czwartek, 26 marca 2020

Książki w moim życiu - część 1.

Ten wpis zaczął powstawać już jakiś czas temu - z nieco inną koncepcją i wizją. Ale wizja stopniowo się zmieniała, tekst rozrastał się w sposób niekontrolowany, niektóre fragmenty zaczynały niemal żyć własnym życiem i przemieniać się w odrębne opowieści. Próbowałam więc ten nadmierny rozrost ukrócić, wyrzucając różne kawałki i nazbyt obszerne dygresje. W końcu uznałam, że powinnam zacząć od nowa. Ale zapał mi minął... a wielokrotnie przerabiany post pozostał, zawieruszony gdzieś wśród innych wersji roboczych, których zawsze trochę mam pozapisywanych. 

W dobie powszechnej kwarantanny pomyślałam sobie, że chociaż to pewnie nie jest jakaś szczególnie pasjonująca historia, to może ktoś znudzony odosobnieniem szuka takich opowieści, ot tak, żeby cokolwiek poczytać, oderwać myśli od koronawirusa, braku maseczek ochronnych i wyczerpujących się zapasów żwirku dla kota. No to zapraszam, będzie o książkach, poopowiadam Wam trochę jak to z nimi było w moim życiu. Dzisiaj będzie o wczesnej młodości :).

Oczywiście nie pisałabym o książkach, gdyby nie były ważną częścią mojego życia.
Bezsprzecznie od zawsze byłam molem książkowym, czytałam zawsze i wszędzie... 

Pierwsze wspomnienia związane z samodzielnie przeczytaną książką to nieco sfatygowany elementarz Falskiego, podarowany mi przez nieco starszą kuzynkę. Ten na zdjęciu to już mój własny egzemplarz, który nosiłam w tornistrze do szkoły, obecnie też już sfatygowany, bo i sporo czasu upłynęło, i moi synkowie też pobierali z niego pierwsze domowe nauki czytania (w szkole dostali już oczywiście całkiem inne podręczniki).



... i rzut oka do środka, gdzie widać przykłady pisma, jakim uczyliśmy się wówczas pisać:


Na marginesie dodam, że w pierwszej klasie miałam nauczycielkę starej daty, która uczyła nas pisać pismem kaligraficznym, przy pomocy obsadki ze stalówką maczaną w atramencie. Taką stalówką można było "wyciągnąć" piękne literki ze zmienną grubością linii - zazwyczaj linia idąca pionowo jest grubsza, a pozioma i skośna - cieniutka. To widać na tej otwartej stronie elementarza. 
Pisanie tradycyjną stalówką wymusza większą staranność. 
Pod koniec pierwszej klasy przeprowadziliśmy się do innego miasta. W nowej szkole pisało się tak zwanym wiecznym piórem, a zaraz potem weszły w użycie długopisy, którymi można pisać o wiele szybciej... co skłania do bazgrolenia, niestety. 
Ale nie o pisaniu miało być, tylko o czytaniu... :).


Nauczyłam się czytać zanim poszłam do szkoły, w pierwszej klasie całkiem płynnie czytałam sobie różne bajki. Kiedy pod koniec pierwszej klasy trafiłam do szpitala na kilka tygodni, nie wzięłam ze sobą lalek, tylko książki z cudownymi opowieściami Ewy Szelburg-Zarembiny "Przez różową szybkę", bajki Brzechwy z przepięknymi ilustracjami Szancera, "Plastusiowy pamiętnik" i coś tam jeszcze do czytania. Zawsze wolałam czytać, niż bawić się z koleżankami. I w sumie to do dzisiaj tak mi zostało :))).



Tu znowu mała dygresja. Spójrzcie, jakie tam były piękne ilustracje - uwielbiałam te urodziwe, bajeczne, pełne magii, roślinek, ptaszków, drobiażdżków, esów-floresów, rysunki pana Szancera! Nawet tylko te czarno-białe, nawet drukowane w tej ówczesnej kiepskiej technologii!







Kiedy w czasie wakacji kupowało się podręczniki do kolejnej klasy, nie mogłam się od nich oderwać, czytałam od deski do deski wszystkie po kolei, zwłaszcza te do polskiego oraz lektury, ale geografię, przyrodę i temu podobne też! Ciekawiło mnie wszystko co ludzie wymyślili i co napisali. Czytałam gazety, które kupował mój tato, czasopisma w poczekalni u dentysty, różne afisze, napisy na opakowaniach wszystkiego... Szperałam po domowej bibliotece i próbowałam czytać wszystko, co tam było. 
Czytając tak dużo wyrobiłam sobie umiejętność szybkiego czytania - nie czytam słowo po słowie, lecz "omiatam" wzrokiem fragmenty tekstu i to wystarczy, żeby mózg przyswoił treść. Oczywiście jeśli czytam tekst naukowy, z którego muszę zrozumieć jakąś tajemną do tej pory wiedzę, albo wbić sobie do głowy szczegółowe przepisy prawne, to muszę się nieco bardziej skupić. Ale czytanie beletrystyki idzie mi piorunem. Z jednej strony to zaleta, bo oszczędzam czas, ale z drugiej - nie macie pojęcia jak szybko te książki się kończą! :))). Książka, którą mój mąż czyta przez tydzień lub dwa, mnie wystarcza na jeden wieczór. To nie zawsze jest dobre.

Moi rodzice sporo czytali, zwłaszcza tato, który był prawdziwym molem książkowym. Jeśli znacie książkę "Przyślę panu list i klucz" - przezabawną historię rodzinki uzależnionej od czytania - to podobnie wyglądało to w moim domu. Książki były najważniejsze. No cóż, były to czasy, kiedy w telewizji były dwa programy, a o internecie jeszcze się nikomu nie śniło. Książki były więc wszędzie i wciąż się o nich rozmawiało. 

Z domu wyniosłam szacunek do książek. Nie niszczę ich, nie kładę byle jak i byle gdzie. Nie pożyczam nikomu i awanturuję się jak mój mąż pożycza, bo co piąta nie wraca. Sama też wolę kupić niż wypożyczyć, bo po prostu lubię książki mieć, wiedzieć że są, stoją na półce w biblioteczce i nigdzie ich nie muszę oddawać. Dlatego nie należę do żadnej biblioteki. Nie jestem typem chomika, ale z książkami, nawet nieco nadgryzionymi zębem czasu, ciężko mi się rozstać :).

