czwartek, 17 września 2020

Malwy.

Po bodiakach Stanisławskiego (tutaj) kolej na malwy. Tym razem jest to jedynie inspiracja dziełem mistrza, odbiegająca znacznie od oryginału, ale z zastosowaniem jego swobodnego stylu malowania. Przy bodiakach chodziło głównie o naukę łączenia barw, uzyskiwania całej palety pożądanych kolorów z trzech tylko podstawowych, natomiast malwy były pretekstem do wyluzowania się przy malowaniu, nabrania większej swobody, lekkości, malowanie plamą, bez wdawania się w cyzelowanie szczególików botanicznych. 

Moja wersja malw powstała podobnie jak bodiaki - równolegle do obrazu tworzonego przez pana Tomasza i panią Darię. Swoją drogą - bardzo mi się podoba takie wspólne malowanie przez nich, widzę jak powstaje obraz, ale też przy okazji słucham wymiany zdań, pomysłów, to wszystko razem jest bardzo inspirujące i pouczające.



Obrazek namalowany akrylami na zagruntowanej płycie MDF, rozmiar 30x40cm.

Wyszło jak wyszło, w dodatku prawdziwe kolory nie dały się uchwycić ani w dziennym ani w sztucznym oświetleniu, tak wiec widzicie tu wersję kolorystyczną w swobodnej interpretacji mojego aparatu :). Nie wspominając o zamgleniu to nie wiem jeszcze, skąd te jaskrawe żółte plamy na przykład? Na moim oryginalnym obrazku ledwo je widać, bo całe tło jest w rozbielonej żółci, cytrynowej z lewej strony, przechodzącej w jasną ochrę na prawo, a zieleń też ma więcej odcieni...

No, ładne rzeczy! - muszę Wam opowiadać o kolorach, zamiast je porządnie pokazać... Tak się jednak złożyło, że od niedawna walczę z nowym komputerem i dodatkowo jeszcze z nowym bloggerem - i powiem szczerze: niech to szlag trafi! Jak ja nie cierpię tych wszystkich wymyślnych fajerwerków i wodotrysków, które są przydatne dla może raptem 10% użytkowników, a dla zdecydowanej większości są kulą u nogi! To co potrzebuję mieć pod ręką, to gdzieś poukrywane, a niepotrzebne pierdoły plączą się pod ręką i zajmują pół ekranu. Wrrr...!
W każdym razie - miałam ten post wrzucić w miniony weekend, ale techniczne komplikacje opóźniły sprawę. Oberwało się informatykowi, który mi zachwalał i wcisnął ten komputer, natomiast co do bloggera, to się poważnie zastanawiam, czy się z nim nie pożegnać i może lepiej będzie stworzyć sobie trochę bardziej niezależną stronę.

Ale wracając do malowania...

Po tamtym obrazie z bodiakami celowo szukałam w lekcjach na stronie Pracowni OKO takiej, w której będzie malowanie akrylami. Chciałam pogłębić świeżo nabytą umiejętność posługiwania się tymi farbami. A ponieważ malarstwo Stanisławskiego nieustannie mnie zachwyca, to wybrałam właśnie ten film, z jego kolejnym obrazem.
Tutaj link do filmu - MALWY
A tutaj zdjęcie oryginalnego obrazu "Malwy" Jana Stanisławskiego, który - przypominam - był jedynie inspiracją, więc na pierwszy rzut oka nie przypomina tego, co stworzyliśmy w trakcie zajęć:





...oraz praca wykonana wspólnie przez pana Tomasza i panią Darię (screen ekranu):


Z tych trzech prac najbardziej podoba mi się obraz państwa Darii i Tomasza, chociaż w trakcie lekcji miałam obawy, do czego te eksperymenty doprowadzą - na przykład malowanie akwarelą po akrylach, rzecz niesłychana :))). Ja sobie odpuściłam te akwarele, ale też za dużo dziubdziałam przy tym obrazku, jak to ja zwykle, niestety... 

Moje dalsze wrażenia z tych pierwszych doświadczeń z akrylami: początkowo przeszkadzało mi, że te farby nie łączą się tak ładnie z innymi plamami barwnymi na płótnie, jak oleje czy mokre akwarele. Wynika to z błyskawicznego niemal wysychania akryli. Z drugiej strony jednak - nie można mówić, że jest to wada tych farb, tylko taka szczególna właściwość, którą trzeba umieć wykorzystać. I tego właśnie się uczę. 

