Katedry Notre Dame. To jest fascynująca budowla, z mnóstwem zaskakujących detali i mam nadzieję, że znajdę kiedyś czas na ich namalowanie. 
A to jest taki jeden ciekawy fragment, który chciałam narysować, ale nie znalazłam wystarczająco dobrych zdjęć ze zbliżeniami postaci:




Bardzo lubię ten fragment - to są figury apostołów, po trzech w każdym załamaniu dachu (tzw. koszu, tak się to chyba nazywa), jakby schodzących z góry na ziemię. Kiedy trwał pożar i waliła się iglica, zastanawiałam się, co się stało z tymi figurami... nie było wtedy tego dokładnie widać. One są chyba z jakiegoś stopu miedzi, sądząc po zielonkawym kolorze patyny - w pożarze mogły się nadtopić, tam było kilkaset stopni! No i potem zawalenie się tej iglicy mogło pociągnąć je za sobą...Szukałam później tej informacji i okazało się, że dosłownie chyba dwa dni przed pożarem figury apostołów zabrano do konserwacji :). Widziałam nawet ich zdjęcia - stały na paletach, z poodkręcanymi głowami.

Przez ostatnie dwa tygodnie narysowałam oczywiście jeszcze kilka innych rzeczy, ale są już w innej stylistyce i z innymi motywami (nie katedra!) - pokażę je więc w kolejnym wpisie. 





No i kilka zdań o tym co było, jak mnie tutaj nie było. Dużo się działo w ostatnich miesiącach. Niektórzy z Was wiedzą, że w ciągu minionego roku musiałam pożegnać trójkę naszych futerkowych przyjaciół - dwie suczki: Misię i Muszkę, i kocurka Grubcia. 
A niedawno zaginął nasz młody kotek Rysio... 
Ale nie będę pisać o szczegółach tych smutnych historii, chyba mnie to przerasta...

Trochę dużo było tych przykrych przeżyć. Tego się nie robi człowiekowi, bo człowiek potem nie może się pozbierać i ogarnąć...

Ale wróćmy do teraźniejszości.

Jeśli chodzi o zwierzaki, to w gruncie rzeczy nie możemy narzekać na brak towarzystwa, bo oprócz naszych dwóch koteczek: Czarnuszki i Sabinki, odwiedzają nas koty z sąsiedztwa: Lucuś (czarny z białym krawacikiem i wybałuszonymi oczkami, nie ma jeszcze roku), Rudziaczek (ksywka robocza, bo nie wiemy jak się wabi), Czarnulek (też nazwa robocza) i Krówka (bo łaciaty czarno-biały). 
Lucuś włazi nam do domu przez taras i chodzi jak po swoim, Rudziaczek i Czarnulek kręcą się po podwórku od czasu do czasu, podejrzewam, że zalecają się do Sabinki, chociaż ona wysterylizowana, a Krówka jest moim ulubieńcem i powoli się oswaja, podchodzi coraz bliżej. Krówkę podejrzewam o bezdomność lub zaniedbanie przez właściciela, bo bywa dość utytłany w białych partiach futra, obwieszony kleszczami i najchętniej z całego towarzystwa zagląda do misek z jedzeniem. Mleczko wciąga bez ograniczeń, miękkie kocie karmy w dużych ilościach, nie gardzi różnymi mięsnymi okrawkami, przy których wybrzydzają nasze kotki, suchą karmę wcina mniej chętnie, ale też zawsze trochę zje. Już wie, że ja jestem ta człowieka, co daje jedzonko, więc czeka na mnie i nawet blisko już podchodzi, ale jeszcze nie pozwala się dotykać. Jestem jednak dobrej myśli :).

Oprócz dokarmiania okolicznych kotów zostawiamy też jedzenie dla jeża, bo się okazało, że lubi kocią karmę :).