W latach wczesnej młodości pochłaniałam książki przede wszystkim działające na moją wyobraźnię, leciałam za akcją, nie zwracając uwagi na to, jak książka jest napisana, co tam jeszcze poza głównym wątkiem się dzieje. Podstawówka to były najpierw bajki... ukochane przeze mnie "Klechdy sezamowe" Leśmiana, "Gałązka z drzewa słońca" Ficowskiego...
...a później literatura tzw. młodzieżowa, no i lektury. Uwielbiałam Niziurskiego - jego "Siódme wtajemniczenie" czytałam ze sto razy, a "Sposób na Alcybiadesa" chyba z pięćdziesiąt. Lubiłam takie historie o szkolnych łobuzach :).




Tuż za Niziurskim plasują się: Nienacki, Bahdaj, Minkowski, Twain i wielu innych... Lubiłam książki przygodowe, bardziej niż jakieś na przykład romansowe historie o młodzieńczych sympatiach i uczuciowych zawirowaniach. 




Gdzieś koło piątej czy szóstej klasy zafascynowały mnie książki podróżnicze, ze szczególnym uwzględnieniem wszystkiego, co wiązało się z Indianami. 
Zaczęło się od "W pustyni i w puszczy" i zaraz potem wyżej widocznej książki Brandysa o podróżach po Afryce, potem wpadł mi w ręce Fiedler... Z Afryki przeniosłam się z nim do Amazonii, no i wtedy pochłonęły mnie opowieści o Indianach, jakoś równolegle z lecącym w kinie "Winnetou" odgrywanym przez Pierra Brice'a, w którym kochałam się - jak połowa moich koleżanek :). Zainteresowały mnie indiańskie zwyczaje, kultura i historia, potem zaczęłam sięgać szerzej i dalej aż do Inków, Majów i Azteków. Historia starożytnych wielkich cywilizacji pasjonuje mnie do dzisiaj. 

Później przyszedł czas na fantastykę, której jakoś chyba za wiele wtedy nie było, ale na przykład Lema czytałam wszystko co dopadłam. Niestety tego autora jakoś nie znalazłam w swoich archiwalnych zbiorach, możliwe, że został "zaczytany" do cna :).


W liceum trafiła mi się ambitna profesorka-polonistka, która realizowała program szczegółowo, dręcząc nas niezliczonymi wypracowaniami zadawanymi do napisania w domu. A lektury - wiadomo, w sporej części są kompletnie od czapy, mało kto lubi je czytać, a już na pewno nie wszystkie. Pisać w sumie lubiłam, ale jak się trafiła jakaś nudna kobyła, którą należało przeanalizować w wypracowaniu, to doprawdy, aż taka ambitna nie byłam i próbowałam czasem iść na skróty. 
Miałam o rok starszego kumpla, również mola książkowego i świetnego polonistę... No i przy którejś tam lekturze zgadaliśmy się, że mam zadane, a czytać mi się tego nie chce, on miał rok wcześniej podobny temat wypracowania i zeszyt (z licznymi piątkami - szóstek w owych czasach nie było) owszem nadal posiada. No to mi ten zeszyt pożyczył. Przypominam, że to była epoka przedinternetowa :).

Nie zżynałam na żywca, pisałam po swojemu, ale było łatwiej, bo miałam już podany na tacy jakiś wątek, na którym mogłam bazować, nawet jak nie doczytałam całej lektury, albo nie za bardzo chciało mi się o niej myśleć. Jakiś czas później znowu skorzystałam z pomocy naukowej kolegi, ale za trzecim razem powiedział: tak się dalej nie bawimy. Masz tu różne opracowania, masz lekturę i podręcznik, siadaj nad tym i sama kombinuj.
No i wiecie, wsiadł mi na ambicję. Głupio mi się zrobiło, że on sobie myśli, że ja nie potrafię...

No i tak się zaczęło. 
Czytałam te wszystkie durne lektury, czy mi się podobały czy nie, analizowałam, pisałam wielostronicowe rozprawki, w których dyskutowałam sama ze sobą i przy okazji podważałam opinie autorytetów polonistycznych, a którymi to rozprawkami moja profesorka była niezmiennie oczarowana. Znaczy się - było dobrze, sprawy poszły we właściwym kierunku.

Kolejny etap to były przygotowania do olimpiady polonistycznej, na którą zostałam wytypowana (sama wyrywna nie byłam, nigdy nie miałam problemu z przerostem ambicji). Dostałam listę około 100 książek polskich i zagranicznych - do wnikliwego przeczytania. To było coś w rodzaju ówczesnego kanonu literatury, podobnego jak funkcjonujące obecnie listy 100 książek, które należy przeczytać, tworzone na przykład przez BBC czy nasz Empik. 

Byłam bliska załamki, bo na liście lektur obowiązujących na olimpiadę były okropne kobyły, tytuły, których nie miałam ochoty dogłębnie poznawać, wielu pozycji nie miałam jeszcze w ręku, a czasu zostało nie tak wiele. Ale się zawzięłam i wszystkie te książki przeczytałam, wmawiając sobie, że są tego warte. Zaznaczam, że trzeba było czytać ze zrozumieniem... 
Najbardziej byłam dumna z przeczytania "Ulissesa", bo nudny jest przeraźliwie - i powtarzam to nadal, po piątym już chyba przeczytaniu tego dzieła :). Co ileś tam lat próbuję zrewidować swój pogląd na temat "Ulissesa", ale to po prostu nieświeży zabytek epoki i kropka. Nie znajduję w nim ani przyjemności, a ni nauki płynącej z tej lektury. Był objawieniem w swoich czasach, ale dzisiaj nie warto po niego sięgać.

Ostatecznie z powodu choroby na olimpiadę nie pojechałam, ale moje nastawienie do literatury zaczęło się zmieniać. Rzec można: dojrzewałam literacko, czy raczej - czytelniczo :).

I wkrótce nastąpił trzeci ważny moment w tym oswajaniu z literaturą. Otóż razu pewnego - nadal jesteśmy w liceum, nadal ten sam kumpel, pasjonat literatury, muzyki i teatru - przychodzi do mnie do domu... Gadamy o tym i owym... Często rozmawialiśmy o książkach... No i on wyciąga z kieszeni jakiś tomik i mówi, że "odkrył" Szekspira i że jest nim zachwycony.
Szekspir?!
W ramach przygotowań do olimpiady musiałam przeczytać bodajże "Hamleta" i "Króla Leara" -  ale do zachwytu było mi daleko. Szczerze mówiąc najbardziej męczyły mnie rytm i rymy - nie lubię takiej formy, tracę w tym sens zdania. 
No i poza tym - my tacy młodzi i nowocześni, zbuntowani, a tu nagle Szekspir! I wiecie co? - na dobitkę "Romeo i Julia"! Myślałam, że to żart! Ale nie - on otwiera książkę i czyta fragmenty, mówi do mnie - "słyszysz, jak on to pięknie opisał?"




