czwartek, 23 września 2021

Pomysł na mandalę nie zawsze kończy się mandalą.

Tak mnie jakoś pewnego dnia naszło, żeby "machnąć" sobie mandalę. Bo dawno mandali nie tworzyłam, a przecież to jeden z moich ulubionych motywów. I piórka akurat przyniosłam ze spaceru... 



Swoją drogą - ależ pięknie zaczął się ten wrzesień! Jeszcze kilka dni temu było ciepło i słonecznie, prawdziwa polska złota jesień!... Trochę się teraz zepsuło, zimny tydzień, ale liczę jeszcze na złoty październik :).




No więc na tym spacerze przyszła mi do głowy myśl, żeby zrobić mandalę z piórkami... Do tego tekturka... Pomysł wykorzystania piórek i tektury odgapiłam od Jyoti - niezwykle twórczej i energicznej, zawsze uśmiechniętej artystki - http://jyoti789.blogspot.com/. Uwielbiam jej mandale, ale Joasia tworzy też mnóstwo innych niesamowitych rzeczy, z równie niesamowitych materiałów, jak choćby makramowe bajecznie kolorowe wdzianka, koralikową biżuterię, wianki i... korony! 


Ale... Jak widzicie, z pomysłu na mandalę powstało coś całkiem innego. Dzisiaj pokazuję Wam więc taki hmmm... niemal klasyczny, acz nie dopracowany, kolaż - bo było tutaj malowanie, rysowanie, doklejanie różnych przedmiocików, wycinanie, wydzieranie nawet!, a dokładniej - zdzieranie wierzchniej warstwy tektury falistej. Po drodze, w ferworze układania elementów, zapomniałam, że to miała być mandala, no i tak jakoś spontanicznie i bezplanowo ten kolażyk powstał :). Nie ma w nim żadnego przesłania, nie pytajcie co autorka miała na myśli, bo nic nie miała - ot tak po prostu miło sobie spędzała czas na tworzeniu kompozycji z różnych prostych elementów, coś tam dorysowała, tu i ówdzie podmalowała...



Kolory też same się jakoś tak układały w trakcie pracy: najpierw brązy rozmaite, ciepłe i chłodne, jasne - prawie beżowe i kremowe, i ciemne - niemal w czerń wpadające. Tło całej kompozycji udające czerń zrobiłam z mieszanki szarości Payne'a i umbry palonej, a na nim widać gdzieniegdzie rudobrązowe odbitki szydełkowej serwetki maczanej w farbie, kontrastowo pojawiły się też turkusy, kobalty i grynszpanowe zielenie, które jednak na zdjęciach w większości zniknęły... Akcenty złota zrobiłam złotą farbą akrylową i oczywiście żelopisem. W użyciu była - jako jeden z zasadniczych elementów, tektura falista, ukazująca tu i ówdzie swoją ciekawą strukturę ukrytą pod gładką powierzchnią, były piórka ptasie i kilka guzików, i jeszcze klucz od nie wiadomo czego. Wykorzystałam to co akurat miałam w domu, ale zabawa mi się na tyle spodobała, że zapewne wkrótce będę eksperymentować z innymi materiałami i technikami :). Lubię zabawę z papierem, kartonami, tekturkami, masą papierową itd, pomysłów mam mnóstwo, zobaczymy na co czas pozwoli. 

Tak po prawdzie to myślę, że ten oto kolaż też szybko doczeka się jeszcze rozmaitych przeróbek, doklejanek i domalowanek, bo z efektu jestem średnio zadowolona, na pewno warto go dopracować, więc już mnie korci :))). A może po prostu zostanie jako niezbyt udany prototyp, a skrzydła będę rozwijać w kolejnych, bardziej przemyślanych kompozycjach. Nie chciałam go przeładować, ale jak patrzę na całość, to czegoś mi brakuje... Inna rzecz, że jakbym miała pokazywać tylko prace, z których jestem zadowolona, to ten blog umarłby śmiercią naturalną :).




Opowiem Wam jeszcze trochę o powstawaniu tego projektu. Jeśli pamiętacie post o ptakach i duchach (tutaj), to wiecie, że często zdarza mi się wykorzystywać jako podobrazia moje stare obrazy, z których nie jestem zadowolona. 

Podłoże do tej mandalowej kompozycji znalazłam przy okazji malowania konia z poprzedniego wpisu. Jego pierwszą wersję zaczęłam malować na podobraziu odzyskanym po wielowarstwowym starym obrazie. Natchnienie naszło mnie bowiem nagle w sobotni wieczór, sklepy zamknięte, a w domu - jak się okazało - brak odpowiedniego podłoża do malowania. Postanowiłam więc dać piątą, ostatnią szansę staremu obrazowi. Czego tam już nie było... Pierwszy był chyba pierrot namalowany jakieś ćwierć wieku temu w czarno-białej tonacji, nawet wisiał u nas w pierwszym mieszkaniu jakiś czas... Potem koń, też w tonacji szaro-biało-czarnej. Ale mi się te kolory znudziły, więc namalowałam pejzaż z kwitnącą jabłonką. Szybko jednak uznałam, że pejzaż to nie jest moja bajka. Na jabłonkowym pejzażu zaczęłam więc malować scenę z karnawału w Wenecji. Zaczęłam, ale nie skończyłam, i tak to leżało odłogiem na szafie przez parę lat... Poszukując podłoża malarskiego do końskiego portretu przypomniałam więc sobie o tym arcydziele i przymierzyłam się do malowania... Grubsze warstwy farby ze spodu wymagały jednak pokrycia kolejną grubszą warstwą...Z konieczności zabrałam się do malowania pędzlem i szpachelką. Wolę pędzel, często maluję alla prima, cienką warstwą, ale tutaj próbowałam trochę ukryć fakturę poprzednich malunków.  Bardzo szybko doszłam do wniosku, że takie grube, strukturalne malowanie zupełnie mi nie odpowiada. Musiałam więc powstrzymać wenę i poczekać na zamówione nowe podobrazia. Na takim świeżutkim, gładkim i czystym płótnie zupełnie inaczej się maluje, sama rozkosz :))). Mnie cieszy już sama czynność rozprowadzania farby po gładkim podłożu :). A co dopiero, jak wyłaniają się konkretne kształty, łączą plamy barwne, grają kolory! Tak więc ostatecznie koń został namalowany na nowym podobraziu, a wielowarstwowe dzieło doczekało się w końcu wykorzystania do stworzenia tej oto kompozycji. Taka przyjemna zabawa na jeden wieczór :). Tylko jak zwykle ubolewam, że nie potrafię tego dobrze sfotografować... W zasadzie to nawet na zdjęciach wychodzi to całkiem dobrze, ale po przesłaniu na bloga widzę zupełnie inną jakość, zupełnie kiepską, niestety...



*****


I jeszcze z zupełnie innej beczki, taka mała prywata - specjalnie dla Romanki, fotecka kotecka, ale - uwaga, uwaga - co tam jest najważniejsze, to między nami wiadomo :). 