W starym kompoście mieszkają u nas różne zwierzątka, a mianowicie jeże w dolnej partii, a w górnej - padalce. Jak doliczyć do tego ropuchy zasiedlające w okresie godów nasze oczko wodne, to już jest jasne, dlaczego w naszym ogrodzie nie ma ślimaków, mimo że nie używamy chemii :). 

Wracając do mieszkańców pryzmy kompostowej - padalce niestety bardzo interesują Sabinkę i od czasu do czasu trzeba kotu pogonić kota, ratując z kocich pazurów zesztywniałe ze strachu padalce. No niestety przyznam się Wam, że Sabinka jest kotką łowną i raz do roku zdarza się, że ratujemy z jej paszczy jakiegoś ptaszka. W ubiegłym roku był rudzik, w tym - pełzacz. Oba na szczęście przeżyły, oszołomione posiedziały dłuższą chwilę na tarasie i odfrunęły. Oczywiście mowa o ptaszkach przyniesionych przez naszą szylkretową bestię do domu. Bo co się w ogrodzie wyrabia jak nie widzimy, to nie do końca wiemy. W każdym razie dostała ostrą burę, może na jakiś czas zapamięta, że nie wolno. 
Nie wszystkie koty mają tak silne myśliwskie zapędy. I częściej kotki niż kocury. Sabinka niestety uwielbia polować i poluje na wszystko,co się rusza - żaby, motyle, muchy, zaczepia inne koty i psy... Po akcji z pełzaczem zapowiedziałam jej, że jeszcze jeden taki numer, to będę ją wypuszczać tylko w kagańcu :). Nie wiem, czy zrozumiała...

Jeże natomiast zorientowały się, że w starej altance, przerobionej na drewutnię, zostawiamy dla zaprzyjaźnionych kotów jedzonko, i od pewnego czasu, nie robiąc sobie nic z naszej i kociej obecności, rankiem i pod wieczór szorują jak po sznurku do miski z kocią karmą, jak do własnej stołówki. No i co wieczór muszę tam dosypywać coraz więcej żarełka... Parę dni temu obserwowaliśmy, jak pan jeż zalecał się do pani jeżowej, ona pofukiwała głośno, ale w końcu pozwoliła mu na bliższą komitywę :). Tym bardziej więc musimy dokarmiać, skoro prawdopodobnie jeżowa rodzinka się powiększy :)))).

*****

piątek, 3 maja 2019

Majowe rysowanie.

Pojawiające się z nastaniem wiosny wyzwania rysunkowe odrobinę zmobilizowały mnie do ruszenia z własnym projektem, którego głównym celem jest wyrobienie sobie nawyku codziennego tworzenia. 
No bo w jakiś marazm twórczy popadłam... 
Coś tam czasem rysuję i maluję, ale najczęściej w połowie albo pod koniec pracy dochodzę do wniosku, że to wszystko jest do bani, no i dzieło ląduje w koszu na śmieci. Co prawda w ostatnich miesiącach sporo spraw skutecznie przeszkadzało mi w systematycznym, codziennym malowaniu, ale teraz to wymówek tak za bardzo nie mam, zwyczajnie wypadłam z rytmu i nie mogę się twórczo ogarnąć.


Plan więc był taki, że przez cały maj będę codziennie rysować, żeby tam nie wiem co. Nie chodziło mi o to, żeby codziennie wyprodukować skończony obrazek, ale żeby codziennie poświęcić minimum godzinę na rysowanie. 
Dlaczego akurat godzinę? Bo jakiś reżim jednak musiałam sobie narzucić. Postanowienie typu "codziennie coś narysuję" zwykle się kończy na postawieniu dwóch kresek albo tylko przerzuceniu z kąta w kąt kartek papieru w poszukiwaniu weny. A przez godzinę to jednak coś konkretnego można już narysować. 

Zatem uzbrojona w papiery różnego rodzaju, cienkopisy i ołówki, przystąpiłam do działania :).