O matko moja... świat mi się przewrócił! Ówże kolega imponował mi tak ogólnie swoją wiedzą, chyba się zresztą trochę w nim podkochiwałam...;). Ambitnie pożyczyłam więc od niego tego "Romea i Julię". Czytałam i usiłowałam zagłębiać się w słowa i zdania, szukałam tego mistrzostwa... i wiecie co? - znalazłam! Przekonałam się, że to nie jest tylko jakaś ckliwa historyjka miłosna. Że to jest wspaniała opowieść o ludziach, o ich emocjach, namiętnościach i lękach, że jest tam mnóstwo genialnych socjologiczno-psychologicznych obserwacji i ponadczasowych myśli, które do dzisiaj pamiętam :).
Potem pożyczyłam "Makbeta", potem ponownie przeczytałam dzieła Szekspira z olimpiadowej listy, ale tym razem byłam nimi oczarowana. Zmienił się mój sposób myślenia o literaturze. 



*****
CDN...

czwartek, 19 marca 2020

#zostanwdomu - zajmij się czymś i nie marudź ;).

Jak tam u Was dobrowolna (lub u niektórych przymusowa) kwarantanna? Nudzicie się, martwicie, czy przeciwnie - cieszycie się wolnym czasem? A może wkurza Was, że inni siedzą sobie bezpiecznie w domach, a Wy musicie zasuwać do roboty?

Ja trochę zasuwam, bo tak się składa, że moja firma musi działać, choć ograniczyliśmy kontakty z klientami a nawet ogłosiliśmy krótką przerwę. Ludzie nie będą się przez kilka dni kręcić, a my też sukcesywnie wykorzystamy zaległe kilkudniowe urlopy. Dzisiaj urlopowanie trafiło na mnie, wracam do pracy w poniedziałek. Mąż na dobrowolnej kwarantannie, bo był niedawno za granicą. Wrócił jeszcze przed tą obowiązkową kwarantanną, ale dla świętego spokoju (żeby się współpracownicy nie denerwowali, że przywiózł wirusy) na razie pracuje zdalnie. Czyli jest pod telefonem i od czasu do czasu trochę na nim wisi, ale generalnie ma sporo wolnego czasu.

Tak więc siedzimy w domku, trochę grzebiemy w ogródku, malujemy pokój, odgracamy różne kąty, odrabiamy zaległe lektury. Dopóki człowiek zdrowy - super sytuacja :). Jesteśmy zadowoleni, że mamy czas na spokojne wypicie razem kawy, pobaraszkowanie z naszym kocim stadkiem, ogarnięcie w domu różnych spraw, na które ciągle brakowało czasu, przesadzanie kwiatków, przyszywanie urwanych guzików... I nagle się okazało, że można zwolnić, że na wszystko jest czas.




Do i z pracy chodzę przeważnie na piechotę i szalenie mnie cieszy widok pustych ulic. Tak, mnie to bardzo cieszy :). 
Denerwują mnie katastroficzne komentarze do zdjęć czy filmów z opustoszałych polskich miast. Kochani, to nie apokalipsa, tylko dowód na naszą obywatelską odpowiedzialność! 
Tak na to patrzcie - szklanka jest do połowy pełna! Nam jeszcze nie nakazano, jak we Włoszech, tylko grzecznie poproszono, żebyśmy przez dwa tygodnie nie szwendali się bez potrzeby. Poza patologicznymi i umysłowo ułomnymi jednostkami generalnie społeczeństwo zrozumiało, że jak się teraz trochę postaramy, to szybciej damy sobie radę z tym dziadostwem. 

Po dwóch czy trzech dniach paniki w połowie zeszłego tygodnia, kiedy wszyscy rzucili się do sklepów, sytuacja się uspokoiła, w sklepach generalnie wszystko jest i nawet kolejki mniejsze niż zwykle. Przed apteką długa kolejka, ale długa tylko dlatego, że wszyscy grzecznie ustawiają się w odległości 1 metra jeden od drugiego, a do środka wchodzi tylko tyle osób ile jest aktualnie obsługiwanych. Nikt się nie przepycha, nie wciska, nie awanturuje. 

Sąsiedzi (nawet ci, z którymi na ogół nie rozmawiamy, bo się w zasadzie prawie nie znamy, rzadko widujemy itd) - zachowując pótorametrowy dystans - witają się jakoś serdeczniej, pytają czy wszystko w porządku, czy czegoś nie potrzeba, życzą zdrowia... Jak nigdy przedtem. Czyż to nie jest miłe i budujące?

Więc tak - zdajemy test na zbiorową odpowiedzialność. Po drugie - świat zwolnił w swoim oszalałym pędzie, zaczynamy skupiać się na rzeczach drobnych, sprawach codziennych, na tym co blisko. Zastanawiamy się, odczuwamy bardziej. Myślimy o naszych bliskich, których czasem nieco zaniedbywaliśmy, myśląc, że najważniejsza jest praca, najmodniejszy ciuch, kariera, lans nową bryką po mieście itd. Teraz zastanawiamy się, czy kartofli zabunkrowanych w piwnicy wystarczy do końca kwarantanny. Wymyślamy zajęcia dla dzieci uziemionych w domu. Sami dla siebie wymyślamy zajęcia, uruchamiamy wyobraźnię. 

A3,cienkopis

Ja na razie niewiele miałam tego wolnego, ale oczywiście myślę przede wszystkim o możliwości zajęcia się tym, co tygryski lubią najbardziej, czyli malowaniem, rysowaniem. Namierzyłam trochę filmików, z których chcę się trochę poduczyć malowania akwarelą, bo moje pierwsze próby były totalną amatorszczyzną. To będą raczej techniczne ćwiczenia, więc nie spodziewajcie się spektakularnych rezultatów i ślicznych obrazków. Przynajmniej nie tak od razu :DDD

No ale narysować coś tam to zawsze mogę. To dzisiejszy szkic, może średnio udany, ale oprócz malutkich rysuneczków zentanglowych w wyzwaniu o polskich miastach, to ja od początku roku niewiele stworzyłam. A właściwie to nic nie stworzyłam, tylko z doskoku próbowałam dokończyć zaczęte jakiś czas temu dwie większego formatu prace. Ale słabo mi to szło - a to czasu, a to weny brak... Tak że w sumie trochę wypadłam z rytmu, jeśli chodzi o rysowanie.


Ale ten koń do mnie przemówił. A w zasadzie to nie tyle koń, co jego zdjęcie, na które natknęłam się w otchłani internetu, wołało do mnie: "narysuj mnie!". No więc jak odmówić, no jak...?