Chodzi o tło, czyli sofę, przyobleczoną w pokrowiec (wzięty kiedyś przez Romankę za pościel) uszyty przeze mnie niegdyś (w komplecie z dwoma na fotele i jeszcze dodatkowe poduchy), jak się oryginalne zużyły doszczętnie - przy wydatnej pomocy małych jeszcze wtedy dzieci, oraz kotecków i psów ówcześnie u nas mieszkających, ma się rozumieć. 

Sofa jest tradycyjnie miejscem popracowej drzemki pańcia, ale jak pańcia nie ma, to zawsze rezyduje tam któraś "kjujewna": Sabinka, Basiunia, albo - jak tutaj właśnie - Balbinka:


Meble same - mimo upływu wielu lat i intensywnej eksploatacji - są ciągle w dobrej kondycji i bardzo je lubimy, bo są szalenie wygodne. To była jakaś uboczna produkcja firmy robiącej meble dla Ikei, ale że pod własnym szyldem, to musiały się nieco różnić rozmiarami od tych ikeowskich. No i niestety z tego powodu nie można było dopasować oryginalnych ikeowskich pokrowców. Uszyć nikt nie chciał, krawcowe oczami przewracały, a tapicer podejmował się jedynie obicia na wieki wieków amen. A ja się uparłam na pokrowce, które można wrzucić do pralki. No więc kupiłam porządny materiał zasłonowo-obiciowy w Dekorii - według wyraźnego żądania małżonka (finansującego zakup) - w kwiatki. Babcinej łączki bym nie ścierpiała, ale takie większe kwiaty w dość pastelowej tonacji jakoś przebolałam. 
No a jak już coś robię, to porządnie ;), chciałam żeby to miało jakiś sznyt i charakter, dokupiłam więc sznur z wypustką i całość nim obszyłam.  

Sofka prawie w całej okazałości:



I jeden z dwóch foteli - w dziwnej perspektywie, bo obfocenie było sztuką ekwilibrystyczną, jako że wszystko to jest upchnięte w dość zagraconej, tzw. wypoczynkowej części pokoju:




Nie mogłam się za to szycie zabrać, bo to jednak szło w kilometry, do tego wszywanie sznurów i zamków, a najpierw jeszcze były formy, które sama wymierzałam i rozrysowywałam, bo póki nie uszyłam, to nie chciałam pruć starych pokrowców. Ostatecznie jednak nawet tak długo mi z tym nie zeszło, jakieś raptem dwa tygodnie roboty wieczorami po pracy. Jak na amatorkę to nie najgorzej. Mówię Wam, goście nie wierzą, że jam ci to sprawiła, bo wyszło ekstra :). 

Niestety te pokrowce mają już też z dziesięć lat, no może osiem, milion razy prane, trochę zszarzały, spłowiały i się powycierały (no tak, tutaj akurat złośliwy blogger pokazał to ładniej niż jest w rzeczywistości!), eksploatowane są bez umiaru, więc od pewnego czasu się zastanawiam, czy szyć kolejne, no bo jednak same meble są super. Ale wizja tego szycia jednak mnie przeraża, dwa tygodnie wyjęte z życia. Leniwa się zrobiłam... Wolę malować obrazki :).



*****

sobota, 4 września 2021

Koń, jaki jest...

W poprzednim wpisie rozpisałam się okrutnie (gratuluję wszystkim, którzy przez ten elaborat przebrnęli!), więc tym razem krótko i konkretnie. Koński portrecik inspirowany zdjęciem z internetu - akryl 50x60 cm. Miał być olej, ale się okazało, że media rozcieńczalnikowe "wyszły" (a jedno, chyba źle zakręcone - skamieniało po prostu), a tu wena w sobotni wieczór mnie dopadła, musowo było malować, czym tam się dało i pod ręką miało. Z akrylami się nie polubię jakoś szczególnie, są mniej plastyczne niż farby olejne, które uwielbiam, ale od czasu do czasu jakiś szybki obrazek na pewno akrylami jeszcze popełnię :).




O obrazku z koniem więcej opowiadać nie będę - koń, jaki jest, każdy widzi. Oczywiście kolory ciut przekłamane, w oryginale wygląda to bardziej na Saharę w słońcu :).

*****


A z moich spraw domowo-podwórkowych - chciałam Wam zaprezentować naszą Sabinkę, bo niedawno sobie uświadomiłam, że chyba nigdzie na blogu nie ma jej zdjęcia. Umaszczenie ma podobne do Koci (szylkretowe cętki), ale jest większa, zwłaszcza szersza :) i bardziej puchata, w sensie że ma bardziej gęste futro. Kocia przy niej to eteryczna księżniczka. 








Sabinka w młodości była straszną rozrabiarą, mówiliśmy że Sabcia rządzi na dzielni, bo wszystkie okoliczne koty ustawiała i nie było drzew i dachów, na które by nie weszła. Była wtedy znacznie szczuplejsza, a futro miała niesforne, potargane, i razem z tymi cętkami jakoś mi się kojarzyła z hieną cętkowaną, więc nazywałam ją czasem Hienka. Bez złośliwych czy negatywnych podtekstów :). Sabinka została przygarnięta razem z siostrzyczką Pusią, jeszcze bardziej puchatą, pręgowaną buraską. Niestety Pusię pokonał koci katar i jeszcze jako maluch odeszła za Tęczowy Most. Sabinka ma 5 lat i jest ulubienicą mojego męża. 

Dla porównania - Kocia:



I siostra Koci - Balbinka:



Trzecia z siostrzyczek - Basiunia, ostatnio w wielkiej komitywie z Balbinką, nawet śpią razem:



Jak wiecie, mamy jeszcze dwa czarne koty. Czarnuszka, rezydentka, której wszystko wolno, ma szczególne przywileje, należne z racji wieku (16 lat), trochę niedołężna, niemal całą dobę przesypia, i nasz najświeższy nabytek, samozwańczy lokator, który sam do nas przyszedł - Grubcio, o którym pisałam w poprzednim poście. Kotów razem jest więc sześć, a zatem ludzie mieszkają kątem przy kotach...

*****





piątek, 27 sierpnia 2021

Koty i rośliny.

Ostatnie dwa miesiące zleciały mi niepostrzeżenie, nie wiem jak i kiedy... Dopiero co lato się zaczęło, a tu już bociany odlatują... Blog zarósł pajęczynami... Pisałam ten post nieśpiesznie i na raty przez całe lato, bo jakoś nie mogłam się zebrać, żeby ogarnąć to wszystko do publikacji. No i tak dopisywałam, dopisywałam to i owo, aż się w końcu zrobił taki długi elaborat, że teraz muszę go trochę rozparcelować na przynajmniej dwa wpisy. Dzisiaj więc o kotach i roślinach, a za tydzień najdalej postaram się pokazać jakieś moje obrazki.




