niedziela, 27 czerwca 2021

I znowu o książkach...

Nie planuję przebranżowienia bloga na książkowy, ale kiedyś komuś obiecałam, że podzielę się wrażeniami z lektury "Mistrza i Małgorzaty" w przekładzie Andrzeja Drawicza... Bułhakow przeczytany, zatem kobyłka u płota, a przy okazji zaprezentuję Wam jeszcze kilka książek, które mnie ostatnio zajmowały. 

W poprzednim książkowym wpisie (tutaj) pokazywałam sporo pozycji biograficznych - i na tej biograficznej fali załapała się jeszcze do czytania (ściągnięta z mężowskiego stoliczka czytelniczego) "Matka Jagiellonów" Doroty Pająk-Pudy. Historia to konik mojego męża, ale ja nie przepadam za tą tematyką. Zwłaszcza szczegółowe opisy działań wojennych i politycznych knowań trochę mnie nużą. Jednak tutaj mamy do czynienia z biograficzną beletrystyką, czyli książką lekką, łatwą i przyjemną :). 




"Matka Jagiellonów" to książka pisana w pierwszej osobie, jakby pamiętnik Elżbiety Habsburg, w Polsce nazywanej Rakuszanką (czyli Węgierką), żony Kazimierza Jagiellończyka. Ciekawy zabieg, dzięki któremu nie zagłębiamy się w skomplikowane kwestie polityczno-wojenne i szczegóły wszystkich ówczesnych układów, ale poznajemy tamte czasy z perspektywy królowej matki, kobiety, dla której rodzina była najważniejsza. Oczywiście są to głównie domysły i wyobrażenia autorki, ale w miarę możliwości oparte na faktach, spisanych przez ówczesnych kronikarzy, na kilku odnalezionych listach i współczesnych odkryciach wspomaganych zaawansowaną techniką.

Być może słyszeliście, że Elżbieta Rakuszanka była jedną z najbrzydszych królowych w dziejach? Całkiem niedawno potwierdzono częściowo legendy na ten temat, dzięki odkryciu zamurowanej krypty, w której odnaleziono kości Elżbiety. Oprócz wady zgryzu miała poważne zniekształcenie kręgosłupa, najprawdopodobniej na skutek przebytej w dzieciństwie gruźlicy kości. Powyginany kręgosłup tworzył na plecach garb, sylwetka była zgięta w jedną stronę, głowa stale pochylona na bok, co spowodowało także zniekształcenie twarzy. Kazimierz Jagiellończyk po ujrzeniu narzeczonej wahał się podobno przez trzy dni, zanim oficjalnie się z nią spotkał i ostatecznie zdecydował na małżeństwo. Przekonało go prawdopodobnie (oprócz, ma się rozumieć, korzyści ze skoligacenia z domem Habsburgów) jej dobre serce, dowcip i mądrość. W każdym razie - oboje stworzyli długoletni, wspaniały, udany związek, którego owocem było trzynaścioro dzieci. Spośród ich potomków czterech synów zostało królami, jeden kardynałem, a jeden nawet został beatyfikowany, a dzięki mariażom córek - we wszystkich współczesnych królewskich rodach Europy do dzisiaj płynie jagiellońska krew. Elżbieta jednak nie miała łatwego życia... jej własne traumy z dzieciństwa, a później - choroby oraz różne niepowodzenia i przedwczesne zgony jej dzieci i męża - to ogromna cena za budowanie potęgi domu Jagiellonów. 

Książka lekko napisana, świetnie się czyta, polecam - nawet czytelnikom nie zainteresowanym historią. 

*****

Teraz pora na nieco cięższy gatunek, książki wielowarstwowe, złożone, z podtekstami i aluzjami, do przemyślenia i rozważania:  Johann Wolfgang Goethe "Faust" i Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata".



Jeśli nie czyta się książek w oryginałach, to jest się zdanym na pośrednika, jakim jest tłumacz. A niektórzy tłumacze mają czasem niestety skłonność do "poprawiania" autorów. A to coś dodadzą, a to przemilczą, a to po swojemu zinterpretują... 

Od czasu do czasu sięgam po klasykę kiedyś już przeczytaną, żeby sprawdzić jak to dzisiaj odbiorę. Zdarza się, że książki, które mnie przed laty okropnie nudziły, teraz wydają mi się szalenie interesujące, a z kolei te, którymi niegdyś się zachwycałam, dzisiaj czytam z politowaniem nad własną niegdysiejszą ekscytacją banalną treścią. No i tak mnie właśnie naszło na "Fausta" Goethego, żeby sobie przypomnieć, porównać wrażenia. Czytać - kiedyś dawno temu owszem czytałam, ale żeby mi się to spodobało, to jako żywo nie pamiętam. Nie przepadam za dramatami, za opowieścią rozpisaną na dialogi, przegadaną, bez tych wszystkich przysłowiowych opisów przyrody, które ja akurat bardzo lubię, bez wnikliwej charakterystyki postaci itd, w dodatku jeszcze wierszowanych (o zgrozo!)... 

Słabo też pamiętałam "Mistrza i Małgorzatę", to znaczy pamiętałam, że nie mogłam przez tę książkę przebrnąć, jakoś ciężko było. Było to wiele lat temu... może więc nadszedł czas, żeby zrewidować swój pogląd na te słynne i ponadczasowe pozycje...? 

Obie książki mam w ładnym wydaniu "Świata Książki" z początku tysiąclecia - to była taka seria literatury światowej w jakimś abonamencie, jeśli dobrze pamiętam, w porządnych, eleganckich okładkach: ciemnogranatowe płótno ze złotymi tłoczeniami i twardą przezroczystą obwolutą. Wiele moich książek kupowanych w kryzysowych latach 80tych było już wówczas w stanie mocno kiepskim, postanowiłam więc w ramach tych zakupów wymienić część księgozbioru. Nie zwróciłam wtedy uwagi na to, że niektóre pozycje z tej serii były w innych tłumaczeniach, niż te, które miałam wcześniej. 

