sobota, 18 stycznia 2020

Dwa złotka do kolekcji.

No rozkręciłam się z tymi mandalami :). Te dwie machnęłam jakoś tak raz-dwa w jeden wieczór... no dobra, popołudnie i wieczór. Jedyne, co spowalnia ich tworzenie, to fakt, że żel nie wysycha na papierze tak błyskawicznie jak cienkopis, więc muszę uważać i czasem robić małe przerwy, żeby sobie niechcący nie rozmazać rysunku.


Najpierw była ta (numer pięć):



I zaraz potem ta (numer sześć):



Jak wspominałam niedawno - ma ich być sztuk dziewięć, żeby na ścianie można było utworzyć z nich kwadratową kompozycję 3 sztuki na 3. Mam już sześć, czyli jak nic się nie wydarzy, to za chwilę machnę pozostałe trzy i będzie komplecik :). Tylko co ja będę rysować jak skończę już ten zestaw?! Mandalowanie stało się niemal nałogiem, kończę jedną i już mam w głowie wizję kolejnej :). 



ostatnie cztery sztuki

Ale spoko, są już nowe pomysły! Na razie czeka mnie jeszcze oprawienie mandalek. Największym problemem będą passe-partout's w odpowiednim kolorze. Wiem, jakie mają być, ale jeszcze trzeba je znaleźć :). A potem karkołomna operacja zawieszania 9 obrazków 3 metry nad schodami... Obrazki nie będą bardzo ciężkie, więc pomyślałam o taśmie montażowej, bo uniknie się kombinacji z wierceniem. Jeszcze w ten sposób niczego nie zawieszałam, więc nie mam pewności czy to się sprawdzi, no ale zobaczymy...


jest 6 sztuk!
Informacyjnie przypominam dane techniczne: rysunek złotym żelopisem firmy Sakura na czarnym papierze firmy Canson 160g, rozmiar każdego rysunku 30x30cm.

A ponieważ czasem ktoś pyta czy używam jakichś narzędzi, to wyjaśniam: w przypadku mandali zawsze najpierw wyznaczam środek kwadratowej kartki (przy pomocy linijki), a następnie cyrklem rysuję kilka koncentrycznych okręgów, które będą stanowić bazę konstrukcyjną, coś w rodzaju siatki, na której będę budować mandalę. Zazwyczaj wyznaczam też ołówkiem, przy pomocy linijki i cyrkla lub kątomierza, jakieś przekątne, lub promienie w określonych odstępach (np. co 30 albo 45 stopni), albo cyrklem rysuję dodatkowe łuki, w zależności od wizji, jaką mam na temat ogólnego zarysu mandali. Potem te główne linie pociągam żelopisem.

Nigdy nie mam dokładnego planu - jak ma ta mandala wyglądać, z ilu części "tortu" będzie się składać, jakie będą na niej elementy, czy będzie miała charakter roślinny, orientalny czy geometryczny itd. To się dzieje w trakcie, na bieżąco, jak mam już narzędzia w ręce i zaczynam stawiać pierwsze linie :). Drobne elementy wypełniające łuki i okręgi rysuję już od razu żelopisem odręcznie, powtarzając każdy symetrycznie i starając się, żeby były w miarę do siebie podobne :). Ale jak się przyjrzycie, to dostrzeżecie wiele odstępstw, to nie jest idealne odwzorowanie. 

Sztuczka polega na iluzji - jeśli są zachowane główne podziały (na koncentryczne okręgi i promieniste kawałki "tortu"), to te drobiazgi się gubią i nie widać aż tak dokładnie, że w jednej ćwiartce listek jest ciut większy niż w drugiej, albo że zmieściło się o jedna kropkę mniej niż w innym kawałku.

Jak rysować siatkę pomocniczą pokazywałam i wyjaśniałam w tym wpisie: MANDALE. W tych żelopisowych złotych mandalach nie używałam kątomierza i siatki nie są tak gęste :).



*****


czwartek, 16 stycznia 2020

Polskie Miasta w Zentangle (2) - Czechowice-Dziedzice.

Drugi tydzień wyzwania rysunkowego Polskie Miasta w Zentangle - tym razem rysujemy skojarzenia związane z miastem Czechowice-Dziedzice. O szczegółach wyzwania pisałam tutaj (klik!).



W pierwszym tygodniu, kiedy mieliśmy "zadane" Chełmno - nie miałam pojęcia, co to za miasto, i jak "ugryźć" temat w rysunku. Musiałam sporo poszperać w internecie, żeby się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy o tym mieście. Natomiast Czechowice-Dziedzice od razu błysnęły mi w pamięci przemysłem i kopalnią węgla kamiennego - miałam to wbite gdzieś jeszcze z lekcji geografii. No i jeszcze zapałki, ale jakoś nie miałam wizji rysowania zapałek. Powstało więc moje zentanglowe wyobrażenie szybu kopalnianego :).