Przyznaję teraz, po tych dwóch obrazach (Bodiaki i Malwy), że ułatwia mi to malowanie plamami barwnymi i utrzymanie kontrastów, z którymi miałam zawsze problem. Mam skłonność do zagłaskiwania różnic, podświadomie staram się złagodzić przejścia tonalne, ostre granice światła i cienia, ciepła i zimna itd. Może komuś się podoba takie rozmyte malarstwo, ale dla mnie jest ono za mało wyraziste, brakowało mi w moich obrazach głębi. A do tego potrzebne są właśnie kontrasty. Myślę, że jestem już na dobrej drodze, chociaż to na pewno dopiero jej początek i sporo pracy przede mną :). 

*****


poniedziałek, 7 września 2020

Bodiaki.

"Bodiaki pod słońce" Jana Stanisławskiego to jeden z moich najulubieńszych obrazów. Więc kiedy na stronie "Szkoły Rysunku, Malarstwa, Rzeźby i Grafiki "OKO" znalazłam kolejną lekcję prowadzoną przez doktora Tomasza Wełnę, której tematem był właśnie ten obraz... nie mogłam odmówić sobie przyjemności podjęcia próby namalowania czegoś na kształt... hmmm... imitacji tego dzieła. Bo kopia to z cała pewnością nie jest, za daleko odbiega od oryginału ;). Powiedzmy, że to jest... "wariacja na temat bodiaków Stanisławskiego". I bardzo proszę o przymknięcie oczu na liczne niedoskonałości mojego dzieła, ponieważ był to mój debiut z akrylami :). W lekcji nie chodziło zresztą o namalowanie wiernej kopii, cel był nieco inny, ale... o tym za chwilę :). Najpierw kilka zdań o akrylach.



Pisałam kiedyś o tym, że malowałam w czasach szkolnych temperami, które uwielbiałam, potem bardzo długo farbami olejnymi, a ostatnio próbuję oswoić akwarele. Ale z akrylami jakoś moje drogi wciąż się mijały. A ponieważ akryle znalazły się w moim "kuferku skarbów", to skorzystałam teraz z okazji, żeby je wypróbować :). 

Pierwsze wrażenia: może tempery nie bardzo już pamiętam, ale wydaje mi się, że nierozcieńczone wodą akryle są nieco cięższe, bardziej "maślane" w konsystencji. Trochę bliżej im do farb olejnych, ale oczywiście znacznie szybciej schną, tu nawet nie ma porównania. Olejami malowałabym ten obraz minimum kilka dni, i to pod warunkiem stosowania mediów przyśpieszających schnięcie i nakładając cienkie warstwy farby. Akryle schną w mgnieniu oka, jak na farby wodne przystało. Co czasem jest zaletą, ale trzeba tę właściwość umiejętnie wykorzystać. Malowanie warstwami, nakładanie kontrastowych plam barwnych jedna na drugą, lub tuż obok siebie - wymaga wyschnięcia poprzedniej warstwy, żeby kolory się nie mieszały i nie brudziły nawzajem - w olejach wymagana jest więc anielska cierpliwość. 

Przy tym doświadczeniu zrozumiałam nadzwyczajną popularność akryli. Powodem jest szybkość malowania. Olejami maluje się wolniej, bo trzeba wliczyć czas na schnięcie, ale za to można spokojnie wykorzystać ten czas na mieszanie kolorów bezpośrednio na obrazie, co właśnie bardzo mi się podobało w tych farbach. Tak więc każdy rodzaj farb ma swoje szczególne właściwości i trudno deliberować czy któreś z nich są lepsze lub gorsze. Są po prostu inne. Ja na razie akrylami nie jestem oczarowana. Ale muszę namalować kilka obrazów już samodzielnie, to dopiero będę mogła coś więcej powiedzieć o swoich wrażeniach i doświadczeniach.

A co było najważniejsze w tym ćwiczeniu ? - otóż obraz malowaliśmy tylko trzema podstawowymi kolorami. Żadnych tam dodatkowych skomplikowanych odcieni, kilkunastu tubek z gotowymi farbami. Oto moja paleta - żółć cytrynowa, magenta i błękit cyjanowy, plus odrobina bieli dla rozjaśnienia tu i ówdzie:



I to tyle w temacie użytych kolorów :). 

Teoretycznie to ja niby wiem, że w zasadzie każdy obraz można namalować tylko tymi podstawowymi kolorami. Z nich tworzy się wszystkie dopełniające i całą resztę. Ale co innego wiedzieć, a co innego - umieć. No dobrze, nawet trochę umiem, ale robić to krok po kroku pod okiem mistrza, to lekcja cenniejsza niż miesiące własnych eksperymentów po omacku. 