Uświadomiłam to sobie dopiero teraz, kiedy po niemal 20 latach sięgnęłam po tego nowego "Fausta" i "MM". Jakbym zupełnie inne książki czytała! W niedawnej dyskusji na zaprzyjaźnionym blogu wywiązał się temat rozmaitych wersji i przekładów "Mistrza i Małgorzaty"... Obiecałam więc, że napiszę, co myślę o tej wersji, którą posiadam. Nie będę streszczać fabuły, bo chyba wszyscy wiedzą o jakich dziełach mowa - chcę się odnieść raczej do efektów pracy tłumaczy.

Ale zacznijmy od "Fausta", on był bowiem jedną z licznych inspiracji Bułhakowa przy pisaniu "Mistrza i Małgorzaty". Mój egzemplarz to przekład Adama Pomorskiego, który napisał także wyjaśniające wiele spraw posłowie.

Pomorski wskazuje przede wszystkim powody, dla których "Faust" nie znalazł szczególnego uznania wśród polskich czytelników, jako dzieło trudne w odbiorze, nie w pełni zrozumiałe. Charakter gatunkowy utworu sam przez się nastręcza trudności w odczytaniu przekazu, kolejną przeszkodą jest rozdźwięk między naszą polską tradycją literacką a rozwojem wielkich kultur Europy. No i wreszcie - jakość przekładów. Oczywiście wywód pana Pomorskiego wskazuje na wyższość jego przekładu nad wcześniejszymi, ale nie jest to czysty egocentryzm bez pokrycia - ja mu przyznaję rację. Problem z tłumaczeniem tego typu literatury polega bowiem nie tylko na dosłownym przełożeniu zdań z jednego języka na drugi, bo z tym poradzi sobie ktokolwiek znający dobrze język niemiecki. Najtrudniejszym zadaniem jest przekazanie klimatu wymyślonego przez autora, w tym wypadku groteski, a równolegle - umiejętność otwarcia przed czytelnikiem rozbudowanej, ale też obcej nam warstwy kulturowej, z podtekstami, z odniesieniami (aluzjami i skojarzeniami) do filozofii i wielowymiarowej historii narodowej (niemieckiej, oczywiście). I to już jest sprawą o tyle karkołomną, że wymaga  odpowiedniego przygotowania po stronie tłumacza, ale także - odbiorcy. W tym wydaniu pomocne jest właśnie posłowie tłumacza i jeśli sięgniecie po ten przekład, to polecam rozpoczęcie lektury od końca, czyli od posłowia. Ja tak zresztą robię zazwyczaj :). 

Ale niezależnie od zrozumienia (lub nie) wszystkich nawiązań do mało nam znanych elementów kultury niemieckiej, ten przekład świetnie się czyta z czysto literackich powodów. Może nawet warto porzucić próby rozwikłania sensu każdej sceny, zdystansować się od uniwersalnego przekazu, a zwyczajnie poczuć magię i groteskę, wymieszane w fantastyczny sposób. W niektórych miejscach jest wręcz zabawnie :). Przy takim podejściu lektura tego ponadczasowego dzieła przestaje być drogą przez mękę. Panu Pomorskiemu trzeba przyznać, że ma lekkie pióro, i świetny przekład łączy z talentem pisarskim, snując wspaniałą, wciągającą, nieco baśniową opowieść, której sensem jest nie tylko fabuła, ale w równym stopniu (a może nawet bardziej) zabawa słowem i formą, z aluzjami do ówczesnej rzeczywistości.

Przeczytałam, tym razem z przyjemnością, więc - jeśli chcecie sięgnąć po tę pozycję, to rekomenduję wersję w tym konkretnym przekładzie.

W następstwie "Fausta" oczywiste wydało mi się przypomnienie sobie "Mistrza i Małgorzaty" Michaiła Bułhakowa (mój egzemplarz w tłumaczeniu Andrzeja Drawicza, z posłowiem Jana Gondowicza). No i kolejne przyjemne zaskoczenie! Albo na starość inaczej się pewne rzeczy czyta i przyswaja (no ba! nawet na pewno!), albo rzeczywiście sposób tłumaczenia ma kolosalne znaczenie (i to też - całkiem na pewno!). Czytając M&M w czasach licealnych - nie do końca chyba wszystko z tej książki zrozumiałam, więc fabuła mnie też nie wciągnęła. Wynikało to niewątpliwie po części z braku doświadczenia i znajomości realiów, do których Bułhakow mniej lub bardziej oczywistymi aluzjami nawiązywał, po części zaś - co pojęłam znacznie później - z kiepskiej jakości przekładu. Pomijając nawet fakt wycięcia przez cenzurę rozdziału o śnie Nikanora Iwanowicza, mam wrażenie, że autorzy tego pierwszego tłumaczenia nie byli chyba mistrzami pióra. Urodą słowa i finezją języka książka więc też mnie wówczas nie porwała.