No tak jakoś ciągnie mnie do koni, a tak konkretnie do malowania i rysowania ich portretów, bo takich bezpośrednich kontaktów nie mam z nimi zbyt często. 
Pamiętam konie jeszcze z dzieciństwa - na wakacje jeździłam do dziadków na wieś i tam zawsze były dwa śliczne kasztanki. To były czasy drobnego rolnictwa, gospodarstwa indywidualne były samowystarczalne, a więc rolnik miał i kurki, i świnki, i krówki, i sad, i ogród warzywny, i pole, na którym rosły i zboża rozmaite, i ziemniaki, i różne zakontraktowane uprawy - u mojego dziadka zwykle buraki cukrowe albo tytoń. A do uprawiania pola potrzebne były konie. Tak, pamiętam te czasy, kiedy koń ciągnął pług albo taką zwyczajną "analogową" kosiarkę czy siewnik. Istniały już kombajny, ale nadal w użyciu były także te proste urządzenia (zresztą w małych gospodarstwach nadal są). 
W każdym razie u mojego dziadka dwa konie były, dziadek bardzo o nie dbał, bo to byli najważniejsi pracownicy w gospodarstwie. Jego szacunek i miłość do koni jakoś się chyba na mnie przeniosła. 
Natomiast nigdy nie jeździłam konno, ale jeździły moje dzieci - miałam więc okazję obcować z końmi także w sytuacjach jeździeckich.



Ale wracając do rysowania...
Jakiś czas temu pokazywałam Wam trochę podobny rysunek - na zdjęciu powyżej są oba razem... więc jak zobaczyłam kolejne zdjęcie końskiej głowy w takim dynamicznym ujęciu, to od razu wiedziałam, że narysuję go w tej samej technice i formacie :).

Co jeszcze robię? Dziergam na drutach. Dawno tego nie robiłam i aż zatęskniłam, no po prostu ręce mnie od pewnego czasu świerzbiały, żeby coś podrutować :))). No i mam na drutach dwa sweterki, trochę nawet teraz bez sensu, bo raczej zimowe, a za oknem w południe było w cieniu 20 stopni!

Ten prawie-biały, a w zasadzie jasno-ecru, zaczęłam miesiąc temu, kiedy jeszcze była nadzieja na kawalątek prawdziwej śnieżnej zimy:


Robię go z pięciu rodzajów włóczki (jeden się nie załapał na zdjęciu), trochę je mieszając w różnych rzędach: 
  • Merino Baby (w trzy nitki!) , 
  • Piuma (ta grubaska, bardzo lekka, jak czesanka - merino z akrylem), 
  • Silk Mohair (moher z jedwabiem), 
  • Melody (poliamid z akrylem, to ta o której zapomniałam przy zdjęciu, daje jedwabisty połysk, użyłam jej odrobinę tylko w kilku rzędach), 
  • Angora Gold Star (mieszanka akrylu, wełny, moheru i poliestru, plus malusieńkie cekinki o diamentowym blasku - to ten największy motek, którego użyłam też tylko odrobinę w górnej partii sweterka, żeby nie przesadzić z tymi diamentami). 
W sumie wygląda to jak zaspa śnieżna w mroźny słoneczny dzień :). 
Na razie jednak dopadł mnie mały kryzys. Dziewiarkom znany jest Syndrom Drugiego Rękawa, ale mnie dopadło już przy pierwszym, więc wiadomo było, że jak nie zrobię teraz małej odskoczni, to ten sweter nigdy nie powstanie.

Miałam ci ja w domu zachomikowanych kilka motków takiego zabójczego różu. Włóczka Yarn Artu - no name, bo kupiona parę lat temu z jakimś konkretnym planem, ale ostatecznie nie zrealizowanym, ponieważ włóczka rozczarowała mnie organoleptycznie, że się tak wyrażę. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu wszystkie opaski/metki zostały zdjęte, więc nie pamiętam jak się toto zwało. W każdym razie to jakaś mieszanka wełny z merynosów z jedwabiem. Surowy nie barwiony jedwab jest skręcony z wełną i wygląda to jak kłaczki waty wplecione w wełnianą nitkę (trochę jak tweed), a w dodatku włóczka jest szorstka w dotyku. Robiąc próbki przekonałam się później, że po upraniu dzianina staje się miękka i miła w dotyku, ale ostatecznie projekt poszedł do kosza. 
Nie miałam długo pomysłu, no i teraz mnie natchnęło, żeby dokupić moherek Kid Royal w nieco jaśniejszym odcieniu i zrobić w dwie nitki luźnym splotem całkiem prosty, nieco oversize'owy sweterek.



Dzięki temu różowemu przerywnikowi jest nadzieja, że wrócę do mojej zaspy śnieżnej i na następną zimę będzie jak znalazł :). 

Tak więc, Kochani, ja się nie nudzę, czego i Wam życzę :). I dobrego nastroju! 

Może pomocne będą poprzednie wpisy z cyklu #zostanwdomu:




*****

poniedziałek, 16 marca 2020

#zostanwdomu - i przytul kota lub psa.

Panika pandemiczna niektórym człekokształtnym rzuciła się na to miejsce, gdzie normalni ludzie mają mózgi.
Podobno do weterynarzy zgłaszają się osobnicy chcący uśpić swoje zwierzęta - w obawie, że mogą być nosicielami koronawirusa. Uważam, że taki właściciel powinien być usypiany w pakiecie, gratisowo. 
Powiem szczerze, że wolałabym chorować razem z moimi kotami, niż ot tak na wszelki wypadek je uśmiercić. No trzeba być debilem bez serca... 
Ale widać niektórym strach odbiera rozum. Więc żeby rozwiać wątpliwości przypomnę to, o czym wciąż powtarzają różne poważne źródła - że domowe zwierzątka nie chorują ani nie zarażają koronawirusem!