Efektem lekcji nie jest może wybitne dzieło, bo nie wszystko poszło u mnie zgodnie z planem, ale najważniejsza sprawa, to nabycie pewnej wprawy w łączeniu kolorów.  Często korzystamy z gotowej palety farb, frustrując się, kiedy brakuje nam odpowiedniego odcienia, zamiast przyłożyć się do szukania własnych mieszanek. W sumie to najlepiej by było powtórzyć to malowanie bodiaków raz jeszcze i w ogóle częściej korzystać z ograniczonego zestawu barw. Oczywiście niektóre odcienie ciężko jest uzyskać z tych trzech podstawowych w domowych warunkach, kiedy stoimy z pędzlem w dłoni przed sztalugą, bo chcemy mieć ten konkretny odcień zaraz-teraz-już-natychmiast, a nie kombinować ile atomów cyjanu i żółci dodać do magenty, żeby uzyskać to o co nam chodzi... Ale w każdym razie - warto próbować, eksperymentować, bo w ten sposób dochodzi się do pewnej biegłości w tworzeniu pożądanej kolorystyki na własnym obrazie.


A tutaj oryginał, czyli zdjęcie obrazu Jana Stanisławskiego. W sumie to musiałabym zobaczyć go kiedyś na własne oczy, bo na zdjęciach w internecie każda wersja ma nieco inną tonację, na jednych zdjęciach przewaga błękitów, od turkusów po fiolety, na innych wybijają żółcienie w różnych odmianach, od limonkowych po pomarańcze. Tutaj akurat bardziej granatowo-fioletowa.




Uwielbiam takie obrazy: swobodna, dzika łąka, dużo światła, wyraźne kontrasty między refleksami słonecznymi i głębokimi cieniami, nasycone kolory natury. Sama mam problem z malowaniem w ten sposób, mam skłonność do zacierania ostrej granicy między światłem i cieniem, między plamami poszczególnych barw. Dlatego moje obrazki bywają zazwyczaj nieco rozmyte, zamglone, pastelowe, monochromatyczne, płaskie... Nie do końca jestem z tego zadowolona, więc uczę się malować inaczej, odważniej, oddzielonymi wyraźnie akcentami kolorów i światłocieni. A uczyć się trzeba od najlepszych :).


Znalazłam na stronie Pracowni OKO wiele filmów, które chciałabym "przerobić", o ile tylko czas pozwoli. Jest tam rysowanie postaci, pejzaży, architektury, kwiatów i zwierząt, nawet abstrakcja, malowanie tuszem, olejami, akwarelą, akrylami, rysowanie ołówkiem, węglem, kredkami, pastelami suchymi i olejnymi... Lekcje w całości odbywają się na żywo, w trakcie można zadawać pytania.

Lekcja malowania "Bodiaków" (prawie dwie godziny) jest tutaj - KLIK!

Oryginalny obraz Stanisławskiego to olej na płótnie (dokładnie płótno na tekturze) o wymiarach 30x40cm, a więc wcale nie tak duży, jak się wydaje :). W takim też rozmiarze jest mój obrazek, z tym że namalowałam go akrylami, tak jak pokazywał to pan Tomasz.
A tutaj screen ekranu z końcówki lekcji - zestawienie zdjęcia oryginalnego obrazu Stanisławskiego z akrylową wersją pana Tomasza Wełny i pani Darii Rzepieli. Zwróćcie uwagę na tonację, znacznie cieplejszą niż na zdjęciu, które pokazałam wyżej. Malowaliśmy według tej poniższej wersji, więc kolory są jaskrawsze.



Moje dzieło ma się do tego chyba nie najgorzej, ale nie to jest najważniejsze, tylko nauka :). Obraz Stanisławskiego był tutaj jedynie pretekstem do ćwiczeń w zakresie łączenia kolorów, ta lekcja naprawdę dużo mi dała.
Temat bodiaków w słońcu jest jednak tak urokliwy, że pewnie popełnię jeszcze obraz z tym motywem. Chciałabym z natury, ale to już raczej nie w tym roku, lato się kończy i bodiaki raczej przekwitły. A może próba kopiowania któregoś z innych obrazów Stanisławskiego...? A może te same bodiaki, ale olejami...?

Moja wersja bodiaków :).


*****

piątek, 4 września 2020

Geometryczny rysunek według Eschera.

Kolejna lekcja z doktorem Wełną. Podglądam sobie na FB stronę Pracowni OKO od niedawna, wybieram ze starych filmów te, które mnie bardziej interesują, bo wszystkiego pewnie nie ogarnę z braku czasu. Może nawet w końcu założę sobie jednak profil na FB...

Grafiki Mauritsa Cornelisa Eschera zawsze mnie fascynowały, więc ucieszył mnie ten temat, ale zrobiłam to po swojemu - dodałam kolory (w oryginale to jest grafika czarno-biała).