Na wszelki wypadek poszperałam jeszcze w internecie, bo od moich szkolnych lat minęła epoka, świat poszedł do przodu, kto wie, co tam w tych Czechowicach-Dziedzicach się dzieje?
Ale research nie przyniósł żadnych rewelacji. 

Świat może gdzieś tam poszedł do przodu i przestawił się na odnawialne źródła energii, ale w Cz-Dz, w nierentownej kopalni, nadal wydobywa się węgiel na potrzeby gospodarstw domowych i naszych przestarzałych elektrowni. Jedyna pociecha, że podobno węgiel z tamtejszej kopalni "Sielsia" jest stosunkowo dobrej jakości, czyli wysokokaloryczny i z małą ilością siarki i innych zanieczyszczeń, a tym samym spalanie emituje ociupinkę mniej smogowego paskudztwa. Nie winię za ten stan rzeczy samych czechowiczan-dziedziczan, to ich chleb, ale gdyby włodarze miasta, powiatu, a i ci na samej górze, 20 lat temu zaczęli kombinować, jak zapewnić inną pracę dla tych 1600 osób w tym rejonie, które dzisiaj walczą o utrzymanie swojego zatrudnienia w kopalni, to dzisiaj sytuacja mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. W tym czasie powstało w Polsce mnóstwo nowych (i nowoczesnych!) fabryk, infrastruktura logistyczna, czy szereg innych firm - ale tylko tam, gdzie ludzie byli otwarci na nowe myślenie, na zmiany. Wiem, bo w mojej okolicy też są choćby strefy ekonomiczne i tak właśnie się dzieje - powstało mnóstwo nowych miejsc pracy, ludzie przyjeżdżają z całej Polski, a nawet z zagranicy. Planowanie długofalowe to jednak nie jest jeszcze u nas coś oczywistego.

By Krzysztof Kwaśny - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=17831547

Pomarudziłam trochę, ale wróćmy do zabawy rysunkowej. Tak więc w tym przypadku skojarzenie było oczywiste, ale gorzej było z przedstawieniem tego skojarzenia na małym kartoniku. Trochę się nakombinowałam nad wymyśleniem symbolu i potem przerobieniem go na zentanglowy styl.



Rysunek wykonany zgodnie z zasadami Zentangle czarnym cienkopisem (i wycieniowany ołówkiem) na kartoniku 9x9cm.

Poprzedni rysunek wyzwaniowy:


A za chwilę nowe zadanie - w przyszłym tygodniu będziemy rysować nasze skojarzenia z KALISZEM.


****

niedziela, 12 stycznia 2020

To jeszcze nie koniec złotej serii.

Kolejna (czwarta) złota mandala - do zapowiadanego kompletu:




Tutaj pokazywałam poprzednie, jakby ktoś chciał sobie pooglądać:


Ale, ale, słuchajcie! 
Planowałam narysowanie czterech złotych mandali, które miały razem zawisnąć jako komplet, w układzie 4x4. Pierwotnie miały zdobić pokój męża, ale koncepcje w trakcie trwającego wlokącego się remontu trochę się pozmieniały. 
Robimy roszady z zamianą funkcji pokoi, wystrojem itd, w efekcie aktualnie pokój męża zszedł na dalszy plan, a tymczasem nagle powstała mi wielka pusta ściana na klatce schodowej, na szerokość 3m i wysokość 3m (plus poniżej jeszcze kawałek skosu wzdłuż schodów), jasno oświetlona, bijąca pustką po oczach, świeżo odmalowana na biało - co stanowi spory kontrast po dotychczasowym ciemnym beżu. Wisiała tam dotychczas wielka i paskudna (!) reprodukcja w jeszcze paskudniejszej ramie, która kiedyś, jakieś wieki temu - z niepojętego dzisiaj powodu - chyba (???!!!) nam się podobała, ale od paru lat trwała tam już tylko przez "zasiedzenie", bo dostęp nad schodami trudny, żeby to jakiś ściągnąć i czymś zastąpić, i ciągle brakowało nam impulsu do działania. 
W końcu przy okazji malowania wieka paskuda została zdjęta definitywnie raz i na zawsze, nawet wyjęłam ją z ramy i mam całkiem inny pomysł jak ramę zrefreszingować i czym wypełnić. Ale to musi jeszcze chwilę poczekać i nowe dzieło znajdzie miejsce docelowe gdzieś indziej. W każdym razie tutaj już pole do działania jest, pustą ścianę trzeba zapełnić :).




