piątek, 17 maja 2019

Majowe rysowanie - część 2.

O moim rysunkowym projekcie (wyzwaniu) można przeczytać w poprzednim wpisie: "Majowe rysowanie".  
Tam był pierwszy rysunek, a dzisiaj będzie mała relacja z kolejnych dni, chociaż sama nie wiem czy wypada pokazywać tak kiepskie zdjęcia... 

Tytułem wyjaśnienia... No cóż, materia sprzysięgła się przeciwko mnie, komputer ledwo daje jakieś niemrawe oznaki życia, aparat nie przeżył ostatniej zapaści, a telefon też najlepsze lata ma już dawno za sobą. Jakieś inwestycje w tym obszarze przewiduję dopiero gdzieś może za miesiąc, tak więc chwilowo jest jak jest i nie chcę się o tym rozwodzić, no ale obiecałam sukcesywne pokazywanie efektów mojego rysunkowego planu. Nie mogę niestety pokazać rysunków ołówkiem, bo w tych warunkach technicznych wyglądają na ekranie jak zamazane plamy. Większość rysowałam jednak cienkopisem, więc może uda się coś jako-tako zaprezentować ;).




No i od razu wyznam, że chociaż bez większego problemu udało mi się wykonać założony plan, czyli codziennie rysować przez minimum godzinę, to nie wszystkie efekty tego rysowania nadają się do prezentacji ;). Kilka szkiców poszło od razu do kosza, dwa rysunki dość nawet zaawansowane, ale nastąpił poważny problem techniczny... Okazało się mianowicie, że posiadam raptem cztery czarne cienkopisy o pożądanej grubości 0,05, ale kolejno zaczęły odmawiać współpracy... Dawno ich nie używałam, wydawało mi się, że przynajmniej trzy z nich to świeżynki, ale może podeschły od nieużywania, a może jednak kiedyś były w intensywnym użyciu, tylko mi się zapomniało? No w każdym razie we czwartek okazało się, że rysować za bardzo nie mam czym, nie było czasu na stacjonarne zakupy, internetowo zamówiłam, no ale wysyłka w piątek, to jak dobrze pójdzie najprędzej w poniedziałek odbiorę. Bazgram więc tylko ołówkiem wstępne szkice, bo docelowo rysunki chcę mieć w czarnym tuszu, czyli cienkopisie.
Ale do brzegu, czyli do rysunków :).

Temat katedry Notre Dame z poprzedniego wpisu pociągnęłam dalej. Było kilka rysunków roboczych, wersja od frontu zupełnie mi nie wyszła, kolejną zrobiłam więc znowu od tyłu, w nieco innym ujęciu niż poprzednią, ale wyszło gorzej niż w tej pierwszej wersji.

Rysunek w ogóle wygląda jak szybki szkic, ale kosztował mnie trochę pracy - najwięcej czasu zajął mi ołówkowy zarys, wiecie, zachowanie proporcji, perspektywy i tych wszystkich linii prostych. To są te elementy, które świetnie wychodzą architektom, ja natomiast zawsze mam z tym problem. 

No i spróbowałam narysować kilka detali - chimery i gargulce.
Czy dacie wiarę, że te słynne figury zdobiące gotycką katedrę, w większości zostały na niej umieszczone dopiero w XIX wieku, po części za sprawą znanej powieści Wiktora Hugo, któremu bardzo leżała na sercu sprawa odrestaurowania popadającej wówczas w ruinę świątyni...? 

Przyznam się Wam, że te pobieżne rysunki są czymś w rodzaju rozgrzewki przed nieco solidniejszym podjęciem tematu malowania fragmentów Katedry Notre Dame. To jest fascynująca budowla, z mnóstwem zaskakujących detali i mam nadzieję, że znajdę kiedyś czas na ich namalowanie. 
A to jest taki jeden ciekawy fragment, który chciałam narysować, ale nie znalazłam wystarczająco dobrych zdjęć ze zbliżeniami postaci:




Bardzo lubię ten fragment - to są figury apostołów, po trzech w każdym załamaniu dachu (tzw. koszu, tak się to chyba nazywa), jakby schodzących z góry na ziemię. Kiedy trwał pożar i waliła się iglica, zastanawiałam się, co się stało z tymi figurami... nie było wtedy tego dokładnie widać. One są chyba z jakiegoś stopu miedzi, sądząc po zielonkawym kolorze patyny - w pożarze mogły się nadtopić, tam było kilkaset stopni! No i potem zawalenie się tej iglicy mogło pociągnąć je za sobą...Szukałam później tej informacji i okazało się, że dosłownie chyba dwa dni przed pożarem figury apostołów zabrano do konserwacji :). Widziałam nawet ich zdjęcia - stały na paletach, z poodkręcanymi głowami.

Przez ostatnie dwa tygodnie narysowałam oczywiście jeszcze kilka innych rzeczy, ale są już w innej stylistyce i z innymi motywami (nie katedra!) - pokażę je więc w kolejnym wpisie. 





No i kilka zdań o tym co było, jak mnie tutaj nie było. Dużo się działo w ostatnich miesiącach. Niektórzy z Was wiedzą, że w ciągu minionego roku musiałam pożegnać trójkę naszych futerkowych przyjaciół - dwie suczki: Misię i Muszkę, i kocurka Grubcia. 
A niedawno zaginął nasz młody kotek Rysio... 
Ale nie będę pisać o szczegółach tych smutnych historii, chyba mnie to przerasta...

Trochę dużo było tych przykrych przeżyć. Tego się nie robi człowiekowi, bo człowiek potem nie może się pozbierać i ogarnąć...

Ale wróćmy do teraźniejszości.

Jeśli chodzi o zwierzaki, to w gruncie rzeczy nie możemy narzekać na brak towarzystwa, bo oprócz naszych dwóch koteczek: Czarnuszki i Sabinki, odwiedzają nas koty z sąsiedztwa: Lucuś (czarny z białym krawacikiem i wybałuszonymi oczkami, nie ma jeszcze roku), Rudziaczek (ksywka robocza, bo nie wiemy jak się wabi), Czarnulek (też nazwa robocza) i Krówka (bo łaciaty czarno-biały). 
Lucuś włazi nam do domu przez taras i chodzi jak po swoim, Rudziaczek i Czarnulek kręcą się po podwórku od czasu do czasu, podejrzewam, że zalecają się do Sabinki, chociaż ona wysterylizowana, a Krówka jest moim ulubieńcem i powoli się oswaja, podchodzi coraz bliżej. Krówkę podejrzewam o bezdomność lub zaniedbanie przez właściciela, bo bywa dość utytłany w białych partiach futra, obwieszony kleszczami i najchętniej z całego towarzystwa zagląda do misek z jedzeniem. Mleczko wciąga bez ograniczeń, miękkie kocie karmy w dużych ilościach, nie gardzi różnymi mięsnymi okrawkami, przy których wybrzydzają nasze kotki, suchą karmę wcina mniej chętnie, ale też zawsze trochę zje. Już wie, że ja jestem ta człowieka, co daje jedzonko, więc czeka na mnie i nawet blisko już podchodzi, ale jeszcze nie pozwala się dotykać. Jestem jednak dobrej myśli :).

Oprócz dokarmiania okolicznych kotów zostawiamy też jedzenie dla jeża, bo się okazało, że lubi kocią karmę :).