Niemal w całej Polsce w lipcu i sierpniu szalały na przemian ulewy i afrykańskie upały, a u mnie dość spokojnie, przez cały lipiec całkiem przyzwoita temperatura w okolicy 22 stopni, z nielicznymi skokami do 24-26 stopni, popadywało czasem raczej w godzinach nocnych, wiec nieuciążliwie, a pożytecznie. Po pracy miło było posiedzieć na tarasie, wakacyjnie bardzo :). Pogoda sprzyjała też pracom ogrodowym, zrobiliśmy trochę porządków, bo w tej ciepłej wilgoci rosło wszystko jak szalone (to niepożądane - niestety najbardziej). Dopiero ostatnie dni lipca były nieco bardziej upalne, ale lekko przeplatane chmurkami i z przyjemną chłodzącą bryzą. Baaardzo przyjemnie :). Nie cierpię upałów, ale taki lipiec był całkiem spoko. Sierpień zaczął się pochmurnie z małymi przebłyskami słoneczka, ale z temperaturami w okolicy 20 stopni, deszcz umiarkowany sporadycznie, całkiem spoko. I w ogrodzie dało się coś zrobić i pospacerować, i na tarasie poleniuchować, nie topiąc się w upale. Lubię tak :). Ostatni tydzień dopiero mamy trochę chłodniejszy i dżdżysty. Mam nadzieję, że wrzesień mnie nie zawiedzie i będzie ciepły i słoneczny.

Udało nam się zorganizować na początku lata całkiem fajny wyjazd urlopowy do Chorwacji, za którą co prawda - w przeciwieństwie do mojego męża - nie przepadam, bo zwykle jest za gorąco (zdecydowanie preferuję zimniejsze klimaty, wiecie, fiordy Norwegii i te rzeczy...) - ale było około 22 stopni, czyli miło, początek sezonu popandemicznego, więc jeszcze mało ludzi, hotelik uroczy, okolica dość zielona (półwysep Istria, więc północna część kraju), czyli jak dla mnie super. Zaraz potem rozwiązał się worek z rozmaitymi odkładanymi wcześniej imprezami imieninowo-ślubnymi, w tym mieliśmy kilka wyjazdowych dwu-trzydniowych, więc w sumie byłam tym też trochę zaabsorbowana. Tworzenia było niewiele, ale parę rysunków, akryli i akwarelek powstało, stopniowo będę pokazywać. O dziwo oleje poszły chwilowo w odstawkę.

*****

Ale do rzeczy, czyli o czym to ja chciałam... Niedawno wspomniałam Wam o roślinie, którą mam w domu, a która zaskoczyła nas w tym roku niespotykaną u tego gatunku liczbą wypuszczonych w krótkim czasie liści. Mowa o cykasie, znanym także pod nazwą sagowiec. Często mówi się "palma sagowa", ale tak naprawdę cykas nie jest palmą, znacznie bliżej mu do paproci. Nie chcę tu jednak rozprawiać o kwestiach gatunkowych i pokrewieństwie roślin, ale o ich trujących, lub szkodliwych właściwościach, które mogą spowodować poważny uszczerbek na zdrowiu człowieka, ale także naszych czworonożnych przyjaciół.




We wpisie o cykasie (tutaj) napomknęłam o jego szkodliwości, a w komentarzach ten temat jeszcze powrócił. Okazuje się, że niektórzy właściciele kotów wolą pozbyć się tej rośliny z domu, niż narażać swojego pupila na jakieś nieszczęście w wyniku bliskiego kontaktu z kwiatkiem. Pomyślałam więc, że podzielę się z Wami moją skromną wiedzą na temat takich roślinek.

Tak się składa, że jakiś czas temu drążyłam temat niebezpiecznych roślin, kiedy dowiedziałam się, że ciemiernik, rosnący w moim ogrodzie, po którym nie spodziewałabym się szczególnej jadowitości, ma także właściwości trujące. Kontakt z nim może spowodować silne poparzenie i porażenie nerwów. Obchodzę się więc z nim ostrożnie, zawsze w rękawiczkach. Ale w żadnym razie nie chciałabym się go pozbywać, bo to moja ulubiona roślinka ogrodowa. Ma piękne kwiaty i w dodatku kwitnie już w środku zimy! 

Małych dzieci w naszym domu nie ma, a zwierzęta domowe nigdy dotąd nie wykazywały żadnego zainteresowania zarówno ciemiernikiem, jak i cykasem. Mam wrażenie, że zwierzęta, które nie są stale zamknięte w domu, mają kontakt z przyrodą - a tym samym  silniejszy instynkt samozachowawczy, podobnie jak ich dziko żyjący kuzyni. Kiedyś jednak zastanowiłam się przez chwilę, czy nie pozbyć się z domu i ogrodu takich "podejrzanych" roślin, tak na wszelki wypadek, w razie jakby któremuś kotu przyszło do łebka zapoznać się bliżej z "trujakiem". Okazuje się jednak, że tych niebezpiecznych roślin jest całe mnóstwo! Musiałabym wyrzucić połowę kwiatów doniczkowych i niewiele mniej tych z ogrodu!

Proszę bardzo, poniżej lista roślin, w których czai się trujący jad, podaję ją tutaj za portalem koty.pl  , z małymi modyfikacjami - usunęłam niektóre nazwy łacińskie, tam gdzie są bardziej znane polskie, i zmieniłam kolejność, alfabetycznie odpowiednio do polskich nazw. Pogrubione są nazwy tych roślin, które mam (lub miewam w wazonie) u siebie w domu, lub rosną w naszym ogrodzie, ewentualnie w pobliżu (czyli potencjalnie - wszystkie one byłyby do eksmisji!). Od razu zaznaczam, że mam trochę wątpliwości co do tej listy, ale o tym za moment. I oczywiście nie jestem żadną specjalistką w tej dziedzinie, przytaczam tylko to co zamieścił portal o kotach. No to lecimy z tymi upiornymi roślinami:


DEKORACYJNE (używane do bukietów):

Amarylis (hipeastrum)

Anturium
Ciemiernik

Chryzantema, złocień

Dławisz

Gipsówka 
Jemioła

Ostrokrzew

Poinsecja

Trzmielina japońska
Wilczomlecz

Wiśnia - odmiana ozdobna Solanum pseudocapsicum 

Zimowit jesienny

Żonkil

DONICZKOWE:

Aloes

Alokazja
Azalia

Bluszcz pospolity

Cibora

Cykas – sagowiec
Diffenbachia
Dracena

Epipremnum
Fikusy

Filodendron
Geranium

Heliotrop
Hortensja

Hoja

Klematis, powojnik

Kolokazja

Monstera 
Narcyz

Oleander

Pachypodium

Papryka roczna

Poinsencja
Rododendron – różanecznik

Sanseveria

Skrzydłokwiat 

Szeflera

Tytoń ozdobny

OGRODOWE (i dziko rosnące):

Adenium

Aglaonema

Allamanda
Arisaema triphyllum – obrazkowiec

Aukuba japońska
Awokado (serio??? ale chyba nie owoc?!)