To jest test na nasze człowieczeństwo. Nasze zwierzęta są naszą rodziną - o rodzinę dbamy!
Cytując Światową Organizację Zdrowia:
❌ Nie ma dowodów na to, że zwierzęta w tym te domowe, jak psy lub koty, mogą zostać zarażone nowym koronawirusem.❌ Nie trzeba bać się zwierząt!!! 
Kwestia wpływu zwierząt domowych na roznoszenie koronawirusa była już wyjaśniana przez ekspertów. Amerykańskie Centrum Kontroli i Prewencji Chorób (CDC) oraz Światowa Organizacja Zdrowia Zwierząt (OIE) uspokajają:❌ nie istnieją żadne dowody na to, że psy i koty przenoszą koronawirusa, wywołującego Covid-19.‼️
NIE MOŻNA SIĘ ZARAZIĆ OD PSA I KOTA
❗️Błagam was, prostujcie tych, którym strach odebrał rozum i serce.W tych trudnych dniach przytulenie do kota, popatrzenie w oczy swojemu przyjacielowi - psu, który nas kocha miłością bezwarunkową - jest naszym lekarstwem. Tak budujemy swoją odporność. (źródło)

Z tego samego źródła, czyli bloga "Koty są... miłe?" zaczerpnęłam także poniższe grafiki (przekazujcie, udostępniajcie):







Teraz jest najlepszy czas, żeby siedząc w domu obłożyć się swoimi kotami, czy psami, i okazać im swoją miłość, a i samemu się nimi nacieszyć. One tego bardzo potrzebują, a my nieraz przecież, zagonieni, zajęci pracą, nauką, własnymi przyjemnościami itd, zapominamy o naszych braciach mniejszych, najlepszych przyjaciołach. Nie mamy czasu, żeby podrapać psa za uchem, pogłaskać kota, pobawić się z nimi, poprzytulać. Jest więc teraz okazja, żeby im to trochę zrekompensować. 

Można sobie przy tym nucić przeuroczą i jakże aktualną piosenkę Jana Kaczmarka "Do serca przytul psa":





Zanim zdechnie w oceanie struty ropą śledź ostatni
A ostatniej trawy źdźbło przykryje pył,
Zanim w Leśniczówce Pranie gigantyczny motel stanie,
Zanim ciszę leśną zmąci jazgot pił,
Zanim zniknie pod betonem osiedlowych skwerków reszta,
A w piwnicy odda ducha szara mysz,
Zanim wszystko co zielone, co w pachnącej trawie mieszka
Na podeszwach rozniesiemy wzdłuż i wszerz.
Do serca przytul psa,
Weź na kolana kota,
Weź lupę popatrz - pchła!
Daj spokój, pchła to też istota.
Za oknem zasadź bluszcz,
Niech się gadzina wije,
A kiedy ciemno już i wszyscy śpią,
I matka śpi, ojciec śpi, babcia śpi, córka śpi, żona śpi -
Zapylaj georginie.
Nim zatruje aerozol do cna życie morskim świnkom
I przesłoni góry ciąg dymiących hałd,
Nim słowiki i skowronki stracą głosy i umilkną
W metalicznym ryku rozwydrzonych aut.
Nim karmiona sztucznie krowa da zielone, chude mleko,
Zanim wzruszysz się wąchając sztuczny kwiat.
Zanim naturalny erzac w krew ci wejdzie tak daleko,
Że polubisz plastykowy, śmieszny świat.
Do serca przytul psa,
Weź na kolana kota,
Weź lupę, popatrz - pchła!
Daj spokój, pchła to też istota.
W jeżyny nura daj
Lub usiądź na mrowisku.
To może nie jest raj,
Lecz trwaj tam, trwaj,
W jeżynach trwaj,
Wiosna, maj, a ty trwaj!
A ty trwaj, a ty trwaj!
Bo to jest w końcu - wszystko...

W ramach przytulania kota lub psa, o ile nie macie jeszcze własnej gromadki czworonogów - może dobrym pomysłem byłoby teraz właśnie przygarnięcie jakiegoś biedaka z jednego z przepełnionych schronisk? Jest dużo czasu, który można spokojnie poświęcić na wzajemne oswajanie i poznawanie charakteru i upodobań nowego pupila. Poszukajcie najbliższego schroniska i zróbcie sobie wycieczkę. Tam nie ma dużo ludzi, za to mnóstwo ogromnych, przepełnionych bezwarunkową miłością, stęsknionych psich i kocich serduszek. Na pewno nie wrócicie sami. I Wasze życie już nigdy nie będzie takie jak dawniej, bo zyskacie najwspanialszych, kudłatych przyjaciół :).

*****

A jeśli brakuje Wam pomysłów na spędzanie czasu w trakcie kwarantanny, to zerknijcie do poprzedniego wpisu, w którym podzieliłam się kilkoma pomysłami, może coś Was zainspiruje:

niedziela, 15 marca 2020

#zostanwdomu - i odkryj swój talent!

Po co wymyślono hasztag #zostanwdomu nie będę tłumaczyć, bo chyba wiadomo. Idea akcji jest taka, żeby się wzajemnie wspierać w tym niewychodzeniu z domowych pieleszy. Wykorzystajmy to więc do dzielenia się pomysłami na spędzanie tego czasu w izolacji. Pewnie moje propozycje nie każdemu wydadzą się atrakcyjne, ale może będzie to przynajmniej malutkie światełko w tunelu, które zaświeci Wam w głowach własną lampkę z pomysłami?

Nie każdy daje sobie radę z przymusowym domowym odosobnieniem i 14-dniowa kwarantanna (dobrowolna czy obowiązkowa) to dla niektórych ludzi istna masakra i koniec świata. Wynalezienie dla nich takich zajęć domowych, które by nie jawiły się im jako katorga, jest wyzwaniem dla cudotwórcy. Książki i seriale czy gry komputerowe to pomysł dobry na chwilę. Przez internet czy telefon można trochę z ludźmi pogadać, ale ileż można... Ciężka sprawa, jednym słowem... 

Ja mam taką pracę, że trochę będę musiała w niej być w tym trudnym czasie. Ograniczamy co prawda trochę kontakty z klientami, ale całkiem zamknąć firmy czy pracować zdalnie się nie da. Ale przecież może się zdarzyć taka sytuacja, że jakąś administracyjną decyzją każą nam zamknąć biznes na dwa tygodnie (jak to już się dzieje w niektórych branżach), albo nie daj Bóg trzeba będzie poddać się przymusowej ścisłej kwarantannie domowej. To co wtedy robić w domu? No ja tam się nudzić nie będę, poza porządkami mam mnóstwo planów książkowych, rysunkowych itd.

Ale może to i dla Was jest jakiś pomysł na czas domowej izolacji: odkrywanie swoich talentów!


Bo talent każdy z nas jakiś ma, to jest naukowo udowodnione. A przeważnie to nawet całkiem sporo talentów. Tylko trzeba je odkryć. 
Można więc w tym wolnym czasie spróbować czegoś, na co dawno mieliśmy ochotę, ale spychaliśmy to na koniec listy, bo to takie tam fanaberie przecież... 