Nie podejmuję się przeprowadzania analizy porównawczej rozmaitych wersji tłumaczenia, bom nie wszystkie czytała. A nawet ta pierwsza wersja już mi się trochę w pamięci zatarła i szczerze mówiąc nie ma ochoty do niej wracać. Z tego co wyczytałam w różnych źródłach, przekład Drawicza opiera się na wersji niemieckiej, tzn. na niemieckim przekładzie, w którym po raz pierwszy uwzględniony został fragment usunięty pierwotnie przez cenzurę. Wynika z tego, że mamy tu egzemplarz w miarę wierny pierwowzorowi, opracowanemu przez żonę Bułhakowa, na podstawie niedokończonego rękopisu, z uwzględnieniem znanych jej pomysłów autora co do kształtu ostatecznego. Nie jest moim zamiarem obrona tej akurat wersji przekładu, ale mam wrażenie, że tłumacz przynajmniej starał się przekazać czytelnikowi polskiemu możliwie jak najwierniejszą wersję dzieła Bułhakowa. Czego z pewnością nie można powiedzieć o kuriozalnym pomyśle rodziny Przebindów, którzy to państwo postanowili zabłysnąć blaskiem odbitym od sławy znakomitego pisarza i "poprawili" wersję i zamysł twórcy, w swojej wersji tłumaczenia dodając fragmenty, które autor sam z książki usunął. Moim zdaniem takie postępki powinny być karalne. Jeśli malarz zamaluje jakiś fragment swojego obrazu, to nie należy go poprawiać, domalowując z powrotem ten element, czy zeskrobując zewnętrzną, ostateczną w zamyśle twórcy, warstwę, albo domalowywać coś, co było tylko wstępnym szkicem. W głowie mi się nie mieści takie włażenie z buciorami w czyjeś dzieło!

A że w książce, jaką pozostawił Bułhakow, jakieś fragmenty są niejasne, bo pisarz usunął jakiś kawałek i nie zdążył napisać go na nowo...? No cóż, można w związku z tym umrzeć z rozpaczy, nie posiadłszy wiedzy tajemnej w temacie co autor miał na myśli, albo przejść nad tym do porządku dziennego, bo czy doprawdy wszystko na tym świecie musimy tak szczegółowo poznać i zrozumieć? Kiedy czasem dołączam do męża oglądającego film w tv w trakcie projekcji - on próbuje mi objaśnić o co chodzi, a ja mówię: daj spokój, przecież się domyślę, a nawet jak nie do końca, to też nic się nie stanie. Jak w życiu: nie zawsze znamy wszystkie okoliczności zdarzeń, które obserwujemy, ale w 99 przypadkach na 100 da się bez tego żyć. No wiecie - to tak jakby autor napisał, że bohater po obiedzie wyszedł z domu... akcja toczy się dalej, a my, zamiast podążać myślą za dalszymi losami bohatera, drążymy - co też on na ten obiad zjadł? 

Wracając jednak do lektury "Mistrza i Małgorzaty" w przekładzie Andrzeja Drawicza...  Samo dzieło Bułhakowa jest niezwykłe - za sprawą choćby skomplikowanej konstrukcji, w której przedziwnie przenikają się struktury trzech głównych wątków, przeplatają motywy historyczno-biblijne i proza życia radzieckiego społeczeństwa w Moskwie lat 30tych XX wieku, okraszone pojawieniem się szatana i jego świty... Wykorzystane zostały przy tym rozmaite techniki literackie, zaczerpnięte zarówno z baśni i przypowieści biblijnych, jak i satyry, groteski, czy wreszcie powieści kryminalnych. Nic nie jest oczywiste, wszystko jest możliwe... To jest właśnie szczególny urok tej książki, której nie da się odczytać dosłownie - próba wyjaśniania czegokolwiek przez tłumacza nie jest dobrym pomysłem. Drawicz na szczęście nie uległ pokusie, przetłumaczył książkę, starając się oddać wiernie wizję autora. 

Przy odczytywaniu zawoalowanych znaczeń przyda się oczywiście znajomość ówczesnych realiów życia w Związku Radzieckim - z pomocą przychodzi tutaj także obszerne posłowie pana Gondowicza. Przyznam, że o niektórych wydarzeniach dowiedziałam się właśnie z tego tekstu. Wyjaśniły one źródło niektórych pomysłów Bułhakowa, pozornie absurdalnych, a okazuje się, że zaczerpniętych wprost z życia. My mamy Bareję, Rosjanie - Bułhakowa :). Nawet jeśli nie wszystkie symbole i aluzje zostaną zrozumiane, warto przeczytać - każdy znajdzie i odczyta w tej książce coś innego.

*****

Kolejna książka, którą chcę Wam zaprezentować, to jedna z moich ulubionych powieści - dwutomowa norweska saga "A lasy wiecznie śpiewają" i "Dziedzictwo na Bjorndal". Należy do tych książek, do których wracam i za każdym razem odczytuję je nieco inaczej, odkrywam nowe przekazy, drugie i trzecie dna, zwracam uwagę na wątki czy momenty, które poprzednim razem umknęły mojej uwadze, albo nie uznałam ich za istotne.



Z noty wydawniczej: "Kultowa powieść skandynawska, która na długo zostaje w sercu! Przetłumaczona na trzydzieści języków, sfilmowana, sprzedana w ponad dwunastu milionach egzemplarzy." Z pewnością nie jest to powieść dla czytelników preferujących książki szybkie, łatwe i przyjemne. To prawdziwa norweska saga, wolno snująca się, nie pozbawiona jednak mocnych akcentów i głębokich uczuć, wielowątkowa historia kilku pokoleń - dwóch rodów, żyjących wśród dzikiej, surowej, północnej przyrody. W tej książce trzeba się zanurzyć, żeby ją poczuć.

Co mnie w tej powieści ujęło? Niesamowite opisy przyrody i doskonale nakreślone charakterystyki, a zwłaszcza portrety psychologiczne postaci. W miarę rozwoju fabuły poznajemy kolejnych bohaterów tak dokładnie, że niemal czujemy ich emocje, "słyszymy" ich myśli, znamy uczucia, rozterki i zamierzenia. Coraz mniej jest takich książek, gdzie występujące postaci są opisywane tak szczegółowo, że czytelnik nie musi się domyślać wszystkiego tylko po ich czynach i dialogach. To szczególna powieść, w której - czytając uważnie, bez pośpiechu - można się zatracić tak mocno, że świat realny przestaje istnieć, słyszy się śpiew wiatru, czuje zapach lasu... W tej opowieści jest wszystko, co towarzyszy człowiekowi - jego marzenia, lęki i obawy, żądza bogactwa i władzy, ciężka ustawiczna praca i próżniactwo, współczucie i pogarda, miłość i zawiść, czułość i obojętność, odpowiedzialność i zdrada, życie i śmierć, odwaga i tchórzostwo, walka z własnymi słabościami, emocjami...