Barwinek różowy

Begonia
Bukszpan

Cestrum nocturnum

Ciemiernik 

Ciemiężyca

Cis pospolity
Clematis virginiana – powojnik wirginijski

Conium maculatum – szczwół plamisty
Cyklamen – fiołek alpejski

Czarny bez

Czerniec gronowy 

Czosnek (hę? psu dodawaliśmy czosnek od czasu do czasu do jedzenia, profilaktycznie na pasożyty, zamiast chemicznych tabletek, za radą weterynarza zresztą, no chyba że kot miałby ten czosnek przedawkować, ale jakoś sobie nie mogę tego wyobrazić)
Datura – bieluń
Delphinium – ostróżka

Descurainia pinnata
Dicentra – ładniszka okazała

Dicentra cucullaria – biskupie serduszka

Dipladenia, Mandewilla

Fasola, zwłaszcza ozdobna

Glicynia, wisteria

Glistnik jaskółcze ziele

Glorioza wspaniała 

Groszek pachnący

Grzyby – wszystkie gatunki 

Hiacynt
Hortensja

Irys
Ipomea purpurea

Jaskier 

Kalia
Kalmia wielkolistna

Kasztanowiec

Kliwia

Konwalia majowa

Krasnokwiat

Kroton

Krwawnik

Krwiowiec kanadyjski 
Lantana 
Ligustr pospolity

Liliowate, lilia
Lobelia 
Łubin

Mak

Miechunka

Miłek wiosenny 

Miodla pospolita (poważnie wątpię, ona ma tyle pozytywnych właściwości, olejek neem może kojarzycie, i bywa spożywana na surowo, więc nie wiem jak mogłaby zaszkodzić)

Mrzechlina, pieczennik 
Melia azedarach
Naparstnica purpurowa

Narcyz
Oleander

Pelargonia

Petunia

Pieris

Pierwiosnek

Piołun

Pokrzyk wilcza jagoda

Pokrzywa

Pokrzywiec szorstkowłosy
Pomidor (tylko część pnąca jest szkodliwa, cokolwiek miałoby to znaczyć - info podaję za portalem koty.pl)

Prunus  – wiśniowate (wiele odmian, m.in. dzika wiśnia, morela, brzoskwinia…)

Przebiśnieg

Rabarbar (toksyczne są liście, ale nie sądzę, żeby koty chciały je jeść)

Rącznik pospolity

Rododendron, różanecznik
Robinia akacjowa, grochodrzew

Rosary bean – Abrus precatorius
Sanguinaria canadensis
Solanaceae – psiankowate (np. ziemniak ale również bieluń)

Solandra

Starzec

Sumak jadowity

Szalej jadowity

Szkarłatka amerykańska

Tojad

Triglochin maritimum – świbka morska

Trzmielina japońska

Tulipan

Wawrzynek wilczełyko

Wiciokrzew

Wilec

Winobluszcz pięciolistkowy

Winogrono (rodzynki) (???)
Ziarna jabłek  (co za bzdura!)

Złotokap (polecam do przeczytania - https://parenting.pl/4-latek-trafil-do-szpitala-z-objawami-silnego-zatrucia-zjadl-ziarenka-silnie-trujacej-rosliny )

Uffff...! Jak sami widzicie, jest tego mnóstwo, w tym sporo roślin, których wcale byśmy o taką jadowitość nie posądzali... Niektóre nazwy w tym spisie wręcz wprawiły mnie w osłupienie. Mam wrażenie, że niektóre zaczerpnięto z obiegowych mitów, a nie rzetelnej naukowej wiedzy, ale nie będę tu o tym rozprawiać, bo w gruncie rzeczy nie wiem na pewno. Chciałam tylko zasygnalizować, że jest problem i trzeba uważać. Chodzi o to, że czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy, że śliczny kwiatek może narobić mnóstwo szkody... 

Oczywiście nie każda z tych roślin jest tak samo mocno toksyczna, lub nie wszystkie części rośliny mają szkodliwe działanie, ale faktem jest, że kontakt z niektórymi może spowodować tragiczne skutki już przez samo nadgryzienie przez kota lub zadrapanie kolcem. Poparzenie pyszczka, nieodwracalne uszkodzenie nerek lub wątroby po zjedzeniu kawałka roślinki, porażenie nerwów, śmierć zwierzęcia... A jeśli dostęp do tych roślin mają małe dzieci, to niebezpieczeństwo oczywiście ich także dotyczy. Mój mąż jest alergikiem i przy nieopatrznym kontakcie z ciemiernikiem nabawił się kiedyś bąbli oparzeniowych na rękach, a oboje mieliśmy podrażnioną skórę po zabiegach pielęgnacyjnych przy cisach. Czasem w ferworze prac ogrodowych po prostu zapominamy o niebezpieczeństwie. Że nie wspomnę o poparzeniu słonecznym u męża, na skutek wypijanych dużych ilości naparów z dziurawca (który uczula na słońce)... ale to już inna historia.

Z drugiej strony - nie wiem dlaczego nie ma na tej liście wielu roślin znanych jako bardzo niebezpieczne, jak choćby dyptam (krzew mojżeszowy), którego olejki eteryczne są drażniące i tak "mocne", że potrafią się zapalić pod wpływem słońca, czy różne odmiany barszczu - Sosnowskiego na przykład, bardzo silnie drażniącego. W każdym razie - to wszystko pod rozwagę, z myślą o bezpieczeństwie naszych futrzastych pupilów. 

*****

A tymczasem w moim ogrodzie... 



... czy dostrzegacie na tle zielonego buszu maleńki płomyczek oranżu?

To zakwitł mój aloes!




To jeden z kilku aloesów spędzających lato w ogrodzie. Ale - jak do tej pory - kwitnieniem popisał się tylko ten egzemplarz, i to po raz drugi:




Te aloesowe zdjęcia robiłam jeszcze w lipcu, a teraz w moim ogrodzie kwitną hortensje bukietowe (dwie odmiany). Pokrój mają trochę "rozczochrany", bardzo się rozłożyły na boki, bo pędy wypuściły bardzo długie, w części dość wiotkie, a ogromne kwiatostany mają swoją wagę, więc zaczęły się pokładać po ziemi. Musiałam je podwiązać, ale przez te wyjazdy urlopowo-towarzyskie zabrałam się za to dość późno, więc wygląda to trochę nieporządnie, ciężko było ogarnąć powyginane pędy. 



Mam te hortensje dopiero drugi rok, mąż je sam kupił i posadził, niestety trochę za gęsto, więc będziemy musieli niektóre przesadzić. Cieszę się jednak, że doskonale przezimowały i znowu pięknie zakwitły, bo moje wcześniejsze doświadczenia z hortensjami były zupełnie nieudane. Razem z tymi egzemplarzami były kupione jeszcze hortensje ogrodowe w ciekawych odmianach koronkowych, niestety część nie przezimowała (mea culpa, nie zadbałam o odpowiednie zabezpieczenie), a inne już przekwitły. 