Oczywiście pierwsze przychodzą mi do głowy tematy plastyczne. Rysowanie, malowanie, lepienie z gliny, plasteliny czy choćby z masy solnej, jeśli "poważniejszych" materiałów nie mamy akurat w domu. W internecie jest mnóstwo przepisów jak taką masę solną czy tzw. zimną porcelanę zrobić z najprostszych składników. 

Albo papier-mache, łatwizna. Kupiliście pewnie w pierwszym odruchu paniki koronawirusowej tonę papieru toaletowego i przez najbliższy rok tego nie zużyjecie, a to świetne tworzywo do zrobienia masy papierowej. Jeśli nie macie kleju Wikol (świetny do tego celu) - uszczknijcie odrobinę z pandemicznych zapasów mąki. Z ciepłą wodą będzie super klajster do masy papierowej. A co dalej z tym robić to wujek Gugiel Wam powie szczegółowo. Milion filmików jest w sieci.

W temacie braku talentów pokażę Wam dzieło mojego męża, który zupełnie nie uważa się za osobnika plastycznie utalentowanego. To rodzaj płaskorzeźby, albo "rytu nasklejkowego" :) - wydłubany małym dłutkiem rysunek, na sklejce pokrytej farbą. 



Zrobił to milion lat świetlnych temu. Potem jeszcze kiedyś świetnie rysował konie. Jakoś go to jednak później już nie pociągało, więc artystą nie został, ale jakiż to potencjał na czas ewentualnego odosobnienia!


W ramach podsuwania pomysłów na kwarantannową nudę, chciałabym polecić Wam kilka szalenie inspirujących blogów, z których można zaczerpnąć mnóstwo niesamowitych inspiracji na tworzenie cudownych rzeczy.


Może macie ochotę na naukę rysowania w stylu Zentangle? Jeśli widzieliście moje zentanglowe bazgrołki na blogu i wydaje sie Wam, że to jest fajne, i może sami chętnie byście pobazgrali, ale nie macie pojęcia jak się za to zabrać...? Zajrzyjcie na blog Denimix.pl - tam są wszystkie szczegółowe wskazówki, a jeszcze możecie uzyskać pomoc od samej autorki bloga, na pewno chętnie Wam wszystko objaśni.

Albo chcielibyście poprawić swój charakter pisma, czy w ogóle nauczyć się pięknie pisać? Polecam blog Się rysuje - tam znajdziecie mnóstwo porad, wskazówek, przykładów, a nawet możecie nabyć książkę o pięknym pisaniu, z przykładami i ćwiczeniami. Agata, autorka bloga, pokazuje także sposoby na proste rysowanie, naukę szkicowania od podstaw, uczy jak szukać tematów do rysunków w codziennym życiu i jak je uwieczniać przy pomocy pisaka i odrobiny akwareli.

Jeśli wolicie coś posklejać, powycinać, zmontować z różnych drobiazgów i przydasi posiadanych w domu, to mam dla Was dwie "polecajki" - blogi szalonych, niesamowicie kreatywnych dziewczyn, które potrafią wyczarować cuda z najzwyklejszych rzeczy:

Jyoti - specjalistka od malowanych mandali, obdarzona niezwykłą fantazją i kolorową duszą artystka, którą trudno zaszufladkować. Maluje, dzierga, robi odjazdową biżuterię i inne cuda. Poszperajcie po szufladach, może ze znalezionych skrawków i koralików spróbujecie wyczarować takie oto niesamowite naszyjniki?


źródło

Ech Mary-cha-cha co ty robisz? - no tutaj to już doprawdy rozum nie obejmuje tych szalonych projektów! Maria potrafi zrobić dosłownie coś z niczego, cudeńka z jakichś śmieci i szpargałów. Mistrzyni kreatywnego przetwarzania rupieci w dzieła sztuki! Spójrzcie na te dwa tylko przykłady:

kosmici - źródło

zmroczka - źródło

No nie mówcie, że nie znajdziecie w domu takich przydasi, które do niczego się już nie przydadzą... Poszperajcie, poinspirujcie się pomysłami Marysi, pokombinujcie, pobawcie się, zróbcie coś szalonego! Na jej blogu znajdziecie także całą serię niesamowitych dyniaków i innych "wtórniaków" stworzonych ze starych okularów, sztućców, kamyków, drucików itd. Ograniczeniem do stworzenia własnych stworków może być tylko Wasza wyobraźnia!


A jeśli prace plastyczne to w ogóle nie Wasza bajka, to może warto wykorzystać siedzenie w domu do spróbowania swoich sił w innej twórczości? To nie musi być nic na miarę arcydzieła, ale... pośpiewajcie w domu z rodziną. Każdy chyba kojarzy jakieś piosenki kolonijne, obozowe, studenckie, no czy choćby weselne przeboje discopolo, jeśli to Wasze klimaty... 

Pamiętam z dawnych lat, kiedy wprowadziliśmy się z małymi dziećmi na nowo budowane osiedle na skraju wsi zabitej dechami i często się tam zdarzały wyłączenia prądu... Siadaliśmy cała rodzinką w ciemnej kuchni, przy stole, na którym obok talerza z kanapkami była zapalona świeczka, mąż grał na gitarze i śpiewaliśmy różne harcerskie studenckie piosenki i co nam się tam jeszcze przypomniało. Taka domowa imitacja ogniska na obozie. Dzieci tak polubiły te wieczory z piosenkami, że przez długie lata organizowaliśmy je sobie już bez tych przerw prądowych. Wystarczyło zgasić światło, zapalić świeczkę i uruchomić wyobraźnię :).

I coś ku pokrzepieniu serc i rozweseleniu w tych trudnych czasach. Jeśli jeszcze nie znacie antykoronawirusowej piosenki, która jest hitem internetu, to proszę bardzo - grają i śpiewają Karol Koprukowiak z dziećmi - Helenką i Jonaszem. Koniecznie posłuchajcie i obejrzyjcie: 
https://www.youtube.com/watch?v=tAPgBy4cvLk





"Koronawirusie chcesz dostać tu się. Lecz my się nie damy, bo z domu się nie ruszamy! 
A teraz to złap, antywirusowy rap. Myję ręce często, mydło nakładam gęsto i jeszcze to złapcie – nie kaszlę na babcię."


*****

poniedziałek, 9 marca 2020

Polskie Miasta w Zentangle (10) - Żywiec.

Wyzwanie rysunkowe Polskie Miasta w Zentangle dobiega końca. Dzisiaj mam dla Was ostatni rysunek z tego cyklu, tym razem tematem są skojarzenia z miastem ŻYWIEC. Bez szperania po internetach nasunęły mi się dwa: Browar i Tydzień Kultury Beskidzkiej (podobno najstarsza i zarazem największa impreza folklorystyczna w Europie).