O Escherze Wikipedia pisze tak: "Światową sławę zdobył jako autor grafik, w których – często z inspiracji matematycznych – formy przestrzenne były ukazywane w sposób sprzeczny z doświadczeniem wzrokowym." 
Wiele jego rysunków na pewno kojarzycie - te z wodą płynącą pod górę albo z ludźmi, którzy idą po schodach w górę a jednocześnie w dół, rozmaite wersje wstęgi Mobiusa, grafiki stwarzające rozmaite optyczne złudzenia. Kilka przykładów poniżej, reszta na przykład tutaj:









Takie grafiki uwielbiam, więc oczywiście musiałam spróbować narysować tę jedną z najprostszych. Nieoczekiwanie dla mnie samej nie poprzestałam jednak na wersji czarno-białej, mimo że przecież lubię rysunki w wersji b&w. Tak jakoś mnie naszło, żeby niektóre jaszczury pokolorować. Może niezbyt szczęśliwie wybrałam markery, bo nie za bardzo się znam na tej technice... Ale jak wiecie, dostałam "kuferek skarbów" (tutaj była prezentacja), w którym znalazł się miedzy innymi spory zestaw markerów w przecudnych kolorach. Musiałam w końcu je wypróbować :).

Tak to leciało: najpierw skomplikowana operacja robienia szablonu z kwadratowej "wycinanki" - tutaj już po sklejeniu elementów wyciętych z jednego kwadratu. Niestety zapomniałam zrobić zdjęcie w najważniejszym momencie, kiedy jaszczur był kwadratem (ta biała, nie zakreskowana część pokazuje jego rozmiar pierwotny). Te zakreskowane kawałki zostały wycięte z kwadratu i doklejone do białego korpusu w odpowiednich miejscach. Sztuczka polega na tym, że jak się to wszystko wytnie z jednego kwadratu i poskleja, to potem kolejne jaszczury (czy cokolwiek byśmy nie tworzyli) - po prostu muszą do siebie w układance pasować.




Potem odrysowywanie szablonu. Wbrew pozorom to bardzo precyzyjna operacja, wymagająca dużej cierpliwości i uwagi. Minimalne odchylenie któregokolwiek elementu powoduje rozjeżdżanie się całej kompozycji. Kłębowisko jaszczurów :).




Czas na kolory i pierwsze detale:



I wreszcie ostatnie szlify - łuski, pazury:




Najpierw wymyśliłam sobie cieniowane kolory zielono-turkusowo-szmaragdowe, ale na "pijącym" papierze tusz szybko wysychał i nie za bardzo dało się łączyć kolory. Może na gładkim brystolu osiągnęłabym pożądany efekt, no ale tutaj odpuściłam, bo wychodziły brzydkie plamy. Muszę kiedyś poćwiczyć z markerami na różnych papierach. 
Ostatecznie na kanarkowej pierwszej warstwie dałam po całości drugą w ciemnej zieleni, robiąc to celowo niezbyt równo, żeby kolor nie był idealnie jednolity.

No i na koniec łuski - białe (a właściwie w kolorze papieru - naturel) jaszczury dostały łuski czarnym cienkopisem, a zielone - złotym żelopisem, co może słabo widać na zdjęciach, ale fajnie wygląda w realu, w odpowiednim świetle.

A tak wygląda fragment oryginalnej grafiki Eschera, według której rysowaliśmy nasze jaszczury pod kierunkiem pana Tomasza Wełny:



Escher robił te grafiki w epoce przedkomputerowej, więc chylę czoła przed jego dokładnością, jubilerską wręcz precyzją. U mnie jest zaledwie kilka jaszczurów, a widziałam, jak z każdym kolejnym elementem zaczyna się to rozjeżdżać, elementy nie wpasowują się idealnie, bo gdzieś tam ołówek o włos się przesunął, szablon przekręcił się o jakieś mikrony...
Może nie było to jakieś wyjątkowo twórcze zajęcie, ale zabawa była całkiem fajna, no i przypomniała mi, że przy rysunku nie należy się śpieszyć, trzeba dbać o detale. Im bardziej się przyłożę, tym lepszy efekt :).

Na biurku mam teraz przygotowane akryle, na sztalugach dawno zaczęty olej, który wreszcie kiedyś muszę skończyć, a w planie na jutro - haha! też nie wierzę, ale... pastele olejne, na które ostatnio tak psioczyłam :). U pana Tomasza Wełny pojawiły się nowe lekcje z pastelami olejnymi właśnie, więc tak z marszu chcę je przerobić, może coś mi w końcu z tą techniką zaskoczy.


*****


wtorek, 25 sierpnia 2020

Myszolek.