Wracałam do tej powieści wielokrotnie. Ona pomaga poukładać sobie od nowa w głowie mnóstwo rzeczy, przywraca wiarę w ludzi, którzy mają honor i utrwalony tradycją kodeks moralny, są odpowiedzialni, cierpliwi, pracowici. Zdarza im się upaść, ale potrafią znaleźć siłę, żeby się podnieść, czasem przyznać do błędu, i pracować dalej, żyć mimo wszystko, budować nowe i odbudowywać zburzone. Jednocześnie jest to przepiękna opowieść o symbiozie człowieka z przyrodą, o szacunku dla niej, ale też o walce z nią. Niezwykle klimatyczna, wyjątkowej urody książka, napisana niezwykłym stylem i cudownym językiem. Doskonała na długie jesienne wieczory, albo na urlopowe leniuchowanie :).


*****

Skoro dzisiaj o książkach, to chciałam jeszcze na koniec nawiązać do poprzedniego książkowego wpisu (tutaj). Wspomniałam tam o biografii Józefa Czapskiego "Prawie nic" pióra Erica Karpelesa. Przyznałam się wówczas, że pewne spore fragmenty historyczno-wojenne przeskoczyłam po łebkach, bo to nie moja bajka, a o martyrologii w ogóle staram się nie czytać, naczytałam się w czasach szkolnych (i nie tylko w ramach lektur). Interesowały mnie losy Czapskiego-malarza, a nie - żołnierza. Niedawno wróciłam jednak do tej książki i przeczytałam bardziej wnikliwie te pominięte wcześniej fragmenty. I muszę zdjąć kapelusz przed autorem (Kanadyjczykiem!), który otworzył mi oczy i wyjaśnił kilka kwestii związanych z historią naszego kraju i narodu, o których jakoś wyjątkowo mętnie uczono mnie w szkole. Karpeles pisze bez mącenia poprawnymi politycznie interpretacjami, bez pomijania niewygodnych faktów, bez wybielania jednego i oczerniania drugiego. Chyba po raz pierwszy przeczytałam choćby tak jasny i obiektywny opis paktu Ribbentrop-Mołotow, o którym za moich szkolnych lat wzmiankowano tylko, że takowy był, bez wdawania się w szczegóły. Sposób, w jaki uczono mnie historii najnowszej, mącił wszystko tak beznadziejnie, że czasem trudno było znaleźć sens niektórych wydarzeń. Być może to było powodem mojej niechęci do przedmiotu... W książce o Czapskim okres międzywojenny i czas drugiej wojny światowej przedstawiony jest z pozycji obserwatora nie zaangażowanego jakoś szczególnie emocjonalnie, obiektywnego, bez tych wszystkich ideologicznych naleciałości, jakimi skażony bywa często polski komentator. Choćby tylko z tego powodu warto po tę książkę sięgnąć.

*****

Na okrasę tego książkowego wpisu mała ciekawostka - mój sagowiec, zwany także cykasem, który wypuścił za jednym zamachem aż dziesięć (!) nowych liści, co jest ewenementem u tego gatunku.


Jednocześnie starsze liście rozłożyły się bardziej na boki, w związku z czym trzeba będzie znaleźć dla niego odpowiedniejsze miejsce.



Cykasy rosną powolutku i w warunkach domowych wypuszczają jeden lub co najwyżej dwa liście rocznie. Nasz egzemplarz jest u nas na pewno ponad 10 lat, nie pamiętam dokładnie, i rzeczywiście do tej pory bardzo powoli przyrastał, nie wypuszczając rocznie więcej jak dwa nowe liście. A tu taka nagła liściowa obfitość! Co prawda wcześniej nieco przysechł podczas naszego urlopu, a wcześniej jeszcze lekko się przypiekł, wyniesiony beztrosko przez mojego męża na słoneczny taras, więc być może to właśnie pobudziło go do odrodzenia (spodziewam się, że te pożółkłe liście wkrótce całkiem zaschną). Zimę spędzają nasze doniczkowce w większości w ogrodzie zimowym, w którym temperatura jest naprawdę niska, bo nie ma tam stałego ogrzewania, jednocześnie jest dużo światła - mogą więc porządnie odpocząć i to im chyba bardzo odpowiada. Podobnie jest z aloesem - zaczął kwitnąć dopiero jak zapomnieliśmy o nim w ogrodzie (pokażę następnym razem, jak kwiat się bardziej rozwinie). Tak zwane cieplarniane warunki domowe jak widać niektórym roślinom wcale nie służą :). 

*****


48 komentarzy:

  1. Jak dobrze Cię czytać! Zawsze coś pozytywnego do mnie przychodzi, tym razem dużo. Bo "Faust" był do tej pory wstrętną cegłą, miło wiedzieć, że taki być nie musi, chętnie przeczytam książkę pana Karpelesa, a już na mur beton sięgnę po polecane skandynawskie bestsellery. Co do cykasów i pozostałych rarytasów, to patrzę z lekką zazdrością. Najpierw młody Feluś potraktował moją domową dżunglę jak dżunglę i bawił się uparcie w Rambo i karczownika lasów deszczowych, dzieła zniszczenia na resztkach dokończył Jacuś. Nigdy przedtem nie miałam takich doświadczeń z kotami i roślinami, a tu proszę, jednak przy niektórych kotach nie da się mieć jakichkolwiek domowych roślin.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No u mnie też z tą kocią miłością do kwiatków różnie bywa, niektóre skrzynki i doniczki upodobały sobie w roli kuwet. Najgorzej jest w zimie, kiedy futrzaki więcej siedzą w domu. Żwirek im mniej odpowiada niż kwiatowa grządka, z kaktusem choćby :).