Piwo owszem czasem piję i to z Żywca nawet lubię, ale tak prawdę powiedziawszy, to jakoś bardziej chodzi mi po głowie żywiecczyzna jako obszar geograficzny i kulturowy, a więc kultura żywiecka, folklor, Beskid itd. 
Więc pomysły na rysunek poszły w tym właśnie kierunku :). 
Powstał jednak problem techniczny... Otóż wena mnie niestety opuściła i kompletnie nie miałam pomysłu na zrobienie tego rysunku w stylu Zentangle. A przecież głównie o to w naszej zabawie chodziło. 
No blokada kompletna, zero jakiejkolwiek wizji. 



Rysunek wykonany czarnym cienkopisem na kartoniku 9x9cm, wycieniowany ołówkiem.
Tak że ten... obrazek jakiś tam jest, ale wybaczcie - to nie jest Zentangle. Chyba się chwilowo "wypaliłam" w tym temacie. Chciałam dokończyć cykl rysunków wyzwaniowych, więc coś tam ostatecznie narysowałam, żeby się wywiązać, ale Zentangle jakoś "nie czuję", potrzebuję oddechu, muszę zmienić na jakiś czas tematykę i styl. A może po prostu bardziej mi odpowiada rysowanie spontaniczne, bez założonego planu i tematu? Często tak bywa, że zapalam się do jakiejś długoterminowej zabawy blogowej, a w połowie już mi się odechciewa, albo brakuje pomysłów, weny, czasu, czy czegoś tam jeszcze...

 Ale wróćmy do głównego tematu dzisiejszego wpisu :).

Ciekawa sprawa jest z tradycyjnymi strojami żywieckimi. Widywałam bardzo różne odmiany tych strojów, zupełnie niepodobnych do siebie, jakby z innej bajki. Raz dama wystrojona na biało jak panna młoda, raz zwyczajna góralka jak z Podhala... Do tej pory nie wiedziałam o co w tym chodzi, trochę się więc teraz w temat zagłębiłam, no i otóż to było tak:

Żywieccy patrycjusze (putosze), czyli mieszczanie z bogatych rodów, chcąc podkreślić swoją odrębność, czyli w ich mniemaniu "lepszość", wymyślili sobie stroje odróżniające ich ich od pospólstwa, czyli całej reszty świata, wzorując się zresztą w pewnym stopniu na modzie zachodnioeuropejskiej, głównie francuskiej. Było to w okresie świetności miasta, przypadającej na okres około XV-XVI wieku. Stroje takie nosili więc wyłącznie żywieccy bogaci mieszczanie. Nie ma to nic wspólnego z ubraniami pozostałych mieszkańców żywiecczyzny, czyli ludzi niższych stanów. 
źródło
Na zdjęciu powyżej widać mężczyznę, kobietę zamężną i pannę (to ta cała na biało, bo to był kolor dla panien przeznaczony) w strojach miejskich żywieckich. 

Strój męski jest prosty, w ciemnych barwach, a jedynym ozdobnym i przy tym najdroższym elementem, jest jedwabny pas, czasem haftowany złotą nicią, długości nawet ponad 4 metrów. Podobno taki pas kosztował nawet więcej, niż cały strój kobiecy.

Stroje kobiet są niezwykle bogate, składające się z wielu elementów, w tym z kilku spódnic. Wierzchnia spódnica była zwykle z jedwabiu w kolorze niebieskim, zielonym lub czerwonym, a na nią jeszcze nakładano tę najbardziej charakterystyczną dla Żywca, ostatnią warstwę - z haftowanego białego tiulu (Wikipedia podaje, że to koronka, co nie jest prawdą - dla laika może to bez różnicy, ale to jednak nie to samo). Do tego dochodziły jeszcze bluzki z kryzami także z haftowanego tiulu, szale, gorsety lub kubraki, u mężatek czepki ze złotogłowiu, no i jako biżuteria - prawdziwe korale. Razem to wszystko ważyło nawet do 10 kilogramów!
Zdjęć i opisów strojów zwyczajnych mieszkańców Żywca oraz górali żywieckich jest natomiast w internecie jak na lekarstwo. Faktem jest, że te stroje się zmieniały, a już na początku XX wieku coraz bardziej upodobniały się do bardziej nam znanych ubrań krakowskich (popatrzcie na znane chyba wszystkim logo piwa "Żywiec" - przecież to para w typowo krakowskich strojach!). Poza tym inne były ubrania codzienne, inne świąteczne. W strojach kobiecych charakterystyczne dla żywiecczyzny były spódnice w kolorze ciemnoniebieskim (farbowane w indygo) czyli z tzw. "siwizny", często ozdabiane metodą batiku białymi wzorami.



Jak wspomniałam na początku - Żywiec kojarzy mi się głównie z imprezą folklorystyczną, natomiast okazało się, że tych imprez jest więcej:

  • Tydzień Kultury Beskidzkiej (w tym roku 57 edycja odbędzie się w dniach od 25 lipca do 2 sierpnia)
  • Festiwal Folkloru Górali Polskich
  • Międzynarodowe Spotkania Folklorystyczne
Festiwal i Spotkania są odrębnymi wydarzeniami, ale odbywają się w czasie Tygodnia Kultury Beskidzkiej. towarzyszą temu wszystkiemu oczywiście liczne parady i korowody, targi sztuki ludowej, wystawy, konkursy, warsztaty (np. malowania na szkle, bibułkarstwa typowego dla tego regionu itp).


(źródło)

A ponieważ to już ostatni tydzień wyzwania "Polskie miasta w Zentangle", to przypomnę Wam jeszcze raz moje rysunki wykonane do kolejnych zadań - tym razem wszystkie zeskanowane, bo wcześniejsze zdjęcia pozostawiały dużo do życzenia ;). Nazwy miast są podlinkowane do postów, w których je opisywałam - znajdziecie tam trochę ciekawostek na ich temat:

Wyzwanie dobiegło końca. 
Wciągnęło mnie bardzo wyszukiwanie informacji o miastach, w postach przekazywałam to w dużym skrócie, ale powiem Wam, że samo gromadzenie wiedzy o strojach żywieckich zajęło mi trzy popołudnia i wieczory. Dotarłam do ciekawych opracowań, porównałam różne źródła, mnóstwo interesujących rzeczy się dowiedziałam. W tym wszystkim gdzieś mi się zagubił "duch" Zentangle. Cieszę się jednak z udziału w zabawie, bo było to z różnych względów bardzo ciekawe doświadczenie :).

 Danusi Popowicz dziękuję za ten wspaniały pomysł oraz za naukę i inspiracje do rysowania w stylu Zentangle! 