Tak naprawdę to nie jestem pewna co to za myszowaty stworek, ale jak go zwał, tak zwał, wygląda uroczo na tej owocowej gałązce :). I to jest kolejne zdjęcie - po futrzastym złodzieju sardynek z tego posta (klik!) i psiaku z tego wpisu (klik!) - które tak mnie ujęło, że znowu MUSIAŁAM! przenieść je kredkami na papier :). Zdjęcie wyszperane na Pintereście, do nazwiska autora nie dotarłam.





Z kredkami to mnie tak naszło niedawno... bo ostatni raz rysowałam nimi... hohoho! - w podstawówce! - a zapewniam Was, że to już prehistoria... Później były "poważniejsze" media - farby i pastele, no i o kredkach w ogóle zapomniałam. Od pewnego czasu jednak trafiałam w internecie na niesamowite dzieła artystów posługujących się właśnie tymi wzgardzonymi przeze mnie niegdyś przyborami... pooglądałam... no i w końcu postanowiłam przeprosić się z kredkami, a w każdym razie - spróbować od nowa :).

Obrazek z myszką narysowałam kredkami Polychromos firmy Faber Castell. Mój zestaw składa się z 36 sztuk, użyłam ponad połowę z posiadanych kolorów. Plus kilka akcentów białego żelopisu :).
Sam rysunek bez passe-partout i ramki jest w rozmiarze A4 (około 20x30cm).



Rysowałam, podobnie jak w przypadku pieska z motylkiem i kota z sardynką, na papierze Clairefontaine w kolorze naturel (ciepły piaskowy beż). Nie było to najszczęśliwszym pomysłem, bo rysuję raczej delikatnie, bez mocnego nacisku - więc kolory na tym beżu się "rozmywają", giną w tle. Ale nie mogłam się oprzeć, bo papier jest fantastyczny pod każdym względem, no i chciałam zachować ciągłość stylistyczną tej mini-serii :).
Tak było w trakcie pracy (zaczynam zazwyczaj od oczu):




Oprócz wspomnianych Polychromosów mam drugi zestaw kredek - 34 sztuk firmy Mont Marte. Wiele odcieni się nie pokrywa, więc mam w sumie do dyspozycji 70 kolorów, a nawet te podobne z obu zestawów dają inny efekt, o czym kiedyś jeszcze będzie mowa... Łączenie ich jednak w jednym rysunku to operacja dość ryzykowna, o czym wspominałam już we wpisie z pieskiem i motylkiem.

Planuję taki bardziej techniczny post dla zainteresowanych, tam bardziej szczegółowo opowiem o moich doświadczeniach z kredkami tych dwóch firm.
A na razie... pochwalę się Wam wspaniałym prezentem urodzinowym, jaki dostałam nie tak dawno temu od własnych dzieci. Szczerze mówiąc to właśnie ten prezent dał mi mentalnego kopniaka do wznowienia malowania i rysowania!




W zestawie firmy Mont Marte są farbki akwarelowe, akrylowe i olejne - po 12 kolorów każdego rodzaju, kredki (34 szt), pastele olejne (aż 54 szt!), markery (42 szt), kilka pędzelków, ołówki, gumka, temperówka... Istny Sezam :). Samo opakowanie jest fantastyczne, ta śliczna drewniana walizeczka z piętrowymi wkładami przyda się pewnie jeszcze długo później do przechowywania farb lub akcesoriów. 




O testowaniu zawartości "czarodziejskiej skrzynki" i o jakości materiałów będę bardziej szczegółowo pisać w miarę wypróbowywania kolejnych skarbów, bo kilka zaglądających tutaj osób już pytało właśnie o kredki, a może komuś jeszcze się ta wiedza  przyda... Sama takich informacji często szukam.




Kolory, jak zwykle u mnie, mało realistyczne na zdjęciu...

Część tych ślicznych rzeczy z "cudownej skrzyneczki" traktuję jako uzupełnienie moich zapasów, bo akwarele, farby olejne czy wspomniane kredki już posiadam, ale po pierwsze - wiadomo, że tego nigdy nie jest za dużo ;), a po drugie - na przykład nigdy nie malowałam akrylami! Dacie wiarę? Malowałam w swoim życiu całkiem sporo olejami i ostatnio trochę akwarelami, ale akryle jakoś mnie ominęły. Dawno, dawno temu bardzo lubiłam tempery i wyobrażam sobie, że akryle to jest trochę podobna technika, no więc oto okazja do spróbowania sama do mnie przyszła :). 

Nie mam też jakiegoś większego doświadczenia z pastelami olejnymi, a tutaj jest całkiem spory zestaw kolorów, więc mam już w głowie pewne bardzo konkretne pomysły na ich wykorzystanie i już się na to cieszę :). Pastele suche owszem znam i dawniej je nawet bardzo lubiłam, ale to jednak jest zupełnie co innego, całkiem inna technika.