W starym kompoście mieszkają u nas różne zwierzątka, a mianowicie jeże w dolnej partii, a w górnej - padalce. Jak doliczyć do tego ropuchy zasiedlające w okresie godów nasze oczko wodne, to już jest jasne, dlaczego w naszym ogrodzie nie ma ślimaków, mimo że nie używamy chemii :). 

Wracając do mieszkańców pryzmy kompostowej - padalce niestety bardzo interesują Sabinkę i od czasu do czasu trzeba kotu pogonić kota, ratując z kocich pazurów zesztywniałe ze strachu padalce. No niestety przyznam się Wam, że Sabinka jest kotką łowną i raz do roku zdarza się, że ratujemy z jej paszczy jakiegoś ptaszka. W ubiegłym roku był rudzik, w tym - pełzacz. Oba na szczęście przeżyły, oszołomione posiedziały dłuższą chwilę na tarasie i odfrunęły. Oczywiście mowa o ptaszkach przyniesionych przez naszą szylkretową bestię do domu. Bo co się w ogrodzie wyrabia jak nie widzimy, to nie do końca wiemy. W każdym razie dostała ostrą burę, może na jakiś czas zapamięta, że nie wolno. 
Nie wszystkie koty mają tak silne myśliwskie zapędy. I częściej kotki niż kocury. Sabinka niestety uwielbia polować i poluje na wszystko,co się rusza - żaby, motyle, muchy, zaczepia inne koty i psy... Po akcji z pełzaczem zapowiedziałam jej, że jeszcze jeden taki numer, to będę ją wypuszczać tylko w kagańcu :). Nie wiem, czy zrozumiała...

Jeże natomiast zorientowały się, że w starej altance, przerobionej na drewutnię, zostawiamy dla zaprzyjaźnionych kotów jedzonko, i od pewnego czasu, nie robiąc sobie nic z naszej i kociej obecności, rankiem i pod wieczór szorują jak po sznurku do miski z kocią karmą, jak do własnej stołówki. No i co wieczór muszę tam dosypywać coraz więcej żarełka... Parę dni temu obserwowaliśmy, jak pan jeż zalecał się do pani jeżowej, ona pofukiwała głośno, ale w końcu pozwoliła mu na bliższą komitywę :). Tym bardziej więc musimy dokarmiać, skoro prawdopodobnie jeżowa rodzinka się powiększy :)))).

*****

piątek, 3 maja 2019

Majowe rysowanie.

Pojawiające się z nastaniem wiosny wyzwania rysunkowe odrobinę zmobilizowały mnie do ruszenia z własnym projektem, którego głównym celem jest wyrobienie sobie nawyku codziennego tworzenia. 
No bo w jakiś marazm twórczy popadłam... 
Coś tam czasem rysuję i maluję, ale najczęściej w połowie albo pod koniec pracy dochodzę do wniosku, że to wszystko jest do bani, no i dzieło ląduje w koszu na śmieci. Co prawda w ostatnich miesiącach sporo spraw skutecznie przeszkadzało mi w systematycznym, codziennym malowaniu, ale teraz to wymówek tak za bardzo nie mam, zwyczajnie wypadłam z rytmu i nie mogę się twórczo ogarnąć.


Plan więc był taki, że przez cały maj będę codziennie rysować, żeby tam nie wiem co. Nie chodziło mi o to, żeby codziennie wyprodukować skończony obrazek, ale żeby codziennie poświęcić minimum godzinę na rysowanie. 
Dlaczego akurat godzinę? Bo jakiś reżim jednak musiałam sobie narzucić. Postanowienie typu "codziennie coś narysuję" zwykle się kończy na postawieniu dwóch kresek albo tylko przerzuceniu z kąta w kąt kartek papieru w poszukiwaniu weny. A przez godzinę to jednak coś konkretnego można już narysować. 

Zatem uzbrojona w papiery różnego rodzaju, cienkopisy i ołówki, przystąpiłam do działania :).

Jeśli chodzi o tematykę, to co prawda zwykle ciągnie mnie do motywów przyrodniczych, zwłaszcza roślinnych. Mam jednak na swoim koncie także parę dość udanych wedut, których rysowanie i malowanie (dość dawno temu) sprawiło mi dużo przyjemności. Postanowiłam więc poćwiczyć trochę rysowanie rozmaitych budowli i detali architektonicznych - z natury i ze zdjęć. Tak się złożyło, że tuż przed pożarem katedry Notre Dame w Paryżu, szperając po Pintereście w poszukiwaniu inspiracji, zapisałam sobie kilkanaście zdjęć tej właśnie fantastycznej katedry. Więc jakoś tak siłą rzeczy motyw pierwszych rysunków w moim osobistym wyzwaniu sam się nasunął.



Temu akurat rysunkowi poświęciłam na pewno znacznie więcej czasu niż zaplanowane minimum, łącznie ze wstępnym szkicem - dwa dni. Pierwszy dzień to tenże szkic, który kosztował mnie sporo czasu i zdrowia, no i drugiego dnia cienkopis i detale, to też z różnymi przerwami (kolacja, herbatka, kawałek filmu w tv itd) - cały kolejny wieczór. Ale jestem z niego bardzo zadowolona. Katedra najbardziej mi się podoba właśnie w tym ujęciu, od tyłu, z tymi łukowymi przyporami.

Jak już wspominałam we wcześniejszych wpisach "rysunkowych" - bardzo lubię rysować czarnym cienkopisem na białym brystolu. Dlatego wybór narzędzi i techniki też był dość oczywisty.

Zaczęłam 1 maja i zamierzam utrzymać tempo codziennego rysowania minimum przez cały ten miesiąc. Czy wszystko będzie się nadawało do prezentacji? - no nie wiem, najwyżej pokażę Wam tylko to, co mi się w miarę jakoś uda :). Dzisiaj wrzucam tu pierwszy rysunek wraz z deklaracją systematycznego tworzenia, żeby się jakoś bardziej zmobilizować. No i przy okazji odkurzyć blog :).

A za tydzień (mam nadzieję) oprócz rysunków opowiem co się u mnie ostatnio działo.

sobota, 16 lutego 2019

Książki o sztuce. "Degas i jego świat".

Pewnie każdy, kto jakoś kojarzy nazwisko Degas, rozpoznaje przede wszystkim jego delikatne, pełne światła i lekkości pastele ze scenami z prób baletowych. Ale Degas to nie tylko pastele z baletnicami i kąpiącymi się kobietami. Wśród jego dzieł mnóstwo jest obrazów olejnych, namalował wiele portretów i scen z wyścigów konnych, stworzył także całkiem sporo grafik i rzeźb.




To jeden z moich ulubionych twórców, więc od czasu do czasu lubię sięgnąć po lekturę, w której znajduję jakieś informacje o jego życiu i dziełach. Książka Jean-Paul Crespelle'a "Degas i jego świat" to ciekawie napisana biografia - niestety niezbyt obficie zilustrowana reprodukcjami (zdjęcia w tym poście pochodzą z internetu). No ale ważniejsze w tym przypadku są fakty z życia artysty.

Autor podjął się zadania dość trudnego, ponieważ chcąc ustalić jakim naprawdę człowiekiem był Degas, musiał przekopać się przez mnóstwo sprzecznych dokumentów i autentycznych wspomnień, wśród których wymieszane są zarówno entuzjastyczne pochwały egzaltowanych pochlebców, jak i równie emocjonalne oszczerstwa jego przeciwników. Jak jednak zauważa J.P.Crespelle - przeciwników Degasa łączyło jedno: zostali kiedyś przez niego źle potraktowani, co zapewne wiele wyjaśnia. Generalnie przeważa opinia, iż Degas był człowiekiem niezwykle wrażliwym, dobrym i szlachetnym, przywiązanym do swojej rodziny, a jednocześnie oddanym bezgranicznie swojej pasji, jaką była sztuka.