Jeśli chodzi o tematykę, to co prawda zwykle ciągnie mnie do motywów przyrodniczych, zwłaszcza roślinnych. Mam jednak na swoim koncie także parę dość udanych wedut, których rysowanie i malowanie (dość dawno temu) sprawiło mi dużo przyjemności. Postanowiłam więc poćwiczyć trochę rysowanie rozmaitych budowli i detali architektonicznych - z natury i ze zdjęć. Tak się złożyło, że tuż przed pożarem katedry Notre Dame w Paryżu, szperając po Pintereście w poszukiwaniu inspiracji, zapisałam sobie kilkanaście zdjęć tej właśnie fantastycznej katedry. Więc jakoś tak siłą rzeczy motyw pierwszych rysunków w moim osobistym wyzwaniu sam się nasunął.



Temu akurat rysunkowi poświęciłam na pewno znacznie więcej czasu niż zaplanowane minimum, łącznie ze wstępnym szkicem - dwa dni. Pierwszy dzień to tenże szkic, który kosztował mnie sporo czasu i zdrowia, no i drugiego dnia cienkopis i detale, to też z różnymi przerwami (kolacja, herbatka, kawałek filmu w tv itd) - cały kolejny wieczór. Ale jestem z niego bardzo zadowolona. Katedra najbardziej mi się podoba właśnie w tym ujęciu, od tyłu, z tymi łukowymi przyporami.

Jak już wspominałam we wcześniejszych wpisach "rysunkowych" - bardzo lubię rysować czarnym cienkopisem na białym brystolu. Dlatego wybór narzędzi i techniki też był dość oczywisty.

Zaczęłam 1 maja i zamierzam utrzymać tempo codziennego rysowania minimum przez cały ten miesiąc. Czy wszystko będzie się nadawało do prezentacji? - no nie wiem, najwyżej pokażę Wam tylko to, co mi się w miarę jakoś uda :). Dzisiaj wrzucam tu pierwszy rysunek wraz z deklaracją systematycznego tworzenia, żeby się jakoś bardziej zmobilizować. No i przy okazji odkurzyć blog :).

A za tydzień (mam nadzieję) oprócz rysunków opowiem co się u mnie ostatnio działo.

sobota, 16 lutego 2019

Książki o sztuce. "Degas i jego świat".

Pewnie każdy, kto jakoś kojarzy nazwisko Degas, rozpoznaje przede wszystkim jego delikatne, pełne światła i lekkości pastele ze scenami z prób baletowych. Ale Degas to nie tylko pastele z baletnicami i kąpiącymi się kobietami. Wśród jego dzieł mnóstwo jest obrazów olejnych, namalował wiele portretów i scen z wyścigów konnych, stworzył także całkiem sporo grafik i rzeźb.




To jeden z moich ulubionych twórców, więc od czasu do czasu lubię sięgnąć po lekturę, w której znajduję jakieś informacje o jego życiu i dziełach. Książka Jean-Paul Crespelle'a "Degas i jego świat" to ciekawie napisana biografia - niestety niezbyt obficie zilustrowana reprodukcjami (zdjęcia w tym poście pochodzą z internetu). No ale ważniejsze w tym przypadku są fakty z życia artysty.

Autor podjął się zadania dość trudnego, ponieważ chcąc ustalić jakim naprawdę człowiekiem był Degas, musiał przekopać się przez mnóstwo sprzecznych dokumentów i autentycznych wspomnień, wśród których wymieszane są zarówno entuzjastyczne pochwały egzaltowanych pochlebców, jak i równie emocjonalne oszczerstwa jego przeciwników. Jak jednak zauważa J.P.Crespelle - przeciwników Degasa łączyło jedno: zostali kiedyś przez niego źle potraktowani, co zapewne wiele wyjaśnia. Generalnie przeważa opinia, iż Degas był człowiekiem niezwykle wrażliwym, dobrym i szlachetnym, przywiązanym do swojej rodziny, a jednocześnie oddanym bezgranicznie swojej pasji, jaką była sztuka.