      Usuń
  2. Czytałam "Mistrza i Małgorzatę" w młodości. Pierwszy raz, drugi też 😉 Weszła mi od razu. Bardzo. Czytając czułam good vibes 😍 Faust? Matkobosko, tego to się boję. Ale sagę skandynawską, to bym chętnie. Dobra na upały 🤓

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja chyba jednak wolę Fausta, jakoś bardziej mi odpowiada ten klimat, MM trochę mnie zmęczyła, mimo wszystko.

      Usuń
  3. Mistrza i Małgorzatę dawno czytałam potem film czy serial oglądałam Nawet na spektaklu byłam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie oglądałam ani filmu, ani spektaklu, bo książka po pierwszym czytaniu raczej mnie zniechęciła. Dzisiaj może bym się zdecydowała na obejrzenie :).

      Usuń
  4. Wstyd się przyznać, ale Fausta nie czytałam, natomiast MiM znam z poprzedniego tłumaczenia i lubiłam je. Tłumaczenie p. Drawicza ponoć odebrało specyficzny klimat Moskwy, ale nie mogę się wypowiadać, bo nie znam. Oglądałam kilka seriali i świetny spektakl w Capitolu we Wrocławiu.
    Sagi skandynawskie bardzo lubię, więc się rozejrze w bibliotece. Mój M. jest zachwycony książkami Cherezinskiej, polecam Twojemu mężowi, to proza porównywalna z R. R. Martinem, jeśli ktoś lubi Grę o tron.
    Z moich fascynacji ostatnio przypomniałam sobie Marqueza Sto lat samotności, która byłam dawno temu zachwycona, ale teraz byłam rozczarowana. Tak to jest z naszymi lekturami.
    Małgosiu, moc serdeczności przesylam.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz, 100 lat samotności też planuję przeczytać, bo niewiele pamiętam. Cherezińską mamy, mąż też ją lubi, ja nie bardzo, nie moje klimaty :). Co do MM to - szczerze mówiąc - nie pamiętam, jak odbierałam klimat Moskwy z tego pierwszego przekładu, ale u Drawicza moim zdaniem świetnie to wypadło. Musiałabym porównać, ale raczej już nie będę wracać do tej książki. Przeczytałam, doceniam, ale nie jestem jakoś szczególnie urzeczona. Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  5. Jak na lato, to ciężkie lektury sobie wybrałaś. Czytałam je na studiach ("A lasy..." - jakoś po) i to były moim zdaniem świetne książki i dobre na ten czas i wiek. W liceum nie byłam zachwycona Bułhakowem, chyba dla mnie było za wcześnie na tego autora.
    Pozdrawiam serdecznie i życzę kolejnych dobrych lektur w wakacje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o wybór lektur, to pora roku nie ma u mnie znaczenia :). Czytam na przemian książki lżejsze gatunkowo i poważniejsze "kobyły", czasem wciąga mnie na dłużej jakiś gatunek albo tematyka. Właściwie to w listopadowe wieczory nawet wolę lekturę lekką i radosną, dla kontrastu z pogodą.
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  6. Same ciekawe książki nam tu rekomendujesz. Mistrza i Małgorzatę - czytałam kilka razy. Miałam to szczęście, że uległam jej urokowi od pierwszego przeczytania, czyli gdzieś w okolicach licealnych (choć nie była to nasza lektura). Może trafiłam na dobre tłumaczenie, a może po prostu ta książka i ja pasowałyśmy do siebie. Inaczej z Faustem- mam podobnie jak ty, dramaty, pisane wierszem nie do końca do mnie przemawiają, najchętniej czytam je przed wizytą w teatrze, a potem po obejrzeniu wracam raz jeszcze. Choć Fausta- treść, temat znam - nigdy nie przeczytałam w całości i też ostatnio zamarzył mi się powrót, zwłaszcza po przeczytaniu Goethego Podróży do Włoch. O książce Lasy wiecznie śpiewają słyszałam kilkakrotnie, ale nigdy nie udało mi się przeczytać. Matka królów - ciekawa postać i chętnie też bym się zapoznała z tą beletryzowaną opowieścią. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja nie czytałam "Podróży do Włoch"... dobrze, że o tym wspomniałaś, muszę sobie wpisać na listę wakacyjnych lektur :). Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  7. Jejku, ale trafiłam :-)) Dawno mnie nie było, a jak już zajrzałam to takie super tematy.
    "Mistrz i Małgorzata" to jedna z moich ulubionych książek. Byłam bardzo dawno, chyba w czasach licealnych na sztuce w teatrze. Nie pamiętam w czyim tłumaczeniu przeczytałam po raz pierwszy czy po raz kolejny. Jakoś nie zwracałam na to uwagi. Wydanie, które zabrałam ze sobą z Polski jest z Kolekcji Gazety Wyborczej w tłumaczeniu Ireny Lewandowskiej i Witolda Dąbrowskiego. Muszę przeczytać ponownie, bo nie bardzo pamiętam szczegóły. I znowu żałuję, że nie mam czytnika, bo pewnie udałoby się przeczytać różne wersje tłumaczeń.

    Poza tym, nie wiedziałam, że masz sagowca/cykasa. Nie znałam tej rośliny. Po raz pierwszy zobaczyłam bardzo dużego sagowca rosnącego nieopodal mojego domu po przeprowadzce na Shikoku cztery lata temu i od tego czasu darzę go ogromną miością. Trzymam kciuki, żeby Twój też się rozrastał.