No i flamastry/pisaki/markery czy jak je zwał... Tyle pięknych kolorów! Nigdy bym jednak wcześniej nie pomyślała, żeby je kupić i coś nimi tworzyć, jakoś mnie do tej techniki nie ciągnęło... ale skoro się same przede mną zmaterializowały... na pewno je wykorzystam, nawet już coś zaczęłam - w technice mieszanej :). Może to i dobrze, że ktoś mi takie rzeczy podstawił pod nos, sama czuję teraz nagły przypływ mocy twórczych i kreatywności! Gdyby nie ten prezent, to pewnie bym przez kolejne trzy lata wciąż rysowała te swoje czarne i złote mandale... :))). A tak - przyszedł czas na wyjście ze swojej strefy komfortu, jak to się teraz modnie mówi, i - na eksperymenty artystyczne!


Tak wygląda tylna strona opakowania "zewnętrznego" mojego zestawu.


Przyznam, że trochę mnie ten piękny prezent oszołomił, bo najważniejszy w nim był chyba ukryty przekaz: maluj, kobieto, rysuj i twórz! Bo u mnie to zawsze tak - myślę sobie, że może machnęłabym jakiś obrazek, chętnie coś bym namalowała, narysowała, no ale przecież trzeba posprzątać, ugotować, uprać, przeplewić ogród, poprzycinać krzaki itd... nie wspominając o pracy zawodowej, która nie zawsze kończy się o 15tej - i potem nagle brakuje czasu na obrazki... Czas to zmienić, ustawić nowe priorytety!

I tak jakoś na marginesie pomyślałam sobie, że mam już bardzo dorosłe dzieci... ;)))



Obrazki ze zwierzakami zostały tymczasowo oprawione, takie ramki były akurat w domu, znalezione przy okazji poremontowych porządków :). Do wystroju jednak średnio pasują, więc zostaną zmienione lub przemalowane. 
Albo, jak to czasem bywa... przyzwyczaimy się :).

Pod poprzednim wpisem z orientalnymi akwarelkami pisałam w komentarzach, że swoje obrazki zazwyczaj albo chowam do szuflady, albo (częściej) wyrzucam, bo nie jestem z nich zadowolona, albo rozdaję. Na ścianach mojego domu prawie nie ma moich prac. 
W młodości rozdawałam właściwie niemal wszystko, co stworzyłam. Potem była długa przerwa w twórczości, a teraz maluję tylko do szuflady (lub kosza). 
No i tak sobie to ostatnio przemyślałam, że może powinnam zmienić podejście. Wróciłam do malowania i rysowania po długiej przerwie - i robię to coraz częściej. Do emerytury coraz bliżej, to może być mój pomysł na życie. Właściwie to od dawna miałam taką wizję i w sumie to nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła spokojnie, na "cały etat" malować :). Więc zaczynam się tymi moimi obrazkami otaczać, wyciągam je zza szaf i z szuflad, oprawiam, wieszam na ścianach...

*****

czwartek, 20 sierpnia 2020

Orientalnie po raz drugi.

Pamiętacie może moją akwarelkę w orientalnych klimatach, zainspirowaną figurkami słoni przywiezionymi przez moje dziecię z Anglii? O tym, jak to było, możecie przeczytać tutaj: "Powiew orientu znad Tamizy". Namalowałam wtedy jeszcze z rozpędu kilka innych obrazków w tym stylu, ale uznałam, że wyszły mi tak sobie średnio i nie nadają się do pokazania. Wylądowały tam, gdzie lądują wszystkie moje obrazki, jedne od razu do kominka, innym dałam szansę i trafiły do szuflady. 


Ale szuflady trochę się przepełniły, zabrałam się więc w końcu za selekcję negatywną, czyli wyrzucanie tego, co pomimo odleżenia w kwarantannie nadal nie zasługuje na moje uznanie. I się okazało, że zachowały się te oto dwie akwarelki z tej małej serii, malowane tylko dwoma kolorami (ultramaryna i jakiś brąz).




Ten po lewej to obrazek pokazywany we wspomnianym wyżej poście, tam jest też trochę ciekawostek o lotosach :). Tutaj jeszcze raz w całości:



Natomiast po prawej to ten malowany mniej więcej w tym samym czasie - były jeszcze chyba dwa, ale jako zupełnie niezadowalające autorkę wylądowały w koszu.


A przy okazji odgrzebania tych obrazków naszło mnie na rozmyślania o mojej niekonsekwencji w uprawianiu jogi... Ale o tym innym razem...