Degas, mimo że pochodził z zamożnej rodziny i dość szybko stał się znanym artystą, był jednak człowiekiem skromnym, nie wyróżniającym się wyglądem, strojem, ani nie dbającym o rozgłos.
W jego żyłach płynęła krew francuska, neapolitańska i kreolska, przodkowie - ród de Gas - pochodzili z arystokracji i wielkiej burżuazji. Kiedy Edgar postanowił utrzymywać się z malowania obrazów, uznał, że powinien zaniechać używania partykuły "de" i skrócił swoje nazwisko do Degas. Jego ojciec był bankierem i pragnął dla syna kariery prawniczej, jednak szybko uległ pragnieniom potomka i zgodził się na to, aby ten poświęcił się malarstwu.

Młody Degas uczył się więc malarstwa zarówno w Paryżu jak i we Włoszech, gdzie początkowo zafascynowała go twórczość Ingresa i Delacroix. Malował więc sceny historyczne a także portrety krewnych. 
Na dalszą drogę artystyczną ukierunkowało go spotkanie z Manetem, a później liczne kontakty z twórcami hołdującymi nowym trendom i eksperymentom artystycznym, jak Monet, Renoir, Sisley i inni z tego kręgu. 
Pierwsza wystawa, w której wziął udział Degas, miała miejsce w 1874 roku. Uznano ją za początek nowego nurtu w malarstwie, nazwanego impresjonizmem. Degas nie uważał się jednak za impresjonistę, przede wszystkim nie interesowało go malarstwo plenerowe, tworzył zawsze w pracowni i na ogół tematem jego prac były sceny rodzajowe z kawiarni, koncertów, przy sztucznym oświetleniu, z udziałem tancerek, modystek, praczek.


Degasa kojarzymy zazwyczaj z jego pełnymi ekspresji i wibrujących kolorów pastelami. Wśród wybitnych pastelistów w dziejach sztuki zajmuje bez wątpienia jedno z czołowych miejsc. Jednak sam Degas uważał się głównie za rysownika, a przez pierwsze ćwierć wieku swojego artystycznego życia malował przede wszystkim obrazy olejne. Do sięgnięcia po pastele skłoniły go nasilające się problemy ze wzrokiem, a także możliwość szybkiego wykonywania pełnych studiów modeli. Obraz olejny wymaga znacznie dłuższego czasu - zarówno na przygotowanie podłoża, jak i malowanie i werniksowanie (czas potrzebny na schnięcie kolejnych warstw to czasem kilka dni, a niekiedy nawet - miesięcy!). Pastelem w czasie jednej sesji można osiągnąć to, co w oleju trwałoby kilka tygodni!




Eksperymenty Degasa z pastelami zaciekawią pewnie te osoby, które same próbują tej techniki, więc pozwolę sobie przytoczyć tutaj trochę takich technicznych szczegółów:

  • Degas osiągał w pastelu efekt lawowania poprzez zraszanie rysunku gorącą wodą i dalszą obróbkę twardym pędzlem;
  • tło pokrywał specjalnie przygotowanym dla niego przez zaprzyjaźnionego malarza-chemika utrwalaczem, a następnie wielokrotnie powtarzał warstwy rysunku i utrwalacza;
  • do pasteli Degas dodawał akcenty węgla, gwaszu, a nawet farb olejnych;
  • niektóre pastele przygotowywał na kalce, którą następnie naklejało się na bristol, co wymagało współpracy specjalisty znającego tę technikę;
  • wiele pasteli Degas wykonał na monotypiach, wykorzystując w różny sposób technikę druku do przygotowania tła dla pasteli.