A poza tym, po pierwsze - rozpędziłam się z tymi mandalami, bardzo przyjemnie się rysuje złotym żelopisem i sam proces tworzenia sprawia mi ogromną frajdę, więc szukałam tylko pretekstu i z dziką rozkoszą narysuję jeszcze kilka :), a po drugie - po zastanowieniu się doszłam do wniosku, że docelowa ściana, jako się rzekło, jest dość sporą pustą połacią i cztery elementy (każdy po oprawieniu w passe-partout i ramkę będzie miał wymiary około 45x45cm) będą na niej ginąć. 
Więc powstała w mojej głowie śmiała wizja - będzie 9 elementów! 
Układ trzy elementy na trzy pozwoli zapełnić kwadrat około 1,5 na 1,5m i to już na tej ścianie będzie konkret! 

Czyli pozostało mi do narysowania jeszcze pięć złotych mandalek :). Póki co bardzo mnie to raduje, mam tylko nadzieję, że gdzieś w okolicy ósmej wena mnie nie opuści :))). 




Nie będę Was jednak zamęczać pięcioma kolejnymi wpisami osobno z każdą nową mandalą, postaram się to jakoś pogrupować :). W ogóle nabrałam rozpędu i twórczego i blogowego, częstotliwość wpisów znacznie wzrosła w ostatnich tygodniach i mam nadzieję, że to się utrzyma. W tak zwanym międzyczasie biorę przecież udział w rysunkowym wyzwaniu Polskie Miasta w Zentangle, więc co tydzień powinnam coś w tym temacie tutaj wrzucić, a powstają też inne rysunki i malunki. 

No bo patrzcie - przyjechały już do mnie, oprócz wiadomych złotych żelopisów, na które czekałam, żeby dokończyć czwartą mandalę - metaliczne farbki Kuretake Gansai! 


Śliczności moje, gwiazdeczki :))))

Zanim pokażę Wam coś namalowanego przy użyciu tych złotek, najpierw muszę trochę się z nimi zapoznać, popróbować, jak się zachowują, jak można je łączyć z pisakami, akwarelami itd. 
Projekty w głowie już mam, ale czy to wyjdzie tak jak bym chciała? Zobaczymy :).

Przy okazji, oprócz złotych farbek i żelopisów, z Szał-artu przyjechały do mnie także nowe cienkopisy, eksperymentalnie nabyłam też jeden czarny pisak pędzelkowy, a także czarne bloki techniczne, na których rysuję mandale. 
No i jeszcze jedno - blok z kartkami 250g w kolorze beżowym (naturalnym), na którym będę eksperymentować cienkopisami, brush-penem, żelopisem, złotymi farbkami, kredkami, suchymi pastelami, akwarelami.... Bardzo mi się ten papier podoba, zobaczymy jak będzie współpracował z różnymi technikami... i moimi pomysłami :))).




*****


A na koniec specjalnie dla Amyszki, bo temat aktualny - u nas też chowanki pod dywanikiem! Ta górka to schowana  Balbinka, a Basia szuka!





*****

środa, 8 stycznia 2020

Polskie Miasta w Zentangle (1) - Chełmno.

Czy wiedzieliście, że Chełmno jest nazywane Miastem Miłości? 



Pewnie fani Walentynek są w temacie doskonale zorientowani, ale ja się o tym dowiedziałam niemal przed chwilą, za sprawą wyzwania rysunkowego pod nazwą "Polskie Miasta w Zentangle"wymyślonego przez naszą polską specjalistkę od Zentangle, Danusię Popowicz. 

Wyzwanie trwa 10 tygodni, w każdym tygodniu rysujemy w stylu Zentangle, najlepiej na małych kwadracikach 9x9cm, skojarzenia związane z nazwami polskich miast, które podała organizatorka:

wyzwanie rysunkowe zentangle

Bliższe szczegóły, zasady itd - oczywiście na blogu Danusi DENIMIX.PL.

Wyzwanie co prawda "dzieje się" głównie na Instagramie, pod hashtagiem #zentanglechallengeplale ponieważ ja na IG nie mam póki co profilu, to będę swoje rysunki pokazywać tutaj, na blogu, w postach oznaczonych taką samą etykietą.

Teoretycznie niby taki jeden mały rysunek na tydzień to nie tak wiele, ale trudność polega na tym, że mnie na przykład niektóre nazwy miast z niczym konkretnym się nie kojarzą. Oprócz orientacyjnego położenia na mapie, bo tyle to jeszcze z grubsza wiem :).

