Ten wpis zaczął powstawać już jakiś czas temu - z nieco inną koncepcją i wizją. Ale wizja stopniowo się zmieniała, tekst rozrastał się w sposób niekontrolowany, niektóre fragmenty zaczynały niemal żyć własnym życiem i przemieniać się w odrębne opowieści. Próbowałam więc ten nadmierny rozrost ukrócić, wyrzucając różne kawałki i nazbyt obszerne dygresje. W końcu uznałam, że powinnam zacząć od nowa. Ale zapał mi minął... a wielokrotnie przerabiany post pozostał, zawieruszony gdzieś wśród innych wersji roboczych, których zawsze trochę mam pozapisywanych.
W dobie powszechnej kwarantanny pomyślałam sobie, że chociaż to pewnie nie jest jakaś szczególnie pasjonująca historia, to może ktoś znudzony odosobnieniem szuka takich opowieści, ot tak, żeby cokolwiek poczytać, oderwać myśli od koronawirusa, braku maseczek ochronnych i wyczerpujących się zapasów żwirku dla kota. No to zapraszam, będzie o książkach, poopowiadam Wam trochę jak to z nimi było w moim życiu. Dzisiaj będzie o wczesnej młodości :).
W dobie powszechnej kwarantanny pomyślałam sobie, że chociaż to pewnie nie jest jakaś szczególnie pasjonująca historia, to może ktoś znudzony odosobnieniem szuka takich opowieści, ot tak, żeby cokolwiek poczytać, oderwać myśli od koronawirusa, braku maseczek ochronnych i wyczerpujących się zapasów żwirku dla kota. No to zapraszam, będzie o książkach, poopowiadam Wam trochę jak to z nimi było w moim życiu. Dzisiaj będzie o wczesnej młodości :).
Oczywiście nie pisałabym o książkach, gdyby nie były ważną częścią mojego życia.
Bezsprzecznie od zawsze byłam molem książkowym, czytałam zawsze i wszędzie...
Pierwsze wspomnienia związane z samodzielnie przeczytaną książką to nieco sfatygowany elementarz Falskiego, podarowany mi przez nieco starszą kuzynkę. Ten na zdjęciu to już mój własny egzemplarz, który nosiłam w tornistrze do szkoły, obecnie też już sfatygowany, bo i sporo czasu upłynęło, i moi synkowie też pobierali z niego pierwsze domowe nauki czytania (w szkole dostali już oczywiście całkiem inne podręczniki).
Nauczyłam się czytać zanim poszłam do szkoły, w pierwszej klasie całkiem płynnie czytałam sobie różne bajki. Kiedy pod koniec pierwszej klasy trafiłam do szpitala na kilka tygodni, nie wzięłam ze sobą lalek, tylko książki z cudownymi opowieściami Ewy Szelburg-Zarembiny "Przez różową szybkę", bajki Brzechwy z przepięknymi ilustracjami Szancera, "Plastusiowy pamiętnik" i coś tam jeszcze do czytania. Zawsze wolałam czytać, niż bawić się z koleżankami. I w sumie to do dzisiaj tak mi zostało :))).
Kiedy w czasie wakacji kupowało się podręczniki do kolejnej klasy, nie mogłam się od nich oderwać, czytałam od deski do deski wszystkie po kolei, zwłaszcza te do polskiego oraz lektury, ale geografię, przyrodę i temu podobne też! Ciekawiło mnie wszystko co ludzie wymyślili i co napisali. Czytałam gazety, które kupował mój tato, czasopisma w poczekalni u dentysty, różne afisze, napisy na opakowaniach wszystkiego... Szperałam po domowej bibliotece i próbowałam czytać wszystko, co tam było.
Czytając tak dużo wyrobiłam sobie umiejętność szybkiego czytania - nie czytam słowo po słowie, lecz "omiatam" wzrokiem fragmenty tekstu i to wystarczy, żeby mózg przyswoił treść. Oczywiście jeśli czytam tekst naukowy, z którego muszę zrozumieć jakąś tajemną do tej pory wiedzę, albo wbić sobie do głowy szczegółowe przepisy prawne, to muszę się nieco bardziej skupić. Ale czytanie beletrystyki idzie mi piorunem. Z jednej strony to zaleta, bo oszczędzam czas, ale z drugiej - nie macie pojęcia jak szybko te książki się kończą! :))). Książka, którą mój mąż czyta przez tydzień lub dwa, mnie wystarcza na jeden wieczór. To nie zawsze jest dobre.