Tutaj trzeba dodać, że Degasa interesowały rozmaite techniki graficzne, wykonał wiele monotypii, litografii i miedziorytów. 
A ponadto - różne formy ceramiczne i rzeźby. 
Najbardziej znaną rzeźbą Degasa jest niewątpliwie "Mała czternastoletnia tancerka" wykonana z wosku (popularny wówczas materiał, niestety bardzo nietrwały), z użyciem prawdziwych włosów i tkanin (spódniczka z tiulu, gorset i wstążka we włosach). Jedyna rzeźba pokazana za życia Degasa, na wystawie w 1881 roku.



Rzeźba wywołała skandal - publiczność i krytycy nie byli jeszcze wówczas przygotowani na taki realizm! Degas nie upiększył rysów swojej modelki, dziewczyny pochodzącej z niższych warstw społecznych i nie grzeszącej delikatnością urody. Przedstawił ją w niedbałej, niezbyt wdzięcznej pozie w chwili odpoczynku w przerwie zajęć. No i do tego te prawdziwe dodatki - włosy i tkaniny!

Degas wyprzedził swoją epokę - dopiero pojawienie się w sztuce nurtu zwanego hiperrealizmem wzbudziło zainteresowanie "Tancerką". Po jego śmierci woskową rzeźbę powielono w ponad 20 kopiach z brązu. W roku 2000 jedną z tych kopii sprzedano w londyńskim Sotheby's za blisko 19 milionów dolarów, a 15 lat później jej cena na aukcji w tym samym miejscu wzrosła już do 25 milionów dolarów.

Jeśli uważnie przyjrzymy się obrazom Degasa, to zauważymy, że - chociaż często malował kobiety, to głównym tematem jego dzieł nie było nigdy piękno kobiecego ciała. Interesowało go raczej przedstawienie ruchu, a kobiety jako takie niezbyt go interesowały, co miało odbicie w jego życiu osobistym - w zasadzie nic nie wiadomo o jakimś jego bliższym stałym związku z jakąkolwiek kobietą, nawet uważa się, że kobiet nie lubił, a ich uroda nie robiła na nim wrażenia. 
Malując czy rysując tancerki obserwował przede wszystkim ich ruchy, gesty. Większość obrazów pokazuje je - nie w pięknie ułożonych tanecznych pozach - ale w zwykłych sytuacjach w czasie prób, kiedy rozciągają się, poprawiają baletki, odpoczywają w niedbałych pozycjach. Podobnie kobiety myjące się czy czeszące, praczki, prasowaczki, bez różnicy - narysowane w niezgrabnych pozach, w codziennych sytuacjach, nie upozowane, jakby podglądane przez dziurkę od klucza.



Degas był otwarty na nowinki zarówno w sztuce jak i w technice, z powodzeniem próbował swoich sił na przykład w fotografii. Wiele jego obrazów wygląda podobnie jak reportażowe fotografie, dość często nietypowo skadrowane. Potrafił uchwycić w pastelu najistotniejszy motyw, charakter postaci i nastrój chwili. Zupełnie nie przejmował się przy tym kanonem kompozycji, a i tak uwaga widza kierowała się na najważniejsze elementy.

Nie przepadał za pejzażem i nigdy nie malował w plenerze, ale był niezwykle spostrzegawczym obserwatorem i w swojej pracowni z drobiazgową dokładnością odtwarzał sceny widziane w czasie przejażdżek po mieście lub na wyścigach konnych.



Był człowiekiem pełnym sprzeczności, samotnikiem otoczonym przez tłumy pochlebców i zajadłych krytyków. Na pozór gburowaty i złośliwy, potrafił otoczyć opieką wielu młodych artystów, a dla zubożałych nagle braci oddał niemal cały majątek, skazując siebie samego na skromne życie przez długie lata. 

Książkę "Degas i jego życie" czytałam kilka razy. Dla wielbicieli twórczości tego niezwykłego artysty to pozycja, którą z pełnym przekonaniem mogę polecić. Napisana lekko, z pasją, przez biografa, który - starając się o obiektywizm - oddał jednak całe swoje serce aby nie tylko dać świadectwo prawdzie o artystycznej spuściźnie Degasa, ale także aby odkryć i przybliżyć nam duszę artysty, jego wrażliwość i pasję, której poświęcił całe swoje życie.

*****


No i cóż... po tej pasjonującej lekturze wyciągnęłam moje stare pastele... hmmm... może coś z tego będzie...?

******





niedziela, 2 grudnia 2018

Powiew orientu znad Tamizy.


Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało - inspiracją do tego obrazka była pamiątka z Londynu , a może z Liverpoolu... z Anglii w każdym razie. Pamiątka, swoją drogą, też raczej nietypowa, jak na angielskie skojarzenia :).



Zaraz to wszystko wyjaśnię, tylko najpierw znowu kilka słów na temat mojej słabej aktywności blogowej.

W poprzednim wpisie wspominałam już o naszych zmartwieniach i kłopotach ze zwierzaczkami. Od wiosny dwójkę (psa Misię i kota Grubcia) musieliśmy pochować w przydomowym ogródku... Teraz mamy urwanie głowy z naszą starowinką, suczką Muszką - opieka na okrągło, lekarstwa, podtykanie smakołyków, wynoszenie na rękach do ogrodu, nieprzespane noce, bo pies się dusi i krztusi, wizyty u weterynarza, czasem nieplanowane awaryjne sprzątanie, zwłaszcza jak przychodzimy z pracy... i tak dalej. Z niepokojem obserwujemy jej coraz gorszą kondycję, pojawia się lekki niedowład tylnych łapek, chciałaby chodzić na spacerki, a nie daje rady...

Jakby mało było zamieszania z naszym zwierzyńcem, przybył nam właśnie jeszcze jeden lokator - mały zabiedzony kotek, taki koci szkielecik, który siedział wczoraj późnym wieczorem na środku drogi gdzieś między polem a lasem i nie miał siły uciekać, zresztą chyba na oba oczka nic nie widział... Teraz jedno oczko już na nas patrzy, ale drugie jakieś zapadnięte i czerwone - na razie tylko przemywamy, jutro weterynarz obejrzy... Kupy robił zielone, jakby jadł trawę, dzisiaj po podkarmieniu wygląda to już lepiej... no mamy co robić, w każdym razie. A w domu są jeszcze dwa dorosłe koty, które niezbyt się nawzajem lubią

Do tego doszły ostatnio problemy zdrowotne naszych rodziców - nie będę tego wątku rozwijać, ale jak się tak spiętrzy parę spraw, to człowiek nie wie w co ręce najpierw wsadzić. Tak więc blog zawsze spada na koniec listy zadań. W tej sytuacji wciąż nie mogę się zebrać i ogarnąć wszystkiego, co chciałabym pokazać i opowiedzieć. Zaczęłam pisać kilka postów i wiszą takie niedokończone kopie robocze, za które ciężko mi się zabrać. Obrazki też pozaczynane czekają na wenę i odrobinę spokoju...

No więc dzisiaj pokazuję to co akurat najświeższe, bo jakoś najłatwiej mi tak z marszu napisać i pokazać co ostatnio stworzyłam, choć nie jest to najlepsza z moich prac plastycznych minionego roku :). Ale dość gadania, jedziemy z tym koksem!


Co można przywieźć z Anglii? - no jak to co, wiadomo - słonie!


Otóż dziecię moje wybrało się czas jakiś temu na wakacyjną wyprawę do Anglii - w bogatym planie było odwiedzanie mieszkających tam znajomych, zwiedzanie kraju wzdłuż i wszerz itd. No i z tej wyprawy przywiózł synek rodzicom suweniry: tata dostał, a jakże, zacną flaszeczkę whisky, a mamunia, z braku lepszego pomysłu, słoniki, bo synkowi się spodobały, a mama przecież kiedyś taką małą kolekcję słoników miała. No fakt, nawet gdzieś tam w jednym z pudeł nadal mieszkają. Nie, żebym była jakąś szczególną wielbicielką takich figurek, ale tak jakoś same te słonie przybywały do domu przy różnych okazjach i przez pewien czas stały gromadnie na półeczce.



No w każdym razie może słonie nie za bardzo się kojarzą tak od razu z  Anglią, ale jak się tak zastanowić i wejrzeć w głąb historii brytyjskiego kolonializmu... no przecież Indie na przykład... nieprawdaż? I te tutaj słonie najwyraźniej indyjskie są, sądząc po ozdobach, czaprakach w hinduskie ornamenty itd. To trochę jak z tą angielską herbatą, co nigdy w Anglii nie rosła.

Tak więc sprawę słoni przywiezionych z Anglii uważam za wyjaśnioną :). 
Tak czy inaczej - te angielsko-indyjskie słonie natchnęły mnie do namalowania obrazka w orientalnym klimacie, a zanim skończyłam jeden, to przyszedł mi do głowy pomysł na drugi (czeka na dokończenie) i coś mi się wydaje, że na tym jeszcze nie koniec, choć może w nieco innej stylistyce :). 



MOTYWY - mandala, lotos, a w tle - joga.


Chętnie sięgam po motywy kojarzące się z Indiami, z daleką Azją. Mandale już u mnie widzieliście (posty z etykietą "mandala" - klik), więc wiadomo, że lubię je rysować i malować.  na pewno jakieś jeszcze będą, może w innych odsłonach barwnych?


Ale skąd w ogóle te tematy u mnie? 
Dawno temu, gdzieś koło matury, zainteresowała mnie joga. W tamtym czasie to był mało znany temat, nie było szkół jogi (no, może gdzieś w stolicy, ale nie w powiatowym miasteczku), nawet literatury odpowiedniej nie można było zdobyć, a przypominam, że młodość moja to epoka krzemu łupanego, czyli przedinternetowa. Więc joga była objawieniem, czymś dotychczas zupełnie mi nieznanym. No i wsiąkłam w ten nowy świat, przeorganizowałam swoje życie, starałam się uporządkować swoje wnętrze - umysł i duszę, uprawiałam asany, przeszłam na wegetarianizm. Zachwyciła mnie filozofia związana z jogą. 
Wszystko to było może mało uporządkowane i niezbyt głębokie, ale do dzisiaj pozostał mi jakiś sentyment do różnych hinduistycznych i buddyjskich symboli, do kultury i sztuki orientu. Do tematu jogi i wegetarianizmu pewnie jeszcze kiedyś tu powrócę, ale dzisiaj zajmijmy się obrazkami :).


MANDALA.


Pokazywałam Wam już moje czarno-białe rysowane cienkopisem mandale, więc wiecie, że ten motyw nie jest u mnie nowy. 
Mandale kojarzą się nam głównie z Tybetem, ale wywodzą się z Indii, więc znajdują swoje miejsce zarówno w hinduizmie jak i buddyzmie. Tworzenie mandali jest rodzajem medytacji, a jej ostateczny kształt odzwierciedla stan wewnętrzny jej twórcy.

Mandala buddyjska jest rodzajem diagramu łączącego koło z kwadratem, gdzie koło symbolizuje niebo, zewnętrzność i nieskończoność, a kwadrat - cztery strony świata i to wszystko, co jest wewnętrzne i połączone z człowiekiem. Obie figury są harmonijnie połączone, a ich środkiem jest jeden punkt, który symbolizuje człowieka jako środek całego otaczającego go świata, a zarazem oznacza początek i koniec wszystkiego. Mandala pokazuje wiec, jak chaos może osiągnąć harmonijną formę.

Tworzenie mandali (zazwyczaj z drobnego kolorowego piasku) trwa wiele godzin i kończy się jej uroczystym zniszczeniem, co odpowiada zamkniętemu kręgowi życia i śmierci, gdzie koniec jest początkiem nowego, a wszystko jest przemijalne.

LOTOS.


Lotos - kwiat święty w hinduizmie i buddyzmie, narodowy kwiat Indii. Symbolizuje odrodzenie oraz czystość ciała i umysłu. 

Lotos jest rośliną nie tylko cudownej piękności, ale w wielu innych aspektach rzeczywiście niezwykłą. Znalezione niedawno nasiona lotosu sprzed 2 tysięcy lat miały nadal zdolność rozwoju - posiane zakiełkowały i zakwitły! Wszystkie części tej rośliny są jadalne i mają wiele cennych dla naszego zdrowia właściwości. Chcę Wam jednak przytoczyć tutaj dwie ciekawostki innego rodzaju.

Lotos rośnie w wodzie i w stanie naturalnym jest to bardzo często nie żadne tam krystalicznie czyste jezioro, ale najzwyklejsze, błotniste bajoro. Kwiaty lotosu, pięknie rozwinięte w ciągu dnia, na noc zamykają się, łodygi się pochylają i cały kwiat zanurza się w wodzie (czy tam błocie). Rano natomiast, kiedy słońce zaczyna wschodzić, kwiaty znowu podnoszą się z wody i otwierają swoje kielichy. Są przy tym nieskazitelnie czyste, niezależnie od tego w jak zabagnionym bajorku chowały się na noc. Te szczególne właściwości samooczyszczania ma cała roślina, czyli jej łodyga, liście i kwiaty. Zawdzięcza to specjalnej strukturze i pokryciu powierzchni woskowymi kryształkami. Woda z brudem spływa po roślinie, a właściwie toczy się kropelkami, jak rtęć. Liść umazany smołą czy innym paskudztwem wystarczy polać wodą, żeby znowu był czysty. Duże liście lotosu wykorzystuje się więc na przykład do pakowania różnych produktów, ponieważ nic nie jest w stanie ich zabrudzić. Nowoczesne technologie wzorowane na tych hydrofobowych właściwościach umożliwiają produkcję różnych materiałów, na przykład tkanin czy dachówek - z tak zwanym efektem lotosu.

Druga ciekawostka dotyczy produkcji herbaty lotosowej. Jest to herbata rzadko spotykana i dość droga, ponieważ proces jej wytwarzania jest bardzo żmudny. Robi się ją w ten sposób, że listki zielonej herbaty wkłada się na noc do rosnących (żywych) kwiatów lotosu. Jak wcześniej wspomniałam, kwiat wraz ze zmierzchem zamyka się i chowa do wody. w tym czasie listki herbaty nabierają aromatu lotosu, nasiąkają jego olejkami. Proces ten powtarza się kilka razy. Dla uzyskania kilograma herbaty lotosowej potrzeba około 1000 kwiatów lotosu.

Trochę odbiegłam od głównego wątku, ale ta roślina jest naprawdę fascynująca! Jeśli macie ochotę poczytać więcej o lotosie, to polecam ten artykuł - jest tam sporo informacji kulinarnych i o właściwościach leczniczych lotosu :) https://podroze.onet.pl/ciekawe/niezwykle-wlasciwosci-swietego-kwiatu-lotosu/j34bwc0

*****

Miałam tu jeszcze wrzucić drugi obrazek w podobnym klimacie, który powstawał niemal równolegle, ale zawirowania życiowe na razie nie pozwoliły mi na jego dokończenie. Zatem - żeby kolejna przerwa w blogowaniu nie trwała znowu jakąś niezliczoną ilość miesięcy - prezentuję dzisiaj tę jedną akwarelkę, z nadzieją, że wkrótce znowu tu wpadnę :).



Akwarela, cienkopis, rozmiar A3.