Degas, mimo że pochodził z zamożnej rodziny i dość szybko stał się znanym artystą, był jednak człowiekiem skromnym, nie wyróżniającym się wyglądem, strojem, ani nie dbającym o rozgłos.
W jego żyłach płynęła krew francuska, neapolitańska i kreolska, przodkowie - ród de Gas - pochodzili z arystokracji i wielkiej burżuazji. Kiedy Edgar postanowił utrzymywać się z malowania obrazów, uznał, że powinien zaniechać używania partykuły "de" i skrócił swoje nazwisko do Degas. Jego ojciec był bankierem i pragnął dla syna kariery prawniczej, jednak szybko uległ pragnieniom potomka i zgodził się na to, aby ten poświęcił się malarstwu.

Młody Degas uczył się więc malarstwa zarówno w Paryżu jak i we Włoszech, gdzie początkowo zafascynowała go twórczość Ingresa i Delacroix. Malował więc sceny historyczne a także portrety krewnych. 
Na dalszą drogę artystyczną ukierunkowało go spotkanie z Manetem, a później liczne kontakty z twórcami hołdującymi nowym trendom i eksperymentom artystycznym, jak Monet, Renoir, Sisley i inni z tego kręgu. 
Pierwsza wystawa, w której wziął udział Degas, miała miejsce w 1874 roku. Uznano ją za początek nowego nurtu w malarstwie, nazwanego impresjonizmem. Degas nie uważał się jednak za impresjonistę, przede wszystkim nie interesowało go malarstwo plenerowe, tworzył zawsze w pracowni i na ogół tematem jego prac były sceny rodzajowe z kawiarni, koncertów, przy sztucznym oświetleniu, z udziałem tancerek, modystek, praczek.


Degasa kojarzymy zazwyczaj z jego pełnymi ekspresji i wibrujących kolorów pastelami. Wśród wybitnych pastelistów w dziejach sztuki zajmuje bez wątpienia jedno z czołowych miejsc. Jednak sam Degas uważał się głównie za rysownika, a przez pierwsze ćwierć wieku swojego artystycznego życia malował przede wszystkim obrazy olejne. Do sięgnięcia po pastele skłoniły go nasilające się problemy ze wzrokiem, a także możliwość szybkiego wykonywania pełnych studiów modeli. Obraz olejny wymaga znacznie dłuższego czasu - zarówno na przygotowanie podłoża, jak i malowanie i werniksowanie (czas potrzebny na schnięcie kolejnych warstw to czasem kilka dni, a niekiedy nawet - miesięcy!). Pastelem w czasie jednej sesji można osiągnąć to, co w oleju trwałoby kilka tygodni!




Eksperymenty Degasa z pastelami zaciekawią pewnie te osoby, które same próbują tej techniki, więc pozwolę sobie przytoczyć tutaj trochę takich technicznych szczegółów:

  • Degas osiągał w pastelu efekt lawowania poprzez zraszanie rysunku gorącą wodą i dalszą obróbkę twardym pędzlem;
  • tło pokrywał specjalnie przygotowanym dla niego przez zaprzyjaźnionego malarza-chemika utrwalaczem, a następnie wielokrotnie powtarzał warstwy rysunku i utrwalacza;
  • do pasteli Degas dodawał akcenty węgla, gwaszu, a nawet farb olejnych;
  • niektóre pastele przygotowywał na kalce, którą następnie naklejało się na bristol, co wymagało współpracy specjalisty znającego tę technikę;
  • wiele pasteli Degas wykonał na monotypiach, wykorzystując w różny sposób technikę druku do przygotowania tła dla pasteli.

Tutaj trzeba dodać, że Degasa interesowały rozmaite techniki graficzne, wykonał wiele monotypii, litografii i miedziorytów. 
A ponadto - różne formy ceramiczne i rzeźby. 
Najbardziej znaną rzeźbą Degasa jest niewątpliwie "Mała czternastoletnia tancerka" wykonana z wosku (popularny wówczas materiał, niestety bardzo nietrwały), z użyciem prawdziwych włosów i tkanin (spódniczka z tiulu, gorset i wstążka we włosach). Jedyna rzeźba pokazana za życia Degasa, na wystawie w 1881 roku.



Rzeźba wywołała skandal - publiczność i krytycy nie byli jeszcze wówczas przygotowani na taki realizm! Degas nie upiększył rysów swojej modelki, dziewczyny pochodzącej z niższych warstw społecznych i nie grzeszącej delikatnością urody. Przedstawił ją w niedbałej, niezbyt wdzięcznej pozie w chwili odpoczynku w przerwie zajęć. No i do tego te prawdziwe dodatki - włosy i tkaniny!

Degas wyprzedził swoją epokę - dopiero pojawienie się w sztuce nurtu zwanego hiperrealizmem wzbudziło zainteresowanie "Tancerką". Po jego śmierci woskową rzeźbę powielono w ponad 20 kopiach z brązu. W roku 2000 jedną z tych kopii sprzedano w londyńskim Sotheby's za blisko 19 milionów dolarów, a 15 lat później jej cena na aukcji w tym samym miejscu wzrosła już do 25 milionów dolarów.

Jeśli uważnie przyjrzymy się obrazom Degasa, to zauważymy, że - chociaż często malował kobiety, to głównym tematem jego dzieł nie było nigdy piękno kobiecego ciała. Interesowało go raczej przedstawienie ruchu, a kobiety jako takie niezbyt go interesowały, co miało odbicie w jego życiu osobistym - w zasadzie nic nie wiadomo o jakimś jego bliższym stałym związku z jakąkolwiek kobietą, nawet uważa się, że kobiet nie lubił, a ich uroda nie robiła na nim wrażenia. 
Malując czy rysując tancerki obserwował przede wszystkim ich ruchy, gesty. Większość obrazów pokazuje je - nie w pięknie ułożonych tanecznych pozach - ale w zwykłych sytuacjach w czasie prób, kiedy rozciągają się, poprawiają baletki, odpoczywają w niedbałych pozycjach. Podobnie kobiety myjące się czy czeszące, praczki, prasowaczki, bez różnicy - narysowane w niezgrabnych pozach, w codziennych sytuacjach, nie upozowane, jakby podglądane przez dziurkę od klucza.



Degas był otwarty na nowinki zarówno w sztuce jak i w technice, z powodzeniem próbował swoich sił na przykład w fotografii. Wiele jego obrazów wygląda podobnie jak reportażowe fotografie, dość często nietypowo skadrowane. Potrafił uchwycić w pastelu najistotniejszy motyw, charakter postaci i nastrój chwili. Zupełnie nie przejmował się przy tym kanonem kompozycji, a i tak uwaga widza kierowała się na najważniejsze elementy.

Nie przepadał za pejzażem i nigdy nie malował w plenerze, ale był niezwykle spostrzegawczym obserwatorem i w swojej pracowni z drobiazgową dokładnością odtwarzał sceny widziane w czasie przejażdżek po mieście lub na wyścigach konnych.