Dziękuję za wspólną zabawę Amyszce , która także zrealizowała wszystkie zadania i w dodatku w bardzo zentanglowym stylu :). Jeśli jeszcze u niej nie byliście, to koniecznie zajrzyjcie, tutaj Amyszka prezentuje komplet rysunków z całego wyzwania - http://kotyszki.blogspot.com/2020/03/zentangle-zywiec.html !

Kibicuję także Mięcie, która dołączyła nieco później, ale konsekwentnie pokazuje piękne rysunki z cyklu.

I na koniec zdjęcie "rodzinne" moich kwadracików:



*****

wtorek, 3 marca 2020

Polskie Miasta w Zentangle (9) - Zielona Góra.

Tak mi ostatnio czas szybko leci, że ledwo jedno zadanie w wyzwaniu rysunkowym Polskie Miasta w Zentangle odfajkuję, to już trzeba kolejne wykonać i post napisać. 
A jeszcze stary laptop (na którym mam wszystko co związane z blogiem i moimi prywatnymi pasjami) dogorywa - no i trochę czasu zajmuje mi przenoszenie danych do nowego komputera.

Oczywiście można to jednym ruchem wyeksportować, ale uparłam się, że przy okazji powyrzucam wszystkie śmieci, więc robię to skrupulatnie i etapami. No i niestety ta stajnia Augiasza wydaje się nie mieć dna, chociaż w realnym życiu nie mam natury ani chomika, ani bałaganiarza :). Zwłaszcza zdjęć się nazbierało, głównie inspiracji znalezionych w internecie.
Co tam gdzie ciekawego przyuważę, to wrzucam do kompa "na potem", bo może kiedyś się zainspiruję i coś równie fantastycznego narysuję, namaluję, stworzę... Tak więc dysk pęka od terrabajtów tego typu śmieci, a ja teraz siedzę przy tym jak ten Kopciuszek i przebieram...
W dodatku coś się pomieszało przy przenoszeniu poczty i jedne rzeczy mam podwójnie, a inne wcale się nie przeniosły, łącznie z kontaktami, tak więc teraz sprawdzam i poprawiam wszystko "na piechotę".

Ale ad rem - mamy oto już dziewiąte, przedostatnie zadanie w wyzwaniu zentanglowym, czyli - skojarzenia z Zieloną Górą.





W tym wypadku, podobnie jak było z Warszawą, pomysł na rysunek przyszedł mi do głowy od razu podczas pierwszego czytania listy zadań na 10 tygodni. Wydaje mi się, że jest to skojarzenie dość oczywiste. Największe święto winobrania w Polsce odbywa się właśnie w Zielonej Górze! W tym roku impreza zacznie się 5 września - tutaj zapowiedź wydarzenia - Winobranie 2020 i fragment dla zachęty:

"Klucze do bram miasta odbierze Bachus - Bóg Wina, a Zielona Góra stanie się jedną wielką sceną. Miejscem artystycznych spotkań, muzycznych wydarzeń. Jak co roku na mieszkańców i turystów czekają liczne atrakcje m.in.: koncerty, zabawy plenerowe, zawody sportowe, targi kolekcjonerskie, barwny korowód uliczny i wiele innych.
Oczywiście nieodłącznym elementem Winobrania jest Jarmark Winobraniowy ( 5-13 września 2020), podczas którego ponad 500 handlowców, artystów, rzemieślników i kolekcjonerów rozkłada swoje stoiska w centrum miasta. Stałym punktem jarmarku jest także Miasteczko Winiarskie. Przez 9 dni wokół ratusza każdy będzie mógł zapoznać się z ofertą regionalnych winiarzy, tradycjami winiarskimi, zakupić wina z kilkudziesięciu Lubuskich Winnic. "


Korowód z Bachusem - Winobranie dwa lata temu

Byłam kilka razy w Zielonej i niewiele innych rzeczy utkwiło mi w pamięci - poza spotkaniem ze znajomymi, ale to jednak nie nadaje się do wykorzystania jako motyw w wyzwaniu :). Natomiast winnice, winorośle, wino... jak najbardziej!

*****

Oczywiście Zielona Góra to jeszcze Festiwal Piosenki Radzieckiej, odbywający się w latach 1965-1989, którego kontynuacją przez kilka lat był jeszcze Festiwal Piosenki Rosyjskiej. 
Laureatami festiwalu są m.in. Urszula, Małgorzata Ostrowska, Felicjan Andrzejczak, Michał Bajor, Jacek Borkowski, Mieczysław Szcześniak, Katarzyna Szczot ps. Kayah, Izabela Trojanowska, Czerwone Gitary. (Wikipedia)

To jednak dawno miniona przeszłość. Natomiast spośród aktualnych atrakcji turystycznych w Zielonej Górze - z własnych doświadczeń mogę Wam polecić wizytę w PalmiarniMożna tam oczywiście tylko pooglądać rośliny i zwierzęta, ale warto usiąść przy stoliku i zamówić coś pysznego :).


To rzeczywiście jest prawdziwa palmiarnia (czyli ogromna "szklarnia"), usytuowana na szczycie Wzgórza Winnego (przy winnicy), a zarazem największa w mieście restauracja i kawiarnia, ze stolikami ustawionymi pomiędzy roślinnością, z niesamowitym klimatem i przepysznym jedzeniem. Istnieje od 1956 roku, znajduje się tam około 200 gatunków roślin, w większości egzotycznych, basen z żółwiami i akwaria z rybami tropikalnymi.



No chyba przyznacie, że sceneria fantastyczna, a wrażenia z lunchu czy kolacji w takim miejscu - niezwykłe :). 

I jeszcze raz moje winogronka, tym razem wersja zeskanowana:


Rysunek wykonany zgodnie z zasadami Zentangle czarnym cienkopisem na kartoniku 9x9cm, wycieniowany ołówkiem i pokolorowany kredkami Polychromos. 
Ostatnio trochę weny mi brakuje, jeśli chodzi o wymyślanie wzorów w stylu zentangle. Bardziej mnie wciągnęło wyszukiwanie ciekawostek o miastach i mniej przykładam się do rysunków. Ale to też bardzo pozytywne doświadczenie, sporo się dowiedziałam o tych "wyzwaniowych" miastach :).

A tutaj można zobaczyć moje poprzednie rysunki z tego cyklu (i przy okazji poczytać ciekawostki o miastach):
W kolejnym tygodniu po raz ostatni będziemy wykonywać zadanie w ramach wyzwania "Polskie miasta w Zentangle" - tym razem tematem jest miasto ŻYWIEC.


*****