No i na pierwszy ogień poszło Chełmno, o którym nie wiem nic kompletnie, poza mglistym pojęciem o rejonie, w jakim jest położone  (województwo kujawsko-pomorskie, około 40km na północ od Torunia, a ode mnie to... hohoho!). Na szczęście w dzisiejszych czasach to żaden problem, "Wujek Gugiel" zawsze służy pomocą :). 
No i się zdziwiłam! 

A otóż! Okazuje się, że Chełmno nazywane jest "małym Krakowem", albo "polskim Carcassonne", albo... "Miastem Zakochanych"! 
Ha! No nie wiedziałam! 




Nie będę Wam tutaj wykładać historii miasta i opowiadać o atrakcjach turystycznych, zainteresowanych odsyłam do oficjalnej strony internetowej Chełmna - https://chelmno.pl/pl/
W związku z wyzwaniem rysunkowym mnie osobiście zainteresował wątek pod tytułem "Miasto Zakochanych" i na tym chcę się tutaj skupić.

Pewnie niektórzy z Was pomyślą - "phi, każdy może sobie tak mówić o swoim mieście!". A otóż nie! Bo w Polsce tylko Chełmno ma na to licencję! 
Ze strony www miasta:


3 listopada 2006 roku Chełmno otrzymało oficjalnie Świadectwa Ochronne Urzędu Patentowego do używania jako znaku towarowego nazwy “CHEŁMNO – MIASTO ZAKOCHANYCH” oraz “MIASTO ZAKOCHANYCH”.
 W 2011 roku zostało również zastrzeżone przez miasto prawo do używania nazwy
 “MIASTO MIŁOŚCI”.

Inicjatywa zgłoszenia znaku towarowego pojawiła się w Urzędzie Miasta w Referacie Oświaty, Kultury i Promocji w momencie, kiedy postanowiono wykorzystać, dla celów promocji miasta, przechowywane w kościele p.w. Wniebowzięcia NMP (farnym) relikwie św. Walentego i organizowane uroczystości walentynkowe.

No bo właśnie - w chełmińskiej Farze od średniowiecza przechowywana jest relikwia świętego Walentego, mianowicie fragment kości jego czaszki. W dawnych czasach (XVII-XVIII wiek) odbywały się specjalne uroczystości kościelne i odpusty związane z tą relikwią, której przypisywano moc uzdrawiającą, w tym główne uroczystości miały miejsce 14 lutego. Później stopniowo zaprzestano celebrowania tego święta. 

Na fali nowej walentynkowej mody przypomniano sobie o relikwii i wystawiono ją publicznie po 200 latach przerwy 14 lutego 2002 roku. Od tego czasu dzień Świętego Walentego obchodzony jest w Chełmnie oficjalnie co roku i wiążą się z tym liczne atrakcje, imprezy, konkursy, parady, happeningi - rozpoczynające się już nawet kilka tygodni wcześniej. 14 lutego odbywa się także Festiwal Piosenki Miłosnej.

Z atrakcji walentynkowych warto wspomnieć o wydanym po raz pierwszy w 1893 roku nakładem chełmińskiego wydawcy Walentego Fiałka poradniku pt. „Sekretarz Miłosny czyli Podręcznik dla zakochanych, zawierający liczne wzory listów miłosnych, powinszowań dla osób ukochanych, wiersze imionnikowe itd.” Podręcznik ten doczekał się reprintu wzbogaconego o reprodukcje starych romantycznych fotografii i można go nabyć w punkcie IT i muzeum.
Kto chce więcej szczegółów - niech zajrzy tutaj: https://chelmno.pl/pl/miasto-zakochanych/.

W obliczu takich faktów Chełmno po prostu musiało mi się skojarzyć walentynkowo, no a jak Walentynki, to oczywiście najważniejszy symbol - SERCE. A że miało być w stylu Zentangle, to tak to sobie wykombinowałam:





Rysunek wykonany zgodnie z zasadami Zentangle czarnym cienkopisem na kartoniku 9x9cm.
Użyłam także kredek Polychromos i białego żelopisu.
Nie jestem pewna czy moje "dzieło" wpisuje się dokładnie w styl Zentangle, ale w każdym razie użyłam pewnych elementów znanych mi z tej sztuki, reszta to moja fantazja :).

Za tydzień kolejne zadanie - skojarzenia z miastem CZECHOWICE-DZIEDZICE.


*****

sobota, 4 stycznia 2020

Książki o sztuce. "Modigliani".

Książka Pierre'a Sichela "Modigliani" to niezwykle poruszająca historia życia i twórczości jednego z najsłynniejszych malarzy wszechczasów, Amadeo Modiglianiego. Bardzo rzetelna i szczegółowa, napisana z wielką pasją, a przy tym lekkim piórem, biografia niezwykłego człowieka, legendy Montmartre'u, księcia bohemy paryskiej początku XX wieku. Znajdziecie w niej romantyzm i wielką miłość, szaleństwa, skandale, zarazem ogromną samotność i niezrozumienie, niezwykłe przyjaźnie, narodziny wielkiej sztuki, tragiczną śmierć...