Był człowiekiem pełnym sprzeczności, samotnikiem otoczonym przez tłumy pochlebców i zajadłych krytyków. Na pozór gburowaty i złośliwy, potrafił otoczyć opieką wielu młodych artystów, a dla zubożałych nagle braci oddał niemal cały majątek, skazując siebie samego na skromne życie przez długie lata. 

Książkę "Degas i jego życie" czytałam kilka razy. Dla wielbicieli twórczości tego niezwykłego artysty to pozycja, którą z pełnym przekonaniem mogę polecić. Napisana lekko, z pasją, przez biografa, który - starając się o obiektywizm - oddał jednak całe swoje serce aby nie tylko dać świadectwo prawdzie o artystycznej spuściźnie Degasa, ale także aby odkryć i przybliżyć nam duszę artysty, jego wrażliwość i pasję, której poświęcił całe swoje życie.

*****


No i cóż... po tej pasjonującej lekturze wyciągnęłam moje stare pastele... hmmm... może coś z tego będzie...?

******





niedziela, 2 grudnia 2018

Powiew orientu znad Tamizy.


Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało - inspiracją do tego obrazka była pamiątka z Londynu , a może z Liverpoolu... z Anglii w każdym razie. Pamiątka, swoją drogą, też raczej nietypowa, jak na angielskie skojarzenia :).



Zaraz to wszystko wyjaśnię, tylko najpierw znowu kilka słów na temat mojej słabej aktywności blogowej.

W poprzednim wpisie wspominałam już o naszych zmartwieniach i kłopotach ze zwierzaczkami. Od wiosny dwójkę (psa Misię i kota Grubcia) musieliśmy pochować w przydomowym ogródku... Teraz mamy urwanie głowy z naszą starowinką, suczką Muszką - opieka na okrągło, lekarstwa, podtykanie smakołyków, wynoszenie na rękach do ogrodu, nieprzespane noce, bo pies się dusi i krztusi, wizyty u weterynarza, czasem nieplanowane awaryjne sprzątanie, zwłaszcza jak przychodzimy z pracy... i tak dalej. Z niepokojem obserwujemy jej coraz gorszą kondycję, pojawia się lekki niedowład tylnych łapek, chciałaby chodzić na spacerki, a nie daje rady...

Jakby mało było zamieszania z naszym zwierzyńcem, przybył nam właśnie jeszcze jeden lokator - mały zabiedzony kotek, taki koci szkielecik, który siedział wczoraj późnym wieczorem na środku drogi gdzieś między polem a lasem i nie miał siły uciekać, zresztą chyba na oba oczka nic nie widział... Teraz jedno oczko już na nas patrzy, ale drugie jakieś zapadnięte i czerwone - na razie tylko przemywamy, jutro weterynarz obejrzy... Kupy robił zielone, jakby jadł trawę, dzisiaj po podkarmieniu wygląda to już lepiej... no mamy co robić, w każdym razie. A w domu są jeszcze dwa dorosłe koty, które niezbyt się nawzajem lubią

Do tego doszły ostatnio problemy zdrowotne naszych rodziców - nie będę tego wątku rozwijać, ale jak się tak spiętrzy parę spraw, to człowiek nie wie w co ręce najpierw wsadzić. Tak więc blog zawsze spada na koniec listy zadań. W tej sytuacji wciąż nie mogę się zebrać i ogarnąć wszystkiego, co chciałabym pokazać i opowiedzieć. Zaczęłam pisać kilka postów i wiszą takie niedokończone kopie robocze, za które ciężko mi się zabrać. Obrazki też pozaczynane czekają na wenę i odrobinę spokoju...

No więc dzisiaj pokazuję to co akurat najświeższe, bo jakoś najłatwiej mi tak z marszu napisać i pokazać co ostatnio stworzyłam, choć nie jest to najlepsza z moich prac plastycznych minionego roku :). Ale dość gadania, jedziemy z tym koksem!


Co można przywieźć z Anglii? - no jak to co, wiadomo - słonie!


Otóż dziecię moje wybrało się czas jakiś temu na wakacyjną wyprawę do Anglii - w bogatym planie było odwiedzanie mieszkających tam znajomych, zwiedzanie kraju wzdłuż i wszerz itd. No i z tej wyprawy przywiózł synek rodzicom suweniry: tata dostał, a jakże, zacną flaszeczkę whisky, a mamunia, z braku lepszego pomysłu, słoniki, bo synkowi się spodobały, a mama przecież kiedyś taką małą kolekcję słoników miała. No fakt, nawet gdzieś tam w jednym z pudeł nadal mieszkają. Nie, żebym była jakąś szczególną wielbicielką takich figurek, ale tak jakoś same te słonie przybywały do domu przy różnych okazjach i przez pewien czas stały gromadnie na półeczce.



No w każdym razie może słonie nie za bardzo się kojarzą tak od razu z  Anglią, ale jak się tak zastanowić i wejrzeć w głąb historii brytyjskiego kolonializmu... no przecież Indie na przykład... nieprawdaż? I te tutaj słonie najwyraźniej indyjskie są, sądząc po ozdobach, czaprakach w hinduskie ornamenty itd. To trochę jak z tą angielską herbatą, co nigdy w Anglii nie rosła.

Tak więc sprawę słoni przywiezionych z Anglii uważam za wyjaśnioną :). 
Tak czy inaczej - te angielsko-indyjskie słonie natchnęły mnie do namalowania obrazka w orientalnym klimacie, a zanim skończyłam jeden, to przyszedł mi do głowy pomysł na drugi (czeka na dokończenie) i coś mi się wydaje, że na tym jeszcze nie koniec, choć może w nieco innej stylistyce :). 



MOTYWY - mandala, lotos, a w tle - joga.


Chętnie sięgam po motywy kojarzące się z Indiami, z daleką Azją. Mandale już u mnie widzieliście (posty z etykietą "mandala" - klik), więc wiadomo, że lubię je rysować i malować.  na pewno jakieś jeszcze będą, może w innych odsłonach barwnych?


Ale skąd w ogóle te tematy u mnie? 
Dawno temu, gdzieś koło matury, zainteresowała mnie joga. W tamtym czasie to był mało znany temat, nie było szkół jogi (no, może gdzieś w stolicy, ale nie w powiatowym miasteczku), nawet literatury odpowiedniej nie można było zdobyć, a przypominam, że młodość moja to epoka krzemu łupanego, czyli przedinternetowa. Więc joga była objawieniem, czymś dotychczas zupełnie mi nieznanym. No i wsiąkłam w ten nowy świat, przeorganizowałam swoje życie, starałam się uporządkować swoje wnętrze - umysł i duszę, uprawiałam asany, przeszłam na wegetarianizm. Zachwyciła mnie filozofia związana z jogą. 
Wszystko to było może mało uporządkowane i niezbyt głębokie, ale do dzisiaj pozostał mi jakiś sentyment do różnych hinduistycznych i buddyjskich symboli, do kultury i sztuki orientu. Do tematu jogi i wegetarianizmu pewnie jeszcze kiedyś tu powrócę, ale dzisiaj zajmijmy się obrazkami :).


MANDALA.


Pokazywałam Wam już moje czarno-białe rysowane cienkopisem mandale, więc wiecie, że ten motyw nie jest u mnie nowy. 
Mandale kojarzą się nam głównie z Tybetem, ale wywodzą się z Indii, więc znajdują swoje miejsce zarówno w hinduizmie jak i buddyzmie. Tworzenie mandali jest rodzajem medytacji, a jej ostateczny kształt odzwierciedla stan wewnętrzny jej twórcy.