Dzisiaj zapraszam Was na blog Izy "Rękodzieło przy kawie", gdzie zaczynamy zabawę polegającą na stworzeniu własnej interpretacji motywu z inspiracyjnego zdjęcia. Pierwszy temat to KOT Z SARDYNKĄ! Pamiętacie mojego KOTA?! - prezentowałam go tutaj - "Kot z sardynką w trzech odsłonach", a teraz bierze udział w zabawie! Zapraszam w imieniu organizatorki, przyłączcie się! Kilka fajnych propozycji już jest!

Kliknięcie w banerek poniżej przeniesie Was do wpisu z pierwszą częścią zabawy:





*****




czwartek, 13 sierpnia 2020

Pudełeczko na prezencik.

Tak zdrobniale napisałam w tytule "pudełeczko na prezencik" - no bo to faktycznie jest raczej maleństwo, miksera się w nim nie upchnie. 


Co zatem można do takiego pudełeczka włożyć? Oprócz jakiegoś drobiazgu z brylantem, ma się rozumieć :)))). Pomysłów może być milion, w zależności od tego kogo i z jakiej okazji chcemy obdarować, no tak dla przykładu:
  • dla rękodzielniczki - guziczki, niteczki, koraliczki, przydasie rozmaite;
  • dla dzieci - słodycze, jakieś gadżety typu magnesiki, ozdoby do włosów;
  • dla przyjaciół - własnoręcznie upieczone personalizowane pierniczki czy inne wytwory rąk własnych;
  • zmieści się nawet apaszka, krawat, czy para niezbyt grubych skarpetek :).

Wykonanie jest bardzo proste!


Ja sobie pomyślałam, że przygotuję kilka takich pudełeczek tak na wszelki wypadek, żeby mieć pod ręką. Czasem w ostatniej chwili potrzebuję ładnie opakować jakiś drobny upominek i wtedy panikuję, że nic odpowiedniego nie mam pod ręką. A do czasu pakowania prezentów pudełka mogą leżeć sobie w szufladzie "na płasko", nie zajmując dużo miejsca. Na razie mam dwa!




Oczywiście można sobie zrobić podobne "poduszkowe" pudełko w skali maxi, powiększając szablon. Pomysłodawczynią i autorką schematu, który można sobie pobrać o tutaj - klik! jest Danusia Popowicz, specjalistka od Zentangle. Danusia udostępnia również swoją grafikę, czyli jak ktoś zupełnie nie ma pomysłu na ozdobienie pudełka we własnym zakresie, to może sobie wydrukować wzór Danusi, potem wystarczy tylko wyciąć, skleić w jednym miejscu, pozaginać i już, gotowe, o takie pudełeczko:

źródło


U mnie pudełka są w mojej ulubionej ostatnio wersji, czyli czarny kartonik z wzorami narysowanymi złotym żelopisem. Zaletą zrobionych w ten sposób pudełeczek jest możliwość personalizacji, czyli ozdobienia motywami kojarzącymi się z obdarowywaną osobą, lub jej imieniem, albo nawet wypisaną dedykacją.




*****

Przy okazji chcę Wam zasygnalizować, że mój post o kocie z sardynką zainspirował Izę z bloga "Rękodzieło przy kawie". Iza wymyśliła ciekawą zabawę dla wszystkich, którzy cokolwiek w jakiejkolwiek technice tworzą, lub dopiero tworzyć zamierzają :). Pomysł jest w trakcie dopracowywania, ale już dzisiaj można się zapoznać z ogólnym zarysem - o tutaj: http://kicikicitata.blogspot.com/2020/08/nie.html

*****

czwartek, 6 sierpnia 2020

Prawo serii.

Jakoś tak mam, że jak mi wpadnie do głowy jeden pomysł na obrazek, to jeszcze zanim go skończę - już lęgnie się kolejny projekt w podobnym stylu i temacie. Przy trzecim czasem wena się kończy, ale bywa i tak, że ciągnie się to znacznie dłużej - vide moje złote mandale i zresztą - mandale w ogóle :).
No i takim to sposobem - po kocie z sardynką - powstał portrecik sympatycznego psiaka. Skorzystałam ze zdjęcia pieska znalezionego na Pintereście, a motylka dorysowałam "z głowy". W kolejce czekają jeszcze myszka i zając... i kto wie, co będzie dalej :).



W rysunku poeksperymentowałam z dwoma rodzajami, a właściwie markami kredek, no i szczerze mówiąc nie był to udany eksperyment. Ale czegoś się nauczyłam, dowiedziałam. Biała i żółta kredka pochodzą z innego zestawu niż reszta, no i to niestety widać w mocnym białym oświetleniu, a na zdjęciach szczególnie bije po oczach. Jak obrazek wisi na ścianie, w normalnym oświetleniu, to jakoś tego dziwnego efektu wybijającej na pierwszy plan żółci nie widać, na szczęście :). 
Poza tym okazało się, że te dwie kredki i całą reszta z tego zestawu są bardziej nawoskowane i źle się na nie nakłada kolejne warstwy innego koloru. 
Ale o moich kredkach i ich właściwościach opowiem innym razem, w jakimś "technicznym" poście :).