Zabierałam się do napisania o tej pozycji od wielu miesięcy. Bo książka jest genialna, rewelacyjnie napisana, no i opowiada o życiu i twórczości mojego ulubionego malarza. Mnóstwo jest w niej emocji i ja - czytając ją po raz kolejny - przeżywam te emocje w sposób niezwykle silny. Jak to wszystko przekazać? Może dla kogoś, kto nieszczególnie interesuje się sztuką, cała ta historia byłaby jedynie dość ciekawą opowieścią o wzlotach i upadkach nieco ekscentrycznego malarza z początku XX wieku...

Ale pozwolę sobie zacytować autora książki, Pierre'a Sichela:
"Wielcy artyści są szczęśliwsi niż królowie, mężowie stanu, generałowie i dyktatorzy (...). Nie zostawiają po sobie nowych państw ani też rozbioru innych krajów, ani ujarzmionych cywilizacji, ani nadziei i szans straconych, ani ludów zmiażdżonych lub zamordowanych. W swoich obrazach, rzeźbach, symfoniach i książkach zostawiają niezniszczalną spuściznę. Dzięki nim naprawdę, bardziej niż dzięki komukolwiek innemu, człowiek - to brzmi dumnie".


*****
portret Luni Czechowskiej

Któż nie zna tych szczególnych obrazów, portretów kobiet z łabędzimi szyjami, czy aktów - w jego czasach uznanych za skandalizujące - pełnych erotyzmu a zarazem łagodności, ciepła i spokoju?

Modigliani uznawany jest za jednego z najbardziej interesujących, oryginalnych malarzy XX wieku. To artysta jedyny w swoim rodzaju, z niepowtarzalnym, własnym stylem, pełnym subtelności i elegancji. Nie da się go zaszufladkować, przypisać do jakiegoś określonego kierunku w malarstwie, a jednocześnie jego obrazy rozpoznaje się od pierwszego spojrzenia. 


Urodził się we włoskim Livorno w 1884r, umarł na gruźlicę mając niespełna 36 lat, w skrajnej nędzy. Dzisiaj jego dzieła rozsiane są po muzeach na całym świecie, a na aukcjach osiągają zawrotne sumy. W 2015 r. w nowojorskim Christie’s , jego .”Akt leżący” został sprzedany za ponad 170 mln USD.

Amedeo Modigliani Nu Couché Reclining Nude

Gdzieś przeczytałam taką opinię: "Gdybym miała znaleźć się na bezludnej wyspie z jedną książką, bez wątpienia zabrałabym tę biografię Modiego". 
Ja zrobiłabym dokładnie tak samo :).
To bez wątpienia świetnie napisana, obiektywna - lecz jednocześnie szalenie poruszająca - historia genialnego i wymykającego się jakimkolwiek próbom zaszufladkowania malarza i fascynującego człowieka, który już za życia stał się legendą. Niewiele pozostało wiarygodnych dokumentów, relacje współczesnych były sprzeczne co do faktów, za to pełne skrajnych emocji, więc odtworzenie wielu informacji o jego życiu było zadaniem niezwykle karkołomnym. Trudno było oddzielić prawdę od fantazji, domysłów i subiektywnych opinii. Pierre Sichel wykonał naprawdę kawał solidnej roboty, składając te wyłuskane drobinki potwierdzonych faktów w obszerną i szczegółową biografię.

A więc kilka zdań o Modiglianim.
Młodość spędził we Włoszech, gdzie studiował ze szczególną uwagą sztukę antyku i renesansu. W 1906 przeniósł się do Paryża,gdzie spotkał się z Picassem czy Brancusim, jednak nigdy nie przyłączył się do żadnego z rozwijających się wówczas kierunków, jak kubizm czy fowizm.
Twórczość Modiglianiego to przede wszystkim obrazy i rysunki, chociaż przez długi czas uważał się za rzeźbiarza i w latach 1909–1914 poświęcił się głównie rzeźbie. Głównym motywem jego twórczości prawie zawsze był człowiek. Namalował zaledwie kilka pejzaży, martwa natura w ogóle go nie interesowała.


Udało mi się znaleźć tylko kilka fotografii Modiego, a poniżej dla porównania - jego autoportret:


Legenda o Modiglianim to obraz niedocenianego, nieco ekscentrycznego artysty, który żyje w biedzie, ale gardzi jałmużną (Gertruda Stein mówiła o nim: "ten dumny nędzarz", a Ossip Zadkine: "był młodym bogiem przebranym w niedzielny strój robotnika"), oddanego bez reszty sztuce, namiętnego i szalenie przystojnego kochanka, korzystającego z uroków życia i jednocześnie nadużywającego alkoholu i narkotyków...