Moi rodzice sporo czytali, zwłaszcza tato, który był prawdziwym molem książkowym. Jeśli znacie książkę "Przyślę panu list i klucz" - przezabawną historię rodzinki uzależnionej od czytania - to podobnie wyglądało to w moim domu. Książki były najważniejsze. No cóż, były to czasy, kiedy w telewizji były dwa programy, a o internecie jeszcze się nikomu nie śniło. Książki były więc wszędzie i wciąż się o nich rozmawiało.
Z domu wyniosłam szacunek do książek. Nie niszczę ich, nie kładę byle jak i byle gdzie. Nie pożyczam nikomu i awanturuję się jak mój mąż pożycza, bo co piąta nie wraca. Sama też wolę kupić niż wypożyczyć, bo po prostu lubię książki mieć, wiedzieć że są, stoją na półce w biblioteczce i nigdzie ich nie muszę oddawać. Dlatego nie należę do żadnej biblioteki. Nie jestem typem chomika, ale z książkami, nawet nieco nadgryzionymi zębem czasu, ciężko mi się rozstać :).
W latach wczesnej młodości pochłaniałam książki przede wszystkim działające na moją wyobraźnię, leciałam za akcją, nie zwracając uwagi na to, jak książka jest napisana, co tam jeszcze poza głównym wątkiem się dzieje. Podstawówka to były najpierw bajki... ukochane przeze mnie "Klechdy sezamowe" Leśmiana, "Gałązka z drzewa słońca" Ficowskiego...
...a później literatura tzw. młodzieżowa, no i lektury. Uwielbiałam Niziurskiego - jego "Siódme wtajemniczenie" czytałam ze sto razy, a "Sposób na Alcybiadesa" chyba z pięćdziesiąt. Lubiłam takie historie o szkolnych łobuzach :).
Tuż za Niziurskim plasują się: Nienacki, Bahdaj, Minkowski, Twain i wielu innych... Lubiłam książki przygodowe, bardziej niż jakieś na przykład romansowe historie o młodzieńczych sympatiach i uczuciowych zawirowaniach.
Gdzieś koło piątej czy szóstej klasy zafascynowały mnie książki podróżnicze, ze szczególnym uwzględnieniem wszystkiego, co wiązało się z Indianami.
Zaczęło się od "W pustyni i w puszczy" i zaraz potem wyżej widocznej książki Brandysa o podróżach po Afryce, potem wpadł mi w ręce Fiedler... Z Afryki przeniosłam się z nim do Amazonii, no i wtedy pochłonęły mnie opowieści o Indianach, jakoś równolegle z lecącym w kinie "Winnetou" odgrywanym przez Pierra Brice'a, w którym kochałam się - jak połowa moich koleżanek :). Zainteresowały mnie indiańskie zwyczaje, kultura i historia, potem zaczęłam sięgać szerzej i dalej aż do Inków, Majów i Azteków. Historia starożytnych wielkich cywilizacji pasjonuje mnie do dzisiaj.
Później przyszedł czas na fantastykę, której jakoś chyba za wiele wtedy nie było, ale na przykład Lema czytałam wszystko co dopadłam. Niestety tego autora jakoś nie znalazłam w swoich archiwalnych zbiorach, możliwe, że został "zaczytany" do cna :).
W liceum trafiła mi się ambitna profesorka-polonistka, która realizowała program szczegółowo, dręcząc nas niezliczonymi wypracowaniami zadawanymi do napisania w domu. A lektury - wiadomo, w sporej części są kompletnie od czapy, mało kto lubi je czytać, a już na pewno nie wszystkie. Pisać w sumie lubiłam, ale jak się trafiła jakaś nudna kobyła, którą należało przeanalizować w wypracowaniu, to doprawdy, aż taka ambitna nie byłam i próbowałam czasem iść na skróty.
Miałam o rok starszego kumpla, również mola książkowego i świetnego polonistę... No i przy którejś tam lekturze zgadaliśmy się, że mam zadane, a czytać mi się tego nie chce, on miał rok wcześniej podobny temat wypracowania i zeszyt (z licznymi piątkami - szóstek w owych czasach nie było) owszem nadal posiada. No to mi ten zeszyt pożyczył. Przypominam, że to była epoka przedinternetowa :).