Między hortensjami rośnie też dwuletnia pięknotka (kalikarpa), która mocno przemarzła i nie wyglądała wiosną na coś, co ma przeżyć, ale niespodziewanie jakoś się pozbierała w połowie lata i po mocnym przycięciu z zeschniętych pędów wypuściła piękne, mocne i długie nowe gałązki. No i trzeba będzie zadecydować, co przesadzamy - pięknotkę czy hortensje, bo za bardzo się stłoczyły. Jak się sadzi małą roślinkę, to czasem trudno sobie wyobrazić, że z tego wkrótce będzie duży krzew :). Poza tym wyczytałam, że pięknotka lubi mieć towarzystwo innych koleżanek gatunkowych, żeby wytworzyć owocki, czyli dekoracyjne kuleczki o niesamowitej, fioletowej barwie, utrzymujące się jeszcze w zimie. Chcę więc dokupić jeszcze przynajmniej jedną i posadzić obok, a to będzie wymagało przesadzenia rosnących tuż obok hortensji.


*****

A teraz najświeższy news ze świata zwierząt: mamy nowego kociego lokatora (jego zdjęcie otwiera również ten post):



Spory kocur, dwa razy większy od naszych najmłodszych kotek i trochę większy od tych starszych, ale bardzo grzeczny i towarzyski. Wygląda dość młodo, jest wykastrowany. Czarny jak noc, nazwałam go więc Bambo - na cześć wiadomego murzynka (którego zdaje się usunięto z elementarza pierwszaka, bo był podobno niepoprawny politycznie). Kotek zagościł u nas na stałe i trzeba go było w końcu jakoś nazwać. Czasem mówimy też na niego Bambuś albo Dyzio, ale najczęściej Grubcio, bo jakoś tak odruchowo się ta nazwa nasuwa na widok takiego... hmmm... grubcia :))). Nasz poprzedni kocurek miał oficjalne imię Ponton, ale w gronie rodzinnym też nazywaliśmy go Grubcio. 

Koteczki go tolerują, Balbinka i Kocia tylko czasem trochę burczą, Sabinka i Basiunia nie zwracają na kawalera uwagi, a Czarnuszka nawet całkiem spokojnie go zaakceptowała - nareszcie jeszcze jeden czarny kot, a nie same jakieś kolorowe i łaciate dookoła... 

To Czarnuszka:



Inna rzecz, że Czarnuszka nas trochę martwi, od pewnego czasu powoli nam gaśnie... Ma 16 lat i ostatnio prawie wcale nie wychodzi z domu, w ciepłe dni najwyżej na taras, gdzie ma swoje krzesełko z kocykiem w zacisznym kąciku. I leży sobie całymi dniami na tym krześle, a w nocy na swoim osobistym fotelu w ogrodzie zimowym, czasem skubnie coś z jedzonka, ale widać, że coraz mniej ma energii... Ech...

Bambo natomiast najpierw zachodził do nas tylko towarzysko, ale szybko spodobało mu się menu w naszej kociej stołówce i zaczął się meldować regularnie około 18tej. Pożerał wszystko, tylko na suche chrupki kręcił trochę nosem. Potem przychodził coraz częściej, a od miesiąca to właściwie w naszym ogrodzie mieszka. W czasie burzy pozwoliliśmy mu zakwaterować się przejściowo w zimowym ogrodzie, gdzie stale mieszka Czarnuszka. W upalne dni najchętniej śpi na leżaku w cieniku pod czereśnią, a jak pada to w altance. Po jedzenie wchodzi już sam do domu, z ogrodu przez taras, ogród zimowy, pokój i prosto do kuchni, gdzie koło lodówki (a jakże!) stoją kocie miseczki. Po dwóch tygodniach znajomości pozwiedzał cały dom i kulturalnie zrobił siku do kuwety. Spoko gościu :).

Jak się u nas pojawił, to na szyi miał sztywną plastikową obróżkę przeciwpchelną, ale była tak ciasna, że w końcu mu ją zdjęłam. Poluzować się nie dało, bo już była na ostatniej dziurce. A kotek miał aż wytarte futerko w tym miejscu. W takim ciasnym sztywnym chomącie to ani się położyć, ani jeść... Nawet wytrzeszcz oczu mu się zmniejszył po zdjęciu obroży ;). Wyglądał na zadbanego, ale nie mamy pojęcia skąd przyszedł, nikt w okolicy się do niego nie przyznaje. W ogrodzie ma gdzie spać, są różne zakamarki i kocie kryjówki. Do zimy daleko, zobaczymy - albo zatęskni za swoim poprzednim domem, albo zostanie, to przyjmiemy go do domu na stałe. W końcu to kot wybiera człowieka, a nie człowiek kota. Razem z Grubciem kotów mamy więc już sześć. 

*****

A na koniec Kocia - w posterylkowym bardzo twarzowym kubraczku. 






Wszystkie nasze koteczki są już więc wysterylizowane! Balbinka, o której sterylizacji niedawno pisałam (tutaj - "Kocie sprawy"), zaraz po zabiegu przeszła niesamowitą przemianę. Wcześniej najmniejsza ze stada chudzinka, autystyczna, zawsze zalękniona, uciekająca z domu, bojąca się wszystkiego, nieufna - nagle dostała wilczego apetytu i w ciągu tygodnia zapadnięty brzuszek zamienił się w napęczniały bębenek, koteczka nabrała ciała, wręcz urosła! I zaczęła się rządzić! Chciałaby teraz być królową domu, pokazuje swoją siłę innym kotom. Nie jest agresywna, ale ewidentnie zaznacza swoją dominację. No i nagle stała się największą domatorką i towarzyską przylepką :). Najwyraźniej sterylizacja dobrze jej zrobiła. 

*****

Przypominam jeszcze o zbiórkach na zwierzęta. 


U Drevniego Kocurka: pomagam.pl/3mcmefi

I dramatyczny apel schroniska w Korabiewicach, 
gdzie aż 300 zwierząt czeka na pomoc:   https://zrzutka.pl/5mt2nm


Jeśli nie możecie wspomóc finansowo, to chociaż udostępnijcie, przekażcie dalej.

*****


niedziela, 27 czerwca 2021

I znowu o książkach...

Nie planuję przebranżowienia bloga na książkowy, ale kiedyś komuś obiecałam, że podzielę się wrażeniami z lektury "Mistrza i Małgorzaty" w przekładzie Andrzeja Drawicza... Bułhakow przeczytany, zatem kobyłka u płota, a przy okazji zaprezentuję Wam jeszcze kilka książek, które mnie ostatnio zajmowały. 

W poprzednim książkowym wpisie (tutaj) pokazywałam sporo pozycji biograficznych - i na tej biograficznej fali załapała się jeszcze do czytania (ściągnięta z mężowskiego stoliczka czytelniczego) "Matka Jagiellonów" Doroty Pająk-Pudy. Historia to konik mojego męża, ale ja nie przepadam za tą tematyką. Zwłaszcza szczegółowe opisy działań wojennych i politycznych knowań trochę mnie nużą. Jednak tutaj mamy do czynienia z biograficzną beletrystyką, czyli książką lekką, łatwą i przyjemną :). 




"Matka Jagiellonów" to książka pisana w pierwszej osobie, jakby pamiętnik Elżbiety Habsburg, w Polsce nazywanej Rakuszanką (czyli Węgierką), żony Kazimierza Jagiellończyka. Ciekawy zabieg, dzięki któremu nie zagłębiamy się w skomplikowane kwestie polityczno-wojenne i szczegóły wszystkich ówczesnych układów, ale poznajemy tamte czasy z perspektywy królowej matki, kobiety, dla której rodzina była najważniejsza. Oczywiście są to głównie domysły i wyobrażenia autorki, ale w miarę możliwości oparte na faktach, spisanych przez ówczesnych kronikarzy, na kilku odnalezionych listach i współczesnych odkryciach wspomaganych zaawansowaną techniką.

Być może słyszeliście, że Elżbieta Rakuszanka była jedną z najbrzydszych królowych w dziejach? Całkiem niedawno potwierdzono częściowo legendy na ten temat, dzięki odkryciu zamurowanej krypty, w której odnaleziono kości Elżbiety. Oprócz wady zgryzu miała poważne zniekształcenie kręgosłupa, najprawdopodobniej na skutek przebytej w dzieciństwie gruźlicy kości. Powyginany kręgosłup tworzył na plecach garb, sylwetka była zgięta w jedną stronę, głowa stale pochylona na bok, co spowodowało także zniekształcenie twarzy. Kazimierz Jagiellończyk po ujrzeniu narzeczonej wahał się podobno przez trzy dni, zanim oficjalnie się z nią spotkał i ostatecznie zdecydował na małżeństwo. Przekonało go prawdopodobnie (oprócz, ma się rozumieć, korzyści ze skoligacenia z domem Habsburgów) jej dobre serce, dowcip i mądrość. W każdym razie - oboje stworzyli długoletni, wspaniały, udany związek, którego owocem było trzynaścioro dzieci. Spośród ich potomków czterech synów zostało królami, jeden kardynałem, a jeden nawet został beatyfikowany, a dzięki mariażom córek - we wszystkich współczesnych królewskich rodach Europy do dzisiaj płynie jagiellońska krew. Elżbieta jednak nie miała łatwego życia... jej własne traumy z dzieciństwa, a później - choroby oraz różne niepowodzenia i przedwczesne zgony jej dzieci i męża - to ogromna cena za budowanie potęgi domu Jagiellonów. 

Książka lekko napisana, świetnie się czyta, polecam - nawet czytelnikom nie zainteresowanym historią. 

*****

Teraz pora na nieco cięższy gatunek, książki wielowarstwowe, złożone, z podtekstami i aluzjami, do przemyślenia i rozważania:  Johann Wolfgang Goethe "Faust" i Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata".



Jeśli nie czyta się książek w oryginałach, to jest się zdanym na pośrednika, jakim jest tłumacz. A niektórzy tłumacze mają czasem niestety skłonność do "poprawiania" autorów. A to coś dodadzą, a to przemilczą, a to po swojemu zinterpretują... 

Od czasu do czasu sięgam po klasykę kiedyś już przeczytaną, żeby sprawdzić jak to dzisiaj odbiorę. Zdarza się, że książki, które mnie przed laty okropnie nudziły, teraz wydają mi się szalenie interesujące, a z kolei te, którymi niegdyś się zachwycałam, dzisiaj czytam z politowaniem nad własną niegdysiejszą ekscytacją banalną treścią. No i tak mnie właśnie naszło na "Fausta" Goethego, żeby sobie przypomnieć, porównać wrażenia. Czytać - kiedyś dawno temu owszem czytałam, ale żeby mi się to spodobało, to jako żywo nie pamiętam. Nie przepadam za dramatami, za opowieścią rozpisaną na dialogi, przegadaną, bez tych wszystkich przysłowiowych opisów przyrody, które ja akurat bardzo lubię, bez wnikliwej charakterystyki postaci itd, w dodatku jeszcze wierszowanych (o zgrozo!)... 

Słabo też pamiętałam "Mistrza i Małgorzatę", to znaczy pamiętałam, że nie mogłam przez tę książkę przebrnąć, jakoś ciężko było. Było to wiele lat temu... może więc nadszedł czas, żeby zrewidować swój pogląd na te słynne i ponadczasowe pozycje...? 

Obie książki mam w ładnym wydaniu "Świata Książki" z początku tysiąclecia - to była taka seria literatury światowej w jakimś abonamencie, jeśli dobrze pamiętam, w porządnych, eleganckich okładkach: ciemnogranatowe płótno ze złotymi tłoczeniami i twardą przezroczystą obwolutą. Wiele moich książek kupowanych w kryzysowych latach 80tych było już wówczas w stanie mocno kiepskim, postanowiłam więc w ramach tych zakupów wymienić część księgozbioru. Nie zwróciłam wtedy uwagi na to, że niektóre pozycje z tej serii były w innych tłumaczeniach, niż te, które miałam wcześniej. 

Uświadomiłam to sobie dopiero teraz, kiedy po niemal 20 latach sięgnęłam po tego nowego "Fausta" i "MM". Jakbym zupełnie inne książki czytała! W niedawnej dyskusji na zaprzyjaźnionym blogu wywiązał się temat rozmaitych wersji i przekładów "Mistrza i Małgorzaty"... Obiecałam więc, że napiszę, co myślę o tej wersji, którą posiadam. Nie będę streszczać fabuły, bo chyba wszyscy wiedzą o jakich dziełach mowa - chcę się odnieść raczej do efektów pracy tłumaczy.

Ale zacznijmy od "Fausta", on był bowiem jedną z licznych inspiracji Bułhakowa przy pisaniu "Mistrza i Małgorzaty". Mój egzemplarz to przekład Adama Pomorskiego, który napisał także wyjaśniające wiele spraw posłowie.

Pomorski wskazuje przede wszystkim powody, dla których "Faust" nie znalazł szczególnego uznania wśród polskich czytelników, jako dzieło trudne w odbiorze, nie w pełni zrozumiałe. Charakter gatunkowy utworu sam przez się nastręcza trudności w odczytaniu przekazu, kolejną przeszkodą jest rozdźwięk między naszą polską tradycją literacką a rozwojem wielkich kultur Europy. No i wreszcie - jakość przekładów. Oczywiście wywód pana Pomorskiego wskazuje na wyższość jego przekładu nad wcześniejszymi, ale nie jest to czysty egocentryzm bez pokrycia - ja mu przyznaję rację. Problem z tłumaczeniem tego typu literatury polega bowiem nie tylko na dosłownym przełożeniu zdań z jednego języka na drugi, bo z tym poradzi sobie ktokolwiek znający dobrze język niemiecki. Najtrudniejszym zadaniem jest przekazanie klimatu wymyślonego przez autora, w tym wypadku groteski, a równolegle - umiejętność otwarcia przed czytelnikiem rozbudowanej, ale też obcej nam warstwy kulturowej, z podtekstami, z odniesieniami (aluzjami i skojarzeniami) do filozofii i wielowymiarowej historii narodowej (niemieckiej, oczywiście). I to już jest sprawą o tyle karkołomną, że wymaga  odpowiedniego przygotowania po stronie tłumacza, ale także - odbiorcy. W tym wydaniu pomocne jest właśnie posłowie tłumacza i jeśli sięgniecie po ten przekład, to polecam rozpoczęcie lektury od końca, czyli od posłowia. Ja tak zresztą robię zazwyczaj :). 