Pierwszą ważną wystawą w życiu Modiglianiego był Salon Niezależnych w 1908r, gdzie (za namową doktora Paula Alexandre'a, który stał się mecenasem dla niektórych młodych malarzy) pokazał sześć obrazów (w tym słynną "Żydówkę"), podobnie było dwa lata później, a w 1912r na Salonie Jesiennym wyeksponowano osiem jego rzeźb. Jednak jego twórczość nie wzbudzała entuzjazmu, zbyt odstawała od modnych wówczas trendów, a on sam nie był związany z żadną grupą ani nurtem. Jednym z pierwszych i nielicznych nabywców jego obrazów był kolekcjoner i marszand Guillaume Appolinaire. Najbardziej zasłużonym dla Modiego marszandem stał się jednak poeta polskiego pochodzenia Leopold Zborowski, który nieraz ratował swojego przyjaciela i podopiecznego niemal od śmierci głodowej.

Rzeźba "Głowa kobiety" A. Modigliani (źródło)


Mówiono o Modiglianim, że był wykształcony, elegancki i kulturalny, charyzmatyczny, z magnetycznym wręcz urokiem, a jednocześnie ciągnęła się za nim sława pijaka, awanturnika, który włóczył się po barach Montparnasse'u i Montmartre'u, gdzie za alkohol sprzedawał swoje rysunki. Był częścią paryskiej bohemy, a jednocześnie samotnym indywidualistą. Nie pociągały go eksperymenty ówczesnych artystów, nie utożsamiał się z żadnym modnym ugrupowaniem, tworzył swój indywidualny, ponadczasowy i niepowtarzalny styl.

Największą miłością Modiglianiego stała się Jeanne Hebuterne, o 13 lat młodsza od niego studentka malarstwa i dobrze zapowiadająca się malarka. Była delikatną, nieśmiałą i cichą dziewczyną, bezgranicznie zakochaną w Modim. Nie próbowała go zmieniać, akceptowała go takiego, jakim był, poświęciła mu się bez reszty. To była obustronna wielka miłość i fascynacja. Jeanne była jego muzą, natchnieniem i zarazem oparciem. On namalował mnóstwo jej portretów, ona wyciągała go z knajp nad ranem, kiedy nie był już w stanie sam wrócić do domu. Jej rodzice nigdy nie zaakceptowali tego związku, Jeanne nie miała w nich żadnego oparcia. 

Amedeo Modigliani Picture and portrait of Jeanne Hebuterne
Jeanne Hebuterne i jej portret pędzla Amadeo Modiglianiego


Modi już wtedy był bardzo chory (właściwie od dziecka zmagał się z gruźlicą, a uzależnienie od narkotyków tylko pogarszało sprawę). W 1918 roku rodzi się ich córeczka Jeanne. W 1919 roku lekarze stwierdzają u Modiglianiego gruźlicze zapalenie opon mózgowych.


Opis ostatnich tygodni życia jednego z największych malarzy w dziejach ludzkości to chwytający za serce, dramatyczny wręcz obraz skrajnej nędzy i opuszczenia. W zimnym, pustym pokoju, na nędznym barłogu, między puszkami po sardynkach, które ktoś litościwy czasem podrzucał, a które były przez ostatnie dni jego jedynym pożywieniem, bez lekarstw i opieki, umierał - w objęciach ukochanej Jeanne - książę paryskiej bohemy.
Zmarł w szpitalu de la Charite 24 stycznia 1920 roku. Miał zaledwie 36 lat. Jeanne, bezgranicznie w nim zakochana, i będąca w dziewiątym miesiącu ciąży, następnej nocy o 4 nad ranem wyskoczyła z piątego piętra, z okna domu swoich rodziców. Zginęła na miejscu osierocając czternastomiesięczną Jeanne.

Tuż po jego śmierci ceny obrazów, znajdujących się w rękach marszandów i kolekcjonerów, zaczęły błyskawicznie szybować w górę. On umarł w nędzy, oni zarobili miliony.



Marie - A. Modigliani (źródło)


***** 

Tego nie ma w książce, ale żeby dopełnić obraz wielkości artysty, warto dodać, że wiele dzieł Modiglianiego uważa się za zaginione, choć jest bardzo prawdopodobne, że znajdują się w prywatnych kolekcjach. Jednocześnie szacuje się, że w obiegu znajduje się przynajmniej 1000 sfałszowanych dzieł Modiglianiego. Pierwsze falsyfikaty tworzone były niemal zaraz po śmierci artysty, ale większość z nich powstała w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Głośna była sprawa zamknięcia włoskiej wystawy dzieł Modiglianiego w Pałacu Dożów w Genui, w 2017 roku, która została zidentyfikowana jako zbiór falsyfikatów (z 21 wystawionych obrazów aż 20 było sfałszowanych!).