Nie zżynałam na żywca, pisałam po swojemu, ale było łatwiej, bo miałam już podany na tacy jakiś wątek, na którym mogłam bazować, nawet jak nie doczytałam całej lektury, albo nie za bardzo chciało mi się o niej myśleć. Jakiś czas później znowu skorzystałam z pomocy naukowej kolegi, ale za trzecim razem powiedział: tak się dalej nie bawimy. Masz tu różne opracowania, masz lekturę i podręcznik, siadaj nad tym i sama kombinuj.
No i wiecie, wsiadł mi na ambicję. Głupio mi się zrobiło, że on sobie myśli, że ja nie potrafię...
No i tak się zaczęło.
Czytałam te wszystkie durne lektury, czy mi się podobały czy nie, analizowałam, pisałam wielostronicowe rozprawki, w których dyskutowałam sama ze sobą i przy okazji podważałam opinie autorytetów polonistycznych, a którymi to rozprawkami moja profesorka była niezmiennie oczarowana. Znaczy się - było dobrze, sprawy poszły we właściwym kierunku.
Kolejny etap to były przygotowania do olimpiady polonistycznej, na którą zostałam wytypowana (sama wyrywna nie byłam, nigdy nie miałam problemu z przerostem ambicji). Dostałam listę około 100 książek polskich i zagranicznych - do wnikliwego przeczytania. To było coś w rodzaju ówczesnego kanonu literatury, podobnego jak funkcjonujące obecnie listy 100 książek, które należy przeczytać, tworzone na przykład przez BBC czy nasz Empik.
Byłam bliska załamki, bo na liście lektur obowiązujących na olimpiadę były okropne kobyły, tytuły, których nie miałam ochoty dogłębnie poznawać, wielu pozycji nie miałam jeszcze w ręku, a czasu zostało nie tak wiele. Ale się zawzięłam i wszystkie te książki przeczytałam, wmawiając sobie, że są tego warte. Zaznaczam, że trzeba było czytać ze zrozumieniem...
Najbardziej byłam dumna z przeczytania "Ulissesa", bo nudny jest przeraźliwie - i powtarzam to nadal, po piątym już chyba przeczytaniu tego dzieła :). Co ileś tam lat próbuję zrewidować swój pogląd na temat "Ulissesa", ale to po prostu nieświeży zabytek epoki i kropka. Nie znajduję w nim ani przyjemności, a ni nauki płynącej z tej lektury. Był objawieniem w swoich czasach, ale dzisiaj nie warto po niego sięgać.
Ostatecznie z powodu choroby na olimpiadę nie pojechałam, ale moje nastawienie do literatury zaczęło się zmieniać. Rzec można: dojrzewałam literacko, czy raczej - czytelniczo :).
I wkrótce nastąpił trzeci ważny moment w tym oswajaniu z literaturą. Otóż razu pewnego - nadal jesteśmy w liceum, nadal ten sam kumpel, pasjonat literatury, muzyki i teatru - przychodzi do mnie do domu... Gadamy o tym i owym... Często rozmawialiśmy o książkach... No i on wyciąga z kieszeni jakiś tomik i mówi, że "odkrył" Szekspira i że jest nim zachwycony.
Szekspir?!
W ramach przygotowań do olimpiady musiałam przeczytać bodajże "Hamleta" i "Króla Leara" - ale do zachwytu było mi daleko. Szczerze mówiąc najbardziej męczyły mnie rytm i rymy - nie lubię takiej formy, tracę w tym sens zdania.
No i poza tym - my tacy młodzi i nowocześni, zbuntowani, a tu nagle Szekspir! I wiecie co? - na dobitkę "Romeo i Julia"! Myślałam, że to żart! Ale nie - on otwiera książkę i czyta fragmenty, mówi do mnie - "słyszysz, jak on to pięknie opisał?"
O matko moja... świat mi się przewrócił! Ówże kolega imponował mi tak ogólnie swoją wiedzą, chyba się zresztą trochę w nim podkochiwałam...;). Ambitnie pożyczyłam więc od niego tego "Romea i Julię". Czytałam i usiłowałam zagłębiać się w słowa i zdania, szukałam tego mistrzostwa... i wiecie co? - znalazłam! Przekonałam się, że to nie jest tylko jakaś ckliwa historyjka miłosna. Że to jest wspaniała opowieść o ludziach, o ich emocjach, namiętnościach i lękach, że jest tam mnóstwo genialnych socjologiczno-psychologicznych obserwacji i ponadczasowych myśli, które do dzisiaj pamiętam :).