Mandala buddyjska jest rodzajem diagramu łączącego koło z kwadratem, gdzie koło symbolizuje niebo, zewnętrzność i nieskończoność, a kwadrat - cztery strony świata i to wszystko, co jest wewnętrzne i połączone z człowiekiem. Obie figury są harmonijnie połączone, a ich środkiem jest jeden punkt, który symbolizuje człowieka jako środek całego otaczającego go świata, a zarazem oznacza początek i koniec wszystkiego. Mandala pokazuje wiec, jak chaos może osiągnąć harmonijną formę.

Tworzenie mandali (zazwyczaj z drobnego kolorowego piasku) trwa wiele godzin i kończy się jej uroczystym zniszczeniem, co odpowiada zamkniętemu kręgowi życia i śmierci, gdzie koniec jest początkiem nowego, a wszystko jest przemijalne.

LOTOS.


Lotos - kwiat święty w hinduizmie i buddyzmie, narodowy kwiat Indii. Symbolizuje odrodzenie oraz czystość ciała i umysłu. 

Lotos jest rośliną nie tylko cudownej piękności, ale w wielu innych aspektach rzeczywiście niezwykłą. Znalezione niedawno nasiona lotosu sprzed 2 tysięcy lat miały nadal zdolność rozwoju - posiane zakiełkowały i zakwitły! Wszystkie części tej rośliny są jadalne i mają wiele cennych dla naszego zdrowia właściwości. Chcę Wam jednak przytoczyć tutaj dwie ciekawostki innego rodzaju.

Lotos rośnie w wodzie i w stanie naturalnym jest to bardzo często nie żadne tam krystalicznie czyste jezioro, ale najzwyklejsze, błotniste bajoro. Kwiaty lotosu, pięknie rozwinięte w ciągu dnia, na noc zamykają się, łodygi się pochylają i cały kwiat zanurza się w wodzie (czy tam błocie). Rano natomiast, kiedy słońce zaczyna wschodzić, kwiaty znowu podnoszą się z wody i otwierają swoje kielichy. Są przy tym nieskazitelnie czyste, niezależnie od tego w jak zabagnionym bajorku chowały się na noc. Te szczególne właściwości samooczyszczania ma cała roślina, czyli jej łodyga, liście i kwiaty. Zawdzięcza to specjalnej strukturze i pokryciu powierzchni woskowymi kryształkami. Woda z brudem spływa po roślinie, a właściwie toczy się kropelkami, jak rtęć. Liść umazany smołą czy innym paskudztwem wystarczy polać wodą, żeby znowu był czysty. Duże liście lotosu wykorzystuje się więc na przykład do pakowania różnych produktów, ponieważ nic nie jest w stanie ich zabrudzić. Nowoczesne technologie wzorowane na tych hydrofobowych właściwościach umożliwiają produkcję różnych materiałów, na przykład tkanin czy dachówek - z tak zwanym efektem lotosu.

Druga ciekawostka dotyczy produkcji herbaty lotosowej. Jest to herbata rzadko spotykana i dość droga, ponieważ proces jej wytwarzania jest bardzo żmudny. Robi się ją w ten sposób, że listki zielonej herbaty wkłada się na noc do rosnących (żywych) kwiatów lotosu. Jak wcześniej wspomniałam, kwiat wraz ze zmierzchem zamyka się i chowa do wody. w tym czasie listki herbaty nabierają aromatu lotosu, nasiąkają jego olejkami. Proces ten powtarza się kilka razy. Dla uzyskania kilograma herbaty lotosowej potrzeba około 1000 kwiatów lotosu.

Trochę odbiegłam od głównego wątku, ale ta roślina jest naprawdę fascynująca! Jeśli macie ochotę poczytać więcej o lotosie, to polecam ten artykuł - jest tam sporo informacji kulinarnych i o właściwościach leczniczych lotosu :) https://podroze.onet.pl/ciekawe/niezwykle-wlasciwosci-swietego-kwiatu-lotosu/j34bwc0

*****

Miałam tu jeszcze wrzucić drugi obrazek w podobnym klimacie, który powstawał niemal równolegle, ale zawirowania życiowe na razie nie pozwoliły mi na jego dokończenie. Zatem - żeby kolejna przerwa w blogowaniu nie trwała znowu jakąś niezliczoną ilość miesięcy - prezentuję dzisiaj tę jedną akwarelkę, z nadzieją, że wkrótce znowu tu wpadnę :).



Akwarela, cienkopis, rozmiar A3.

sobota, 27 października 2018

Bazgrołki.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że po tak długiej nieobecności nie wypada publikować innych wiadomości niż własny nekrolog albo zaproszenie na ślub...

No, akurat nic z tych rzeczy nie zaszło :)))
...ale ponieważ okazuje się, że jeszcze nie wszyscy w blogosferze o mnie zapomnieli, a nawet, o dziwo, w tej przydługiej przerwie parę duszyczek dołączyło do stałego grona moich miłych gości, to zebrałam się w sobie i postanowiłam w końcu odkurzyć nieco ten blog. 

W domu i pracy sporo się działo, czego rezultatem była ta dłuuuuuga cisza na blogu. No i w dużej części trochę smutne to były sprawy... Nie chcę Was zanudzać, ale - z drugiej strony - wypada chyba napisać kilka zdań wyjaśnienia.

Tak na marginesie - jedną z przyczyn odwlekania powrotu na blog jest brak odpowiedniego sprzętu fotograficznego. Ta kwestia zawsze była słabym elementem mojego blogowania, bo - trzeba to sobie jasno powiedzieć - ani ja nie jestem pasjonatką fotografowania, ani blog nie jest sprawą priorytetową w moim życiu. Toteż zakup porządnego aparatu spada wciąż na dość odległe miejsce listy zakupowej. 

W tej sytuacji zawieszenie bloga wkrótce musiałabym uznać za trwałe zamknięcie... A zwyczajnie stęskniłam się za blogosferą, no i chciałam dać znać, że żyję :).
Tak że ten... z jakości zdjęć więcej tłumaczyć się nie będę, licząc na Waszą wyrozumiałość jeszcze przez pewien czas. 




A zatem - co się działo przez ostatnich 10 miesięcy?


Czas pożegnań. Choroby naszych czworonogów.


Większość zmartwień i problemów wiązała się ze zdrowiem naszych futrzastych ulubieńców. 

  • Stan na początku roku: dwa psy (duży i mały, obie suczki staruszki) i trzy koty (dwoje staruszków i jedna młoda wariatka).
  • Stan obecny: jeden pies i dwa koty.

MISIA.


Na wiosnę mieliśmy ogromne zmartwienie - zachorowała nasza ukochana psinka Misia, członek rodziny od prawie 13 lat, wielki pies o jeszcze większym, anielskim sercu. 
Choroba w pewnym momencie szybko się rozwinęła i niestety w końcu Misia odeszła za Tęczowy Most... 

W sumie jej choroba trwała kilka miesięcy i dla mnie to nie był dobry czas ani na prowadzenie bloga, ani na malowanie obrazków...


MUSZKA.