Ale niezależnie od zrozumienia (lub nie) wszystkich nawiązań do mało nam znanych elementów kultury niemieckiej, ten przekład świetnie się czyta z czysto literackich powodów. Może nawet warto porzucić próby rozwikłania sensu każdej sceny, zdystansować się od uniwersalnego przekazu, a zwyczajnie poczuć magię i groteskę, wymieszane w fantastyczny sposób. W niektórych miejscach jest wręcz zabawnie :). Przy takim podejściu lektura tego ponadczasowego dzieła przestaje być drogą przez mękę. Panu Pomorskiemu trzeba przyznać, że ma lekkie pióro, i świetny przekład łączy z talentem pisarskim, snując wspaniałą, wciągającą, nieco baśniową opowieść, której sensem jest nie tylko fabuła, ale w równym stopniu (a może nawet bardziej) zabawa słowem i formą, z aluzjami do ówczesnej rzeczywistości.

Przeczytałam, tym razem z przyjemnością, więc - jeśli chcecie sięgnąć po tę pozycję, to rekomenduję wersję w tym konkretnym przekładzie.

W następstwie "Fausta" oczywiste wydało mi się przypomnienie sobie "Mistrza i Małgorzaty" Michaiła Bułhakowa (mój egzemplarz w tłumaczeniu Andrzeja Drawicza, z posłowiem Jana Gondowicza). No i kolejne przyjemne zaskoczenie! Albo na starość inaczej się pewne rzeczy czyta i przyswaja (no ba! nawet na pewno!), albo rzeczywiście sposób tłumaczenia ma kolosalne znaczenie (i to też - całkiem na pewno!). Czytając M&M w czasach licealnych - nie do końca chyba wszystko z tej książki zrozumiałam, więc fabuła mnie też nie wciągnęła. Wynikało to niewątpliwie po części z braku doświadczenia i znajomości realiów, do których Bułhakow mniej lub bardziej oczywistymi aluzjami nawiązywał, po części zaś - co pojęłam znacznie później - z kiepskiej jakości przekładu. Pomijając nawet fakt wycięcia przez cenzurę rozdziału o śnie Nikanora Iwanowicza, mam wrażenie, że autorzy tego pierwszego tłumaczenia nie byli chyba mistrzami pióra. Urodą słowa i finezją języka książka więc też mnie wówczas nie porwała.

Nie podejmuję się przeprowadzania analizy porównawczej rozmaitych wersji tłumaczenia, bom nie wszystkie czytała. A nawet ta pierwsza wersja już mi się trochę w pamięci zatarła i szczerze mówiąc nie ma ochoty do niej wracać. Z tego co wyczytałam w różnych źródłach, przekład Drawicza opiera się na wersji niemieckiej, tzn. na niemieckim przekładzie, w którym po raz pierwszy uwzględniony został fragment usunięty pierwotnie przez cenzurę. Wynika z tego, że mamy tu egzemplarz w miarę wierny pierwowzorowi, opracowanemu przez żonę Bułhakowa, na podstawie niedokończonego rękopisu, z uwzględnieniem znanych jej pomysłów autora co do kształtu ostatecznego. Nie jest moim zamiarem obrona tej akurat wersji przekładu, ale mam wrażenie, że tłumacz przynajmniej starał się przekazać czytelnikowi polskiemu możliwie jak najwierniejszą wersję dzieła Bułhakowa. Czego z pewnością nie można powiedzieć o kuriozalnym pomyśle rodziny Przebindów, którzy to państwo postanowili zabłysnąć blaskiem odbitym od sławy znakomitego pisarza i "poprawili" wersję i zamysł twórcy, w swojej wersji tłumaczenia dodając fragmenty, które autor sam z książki usunął. Moim zdaniem takie postępki powinny być karalne. Jeśli malarz zamaluje jakiś fragment swojego obrazu, to nie należy go poprawiać, domalowując z powrotem ten element, czy zeskrobując zewnętrzną, ostateczną w zamyśle twórcy, warstwę, albo domalowywać coś, co było tylko wstępnym szkicem. W głowie mi się nie mieści takie włażenie z buciorami w czyjeś dzieło!

A że w książce, jaką pozostawił Bułhakow, jakieś fragmenty są niejasne, bo pisarz usunął jakiś kawałek i nie zdążył napisać go na nowo...? No cóż, można w związku z tym umrzeć z rozpaczy, nie posiadłszy wiedzy tajemnej w temacie co autor miał na myśli, albo przejść nad tym do porządku dziennego, bo czy doprawdy wszystko na tym świecie musimy tak szczegółowo poznać i zrozumieć? Kiedy czasem dołączam do męża oglądającego film w tv w trakcie projekcji - on próbuje mi objaśnić o co chodzi, a ja mówię: daj spokój, przecież się domyślę, a nawet jak nie do końca, to też nic się nie stanie. Jak w życiu: nie zawsze znamy wszystkie okoliczności zdarzeń, które obserwujemy, ale w 99 przypadkach na 100 da się bez tego żyć. No wiecie - to tak jakby autor napisał, że bohater po obiedzie wyszedł z domu... akcja toczy się dalej, a my, zamiast podążać myślą za dalszymi losami bohatera, drążymy - co też on na ten obiad zjadł? 

Wracając jednak do lektury "Mistrza i Małgorzaty" w przekładzie Andrzeja Drawicza...  Samo dzieło Bułhakowa jest niezwykłe - za sprawą choćby skomplikowanej konstrukcji, w której przedziwnie przenikają się struktury trzech głównych wątków, przeplatają motywy historyczno-biblijne i proza życia radzieckiego społeczeństwa w Moskwie lat 30tych XX wieku, okraszone pojawieniem się szatana i jego świty... Wykorzystane zostały przy tym rozmaite techniki literackie, zaczerpnięte zarówno z baśni i przypowieści biblijnych, jak i satyry, groteski, czy wreszcie powieści kryminalnych. Nic nie jest oczywiste, wszystko jest możliwe... To jest właśnie szczególny urok tej książki, której nie da się odczytać dosłownie - próba wyjaśniania czegokolwiek przez tłumacza nie jest dobrym pomysłem. Drawicz na szczęście nie uległ pokusie, przetłumaczył książkę, starając się oddać wiernie wizję autora. 

Przy odczytywaniu zawoalowanych znaczeń przyda się oczywiście znajomość ówczesnych realiów życia w Związku Radzieckim - z pomocą przychodzi tutaj także obszerne posłowie pana Gondowicza. Przyznam, że o niektórych wydarzeniach dowiedziałam się właśnie z tego tekstu. Wyjaśniły one źródło niektórych pomysłów Bułhakowa, pozornie absurdalnych, a okazuje się, że zaczerpniętych wprost z życia. My mamy Bareję, Rosjanie - Bułhakowa :). Nawet jeśli nie wszystkie symbole i aluzje zostaną zrozumiane, warto przeczytać - każdy znajdzie i odczyta w tej książce coś innego.

*****

Kolejna książka, którą chcę Wam zaprezentować, to jedna z moich ulubionych powieści - dwutomowa norweska saga "A lasy wiecznie śpiewają" i "Dziedzictwo na Bjorndal". Należy do tych książek, do których wracam i za każdym razem odczytuję je nieco inaczej, odkrywam nowe przekazy, drugie i trzecie dna, zwracam uwagę na wątki czy momenty, które poprzednim razem umknęły mojej uwadze, albo nie uznałam ich za istotne.



Z noty wydawniczej: "Kultowa powieść skandynawska, która na długo zostaje w sercu! Przetłumaczona na trzydzieści języków, sfilmowana, sprzedana w ponad dwunastu milionach egzemplarzy." Z pewnością nie jest to powieść dla czytelników preferujących książki szybkie, łatwe i przyjemne. To prawdziwa norweska saga, wolno snująca się, nie pozbawiona jednak mocnych akcentów i głębokich uczuć, wielowątkowa historia kilku pokoleń - dwóch rodów, żyjących wśród dzikiej, surowej, północnej przyrody. W tej książce trzeba się zanurzyć, żeby ją poczuć.

Co mnie w tej powieści ujęło? Niesamowite opisy przyrody i doskonale nakreślone charakterystyki, a zwłaszcza portrety psychologiczne postaci. W miarę rozwoju fabuły poznajemy kolejnych bohaterów tak dokładnie, że niemal czujemy ich emocje, "słyszymy" ich myśli, znamy uczucia, rozterki i zamierzenia. Coraz mniej jest takich książek, gdzie występujące postaci są opisywane tak szczegółowo, że czytelnik nie musi się domyślać wszystkiego tylko po ich czynach i dialogach. To szczególna powieść, w której - czytając uważnie, bez pośpiechu - można się zatracić tak mocno, że świat realny przestaje istnieć, słyszy się śpiew wiatru, czuje zapach lasu... W tej opowieści jest wszystko, co towarzyszy człowiekowi - jego marzenia, lęki i obawy, żądza bogactwa i władzy, ciężka ustawiczna praca i próżniactwo, współczucie i pogarda, miłość i zawiść, czułość i obojętność, odpowiedzialność i zdrada, życie i śmierć, odwaga i tchórzostwo, walka z własnymi słabościami, emocjami...

Wracałam do tej powieści wielokrotnie. Ona pomaga poukładać sobie od nowa w głowie mnóstwo rzeczy, przywraca wiarę w ludzi, którzy mają honor i utrwalony tradycją kodeks moralny, są odpowiedzialni, cierpliwi, pracowici. Zdarza im się upaść, ale potrafią znaleźć siłę, żeby się podnieść, czasem przyznać do błędu, i pracować dalej, żyć mimo wszystko, budować nowe i odbudowywać zburzone. Jednocześnie jest to przepiękna opowieść o symbiozie człowieka z przyrodą, o szacunku dla niej, ale też o walce z nią. Niezwykle klimatyczna, wyjątkowej urody książka, napisana niezwykłym stylem i cudownym językiem. Doskonała na długie jesienne wieczory, albo na urlopowe leniuchowanie :).


*****

Skoro dzisiaj o książkach, to chciałam jeszcze na koniec nawiązać do poprzedniego książkowego wpisu (tutaj). Wspomniałam tam o biografii Józefa Czapskiego "Prawie nic" pióra Erica Karpelesa. Przyznałam się wówczas, że pewne spore fragmenty historyczno-wojenne przeskoczyłam po łebkach, bo to nie moja bajka, a o martyrologii w ogóle staram się nie czytać, naczytałam się w czasach szkolnych (i nie tylko w ramach lektur). Interesowały mnie losy Czapskiego-malarza, a nie - żołnierza. Niedawno wróciłam jednak do tej książki i przeczytałam bardziej wnikliwie te pominięte wcześniej fragmenty. I muszę zdjąć kapelusz przed autorem (Kanadyjczykiem!), który otworzył mi oczy i wyjaśnił kilka kwestii związanych z historią naszego kraju i narodu, o których jakoś wyjątkowo mętnie uczono mnie w szkole. Karpeles pisze bez mącenia poprawnymi politycznie interpretacjami, bez pomijania niewygodnych faktów, bez wybielania jednego i oczerniania drugiego. Chyba po raz pierwszy przeczytałam choćby tak jasny i obiektywny opis paktu Ribbentrop-Mołotow, o którym za moich szkolnych lat wzmiankowano tylko, że takowy był, bez wdawania się w szczegóły. Sposób, w jaki uczono mnie historii najnowszej, mącił wszystko tak beznadziejnie, że czasem trudno było znaleźć sens niektórych wydarzeń. Być może to było powodem mojej niechęci do przedmiotu... W książce o Czapskim okres międzywojenny i czas drugiej wojny światowej przedstawiony jest z pozycji obserwatora nie zaangażowanego jakoś szczególnie emocjonalnie, obiektywnego, bez tych wszystkich ideologicznych naleciałości, jakimi skażony bywa często polski komentator. Choćby tylko z tego powodu warto po tę książkę sięgnąć.

*****

Na okrasę tego książkowego wpisu mała ciekawostka - mój sagowiec, zwany także cykasem, który wypuścił za jednym zamachem aż dziesięć (!) nowych liści, co jest ewenementem u tego gatunku.


Jednocześnie starsze liście rozłożyły się bardziej na boki, w związku z czym trzeba będzie znaleźć dla niego odpowiedniejsze miejsce.



Cykasy rosną powolutku i w warunkach domowych wypuszczają jeden lub co najwyżej dwa liście rocznie. Nasz egzemplarz jest u nas na pewno ponad 10 lat, nie pamiętam dokładnie, i rzeczywiście do tej pory bardzo powoli przyrastał, nie wypuszczając rocznie więcej jak dwa nowe liście. A tu taka nagła liściowa obfitość! Co prawda wcześniej nieco przysechł podczas naszego urlopu, a wcześniej jeszcze lekko się przypiekł, wyniesiony beztrosko przez mojego męża na słoneczny taras, więc być może to właśnie pobudziło go do odrodzenia (spodziewam się, że te pożółkłe liście wkrótce całkiem zaschną). Zimę spędzają nasze doniczkowce w większości w ogrodzie zimowym, w którym temperatura jest naprawdę niska, bo nie ma tam stałego ogrzewania, jednocześnie jest dużo światła - mogą więc porządnie odpocząć i to im chyba bardzo odpowiada. Podobnie jest z aloesem - zaczął kwitnąć dopiero jak zapomnieliśmy o nim w ogrodzie (pokażę następnym razem, jak kwiat się bardziej rozwinie). Tak zwane cieplarniane warunki domowe jak widać niektórym roślinom wcale nie służą :). 

*****