*****

Jeśli lubicie czytać biografie, lub jeśli lubicie takie poruszające, dramatyczne a zarazem romantyczne historie, lub jeśli interesuje Was sztuka, lub jeśli podobają się Wam obrazy Modiglianiego... przeczytajcie tę książkę, na pewno na długo pozostanie w Waszej pamięci.






*****


"Modigliani"

Autor tekstu: Stanisław Grochowiak
Kompozytor: Romuald Żyliński
Śpiewała: Renata Kretówna (1974)
https://www.youtube.com/watch?v=waCP1OZjvco



Płonący wazon maków
Płonący wazon
Wiatr w gorejącym krzaku
Kurzawę ptaków
Srebrzysty dym bodiaków
Blask nocnych kuźni
Zamieć galaktyk i gwiazd

Ukoi błękit
Modigliani go wniósł
W cieniste wnęki
Czyichś oczu i ust
W załomy światła
Na porannej pościeli
W podmuch wietrznej niedzieli
Scałowanej z twych ust

Wstydliwość róży
Modigliani ją brał
Z dziewczęcych ramion
Z alabastru ich ciał
Z wysokich dzwonnic
Przebudzonej miłości
Z mowy deszczu i roślin
Modigliani ją znał

Piołunną gorycz rozstań
Piołunną gorycz
Peronów puste wyspy
Odjazdów rozpacz
Szydercze krzyki ptaków
Na zimnych mostach
Kiedy nie będzie już nas

Ukoi błękit
Modigliani go wniósł
W cieniste wnęki
Czyichś oczu i ust
W załomy światła
Na porannej pościeli
W podmuch wietrznej niedzieli
Scałowanej z twych ust

Wstydliwość róży
Modigliani ją brał
Z dziewczęcych ramion
Z alabastru ich ciał
Z wysokich dzwonnic
Przebudzonej miłości
Z mowy deszczu i roślin
Modigliani ją znał

*****



*****

sobota, 28 grudnia 2019

Złota trójka.

No i jako rzekłam, tak oto mam kolejną, trzecią już złotą mandalę. Ta jest nieco inna, taka wersja "odchudzona". Poprzednie były  tutaj i tutaj.  Przypominam, bo wiem, że słabo to widać na zdjęciach, że mandale są rysowane złotym żelopisem na czarnym papierze. Złoto ma ładny satynowy połysk, którego za nic nie udało mi się uchwycić.





Współpraca kiepskiego aparatu ze starożytnym komputerem daje pożałowania godne rezultaty. O ile foty w komputerze jeszcze jakoś nieźle wyglądają, to po przeniesieniu do bloggera robi się kompletna kaszana... 


Będzie jeszcze jedna złota mandala do tego kompletu, ale po małej przerwie, bo skończył się żelopis, a nie miałam czasu na nowe zamówienie... 
No bo jeszcze parę innych rzeczy zaplanowałam wrzucić do koszyka, więc trzeba na to poświęcić spokojnych chwil kilka, a przed Świętami wiadomo, milion innych spraw do ogarnięcia. Dopiero dzisiaj się za to zabrałam - w zamówieniu znalazły się więc dodatkowo między innymi metaliczne farbki Kuretake Gansai, o których wspominałam niedawno w komentarzach. Mam na nie dwa konkretne pomysły, zobaczymy jednak co z tego wyjdzie. Widziałam te farbki na innych blogach, a sama nie miałam okazji ich wypróbować - będę się ich dopiero uczyć :).




Planowałam sobie, że przez okres okołoświąteczny, kiedy mam trochę wolnego od pracy, zrobię więcej rysunków, dokończę zaczęty wieki temu olejny pejzaż, wypróbuję nowe pędzelki do akwareli... i - ohoho! czego to ja jeszcze nie planowałam! No ale oczywiście, jak to zwykle bywa, plany planami, a życie życiem. Goście, odwiedziny u znajomych, spotkania z rodziną, zaległe spacery z małżonkiem, gotowanie, zmywanie, parę seriali też trzeba było obejrzeć itd... No i jakoś tak zeszło, z działań twórczych niewiele wyszło.