Tak było w trakcie pracy:

Na tym etapie dopiero zauważyłam zabawną, ale zupełnie przypadkową zbieżność - zarówno motylek, jak i piesek, mają podobne "umaszczenie" - czarne, białe i rudo-pomarańczowe plamy :))). Użyłam w zasadzie tych samych kolorów do obu stworzonek, pieskowi dodałam tylko więcej brązu.

*****

Dawno nie pisałam o moim domowym zwierzyńcu, a że jedna z blogowych koleżanek dopytywała niedawno co tam u futrzaków słychać, to proszę bardzo, garść najświeższych wiadomości w tym temacie. Zdjęć nie będzie, bo z tym moim kiepskim aparatem to nie będę się wygłupiać, a koty do pozowania cierpliwości nie mają za grosz... ;).

Zwierzolubni pewnie pamiętają, że jesienią zeszłego roku przygarnęliśmy dwie koteczki z sąsiedztwa. Cała historia jest opisana tutaj: "Basia i Balbinka, czyli demolka po kociemu". 

Od czasu urodzenia tych maluchów ich mama jest przez nas dokarmiana, a jak się wykryło, że kicia nie jest w kolejnej ciąży, jak podejrzewaliśmy, tylko się trochę utuczyła, to czym prędzej zawieźliśmy Szkrabcię do weterynarza na zabieg sterylizacji (za zgodą właściciela oczywiście, ale na nasz koszt). No i potem na tydzień wzięliśmy kotkę do nas, żeby ją obserwować do czasu zagojenia, bo z tym jej pańciem to różnie bywa, dopilnuje albo nie... 
Pańcio Szkrabci co prawda tęsknił za nią i dopytywał kiedy mu oddamy kota, tak więc widać, że jednak ma dobre serce, tyle że taki trochę nieogarnięty, wypić lubi czasem, zapomina o obowiązkach...

No w każdym razie - ciążom Szkrabci położyliśmy kres, natomiast do naszego domku wprowadziła się niedawno ostatnia z rodzeństwa, trzecia siostrzyczka Basi i Balbinki - Kocia (był jeszcze czwarty kotek, ale jakiś idiota go przejechał, jak małe kocięta chodziły jeszcze po okolicy z mamą...). Pisałam w tym wcześniejszym poście, że trzeciego kotka od Szkrabci przygarnął mój syn... no ale właśnie niedawno syn razem z dziewczyną i Kocią sprowadził nam się chwilowo do domu :). Nie będę Wam streszczać skomplikowanych historii mieszkaniowych, ale rezultat jest taki, że mamy teraz w domu pięć kotów - 15-letnią Czarnuszkę, 4-letnią Sabinkę i trzy siostrzyczki, które 1 sierpnia obchodziły swoje PIERWSZE URODZINKI :))) - Basię, Balbinkę i Kocię! Najważniejsza wiadomość jest taka, że maluchy się fajnie dogadują, Sabinka towarzystwo toleruje (z wzajemnością), niestety tylko Czarnuszka jest trochę przez całą bandę prześladowana i trzeba ją trochę izolować. Ale to już emerytka i najchętniej całe dni przesypia w jakimś zacisznym kąciku.

Basia to urocza, pręgowana rozrabiara i największa pieszczocha, Kocia bardziej nieśmiała, nieco jeszcze spłoszona nowym miejscem, ma najbardziej jedwabiste futerko z całej trójki, ciemnobrunatne w jaśniejsze plamki. No i introwertyczna, wręcz autystyczna Balbinka, przepiękna szylkretka w czarne i rude łaty, w białych pończoszkach i z zawsze zdziwionym wyrazem pyszczka, wielbicielka paróweczek z szynki, które trzeba jej skubać po kawałeczku i ekstra podawać na zawołanie :).

Nasze koty są wychodzące, Basia i Balbinka już od wiosny są wypuszczane i w zasadzie mają tyle atrakcji w ogrodzie, że wracają do domu tylko na jedzonko. Po dwóch tygodniach aklimatyzacji w nowym miejscu dołączyła do nich także Kocia. Z reguły nawet na noc zostają na dworze. Zamknięte w domu domagają się wypuszczenia tak natarczywie, że zawsze w końcu ktoś nawet w środku nocy otwiera im drzwi. W ogrodzie jest altanka i coś w rodzaju gospodarczego pawilonu, gdzie w razie deszczu mogą się schować, mają tam różne schowki i specjalne, ocieplone miejsca do spania. Wydaje się nam, że są szczęśliwe :).