    I jeszcze nie na temat. Przypadkiem trafiłam na YT na filmiki pewnego twórcy, który m.in. maluje ciekawą techniką: najpierw nakłada różnokolorowe kropki farby na kartce, a potem je rozprowadza pędzlem. Korzysta też z różnych nietypowych rekwizytów. Szczerze mówiąc ostateczny efekt nie jest w moim guście, ale sama technika mnie zaskoczyła.
    Być może znasz, ale pozwolę sobie zostawić link (w razie czego skasuj) https://www.youtube.com/c/JayArtPainting/featured

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zajrzałam pod link, technikę znam, jest sporo takich filmików i osób malujących w ten sposób. Ciekawe, ale też nie w moim guście :). Twoje tłumaczenie M&M to jest pierwsza polska wersja, bez dość istotnego fragmentu. Chodzi o rozdział pt. "Sen Nikanora Iwanowicza", który został wycięty przez cenzurę. No chyba, że jest jakaś późniejsza wersja przekładu Lewandowskiej i Dąbrowskiego z uzupełnionym kawałkiem, ale nie słyszałam, żeby się to wydarzyło.
      Cykas jest o tyle ciekawostką, że uważany jest powszechnie za palmę, a w rzeczywistości jest spokrewniony z paprociami :). I w całości jest trujący, nawet nie powinno się go dotykać bez rękawiczek.
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
    2. Dziękuje za wyjaśnienia. Aż sprawdziłam i ten rozdział jest. Nie wiem tylko czy w całości czy jakoś okrojony. Niestety nic nie jest napisane na ten temat, nie ma nawet roku wydania, a ja już nie pamiętam kiedy tę książkę kupiłam.
      Nie wiedziałam, że cykas jest trujący. Muszę sprawdzić czy te rosnące w Japonii też. To jak go trzymasz w domu? Gdzieś w niedostepnym miejscu?
      Pozdrawiam :)

      Usuń
    3. Mam więcej trujących roślin, także w ogrodzie (oleandry, ciemierniki itd, niektóre mają trujące tylko pewne części, np. cis - owoce). Sama staram się postępować z nimi ostrożnie, małych dzieci w domu nie ma, a koty wcale się tymi roślinami nie interesują, więc nie ma problemu. O książce napisałam tyle, co sama wiem z internetowych źródeł, tzn. że pierwsze polskie tłumaczenie było właśnie Lewandowskiej i Dąbrowskiego, bez ocenzurowanego fragmentu (nie wiem -może nie cały rozdział wycięto???), a dopiero przekład Drawicza obejmuje całość. Nie pamiętam, czy w pierwszej książce, którą czytałam, był ten sen Iwanowicza??? Jakoś mnie wtedy całą ta historia nie wciągnęła, wiec niewiele pamiętam.

      Usuń
    4. Znalazłam informację, że jednak faktycznie Lewandowska i Dąbrowski zrobili później dodatkowe tłumaczenie tego ocenzurowanego wcześniej rozdziału. Czyli późniejsza wersja ich książki (ta Twoja zapewne) jest pełna, prawdopodobnie oparta dokładnie o ten sam tekst co przekład Drawicza. Ciekawe byłoby więc porównanie tych dwóch wersji.

      Usuń
    5. Dziękuję Ci bardzo, że poszukałaś :)) Chyba rzeczywiście mam tę pełną wersję.
      Wiesz, ja zupełnie nie wiedziałam, że są różne wersje. Nie pamiętam czyje tłumaczenie czytałam jako pierwsze i czy był tam ten rozdział czy nie. Nawet jeśli nie było, to i tak ta książka mnie zafascynowała. No proszę, ileż ciekawych rzeczy można dowiedzieć się po latach. Jeszcze raz dzięki :))

      Usuń
    6. Czasem zwracam uwagę na autora przekładu (np. Szekspira czytałam porównawczo w różnych tłumaczeniach, to było bardzo ciekawe zestawienie), w przypadku MM zainteresowałam się tym pod wpływem dyskusji na innym blogu. Tam też dowiedziałam się o istnieniu różnych wersji tej książki i dopiero wtedy zaczęłam szukać dalszych informacji.

      Usuń
  8. Mistrza i Małgorzatę pierwszy i ostatni raz przeczytałam zimą ubiegłego roku. Męczyłam się okrutnie, aczkolwiek nie żałuję, bo jednak to książka, o której po przeczytaniu się myśli. Dostojewski jest trudny w odbierze, ale gdzie mu tam do Bułhakowa!
    Saga norweska zapisana w pozycji " do kupienia". Odkąd jako tako poznałam Norwegię, staram się czytać na jej temat. Kulturę północnej Norwegii w swoich reportażach opisuje Ilona Wiśniewska.
    Sagowiec piękny !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż sprawdziłam- mój MiM w przekładzie Jana Cichockiego, oparte na ostatecznej , szóstej wersji powieści.

      Usuń
    2. No popatrz, a ja właśnie Dostojewskiego chłonęłam jak gąbka, a Bułhakow dawniej zupełnie mi "nie wchodził" :))). Co do ostateczności tej szóstej wersji to bym polemizowała, bo ostateczna to chyba jednak (moim zdaniem) była ta jako pierwsza wydana, opracowana przez żonę Bułhakowa, która z nim współpracowała przy pisaniu powieści. Kolejne wersje to są tak naprawdę uzupełnienia, dokonane przez różne osoby na podstawie udostępnionych publicznie wcześniejszych rękopisów, czyli właśnie tych wycofanych przez Bułhakowa.