Mamy jeszcze drugą psinkę, staruszkę Muszkę, o której pisałam jakiś czas temu w kontekście łąkowych inspiracji do akwarelowych obrazków. Przygarnęliśmy ją rok temu, ale to już psia emerytka (blisko 16 lat na psim karku to nie przelewki!). Muszka ledwie zipie, ale na spacery się wyrywa i robi taki jazgot około 18tej, że czujemy się sterroryzowani i deszcz czy upał, na krótki spacerek trzeba wyskoczyć. W dodatku musimy iść oboje z  mężem. Kiedy ja sama próbuję z nią wyjść, to Mucha tuż za progiem zarywa się nogami w grunt i piszczy niesamowicie, wywołując pańcia z domu. Tak że musimy iść całym stadem :). 

Coraz częściej jednak bywają gorsze dni, Muszka traci siły, dusi się, kaszle (powiększone serce i płyn w płucach) i wtedy w zasadzie cały czas po pracy poświęcamy pieskowi, dyżurujemy razem z mężem albo na zmianę. Trzeba z nią rozmawiać, głaskać, podsuwać smakołyki. Dostaje między innymi diuretyki (leki moczopędne), więc często musi wychodzić na dwór na siku (w nocy też kilka razy). Czasem nie ma siły sama zejść po schodkach do ogrodu - wtedy wynosimy ją na rękach. Jak ma ochotę poleżeć w altance, to zawsze któreś z nas też tam siedzi, żeby w razie czego zanieść ją do domu, albo przypilnować, żeby nie wpadła do oczka wodnego, z którego lubi pić wodę. Pomimo wysiłków naszych i weterynarzy - jej stan jest jednak coraz gorszy...


GRUBCIO.


We wrześniu spadł na nas kolejny cios - nagle zaniemógł Grubcio, nasz kochany, przesympatyczny kocur, dawniej dzikus piwnicznego pochodzenia, na stare lata wielki domator. Grubcio dożył w świetnej formie całkiem poważnego wieku 13 lat, co jak na kota domowo-podwórkowego jest niezłym wynikiem. 

I nagle, nie wiadomo dlaczego, zrobił się bardzo słaby, nie chciał jeść, ciężko oddychał... Dziwnie to wyglądało, początkowo myśleliśmy, że się czymś lekko struł, ale po dwóch dniach nie było poprawy, więc zabraliśmy go do weterynarza. Okazało się, że w płucach jest płyn, Grubcio oddycha tylko szczytami. Lekka gorączka... i nic więcej. Żadnych oznak jakiegoś wypadku czy innej poważniejszej infekcji. Grubcio dostał więc trzy zastrzyki, jakieś sterydy przeciwzapalne i coś tam jeszcze, i po trzech dniach mieliśmy wrócić do kontroli. 
W domu nieco się ożywił, nawet zjadł trochę smakołyków... Niestety, nocy już nie przeżył. 



*****

Oprócz tego mieliśmy na głowach sporo kłopotów innego rodzaju. Po odchowaniu dzieci przyszedł na czas na zajmowanie się rodzicami... No taka jest kolej rzeczy. 

Lato z kolei wiązało się z dość intensywnymi pracami porządkowymi, bo ogród zarósł nam niemożebnie. Trzeba było usunąć trochę nadmiernie rozrośniętych drzew i krzewów, zmienić rozkład i rodzaj nasadzeń, ponieważ stopniowo rezygnujemy z ozdobnych iglaków i trawnika - na rzecz pożytecznych drzewek i krzewów owocowych oraz grządek warzywnych. To wymagało jednak ogromu pracy, a przecież oboje z mężem pracujemy zawodowo i to dość intensywnie.


*****

W takich warunkach trudno jest skupić się nad obrazkami. Z drugiej strony - obiecywałam sobie, że będę więcej malować i rysować... 



Rysunkowe ćwiczenia, czyli "artysto - twórz, nie gadaj!".


...in progress...


Lubię w malowaniu się "zatracić", nie odrywać się co chwila do różnych spraw, a przy tym nie cierpię jak mi ktoś przez ramię zagląda. Potrzebuję więc do tego ciszy i spokoju. Ostatnio jednak wszechświat mi nie sprzyjał... 
Stąd wziął się pomysł na takie małe, "niezobowiązujące" formy, znakomite do realizacji w tych dniach, kiedy nie mogę zbyt wiele czasu na malunki poświęcić. 
Lepiej rysować/malować cokolwiek, niż nic. Zawsze to jakieś ćwiczenie. I nawet jak w trakcie rysowania muszę przerwać, to bez większego żalu, że coś mnie wybija z rytmu i że wena twórcza odleci. No najwyżej w międzyczasie przyjdzie mi jakiś nowy pomysł na dokończenie rysunku :).

Wspominałam już wielokrotnie, że jedną z moich ulubionych technik jest rysunek - uwielbiam zwłaszcza ten kontrast: głęboka czerń tuszu na śnieżnej bieli papieru! 
Ale tematyka co pewien czas się zmienia. 

Jakiś czas temu pokazywałam Wam moje mandale b&w - jeśli macie ochotę je obejrzeć, to są w postach z etykietą "mandala"

Był też okres... nazwijmy go "ptasi", z piórkami i gniazdkami (posty z etykietą "piórka").

Czasem więc tak sobie bez planu zwyczajnie skrobię tym cienkopisem, nic spektakularnego, jakieś abstrakcyjne bazgrołki, co mi tam do głowy przyjdzie. Niekiedy zainspirowane rysunkami znalezionymi na Pintereście, modne ostatnio zentangle i temu podobne. Polecam każdemu, kto szuka łatwego sposobu na odstresowanie, oderwanie myśli od codziennych problemików. Nie są potrzebne żadne szczególne zdolności plastyczne, bazgrać w końcu każdy jakoś tam potrafi, a obrazki nie muszą przypominać niczego realnego.

Takie bazgrołki są całkiem dobrą formą ćwiczenia ręki, a także cierpliwości i systematyczności w rysowaniu. Czyli tego, czego przez ostatnie miesiące stanowczo mi brakowało. 
Nie wiąże się to także z większą inwestycją w materiały plastyczne. Wystarczy pisak i papier. Ja wykorzystałam czarny cienkopis Sakura Micron 005 i zwyczajny papier do drukarki.

*****

Oczywiście powstało też trochę akwarelek, próbowałam też wrócić do malarstwa olejnego, to i owo muszę jeszcze dokończyć albo poprawić - stopniowo będę te "arcydzieła" ujawniać :).

Wkrótce pokażę moje eksperymenty rysunkowe z nowymi technikami, które próbuję okiełznać. Może do tego czasu uporam się z problemem aparatu i uda się cyknąć nieco lepsze fotki.
Planuję też stopniowo wprowadzać nieco większą rozmaitość tematyczną, bo sporo kwestii ciśnie się na klawiaturę... Z pisaniem zresztą idzie mi nieco lepiej niż z fotografowaniem :). 

*****



sobota, 11 listopada 2017

Książki o sztuce. "Rozmowy z Picassem".

Ten post, przygotowany kilka tygodni temu, leżał sobie spokojnie w "poczekalni" i zamierzałam opublikować go znacznie później, może za miesiąc, bo ostatnio sporo było tych książkowych i nie chciałam Was zanudzać. Jednak sprawy się pokomplikowały, albowiem uległam niewielkiej, ale bardzo uciążliwej kontuzji, która utrudnia mi posługiwanie się prawą ręką, a co za tym idzie - pisanie, rysowanie i inne czynności życiowe. Z tego powodu na blogu zaczął się robić mały zastój, a że rehabilitacja jeszcze trochę potrwa, to jako temat zastępczy postanowiłam wykorzystać tę opowieść o kolejnym znanym artyście. Mam nadzieję, że wkrótce wrócę tu w lepszej formie i z bardziej "twórczymi" postami :).

Znowu sięgnęłam do mojej prywatnej biblioteczki, na półkę z nieco zakurzonymi już książkami o słynnych malarzach... Tym razem wybrałam "Rozmowy z Picassem", której autorem jest Brassai (z dwiema kropeczkami nad "i"), znany fotograf, o którym za chwilę powiemy sobie kilka słów...

Po raz pierwszy czytałam tę książkę w czasach licealnych i chyba później do niej już nie wracałam. Nie jestem, a zwłaszcza - nie byłam, fanką kubizmu... Interesując się malarstwem znałam oczywiście mniej więcej dorobek malarski Picassa, ale prawie nic nie wiedziałam o jego rzeźbach, a w tej książce mowa jest głównie o rzeźbach właśnie, więc wówczas jakoś mnie to specjalnie nie wciągnęło. 
Tym razem jednak czytało mi się tę historię wspaniale! Do pewnych rzeczy może trzeba po prostu dojrzeć :). 


Brassai i Picasso (źródło)
A kiedy już ją przeczytałam, zaczęłam szukać w internecie źródeł, które powiedziałyby mi więcej o przyjaźni Picassa z Brassaiem. Przyznam się Wam, że wcześniej nie miałam pojęcia jakiej miary fotografem był Brassai...

I wtedy... zaczęłam czytać tę książkę od nowa. 
Tak więc w ciągu dwóch tygodni przeczytałam ją dwa razy - za pierwszym razem poznając głównie Picassa, za drugim - skupiając się na Brassaim.

A zatem - zajmijmy się książką. 
Jak już wspomniałam, autorem "Rozmów z Picassem" jest fotografik węgierskiego pochodzenia, Gyula Halasz, znany jako Brassai. Jest to autentyczny zapis rozmów tych dwóch twórców z lat od 1943 do 1947 i po długiej przerwie jeszcze z lat 1961-1962, opracowany na podstawie skrupulatnie prowadzonych na bieżąco przez Brassaia notatek, opatrzonych dokładnymi datami i wzbogaconymi o późniejsze uwagi, liczne dygresje i retrospekcje.

Postać autora książki jest może odrobinę mniej fascynująca, niż głównego bohatera, ale na pewno warto wspomnieć o nim kilka zdań. 
Brassai (1899-1984) uznawany jest za jednego z najważniejszych artystów fotografów w historii, a jego uliczne fotografie o rozpoznawalnym stylu stanowią uznany kanon street photo. Bardzo chętnie fotografował sceny z ulic Paryża, zwłaszcza w nocy lub we mgle, wykorzystując ciekawe efekty świateł latarń czy samochodów. 


fot. Brassai - źródło 
Bohaterami jego zdjęć bardzo często byli przedstawiciele tzw. półświatka - transwestyci, kloszardzi, prostytutki... 
Zainteresowanym polecam ciekawy artykuł na jego temat: 
 https://fotodinoza.blogspot.com/2016/09/dugie-cienie-brassaia.html

W połowie lat 20-tych rozpoczął pracę jako dziennikarz magazynu artystycznego "Minotaur", który zlecił mu przygotowanie serii fotografii kilku znanych już wówczas artystów - surrealistów Dalego i Elouarda, oraz Picassa. Twórczości, a konkretnie mniej znanym wówczas rzeźbom Picassa, miało być poświęconych około 30 stron. Była to praca dość długa i żmudna, ponieważ - pamiętajmy - blisko sto lat temu technika fotograficzna nie była tak zaawansowana jak obecnie. Ponadto Brassai podchodził do swojego zadania rzetelnie - starał się dobrze poznać artystę, towarzyszył mu przy pracy, rozmawiali na różne tematy, spotykali się w różnych sytuacjach. Spotkania z Picassem przerodziły się w długoletnią współpracę i zażyłość. 

W swojej książce Brassai opisuje okres pracy nad fotografiami dla czasopisma, a następnie trwające kilka lat przygotowywanie fotograficznej dokumentacji artystycznej do albumu z rzeźbami Picassa. Wspomina oczywiście także o pewnych własnych dokonaniach artystycznych, ale robi to niejako na marginesie i z dużą dozą skromności. Napomyka więc o rysunkach, które podobały się Picassowi i dzięki jego znajomościom ostatecznie zostały zaprezentowane na wystawie, a także o wspólnej z Picassem pracy przy oprawie dekoratorskiej pewnego przedstawienia teatralnego i baletu. Są to jednak drobne wzmianki, a pierwsze skrzypce gra w całej opowieści Picasso. 


Jedna z rzeźb Picassa, fot.Brassai - żródło
Przejdźmy jednak do zasadniczej treści książki. Dzięki szczegółowym zapiskom Brassaia możemy poznać Picassa (1881-1973) dość blisko, nie tylko jako wielkiego twórcę, prekursora kubizmu, ale także jako zwyczajnego człowieka, z jego przeróżnymi wadami i zaletami, codziennymi zwyczajami, charakterystycznymi zachowaniami, przyzwyczajeniami itd.

Brassai tak wspomina pierwsze zetknięcie z Picassem, artystą będącym już wówczas znanym, światowej klasy twórcą: 
"Emocja mieszała się z czymś w rodzaju trwogi, bo też miał w tej epoce reputację nieprzystępnego. (...) Żywy Picasso, jakiego miałem przed sobą, zatarł ów obraz i wszystkie moje obawy: prosty człowiek, bez afektacji, pychy, bez pozy. Jego naturalność i miłe obejście od razu wróciły mi dobre samopoczucie". 
W miarę czytania ze stron książki wyłania się więc stopniowo umiejętnie nakreślony nie tylko artystyczny, ale też psychologiczno-socjologiczny portret Picassa. 

Między zapis dialogów z Picassem i rozmów z innymi twórcami, wydawcami, marszandami, Brassai wplótł wiele ciekawych obserwacji ówczesnego świata sztuki a także esencjonalne wzmianki o otoczeniu, w jakim tworzył Picasso. Dla kogoś, kto nie ma uporządkowanej wiedzy o kierunkach w malarstwie, które tak intensywnie tworzyły się i mieszały w okresie przełomu XIX/XX wieku aż do połowy wieku XX, te wszystkie impresjonizmy, fowizmy, kubizm, surrealizm itd, kto, kiedy, jak i dlaczego - ta książka jest świetną pozycją, wyjaśniającą i porządkującą ten artystyczny tygiel. Brassai z wielką zręcznością, bez zanudzania czytelnika, w dość syntetycznej, ale bardzo przystępnej formie, wplecionej między opowieści o konkretnych spotkaniach i rozmowach, zarysowuje przed nami logiczny ciąg zdarzeń, które ukształtowały kolejne artystyczne ruchy tego okresu, opisuje interesująco ich główne założenia, porządkuje je historycznie, a nawet geograficznie. Wschód Paryża z Montmartre i Montparnasse to była kolebka impresjonizmu i fowizmu, stopniowo marszandzi i nowe pokolenia artystów przenosili się bardziej na zachód, gdzie narodził się kubizm i surrealizm. 