Na Sylwestra znajomi nas zaprosili, ale ma być tam jakiś dziki tłum, z czego połowa to zupełnie nam obcy ludzie. Gospodarze chcą się popisać i pokazać, zaplanowano jakieś niebywałe atrakcje, no i obawiam się, że przez ten nadmierny wysiłek może się zrobić nieco sztywno, więc jakoś tak średnio nam się chce... Gdybyśmy to wcześniej zaplanowali, to może wyskoczylibyśmy na kilka dni do wód, czyli termy na Węgrzech albo morze bałtyckie. W obu tych destynacjach zdarzało nam się Sylwestra spędzać i bardzo nam się podobało. Po prostu mnóstwo wolnego czasu, jedzenie podane, spacery i takie tam, natomiast żadnych balowych historii, lampka szampana w pokoju hotelowym z przyjaciółmi i to wszystko. No ale niestety, żeby było jakoś w miarę godnie ale nie za worek kasy, to trzeba nieco wcześniej takie ekscesy planować. Tak że ten... jak się w ostatniej chwili nie zerwiemy do tych znajomków, to raczej przewiduję "białą salę" w towarzystwie naszych kotów i Sylwester z Polsatem lub inną telewizją, zobaczymy co tam będzie leciało. I bardzo dobrze. Na bale to ja się w życiu nachodziłam i może raptem jeden na dziesięć był fajny. 
Kotki się ucieszą :))). 




Kochani, wszystkiego najlepszego w nadchodzącym roku!


I pamiętajcie: 
TYLKO FRAJER WIELKI ODPALA FAJERWERKI!

Fajerwerki to horror dla zwierząt!


źródło


źródło

niedziela, 22 grudnia 2019

Idź złoto do złota!

Złota mandala z poprzedniego wpisu przypadła do gustu małżonkowi mojemu ślubnemu, do tego stopnia, że zapragnął ją mieć na własność. Mnie samej zaś sprawiło wielką przyjemność jej rysowanie, więc naturalną koleją rzeczy powstała niemal natychmiast kolejna mandala. I prawdopodobnie nie jest to jeszcze koniec, na pewno powstaną co najmniej jeszcze dwie, do kompletu, który następnie zostanie odpowiednio oprawiony, coby się godnie na ścianie prezentował.

A potem się zobaczy, inne tematy w złocie też mi się już śnią :).



Z żelopisami szczerze mówiąc dotychczas mało miałam do czynienia i kojarzyły mi się dość kiczowato, ewentualnie z dziecięcymi słodkimi rysuneczkami w zeszytach. Eksperyment z tym złotym żelem na czarnym papierze zupełnie zmienił moje nastawienie, chociaż nie myślę na razie o innych kolorach, ani o rysowaniu na innym tle. Złoto na czarnym jest jednak genialne :). Wiem, że na moich zdjęciach tego nie widać, ale rysunek ma piękny, dyskretny połysk starego złota. 



W poprzednim poście rozpisałam się ponad miarę, więc tym razem dam Wam odetchnąć od mojego słowotoku. 
Zresztą uszka do barszczu same się nie zrobią, inne tradycyjne przedświąteczne obowiązki odpuściłam sobie, ale uszka muszą być! Zwłaszcza w tak grzybowym roku, jak ten mijający :))). Dawno nie miałam takich zapasów ususzonych, własnoręcznie uzbieranych grzybów! A uszka robię sama, w ilości około 300 sztuk, więc trochę roboty jeszcze mnie czeka. W sumie to nie wiem, dlaczego akurat 300, ale jakoś tak mi zawsze wychodzi, niezależnie od liczby gości, co najbardziej cieszy młodszego syna, który jest zagorzałym wielbicielem uszek z odrobiną barszczu i zjada wszystkie, które po wigilijnej kolacji zostają. Im mniej gości, tym więcej uszek dla niego :). Dawniej musiałam je gdzieś przemyślnie chować, bo zrobione dzień wcześniej znikały w cudowny sposób w ciągu nocy!



Święta nareszcie w tym roku będą w miarę spokojne, bo w małym gronie. Przez całe lata u nas odbywały się wigilijne zjazdy rodzinne i po prostu mam już dosyć, chcę spokojnie posiedzieć pod kocykiem przy kominku, obłożona kotami, i pooglądać świąteczne seriale :). 
Tym razem będzie nas więc raptem kilka sztuk przy świątecznym stole.

Towarzyszyć nam będą cztery koty, a w wigilijny wieczór, tak jak co dzień, pójdziemy z puszeczką do sąsiedzkiej szopki, gdzie mieszka pewna znajoma nam już koteczka, mama naszych dwóch maluchów, Basi i Balbinki. Może jakaś gwiazdka nam po drodze poświeci, może kotki coś do nas powiedzą... a na pewno zamruczą :))).



Wesołych Świąt, Kochani!

*****