      Usuń
  9. o nie.... wylogowało mnie i nie zapisał się komentarz :(
    no szkoda.
    w dwóch słowach więc - wspaniały wpis! zachęciłaś mnie tą matką Jagiellonów i sagą norweską :))) a obwoluty są przecudne do Fausta oraz Mistrza i Małgorzaty! ciekawe spostrzeżenia odnośnie tłumaczenia, na pewno masz wiele racji a kontekst kulturowy jest bardzo ważny, ułatwia na pewno zrozumienie dzieł.
    Uwaga na cykasa - gdyby koty się nim zainteresowały to ma działanie paraliżujące układ nerwowy i prowadzi do śmierci kota. Ja swojego cykasa wywaliłam bo zbyt się bałam, mimo że moje koty się nim nie interesowały.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście moje koty są wychodzące, skubią trawki w ogrodzie, i roślinami domowymi w ogóle się nie interesują. Co najwyżej czasem się zdarzy, że któryś kotek potraktuje doniczkę jak kuwetę, ale ta u cykasa akurat jest ciężko dostępna, wiec omijają z daleka :). Czytałam o tych właściwościach sagowca, ale zanim się o jego trującej mocy dowiedziałam, to miałam z nim często bliskie spotkania i nigdy się nic złego nie wydarzyło. Może jestem wyjątkowo odporna, a może problemy dotyczą tylko osób wyjątkowo wrażliwych, nie mam pojęcia. Czytałam kiedyś listę roślin trujących, które mogą zaszkodzić dzieciom lub kotom, a czasem i dorosłym ludziom, przez sam dotyk, no i to jest naprawdę bardzo długa lista, praktycznie w domu nie powinnam mieć większości roślin z tych, które mam, a i z ogrodu trzeba by sporo wyrzucić. O tutaj, na przykład taki spis: https://www.koty.pl/rosliny-trujace-dla-kota/

      Usuń
  10. Bardzo ciekawy post Małgosiu ale nic mądrego nie potrafię napisać. Fausta i MiM czytałam dawno temu i słabo pamiętam. Teraz "siedzę" w zupełnie innej literaturze. Pomyślałam sobie jednak, że może byłoby warto przypomnieć sobie nieco klasyki:) Uściski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam Ci się, że jeszcze całkiem niedawno nawet by mi przez myśl nie przeszło, żeby sięgać po te książki :). Nie kojarzyły mi się dobrze z czasów licealnych, chociaż wtedy chłonęłam właściwie wszystko, co mi wpadło w ręce i nawet chętnie czytałam trudniejsze rzeczy. Tak mnie jakoś naszło teraz, żeby sprawdzić, jak to dzisiaj odbiorę. Czasem warto zrobić takie drugie podejście :).

      Usuń
  11. Bardzo zajmująco piszesz, zarówno o książkach, jak i roślinach.
    Badania naukowe potwierdzają lub rozwiewają wiele mitów z historii.
    Szokiem było odkrycie grobu Kopernika i zbadanie jego szczątków.
    Jeśli to naprawdę był Kopernik, to jego wizerunek ma się nijak do tego ze znanych portretów!
    Podziwiam tez obrazy ptaszków, niezwykle sympatyczne:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdecznie Ci dziękuję, Jotko, za przemiłe słowa :). Bardzo się cieszę, że spodobały Ci się moje obrazki i moja pisanina :))).
      Masz rację, badania naukowe i odkrycia archeologiczne potrafią nas mocno zaskoczyć. Czasem to, co uznawaliśmy za bajkę i legendę, znajduje mocne potwierdzenie w faktach, ale bywa na odwrót - "pewniaki", w które mocno wierzyliśmy, okazują się być jedynie wytworem ludzkiej fantazji. Doniesienia o takich odkryciach zawsze bardzo mnie interesują.
      Pozdrawiam najserdeczniej!

      Usuń
  12. coachingowo- rozwojowo-kobiecych, z którymi od dawna jest mi po drodze :) Dla mnie jest lekka :)
    P.S. Palma przecudna, jest taka u moich dzieci, ale widze już od dwóch lat "stoi" w miejscu. Powiem im, że może dojść kiedyś do "wybuchu" liści :) :) A w ogóle, to pięknie u Ciebie! papapa, ściskam gorąco!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Małe sprostowanie - cykas nie jest palmą, chociaż tak "palmowato" wygląda :). Jest z rodziny paprociowatych! Moja teoria na temat liściowego "wybuchu" to - odpoczynek zimowy, przesuszenie (cykas lubi być czasem przesuszony, a w żadnym razie nie lubi nadmiernego podlewania) i trochę odżywek na wiosnę. Podobnie postępuję z kaktusami - na zimę całkiem o nich zapominam, w ogóle nie podlewam, stoją zakurzone w chłodnym pomieszczeniu, potem wiosną najpierw lekko zraszam, a później raz na jakiś czas robię im tropikalną ulewę. Odwdzięczają się obfitym kwitnieniem :).

      Usuń
  13. Co to się stało? Tylko część komentarza wskoczyła. Echhh...ten blogspot! Jeju, nie wiem, czy odtworzę.
    Było tak: Nie przepadam za lekką lekturą. Wolę trudne. Jak już coś wybiore, to chcę się nagimnastykowąć :) Aktualnie czytam " Czułą przewodniczkę" Natalii de Barbaro. Hit w środowiskach... dalej już jest :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam takie fazy - przez jakiś czas czytam ciężkie kobyły, potem przestawiam się na lżejsze lektury. Książek tego typu co "Czuła przewodniczka" naczytałam się swego czasu sporo, to są bardzo ciekawe tematy, ale mam tych lektur tyle za sobą, że obecnie nie mam już zapotrzebowania wewnętrznego na kolejne poradniki rozwojowe, które również zaliczam do wagi lekkiej :))). Czasem myślę, że sama mogłabym napisać kilka takich poradników :).