Potem pożyczyłam "Makbeta", potem ponownie przeczytałam dzieła Szekspira z olimpiadowej listy, ale tym razem byłam nimi oczarowana. Zmienił się mój sposób myślenia o literaturze.
Bezsprzecznie od zawsze byłam molem książkowym, czytałam zawsze i wszędzie...
Pierwsze wspomnienia związane z samodzielnie przeczytaną książką to nieco sfatygowany elementarz Falskiego, podarowany mi przez nieco starszą kuzynkę. Ten na zdjęciu to już mój własny egzemplarz, który nosiłam w tornistrze do szkoły, obecnie też już sfatygowany, bo i sporo czasu upłynęło, i moi synkowie też pobierali z niego pierwsze domowe nauki czytania (w szkole dostali już oczywiście całkiem inne podręczniki).
... i rzut oka do środka, gdzie widać przykłady pisma, jakim uczyliśmy się wówczas pisać:
Na marginesie dodam, że w pierwszej klasie miałam nauczycielkę starej daty, która uczyła nas pisać pismem kaligraficznym, przy pomocy obsadki ze stalówką maczaną w atramencie. Taką stalówką można było "wyciągnąć" piękne literki ze zmienną grubością linii - zazwyczaj linia idąca pionowo jest grubsza, a pozioma i skośna - cieniutka. To widać na tej otwartej stronie elementarza.
Pisanie tradycyjną stalówką wymusza większą staranność.
Pod koniec pierwszej klasy przeprowadziliśmy się do innego miasta. W nowej szkole pisało się tak zwanym wiecznym piórem, a zaraz potem weszły w użycie długopisy, którymi można pisać o wiele szybciej... co skłania do bazgrolenia, niestety.
Ale nie o pisaniu miało być, tylko o czytaniu... :).
Nauczyłam się czytać zanim poszłam do szkoły, w pierwszej klasie całkiem płynnie czytałam sobie różne bajki. Kiedy pod koniec pierwszej klasy trafiłam do szpitala na kilka tygodni, nie wzięłam ze sobą lalek, tylko książki z cudownymi opowieściami Ewy Szelburg-Zarembiny "Przez różową szybkę", bajki Brzechwy z przepięknymi ilustracjami Szancera, "Plastusiowy pamiętnik" i coś tam jeszcze do czytania. Zawsze wolałam czytać, niż bawić się z koleżankami. I w sumie to do dzisiaj tak mi zostało :))).
Tu znowu mała dygresja. Spójrzcie, jakie tam były piękne ilustracje - uwielbiałam te urodziwe, bajeczne, pełne magii, roślinek, ptaszków, drobiażdżków, esów-floresów, rysunki pana Szancera! Nawet tylko te czarno-białe, nawet drukowane w tej ówczesnej kiepskiej technologii!
Kiedy w czasie wakacji kupowało się podręczniki do kolejnej klasy, nie mogłam się od nich oderwać, czytałam od deski do deski wszystkie po kolei, zwłaszcza te do polskiego oraz lektury, ale geografię, przyrodę i temu podobne też! Ciekawiło mnie wszystko co ludzie wymyślili i co napisali. Czytałam gazety, które kupował mój tato, czasopisma w poczekalni u dentysty, różne afisze, napisy na opakowaniach wszystkiego... Szperałam po domowej bibliotece i próbowałam czytać wszystko, co tam było.
Czytając tak dużo wyrobiłam sobie umiejętność szybkiego czytania - nie czytam słowo po słowie, lecz "omiatam" wzrokiem fragmenty tekstu i to wystarczy, żeby mózg przyswoił treść. Oczywiście jeśli czytam tekst naukowy, z którego muszę zrozumieć jakąś tajemną do tej pory wiedzę, albo wbić sobie do głowy szczegółowe przepisy prawne, to muszę się nieco bardziej skupić. Ale czytanie beletrystyki idzie mi piorunem. Z jednej strony to zaleta, bo oszczędzam czas, ale z drugiej - nie macie pojęcia jak szybko te książki się kończą! :))). Książka, którą mój mąż czyta przez tydzień lub dwa, mnie wystarcza na jeden wieczór. To nie zawsze jest dobre.
Moi rodzice sporo czytali, zwłaszcza tato, który był prawdziwym molem książkowym. Jeśli znacie książkę "Przyślę panu list i klucz" - przezabawną historię rodzinki uzależnionej od czytania - to podobnie wyglądało to w moim domu. Książki były najważniejsze. No cóż, były to czasy, kiedy w telewizji były dwa programy, a o internecie jeszcze się nikomu nie śniło. Książki były więc wszędzie i wciąż się o nich rozmawiało.
Z domu wyniosłam szacunek do książek. Nie niszczę ich, nie kładę byle jak i byle gdzie. Nie pożyczam nikomu i awanturuję się jak mój mąż pożycza, bo co piąta nie wraca. Sama też wolę kupić niż wypożyczyć, bo po prostu lubię książki mieć, wiedzieć że są, stoją na półce w biblioteczce i nigdzie ich nie muszę oddawać. Dlatego nie należę do żadnej biblioteki. Nie jestem typem chomika, ale z książkami, nawet nieco nadgryzionymi zębem czasu, ciężko mi się rozstać :).
W latach wczesnej młodości pochłaniałam książki przede wszystkim działające na moją wyobraźnię, leciałam za akcją, nie zwracając uwagi na to, jak książka jest napisana, co tam jeszcze poza głównym wątkiem się dzieje. Podstawówka to były najpierw bajki... ukochane przeze mnie "Klechdy sezamowe" Leśmiana, "Gałązka z drzewa słońca" Ficowskiego...
...a później literatura tzw. młodzieżowa, no i lektury. Uwielbiałam Niziurskiego - jego "Siódme wtajemniczenie" czytałam ze sto razy, a "Sposób na Alcybiadesa" chyba z pięćdziesiąt. Lubiłam takie historie o szkolnych łobuzach :).
Tuż za Niziurskim plasują się: Nienacki, Bahdaj, Minkowski, Twain i wielu innych... Lubiłam książki przygodowe, bardziej niż jakieś na przykład romansowe historie o młodzieńczych sympatiach i uczuciowych zawirowaniach.
Gdzieś koło piątej czy szóstej klasy zafascynowały mnie książki podróżnicze, ze szczególnym uwzględnieniem wszystkiego, co wiązało się z Indianami.
Zaczęło się od "W pustyni i w puszczy" i zaraz potem wyżej widocznej książki Brandysa o podróżach po Afryce, potem wpadł mi w ręce Fiedler... Z Afryki przeniosłam się z nim do Amazonii, no i wtedy pochłonęły mnie opowieści o Indianach, jakoś równolegle z lecącym w kinie "Winnetou" odgrywanym przez Pierra Brice'a, w którym kochałam się - jak połowa moich koleżanek :). Zainteresowały mnie indiańskie zwyczaje, kultura i historia, potem zaczęłam sięgać szerzej i dalej aż do Inków, Majów i Azteków. Historia starożytnych wielkich cywilizacji pasjonuje mnie do dzisiaj.
Później przyszedł czas na fantastykę, której jakoś chyba za wiele wtedy nie było, ale na przykład Lema czytałam wszystko co dopadłam. Niestety tego autora jakoś nie znalazłam w swoich archiwalnych zbiorach, możliwe, że został "zaczytany" do cna :).
W liceum trafiła mi się ambitna profesorka-polonistka, która realizowała program szczegółowo, dręcząc nas niezliczonymi wypracowaniami zadawanymi do napisania w domu. A lektury - wiadomo, w sporej części są kompletnie od czapy, mało kto lubi je czytać, a już na pewno nie wszystkie. Pisać w sumie lubiłam, ale jak się trafiła jakaś nudna kobyła, którą należało przeanalizować w wypracowaniu, to doprawdy, aż taka ambitna nie byłam i próbowałam czasem iść na skróty.
Miałam o rok starszego kumpla, również mola książkowego i świetnego polonistę... No i przy którejś tam lekturze zgadaliśmy się, że mam zadane, a czytać mi się tego nie chce, on miał rok wcześniej podobny temat wypracowania i zeszyt (z licznymi piątkami - szóstek w owych czasach nie było) owszem nadal posiada. No to mi ten zeszyt pożyczył. Przypominam, że to była epoka przedinternetowa :).
Nie zżynałam na żywca, pisałam po swojemu, ale było łatwiej, bo miałam już podany na tacy jakiś wątek, na którym mogłam bazować, nawet jak nie doczytałam całej lektury, albo nie za bardzo chciało mi się o niej myśleć. Jakiś czas później znowu skorzystałam z pomocy naukowej kolegi, ale za trzecim razem powiedział: tak się dalej nie bawimy. Masz tu różne opracowania, masz lekturę i podręcznik, siadaj nad tym i sama kombinuj.
No i wiecie, wsiadł mi na ambicję. Głupio mi się zrobiło, że on sobie myśli, że ja nie potrafię...
No i tak się zaczęło.
Czytałam te wszystkie durne lektury, czy mi się podobały czy nie, analizowałam, pisałam wielostronicowe rozprawki, w których dyskutowałam sama ze sobą i przy okazji podważałam opinie autorytetów polonistycznych, a którymi to rozprawkami moja profesorka była niezmiennie oczarowana. Znaczy się - było dobrze, sprawy poszły we właściwym kierunku.
Kolejny etap to były przygotowania do olimpiady polonistycznej, na którą zostałam wytypowana (sama wyrywna nie byłam, nigdy nie miałam problemu z przerostem ambicji). Dostałam listę około 100 książek polskich i zagranicznych - do wnikliwego przeczytania. To było coś w rodzaju ówczesnego kanonu literatury, podobnego jak funkcjonujące obecnie listy 100 książek, które należy przeczytać, tworzone na przykład przez BBC czy nasz Empik.
Byłam bliska załamki, bo na liście lektur obowiązujących na olimpiadę były okropne kobyły, tytuły, których nie miałam ochoty dogłębnie poznawać, wielu pozycji nie miałam jeszcze w ręku, a czasu zostało nie tak wiele. Ale się zawzięłam i wszystkie te książki przeczytałam, wmawiając sobie, że są tego warte. Zaznaczam, że trzeba było czytać ze zrozumieniem...
Najbardziej byłam dumna z przeczytania "Ulissesa", bo nudny jest przeraźliwie - i powtarzam to nadal, po piątym już chyba przeczytaniu tego dzieła :). Co ileś tam lat próbuję zrewidować swój pogląd na temat "Ulissesa", ale to po prostu nieświeży zabytek epoki i kropka. Nie znajduję w nim ani przyjemności, a ni nauki płynącej z tej lektury. Był objawieniem w swoich czasach, ale dzisiaj nie warto po niego sięgać.
Ostatecznie z powodu choroby na olimpiadę nie pojechałam, ale moje nastawienie do literatury zaczęło się zmieniać. Rzec można: dojrzewałam literacko, czy raczej - czytelniczo :).
I wkrótce nastąpił trzeci ważny moment w tym oswajaniu z literaturą. Otóż razu pewnego - nadal jesteśmy w liceum, nadal ten sam kumpel, pasjonat literatury, muzyki i teatru - przychodzi do mnie do domu... Gadamy o tym i owym... Często rozmawialiśmy o książkach... No i on wyciąga z kieszeni jakiś tomik i mówi, że "odkrył" Szekspira i że jest nim zachwycony.
Szekspir?!
W ramach przygotowań do olimpiady musiałam przeczytać bodajże "Hamleta" i "Króla Leara" - ale do zachwytu było mi daleko. Szczerze mówiąc najbardziej męczyły mnie rytm i rymy - nie lubię takiej formy, tracę w tym sens zdania.
No i poza tym - my tacy młodzi i nowocześni, zbuntowani, a tu nagle Szekspir! I wiecie co? - na dobitkę "Romeo i Julia"! Myślałam, że to żart! Ale nie - on otwiera książkę i czyta fragmenty, mówi do mnie - "słyszysz, jak on to pięknie opisał?"
O matko moja... świat mi się przewrócił! Ówże kolega imponował mi tak ogólnie swoją wiedzą, chyba się zresztą trochę w nim podkochiwałam...;). Ambitnie pożyczyłam więc od niego tego "Romea i Julię". Czytałam i usiłowałam zagłębiać się w słowa i zdania, szukałam tego mistrzostwa... i wiecie co? - znalazłam! Przekonałam się, że to nie jest tylko jakaś ckliwa historyjka miłosna. Że to jest wspaniała opowieść o ludziach, o ich emocjach, namiętnościach i lękach, że jest tam mnóstwo genialnych socjologiczno-psychologicznych obserwacji i ponadczasowych myśli, które do dzisiaj pamiętam :).
Potem pożyczyłam "Makbeta", potem ponownie przeczytałam dzieła Szekspira z olimpiadowej listy, ale tym razem byłam nimi oczarowana. Zmienił się mój sposób myślenia o literaturze.
*****
CDN...









