Pracując w redakcji "Minotaure" Brassai znalazł się w ośrodku surrealistów, gdzie poznał wszystkich znaczących twórców tego nurtu, zarówno malarzy jak i poetów. Sympatyzując z surrealistami, z czasem nabrał jednak pewnego dystansu, nie ze wszystkimi ich poglądami na sztukę zgadzał się bez zastrzeżeń, wielu nie akceptował zupełnie. I w tym czasie pojawiła się okazja do poznania Picassa, twórcy kubizmu, artystycznie konkurującego z surrealistami. Interesujące są te fragmenty, w których autor porusza kwestie relacji Picassa z innymi wielkimi twórcami, na przykład z Dalim, którego od początku Picasso traktował jak obiecującego młodego artystę, wielokrotnie mu pomagał, za co Dali odpłacał mu później śmieszną megalomańską nienawiścią, podszytą zazdrością o sławę. 

Warto może też wspomnieć, że na wczesną twórczość Picassa ogromny wpływ mieli postimpresjoniści, z Henrim Toulouse-Lautrekiem na czele (o książkach o H.T.-L. pisałam w tych postach: tutaj i tutaj). Natomiast w późniejszym okresie - Cezanne, o którym tak mówił:
"Czy ja znam Cezanne'a! Ależ on był moim jedynym i wyłącznym mistrzem! Może pan sobie wyobrazić, jak się wpatrywałem w jego obrazy... Studiowałem je całe lat... Cezanne! Był dla nas wszystkich ojcem. To on nad nami czuwał."
W książce znajdziemy również wzmiankę Picassa o pierwszym spotkaniu z Gertrudą Stein, która stała się pierwszą kolekcjonerką jego dzieł, a niekiedy ratowała finanse prekursora kubizmu (tutaj mój post o G. Stein).


Brassai bardzo ciekawie opowiada o głównych założeniach i istocie kubizmu, co wyjaśnia zarazem zainteresowanie Picassa rzeźbą:
"Kubizm powstawał w oparciu o Ingresa i Cezanne'a, z myślą o zdynamizowanej plastyczności i jako reakcja na impresjonizm, który psuł bryłę, zacierał masywność ciał w barwnych plamach i świetlnych wibracjach. Dzieło Picassa wyraża naturalną skłonność artysty do pełni kształtu. Kubizm wywoływał silne wrażenie obracającej się rzeźby i ukazywał równoczesność jej rozmaitych aspektów". 


Rzeźba Picassa w brązie, fot. Brassai (źródło)
Brassai pisze to wszystko niezwykle lekko, ze sprawnością i wyczuciem pasjonata, który doskonale rozumie temat, o którym się wypowiada. Od uwag natury ogólnej i teoretycznej szybko przechodzi do scenek z życia, spotkań z Picassem, jego rodziną i przyjaciółmi, przytacza fragmenty rozmów. Opisuje zdarzenia zarówno z życia artystycznego Picassa, jak i zwykłe, codzienne, domowe sytuacje. Opowiada o zwyczajach artysty, jego przyzwyczajeniach i cechach charakteru, przez wiele lat śledzi jego drogę artystyczną, zapisuje opinie Picassa o innych twórcach, o sztuce w ogóle.

W czasie wojny Picasso, chociaż mógł wyjechać do dowolnego zakątka świata, bo miał i pieniądze i wielu przyjaciół, pozostał jednak w Paryżu. Było to wielką pociechą i moralnym wsparciem dla innych jego paryskich znajomych. W tym czasie nadal rzeźbi i maluje, przeżywa zauroczenia kolejnymi kobietami... Brassai przytacza historię znajomości Picassa z 20-letnią dziewczyną, początkującą malarką, zachwyconą twórczością wielkiego mistrza. Jednak chociaż zafascynowany Picasso ulega jej urokowi, to - jak twierdzi Brassai: "Dla niego przygoda miłosna nigdy nie byłą celem samym w sobie, tylko bodźcem dla jego siły twórczej (...)."

Artystyczna spuścizna Picassa to około 30 tysięcy dzieł (!) - obrazów, rysunków, rzeźb. Był twórcą niesłychanie pracowitym, całe jego życie było podporządkowane twórczości. Nawet w formie rozrywki rzeźbił w małych kamykach wyrzuconych przez morze, tworzył miniaturowe rzeźby z papieru, eksperymentował z różnymi narzędziami malarskimi.
Miał szczególny stosunek do pieniędzy, nie lubił nimi płacić, wolał dawać w zamian swoje obrazy, nawet jeśli ich wartość przewyższała wartość tego, co kupił. 
Brassai cytuje jego słowa w trakcie rozmowy o ewentualnym chwilowym porzucaniu sztuki na rzecz innych, bardziej intratnych zajęć:
"Gdy się ma coś do powiedzenia, do wyrażenia, najmniejsza zależność staje się po pewnym czasie nie do zniesienia... Trzeba mieć odwagę uznać swój zawód i wykonywać go. Tak zwany "drugi zawód" to zawracanie głowy! Ja sam byłem nieraz goły, a jednak zawsze potrafiłem się oprzeć pokusie zarabiania inaczej niż pędzlem... (...) Chodziło mi o to, aby żyć z malarstwa... Na początku nie sprzedawałem drogo, ale sprzedawałem... Rysunki i obrazy opuszczały pracownię... A tylko to się liczy..."

Mam wrażenie, że rzeźby Picassa nie są tak znane jak jego obrazy. Mimo więc, że książka Brassaia dotyczy głównie rzeźb, to pozwolę sobie wkleić tutaj zdjęcie jednego z najsłynniejszych, a zarazem najwcześniejszych obrazów Picassa - "Panny z Avignon": Picasso namalował je mając 26 lat i tym samym dał początek epoce kubizmu.

źródło
Ten obraz zapoczątkował także trwającą kilkadziesiąt lat przyjaźń i współpracę Picassa ze znanym marszandem Danielem Henrym Kahnweilerem. Brassai w swojej ksiażce przytacza także fragmenty swoich rozmów z Kahnweilerem. 
Warto wspomnieć, że kiedy Kahnweiler po raz pierwszy zobaczył świeżo ukończone dzieło Picassa "Panny z Avignon", miał zaledwie 23 lata, rzucił właśnie dopiero co rozpoczętą pracę w należącym do rodziny domu maklerskim i zamierzał zająć się handlem dziełami sztuki. Obraz Picassa zrobił na nim tak wielkie wrażenie, że natychmiast zdecydował się z góry zakupić wszystko, cokolwiek Picasso namaluje, za wyjątkiem pięciu obrazów rocznie, zastrzeżonych dla malarza. Wyobrażacie sobie? - dwóch chłopaków, młody malarz i początkujący marszand z wynajętą mikroskopijną galeryjką, postanowili, że zawładną rynkiem sztuki! I tak też się stało :).

Podsumowując: książka pasjonująca, wielowątkowa, przedstawiająca nie tylko wnikliwy i autentyczny portret Picassa, ale także kręgi artystyczne ówczesnego Paryża, przybliżająca wiele postaci świata sztuki. Brassai z wyczuciem artysty i literackim talentem opisuje zdarzenia, których był naocznym świadkiem. Wielka szkoda, że w książce nie ma żadnych ilustracji - dzieł Picassa czy fotografii Brassaia. Dla pasjonatów malarstwa czy historii sztuki pozycja ze wszech miar godna polecenia, a myślę że z wielką przyjemnością przeczytają ją także osoby zainteresowane historią nowoczesnej fotografii.

*****