      Usuń
  14. Wszystkie tytuły ciekawe! "Mistrza i Małgorzatę" czytałam w sumie trzy razy, w tym raz w oryginale :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rosyjskiego oryginału jeszcze nie czytałam, ale wszystko przede mną, to może być ciekawe porównanie. Czasem czytam rosyjskie książki, dla przypomnienia sobie języka :).

      Usuń
  15. Nic dziwnego, że Jagiellonowie wymarli :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Kupiłam w końcu nowy egzemplarz "M i M". Po długich rozważaniach w temacie zalet i wad rozmaitych wydań i tłumaczeń decyzja- uzupełnione o zaznaczenie wyciętych kiedyś przez cenzurę fragmentów tłumaczenie Lewandowsko-Dąbrowskie. W tekście uzupełnienia drukowane czerwoną czcionką. I zanim się obejrzałam pochłonęła nie na nowo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tym, że jest taka wersja, dowiedziałam się całkiem niedawno, przy okazji tego wpisu, a raczej analizowania komentarzy do niego. Byłoby ciekawie zestawić ten mój egzemplarz z tym uzupełnionym przekładem lewandowsko-dąbrowskim, ale lektura nie porwała mnie aż tak, żebym miała już teraz na to ochotę. Może kiedyś...

      Usuń
  17. Wiesz co? Kiedyś porównam wersję drawiczowską z L&D. Biblioteki istnieją 😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście podzielisz się wrażeniami ?! Ja na razie nie mam ochoty czytać ponownie tego dzieła :).

      Usuń
  18. I jak blogger mógł mi nie pokazać tego wpisu!?
    Ja mam na liście właśnie tego Fausta i Mistrza i Małgorzatę, i zapisuję sobie ten dwutomowy zestawik, który polecasz.
    Obecnie w fantasty lekkim siedzę autorstwa Pani Jadowskiej. Przy tych upałach nadchodzących nie mam sił na nic ambitniejszego. :(

    Pozdrawiam serdecznie!

    PS. A jak kicia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje chłopaki uwielbiają fantasy, więc autorów, tytuły i z grubsza treść kojarzę, ale sama raczej nie czytam, nie pasjonuję się tą tematyką. Bardziej mi odpowiada science fiction, ale zasadniczo ten etap mam już trochę za sobą na zasadzie przesytu. Fausta i MM przeczytałam na zasadzie szperania po wielkich dziełach klasycznych, nawet nie zastanawiając się nad tym, że to też spora dawka magii i fantastyki. Elementy tego typu traktowałam raczej jako metaforę.
      Kicia urosła, odpasła się i rządzi w domu :). Teraz ostatnia kotka - Kocia - niedawno też została wysterylizowana, zobaczymy czy też tak się zmieni. O kotach napiszę więcej w kolejnym wpisie, jak już sie z nim ogarnę, bo też nie mam weny, pogoda wakacyjna... :).

      Usuń
  19. Dziesięć nowych liści za jednym razem, wspaniale, dobrze mu  u Ciebie, Kocham rośliny i wiem, jaka to radość. Niedawno przypadkowo wywaliłam mojego fikusa, bo oczywiście chciałam zrobić zdjęcie chmury... Ale on wypuszcza właśnie dwa nowe listki, małe są, ale są i wierzę, że urosną, ogromnie mnie cieszą. :) Ależ Ty te książki masz ładnie wydane, piękne okładki. :) No, ale, że ktoś zmienia coś istotnego w książce, czy tam dodaje, to już nie fajnie, przykład z malarzem idealny. Oczywiście najbardziej zaciekawiła mnie jedna z Twoich ulubionych powieść, bo ładnie ją opisałaś i dlatego, że jest jedną z Twoich ulubionych i tak Ci jest pomocna w życiu, trza jej poszukać w bibliotece. :) Przytulam mocno i życzę dużo uśmiechu. :))))))) <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fikusy są dość odporne na różne przeciwności losu, więc mam nadzieję, że Twój odżyje i szybko wróci do dobrej formy :). Norweską sagę polecam, myślę, że Ci się spodoba. Wszystkiego dobrego, Agnieszko! Pozdrawiam Cię serdecznie!

      Usuń
  20. Z wielką ciekawością przeczytam "Matkę Jagiellonów".
    "Mistrza i Małgorzatę" czytałam już kilka razy i za każdym razem mnie zachwycała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam bardziej ambiwalentny stosunek do Mistrza i Małgorzaty - doceniam pomysł i specyfikę tego dzieła, z zaciekawieniem zagłębiałam się w kolejne rozdziały, jednak daleka jestem od zachwytów, to jednak nie mój klimat. Książka, którą warto przeczytać, przeczytałam nawet dwukrotnie, w różnych przekładach, ale raczej wracać do niej nie będę. Możliwe oczywiście, że kiedyś zmienię zdanie. Dawniej nie lubiłam biografii, a dzisiaj chętnie je czytuję, gust może mi się znowu zmienić :).

      Usuń
  21. "Matka Jagiellonów" zainteresowała mnie :) lubię takie książki. Czytałam - i mam na półce - "Córki Wawelu"; książka podobała mi się :) "Mistrza i Małgorzatę" czytałam... ale bardzo, bardzo dawno temu - na tyle dawno, że nie jestem w stanie szczegółowo opisać swoich spostrzeżeń, ale z tego co pamiętam, przeczytałam i... już ;) nie obudziła we mnie jakiejś wielkiej miłości czy chęci powrotu do niej ;);)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czytałam jeszcze "Córek Wawelu", ale słyszałam że to bardzo interesująca pozycja. Książka obecnie trudno dostępna w księgarniach, ale gdzieś ją znajdę i przeczytam :). "Mistrza i Małgorzatę" przeczytałam ponownie pod wpływem ciekawej dyskusji na innym blogu, bo gdyby nie to, to pewnie też bym po nią nie sięgnęła po raz drugi :). Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń